Wesele

Jako tłumacz przysięgły już od ponad 20 lat tłumaczę uroczystości zaślubin – w USC i kościele, huczne i skromne, takie, które się długo pamięta, i takie, o których szybko się zapomina. Oto wspomnienie jednej z nich. Z oczywistych powodów nie podaję miejsca ani czasu. Powiem tylko, że było to już jakiś czas temu i – nie w Śremie.

Po załatwieniu wszystkich formalności (złożenie zapewnień o braku przeszkód do zawarcia małżeństwa, o nazwisku noszonym po zawarciu małżeństwa), w których jako tłumacz też musiałem uczestniczyć, przyszedł wreszcie wielki dzień – zaplanowany ślub w USC w X. Nie mam samochodu, jak zwykle poprosiłem więc pannę młodą o podwiezienie mnie ze Śremu.

Młody mężczyzna podjeżdża w sobotę o umówionej godzinie, a nawet kwadrans wcześniej. Nie szkodzi, jestem już gotów. Podczas jazdy rozmawiamy między innymi o moich wycieczkach rowerowych, o ślubie. Ilu będzie gości? Około 50. A z Wielkiej Brytanii? Mój rozmówca nie wie dokładnie, pewnie około 10, rodzice pana młodego w każdym razie nie przyjadą – za daleko i mają trochę kłopotów ze zdrowiem. Po drodze jeszcze zatrzymamy się w jego domu, musi się przebrać.

Zatrzymujemy się w wiejskim gospodarstwie. Na podwórzu stoi samochód z brytyjską rejestracją – zawiezie jednak innych gości; wiem też już, że państwo młodzi pojadą do ślubu maluchem. Przebranie się i przygotowanie zabiera mojemu kierowcy kilkanaście minut, tymczasem na podwórko schodzą inni mieszkańcy domu – starszy mężczyzna i kobieta (rodzice panny młodej?) i młodzież – chłopcy w białych koszulach, młoda dziewczyna. Starszy mężczyzna jest ubrany w garnitur, ale bez krawata. Witamy się.

– Dojedziemy na czas? – pyta. – Bo na drogach chu…, to znaczy kiepsko; wiadomo: żniwa, maszyny rolne.

Zdążymy, mamy wystarczająco dużo czasu. Wsiadamy w pięcioro do samochodu i ruszamy już w kierunku X.

– Ale to szambo u nas śmierdzi – zauważa mężczyzna – idzie chyba na zmianę pogody.

– Pan często uczestniczył w takich ślubach. Wie pan, czy rodzice błogosławią w USC młodej parze? – pyta mnie kobieta, chyba matka panny młodej.

– Błogosławi się przed wyjściem z domu – wyjaśnia mój kierowca.

*

Przed USC jesteśmy rzeczywiście z wystarczającym zapasem czasu. Dużo gości, ale panny młodej jeszcze nie ma. Centralne miejsce zajmuje czerwony maluch, za którym przykucnął znany mi już pan młody, jest w wesołym nastroju i… popija żubra z puszki. Kilka już opróżnionych puszek jest doczepionych do malucha, będą hałasować podczas jazdy. Obok pana młodego stoją dwie kobiety – jedna, o ciemnym kolorze skóry, jest na pewno Brytyjką, druga wylewnie wita się ze mną – również po angielsku.

– Też kiedyś miałem malucha i, proszę mi wierzyć, też był czerwony – zaczynam rozmowę

– O, to może to ten sam? A zauważył pan, że mam fryzurę w stylu Marylin Monroe?

– Niestety nie znam się na tym.

– Ale moja fryzjerka się zna i mi powiedziała. Tak poza tym jestem Polką, nie Angielką, tylko mieszkam w Wielkiej Brytanii – dodaje, przechodząc na polski.

Wchodzę do USC, aby domówić wszystkie sprawy związane ze ślubem, który ma się rozpocząć już za 10 minut. Z dwiema urzędniczkami ustalamy szczegóły tłumaczenia przemówienia i przysięgi małżeńskiej, złożenia podpisów, przystawienia pieczęci. Panny młodej wciąż nie ma, wreszcie jako pierwszy do sali ślubów (jest bardzo mała, na pewno nie pomieści wszystkich 50 gości, którzy się dzisiaj zjawią) wchodzi pan młody. Siada na miejscu panny młodej, urzędniczka prosi mnie, abym taktownie zwrócił mu na to uwagę – panna młoda powinna siedzieć po jego prawej stronie. Po chwili pan młody pyta o toaletę. Kiedy żartobliwie wyjaśniam pani kierownik USC, że pewnie wypił za dużo piwa przy maluchu, jej twarz lekko się zmienia. Po chwili mówi:

– Wie pan, zaskoczył mnie pan tą uwagą o alkoholu. W tej sytuacji nie wiem, czy możemy przyjąć to oświadczenie o zawarciu małżeństwa…

– Ależ nie, nie jest pijany. Oczywiście, że mogą państwo udzielić ślubu.

Większość gości wciąż jest na zewnątrz, do środka zagląda tylko kobieta z około dziesięcioletnim synem.

– Też się uczysz angielskiego? – pochylam się nad nim. – Możesz porozmawiać z panem.

Trochę zawstydzony chłopiec staje przed panem młodym i mówi:

– I don’t speak English.

– Of course, you do. You are speaking English – śmieje się pan młody, w coraz lepszym humorze, po czym… zaprasza mnie na wesele, które odbędzie się zaraz po ślubie. Czemu nie? Jest sobota po południu, a ja dzisiaj już nie mam innych obowiązków.

