Daniel Kęszycki – nowy patron śremskiego mostu

Data 13 grudnia, jakże pamiętna w najnowszej historii Polski, w ubiegłym roku dla śremian nabrała nowego znaczenia. Tegoż dnia 2017 roku na mocy decyzji wojewody wielkopolskiego zmieniono nazwę mostu 23 Stycznia. Most, którego nazwa upamiętniała dotąd datę wyzwolenia Śremu przez Armię Czerwoną, lub, jak chcą inni, narzucenia przemocą obcego nam ustroju, nazywa się odtąd mostem Daniela Kęszyckiego.

Postacią Daniela Kęszyckiego interesowałem się od dawna, usłyszałem o nim już na początku lat 90., niedługo po moim zamieszkaniu w Śremie, jednak dopiero w 2005 roku przeczytałem jego wspomnienia „Z dni powstania wielkopolskiego”. Pod wpływem lektury książki, jak również wstępu do niej pióra syna Daniela – Wojciecha, w 2008 roku napisałem też biogram Daniela Kęszyckiego w Wikipedii. Niniejszy artykuł opiera się na tym biogramie.

Daniel Kęszycki urodził się 1 lipca 1884 r. w Londynie. Jego ojciec, Stefan Kęszycki, syn ziemiańskiego rodu osiadłego w Błociszewie, po udziale w powstaniu styczniowym wyemigrował z kraju; pracował jako lekarz okrętowy na irlandzkim statku, na którym pływał po morzach świata, między innymi Dalekiego Wschodu. Matką Daniela Kęszyckiego była Irlandka Margaret Murphy, która zmarła pięć lat po ślubie. Na przełomie wieków Stefan, który tymczasem dorobił się sporego majątku, przeniósł się do Francji, gdzie ożenił się po raz drugi z Estellą d’Epouville i zakupił rezydencję w Ville d’Avray. Sam Daniel Kęszycki ukończył w stopniu porucznika Królewską Akademię Marynarki Handlowej w Londynie, po kilkuletniej służbie awansował na stopień kapitana. Podobnie jak jego ojciec pływał po morzach i oceanach całego świata.

Po śmierci ojca Daniel na prośbę swojej babki Florentyny przyjechał do Wielkopolski i w 1908 r. objął rodzinny majątek składający się z Błociszewa i Gaju koło Śremu oraz Polwicy w powiecie średzkim. Odbył praktyki rolnicze w dobrach hrabiego Krzysztofa Mielżyńskiego w Brzóstowni i Mchach. Na początku nie identyfikował się z polskością, po polsku mówił słabo, lepiej znał język angielski, niemiecki i francuski, w którym później spisał swoje wspomnienia. Z czasem (podobno pod wpływem lektury Sienkiewicza) obudziły się w nim patriotyczne uczucia. Swoją antypruską postawę okazał między innymi wieszając w swoim pokoju podczas I wojny światowej portret króla Wielkiej Brytanii Jerzego V. Unowocześnił swój majątek, sprowadzał maszyny, ciągniki, podłączył Błociszewo do sieci elektrycznej i telefonicznej.

Kiedy wybuchło powstanie wielkopolskie, Daniel Kęszycki wziął w nim czynny udział. Jeszcze przed wybuchem powstania w Poznaniu 27 grudnia 1918 r. Kęszycki działał w Tajnym Komitecie Obywatelskim, później przekształconym w Powiatową Radę Ludową, który w powiecie śremskim przygotowywał się do objęcia władzy po klęsce militarnej Niemiec. W ramach tych przygotowań w powiecie utworzono Straż Ludową, której Kęszycki został komendantem. Jak wiadomo, po wybuchu powstania 27 grudnia do starć w Śremie jednak nie doszło, ponieważ 30 grudnia niemiecki garnizon w Śremie skapitulował bez walki. Śremską Straż Ludową przekształcono w regularne wojsko powstańcze, tzw. batalion śremski. Za zgodą dowódcy batalionu Stefana Chosłowskiego Daniel Kęszycki złożył komendę Straży Ludowej i w batalionie został dowódcą sekcji czterech ciężkich karabinów maszynowych ze stanem osobowym około 50 żołnierzy. 6 stycznia 1919 r. razem z całym batalionem wyruszył na front, walczył na froncie zachodnim pod Zbąszyniem i Trzcielem, a później w lutym na froncie południowym pod Rawiczem i Miejską Górką.

Podczas powstania Daniel Kęszycki również aktywnie działał w Naczelnej Radzie Ludowej w Poznaniu, w której był zwolennikiem walki zbrojnej, przeciwnym polityce ugodowej. Po walkach na froncie w lutym 1919 r. powrócił do Poznania, gdzie w Naczelnej Radzie Ludowej pracował jako tłumacz języka angielskiego, a od 1 marca był też tłumaczem i szefem biura łączności z Misją Międzysojuszniczą, powołaną przez konferencję pokojową w Paryżu, która tego dnia przybyła do Poznania dla zbadania sytuacji społeczno-politycznej w Wielkopolsce.

Zdolności organizacyjne, jakie Daniel Kęszycki wykazał w Poznaniu, sprawiły, że Wojciech Korfanty w 1919 r. zaproponował mu pracę w Centralnym Biurze Informacyjnym w Katowicach. Następnie od 1 kwietnia 1920 r. do 31 marca 1922 r. pełnił funkcję konsula generalnego RP w Opolu, aktywnie działając na rzecz włączenia Górnego Śląska do Polski. Reprezentował Polskę jako delegat rządu wobec Międzysojuszniczej Komisji Plebiscytowej na Górnym Śląsku, ściśle współpracując przy tym z Wojciechem Korfantym. W owym gorącym okresie w historii Górnego Śląska był narażony na napady bojówek niemieckich, nosił też przy sobie kastety, których często musiał używać w obronie własnej. Kiedy Komisja Plebiscytowa planowała niekorzystny dla Polski podział Górnego Śląska, przekazał poufną informację o tym Korfantemu, czego skutkiem było ogłoszenie strajku generalnego i wybuch III powstania śląskiego.

Po powrocie ze Śląska Daniel Kęszycki krótko pełnił urząd Wysokiego Komisarza RP w Wolnym Mieście Gdańsku, po śmierci żony Julii z Ponikiewskich w 1923 r. wycofał się jednak z polityki, powrócił do Błociszewa i zajął się wychowaniem ośmiorga dzieci i prowadzeniem gospodarstwa. Udzielał się na rzecz lokalnej społeczności. Był członkiem Koła Powstańców i Wojaków w Śremie, w Błociszewie i Gaju utworzył oddział „Krakusów”, w którym krzewienie kultury fizycznej łączono z ćwiczeniami wojskowymi, zbudował strzelnicę i hipodrom, w swoim pałacu urządzał amatorskie przedstawienia teatralne. Kęszycki nadal też utrzymywał rozległe stosunki towarzyskie z wybitnymi działaczami politycznymi i osobistościami międzywojennej Polski. Gośćmi w Błociszewie bywali np. Wojciech Korfanty, Janusz Kusociński, Stefan Rowecki (późniejszy dowódca Armii Krajowej), Edward Raczyński (późniejszy prezydent RP w Londynie). W 1933 r. w czasopiśmie „Światowid” opublikował artykuł, w którym polemizował z twierdzeniami niemieckich historyków o niepolskim pochodzeniu Pomorza, przetłumaczył go też na język angielski i francuski i rozesłał do europejskich polityków i gazet.

Daniel Kęszycki zmarł 29 października 1936 r. na zapalenie płuc w poznańskim szpitalu. Został pochowany w mundurze angielskiego marynarza w rodzinnym grobowcu przy kościele w Błociszewie.

Daniel Kęszycki jest autorem wspomnień pisanych w oryginale po francusku, obejmujących lata 1918-1922. Wspomnienia te, będące arcyciekawym źródłem do historii powstania wielkopolskiego i odrodzenia państwa polskiego w byłym zaborze pruskim, obejmują trzy części:

Część I „Wspomnienia z 1919/1922. Księga I. Udział Śremu w powstaniu wielkopolskim’” została wydana w 1932 r. i obejmuje okres od końcowych miesięcy I wojny światowej do lutego 1919 r., kiedy to autor zakończył udział z bronią w ręku w powstaniu wielkopolskim. Niestety po wojnie część ta nie była wznawiana.

Część II to wspomniana już książka „Z dni powstania wielkopolskiego”, wydana dzięki staraniom syna Wojciecha w 2005 r. Część ta koncentruje się na opisie działalności Naczelnej Rady Ludowej w Poznaniu i wizycie Misji Międzysojuszniczej.

Powstała podobno też część III, która miała dotyczyć działalności Kęszyckiego na Górnym Śląsku. Według syna Daniela Kęszyckiego, Wojciecha, rękopis tej części został ukryty przez niego w szybie wentylacyjnym pałacu w Błociszewie w listopadzie 1939 r. i dotychczas nie został odnaleziony.

