„Konski w sosie serowo-pieczarkowym”

Scenka z dzisiejszego dnia w restauracji w moim mieście, do której często chodzę na obiad.

W wypisanym kredą na ścianie menu widzę między innymi pozycję: „KONSKI W SOSIE SEROWO-PIECZARKOWYM”.

– Przepraszam, te „konski”… Co to jest?

– Kawałki mięsa.

– Ach, tak. A już myślałem, że to z konia. To się inaczej pisze… Nie, tego nie wezmę. Szare kluski poproszę.

Długa Noc Muzeów w Berlinie, 2017

19 sierpnia – po rocznej przerwie znowu wyjazd na Długą Noc Muzeów do Berlina. W ubiegłym roku nie byłem w Berlinie; tyle interesującego się działo we Wrocławiu i innych miastach w Polsce. Przed ostatnią sobotą zastanawiałem się też nad wyjazdem na festiwal „Muzyka w raju”, który właśnie się rozpoczął w Paradyżu. Ostatecznie rozstrzygnęła za mnie pogoda. Pochmurny dzień z możliwością opadów i zachodni wiatr sprawiał, że jazda rowerem do Paradyża w Lubuskiem nie byłaby przyjemnością, zamiast niej wybrałem Berlin.

Wyjazd ze Śremu autobusem do Poznania o ósmej. W wakacyjną sobotę niewielu pasażerów, przed podstawieniem autobusu mam okazję przejrzeć gablotę na dworcu PKS z postaciami zasłużonych śremian. Szkoda, że Towarzystwo Miłośników Ziemi Śremskiej, które zamieszcza różne materiały w gablocie, nie podało źródła tych biogramów – są one skopiowane z Wikipedii, w każdym razie rozpoznaję dwa, poświęcone ks. Piotrowi Wawrzyniakowi i Danielowi Kęszyckiemu, napisałem je… ja sam, dawno temu, kiedy jeszcze zajmowałem się redagowaniem tej encyklopedii. Zresztą nieważne – Wikipedia to dobro wspólne, a już podjeżdża mój autobus.

W Poznaniu kilkanaście minut czasu na przesiadkę na pociąg Eurocity z Warszawy do Berlina. Do mojego wagonu młoda kobieta wprowadza właśnie rower; kiedy oferuję swoją pomoc, okazuje się, że jest Niemką. Miejscówkę ma wprawdzie w sąsiednim wagonie, zapraszam ją jednak do mojego przedziału, miejsca jest dosyć. Oprócz nas dwie Polki i młody mężczyzna również wyglądający na obcokrajowca, o południowych rysach twarzy. Moja nowa znajoma (krótka fryzura i swobodne ubranie upodabniają ją bardziej do chłopca, Niemki zwracają jednak na takie sprawy mniejszą uwagę niż Polki) okazuje się inteligentną kobietą, studiowała kulturoznawstwo, mieszka teraz w Hildesheim („nazywanym Norymbergą północy”, jak mówi, „z powodu dużej liczby domów o konstrukcji szachulcowej”), ale pochodzi z Turyngii. Z zaskoczeniem dowiaduje się, że podczas mojego pierwszego w życiu wyjazdu za granicę (do NRD w 1988 roku) byłem w Steinach i Sonnebergu („To bardzo blisko moich stron rodzinnych”). Teraz właśnie wraca z wyprawy rowerowej wzdłuż całego polskiego wybrzeża Bałtyku, od Szczecina przez Świnoujście do Gdańska i Helu. Rozmawiamy nie tylko o jej wrażeniach z wycieczki, również ogólnie o Polsce, jak też o moich zainteresowaniach i wyprawach rowerowych.

– A które z polskich miast najbardziej się panu podoba? Które jest najbardziej interesujące?

– Chyba Wrocław. W ubiegłym roku byłem tam sześć razy, był to jednak specjalny rok dla tego miasta, Wrocław był Europejską Stolicą Kultury i zorganizowano tam bardzo wiele interesujących imprez.

– Nie Kraków?

– Kraków na pewno jest pięknym i ciekawym miastem, ale jest zbyt daleko ode mnie. Nie mogę pojechać tam na wystawę do muzeum i wrócić tego samego dnia. Ograniczam się do zachodniej Polski.

– Słyszałam też o Zielonej Górze…

– Tak, też tam byłem wielokrotnie. Historycznie to Dolny Śląsk, ale obecnie jest jedną z dwóch stolic województwa lubuskiego. Nazwa województwa pochodzi zresztą od miasta Lebus w Niemczech, koło Frankfurtu nad Odrą.

– Polacy nazwali województwo od niemieckiego miasta?

– Kiedyś to było polskie miasto, nazywało się Lubusz.

– A dzisiaj rzeczywiście jedzie pan do Berlina tylko na Noc Muzeów? Bez noclegu?

– Nie, nigdy nie nocuję, wracam tego samego dnia lub w nocy. Przed Długą Nocą Muzeów chciałbym odwiedzić jeszcze miejsce pamięci muru berlińskiego przy Bernauer Straße, to niedaleko Gesundbrunnen, a od godziny 18 czeka mnie Lange Nacht der Museen.

– Z tego, co pan opowiada, widzę, że robi pan zwariowane rzeczy, i to co weekend…

Nasza rozmowa schodzi też na politykę:

– Jaka jest właściwie przyczyna tego, że Polacy zagłosowali na PiS? Jak to było możliwe, że ta partia wygrała wybory?

– Osobiście nie głosowałem na PiS…

– Tak przypuszczałam.

– …ale nie robię tragedii z tego poparcia dla PiS w społeczeństwie. Wygrana PiS-u w wyborach 2015 roku, to, że zdobył absolutną większość w sejmie, było w dużej mierze kwestią przypadku, tego, że jedna partia lewicowa (Razem) odebrała część głosów drugiej partii lewicowej (Zjednoczonej Lewicy), przez co ta nie weszła do sejmu i straciła potencjalne mandaty na rzecz PiS-u. To dzięki temu PiS ma teraz absolutną większość w sejmie i może uchwalać co chce, nie licząc się z opozycją. Obecnie popularność PiS-u bierze się głównie z programu 500+, o którym pewnie pani słyszała. Opozycja twierdzi, że to przekupywanie społeczeństwa…

– Tak, słyszałam. Ale niemieckie media twierdzą, że demokracja w Polsce jest zagrożona.

– Nie zgadzam się z tym. To zwykła walka polityczna, normalna rzecz w każdym kraju.

Rozmawiamy też o innych, przyjemniejszych sprawach, na przykład o polskiej kuchni, Niemka mówi mi, że bardzo jej smakuje „serwolada ostródzka” („Nie słyszałem, to chyba jakiś lokalny przysmak? W Wielkopolsce też mamy tradycyjne potrawy”). Wreszcie pociąg przejeżdża przez most na Odrze i zatrzymuje się na dworcu we Frankfurcie nad Odrą. Ku mojemu zdziwieniu (zwykle nikt tu się nie dosiada) do pociągu wsiada dużo Niemców, do naszego przedziału również wchodzą dwie zażywne panie w wieku już emerytalnym lub przedemerytalnym. Ruszamy. Nasz pociąg dzisiaj wyjątkowo jedzie nie przez Dworzec Wschodni do Głównego, tylko przez Lichtenberg do Gesundbrunnen. Tuż za Frankfurtem po angielsku odzywa się też młody mężczyzna o południowych rysach twarzy, pytając, jak dojechać na Dworzec Wschodni. Okazuje się, że ma tam przesiadkę na pociąg do Amsterdamu.

– O, to ma pan problem – odpowiadają płynnie po angielsku starsze panie. Nie tylko one, ale cały przedział przechodzi na język Szekspira. – Bo pomiędzy Lichtenbergiem i Dworcem Wschodnim pociągi nie kursują.

– A co się stało? – pytam.

– Remontują tory w Ostkreuz. Pociągi regionalne z Frankfurtu dojeżdżają tylko do Erkner, potem trzeba się kilka razy przesiadać. Ja też jadę tym pociągiem, aby uniknąć przesiadek. Jestem zresztą z Fürstenwalde, musiałam więc cofnąć się do Frankfurtu, ale to i tak lepsze. Musi pan jechać autobusem z Lichtenbergu na Dworzec Wschodni.

Tajemnica popularności naszego Eurocity wśród Niemców we Frankfurcie więc się wyjaśniła. Smętnie zdaje sobie sprawę, że i mnie w drodze powrotnej będzie czekała podróż z przesiadkami. W nocy z soboty na niedzielę nie mam, jak kiedyś, bezpośredniego połączenia z Berlina do Poznania.

W Lichtenbergu pociąg stoi tak długo, że jedna z pań zaczyna się denerwować.

– Jeśli zaraz nie ruszy, nie zdążę w Gesundbrunnen na przesiadkę do Rostocku.

– Będzie miała pani następny – pocieszam.

– Tak. I w szpitalu będę dopiero wieczorem. Jadę do chorej ciotki, która leży w szpitalu w Güstrow. W dodatku mają mnie odebrać, będę więc teraz musiała wszystko pozmieniać.

Na szczęście pociąg w tym momencie rusza, na stacji Berlin Gesundbrunnen jesteśmy zgodnie z planem. Pociąg młodej Niemki do Hanoweru odchodzi z Dworca Głównego, początkowo planowała pojechać tam kolejką miejską S-Bahn, ale kiedy spojrzała na plan Berlina, który zabrałem z domu, zmieniła zdanie, przejdzie ze mną kawałek pieszo, a potem pojedzie rowerem, to niedaleko. Musimy tylko znaleźć Brunnenstraße, którą dojdziemy do Bernauer Straße. Oboje jesteśmy po raz pierwszy w Gesundbrunnen, nie znamy tych okolic, proponuję jednak pójść w kierunku, który okazuje się właściwy.

– Ma pan dobrą orientację w terenie.

– I trochę doświadczenia w jeździe rowerem z mapą. Jest teraz po godzinie 12, nasz cel jest na południu, wystarczy więc iść za słońcem.

Na Bernauer Straße rozstajemy się przy Miejscu Pamięci Muru Berlińskiego. To mój pierwszy cel dzisiejszej wyprawy do Berlina.