Wreszcie sala ślubów się zapełnia – na samym końcu zjawia się spóźniona panna młoda. W białej sukni i wianku na głowie wygląda prześlicznie. Ojciec zgodnie z nowym, anglosaskim zwyczajem przyprowadza ją panu młodemu, małe dziewczynki w białych sukienkach sypią kwiaty, bo bokach stoją dziewczęta – druhny w długich sukniach o pastelowych barwach, stylizowanych na epokę empire, mają też starannie dobrane fryzury (interesuję się historią mody i potrafię to docenić). Miejsca jest rzeczywiście bardzo mało, wszyscy musimy uważać, aby się wzajemnie nie potrącać, część gości stoi na zewnątrz sali.

Kluczowy moment uroczystości – złożenie przysięgi. Pan młody radzi sobie z nią znakomicie, powtarzając za mną słowa tłumaczenia; pannie młodej załamuje się głos, kiedy ma wymienić imię i nazwisko swojego przyszłego męża – stress, wzruszenie, radość…, wszystko w jednym. Jeszcze tylko obrączki, która na poduszce wręcza mały chłopiec („Brawo, świetnie wykonałeś zadanie”, chwali go ktoś z rodziny), podpisy, pamiątkowe zdjęcia z panią kierowniczką USC i ze mną (fotografem jest młoda kobieta, pewnie też ktoś z rodziny) i możemy wyjść z budynku.

*

Dość często jestem zapraszany na wesela zaraz po ślubie. Kiedy jest to w sobotę i nie mam innych obowiązków, chętnie przyjmuję zaproszenie – jest to w końcu okazja do poznania nowych ludzi, wyrwania się z domu.

Do restauracji, w której odbędzie się wesele, jest kilka kilometrów, zabieram się więc samochodem z parą w średnim wieku, jednymi z gości. Podczas krótkiej jazdy rozmawiamy między innymi o ich córce, która uczy się jeszcze w liceum. Interesuje się angielskim, właśnie zdała egzamin Cambridge, na którym uzyskała najwyższą ocenę, chwali się mama, ale córka chciałaby studiować muzykę (chodzi też do szkoły muzycznej). Tata z kolei chciałby, aby studiowała architekturę. Co jest lepsze?

– Niewielu absolwentów Akademii Muzycznej robi prawdziwą karierę, podobnie jest po Uniwersytecie Plastycznym – odpowiadam. – Aby studiować architekturę, musiałaby z kolei być dobra z rysunku.

– Jest dobra – odpowiada mama. – Ale nie uważa pan, że język byłby najlepszym wyborem? Bo ta muzyka,,,

– Niestety wśród anglistów teraz też jest bezrobocie, zwłaszcza w takich małych ośrodkach jak mój Śrem. Wcale nie jest tak różowo, jak było jeszcze w latach 90. Mogłaby studiować jednocześnie muzykę i anglistykę, obecnie to powszechne. A najlepiej niech idzie za własnymi zainteresowaniami.

– A ja już myślałam, że pomoże mi pan przekonać córkę…

Po przyjechaniu na miejsce musimy jeszcze zaczekać na państwa młodych. Nie znam tu nikogo, jestem więc trochę na uboczu (ktoś z rodziny panny młodej pyta mnie: „A pan jeszcze będzie coś tłumaczył?”, „Zostałem zaproszony na wesele” odpowiadam), nawiązuję jednak rozmowę z kilkoma osobami: rodzicami państwa młodych, dwiema parami małżeńskimi i poznaną już Polką-Angielką („A zauważyłeś, że mam fryzurę w stylu Marylin Monroe?”, pyta właśnie kogoś innego).

– A co trzeba zrobić, aby zostać w Polsce tłumaczem przysięgłym? Skończyć studia? – pyta Polka-Angielka.

– To nie wystarczy. Trzeba zdać bardzo trudny egzamin. Zdaje go tylko 20 procent kandydatów.

– I pan go zdał?  O, jaki pan mądry. To chyba wasza pierwsza córka wychodzi za mąż – Polka-Angielka zwraca się z kolei do rodziców panny młodej.

– Druga. Pierwsza zginęła lata temu w wypadku – zostały nam tylko jej córki, nasze wnuczki, które są dzisiaj druhnami.

– Ach, rzeczywiście, tak mi przykro. No, ale na pewno jest dzisiaj z nami, patrzy na nas z góry. Ale wnuczki bardzo ładne. A ten pani wnuk, też niczego sobie. Ile ma lat?

– 17.

– Chyba trochę za młody dla pani? – zauważam.

– Ha-ha – śmieje się Polka-Angielka. Nie zamierzam… To zresztą byłoby nielegalne.

– Nie byłoby. W Polsce „the age of consent” wynosi 15 lat.

Wreszcie nadjeżdżają państwo młodzi, którzy małuchem z doczepionymi puszkami po piwie objechali chyba całe miasteczko. Prowadzi sam pan młody. Co by się stało, gdyby podczas tej jazdy skontrolowała go policja alkomatem? Trafilibyśmy na nagłówki gazet w całej Polsce, a na pewno w powiecie. Na szczęście do tego nie doszło. Teraz możemy już wejść do restauracji. Pan młody, w szampańskim nastroju, bierze pannę młodą na ręce, chcąc przenieść ją przez próg i… przewraca się z nią na klombie przed lokalem. Nic się nie stało, druga próba kończy się już powodzeniem, możemy wejść do restauracji, w której, wraz z naszym wejściem, z głośników rozlega się „Wiosna” Vivaldiego.