Postać Daniela Kęszyckiego była do tej pory dobrze znana wszystkim interesującym się historią Śremu, większości śremian nazwisko to chyba jednak niewiele mówiło. Przyczyną był fakt, że jedna z najbardziej zasłużonych postaci dla naszego miasta nie miała dotąd własnej ulicy, jej imieniem nie nazwano też żadnej szkoły czy innej instytucji. Nazwanie śremskiego mostu wypełni tę lukę i sprawi, że Daniel Kęszycki odzyska swoje miejsce w  historii miasta.

Artykuł opublikowany w „Gazecie Śremskiej” ze stycznia/lutego 2018 r.

Krakowski Salon Poezji Anny Dymnej – Dorota Segda, Roman Brandstaetter

13 stycznia – pierwszy od kwietnia ubiegłego roku wyjazd na spektakl Krakowskiego Salonu Poezji Anny Dymnej w Teatrze Muzycznym w Poznaniu. Podczas spektaklu Dorota Segda czytać będzie fragmenty „Dębów patriarchy Izaaka” Romana Brandstaettera i Księgi Rodzaju.

Aktorki telewizyjnej i filmowej Doroty Segdy w zasadzie nie znam. Ponieważ od ponad 20 lat nie mam telewizora, nie oglądałem żadnego z seriali, w których występowała; z filmów pełnometrażowych z jej udziałem widziałem tylko jeden, dawno temu – „Ostatni prom”. Do wyjazdu na spektakl skłoniła mnie raczej postać autora czytanego tekstu – Romana Brandstaettera, którego wystawę widziałem dwa tygodnie temu w Bibliotece Raczyńskich. Ponieważ dotąd w ogóle nie znałem jego twórczości, chcę posłuchać jednego z jego opowiadań.

Temperatura w momencie wyjazdu -1 °C, taka utrzyma się też do końca dnia. Na skrzyżowaniu Grunwaldzkiej i Zamenhofa w Śremie wypadek – radiowozy, samochody straży pożarnej i pogotowia ratunkowego zablokowały skrzyżowanie, na którym samochód dostawczy firmy „Dar-Zof” zderzył się z osobowym. Kierowca tego drugiego jest w ciężkim stanie, ratownicy wyciągają go przez tył samochodu; zgromadził się już tłumek gapiów, dziennikarz lokalnej gazety robi zdjęcia. Nie zatrzymuję się długo, jadę dalej w kierunku Poznania, gdzie jestem po trzech godzinach jazdy. Przed teatrem tłumek ludzi, zainteresowanie spektaklem jak zwykle jest duże, udaje mi się jednak kupić bilet w ostatnim rzędzie na balkonie.

„Dęby patriarchy Izaaka” to jeden z wielu utworów Brandstaettera inspirowanych Biblią. Pismu Świętemu autor, Żyd, który podczas pobytu w Palestynie podczas II wojny światowej przeszedł nawrócenie na chrześcijaństwo, poświęcił bardzo dużą część swojej twórczości – powieści, opowiadań, wierszy, dramatów, również przekładów Biblii. Nie znam ani jego najbardziej znanej powieści, tetralogii „Jezus z Nazarethu”, ani innych dzieł, „Dęby patriarchy Izaaka” są pierwszym, z którym mogę się zapoznać, tu w interpretacji Doroty Segdy. Zgodnie z tytułem to opowieść o Izaaku, dla Żydów i chrześcijan postaci biblijnej jakby mniej znanej, stojącej w cieniu swojego ojca Abrahama i syna Jakuba, ale jakże ważnej w Starym Testamencie.

Niestety, to pierwsze spotkanie z twórczością Brandstaettera wywołuje u mnie dość mieszane uczucia. Autor starał się ubrać w kunsztowną literacką formę biblijną opowieść o odwiedzinach wysłanników Jahwe u Abrahama, o narodzinach Izaaka, o ofierze ze swojego syna, którą chciał złożyć Abraham, o poślubieniu przez Izaaka Rebeki, o jego synach Jakubie i Ezawie, wreszcie o podstępnie wyłudzonym od ojca błogosławieństwie dla Jakuba, nie jest to jednak twórczość, która przenika czytelnika czy słuchacza do głębi. Aby dzieło literackie mogło być uznane za wybitne, musi być przede wszystkim oryginalne. Dotyczy to również książek inspirowanych innymi księgami, jak Biblią. Kiedy słuchałem „Dębów…”, przypomniała mi się „Księga apokryfów” Karela Čapka, którą czytałem będąc nastolatkiem. Čapek sięgnął w niej po motywy biblijne, aby opowiedzieć o współczesnym mu świecie, nie gubiąc przy tym uniwersalności przesłania. Tymczasem Brandstaetter nie mówi nic nowego nad to, co jest powiedziane w Biblii, trzyma się wiernie Pisma Świętego; nie ma tu pierwiastków oryginalnych. Niepotrzebny jest też jego dydaktyzm, czasami nachalne wyjaśnianie, co „autor” (czyli sam Bóg) miał na myśli. Historia Izaaka jest lepiej opowiedziana w prostych słowach Księgi Rodzaju, które również możemy usłyszeć na scenie.

Na tym tle dużym plusem była sama interpretacja tekstu przez Dorotę Segdę. Pani Dorota ma duży kunszt aktorski, jej interpretacja była pełna ciepła i zadumy nad losami rodziny Abrahama, Izaaka i Jakuba. Słuchałem jej z prawdziwą przyjemnością, samego tekstu Brandstaettera niekoniecznie.

Dorota Segda

Słupia Wielka. Kościół św. Marcina w Śnieciskach

6 stycznia – w święto Trzech Króli wycieczka do Środy Wielkopolskiej, powrót do Śremu przez Słupię Wielką i Śnieciska.

Chociaż to tak blisko Śremu, jeszcze nigdy nie byłem w Słupi Wielkiej; do Środy zwykle jadę drogą wojewódzką i nie zapuszczam się do okolicznych wiosek, teraz za skrzyżowaniem z drogą krajową w Środzie skręcam w prawo. Słupia Wielka, kiedyś duży niemiecki majątek, to obecnie siedziba Centralnego Ośrodka Badawczego Odmian Roślin Uprawnych. Placówka o znaczeniu bynajmniej nie lokalnym ani regionalnym, posiada oddziały – stacje doświadczalne w całej Polsce, między innymi w Śremie na Wójtostwie. Centrala w Słupi to duży kompleks współczesnych budynków, do tego dawny pałac czy raczej dwór niemieckich właścicieli. Kiedy go widzę, nasuwa mi się skojarzenie z Martin-Gropius-Bau w Berlinie, nie z powodu skali budowli (Martin-Gropius-Bau jest ogromny), lecz jej architektury – oba budynki są w stylu neorenesansu włoskiego. Na szczęście mogę zobaczyć pałac z bliska, otaczający go park jest otwarty dla publiczności. Przy wejściu do pałacu zapisano nawet wyniki obserwacji meteorologicznych z kilku ostatnich dni – temperaturę, opady, kierunek wiatru; w Słupi Wielkiej jest stacja meteorologiczna, podobnie jak na Wójtostwie w Śremie.

Zastanawiam się jak Centralny Ośrodek Badawczy Odmian Roślin Uprawnych ma się do Instytutu Uprawy Nawożenia i Gleboznawstwa w moich rodzinnych Puławach. COBORU wydaje się większy, IUNG ma o wiele dłuższą tradycję i chyba też prestiż w Polsce, zatrudnia wielu utytułowanych naukowców. Nie wiem, czy kiedykolwiek będę miał okazję zwiedzić pomieszczenia COBORU; dzisiaj jest to na pewno niemożliwe, jest święto.

Poza kompleksem COBORU Słupia Wielka to stacja kolejki wąskotorowej kursującej w sezonie ze Środy Wlkp. do Zaniemyśla, szkoła, przed którą stoi pomnik dwóch pilotów zestrzelonych w czasie kampanii wrześniowej i właściwie… nic więcej. Wioska jest zdominowana przez COBORU.

* * *

Jadę dalej w kierunku Śniecisk, częściowo tuż obok torów kolejki wąskotorowej, które są w dobrym stanie, lepszym niż linia ze Śremu do Czempinia, chociaż są już bardzo stare – na   szynach widzę nazwy zakładów metalurgicznych, które je wyprodukowały, i lata produkcji: początek XX wieku i koniec XIX wieku. Wreszcie dojeżdżam do kościoła św. Marcina w Śnieciskach, akurat na mszę, która się właśnie rozpoczęła.