* * *

O Miejscu Pamięci Muru Berlińskiego (Gedenkstätte Berliner Mauer) dowiedziałem się w 2008 roku od przygodnie poznanego Niemca podczas mojej wycieczki rowerowej po Meklemburgii – Pomorzu Przednim. Niemiec (spotkanie z nim było bardzo ciekawym i zaskakującym doświadczeniem – okazał się wnukiem Hermanna Mittendorfa, niemieckiego landrata Śremu podczas okupacji), kiedy dowiedział się, że niedawno odwiedziłem Muzeum Muru Berlińskiego przy Checkpoint Charlie na Friedrichstraße, powiedział mi:

– Jeszcze ciekawsze jest miejsce pamięci przy Bernauer Straße. Muzeum przy Checkpoint Charlie jest prywatne i koncentruje się na sensacjach, natomiast miejsce pamięci przy Bernauer Straße jest utrzymywane ze środków publicznych, ma większą wartość informacyjną i jest poważniejsze w charakterze. Jest tam też zachowany fragment muru.

Okazuje się to prawdą. Miejsce pamięci powstało przy ulicy, która przez 28 lat stanowiła granicę pomiędzy wschodnim i zachodnim Berlinem. Z dnia na dzień Bernauer Straße stała się ulicą graniczną, a właściwie – po wschodniej stronie, bo po zachodniej życie toczyło się normalnie – martwą strefą, w której zburzono kamienice i zainstalowano śmiercionośny pas (mur berliński składał się w istocie z kilku rzędów murów, płotów, zasieków itp.), mający uniemożliwić wschodnim berlińczykom przedostanie się na drugą stronę. I tak dochodziło tam jednak do prób ucieczek, nawet podkopów i budowy tuneli, niektóre ucieczki udawały się nie, niektóre kończyły tragicznie.

Zwiedzanie rozpoczynam w zwykły dla siebie sposób, to jest bardzo dokładnie czytając wszystkie plansze (miejsce ma charakter centrum dokumentacyjnego, chociaż zawiera też oryginalne artefakty, jak płaszcz, w którym uciekła jedna z kobiet), reprodukowane na nich dokumenty urzędowe, listy, słucham przemówienia Kennedy’ego ze słynnym zdaniem „Ich bin ein Berliner”, przemówienia Willy’ego Brandta (wtedy burmistrza zachodniego Berlina), wspomnień mieszkańców NRD, którzy zdecydowali się na ucieczkę. Kiedy już dokładnie zapoznałem się z ekspozycją na parterze centrum, na moim zegarku jest 17.30, minęło więc cztery i pół godziny, a do zwiedzenia jest jeszcze ekspozycja na górnej  kondygnacji, obszerniejsza. Czy centrum bierze udział w Długiej Nocy Muzeów? Nie, nigdy nie bierzemy w niej udziału, zamykamy o 18. Trudno, muszę na tym poprzestać, nie wiem, czy kiedykolwiek uda mi się dokładnie zwiedzić całą ekspozycję, przy moim sposobie zwiedzania muzeów musiałoby to trwać 10-12 godzin.

Wychodzę już, bo chciałbym przejść jeszcze drugą stronę ulicy – dotknąć zachowanego fragmentu muru (ma 200 metrów długości), przespacerować się po pustym obecnie porośniętym terenie, strefie śmierci, w której wcześniej buszowały… słynne berlińskie króliki.

* * *

Zaczęła się już Długa Noc Muzeów Przejście pieszo z Bernauer Straße w kierunku Topografii Terroru i Martin-Gropius-Bau, które najbardziej mnie interesują podczas dzisiejszej nocy. Na planie miasta to tylko kawałek, ale nie uwzględniłem wielkości Berlina – przejście zajmuje mi prawie godzinę. Nie szkodzi, idę pierwszy raz tą trasą i po raz pierwszy mogę zobaczyć budowle, o których dotychczas tylko słyszałem – Dworzec Północny z wystawą o dworcach-widmach w podzielonym Berlinie, bardzo duże Muzeum Przyrodnicze, które też bierze udział w dzisiejszej nocy muzeów, przedtem krótki odpoczynek w parku przy Eichendorffstraße, ogromny kompleks budynków szpitala uniwersyteckiego i wydziału medycznego Charité, studio telewizyjne ARD. Coraz więcej ludzi na ulicach, kobiety w chustach, różne rasy, kolory skóry, słychać najróżniejsze języki, po powrocie do Polski mam ochotę powtórzyć znajomym znany dowcip: „Na pewno słyszeliście, że w Polsce jest mniejszość niemiecka, prawda? Otóż powiem wam, że byłem niedawno w Berlinie i tam też jest”. Wreszcie plac Paryski i Brama Brandenburska, dalej wzdłuż Wilhelmstraße (niedaleko stał tu pałac Radziwiłłów, potem zamieniony na Kancelarię Rzeszy, rezydował w niej też Hitler, ale nie odnajduję tego miejsca) na południe, przy Topografii Terroru jestem już po 19.

Topografia Terroru, placówka, do której się wybierałem od początku moich wyjazdów do Berlina, ale którą dopiero teraz udało mi się zobaczyć, to miejsce, w którym do 1945 roku znajdowała się główne siedziba gestapo i SS. Z dawnych budynków nie zostało nic, w ich miejscu stoi duży pawilon wystawowy, obok którego jest również ekspozycja na zewnątrz. Podobnie jak Miejsce Pamięci Muru Berlińskiego, Topografia Terroru jest centrum dokumentacyjnym, nie muzeum, rolę informacyjną spełniają plansze bardzo szczegółowo opisujące historię Niemiec w latach 1933-1945.

Krótkie obejście ekspozycji i chwila zastanowienia. Tematyka wystawa jest interesująca, ale jeśli tu zostanę, do końca nocy muzeów nie zwiedzę już niczego innego – zwiedzę właściwie tylko ekspozycje wewnątrz pawilonu (i to pewnie nie w całości), ponieważ w nocy zapoznanie się z planszami na zewnątrz nie będzie już możliwe (ekspozycja jest nieoświetlona). Ostatecznie rezygnuję z pierwotnego planu, przechodzę do Martin-Gropius-Bau, stojącego tuż obok.

* * *

O Martin-Gropius-Bau usłyszałem po raz pierwszy w 2011 roku, przy okazji wystawy o historii stosunków polsko-niemieckich, która wtedy miała tam miejsce. Wystawy nie widziałem i nie wiem, dlaczego wyobrażałem sobie, że Martin-Gropius-Bau jest jakąś nowoczesną budowlą, jak bardzo dobrze mi znany Pei-Bau, w którym są organizowane wystawy czasowe Niemieckiego Muzeum Historycznego przy Unter den Linden. W rzeczywistości Martin-Gropius-Bau to udany przykład XIX-wiecznej architektury neorenesansowej – nietypowej dla Berlina, bardziej kojarzyłbym ten styl z XIX-wiecznym Paryżem. Od samego początku budynek pełnił też funkcję muzeum i pawilonu wystawowego.

„Der Luthereffekt”, czyli obszerna wystawa poświęcona 500-leciu reformacji, jest główną ekspozycją w Martin-Gropius-Bau, na parterze budynku, na nią też przede wszystkim przyjechałem ze Śremu. Wystawa duża i bardzo atrakcyjna pod względem wizualnym, ale też niosąca mnóstwo ważnych, istotnych dla historii religii (i historii kultury) treści. W pierwszej części omówienie ruchów reformacyjnych z czasów ich początków, czyli XVI wieku, potem rozwój reformacji został przedstawiony na przykładzie czterech krajów: Szwecji, Tanzanii, USA i Korei Południowej. Można mieć wprawdzie wątpliwości, czy takie ograniczenie się jest właściwe, szczególnie w przypadku USA, w których ruchy wywodzące się z protestantyzmu są bardzo liczne i do dzisiaj bardzo aktywne, rozumiem jednak twórców wystawy. Ich celem nie było wyczerpujące przedstawienie tematu (jest to niemożliwe), raczej wskazanie ogólnych kierunków w rozwoju religii, zaproszenie do dalszych samodzielnych poszukiwań. Rozumiem też skoncentrowanie się na prądach wywodzących się bezpośrednio z luteranizmu; w końcu wystawa upamiętnia 500-lecie przybicia przez Lutra słynnych tez do drzwi kościoła w Wittenberdze – wydarzenie bardzo ważne dla Niemców, niezależnie od ich wyznania czy światopoglądu.

Zwracam uwagę na cenne dzieła sztuki ilustrujące wystawę, np. podwójny portret Marcina Lutra i jego żony Katarzyny Bora pędzla Lucasa Cranacha, dawne księgi, dokumenty, ale też przedmioty o całkiem innym charakterze, szczególnie w części wystawy poświęconej Szwecji, jak „skórzaną” armatę, używaną przez Szwedów podczas wojen w XVII wieku, figurę wojownika z zatopionego galeonu „Waza”, a nawet ławę dla nowożeńców ze szwedzkiego kościoła i mającą całkiem inne przeznaczenie „ławę hańby”.

Pozostałe wystawy, na wyższych piętrach Martin-Gropius-Bau, są dla mnie już mniej interesujące, chociaż jest wśród nawet „Der ganze Prozess”, czyli eksponowany (w całości) rękopis „Procesu” Franza Kafki. Cenię twórczość Kafki, nie mam jednak do niej tak emocjonalnego stosunku, aby analizować jego (dość nieczytelny) charakter pisma.

Ciekawsza jest wystawa grafik Luciana Freuda (wnuka słynnego Sigmunda), szczególnie podobają mi się rytowane grubą kreską i wcale nie upiększające portrety, oddające prawdę psychologiczną o modelu; z kolei niewielka wystawa fotograficzna dokumentująca zbrodnie neonazistowskiej organizacji NSU raczej nie jest warta wspomnienia.