Szampan, życzenia, prezenty. Również ustawiam się w kolejce, aby złożyć życzenia, kiedy nieoczekiwanie podjeżdża też pani kierowniczka USC – okazało się, że zapomniała poprosić mnie o złożenie podpisu i przyłożenie pieczęci na jednym dokumencie („Całe szczęście, że zaprosili pana na to wesele, bo byłby problem”), po uzupełnieniu mogę wrócić na salę), gdzie goście siadają już przy stolikach (każdy ma wyznaczone miejsce).

– Niech pan sobie znajdzie jakieś wolne miejsce – mówi panna młoda. Mężczyzna, który mnie przywiózł ze Śremu (jej brat?) wykazuje większą dbałość, znajduje dla mnie miejsce przy jednym ze stolików, przy okazji proszę go jeszcze o załatwienie sprawy płatności za tłumaczenie, jeszcze nie zostało to załatwione.

– Oczywiście, porozmawiam, Najwyżej to ja panu zapłacę, kiedy będę pana odwoził.

I znowu trafiam w całkiem mi nieznane towarzystwo. Ale nie jest źle, jedną z par przy moim stoliku już poznałem – podwieźli mnie tu z USC. Drugiej pary nie znam (mąż musi jutro, w niedzielę, pracować, nie zostaną więc długo), trzecia para przyjechała na wesele z trójką małych dzieci – najstarszy syn ma pięć lat, najmłodsze dopiero trzy miesiące. Muszą się nimi cały czas zajmować, możemy też jednak porozmawiać. Okazuje się, że żona też jest germanistką, studiowała w prywatnej Wyższej Szkole Języków Obcych w Poznaniu.

– Ale jak ja nie lubię tego języka…. Na szczęście nie pracuję w tym zawodzie. To znaczy pracuję w niemieckiej firmie, ale nawet teraz, mimo że pracuję z Niemcami, nie polubiłam go. Pan też jest germanistą? Studiował pan na Uniwersytecie Warszawskim? No, ale pan to inna klasa, ja nie mam szans zostać tłumaczką przysięgłą.

Nie rozmawiamy dużo, dzieci bardzo absorbują kobietę, zwłaszcza najmłodsze trzeba co chwilę karmić z butelki. W pewnym momencie z lekko zachmurzoną miną podchodzi do nas młoda kobieta, która cały czas robi zdjęcia na  weselu.

– Wy, a jedno z tych małych powiedziało mi, że dorośli powiedzieli im, że pani fotograf jest modelką. To prawda?

– My? Ależ skąd.

– No, bo już myślałam… Przecież ja nie jestem żadną modelką.

Powracamy do rozmowy przy stole, w której nie udzielam się bardzo, przecież tu nikogo nie znam, rozmowy toczą się o rodzinie, o wcześniejszych weselach, o zaletach i (częściej) wadach krewnych i znajomych. W pewnym momencie goście przy sąsiednim stoliku zajętym chyba przez Anglików (siedzi tam też moja Polka-Angielka) odwracają się w naszą stronę i patrzą na mnie, pewnie stałem się tematem ich rozmowy.

Po szampanie obiad: zupa, drugie danie, wino, od wódki się wymawiam („O, widzę, że pan też tańczy na stole po mocnych alkoholach, tak jak ja”, mówi jedna z moich sąsiadek), przewidziano jeszcze lody, na których jednak już nie zostanę. Zaczynają się tańce, a ja czuję, że już czas na mnie. Żegnam się już z moimi towarzyszami przy stoiku i opuszczam wesele, które szybko się rozkręca i potrwa pewnie do rana. Odwiezie mnie również brat panny młodej, który mnie tu przywiózł. I jeszcze tylko sprawa płatności, już na miejscu w Śremie.

– Myślałem, że już panu zapłacili. Jak to uzgadnialiście? Czy zapłacą panu przelewem?

– Nie, jeszcze nie zapłacili. Ostatnio była płatność gotówką. Myślałem, że pan to załatwił z parą młodą, jak prosiłem o to na początku wesela. Może pan zapytać…

– Teraz nie będę dzwonił. A ta cena uwzględnia też, że pana podwiozłem? No, dobrze, muszę panu zaufać na słowo. Oto należność.

Jeszcze tego samego wieczoru wystawię fakturę za tłumaczenie i – zgodnie z prośbą – prześlę ją e-mailem razem z życzeniami wszystkiego najlepszego pannie młodej.

Tłumaczenie, którego nie było

3 października – telefon. W słuchawce kobiecy głos:

– Dzień dobry! Pan jest tłumaczem przysięgłym angielskiego? Wychodzę za mąż za obcokrajowca i potrzebuję tłumacza w USC w X. Najpierw do złożenia zapewnień o braku przeszkód do małżeństwa i wszystkich tych formalności. Zależy mi na czasie.

– Oczywiście, możemy to załatwić nawet jutro. Problem w tym, że mieszkam w Śremie i nie mam samochodu, musieliby więc państwo podwieźć mnie do X.

– Nie ma sprawy, przyjedziemy.

4 października w USC w X formalności przebiegają gładko – ustnie tłumaczę dokumenty, złożenie zapewnień, podpisy na dokumentach.

– Tak się cieszę, że wszystko sprawnie poszło. A na naszym ślubie też pan będzie tłumaczył? Za miesiąc, 3 listopada o godz. 13.30.

– Tak, oczywiście. Wcześniej prześlę też angielski tekst przysięgi małżeńskiej, aby pani przyszły mąż mógł się jej nauczyć na pamięć.

Zgodnie z obietnicą 24 października wysyłam e-mailem tekst przysięgi. Przyszła panna młoda potwierdza odbiór i dziękuje.