W drewnianym zabytkowym kościele św. Marcina w Śnieciskach byłem już dwa albo trzy razy, w tym raz na odpuście 11 listopada. Jest ładny i ma swój klimat; z czterech kościołów w gminie Zaniemyśl podobają mi się dwa położone poza stolicą gminy – właśnie w Śnieciskach i w Mądrych (chociaż bardzo się różnią od siebie); oba są ciekawsze od dwóch zaniemyskich i przede wszystkim mają cenniejsze wyposażenie. W Śnieciskach zachowały się barokowe i rokokowe ołtarze, obrazy, sprzęty liturgiczne, gotycka kropielnica i krucyfiks. Odwiedzającym kościół po pierwszy raz najbardziej rzuca się w oczy polichromia Wiktoria Gosienieckiego, wykonana w latach 20.

Dla mnie jako germanisty najciekawsze są groby przy kościele, w których spoczywają Albert, Mathilde i Hugo Sarrazinowie, dawni właściciele Śniecisk, pochowano tu też małego Richarda, syna Alberta. W moich wycieczkach po Wielkopolsce rzadko spotykam się z przypadkami takiej dbałości o groby Niemców, pochodzące jeszcze z czasów zaborów. W tym przypadku przyczyna jest jasna – byli oni katolikami i kolatorami kościoła. Niemieckie cmentarze i groby ewangelickie zniknęły już z pejzażu Wielkopolski lub pozostały po nich tylko szczątki.

Kościół jest jedynym interesującym zabytkiem w Śnieciskach, dawny pałac Sarrazinów jest teraz szkołą i zatracił cechy zabytku; tylko przejeżdżam obok niego, kierując się w stronę Zaniemyśla i Śremu.

Biblioteka Uniwersytecka – 45 lat filmoznawstwa na UAM w Poznaniu

Wystawę „45 lat filmoznawstwa na UAM w Poznaniu” w gmachu Biblioteki Uniwersyteckiej zwiedziłem 30 grudnia, przy okazji wyjazdu na wystawę poświęconą Romanowi Brandstaetterowi w Bibliotece Raczyńskich. Uniwersytet im. Adama Mickiewicza jest moją dawną uczelnią, dotychczas nie wiedziałem jednak, że oferuje on też studia w zakresie filmoznawstwa i że studia te były kiedyś prowadzone w tym samym budynku (Collegium Novum), w którym studiowałem anglistykę. Potem poznańska polonistyka, w której strukturach jest też filmoznawstwo, przeniosła się do zabytkowego budynku Collegium Maius przy ulicy Fredry.

Mój stosunek do filmu i sztuki filmowej można określić jako specyficzny. Na moich pierwszych studiach (w Warszawie) bardzo interesowałem się filmem, zwłaszcza jego historią. W kinie bywałem trzy lub cztery razy w tygodniu; bardzo często chodziłem na seanse do Iluzjonu Filmoteki Polskiej, który wtedy mieścił się w kinie „Śląsk” na Wspólnej, gdzie mogłem zobaczyć nawet dawne, nieme filmy z taperem przygrywającym na pianinie. Kiedy przyjechałem do Śremu, zaangażowałem się w działalność w Dyskusyjnym Klubie Filmowym przy Odlewni Żeliwa, byłem nawet w jego zarządzie, gdzie decydowałem o doborze repertuaru. DKF „Odlewnik” już dawno nie istnieje, a ja, od kiedy zacząłem prowadzić własną firmę, również przestałem chodzić do kina; w 1995 roku pozbyłem się nawet z domu telewizora, obecnie jestem w kinie tylko przy okazji specjalnych wydarzeń, jak Międzynarodowy Weekend Filmowy w śremskim „Słonku”.

Ta (już miniona) fascynacja filmem częściowo objawiała się też w zainteresowaniach naukowych; czytałem sporo artykułów i książek poświęconych filmowi. Niestety obowiązki zawodowe sprawiają, że szanse na powrót tych zainteresowań nie są duże.

Jak i wcześniejsze wystawy na piętrze Biblioteki Uniwersyteckiej, które dotychczas widziałem, wystawa „45 lat filmoznawstwa na UAM w Poznaniu” jest duża i dobrze przygotowana. Poznajemy historię placówki od jej początków po współczesność – jej obszary zainteresowań, kadrę naukową (w utworzeniu i rozwoju filmoznawstwa na UAM szczególnie zasłużyli się Marek i Małgorzata Hendrykowscy) i przede wszystkim publikacje, bardzo liczne i wartościowe. Wyłożone w gablotach książki i periodyki obejmują zarówno obszerne przekrojowe syntezy historii polskiej kinematografii, filmu dokumentalnego i innych jak i szczegółowe monografie poszczególnych twórców i filmów. Instytut Filmu, Mediów i Sztuk Audiowizualnych UAM wydaje nawet własny periodyk „Images”, również prezentowany na wystawie (mimo tytułu i angielskojęzycznych informacji na okładce, które mogą zmylić zagranicznych odbiorców, zamieszczone w nim artykuły są w języku polskim). Obok „Images” wyłożono pozycje z serii „Klasyka kina” – monografie najwybitniejszych tytułów filmowych polskich i zagranicznych. Wystawę kończą plansze niezwiązane bezpośrednio z filmoznawstwem na UAM – poświęcone twórczości Władysława Ślesickiego, w tym jego filmowi „W pustyni i w puszczy”. Mam nadzieję, że i moja anglistyka doczeka się kiedyś takiej prezentacji.

Galeria Miejska „Arsenał” – Punctum. Architektura krytyczna

30 grudnia – po zwiedzeniu wystawy „Widziałem wielu bogów…” w Bibliotece Raczyńskich przed powrotem do Śremu zaglądam jeszcze do Galerii Miejskiej „Arsenał”.

Wystawa „Hortus” Wojciecha Kołacza – przetwarzane w sztukę abstrakcyjną obrazy roślin – nie wywiera na mnie specjalnego wrażenia, czego przyczyn należy zapewne doszukiwać się nie w samym temacie, lecz jego abstrakcyjnym potraktowaniu. O wiele ciekawsza jest wystawa na piętrze: „Punctum. Architektura krytyczna”.

Przedstawione w dwóch pomieszczeniach „Arsenału” filmy video art nie przedstawiają rzeczywiście istniejących budowli – wszystkie są tylko niezrealizowanymi projektami warszawskiego artysty Jarosława Kozakiewicza. Pierwsze pomieszczenie to trzy projekty dotyczące Poznania – alternatywny wobec urzeczywistnionej odbudowy Zamku Królewskiego na Wzgórzu Przemysła projekt łączącego się z Muzeum Sztuk Użytkowych tarasu widokowego, projekt budowy tzw. kurtyny ziemnej w parku Drwęskich przy ulicy Królowej Jadwigi i przebudowy centrum Concordia Design; wszystkie trzy odrzucone przez władze miejskie. O kurtynie ziemnej i Concordia Design nie wypowiadam się; w przypadku Wzgórza Przemysła chyba dobrze się stało, że odrzucono ten projekt i zdecydowano się na odbudowę, czy właściwie budowę od nowa poznańskiego zamku. Od pewnego czasu mam wrażenie, że po fali krytyki, pomstowania na „Zamek Gargamela” poznaniacy powoli przyzwyczajają się do niego i za jakiś czas zamek wpisze się na trwale w pejzaż miasta. Nowoczesny projekt Kozakiewicza nie harmonizowałby ani z zamkiem, ani z całą poznańską starówką.

O wiele ciekawsze od poznańskich są projekty przedstawione w drugiej sali piętra  „Arsenału”, przede wszystkim te z Warszawy. Propozycja pokrycia ścian i dachów 19 zbudowanych na przełomie lat 60. i 70. bloków osiedla Za Żelazną Bramą żywą tkanką roślinną („Natura (do) mieszkania”) brzmi zaskakująco, byłaby chyba jednak możliwa do realizacji. Wykonalny jest też projekt budowy długich, pełnych zieleni przeszklonych tuneli-wiaduktów dla pieszych i rowerzystów nad ruchliwymi ulicami Warszawy („Transfer”) i inne, na przykład projekt przekształcenia starego wysypiska śmieci (projekt „Brok”, jedna z nielicznych zrealizowanych koncepcji Kozakiewicza). Projekty te bez osłonek ukazują upodobania i predylekcje artysty, jego zaangażowanie na rzecz ekologii, pacyfizmu.

Nie wiem dokładnie, jaki procent projektów Kozakiewicza doczekał się realizacji, przypuszczam, że niewielki. Przyczyną są zapewne nie tylko bardzo wysokie koszty, jak w przypadku „Transferu”; sądzę, że urzędnicy odpowiedzialni za kształtowanie tkanki architektonicznej naszych miast nie traktują też tych projektów poważnie, są one dla nich  tylko mrzonkami lewicującego artysty, trochę oderwanego od rzeczywistości. Ja też oglądałem je w „Arsenale” bardziej jako dzieła video art, nie architektury, i jako takie podobały mi się. Czy spotkałyby się z powszechną akceptacją jako zrealizowane koncepcje architektoniczne, tego nie wiem.