* * *

Opuszczam Martin-Gropius-Bau już po północy. W drodze na Dworzec Główny zajrzę jeszcze do Niemieckiego Muzeum Szpiegostwa (muzeum komercyjne, prywatne, jak Muzeum Muru Berlińskiego przy Checkpoint Charlie, raczej niewarte osobnej wizyty) przy Leipziger Platz. Na znajdującą się przy tym samym placu wystawę Salvadora Dalego niestety nie wejdę, kolejka chętnych jest zbyt długa. Potem niewielkie Ottobock Science Center (wystawa protez ludzkich organów) przy Ebertstraße i na sam koniec dwie wystawy w Max Liebermann Haus przy Bramie Brandenburskiej. Wystawa czarno-białych fotografii Bernarda Larssona dokumentująca życie we wschodnim i zachodnim Berlinie w latach 1961-1968 jest ciekawa, nie mam już jednak wystarczająco dużo czasu, aby ją dokładnie obejrzeć.

Chociaż jest już noc, wszędzie po drodze widzę mnóstwo pijanych, bawiących się ludzi, też na pustym placu przed Reichstagiem siedzi jakaś grupka, może pijanych, może narkomanów, nie zwracamy na siebie uwagi; alkohol u Niemców nie wywołuje agresji, w Berlinie czułem się zawsze bezpiecznie, nawet kiedy kilka lat temu w środku nocy zimą szedłem przez pusty park Tiergarten. Przechodzę jeszcze tylko obok Urzędu Kanclerskiego i na Dworzec Główny.

Z powodu remontu torów węzła Ostkreuz muszę jechać do Frankfurtu nad Odrą z przesiadkami. Pociągiem jadę na Dworzec Wschodni, skąd o 2.10 odjeżdża autobus do Erkner. Na Dworcu Wschodnim muszę czekać godzinę. Spacerując wokół niego, widzę dwa szczury, które wyszły z zarośli, szukając jedzenia; one też mnie zauważyły, powoli wycofują się w krzaki. Z Erkner znowu pociągiem do Frankfurtu, w którym jestem przed czwartą w nocy. Przejście opustoszałymi ulicami w kierunku Słubic, po drodze zagaduje mnie mężczyzna, który wysiadł ze mną z pociągu z Erkner.

– Nie wie pan, gdzie można tu napić się kawy? Tu wszystko zamknięte.

– Niestety nie wiem. Nie jestem stąd. Jestem z Polski. Idę do Słubic na autobus.

– To pójdę z panem. Może tam będzie.

– Proszę. Na pewno w Polsce będą otwarte lokale. A co pan tu robi o tak późnej porze?

– Mam tu przesiadkę. Jadę do Eisenhüttenstadt, pociąg mam dopiero o 5.37. Wracam z Berlina z meczu – mężczyzna z dumą pokazuje koszulkę z napisem „Hertha BSC” (oprócz koszulki nic nie ma sobie i widać, że drży z zimna). A do tej granicy daleko?

– Blisko, jakieś 10-15 minut. Był pan już w Polsce?

– Tak, ale my granicę przekraczamy w Gubinie, nie tutaj. Moja siostra wyszła też za mąż za Polaka. On jest z Turku, ale mieszkają w Świnoujściu.

– Z Turku? Znam dobrze i Turek, i Świnoujście.

Mężczyzna wchodzi do otwartego sklepu spożywczego tuż za mostem granicznym (tam chyba nie dostanie kawy?, będzie musiał pójść do pobliskiej stacji paliw), ja idę na ulicę Wojska Polskiego, na dworzec autobusowy. Kiedy docieram na miejsce, niespodzianka – dworca już nie ma, w czasie tych dwóch lat, od kiedy ostatni raz byłem w Słubicach, został przeniesiony w jakieś inne miejsce. Wciąż jest noc, ciemno, obok przechodzi jednak jakaś para i mogę ich zapytać o drogę.

– Niech pan…, niech pan tu skręci w prawo i potem na skrzyżowaniu… Trafi pan – dziewczyna jest pijana, prawie przewraca się na mnie, ale skierowała mnie dobrze. Okazuje się, że nowy dworzec znajduje się na placu Bohaterów, tuż obok budynku urzędu miejskiego i sądu.

Mój autobus do Poznania odjeżdża o 5.45. Prawie cztery godziny jazdy przez Sulęcin, Międzyrzecz, Pniewy, potem w Poznaniu ponad godzina czekania na autobus do Śremu. W domu będę o 12.

Kościół Najświętszej Maryi Panny Wniebowziętej w Mórce

15 sierpnia – wyjazd na mszę odpustową do kościoła w Mórce. Byłem w nim wielokrotnie, również na mszy, ale chętnie go sobie przypomnę w najważniejsze dla parafii i wioski święto.

Ze wszystkich kościołów i kaplic w wioskach w gminie Śrem (Dalewo, Mórka, Błociszewo, Nochowo, Pysząca, Mechlin, Luciny) ten w Mórce podoba mi się chyba najbardziej (w całym powiecie śremskim palmę pierwszeństwa należy przyznać oczywiście drewnianemu kościołowi w Błażejewie). Dlaczego? Jest wprawdzie stary, pochodzi z końca XVI wieku, ale tej dawności, zabytkowości nie widać na pierwszy rzut oka, tak jak nie widać tego, że jest kościołem o konstrukcji szachulcowej (popularnie zwanej murem pruskim) – z zewnątrz bowiem jest oszalowany deskami, a wewnątrz otynkowany.

Wnętrze kościoła w Mórce podoba mi się, chociaż trudno je nazwać cennym. Najcenniejszym obiektem jest ołtarz główny z barokowym obrazem Matki Boskiej z Dzieciątkiem; niestety jest zasłonięty srebrną sukienką z XVIII wieku, nie można go więc obejrzeć w oryginalnej postaci. Do tego dwa ołtarze boczne z obrazami przedstawiającymi Wszystkich Świętych i świętą Annę nauczającą Marię. Malarze nie są znani; podoba mi się obraz w ołtarzu głównym (czy kiedykolwiek będę miał okazję zobaczyć go w pełnej krasie, po zdjęciu sukienki?); dwa w ołtarzach bocznych to chyba dzieła niemieckiej szkoły nazarejczyków z początków XIX wieku; polichromie w prezbiterium i nawie, przedstawiające czterech ewangelistów i ośmioro świętych polskich, bez większej wartości artystycznej, zostały namalowane przez współczesnego artystę Teodora Szukałę. Chyba najciekawszym elementem architektonicznym (nie widziałem go w innych kościołach koło Śremu) jest łuk tęczowy, ale bez zwykle występującej belki tęczowej, tylko koszowy łuk tęczowy, wsparty na dwóch kolumnach toskańskich. Co sprawia więc, że kościół w Mórce cenię najwyżej spośród wiejskich kościołów w gminie Śrem? Pewnie jego ogólny klimat, kameralność połączona z dobrym zharmonizowaniem poszczególnych elementów wystroju.

Kiedy podjeżdżam pod niego po krótkiej jeździe ze Śremu, dokoła kościoła jest już bardzo dużo ludzi – mieszkańców Mórki, okolicznych wiosek, nawet mojego miasta. Spotykam znajomą, która na odpuście sprzedaje kolorową watę cukrową i pop-corn (na odpuście jest łącznie siedem stoisk), po krótkiej rozmowie zostawiam pod jej opieką rower i idę już w kierunku kościoła, w którym wierni odmawiają różaniec przed mszą.

Msze w wiejskich kościółkach mają swój urok, zwłaszcza msze z tak uroczystej okazji, jaką jest odpust. Wszyscy są odświętnie ubrani, na tym tle wyróżniam się moim niedbałym strojem turysty rowerowego. Nie znam żadnego z wiernych, chociaż możliwe, że niektórzy z nich znają mnie – tłumacza ze Śremu, któremu kiedyś zlecali tłumaczenia, obserwację architektury i wyposażenia świątyni mogę łączyć z obserwacją wiernych, duchownych, dzieci. Około dziesięciorga dzieci zasiadło na stopniach ołtarza, potem będą sypać płatki kwiatów podczas procesji, na razie zajmują się swoimi sprawami. Chłopczyk macha ręką do kolegi, dwie dziewczynki z przejęciem plotkują o czymś, trzecia dziewczynka siedzi ze złożonymi rękoma rozmodlona, innemu chłopcu rozwiązała się rewerenda  i trzeba ją poprawić. Mszę prowadzi zaproszony przez księdza proboszcza ksiądz Jacek Markowski z Poznania, który opowiada o Wniebowzięciu Najświętszej Marii Panny, o historii dogmatu; lektorami Pisma Świętego są kobiety, które na równi z ministrantami służą do mszy; jeden z psalmów śpiewa młoda kobieta, która, jak się później okazuje, właśnie wzięła ślub w tym kościele.

Po mszy rozpoczyna się procesja, na której nie zostaję; wykorzystuję okazję, aby jeszcze raz obejrzeć świątynię i główny ołtarz. Łączy się z nim legenda, którą cytuje Zbigniew Szmidt w swoim przewodniku „Powiat śremski”, niestety nie podając źródła:

W miejscu, gdzie w XIX wieku był niewielki stawek zarosły trzciną, zwany przez miejscowych Wsisko, stała przed laty wieś z kościołem. Po pożarze, któremu uległa wieś z kościołem, z którego tylko obraz Matki Boskiej uratować zdołano, zaszła sprzeczka pomiędzy mieszkańcami Bodzyniewa i Mórki, dokąd obraz ten ma być wzięty. Sprzeczkę rozstrzygnął proboszcz: iż kto wpierw z mieszkańców Bodzyniewa i Mórki w pierwsze święto wielkanocne po zjedzeniu święconego będzie na miejscu, gdzie  stał kościół, ten będzie mógł zabrać obraz.

Jak widać, pierwszy był mieszkaniec Mórki.

Odpust

Coroczny odpust przy kościele Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Puławach to jedno z najwcześniejszych moich wspomnień dzieciństwa z początku lat 70. Kościół był położony trochę dalej, „Na Górce”, jak mawiają puławianie, odpust odbywał się natomiast na mojej ulicy Izabeli, praktycznie pod moimi oknami – mieszkałem na parterze bloku numer 5.