3 listopada, piątek. Już od rana uprzedzam klientów, że przez część dnia będę nieobecny. Prasuję koszulę i ubranie, przygotowuję dokument potwierdzający moje uprawnienia, pieczęć, powtarzam sobie tekst przemówienia w USC. Od 10 dni nie mam jednak kontaktu z panną młodą ani jej przyszłym mężem. Dzisiaj też się nie odzywają. Wreszcie o 12.30 dzwonię do USC w X.

– Tak, ślub dzisiaj jest, nie został odwołany – potwierdza urzędniczka.

O 12.40 dzwonię na komórkę panny młodej. Ta nie odbiera, ale po kilku minutach oddzwania.

– Pan do mnie dzwonił?

– Tak. Jestem tłumaczem. Czy dzisiejszy ślub jest aktualny?

– Tak, jest aktualny.

– Ale, jak pani wie, ja mieszkam w Śremie i nie mam samochodu. Musieliby mi państwo zapewnić transport. Możemy nie zdążyć na 13.30.

– Oddzwonię do pana – panna młoda rozłącza się.

Czekam w białej koszuli i pod krawatem, jednocześnie wykorzystując czas na nadrabianie zaległości z tłumaczeniami pisemnymi. Wreszcie o 13.40 decyduję się zadzwonić do USC w X.

– Tak, właśnie odbywa się jakiś ślub. Tak, to ten z obcokrajowcem.

Czyli jestem wolny, mogę iść na obiad. Po obiedzie nie mogę się oprzeć, muszę wysłać ten e-mail do panny młodej:

„Oczywiście miała Pani prawo zrezygnować z moich usług i  nająć innego tłumacza, dobry obyczaj nakazywał jednak poinformować mnie o tym. Poświęciłem dużo czasu na przygotowanie się do tego ślubu i specjalnie rozplanowałem sobie dzień pracy – jak widać, zupełnie niepotrzebnie. Życzę Pani wszystkiego dobrego na nowej drodze życia. AM.”

Z pamiętnika tłumacza

Telefon
– Dzień dobry! Przesłałam panu e-mailem dokument do tłumaczenia. Mogę już przyjść odebrać?
– Tak, zapraszam.
– Adres to ten, co mam przed sobą, czy jakiś inny?
– Nie wiem, jaki adres ma pani przed sobą, w każdym razie mieszkam przy ulicy…
Dlaczego tak wielu moich klientów uważa, że mam zdolności telepatyczne i że wiem, co mój telefoniczny rozmówca ma akurat przed oczami?

Atest

O braku zrozumienia pomiędzy tłumaczem a klientem:

– Dzień dobry! Ile kosztuje u pana tłumaczenie z niemieckiego?
– A co chciałaby pani przetłumaczyć?
– Atest, bardzo krótki.
– Atest? Jaką firmę pani reprezentuje?
– Firmę? Nie, to prywatnie, dla mnie.
– Z jakiej dziedziny techniki jest ten atest?
– To nie jest technika.
– To czego dotyczy ten atest?
– Jest o bólach kręgosłupa. Dzwonię z Niemiec.
– Ach, czyli chce pani przetłumaczyć zaświadczenie lekarskie.
– Tak, tak! Zaświadczenie lekarskie.

A teraz zagadka dla czytających ten tekst: jak jest zaświadczenie lekarskie po niemiecku?

Spotkanie na Uznamie

Maj 1989 roku był ciepły i słoneczny. Od stycznia odbywałem służbę wojskową w Komendzie Portu Wojennego w Świnoujściu, w dziale politycznym, byłem też dowódcą warty. Przełożeni wykorzystywali również moją znajomość niemieckiego, kilkakrotnie uczestniczyłem w „spotkaniach przyjaźni” (Freundschaftstreffen) z marynarzami i oficerami enerdowskiej Volksmarine i członkami ich rodzin. Dwa i pół miesiąca wcześniej, 8 marca, pojechałem nawet na huczne obchody Dnia Kobiet w bazie marynarki wojennej w Peenemünde na samym końcu wyspy Uznam – wróciłem tam po latach, już w zjednoczonych Niemczech.

Pod koniec maja pojechaliśmy jeszcze raz do NRD na zaproszenie Volksmarine. Tym razem grono było kameralne, impreza miała charakter bardziej prywatny. Oprócz marynarza-kierowcy i mnie jako tłumacza w składzie naszej delegacji byli Kapitan, Porucznik i Bosman, pierwsi dwaj z działu politycznego bazy marynarki wojennej w Świnoujściu, trzeci (zajmował się wyszkoleniem marynarzy) trochę na przyczepkę. Jechaliśmy wojskową nysą z garnizonu, tym razem nie tak daleko – spotkanie miało się odbyć nad brzegiem Bałtyku, około 20-30 kilometrów od granicy. Enerdowskie grono też nie było liczne – wyglądający na poważnego i pryncypialnego Kapitänleutnant, najstarszy wiekiem i rangą, młody, trochę starszy ode mnie Leutnant, obaj z pionu politycznego marynarki, i dwóch obsługujących nas marynarzy. Jeden z marynarzy był całkiem łysy; jak wyjaśnił nam, nie ostrzygł się tak z ekstrawagancji, tylko cierpiał na jakąś chorobę. Enerdowscy oficerowie, chociaż byli gospodarzami, nie mieli własnego pojazdu, podwiózł ich ktoś z jednostki.