Biblioteka Raczyńskich – Roman Brandstaetter

Poświęconą Romanowi Brandstaetterowi wystawę „Widziałem wielu bogów…” w Galerii Atanazego Biblioteki Raczyńskich udało mi się zobaczyć w jej ostatni dzień – 30 grudnia. Podróż rowerem ze Śremu do Poznania w temperaturze oscylującej około 0 °C okazała się tego warta – wystawa była jedną z najciekawszych, jakie w tym roku widziałem w Bibliotece Raczyńskich.

Twórczości Romana Brandstaettera nie znam, co powinno chyba zawstydzać, zważywszy, że był jednym z najwybitniejszych poznańskich pisarzy. Chociaż ta jego poznańskość, podobnie jak w przypadku Kazimiery Iłłakowiczówny, była w dużej mierze wynikiem przypadku i przymusu. Urodzony w żydowskiej rodzinie w Tarnowie, po studiach w Krakowie i Paryżu zamieszkał w Warszawie. Po wybuchu wojny uciekł do Wilna, skąd wyjechał do Palestyny (był już tam wcześniej, w 1935 roku). Po wojnie przez Egipt wyjechał do Włoch, wreszcie w 1948 roku powrócił do Polski. Krótko mieszkał w Poznaniu (w Krakowie, jako mieście „reakcyjnym”, nie mógł się osiedlić, w Warszawie, w stolicy, tym bardziej nie), w 1950 roku przeniósł się do Zakopanego, w 1960 roku powrócił do Poznania, gdzie mieszkał aż do śmierci w 1987 roku.

Te ciągłe wędrówki Brandstaettera zostały dobrze udokumentowane na wystawie, miały też istotne znaczenie dla jego twórczości – fascynacja Ziemią Świętą, Włochami, Asyżem, postacią świętego Franciszka znalazła odbicie w wielu jego dziełach. Mnie oczywiście najbardziej zainteresowały motywy poznańskie na wystawie. Zabawnie brzmi uzasadnienie „zesłania” Brandstaettera do Poznania, oznajmione mu przez Sokorskiego – że Poznań jest miastem endeków i komunistów, pisarz nie będzie więc się tam dobrze czuł. Endeków na pewno, ale komunistów? Sokorski chyba nie znał Poznania, co zresztą historia pokazała już wkrótce, 28 czerwca 1956 roku. Przepowiednia wyobcowania Brandstaettera w Poznaniu sprawdziła się natomiast całkowicie, co znowu jest analogią do życia Kazimiery Iłłakowiczówny. Podobnie jak poetka, Roman Brandstaetter czuł się w Poznaniu jak na wygnaniu, w jednym z listów eksponowanych na wystawie twierdzi, że miasto jest brzydkie i że on sam nie utrzymuje kontaktów z miejscowym środowiskiem literackim. Nie do końca było to prawdą, o czym świadczą inne listy; w życiu literackim Poznania Brandstaetter był chyba jednak rzeczywiście outsiderem, żyjącym we własnym świecie, poświęcającym się przede wszystkim rodzinie i twórczości.

Pisał poezje, dramaty, szkice historycznoliterackie, znany jest przede wszystkim z monumentalnej, czterotomowej powieści „Jezus z Nazarethu”, przełożonej na kilka języków. Również pozostała twórczość Brandstaettera przeniknięta jest chrześcijaństwem i Biblią, przetłumaczył też wiele ksiąg Starego i Nowego Testamentu. Podczas wojny, w Jerozolimie, żydowski pisarz Roman Brandstaetter doznał nawrócenia i stał się pisarzem katolickim, nie przestając przy tym być Żydem.

Wystawa bardzo dobrze zaaranżowana – od intarsjowanego biurka pisarza z lewej strony Galerii Atanazego z leżącymi na nimi książkami przechodzimy do plansz i gablot z jego przedmiotami osobistymi, książkami, dokumentami, oryginałami listów z okresu międzywojennego, wojny i powojennego. Szczególnie interesują mnie listy, chociaż trudno je odczytać, pisarz miał dość nieczytelny charakter pisma, a wśród nich korespondencja pisarza między innymi ze Zbigniewem Herbertem, Melchiorem Wańkowiczem i najciekawsza z nich, z Kazimierą Iłłakowiczówną. Widać w niej wzajemną fascynację, chociaż relacje między obojgiem musiały być trudne. Chyba nigdy nie przeszli na ty, piszą do siebie „Szanowna Pani”, „Szanowny Panie”, admiracja przeplata się w nich z wzajemnymi wyrzutami i pretensjami, które na pewno nie były kokieterią. Cenne są też wspomnienia o Julianie Tuwimie, z którym Brandstaetter spotkał się w kawiarni w Zakopanem w dniu jego śmierci. Zapisane wtedy na kawiarnianej serwetce słowa Tuwima „Dla oszczędności zgaście światłość wiekuistą, gdyby mi miała kiedyś zaświecić” przeszły do legendy.

Minusem wystawy jest przede wszystkim zbyt powierzchowne potraktowanie nawrócenia Brandstaettera. Właściwie nie ma o nim żadnych dokładniejszych informacji, wystawa milczy o jego motywach. A przecież nawrócenie to było nie tylko bardzo doniosłym (najdonioślejszym?) wydarzeniem w życiu Brandstaettera, ale łączyło się też z tragedią dla jego najbliższych. Nawrócenie było przyczyną rozwodu z jego pierwszą żoną, Żydówką Tamarą Karren; później pisarz poślubił Reginę Wiktorównę. Tamara zresztą nadal utrzymywała kontakty z Brandstaetterami; do jakiej gry uczuć musiało dochodzić między tym trojgiem?

Drugim minusem jest zbyt płytkie opisanie relacji z komunistyczną władzą. Jak katolicki pisarz radził sobie w PRL, zwłaszcza w jego pierwszej fazie, w latach stalinowskich? Na wystawie pojawiają się wzmianki o walce z cenzurą, o przemieleniu już wydrukowanych książek; z drugiej strony pisarz był honorowany, otrzymywał odznaczenia. To bardzo zawikłane sprawy stosunków między władzą i twórcami w PRL, na które można było szerzej zwrócić uwagę.