Każdego roku dzień 15 sierpnia był wielkim wydarzeniem w życiu dziecka, oczekiwanym i upragnionym. Już od samego rana budziły mnie hałasy na ulicy – handlarze ustawiali i zbijali swoje kramy, rozkładali na nich towary. Po porannych mszach pojawiali się pierwsi kupujący, było ich coraz więcej  i więcej, w końcu koło południa i wczesnym popołudniem cała (wprawdzie niedługa) ulica Izabeli huczała gwarem rozmów, piskami trąbek, wystrzałami – jakże wyraźna jest moja pamięć słuchowa tamtych dni… Ulica zapełniała się, dorosłymi, ale przede wszystkimi dziećmi, które z przejęciem biegały od stoiska do stoiska, ściskając w ręku drobne otrzymane od rodziców, które wydawały na… Na co wydawaliśmy pieniądze? Na watę cukrową, zabawki, różne plastykowe wiatraczki, świecidełka… Nie wiem, co kupowały dziewczynki, nas, chłopców, interesowały przede wszystkim korkowce, czyli pistolety na korki i kapiszony, z którymi biegaliśmy potem po podwórku.

W odpust odwiedzał mnie też kolega ze szkoły, razem chodziliśmy po stoiskach, rozglądaliśmy się i kupowaliśmy nowy zapas korków, które potem ładowaliśmy do naszych pistoletów (przeważnie już mieliśmy je z poprzednich odpustów). Pamiętam szokujące wydarzenie podczas jednego z takich odpustów, kiedy koledze podczas manipulowania przy korkowcu wybuchł korek w rękach – złapał się za twarz, zakrył oczy dłońmi; nie, nie stracił wzroku, skończyło się na jego (i moim) strachu.

A potem przychodziło wielkie sprzątanie wieczorem, chociaż śmieci na ulicy walały się jeszcze następnego dnia, dopóki ich nie uprzątnęły służby oczyszczania miasta. O odpuście długo się pamiętało, i czekało na następny.

Z aspektu religijnego wydarzenia nie rozumiałem chyba nic, nie zdawałem sobie nawet sprawy z religijnego znaczenia słowa „odpust”, dla mnie odpust był po prostu wielkim, wspaniałym jarmarkiem, w ogóle nie kojarzyłem go z odpuszczaniem grzechów. Nasza parafia chyba też zdawała sobie sprawę z całkowitej świeckości tego jarmarku, że nie ma on nic wspólnego z religią, skoro nie zezwalała na budowę kramów tuż przy kościele „Na Górce”. Musiały być one ustawiane właśnie na ulicy Izabeli, aby hałas nie przeszkadzał w nabożeństwach.

Wspomnienia te dotyczą pierwszej połowy lat 70. Później oczywiście też odbywały się tam odpusty, nadal pod oknami naszego mieszkania, już mnie jednak nie interesowały. Czy to ja wyrosłem, czy odpusty stały się inne? Myślę, że i jedno, i drugie. Moi rodzice też potwierdzali, że „odpusty teraz to nie to, co dawniej”. Stały się mniejsze, jakby skurczyły się. Czy nadal odbywają się w Puławach na Izabeli? Z tego, co wiem, tak, chociaż przestały już być taką atrakcją w mieście, jaką były kiedyś.

Od 35 lat nie mieszkam w Puławach. W mojej parafii w Śremie w Wielkopolsce odpustów (w znaczeniu jarmarków) nie ma. Podczas moich wycieczek rowerowych czasami trafiam na odpusty w okolicznych wioskach, na przykład w Śnieciskach na św. Marcina, Wyskoci na św. Andrzeja, Jaszkowie na św. Barbary. W porównaniu z odpustami puławskimi z lat mojego dzieciństwa są to jednak tylko miniodpusty, z kilkoma stoiskami i niewielką liczbą kupujących. I przyczyną tego chyba nie jest tylko chłodna, listopadowa i grudniowa pora roku i mała wielkość parafii…

Muzeum Etnograficzne w Poznaniu – Romanipen, czyli co to znaczy być Romem

Na wystawie „Romowie ≠ Cyganie” w Muzeum Etnograficznym w Poznaniu byłem w sam dzień otwarcia – na wernisażu 8 kwietnia, który też opisałem na tym blogu. Wrażenia miałem wtedy mieszane, raczej negatywne – niechęć wzbudziła we mnie wszechobecna na wystawie poprawność polityczna i jej dydaktyzm, pragnienie wpojenia zwiedzającym za wszelką cenę (również cenę prawdy) tolerancji, nie w dawnym, pierwotnym znaczeniu tego słowa, kiedy tolerancja oznaczała właśnie tylko tolerowanie, tylko nowym, kiedy tolerancja oznacza zakaz wszelkiej krytyki i w istocie promocję jakiegoś zachowania. Mimo to wystawa jest jedną z ważniejszych, które można w tym roku obejrzeć w Poznaniu, postanowiłem więc pojechać do gmachu przy Mostowej po raz drugi, wprawdzie nie tyle na wystawę, co na towarzyszący jej wykład pod tytułem „Romanipen, czyli co to znaczy być Romem” prowadzony przez Witolda Przewoźnego, kuratora i współautora wystawy.

Wyjazd 12 sierpnia o 8 rano – tuż po nocnej burzy, która znowu nawiedziła zachodnią Polskę. Jadąc rowerem, mijam połamane gałęzie, konary, nawet całe drzewa powalone przez wichurę. Śrem tak bardzo nie ucierpiał, na Pomorzu szkody spowodowane nawałnicą były o wiele większe, zginęło tam też pięć osób. Przed budynkiem Muzeum Etnograficznego jestem o 11, do wykładu jeszcze godzina, korzystam więc z okazji, aby zwiedzić położone tuż obok Muzeum Bambrów Poznańskich. Muzeum jest otwarte tylko dwa dni w tygodniu, w piątki i soboty od 10 do 14, a ja ostatnio byłem w nim dawno temu, niewiele więc pamiętam. Mam szczęście, ponieważ muzeum zwiedza właśnie grupa młodzieży, którą oprowadza Aleksander Kubel, brat słynnego Juliusza, autora „Blubrów Starego Marycha”. Aleksandra poznałem w Bibliotece Raczyńskich w grudniu 2016 roku, na promocji „Księcia Szaranka”, czyli dokonanego przez Juliusza Kubla przekładu „Małego księcia” na gwarę poznańską, teraz mogę posłuchać, jak opowiada o poznańskich bambrach, czyli niemieckich osadnikach, którzy przywędrowali do Poznania z Bambergu w XVIII wieku i szybko się spolonizowali. Dużo się zmieniło w muzeum od czasów mojej ostatniej wizyty – nowe eksponaty, na parterze zaaranżowano wnętrza izb z chat bamberskich ze sprzętami domowymi, które tworzą jakby miniaturowy skansen, tyle że pod dachem. Na piętrze zdjęcia, dokumenty (dużo z nich w języku niemieckim), elementy stroju bamberskiego, m.in. ważący 4 kg kornet (ozdobne nakrycie głowy) i rozcięte majtki „piorun trzasł”, bardzo ułatwiające intymną toaletę kobietom noszącym po kilka halek, spódnic, fartuchów. Opiekuna młodzieży (przeważają dziewczęta) pytam, skąd przyjechali, okazuje się, że z Tomaszowa Lubelskiego, w Poznaniu biorą udział w przeglądzie folklorystycznym „Integracje”.

– Kiedy mówimy, że jesteśmy z Tomaszowa, odpowiadają nam „Aha, to koło Lublina”. A my na to: „Nie, to koło Lwowa”. Bo do Lwowa mamy bliżej niż do Lublina. A przed wojną byliśmy w województwie lwowskim.

– Tak, wiem, gdzie jest Tomaszów Lubelski. Pochodzę w Puław, w Wielkopolsce zamieszkałem 30 lat temu.

Po powrocie do Śremu sprawdzę to w Internecie; opiekun grupy jednak się mylił, przed wojną Tomaszów Lubelski leżał w województwie lubelskim, nie lwowskim, nie jest to jednak istotne. Czas już przejść do Muzeum Etnograficzne, zaraz zacznie się wykład.

* * *

Po wstępie (trochę za długim, trwa 30 minut), podczas którego Witold Przewoźny znowu mówi o potrzebie tolerancji, zrozumienia dla kultury romskiej, przechodzimy do właściwej części wykładu. Romanipen, podstawowe pojęcie w kulturze cygańskiej, Wikipedia definiuje jako „ogół tradycji romskiej, niepisany kodeks postępowania oraz wzajemnych relacji w tradycyjnej społeczności romskiej, nieobejmujący stosunków z gadziami. Składają się nań wszystkie zwyczajowe prawatabu oraz sankcje grożące za ich złamanie”. Wykład jest interesujący, chociaż zbyt ukierunkowany tylko na jeden aspekt romanipen – mageripen, czyli skalanie. Na czym polega skalanie? Czym się różni „bare mageripen” (wielkie skalanie) od „tikne mageripen” (małego skalania)? Jakie konsekwencje grożą Cyganom, którzy dopuścili się skalania? Witold Przewoźny omawia te kwestie bardzo szczegółowo, ja chętnie posłuchałbym też o innych nakazach romanipen, na przykład ten o poszanowaniu języka cygańskiego (poszanowanie to nie uchroniło Cyganów przed stałym przyjmowaniem nowych słów od społeczności, w których żyją, i rozchodzeniem się języków cygańskich – Cygan z Polski nie jest w stanie porozumieć się z Cyganem z Francji) i przede wszystkim obowiązku bycia uczciwym, mówienia prawdy. Jak sam Witold Przewoźny przyznaje, to ostatnie dotyczy tylko relacji wewnątrz społeczności cygańskiej, Cyganie nie mają żadnych skrupułów wobec oszukiwania gadziów, romanipen tego nie zabrania. Na koniec wykładu możemy obejrzeć fotografie wykonane w cygańskim obozowisku w Poznaniu na ulicy Lechickiej. Od lat w bardzo trudnych warunkach mieszkają tam Cyganie, którzy przyjechali tu z Rumunii. Tylko niektórzy pracują, kobiety zajmują się żebractwem na ulicach.