Przyjechaliśmy na miejsce około południa. Nad brzegiem morza stał drewniany domek należący do Volksmarine, impreza toczyła się jednak głównie na zewnątrz, słoneczna pogoda nam sprzyjała. Jak wypadało, spotkanie zaczęło się od przywitania, trochę atmosfery oficjalnej, „wymiany doświadczeń” (Erfahrungsaustausch), wkrótce na stole pojawiły się jednak pierwsze butelki z piwem. Marynarz-kierowca nie pił w ogóle, ja tylko symbolicznie (jako tłumacz musiałem zachować jasność umysłu, poza tym i wtedy, i dziś mało piję alkoholu), pozostali chętnie sięgali po piwo. Potem pojawiły się też mocniejsze alkohole. Tematy rozmowy były różne, obracały się przeważnie wokół spraw służby, ale też prywatnych. Rozmawialiśmy nawet o polskiej telewizji, o której niemiecki  marynarz powiedział nam, że jest popularna w przygranicznych rejonach NRD, zwłaszcza program „Teleclub”. „Teleclub”? Ach, chodzi o „Bliżej świata”, bardzo popularną wtedy w TVP składankę programów z zachodniej telewizji satelitarnej, w której czołówce pojawiała się też plansza kanału „Teleclub”.

– Tak, to rzeczywiście bardzo dobry program – powiedział Porucznik. – Właśnie dzisiaj wieczorem jest kolejna emisja. Mam nadzieję, że zdążymy wrócić.

Kapitänleutnant był poważny i mniej się uśmiechał. Powiedział nam, że jego nastoletnia córka nagle zachorowała i tego ranka trafiła do szpitala. Przeprasza, że nie może bawić się jak inni, chciałby jednak jeszcze ją odwiedzić dzisiaj wieczorem, dlatego spotkanie nie może trwać tak długo, jak planowano.

Rozmowa stawała się coraz swobodniejsza, przy kolejnych kuflach i kieliszkach alkoholu nawet pomoc tłumacza nie była tak potrzebna jak na początku. Podczas rozmowy Leutnant wyciągnął z kieszeni i pokazał mi książeczkę – rozmówki polsko-niemieckie wydane dla żołnierzy armii enerdowskiej, gdzie oprócz „dzień dobry” czy „poproszę butelkę wody mineralnej” można było znaleźć tłumaczenie takich zwrotów jak „Bundeswehra stanowi zagrożenie dla pokoju światowego”. Kiedy zainteresowałem się książeczką, Leutnant podarował mi ją. Nieoczekiwanie dla mnie zaczął też pytać mnie o życie prywatne, czy jestem żonaty. Poprosił mnie o adres i po dwóch tygodniach otrzymałem list od niego, w którym zapraszał mnie w odwiedziny u niego i jego żony. Odpowiedziałem, ale kontakt bardzo szybko się urwał.

Wreszcie poszliśmy się przespacerować brzegiem morza i wśród wydm – jak długo można siedzieć w oparach alkoholu? Było gorąco, słońce prażyło, ludzi na plaży nie było jednak dużo, sezon urlopowy jeszcze się nie rozpoczął. W pewnym momencie Porucznik dostrzegł coś na horyzoncie i podzielił się z nami uwagą:

– A tam w krzakach facet pompował panienkę… Widzieliście?

Bosmana, który wypił więcej od Porucznika, naszła ochota nawiązać znajomość z dwiema dziewczynami, które spacerowały po plaży niedaleko nas; podszedł do nich i usiłował zagadać plączącym się językiem, wreszcie wezwał mnie na pomoc.

– Niech podchorąży, niech podchorąży zapyta je, co panie tu robią. Możemy w czymś pomóc?

Dziewczyny spojrzały na nas bez słowa z jednoznacznym wyrazem twarzy, wycofaliśmy się.

Powróciliśmy do domku. Kapitänleutnant znowu wspominał o konieczności szybszego zakończenia imprezy, chciał jechać do córki, Kapitan zdawał się tego nie zauważać. Litry wlanego w siebie piwa i wódki całkowicie rozwiązały mu język, koniecznie chciał dalej rozmawiać z Kapitänleutnantem.

– A co ty, Peter, sądzisz…, hik, o ostatnich przemianach w Polsce? Wiesz, Okrągły, Okrągły Stół i te rzeczy…

– To bardzo niekorzystne zjawiska. Zmiany te idą w złym kierunku. To woda na młyn imperialistów i wszystkich, którzy chcą rozbić wspólnotę socjalistyczną.

– Ale…

Dzień zbliżał się ku końcowi. Było widać, że Kapitänleutnant coraz bardziej się niecierpliwi i pragnie zakończyć to spotkanie, Kapitan mu jednak na to nie pozwalał.

– Przepraszam cię, ale niedługo odjeżdża ostatni autobus do mojej miejscowości, a ja, jak wiesz, chciałbym jeszcze do szpitala, do córki…

– Peter. Ja ci powiem, że…, hik, co to ja miałem powiedzieć? Powiem ci, że ja coraz bardziej… – Kapitan był już całkiem pijany, uparcie stał z kieliszkiem przy Kapitänleutnancie, nie pozwalając mu odejść.

Wreszcie udało się przekonać Kapitana, że czas już wracać do Polski. Porucznikowi również spieszyło się, chciał obejrzeć swój ulubiony program w telewizji. Kapitänleutnant poprosił nas o podwiezienie na przystanek, z którego odchodził jego autobus. Kierowca starał się jechać szybko, kiedy przyjechaliśmy na miejsce, okazało się jednak, że autobus już odjechał.

– Der Bus ist schon weg. Meine Tochter… – cicho powiedział Kapitänleutnant. Po chwili zapytał –  Czy moglibyście ewentualnie podwieźć mnie…

– Nie – odpowiedział Porucznik – spóźnimy się na „Bliżej świata”.