Bilans 2017

Kolejny rok wypraw rowerowych za mną. Niestety mniej udany niż poprzedni, między innymi ze względu na niesprzyjającą pogodę. W poprzednim roku byłem sześć razy we Wrocławiu, w tym roku tylko dwa; w 2016 roku imprezy kulturalne we Wrocławiu były też jednak o wiele bardziej interesujące – Wrocław był wtedy Europejską Stolicą Kultury. Dużo ciekawych imprez było za to w Poznaniu. Niestety znowu nie byłem w górach ani nad morzem. Po dwóch latach przerwy udało mi się natomiast znowu pojechać do Niemiec – na Długą Moc Muzeów do Berlina i do Drezna (obie wycieczki bardzo udane).
Styczeń
6 stycznia – Błażejewo, kościół pw. św. Jakuba Apostoła
21 stycznia – Poznań: Muzeum Narodowe (wykład na temat „Święta Jordanu” Teodora Axentowicza)
– Biblioteka Raczyńskich (wystawa dawnych kalendarzy „Po co są dni”)
– Galeria Miejska Arsenał (wystawa „Kruchość materii” Kazimierza Kalkowskiego)
28 stycznia – Rogalin: Galeria Obrazów
Luty
5 lutego – Poznań: Dalineum
12 lutego – Lubiń: kościół pw. Narodzenia Najświętszej Marii Panny
18 lutego – Poznań: Targi Turystyczne Tour Salon
25 lutego – Poznań: Biblioteka Raczyńskich (wystawa „Rocznice powstania wielkopolskiego”)
– Muzeum Archeologiczne (wystawa dawnych butów „Każdy krok zostawia ślad”)
– Galeria Miejska Arsenał (wystawa Jerzego Piotrowicza)
– Muzeum Henryka Sienkiewicza (wernisaż wystawy „Autografy sławnych ludzi”)
Marzec
4 marca – Poznań: Biblioteka Raczyńskich (I Wielkopolskie Forum Pamięci Narodowej)
12 marca – Poznań: Muzeum Narodowe (wystawa „Piotrowicz i goście” i wykład „Piotrowicz – historia sztuki i film”)
19 marca – Kościan: Muzeum Regionalne (wystawa „Bohaterowie 1918-1919” i wystawa fotografii Karola Budzińskiego „Wielkopolska – tu warto być, to warto zobaczyć”); w drodze powrotnej:
– Wizyta w schronisku dla zwierząt w Gaju
25 marca – Poznań: Zamek Cesarski (wystawa „Złe kobiety”)
– Targi Edukacyjne, Targi „Książka dla Dzieci, Młodzieży i Rodziców” i Poznańskie Targi Książki Naukowej i Popularnonaukowej
Kwiecień
1 kwietnia – Poznań: Teatr Muzyczny (Krakowski Salon Poezji Anny Dymnej, „Kwiaty polskie” Juliana Tuwima)
– Biblioteka Raczyńskich (wystawy „Celtyckie odrodzenie” i „Posnaniana 2016”)
– Biblioteka Uniwersytecka (wystawa „Polski Paryż romantyczny”)
8 kwietnia – Poznań: Muzeum Etnograficzne (wernisaż wystawy „Romowie ≠ Cyganie”)
22 kwietnia – Leszno: Teatr Miejski („Zagraj to jeszcze raz, Sam” Woody Allena, wyjazd na spektakl autobusem ze Śremskim Stowarzyszeniem Przyjaciół Teatru)
30 kwietnia – Poznań: udział w nabożeństwie w kościele prawosławnym pw. św. Mikołaja
– Zamek Cesarski (wystawa World Press Photo)
Maj
6 maja – Leszno: Teatr Miejski („Abonament na szczęście”, wyjazd na spektakl autobusem, organizowany przez Bibliotekę Publiczną w Śremie)
13 maja – Leszno: Teatr Miejski („Tajemnica Tomka Sawyera”, wyjazd na spektakl autobusem, organizowany przez Bibliotekę Publiczną w Śremie)
14 maja – Poznań: Akademia Muzyczna (poranek z muzyką akordeonową)
– Muzeum Narodowe (wystawa „A-geometria. Hans Arp i Polska”)
20 maja – Poznań: Noc Muzeów
– Muzeum Narodowe (wystawa grafik „Błędne koło” Janusza Przybylskiego, trzy wykłady o twórczości Przybylskiego i „Błędnym kole” Malczewskiego, dwa wykłady o Poznańskim Towarzystwie Przyjaciół Nauk i Sewerynie Mielżyńskim)
– Muzeum Archeologiczne (spotkanie z prof. Karolem Myśliwcem)
27 maja – Poznań: Muzeum Narodowe (wykład o „Starej Bretonce” Władysława Ślewińskiego)
27 maja – Poznań: Muzeum Henryka Sienkiewicza (wystawa „Moś to był ktoś”)
– Biblioteka Raczyńskich (wystawa „Na poznańską mod(ł)ę. W XIX-wiecznej garderobie”)
– Galeria Miejska Arsenał (Poznańska Wiosna Gitarowa)
Czerwiec
3 czerwca – Ląd: Festiwal Kultury Słowiańskiej i Cysterskiej (udział w konferencji popularnonaukowej „Grody i miasta”)
11 czerwca – Trzemeszno: bazylika pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Po drodze zwiedzanie kościołów w Nekli, Czerniejewie i Pawłowie
15 czerwca – Środa Wlkp.: kolegiata pw. Najświętszej Marii Panny Wniebowziętej
18 czerwca – Wrocław: Pawilon Czterech Kopuł
24 czerwca – Poznań: Zamek Cesarski (udział w konferencji naukowej „Architektura okresu III Rzeszy w Polsce”)
– Biblioteka Raczyńskich (wystawa medali i rzeźb Józefa Stasińskiego)
– Galeria Miejska Arsenał (wystawy „Teledyski animowane” Łukasza Rusinka i „Płot” Dominika Lejmana)
Lipiec
1 lipca – Szreniawa: Muzeum Rolnictwa (wystawy „Przyjaciel wolności, ludu, cnót i prawa. Tadeusz Kościuszko w 200. rocznicę śmierci”, „Pyrlandia w obiektywie artystów” i „Mniejszości narodowe i etniczne w Polsce”)
8 lipca – Kalisz: Muzeum Okręgowe (wystawy „Kulisiewicz i zwierzęta” i „Sport w Kaliszu”)
15 lipca – Dobrzyca: Muzeum Ziemiaństwa (wystawa „Józef Wybicki i jego czasy”)
– Jarocin: festiwal w Jarocinie i zwiedzenie wystawy stałej w Spichlerzu Polskiego Rocka
23 lipca – Jutrosin: kościół pw. św. Elżbiety
30 lipca – Kościan: kościół pw. Najświętszej Marii Panny Wniebowziętej
– Muzeum Regionalne (wystawa „Park Krajobrazowy im. gen. Dezyderego Chłapowskiego w fotografiach Marka Chwistka”)
Sierpień
6 sierpnia – Leszno: Muzeum Okręgowe (wystawy „Stolice wielkopolskiego protestantyzmu. Leszno i Śmigiel. Współistnienie wyznań” i „Z atelier artystów wielkopolskich”)
12 sierpnia – Poznań: Muzeum Etnograficzne (spotkanie „Romanipen, czyli co to znaczy być Romem”)
– Muzeum Bambrów Poznańskich
– Galeria Miejska „Arsenał” (wystawy „Zaćmienie” Izabeli Sitarskiej i „POP – Polska Okładka Płytowa”)
15 sierpnia – Mórka: kościół pw. Najświętszej Marii Panny Wniebowziętej
19 sierpnia – Berlin: Długa Noc Muzeów. Wyjazd pociągiem i autobusem
– Miejsce Pamięci Muru Berlińskiego
– Topografia Terroru
– Martin-Gropius-Bau (wystawy „Der Luthereffekt“, Der ganze Prozess“, grafiki Luciana Freuda)
– Niemieckie Muzeum Szpiegostwa
– Ottobock Science Center
– Max Liebermann Haus (wystawa fotografii Bernarda Larssona)
26 sierpnia – Leszno: Leszno Barock Plus Festival
Wrzesień
2 września – Wrocław: Pałac Królewski (wystawy „Artyści śląscy 1845-1945”, „Nowy poczet władców Polski” i „Kresy południowo-wschodnie na przedwojennej pocztówce”)
9 września – Poznań: Ogólnopolski Kongres Kobiet
16 września – Biblioteka Raczyńskich (wystawa „„Solum Verbum – Reformacja i słowo XVI-XVIII wiek” i wystawa fotografii „Przyroda Wielkopolski” Wojciecha Nawrockiego)
– Galeria Miejska „Arsenał” (wystawa „Polki, patriotki, rebeliantki”)
– Wielkopolskie Muzeum Wojskowe (wystawa „Legia Cudzoziemska. Polacy w służbie Francji” i wykład o wojskach spadochronowych Legii Cudzoziemskiej)
23 września – Poznań: Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny Halina Czerny-Stefańska in memoriam
30 września – Manieczki: spektakl „Kulig” Józefa Wybickiego
30 września – Leszno: Teatr Miejski („Małe zbrodnie małżeńskie”, wyjazd na spektakl autobusem ze Śremskim Stowarzyszeniem Przyjaciół Teatru)
Październik
1 października – Poznań: Muzeum Narodowe (wystawa „Szczeliny wolności”)
7 października – Poznań: Muzeum Sztuk Użytkowych
– Muzeum Historii Miasta Poznania (wystawa Józefa Kaliszana)
8 października – Gostyń: Festiwal Muzyki Oratoryjnej „Musica Sacromontana”
14 października – Miłosław: uroczystość wręczenia Nagrody Kościelskich
21 października – Poznań: Zamek Cesarski (wystawa „Frida Kahlo i Diego Rivera. Polski kontekst”)
– Muzeum Narodowe (wykłady Justyny Borkowskiej o twórczości Witkacego i Grażyny Hałasy o cyklu „Błędne koło” Janusza Przybylskiego)
Listopad
1 listopada – Bnin: cmentarz parafialny
– Kórnik: kościół pw. Wszystkich Świętych
4 listopada – Poznań: Festiwal Słowa w Piosence „Frazy” (przesłuchania finałowe Ogólnopolskiego Konkursu Piosenki Autorskiej im. Jacka Kaczmarskiego)
– Biblioteka Raczyńskich (wystawy „Kto oprócz Hrabala? Kto oprócz Tokarczuk? Czeska i polska literatura w przekładach” i „Lodorosty i bluszczary” Jerzego Ficowskiego)
– Biblioteka Uniwersytecka (wystawy „Bobkowski. Chuligan wolności”, „Kalliope Austria. Kobiety w społeczeństwie, kulturze i nauce” i wystawa poświęcona Aleksandrowi Birkenmajerowi)
– Galeria Miejska „Arsenał” (wystawy „Porozmawiajmy o śmieciach” i „Ryby, kamienie, telewizory” Adriana Kolarczyka i Marii Stożek)
12 listopada – Poznań: udział w nabożeństwie w kościele greckokatolickim pw. Opieki Matki Bożej
18 listopada – Poznań: Teatr Wielki („Cyrulik sewilski, wyjazd na spektakl autobusem ze Śremskim Stowarzyszeniem Przyjaciół Teatru)
25 listopada – Poznań: oprowadzanie po mieście, wycieczka poświęcona mniejszości niemieckiej w Poznaniu
– Biblioteka Raczyńskich (wystawy „Wielkopolscy bibliofile” i „Laboratorium sztuki”)
– Biblioteka Uniwersytecka (wystawa poświęcona Stefanowi Tytusowi Dąbrowskiemu)
– Galeria Miejska „Arsenał” (XPrint Festiwal Książek Fotograficznych, wystawy „The Real World” Martina Parra i „Grimaces of the Weary Village” Rimaldasa Vikšraitisa)
Grudzień
2 grudnia – Drezno: wyjazd autobusem z Biurem Turystycznym Wawrzynowicz na jarmark bożonarodzeniowy
– Kunsthof Dresden przy Görlitzer Straße
– Sklep mleczarski przy Bautzner Straße
– Wystawa grafik i rysunków Käthe Kollwitz w Gabinecie Rycin w Zamku Rezydencyjnym
– Galeria Nowych Mistrzów Albertinum
9 grudnia – Kórnik: Zamek
17 grudnia – Kościan: Muzeum Regionalne (wystawa „Kościańska konspiracja wojskowa 1939-1945”)
26 grudnia – Puławy: Kordegarda (wystawa „Wojciech Weiss – powrót do Puław”), przy okazji wizyty u rodziny
30 grudnia – Poznań: Biblioteka Raczyńskich (wystawa „Widziałem wielu bogów” Romana Brandstaettera)
– Biblioteka Uniwersytecka (wystawa „45 lat filmoznawstwa na UAM w Poznaniu”)
– Galeria Miejska „Arsenał” (wystawy „Punctum. Architektura krytyczna” Jarosława Kozakiewicza i „Hortus” Wojciecha Kołacza)