Dyskusja po wykładzie (było niewielu ponad 10 słuchaczy, przyszła też cygańska poetka Róża Łakatosz z mężem, którą widziałem również na wernisażu) okazuje się ciekawsza od samego wykładu. Rozmowę zaczyna młody mężczyzna pytaniem o samoidentyfikację Cyganów. Od kiedy wiedzą, że pochodzą z Indii?

– Bardzo wielu Romów do tej pory tego nie wie – odpowiada Witold Przewoźny – i nie interesuje się tym. Uważają, że to i tak nic to nie zmienia w ich życiu. Charakterystyczne jest, że w języku romskim nie ma kategorii przeszłości i przyszłości, żyją tylko teraźniejszością.

– A skąd taki tytuł: „Romowie ≠ Cyganie”? – pyta drugi mężczyzna.

– O, to temat na oddzielny wykład – odpowiada kurator wystawy i znowu zaczyna opowiadać o potrzebie tolerancji, zrozumienia. – Celem wystawy było zmuszenie ludzi do zastanowienia się, krytycznego stosunku do klisz, stereotypów. Zauważył pan może komentarze przy tych cytowanych stereotypach. Na przykład: „Cyganie nie chcę pracować. A czy ty dałbyś im pracę?”

– Ciekawe pytanie. Może dałbym, gdyby ta praca miała polegać na przykład na  dostarczeniu czegoś. Ale wpuścić ich do domu? Tego bym nie zrobił. Sam pan powiedział, że romanipen nie zakazuje oszukiwania gadziów…

Teraz ja zabieram głos, pytając Witolda Przewoźnego:

– Właśnie. Czy nie sądzi pan, że wystawa ukazuje obraz Cyganów, który ma niewiele wspólnego z rzeczywistością? Wśród tych stereotypów obalanych na wystawie jest też zdanie: „Cyganie kradną. Czy wszyscy?”. Nie, nie wszyscy, ale jest faktem, że przestępczość wśród Cyganów jest o wiele wyższa.

– To nieprawda. Były badania naukowe, które wykazały, że Romowie nie popełniają więcej przestępstw.

– A na jakiej podstawie metodologicznej były prowadzone te badania? Bo jeśli porównywano liczby bezwzględne, to z pewnością liczba przestępstw popełnionych przez Cyganów jest niższa niż nie-Cyganów. Cyganów w Polsce jest jednak tylko około 20 tysięcy. Gdybyśmy porównali przestępczość w stosunku do liczby ludności, wyniki byłyby całkiem inne. I dlaczego jest to temat tabu? Dlaczego w mediach nie pisze się, że metoda okradania starszych ludzi „na wnuczka” została wymyślona przez Cygana Hossa i że to Cyganie wyspecjalizowali się w tej metodzie oszustwa? Dlaczego nie wolno o tym mówić?

– Ależ wolno. Tu, na tej ścianie, przeznaczyliśmy miejsce na opinie widzów o wystawie. Ściana jest już prawie zapełniona i głosy za i przeciw Cyganom są pół na pół.

Większość słuchaczy już wyszła. Zostałem tylko ja, dwóch mężczyzn i Witold Przewoźny, przyłącza się też strażnik z Muzeum, który wspomina o głośnej kilka lat temu sprawie rzekomej dyskryminacji Cyganów w poznańskich restauracjach.

– Znam dobrze kobietę, która pracowała w tej restauracji – przyznaje kurator. – Rzeczywiście tak było, że do lokalu przychodziła grupa Cyganów ze sprzętem grającym, który ustawiali na cały regulator i nie reagowali na prośby kelnerów o ściszenie. Po prostu prowokowali, czekali, aż ich wyrzucą, po czym w mediach pojawiły się artykuły o dyskryminacji Cyganów i sprawa trafiła do sądu. Taką mają strategię. Strategią jest też doskonała znajomość przepisów dotyczących praw socjalnych, zasiłków z pomocy społecznej. Po przyjeździe do danego kraju od razu wiedzą, dokąd się udać, aby uzyskać zasiłek. Ale czy w ogóle możemy oczekiwać podjęcia pracy przez Cygana? Jeśli jego ojciec nie pracował, jego dziadek, pradziadek również nie, jak mamy przekonać Roma, aby poszedł do pracy?

– Biorąc pod uwagę te wszystkie wewnętrzne konflikty między poszczególnymi społecznościami cygańskimi – Polska Roma, Lowarami, Bergitka Roma, które się nawzajem nienawidzą, gdyby nie ciągłe opieranie się na społecznościach, które ich przyjmują, Cyganie nie przetrwaliby… – zauważa młody mężczyzna.

– Mógł pan to powiedzieć dosadniej – odpowiadam – że Cyganie pasożytują na społecznościach, które ich przyjmują, i to od tysiąca lat.

– No, w zasadzie to prawda… – uśmiecha się Witold Przewoźny.

Wychodzę z Muzeum Etnograficznego o godz. 15, te cztery godziny okazały się ostatecznie ciekawie spędzonym czasem. Muszę jeszcze zajrzeć do Galerii Miejskiej „Arsenał” i do Muzeum Narodowego. Idąc Paderewskiego w kierunku al. Marcinkowskiego mijam żebrzącą Romkę – co najwyżej kilkunastoletnią dziewczynę (dziewczynkę) w długiej różowej spódnicy. Mieszka pewnie na obozowisku przy Lechickiej. Chętnie zamieniłbym z nią kilka słów, zapytał, jak jej się żyje w Polsce, wiem jednak, że dziewczyna prawie na pewno jest pod stałą obserwacją swoich braci albo kogoś innego z rodziny. Próba bliższego kontaktu mogłaby się dla mnie bardzo źle skończyć…

Wystawy „Zaćmienie” Izabeli Sitarskiej i „POP – Polska Okładka Płytowa” w „Arsenale” nie są zbyt ciekawe. Właśnie otwarta wystawa „Szczeliny wolności – sztuka w latach 1945 – 1948/1949” w Muzeum Narodowym z kolei wygląda na bardzo interesującą, jest też jednak bardzo obszerna. Na pewno nie zdążyłbym już jej dzisiaj zwiedzić, muszę zarezerwować sobie na nią inny dzień. Powrót do Śremu.

Muzeum Okręgowe w Lesznie – Stolice wielkopolskiego protestantyzmu. Z atelier artystów wielkopolskich

6 sierpnia – wyjazd do Leszna, na mszę w kościele św. Mikołaja i potem dwie wystawy w Muzeum Okręgowym. To pierwsza wizyta w tym muzeum od grudnia 2015 roku; w 2016 roku wprawdzie byłem w leszczyńskiej synagodze też podczas festiwalu Leszno Barok Plus na koncercie fortepianowym, mam nadzieję, że i w tym roku uda mi się na niego pojechać.

Pogoda dość ciepła i wietrzna, jeszcze przed Jerką na poboczu leżą połamane gałęzie drzew, później nawet całe pnie pocięte piłą – rezultat ostatniej wichury, która przeszła także nad Śremem, na szczęście chyba żadne samochody i podróżujący nimi wtedy nie ucierpieli. W leszczyńskiej kolegiacie jestem tuż po 13, akurat na początek mszy, na którą przyjechałem. Kościół św. Mikołaja ma opinię najładniejszego w Lesznie i na pewno takim jest, bogate, barokowe wyposażenie, w tym nagrobek Rafała Leszczyńskiego, ojca  Stanisława, króla Polski, i dziadka Marii Leszczyńskiej, królowej Francji, w kościele (zwiedzałem go już wielokrotnie) brakuje mi w nim jednak tego klimatu, który jest na przykład w farze w Kościanie. Po mszy przejazd do Synagogi na najnowszą wystawę czasową Muzeum Okręgowego.

* * *

Powodem zorganizowania wystawy „Stolice wielkopolskiego protestantyzmu. Leszno i Śmigiel. Współistnienie wyznań” była 500. rocznica wystąpienia Marcina Lutra i reformacji. Prądy reformacyjne były bardzo ważnym zjawiskiem w historii Leszna praktycznie od założenia miasta w XVI wieku, sprzyjali im Leszczyńcy, tak długo, aż w XVII wieku powrócili do katolicyzmu, ale nawet później, aż do końca I wojny światowej, Leszno było miastem protestanckim i – powiedzmy to wprost – niemieckim. Polskim stało się dopiero na skutek ustaleń traktatu wersalskiego.

Wystawa obszerna, zajmuje całą dużą salę synagogi, również jej środek, gdzie umieszczono między innymi sprzęty liturgiczne, a nawet stare, masywne drzwi protestanckiej świątyni z kutego żelaza. Dla mnie najbardziej interesujące są książki, dawne dokumenty i grafiki, których na wystawie jest bardzo dużo. Już na samym początku umieszczono np. miedzioryt przedstawiający Lutra (według Cranacha), trochę dalej wisi ekspresyjny miedzioryt ukazujący Bogusława Leszczyńskiego nieznanego autora, jest nawet grafika mojego ulubionego artysty Daniela Chodowieckiego, na której Rafał Leszczyński upomina na sejmie króla Zygmunta Augusta. Dużo też ciekawych przedstawień miast – śląskich, ale też Torunia, Gdańska, czyli twierdz polskiego protestantyzmu.

Z książek widzimy bardzo cenne, dawne wydania Biblii i innych druków religijnych, nie tylko Biblii Lutra, ale też tłumaczenia polskie – Biblia Brzeska, Biblia Gdańska, jest nawet przepiękne, kolorowe wydanie Biblii Kralickiej, pierwszego przekładu Pisma Świętego na język czeski. Większość książek i dokumentów jest w języku niemieckim, są też jednak druki polskie i czeskie – zaskoczeniem jest dla mnie książka wydana w języku czeskim przez Jana Amosa Komeńskiego, myślałem dotąd, że publikował tylko po łacinie.