– Peter, możesz przenocować u mnie, pojedziesz rano  – powiedział Leutnant.

Kapitänleutnant nie odpowiedział. Pożegnał się z nami i obaj wysiedli z samochodu.

– A fuj, fuj, fuj! A idźcie mi stąd – głośno zawołał Kapitan i zamachał rękoma z obrzydzeniem, natychmiast po tym, jak enerdowscy oficerowie wysiedli, a my ruszyliśmy z powrotem do Polski.

– No to zdążymy – powiedział z zadowoleniem Porucznik.

– Nie zdążymy, spóźnimy się – odpowiedziałem.

– Ale zdążymy się spóźnić – uśmiechnął się Porucznik.

Kapitan nie odpowiedział, spał. Obudził się dopiero w Świnoujściu.

Z pamiętnika tłumacza

Kilkanaście wybranych wspomnień z mojego życia zawodowego. Czy mają jakiś element wspólny? Tak – ukazują pewną alienację mojego zawodu, jego niezrozumienie i – niestety – lekceważenie w społeczeństwie. Tak było 30 lat temu, tak jest i obecnie. Prostowanie tych stereotypów, „misconceptions” chyba mija się z celem. Bardzo szybko po założeniu mojej firmy przestałem na nie zwracać uwagę, stosując się do dewizy Wojciecha Młynarskiego: „Róbmy swoje”.

1.

Rok 1981. Biorę udział w finale Olimpiady Języka Niemieckiego w Poznaniu. To mój pierwszy kontakt z Wielkopolską; nie wiem jeszcze, że za sześć lat przyjadę tu znowu i że zamieszkam tu na stałe. Finaliści z całej Polski, między innymi K., moja rówieśniczka, licealistka z Dąbrowy Tarnowskiej , która opowiada mi o swoich doświadczeniach z lekturą książek po niemiecku.

– Słyszałam, że tłumaczenie książki polega w zasadzie na jej napisaniu od nowa. Ale chyba tak nie jest? Czytałam ostatnio Hessego, najpierw po niemiecku, potem po polsku, i tam nie było różnic, wszystko było przetłumaczone tak, jak jest w oryginale…

2.

Połowa lat 80. Rozmowa z mamą w Puławach.

– Szkoda, że już wracasz na studia. Koleżanka twojej siostry chciała, abyś przetłumaczył jej list na niemiecki. Ale może sama to zrobi…

– Przecież ona nie zna niemieckiego.

– To weźmie słownik i przetłumaczy. No przecież, jeśli nie będzie znała słów, to sprawdzi w słowniku. Co za problem?

3.

Rok 1990. Mieszkam już w Śremie i pracuję w Odlewni Żeliwa. Za zamkniętymi drzwiami biura słychać rozmowę podniesionymi głosami kierownika mojego działu (Działu Zbytu) i mojej sekcji (Sekcji Eksportu), do której kilka miesięcy temu zostałem przeniesiony w zakładowej Biblioteki Technicznej. W pewnej chwili rozmowa schodzi na mój temat.

– Ale przecież Matras nie może tylko tłumaczyć. Musi zajmować się też czymś innym, mieć jakieś konkretne obowiązki…

4.

Rok 1992. Podróż służbowa na targi odlewnicze GIFA do Düsseldorfu, jeszcze nie wiem, że to ostatnia w czasie mojej pracy w śremskiej odlewni. Wyjazd ciekawy, mieszkamy w Düsseldorfie przez tydzień, możemy więc dużo zobaczyć, pozwiedzać. Na targach mamy wspólne stoisko z centralą handlu zagranicznego „Centrozap” i przedstawicielami kilku innych odlewni. Nie narzekam na nudę, na stoisku dużo się dzieje, szybko zawieram też znajomości z pozostałymi osobami obsługującymi stoisko. Staszek, dyrektor techniczny jednego z zakładów w południowej Polsce, dłuższy czas przypatruje się mojej pracy, wreszcie mówi:

– Widzę, Andrzeju, że jesteś tu tylko tłumaczem…

5.

Rok 1992. Zakładam własną firmę, przed nikim, również przed moim obecnym pracodawcą, nie kryjąc, że zamierzam się usamodzielnić. Reakcje znajomych – różne, znajoma komentuje:

– A czy nie pomyślałeś, że za kilka lat to się może skończyć? Przecież za 10 czy 15 lat wszyscy będą znali angielski. Komu wtedy będą potrzebne twoje usługi?

6.

Lata 90. Z szefową jednej ze śremskich firm zastanawiamy się nad przyszłą karierą zawodową jej syna, obecnie licealisty, który chodzi do mnie na lekcje angielskiego.

– Na anglistykę nie pójdzie. To jak z informatyką. Przecież każdy powinien znać angielski, tak jak każdy powinien umieć obsługiwać komputer. Może poślemy go na ekonomię?

7.

Na ulicy spotykam ojca mojej dawnej uczennicy. Pytam, co niej słychać.

– Kończy lingwistykę stosowaną, wybiera się też na drugie studia w Niemczech.

– Germanistykę?

– O nie, tym razem coś konkretnego – ekonomię.

8.

Rok 2004. Rozmowa z radcą prawnym z Poznania, z którym współpracuję już od około 10 lat.

– Słyszałem, że uzyskał pan uprawnienia tłumacza przysięgłego również z języka angielskiego. To dobrze. Bo ja uważam, że tłumacz to nie jest zawód. Znajomość języka może być tylko dodatkiem do prawdziwego zawodu, a język powinien znać każdy. A jeśli ktoś chce pracować jako tłumacz, niech tłumaczy z dwóch języków, tak jak pan.