Wojciech Weiss – Powrót do Puław

W budynku południowej kordegardy pałacu Czartoryskich w Puławach mieszkałem przez pierwsze cztery lata mojego życia, dopóki w 1967 roku nie przeprowadziliśmy się do bloku Instytutu Uprawy, Nawożenia i Gleboznawstwa przy ulicy Izabeli. Właściwie nic nie zapamiętałem z tych pierwszych czterech lat, byłem zbyt mały, aby ówczesny świat trwale odcisnął się w mojej pamięci, a moja wiedza o tych pierwszych czterech latach życia ogranicza się do opowieści rodziców i nielicznych fotografii. Mimo to budynek ten, obecnie siedziba informacji turystycznej, do której czasami zachodzę podczas moich wizyt w Puławach, malowniczo położony nad fosą oddzielającą kompleks pałacowy od ulicy Czartoryskich, do tej pory ma dla mnie szczególne znaczenie.

Od 2013 roku w puławskiej kordegardzie mieści się galeria sztuki – nie, nie w tym samym budynku, w którym spędziłem pierwsze cztery lata mojego życia, tylko jego położonym po północnej stronie od wjazdu do pałacu odpowiedniku, w którym również była siedziba straży pałacowej Czartoryskich. Odwiedziłem tę galerię dopiero teraz – 26 grudnia, chcąc zobaczyć wystawę „Wojciech Weiss – powrót do Puław”.

Nie wiem, czy wcześniej w kordegardzie pokazywano prace artystów tej klasy co Wojciech Weiss; z tego, co wiem, w galerii dotychczas prezentowano prace głównie współczesnych puławskich plastyków. Obrazy, grafiki i rysunki Wojciecha Weissa znam dość dobrze, przede wszystkim z Muzeum Narodowego w Poznaniu i galerii w Rogalinie, widziałem je również w Muzeum Narodowym w Warszawie i Muzeum Narodowym we Wrocławiu. Jest dla mnie jednym z najwybitniejszych malarzy Młodej Polski, chociaż stworzył też wiele ciekawych dzieł w międzywojniu, a jego najsłynniejszy (i ostatni) obraz – „Manifest” z 1950 roku – to czystej wody socrealizm.

Prace – akwarele i rysunki – Wojciecha Weissa pokazywane w kordegardzie są owocem pleneru – pobytu artysty w Puławach w 1918 roku. Rysunki (ołówkowe i węglem) ukazują przede wszystkim drzewa i aleje w puławskim parku. Chociaż to sztuka w pełni realistyczna, można w niej dostrzec, również dzięki jej czarno-białemu kolorytowi, ekspresjonistyczne patrzenie artysty na świat – ekspresję nieujarzmionej do końca przez człowieka natury.

Ciekawsze dla mnie, cieplejsze są akwarele ukazujące architekturę puławskiego parku. Zwiedzającym najbardziej podoba się przedstawienie skąpanej w słońcu kolumnady i podcienia Domu Gotyckiego; dla mnie największe wrażenie wywarł obraz ukrytej za drzewami Świątyni Sybilli.

Pokazywane w niewielkim pomieszczeniu galerii w Puławach prace Wojciecha Weissa wprawdzie nie mają tej klasy artystycznej co widziane przeze mnie w muzeach w Poznaniu i Rogalinie. Są tylko impresjami z jednego z wielu plenerów, w których artysta brał udział; obecnie są własnością wnuczki Weissa, która udostępniła je galerii. O wiele większą wartość mają jego obrazy olejne z okresu Młodej Polski, także pastelowe portrety. Mają jednak wartość sentymentalną – jako obrazy mojego rodzinnego miasta.

Muzeum Regionalne w Kościanie – Kościańska konspiracja wojskowa 1939-1945

17 grudnia – wyjazd na wystawę czasową do muzeum w Kościanie, wyjątkowo w niedzielę, ponieważ sobotę miałem zajętą (zaproszenie na ślub znajomej w Śremie). Ale to i lepiej, dzięki temu po przyjeździe do Kościana jeszcze przed otwarciem muzeum będę miał okazję po raz kolejny przypomnieć sobie miejscową farę. Trafiam akurat na końcówkę mszy; po nabożeństwie widok, który w tym kościele zawsze mnie fascynował – pod epitafiami, w narożach nawy gromadzą się grupki osób, chyba członków parafialnych grup modlitewnych, osobno kobiety i osobno mężczyźni, rozmawiają, przekazują sobie informacje i przede wszystkim dzielą się  opłatkiem i składają sobie życzenia z okazji zbliżających się świąt. W śremskich kościołach takiego zwyczaju nie ma.

W Muzeum Regionalnym w kościańskim ratuszu wita mnie młody mężczyzna, z którym już kilkakrotnie miałem okazję się spotkać – ostatnio na wystawie fotografii z Parku Krajobrazowego im. Dezyderego Chłapowskiego, która była eksponowana w głównej sali wystaw czasowych. Obecna wystawa „Kościańska konspiracja wojskowa 1939-1945” jest mniejsza od tamtej, nie jest pokazywana w głównej sali, lecz w przejściu pomiędzy pomieszczeniami i różni się formą ekspozycji – chociaż na wystawie jest też trochę książek, medali czy nawet książeczka pracy (Arbeitsbuch) należąca do jednego z członków konspiracji, wystawa ma charakter przede wszystkim planszowy. Nie bardzo lubię tej formy prezentacji, w muzeach wolę autentyczne przedmioty, a plansze tylko jako konieczne ich uzupełnienie, objaśnienie, chętnie zapoznam się jednak z wystawą i podzielę się wrażeniami z niej z pracownikiem muzeum.

– Ciekawe… Moje ogólne wrażenie z wystawy jest takie, że działalność konspiracyjna w Kościanie była bardziej rozwinięta niż w Śremie. Więcej nazwisk, organizacji. W Śremie prawie ich nie było, a i dzisiaj znajomość tej tematyki jest raczej powierzchowna. Pamiętam, jakiś czas temu przyszedł do mnie klient mieszkający w Śremie przy ulicy Adamskiego. Kiedy zapytałem go, kim był ten Adamski, odpowiedział, że jakimś muzykiem. Rzeczywiście przed wojną grał na trąbce w orkiestrze harcerskiej, ale zasłużył się przede wszystkim jako konspirator w Związku Walki Zbrojnej; został aresztowany i stracony w więzieniu na Młyńskiej. Może więc i w Śremie była żywa działalność konspiracyjna, tylko mało o niej wiemy. Przydałaby się taka wystawa w Śremie. O pewnych formach ruchu oporu, które były tu w Kościanie, w Śremie w ogóle jednak nie słyszałem, na przykład o skrytkach na broń, materiały wybuchowe itp., które w Kościanie i Czempiniu pozostawiło wycofujące się wojsko, do wykorzystania przez polskich dywersantów, do którego to wykorzystania zresztą nie doszło. W Śremie chyba tego nie mieliśmy.

– Może z tego powodu, że w Śremie była jednostka wojskowa, garnizon – zauważa mężczyzna.

– Możliwe. W pierwszych dniach września w Śremie stacjonował też sztab Wielkopolskiej Brygady Kawalerii, który kierował obroną całej południowo-zachodniej Wielkopolski, w kampanii wrześniowej Śrem odegrał więc trochę inną rolę. Potem, już po zajęciu przez Niemców, w ramach akcji „Tannenberg” doszło do pamiętnej publicznej egzekucji 20 października, która była częściowo następstwem sądu polowego i rozstrzelania w śremskim parku 3 września Niemców z Leszna przez wycofujące się polskie oddziały.