Jan Amos Komeński zajmuje na wystawie poczesne miejsce, co jest zrozumiałe, biorąc pod uwagę ogromny wkład tego leszczynianina z wyboru w historię myśli religijnej. Oprócz niego wystawa ukazuje też postaci, o których do tej pory wiedziałem o wiele mniej, lub które w ogóle były mi nieznane, jak np. postać protestanckiej mistyczki Krystyny Poniatowskiej, zmarłej jeszcze przed zakończeniem wojny 30-letniej, która przepowiadała zwycięstwo w niej ewangelików i rychły upadek monarchii Habsburgów (jak wiadomo, przepowiednie te nie ziściły się).

Część ekspozycji poświęcona Śmiglowi jest o wiele mniejsza i koncentruje się na wspólnocie arian, która tam działała w latach 1560-1658 (później część arian przeniosła się do Rakowa, część przyjęła luteranizm). Najwybitniejszym jej przedstawicielem był Eliasz Arciszewski, ojciec urodzonego w Rogalinie Krzysztofa, późniejszego polskiego „konkwistadora” i admirała w służbie holenderskiej.

Wystawa bardzo potrzebna i z pewnością dobrze się stało, że Muzeum Okręgowe ją zorganizowało, bez historii protestantyzmu nie sposób zrozumieć historii miasta, jakże innej od historii innych miast wielkopolskich. Niestety wystawa ma dość poważny mankament w postaci braku ogólnego wprowadzenia do niej. Dlaczego Leszno było stolicą wielkopolskiego protestantyzmu? Skąd się tu wzięli protestanci i dlaczego odgrywali tak ważną rolę przez większą część historii miasta, praktycznie aż do 1920 roku, kiedy Leszno wróciło do Polski? Nie znajdujemy odpowiedzi na te pytania. Wystarczyło to krótko objaśnić na jednej lub dwóch planszach, na których opowiedziano by historię braci czeskich, Jednoty, protestantów wyznania ewangelicko-reformowanego, ewangelicko-augsburskiego, wyjaśniono różnice między tymi wyznaniami. Osoby, które nie znają historii Leszna i nie interesują się historią Kościoła, mogą mieć trudności ze zrozumieniem przesłania wystawy.

* * *

Po zwiedzeniu wystawy w Synagodze przejazd do gmachu głównego muzeum przy placu Metziga na wystawę „Z atelier artystów wielkopolskich”. Zgodnie z tytułem prezentowani są artyści wielkopolscy, ze szczególnym uwzględnieniem leszczyńskich, których dzieła znajdują się w kolekcji muzeum. Prace o bardzo różnej wartości, większość artystów jest mi nieznana, chociaż trafiają się nazwiska wybitne i dzieła interesujące. Do takich należy portret Zofii Dziurzyńskiej-Rosińskiej pędzla Hieronima Maliny, promujący wystawę na jej plakacie, rzeźba księżnej Czartoryskiej dłuta Władysława Marcinkowskiego czy „Posiłek” Alfreda Lenicy. Z nazwisk mniej znanych zwracam uwagę na przykład na autoportret Adama Hanytkiewicza czy „Rokitę na wierzbie” W. Boguckiego. Chociaż nie gustuję w tego typu sztuce, podobają mi się nawet niektóre starsze obrazy malowane przez Niemców, jak autoportret leszczyńskiego malarza Heinricha Steinbacha w stroju króla kurkowego z XIX wieku, czy obraz ulicy we Wschowie pędzla niejakiego A. Bergera (chyba nigdy się nie dowiem, kim byli..).

Niewielka wystawa nie tworzy jakiegoś logicznego ciągu, nie ma układu chronologicznego, ani tematycznego. Jest tylko ciągiem impresji, zaproszeniem do podróży w świecie portretów, pejzaży, scenek rodzajowych, w czasie której możemy też natknąć się na interesujące dzieła.

Muzeum Regionalne w Kościanie – Park Krajobrazowy im. gen. D. Chłapowskiego w fotografiach Marka Chwistka

30 lipca – po mszy w kościele farnym w Kościanie decyduję się odwiedzić jeszcze Muzeum Regionalne na rynku. Szczególnie interesuje mnie nowa wystawa czasowa „Park Krajobrazowy im. gen. Dezyderego Chłapowskiego w fotografiach Marka Chwistka”. Słyszałem o niej już kilka miesięcy temu i już wtedy zakonotowałem ją sobie w moich planach. Na stronie internetowej muzeum zakładka „Wystawy czasowe” wprawdzie jest pusta, może się więc już skończyła? Na szczęście nie – młody mężczyzna z obsługi muzeum (pamięta mnie z poprzednich wystaw) otwiera pomieszczenie i zaprasza mnie do jej zwiedzenia.

Wystawa fotograficzna Marka Chwistka przypomina mi ostatnią wystawę czasową, którą widziałem w kościańskim muzeum w marcu tego roku – wystawę fotografii Karola Budzińskiego. Różni się od niej tym, że podczas gdy Karol Budziński ukazał na zdjęciach całą Wielkopolskę, Marek Chwistek ograniczył się do Parku Krajobrazowego im. gen. Chłapowskiego. Parku mnie jako śremianinowi bardzo dobrze znanego, przecież zaczyna się on zaledwie kilka kilometrów na zachód od mojego Śremu. Turew, Rąbiń, Las Rąbiński, Wyskoć… – miejsca te odwiedzałem już na początku lat 90. i do dzisiaj je odwiedzam. Dzisiaj, jadąc ze Śremu do Kościana, również przejeżdżałem przez park.

Fotografie Marka Chwistka przypominają mi zdjęcia Karola Budzińskiego również pod względem formalnym – to wysmakowana fotografia reäalistyczna, unikająca eksperymentów, koncentrująca się na ukazaniu piękna przyrody, przede wszystkim fauny, ale też zabytkowej architektury. Na zdjęciach możemy zobaczyć pałac Chłapowskiego w Turwi z dobudowaną do niego kaplicą, kościół w Rąbiniu (z tego, co wiem, wciąż w remoncie, ale już odbywają się w nim msze), kościół w Wyskoci, pałac w Kopaszewie. Na wystawie zabrakło wprawdzie kilku znaczących obiektów – przede wszystkim kaplicy w stylu zakopiańskim w Lesie Rąbińskim, upamiętniającej tragiczne polowanie w 1909 roku (pisałem o nim w innym miejscu mojego bloga), bardzo popularnej wśród śremian, chociaż msze odbywają się w niej tylko raz w roku, 3 maja; poza tym nekropolii Chłapowskich w Rąbiniu, gdzie pochowano też Joannę Grudzińską, wielką księżną łowicką, żonę wielkiego księcia Konstantego; kopaszewską drogę krzyżową, upamiętniającą samobójczą śmierć Zofii Koźmianowej, córki Dezyderego Chłapowskiego. Nie wiem, czy opuszczenia te były świadome; przypuszczam, że Marka Chwistka w fotografii pociąga bardziej uroda przyrody, nie aspekty kulturowe, które mnie z kolei bardziej interesują.

Nawiązuję też rozmowę z pracownikiem muzeum, który, jak się okazuje, bardzo dużo wie o Chłapowskim – pisał o nim pracę magisterską, studiując historię.

– Ja też się interesuję Chłapowskim – odpowiadam – choćby z tego powodu, że w Śremie mieszkam przy ulicy Chłapowskiego. Dla śremian, podobnie jak dla mieszkańców Kościana, Chłapowski jest ważną postacią. W domu mam wprawdzie tylko jedną jego biografię, dość starą, napisaną przez Zdzisława Grota.

– Grot koncentruje się w niej na pracy organicznej, jeśli interesują pana bardziej jego dokonania wojskowe, polecam inne biografie.

– Tak. W czasie wojen napoleońskich był oficerem ordynansowym Napoleona. Potem w czasie powstania listopadowego awansowano go na generała. Wprawdzie po przegranej kampanii na Litwie musiał przejść z wojskiem do Prus. A po wyjściu z więzienia zajął się pracą na roli w swoich majątkach…

Postać bardzo ciekawa, poza Wielkopolską raczej mało znana, chociaż dużo dla jej popularyzacji zrobili poznańscy historycy, a nawet dziennikarz Stefan Bratkowski, autor scenariusza serialu „Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy”, w którym Dezydery Chłapowski jest jedną z głównych postaci.

Żegnam się z muzeum, do następnej wystawy. Powrót do Śremu – drogami wiodącymi przez park krajobrazowy, którego zdjęcia właśnie widziałem.

Kościół NMP Wniebowziętej w Kościanie

30 lipca – wyjazd na mszę w kościele farnym w Kościanie. Zaglądałem do niego wielokrotnie, ostatni raz w marcu tego roku, raz byłem w nim nawet na mszy , było to jednak jakieś sześć czy siedem lat temu – dostatecznie długi czas, aby chcieć sobie przypomnieć wystrój najcenniejszego zabytku w Kościanie. Jazda zwykłą trasą, przez Stary Gołębin, w którym na kilku minut zaglądam też do miejscowego kościoła – jest otwarty, za chwilę rozpocznie się w nim msza, ale nie zatrzymuję się tu na długo, spieszę się do Kościana, w którym jestem wpół do dziewiątej, pół godziny przed mszą, dość dużo czasu, aby zwiedzić farę, potem, po mszy, zresztą też będzie czas na dokładne obejrzenie kościoła. Na mszy jak zwykle siadam w pierwszym rzędzie, na wprost ołtarza.

Główny ołtarz sprawia rzeczywiście ogromne wrażenie – swoimi rozmiarami i po prostu pięknem. Późnorenesansowy (z 1621 roku), kilkukondygnacyjny, z wielką ilością dekoracji i przedstawień postaci (w środku figura Maryi jako Regina Coeli, późnogotycka, jeszcze o 100 lat starsza od ołtarza, po jej bokach św. Jan Chrzciciel i św. Jan Ewangelista) i scen z Nowego Testamentu. Te ostatnie są dla mnie najciekawsze, anegdotyczność w sztuce, opowiadanie historii przez dzieła sztuki, zawsze mnie pociągały – rozpoznaję Zwiastowanie, Nawiedzenie, Ucieczkę do Egiptu, Jezusa nauczającego w świątyni i inne.