9.

Kancelaria Notarialna w Środzie Wielkopolskiej. Tłumaczę ustnie długi akt notarialny. Przedstawicielka klienta przysłuchuje się, na koniec mówi:

– Przepraszam, z tego co się zorientowałam, zna pan dwa języki.

– Tak, angielski i niemiecki.

– I nie mógł pan sobie znaleźć jakiejś pracy?

– Jakiej pracy?

– No, zatrudnić się w jakiejś firmie.

10.

Klient przynosi plik dokumentów. Po ustaleniu ceny za stronę mówi:

– Tylko mam prośbę, aby pan pisał to jak najdrobniejszą czcionką, aby wyszło jak najmniej. Bo, wie pan, ja nawet nie wiem, czy tych dokumentów będę naprawdę potrzebował.

11.

– Ile  kosztuje tłumaczenie?

– Strona kosztuje 30 złotych, ale widzę, że tu jest więcej tekstu, należność wyniesie więc 60 zł.

– Aha. A czy może pan zmniejszyć czcionkę, abym zapłacił za jedną stronę?

12.

– Dzień dobry. Znajoma prosiła mnie, abym spytała, ile kosztuje tłumaczenie z Belgii.

– Jakie dokumenty? Język francuski czy niderlandzki? Proszę przynieść te dokumenty, prześlę je do wyceny do mojego tłumacza.

– A to nie ma jednej ceny na tłumaczenia?

13.

Właściciel hurtowni rowerów chce przetłumaczyć dokumentację techniczną skutera i prosi mnie o wycenę.

– Trochę dużo pan policzył. Może pan udzielić rabatu? Sam bym to przetłumaczył, tylko brakuje mi czasu.

– Naprawdę sam by to pan przetłumaczył?

– Tak. Bo wie pan, kończyłem liceum ekonomiczne i umiem pisać szybko na maszynie, wszystkimi dziesięcioma palcami.

14.

Klientka przychodzi do mojego mieszkania o godzinie 20 z plikiem dokumentów do tłumaczenia?

– Zrobi pan to jeszcze na dzisiaj?

15.

– Halo! Czy mogę przyjść z tłumaczeniem? W jakich godzinach można? Ale pan to chyba cały czas jest na miejscu…

– Nie, proszę pani. Jeszcze nie zostałem skazany wyrokiem sądu na uwięzienie we własnym mieszkaniu. Czasami wychodzę, na przykład na zakupy lub na obiad. Zapraszam do 13.30 lub po 15.00.

 

16.

Przedpołudnie. Przychodzi mężczyzna.

– Ile kosztuje u pana strona tłumaczenia?

– Jaki dokument? Niech pan pokaże.

– Interesuje mnie tylko cena za stronę. I spieszy mi się. Musiałbym to mieć dzisiaj wieczorem.

– Nie mogę panu odpowiedzieć, nie widząc, co chce pan przetłumaczyć. Proszę pokazać.

Mężczyzna z ociąganiem wyjmuje dokumenty. Podaję cenę za całość, może przyjść wieczorem. Wieczorem zjawia się nie sam, tylko z matką.

– Proszę o rabat.

– Nie dam pani rabatu.

– Dlaczego nie?

– Dlaczego miałbym dać?

– Jestem pana stałą klientką. Byłam tu już u pana z tłumaczeniem.

– Ja mam prawie samych stałych klientów. Za tłumaczenie wykonane tego samego dnia, za ekspres, policzyłem normalną stawkę. Czy do ekspresu za normalną stawkę mam jeszcze dorzucić rabat?

17.

– Dzień dobry. Tu Sąd Rejonowy w…, Wydział Rodzinny. Przyjedzie pan do nas na tłumaczenie rozprawy? Sprawa o alimenty.

– Doskonale pan wie, że ta rozprawa się nie odbędzie, ponieważ cudzoziemiec się nie stawi. Wie pan też, że za stracony czas nie otrzymam wynagrodzenia, ponieważ państwa księgowa mi go odmówi, jak to zrobiła ostatnim razem. Wie pan też, że nie mam samochodu, że musiałbym jechać autobusem, co oznacza pół dnia stracone…

– Dobra, dobra, nie chce pan.

18.

Telefon z policji: – Czy może pan przyjść? Mamy obywatela Belgii, który chce zgłosić przestępstwo.

W pokoju komendy siedzi belgijski przedsiębiorca, mówi po angielsku, obok niego Murzynka urodzona na Kubie, rozmawiają z sobą po hiszpańsku, oboje mieszkają obecnie w Niemczech. Belg zgłasza przestępstwo oszustwa, specjalnie w tym celu przyjechał dzisiaj z Niemiec do mojego miasta. Przesłuchanie trwa trzy godziny. I na koniec ta rozbrajająca uwaga Belga:

– Jestem pod wrażeniem sprawności działania polskiej policji, i to w weekend. U nas z cudzoziemcem trwałoby to o wiele dłużej. Bo wie pan, u nas w Belgii tłumacze na policji dostają tylko 10 euro za godzinę, u nas to psie pieniądze, a w dodatku płacą im po sześciu miesiącach; w rezultacie żaden tłumacz nie chce stawiać się na wezwania organów…

19.

30 września 2016 r. Poranne zakupy w Biedronce

Kasjerka (do klientki robiącej zakupy przede mną): Mam jeszcze dla pani różę. Wszyscy, którzy robią dziś zakupy z kartą Moja Biedronka, otrzymują róże. Otrzymuje więc pani różę – na Dzień Chłopaka.