– W Kościanie taka egzekucja odbyła się 23 października, też była odpowiedzią na rzekome zamordowanie Niemca przez Polaków, w rzeczywistości była to niemiecka prowokacja.

– Na jednej z pierwszych plansz widzę tu siedzibę starostwa z podpisem o „znienawidzonym” landracie dr. Liese. Dlaczego znienawidzonym?

– Bardzo negatywnie zapisał się w pamięci miejscowej ludności, również z powodu wspomnianej egzekucji. Pisał nawet do gauleitera Greisera z żądaniami zaostrzenia terroru wobec Polaków. Podobno walczył potem w Afrika-Korps i znalazł się w niewoli w Kanadzie, ale do końca nie wiadomo, co się z nim stało.

– Interesujące… Ja w 2008 roku, podczas wycieczki rowerowej w Niemczech, spotkałem wnuka landrata śremskiego – Hermanna Mittendorfa. Poszukałem wtedy w źródłach, popytałem starszych śremian i okazało się, że zapamiętali go raczej pozytywnie. Po wojnie miał sprawę sądową, groziła mu kara śmierci, ale dzięki wstawiennictwu Polaków uniknął wyroku. Oczywiście wysłałem potem wnukowi do Niemiec informacje o jego dziadku, podziękował i obiecał, że przekaże je rodzinie.

Rozmawiamy jeszcze o wielu innych sprawach; przechodzę do kolejnych plansz, na których jest przedstawiona historii Armii Narodowej, Związku Walki Zbrojnej w Kościanie, sylwetki poszczególnych konspiratorów, w tym członków tak zwanego Paktu Czterech. Na końcu wystawy plansze poświęcone Batalionom Chłopskim i Szarym Szeregom; nie mogło oczywiście zabraknąć Floriana Marciniaka, naczelnika harcerskiej organizacji Szare Szeregi.

– W Śremie też o nim pamiętamy, podobnie jak o Dezyderym Chłapowskim, ma swoją ulicę, ale Kościan ma oczywiście do niego większe prawo, w końcu urodził się w Gorzycach pod Czempiniem, na ziemi kościańskiej.

Na wystawie i rozmowie z pracownikiem muzeum spędzam ponad godzinę. Czy Muzeum Śremskie wpadnie kiedyś na pomysł zorganizowania podobnej wystawy?

Wesele

Jako tłumacz przysięgły już od ponad 20 lat tłumaczę uroczystości zaślubin – w USC i kościele, huczne i skromne, takie, które się długo pamięta, i takie, o których szybko się zapomina. Oto wspomnienie jednej z nich. Z oczywistych powodów nie podaję miejsca ani czasu. Powiem tylko, że było to już jakiś czas temu i – nie w Śremie.

Po załatwieniu wszystkich formalności (złożenie zapewnień o braku przeszkód do zawarcia małżeństwa, o nazwisku noszonym po zawarciu małżeństwa), w których jako tłumacz też musiałem uczestniczyć, przyszedł wreszcie wielki dzień – zaplanowany ślub w USC w X. Nie mam samochodu, jak zwykle poprosiłem więc pannę młodą o podwiezienie mnie ze Śremu.

Młody mężczyzna podjeżdża w sobotę o umówionej godzinie, a nawet kwadrans wcześniej. Nie szkodzi, jestem już gotów. Podczas jazdy rozmawiamy między innymi o moich wycieczkach rowerowych, o ślubie. Ilu będzie gości? Około 50. A z Wielkiej Brytanii? Mój rozmówca nie wie dokładnie, pewnie około 10, rodzice pana młodego w każdym razie nie przyjadą – za daleko i mają trochę kłopotów ze zdrowiem. Po drodze jeszcze zatrzymamy się w jego domu, musi się przebrać.

Zatrzymujemy się w wiejskim gospodarstwie. Na podwórzu stoi samochód z brytyjską rejestracją – zawiezie jednak innych gości; wiem też już, że państwo młodzi pojadą do ślubu maluchem. Przebranie się i przygotowanie zabiera mojemu kierowcy kilkanaście minut, tymczasem na podwórko schodzą inni mieszkańcy domu – starszy mężczyzna i kobieta (rodzice panny młodej?) i młodzież – chłopcy w białych koszulach, młoda dziewczyna. Starszy mężczyzna jest ubrany w garnitur, ale bez krawata. Witamy się.

– Dojedziemy na czas? – pyta. – Bo na drogach chu…, to znaczy kiepsko; wiadomo: żniwa, maszyny rolne.

Zdążymy, mamy wystarczająco dużo czasu. Wsiadamy w pięcioro do samochodu i ruszamy już w kierunku X.

– Ale to szambo u nas śmierdzi – zauważa mężczyzna – idzie chyba na zmianę pogody.

– Pan często uczestniczył w takich ślubach. Wie pan, czy rodzice błogosławią w USC młodej parze? – pyta mnie kobieta, chyba matka panny młodej.

– Błogosławi się przed wyjściem z domu – wyjaśnia mój kierowca.

*

Przed USC jesteśmy rzeczywiście z wystarczającym zapasem czasu. Dużo gości, ale panny młodej jeszcze nie ma. Centralne miejsce zajmuje czerwony maluch, za którym przykucnął znany mi już pan młody, jest w wesołym nastroju i… popija żubra z puszki. Kilka już opróżnionych puszek jest doczepionych do malucha, będą hałasować podczas jazdy. Obok pana młodego stoją dwie kobiety – jedna, o ciemnym kolorze skóry, jest na pewno Brytyjką, druga wylewnie wita się ze mną – również po angielsku.

– Też kiedyś miałem malucha i, proszę mi wierzyć, też był czerwony – zaczynam rozmowę

– O, to może to ten sam? A zauważył pan, że mam fryzurę w stylu Marylin Monroe?

– Niestety nie znam się na tym.

– Ale moja fryzjerka się zna i mi powiedziała. Tak poza tym jestem Polką, nie Angielką, tylko mieszkam w Wielkiej Brytanii – dodaje, przechodząc na polski.

Wchodzę do USC, aby domówić wszystkie sprawy związane ze ślubem, który ma się rozpocząć już za 10 minut. Z dwiema urzędniczkami ustalamy szczegóły tłumaczenia przemówienia i przysięgi małżeńskiej, złożenia podpisów, przystawienia pieczęci. Panny młodej wciąż nie ma, wreszcie jako pierwszy do sali ślubów (jest bardzo mała, na pewno nie pomieści wszystkich 50 gości, którzy się dzisiaj zjawią) wchodzi pan młody. Siada na miejscu panny młodej, urzędniczka prosi mnie, abym taktownie zwrócił mu na to uwagę – panna młoda powinna siedzieć po jego prawej stronie. Po chwili pan młody pyta o toaletę. Kiedy żartobliwie wyjaśniam pani kierownik USC, że pewnie wypił za dużo piwa przy maluchu, jej twarz lekko się zmienia. Po chwili mówi:

– Wie pan, zaskoczył mnie pan tą uwagą o alkoholu. W tej sytuacji nie wiem, czy możemy przyjąć to oświadczenie o zawarciu małżeństwa…

– Ależ nie, nie jest pijany. Oczywiście, że mogą państwo udzielić ślubu.

Większość gości wciąż jest na zewnątrz, do środka zagląda tylko kobieta z około dziesięcioletnim synem.

– Też się uczysz angielskiego? – pochylam się nad nim. – Możesz porozmawiać z panem.

Trochę zawstydzony chłopiec staje przed panem młodym i mówi:

– I don’t speak English.

– Of course, you do. You are speaking English – śmieje się pan młody, w coraz lepszym humorze, po czym… zaprasza mnie na wesele, które odbędzie się zaraz po ślubie. Czemu nie? Jest sobota po południu, a ja dzisiaj już nie mam innych obowiązków.

Wreszcie sala ślubów się zapełnia – na samym końcu zjawia się spóźniona panna młoda. W białej sukni i wianku na głowie wygląda prześlicznie. Ojciec zgodnie z nowym, anglosaskim zwyczajem przyprowadza ją panu młodemu, małe dziewczynki w białych sukienkach sypią kwiaty, bo bokach stoją dziewczęta – druhny w długich sukniach o pastelowych barwach, stylizowanych na epokę empire, mają też starannie dobrane fryzury (interesuję się historią mody i potrafię to docenić). Miejsca jest rzeczywiście bardzo mało, wszyscy musimy uważać, aby się wzajemnie nie potrącać, część gości stoi na zewnątrz sali.