Najstarszy (i chyba najcenniejszy) obiekt w kościele znajduje się na lewo o głównego ołtarza – gotycki tryptyk Mistrza z Gościszowic przedstawiający Zaśnięcie Ducha Świętego. Pamiętam, że jeszcze kilka lat temu był w renowacji, teraz można go bez przeszkód podziwiać. Pozostałe ołtarze nie są tak interesujące (chociaż też są cennymi zabytkami); żałuję, że zamknięte jest wejście do kaplicy Trójcy Świętej na piętrze, gdzie znajduje się gotycka figura św. Anny Samotrzeciej. Gotyckich obiektów w świątyni jest zresztą więcej – grupa figuralna na belce tęczowej i – dla mnie najbardziej niezwykłe – trzy obrazy zawieszone po lewej stronie prezbiterium – przedstawiające Pocałunek Judasza, Jezusa przed Piłatem i Jezusa upadającego pod krzyżem. Gotyk to nie tylko architektura i snycerka zdobiąca kościoły, również malarstwo.

Jak w każdym zabytkowym kościele dużo nagrobków i płyt epitafijnych – dwa najbardziej widoczne przy prezbiterium to pełne przepychu renesansowe nagrobki Opalińskich i Orzelskich. Podziwiam kunszt artystów, którzy je wznieśli, ale największe wzruszenie wzbudzają we mnie dwie niepozorne tabliczki upamiętniające zmarłe dzieci parafian – Annę i Zofię Krusiewiczówny z 1647 roku i Urszulę Pachur z 1644 roku, córkę miejscowego lekarza. Strata dzieci była dla rodziców zawsze tragedią – dzisiaj i setki lat temu…

Ogólne wrażenie ze zwiedzenia kościańskiej fary jest bardzo podobne do tego, które odniosłem podczas zwiedzenia kolegiaty w Środzie Wlkp. – kościoły te są o wiele ładniejsze od naszej śremskiej fary. Przyczyny są natury historycznej – Kościan przez wieki był miastem większym i zamożniejszym od Śremu (odwróciło się to dopiero w ostatnich latach), po części wynikły też jednak z przypadkowej decyzji władz kościelnych pod koniec XIX wieku. Podczas gdy w Kościanie czy Środzie Wielkopolskiej zachowano stare wyposażenie, które świątynia gromadziła przez stulecia, w Śremie wymieniono je wtedy na bardziej odpowiadające gustom tamtej epoki. Śremska fara pozostaje najładniejszym kościołem w mieście, nie może jednak się równać z głównymi kościołami w sąsiednich powiatowych miastach.

Kościół św. Elżbiety w Jutrosinie

23 lipca – wyjazd na mszę w kościele św. Elżbiety w Jutrosinie. Który to już raz odwiedzam Jutrosin? Kościół ten odkryłem kilkanaście lat temu, w 2000 lub 2001 roku, zachęcony uwagą w przewodniku, że jest to jeden z najładniejszych kościołów w Wielkopolsce. Kiedy po raz pierwszy wszedłem wtedy do jego wnętrza i zobaczyłem polichromie, wrażenie było rzeczywiście oszałamiające, chociaż było już po nabożeństwie i kościół był pusty i nieoświetlony. Potem jeszcze kilkakrotnie zajeżdżałem do Jutrosina, dopiero w ubiegłą niedzielę udało mi się jednak pojechać tam na mszę.

Aby zdążyć na nabożeństwo o godzinie 9, muszę wyjechać już o 5 rano. Jazda przez Borek Wielkopolski, Pogorzelę, gdzie na chwilę zaglądam do kościoła św. Michała Archanioła (kościół zabytkowy, ale niezbyt ciekawy). Dłużej zatrzymuję się w Kobylinie – miasteczku o wiele bardziej interesującym od Pogorzeli, z kościołem parafialnym św. Stanisława, w którym w ołtarzu wisi XVI-wieczny, bardzo znany i cenny obraz przedstawiający męczeństwo św. Stanisława, i kościołem franciszkańskim, gdzie pochowano m.in. poetę Samuela Twardowskiego. Wszędzie trafiam na moment tuż przed rozpoczęciem lub po zakończeniu mszy, mogę więc w spokoju obejrzeć świątynie. Kobylin po raz pierwszy odwiedziłem dwa lata temu i już wtedy postanowiłem przyjechać tu kiedyś na mszę. Dzisiaj tych planów nie zrealizuję, spieszę się do Jutrosina, ruszam więc dalej, tylko kobyliński franciszkanin kropi wodą święconą mój rower, za dwa dni mamy świętego Krzysztofa. Do Jutrosina dojeżdżam tuż przed rozpoczęciem mszy o godz. 9. Parafialny chórek dziewczęcy przygotowuje się właśnie do nabożeństwa, dziewczęta spoglądają na mnie ciekawie, zajmuję miejsce niedaleko nich, w pierwszej ławce.

* * *

Aby dokładnie poznać i w pełni docenić architekturę kościoła, należy przyjechać do niego na mszę. I nie mam tu tylko na myśli jakichś górnolotnych przejawów duchowej łączności z sacrum, przyczyny są bardziej prozaicznie – tylko w czasie mszy kościół jest dostatecznie oświetlony, ponadto poza nabożeństwami, zwłaszcza w wioskach i miasteczkach, kościoły często są po prostu zamknięte i można je obejrzeć tylko z zewnątrz.

Kościół św. Elżbiety w Jutrosinie, liczący niewiele ponad 100 lat (wybudowany na początku XX wieku), stanowi niezwykłe połączenie dwóch stylów w sztuce, które pozornie w ogóle do siebie nie pasują – architektury neoromańskiej i dekoracji wnętrza w stylu Młodej Polski. Kościół zaprojektowany przez Tomasza Pajzderskiego był podobno wzorowany na katedrze w Spirze i rzeczywiście ją przypomina, chociaż różni się między innymi liczbą wież (katedra w Spirze ma ich cztery, kościół w Jutrosinie trzy), w każdym razie jest bardzo dobrym, wysmakowanym przykładem polskiej architektury neoromańskiej, której przecież nie ma tak wiele w naszym kraju (większość obiektów w tym stylu, jak Zamek Cesarski w Poznaniu, została stworzona przez Niemców).

Z tym klimatem wczesnego średniowiecza (a raczej wizją wczesnego średniowiecza, jak sobie je wyobrażali XIX-wieczni artyści) kontrastuje wnętrze kościoła, pokryte wspaniałą polichromią Antoniego Procajłowicza. Szczególnie polichromie w prezbiterium przedstawiające aniołów i cztery postaci orantek otoczonych fragmentu łacińskiego psalmu, sprawiają ogromne wrażenie, to sztuka secesyjna najwyższej klasy. W głównej nawie umieszczono z kolei postaci polskich (i innych) świętych i błogosławionych. Na ścianach transeptu widzimy malowidła przedstawiające Zwiastowanie, ukazanie się Maryi św. Franciszkowi, obraz św. Izydora Oracza podobno pędzla Juliana Fałata, w 1972 roku na przeciwległej ścianie transeptu dodano obraz Zdzisława Fabisiaka ukazujący męczeństwo św. Wojciecha. Do tego w prezbiterium piękne witraże Józefa Mehoffera, ołtarz główny z piaskowca z licznymi płaskorzeźbami i marmurowe epitafium Zdzisława Czartoryskiego – fundatora świątyni.

Czy kościół w Jutrosinie jest najpiękniejszy w Wielkopolsce? Oprócz niego przychodzi mi na myśl tylko jeden, który wywarł na mnie podobne wrażenie – drewniany, lezący na uboczu kościół „Na Pólku” w Bralinie, byłem w nim jednak tylko raz, dawno temu. Oczywiście jest wiele świątyń, które je przewyższają wspaniałością i bogactwem wyposażenia, choćby katedry w Poznaniu i Gnieźnie, też wiele kościołów klasztornych, jak kościół w Lubiniu, najcenniejszy w okolicy Śremu. Kościoły te mają jednak inną funkcję, budowano je nie tyle na chwałę Bożą, co na chwałę Kościoła, swoim przepychem miały podkreślać potęgę instytucji, zwłaszcza w czasach pokryzysowych, kiedy trzeba było odzyskiwać grunt utracony na rzecz reformacji. Kościoły w Jutrosinie i Bralinie takich ambicji nie miały. Zbudowane je w małych miejscowościach, gdzie miały służyć tylko lokalnej społeczności. I tu mogły jednak stać się klejnotami sztuki. Tak, kościół w Jutrosinie jest dla mnie jednym z najpiękniejszych w Wielkopolsce.

* * *

Po zwiedzeniu kościoła św. Elżbiety przejazd uliczkami miasteczka, zaglądam też do cmentarnego kościoła św. Krzyża o konstrukcji szachulcowej (wygląda też interesująco, jest jednak zamknięty, wnętrze mogę obejrzeć tylko przez kratę) i wyruszam  już z powrotem do Śremu. W planach miałem dojechać do Rawicza i stamtąd pociągiem do Czempinia, decyduję się jednak całą drogę powrotną do Śremu przejechać rowerem, inną trasą  niż jechałem w tę stronę, to jest przez Gostyń. Decyzja ryzykowna, bo trasę znam tylko od Pępowa (jechałem nią też tylko raz, 20 lat temu), a drogi z Jutrosina do Pępowa w ogóle nie znam i nie mam mapy. Instynkt i orientacja w terenie jednak nie zawodzą. Jadąc cały czas na północ, dojeżdżam do Pępowa, gdzie zaglądam też do kościoła św. Jadwigi, w którym trwa akurat suma. Gotycka architektura i barokowe wyposażenie; wartość artystyczna i historyczna kościoła nie jest jednak tak duża jak kościołów Jutrosinie i Kobylinie. Kiedy po wyjściu posilam się przed pobliskim Dino, po mszy podbiega do mnie dwójka dzieci, niosąc w ręku… moją kamizelką odblaskową, którą zgubiłem, wychodząc z kościoła. Bardzo dziękuję! Przyda się nie tylko dla bezpieczeństwa na drodze, ale też jako ochrona prze deszczem – zaraz za Pępowem zaczyna padać, deszcz będzie mi towarzyszył aż do Śremu.