Ja: To dzisiaj jest Dzień Chłopaka? Nie wiedziałem.

Kasjerka: Tak, 30 września

Ja: Nawiasem mówiąc, dzisiaj jest też moje święto. Czy wie pani, kim jestem z zawodu?

Kasjerka: Nie, nie wiem.

Ja: Tłumaczem. Dziś mamy Dzień Tłumacza.

Kasjerka: Nie słyszałam. To chyba takie rzadkie święto…

Ja: Tak, rzadkie, ale dla mnie ważne. Prawda?

Kasjerka: Tak, oczywiście.

Nauczyciel i tłumacz

24 lutego – jak co dzień przed godz. 14 zachodzę do Lawendowego Baru w Śremie na obiad. Przy stolikach kilka osób, wśród nich stary znajomy – T. z żoną. Chętnie się dosiadam.

– Co za niespodzianka. Dawno się nie widzieliśmy. Co u ciebie słychać?

– O cześć, Andrzej. Wszystko po staremu. Nadal uczę w gimnazjum w… i w szkole w…

– Angielskiego?

– Nie, niemieckiego. Z angielskim nie mam nic wspólnego. A ty, Andrzej, nadal siedzisz w językach? Masz więcej niemieckiego czy angielskiego?

– Rzeczywiście, zapomniałem, że studiowałeś germanistykę – odpowiadam. – Tak, nadal zajmuję się niemieckim i angielskim, ale już przestałem uczyć. Jestem tylko tłumaczem przysięgłym. Od wejścia Polski do Unii Europejskiej nie mam już czasu na nauczanie.

– Tak, wspominałeś mi o tym.

– Często widzę pana faktury za tłumaczenia u samochodziarzy, których obsługuję – dodaje żona T. (tylko z T. jesteśmy na ty).

– Tak, rzeczywiście jest tego bardzo dużo. Jeśli chodzi o naukę języków obcych, zapotrzebowanie na niemiecki jest jednak chyba coraz mniejsze? Kiedy prowadziłem jeszcze lekcje, był to prawie wyłącznie angielski. Z tego co wiem, dyrektorzy szkół szukają teraz przede wszystkim nauczycieli angielskiego. Czy w gimnazjach jest niemiecki?

– Tak – odpowiada T. – jako drugi język. W podstawówkach w Śremie dzieci uczą się już tylko angielskiego. Właśnie teraz mam taką grupkę – tylko trzy osoby – które kontynuują niemiecki z podstawówki i jest to ostatnia grupa z kontynuacją tego języka. Nawiasem mówiąc, wszyscy to repetenci, jełopy straszne… A ty, Andrzej, jesteś germanistą i anglistą i tłumaczem przysięgłym niemieckiego i angielskiego, prawda?

– Tak – odpowiadam.

– Długo trwa nauka na tłumacza przysięgłego? Dwa lata? Chociaż chyba są limity – na danym obszarze nie może być więcej niż jeden tłumacz przysięgły.

– Nie, nie ma limitów. Nie ma też szkół przygotowujących do tego zawodu. Każdy może próbować, wystarczy zdać w Warszawie egzamin, który jest bardzo trudny, zdaje go średnio 20 procent podchodzących do niego.

– Najlepiej to chyba być Muttersprachlerem, albo pochodzić z mieszanej, polsko-niemieckiej rodziny. Taki to na pewno by sobie poradził.

– Obawiam się, że nie – odpowiadam, uśmiechając się. – Nie wystarczy znać perfekt niemieckiego. Tłumaczenie jest bardzo specjalną umiejętnością, którą niewielu posiada. Również nauczyciele języków obcych w większości nie nadają się do tego zawodu.

Zastanawiam się przez chwilę, czy nie obraziłem T., ale ten nie wygląda na urażonego. Kończą już obiad i żegnamy się, do następnego przypadkowego spotkania.

Ile razy w moim życiu spotykałem się z niezrozumieniem specyfiki mojego zawodu? Niezrozumieniem połączonym z bardzo różnymi odczuciami – od, początkowo w latach 80-tych, podziwu („ten to ma łeb, dwóch języków potrafił nauczyć się perfekt”) do, później, w latach 90-tych, coraz częstszego lekceważenia. Od początku transformacji ustrojowej w Polsce w 1989 r. dla wielu tłumacz nie był prawdziwym zawodem. „Uważam, że znajomość języka powinna być tylko dodatkiem, zawodowo człowiek powinien realizować się w czymś innym”, usłyszałem raz, jakieś 20 lat temu, od mojego klienta, radcę prawnego prowadzącego własną kancelarię w Poznaniu. Z grzeczności nie zapytałem go, dlaczego w takim razie korzysta z moich usług. Podobne podejście było też przyczyną mojego zwolnienia się z mojego pierwszego zakładu pracy. Próby uczynienia ze mnie handlowca w dużym zakładzie przemysłowym zakończyły się moim odejściem i założeniem  własnej firmy. Teraz lekceważenia mniej, chociaż szacunek zawdzięczam przede wszystkim mojemu statusowi tłumacza przysięgłego; gdybym nie miał tych uprawnień, wielu nadal mówiłoby, że nie mam prawdziwego zawodu. Niezrozumienie nadal jednak istnieje. „Co to za problem przetłumaczyć list?”, powiedziała raz moja mama. „Wystarczy wziąć słownik i słowo po słowie napisać go w obcym języku”. Pogląd pokutujący do dzisiaj, tyle że obecnie zamiast do papierowego słownika sięga się do internetowego translatora – z wiadomym skutkiem.