Kluczowy moment uroczystości – złożenie przysięgi. Pan młody radzi sobie z nią znakomicie, powtarzając za mną słowa tłumaczenia; pannie młodej załamuje się głos, kiedy ma wymienić imię i nazwisko swojego przyszłego męża – stress, wzruszenie, radość…, wszystko w jednym. Jeszcze tylko obrączki, która na poduszce wręcza mały chłopiec („Brawo, świetnie wykonałeś zadanie”, chwali go ktoś z rodziny), podpisy, pamiątkowe zdjęcia z panią kierowniczką USC i ze mną (fotografem jest młoda kobieta, pewnie też ktoś z rodziny) i możemy wyjść z budynku.

*

Dość często jestem zapraszany na wesela zaraz po ślubie. Kiedy jest to w sobotę i nie mam innych obowiązków, chętnie przyjmuję zaproszenie – jest to w końcu okazja do poznania nowych ludzi, wyrwania się z domu.

Do restauracji, w której odbędzie się wesele, jest kilka kilometrów, zabieram się więc samochodem z parą w średnim wieku, jednymi z gości. Podczas krótkiej jazdy rozmawiamy między innymi o ich córce, która uczy się jeszcze w liceum. Interesuje się angielskim, właśnie zdała egzamin Cambridge, na którym uzyskała najwyższą ocenę, chwali się mama, ale córka chciałaby studiować muzykę (chodzi też do szkoły muzycznej). Tata z kolei chciałby, aby studiowała architekturę. Co jest lepsze?

– Niewielu absolwentów Akademii Muzycznej robi prawdziwą karierę, podobnie jest po Uniwersytecie Plastycznym – odpowiadam. – Aby studiować architekturę, musiałaby z kolei być dobra z rysunku.

– Jest dobra – odpowiada mama. – Ale nie uważa pan, że język byłby najlepszym wyborem? Bo ta muzyka,,,

– Niestety wśród anglistów teraz też jest bezrobocie, zwłaszcza w takich małych ośrodkach jak mój Śrem. Wcale nie jest tak różowo, jak było jeszcze w latach 90. Mogłaby studiować jednocześnie muzykę i anglistykę, obecnie to powszechne. A najlepiej niech idzie za własnymi zainteresowaniami.

– A ja już myślałam, że pomoże mi pan przekonać córkę…

Po przyjechaniu na miejsce musimy jeszcze zaczekać na państwa młodych. Nie znam tu nikogo, jestem więc trochę na uboczu (ktoś z rodziny panny młodej pyta mnie: „A pan jeszcze będzie coś tłumaczył?”, „Zostałem zaproszony na wesele” odpowiadam), nawiązuję jednak rozmowę z kilkoma osobami: rodzicami państwa młodych, dwiema parami małżeńskimi i poznaną już Polką-Angielką („A zauważyłeś, że mam fryzurę w stylu Marylin Monroe?”, pyta właśnie kogoś innego).

– A co trzeba zrobić, aby zostać w Polsce tłumaczem przysięgłym? Skończyć studia? – pyta Polka-Angielka.

– To nie wystarczy. Trzeba zdać bardzo trudny egzamin. Zdaje go tylko 20 procent kandydatów.

– I pan go zdał?  O, jaki pan mądry. To chyba wasza pierwsza córka wychodzi za mąż – Polka-Angielka zwraca się z kolei do rodziców panny młodej.

– Druga. Pierwsza zginęła lata temu w wypadku – zostały nam tylko jej córki, nasze wnuczki, które są dzisiaj druhnami.

– Ach, rzeczywiście, tak mi przykro. No, ale na pewno jest dzisiaj z nami, patrzy na nas z góry. Ale wnuczki bardzo ładne. A ten pani wnuk, też niczego sobie. Ile ma lat?

– 17.

– Chyba trochę za młody dla pani? – zauważam.

– Ha-ha – śmieje się Polka-Angielka. Nie zamierzam… To zresztą byłoby nielegalne.

– Nie byłoby. W Polsce „the age of consent” wynosi 15 lat.

Wreszcie nadjeżdżają państwo młodzi, którzy małuchem z doczepionymi puszkami po piwie objechali chyba całe miasteczko. Prowadzi sam pan młody. Co by się stało, gdyby podczas tej jazdy skontrolowała go policja alkomatem? Trafilibyśmy na nagłówki gazet w całej Polsce, a na pewno w powiecie. Na szczęście do tego nie doszło. Teraz możemy już wejść do restauracji. Pan młody, w szampańskim nastroju, bierze pannę młodą na ręce, chcąc przenieść ją przez próg i… przewraca się z nią na klombie przed lokalem. Nic się nie stało, druga próba kończy się już powodzeniem, możemy wejść do restauracji, w której, wraz z naszym wejściem, z głośników rozlega się „Wiosna” Vivaldiego.

Szampan, życzenia, prezenty. Również ustawiam się w kolejce, aby złożyć życzenia, kiedy nieoczekiwanie podjeżdża też pani kierowniczka USC – okazało się, że zapomniała poprosić mnie o złożenie podpisu i przyłożenie pieczęci na jednym dokumencie („Całe szczęście, że zaprosili pana na to wesele, bo byłby problem”), po uzupełnieniu mogę wrócić na salę), gdzie goście siadają już przy stolikach (każdy ma wyznaczone miejsce).

– Niech pan sobie znajdzie jakieś wolne miejsce – mówi panna młoda. Mężczyzna, który mnie przywiózł ze Śremu (jej brat?) wykazuje większą dbałość, znajduje dla mnie miejsce przy jednym ze stolików, przy okazji proszę go jeszcze o załatwienie sprawy płatności za tłumaczenie, jeszcze nie zostało to załatwione.

– Oczywiście, porozmawiam, Najwyżej to ja panu zapłacę, kiedy będę pana odwoził.

I znowu trafiam w całkiem mi nieznane towarzystwo. Ale nie jest źle, jedną z par przy moim stoliku już poznałem – podwieźli mnie tu z USC. Drugiej pary nie znam (mąż musi jutro, w niedzielę, pracować, nie zostaną więc długo), trzecia para przyjechała na wesele z trójką małych dzieci – najstarszy syn ma pięć lat, najmłodsze dopiero trzy miesiące. Muszą się nimi cały czas zajmować, możemy też jednak porozmawiać. Okazuje się, że żona też jest germanistką, studiowała w prywatnej Wyższej Szkole Języków Obcych w Poznaniu.

– Ale jak ja nie lubię tego języka…. Na szczęście nie pracuję w tym zawodzie. To znaczy pracuję w niemieckiej firmie, ale nawet teraz, mimo że pracuję z Niemcami, nie polubiłam go. Pan też jest germanistą? Studiował pan na Uniwersytecie Warszawskim? No, ale pan to inna klasa, ja nie mam szans zostać tłumaczką przysięgłą.

Nie rozmawiamy dużo, dzieci bardzo absorbują kobietę, zwłaszcza najmłodsze trzeba co chwilę karmić z butelki. W pewnym momencie z lekko zachmurzoną miną podchodzi do nas młoda kobieta, która cały czas robi zdjęcia na  weselu.

– Wy, a jedno z tych małych powiedziało mi, że dorośli powiedzieli im, że pani fotograf jest modelką. To prawda?

– My? Ależ skąd.

– No, bo już myślałam… Przecież ja nie jestem żadną modelką.

Powracamy do rozmowy przy stole, w której nie udzielam się bardzo, przecież tu nikogo nie znam, rozmowy toczą się o rodzinie, o wcześniejszych weselach, o zaletach i (częściej) wadach krewnych i znajomych. W pewnym momencie goście przy sąsiednim stoliku zajętym chyba przez Anglików (siedzi tam też moja Polka-Angielka) odwracają się w naszą stronę i patrzą na mnie, pewnie stałem się tematem ich rozmowy.

Po szampanie obiad: zupa, drugie danie, wino, od wódki się wymawiam („O, widzę, że pan też tańczy na stole po mocnych alkoholach, tak jak ja”, mówi jedna z moich sąsiadek), przewidziano jeszcze lody, na których jednak już nie zostanę. Zaczynają się tańce, a ja czuję, że już czas na mnie. Żegnam się już z moimi towarzyszami przy stoiku i opuszczam wesele, które szybko się rozkręca i potrwa pewnie do rana. Odwiezie mnie również brat panny młodej, który mnie tu przywiózł. I jeszcze tylko sprawa płatności, już na miejscu w Śremie.

– Myślałem, że już panu zapłacili. Jak to uzgadnialiście? Czy zapłacą panu przelewem?

– Nie, jeszcze nie zapłacili. Ostatnio była płatność gotówką. Myślałem, że pan to załatwił z parą młodą, jak prosiłem o to na początku wesela. Może pan zapytać…

– Teraz nie będę dzwonił. A ta cena uwzględnia też, że pana podwiozłem? No, dobrze, muszę panu zaufać na słowo. Oto należność.

Jeszcze tego samego wieczoru wystawię fakturę za tłumaczenie i – zgodnie z prośbą – prześlę ją e-mailem razem z życzeniami wszystkiego najlepszego pannie młodej.