Kazimiera Iłłakowiczówna

Kazimiera Iłłakowiczówna jest w Poznaniu i Wielkopolsce poetką zarówno bardzo znaną jak i nieznaną. Bardzo znaną, bo każdy o niej słyszał, jak też o muzeum w jej dawnym mieszkaniu w Poznaniu przy ulicy Gajowej (chociaż niewielu je odwiedziło); nieznaną, bo jej wierszy właściwie już się nie czyta, z jednym wyjątkiem – „Rozstrzelano moje serce w Poznaniu”, zawsze przypominanym przy okazji rocznic Poznańskiego Czerwca 1956 roku. Samą Iłłakowiczówną poznaniacy wyobrażają sobie jako starszą zasuszoną panią, którą w dodatku pod koniec życia dotknęło nieszczęście w postaci utraty wzroku. Co może być ciekawego w jej wierszach? Ja też dopiero teraz sięgnąłem do obszernego, liczącego ponad 350 stron wyboru jej poezji.

A jednak wciąż jest to twórczość żywa, czasami fascynująca. Fascynujące było na pewno jej życie, całkiem odmienne od stereotypu pedantycznej starszej pani piszącej wiersze ku zbudowaniu naszych serc. Aż dziw, że nikt jeszcze nie nakręcił o tym życiu filmu fabularnego,

Urodzona prawdopodobnie w 1887 roku (dokumenty podają różne daty, sama poetka rzeczywisty rok swoich narodzin zachowywała w tajemnicy), była wnuczką… Tomasza Zana, przyjaciela Adama Mickiewicza, owocem nieślubnego związku Klemensa Zana i Barbary Iłłakowiczówny. We wczesnym dzieciństwie straciła zarówno matkę jak i ojca, była wychowywana najpierw przez wujka, potem arystokratkę-filantropkę Zofię Buynową, która umożliwiła jej wyjście w szeroki świat. Ciekawa świata i buntownicza z natury Kazia trafiła do liceum im. Emilii Plater w Warszawie, potem przyszły studia: w Petersburgu, Genewie, Oksfordzie, Londynie i wreszcie w Krakowie, gdzie na Uniwersytecie Jagiellońskim studiowała anglistykę i polonistykę. Była nie tylko jedną z pierwszych studentek w Polsce, ale też feministką, ateistką i, przynajmniej w deklaracjach, rewolucjonistką: „Ja przecież też jestem przeciw carowi, i w Boga nie wierzę, i do kościoła nie chodzę, i pacierza nie odmawiam” . To w Krakowie na początku XX wieku poznała Józefa Piłsudskiego, wtedy socjalistę, jak też wielu luminarzy Młodej Polski. Sama pisała wiersze od dawna, w 1905 roku zadebiutowała w „Tygodniku Ilustrowanym”.

W 1914 roku, z momentem wybuchu I wojny światowej, przyszedł krach starego świata. W 1915 roku Iłłakowiczówna też poszła na wojnę, nie, nie z bronią w ręku, tylko jako siostra miłosierdzia polskiego oddziału, jednak nie legionów Piłsudskiego, lecz walczącego u boku Rosjan. Codzienny kontakt ze śmiercią, cierpieniem wywarł głębokie piętno na jej psychice i sprawił, że odzyskała wiarę. Również w Rosji zastała ją rewolucja październikowa. Po kilku miesiącach spędzonych w Piotrogrodzie, w 1918 roku wróciła do kraju, dokąd 10 listopada powrócił też Piłsudski. Podobno Iłłakowiczówna natychmiast napisała do niego, że… uczy się strzelać i chce zostać jego adiutantem. Adiutantem nie została, ale dzięki Piłsudskiemu w 1918 roku rozpoczęła pracę w Ministerstwie Spraw Zagranicznych (jako pierwsza kobieta w tej instytucji). Po zamachu majowym marszałek przeniósł ją do Ministerstwa Spraw Wojskowych, Iłłakowiczówna została sekretarką (czy bardziej tu pasuje słowo: „sekretarzem”?) Piłsudskiego. Po śmierci ukochanego wodza wróciła do MSZ, z którym we wrześniu 1939 roku ewakuowała się do Rumunii. Tam, w Klużu, spędziła całą wojnę, do kraju udało jej się wrócić dopiero w 1947 roku. W Poznaniu zamieszkała dość przypadkowo, ściągnął ją tu Jarosław Iwaszkiewicz, który w stolicy Wielkopolski kierował czasopismem „Życie Literackie”. Czasopismo szybko zakończyło swój żywot (potem odrodziło się w Krakowie), Iłłakowiczówna pozostała jednak w stolicy Wielkopolski, gdzie zmarła w 1983 roku, do końca mieszkając w sublokatorskim pokoju na ulicy Gajowej.

* * *

Podróż przez świat poezji Kazimiery Iłłakowiczówny wywołuje różne doznania. Tom jej poezji przeczytałem zaraz po tomie wierszy Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. W okresie międzywojennym poetki były ze sobą często porównywane, co ciekawe, wyżej ceniono Iłłakowiczównę. Trudno porównywać mi obie poetki, Pawlikowska-Jasnorzewska jest dzisiaj z pewnością bardziej popularna, jej wiersze są też atrakcyjniejsze w formie i przez to łatwiejsze. Poetycki świat Iłłakowiczówny był za to rozleglejszy; poetka nie koncentrowała się tak bardzo na miłości i uczuciach jak trzykrotnie zamężna Pawlikowska-Jasnorzewska; może dlatego, że w życiu miała o wiele więcej doświadczeń, pisała przejmujące, mądre wiersze też o innych sprawach.

Nie jest to oczywiście twórczość jednolita. Rażą pierwsze, pisane w młodopolskiej manierze wiersze z tomu „Ikarowe loty”, prawdziwa poetką Iłłakowiczówna staje się dopiero w wydanym w 1917 roku tomie „Trzy struny”, w którym opisuje między innymi swoje przeżycia na wojnie. Lata dwudzieste to już w pełni dojrzały okres w twórczości Iłłakowiczówny, pełen fantastycznych, fantasmagoryjnych obrazów, jak cykl „Lew” z tomu „Śmierć Feniksa” (1922), w którym zwraca się do towarzyszącego jej drapieżnika:

Nie kładź na stole łapy, kiedy piszę,
nie rycz o świcie, kiedy leżę we śnie;
ten szum, co drzewa za oknem kołysze,
jest niczym; z martwych dla nas nic nie wskrześnie
i nic nie przyjdzie do nas, ku nam w gości
z tego, co mogło być… stamtąd, z przeszłości.
Zwierzęca postać lwa w ogóle fascynowała poetkę, w innym tomie „Połów” (1926) powróciła do niej w onirycznej „Batikowej balladzie” w której jak refren powtarzają się słowa:

Na miedzianej osnowie tkacz jedwabiem tka;
miała czarna dziewczyna skrzydlatego lwa
Takie fantastyczne stwory pojawiają się też w innych wierszach. W kolejnych tomikach poetka przetwarzała też wrażenia ze swoich podróży zagranicznych (zaciekawiły mnie zwłaszcza wiersze o Czechosłowacji), wspomnienia z Kresów, wiejskich zaścianków, wiele bardzo ciepłych wierszy poświęciła też prostym, wiejskim służącym w pańskich dworach i mieszkaniach, jak ten „O Hani, co się zabiła”, czy „Marysia i fortepian”.

Wreszcie przyszła tragedia II wojny światowej, osiem lat spędzonych w Siedmiogrodzie, który w 1940 roku został odebrany Rumunii i przyznany Węgrom (Iłłakowiczówna wykorzystała ten czas na naukę zarówno rumuńskiego jak i węgierskiego, tłumaczyła później z tych języków), wiersze o zagładzie Żydów i w 1947 roku powrót do Polski i zamieszkanie w Poznaniu. O stosunku Iłakowiczówny do miasta, w którym przyszło jej mieszkać, świadczy najlepiej tytuł wiersza „W Poznaniu na wygnaniu”. Poznaniacy czczą obecnie jej pamięć (słusznie, była najznakomitszą poetką w Poznaniu); ale nie da się ukryć, że w Poznaniu Iłłakowiczówna czuła się obco, tęskniła za Warszawą. Po latach przyzwyczaiła się chyba jednak do Poznania i Wielkopolski, napisała też wiele innych wierszy im poświęconych. Nie wiem, czy kiedykolwiek odwiedziła Śrem, była na pewno w Rogalinie, któremu poświęciła między innymi ten wiersz, jeden z jej ostatnich:

Kolonia dziecięca w Rogalinie
 
Minęło, przebolało i więcej nie boli…
Tutaj córa Zygmunta gasła w melancholii…
Patrzały na nią dęby szumiąc własną gędźbę,
miłosierne, lecz twarde, i druhy i – sędzie.
I wnuki Krasińskiego przeszły ścieżką tędy,
lecz pomarły jak kwiecie w pełni lata ścięte.
Tedy prawnucząt wieszcza jęło wschodzić plemię.
Przeszły… A na przeszłości stoją – las i ziemia,
i rzeka je opływa, na niej – stadka gęsie.
Taka sama osina listeczkami trzęsie,
malinę osy żółte ssą, jak było dawniej,
na piaszczystych wydmach rosną wrzos i krwawnik.
A wszędzie pod dębami, wśród malin, w alejach,
cóż to pędzi tabunem, co na głos się śmieje,
co w salach zbeszczeszczonych, ze śpiewaniem Roty,
na wonnym, czystym sianie zalega pokotem?!
Migają prędkie nóżki, gryzą białe ząbki,
wybuchają sygnały: dzwoneczki i trąbki.
Patrzą oczy – turkusy, węgle i szafiry,
godne prawnuków wieszcza, dźwięcznej wieszcza liry.
Gdzie spustoszeń obrzydłość zmogła dawną krasę,
dzieci wtargnęły. Setka ich po domu hasa,
wyglądają oknami. Na balkonie – chmara,
zda się, że najpiękniejszy i najczystszy barok!…
Spójrz, Zygmuncie, ten dom i park, i okolice
w imię narodu dzierżą narodu dziedzice.