Kazimiera

Na 1 września – o tym, jak znajomość historii pomaga w tłumaczeniach i kontaktach z klientami. Wspomnienie sprzed lat…

– Dzień dobry! Przyszłam odebrać tłumaczenie dokumentu.

– Proszę. Pani urodziła się w czasie okupacji, prawda?

– Tak. A skąd pan wie? Tu nie ma mojej daty urodzenia.

– Interesuję się historią. Na drugie imię ma pani Kazimiera. W czasie wojny wszyscy chłopcy narodowości polskiej urodzeni w Kraju Warty otrzymywali na drugie imię Kazimierz, a dziewczynki Kazimiera. W ten sposób władze okupacyjne chciały ich od urodzenia odróżniać od Niemców.

– A, tak rzeczywiście było. Kiedy byłam małą dziewczynką, miałam za złe mamie, że dała mi takie imię, ale mi wytłumaczyła, że inaczej nie mogła…

Odpust

Coroczny odpust przy kościele Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Puławach to jedno z najwcześniejszych moich wspomnień dzieciństwa z początku lat 70. Kościół był położony trochę dalej, „Na Górce”, jak mawiają puławianie, odpust odbywał się natomiast na mojej ulicy Izabeli, praktycznie pod moimi oknami – mieszkałem na parterze bloku numer 5.

Każdego roku dzień 15 sierpnia był wielkim wydarzeniem w życiu dziecka, oczekiwanym i upragnionym. Już od samego rana budziły mnie hałasy na ulicy – handlarze ustawiali i zbijali swoje kramy, rozkładali na nich towary. Po porannych mszach pojawiali się pierwsi kupujący, było ich coraz więcej  i więcej, w końcu koło południa i wczesnym popołudniem cała (wprawdzie niedługa) ulica Izabeli huczała gwarem rozmów, piskami trąbek, wystrzałami – jakże wyraźna jest moja pamięć słuchowa tamtych dni… Ulica zapełniała się, dorosłymi, ale przede wszystkimi dziećmi, które z przejęciem biegały od stoiska do stoiska, ściskając w ręku drobne otrzymane od rodziców, które wydawały na… Na co wydawaliśmy pieniądze? Na watę cukrową, zabawki, różne plastykowe wiatraczki, świecidełka… Nie wiem, co kupowały dziewczynki, nas, chłopców, interesowały przede wszystkim korkowce, czyli pistolety na korki i kapiszony, z którymi biegaliśmy potem po podwórku.

W odpust odwiedzał mnie też kolega ze szkoły, razem chodziliśmy po stoiskach, rozglądaliśmy się i kupowaliśmy nowy zapas korków, które potem ładowaliśmy do naszych pistoletów (przeważnie już mieliśmy je z poprzednich odpustów). Pamiętam szokujące wydarzenie podczas jednego z takich odpustów, kiedy koledze podczas manipulowania przy korkowcu wybuchł korek w rękach – złapał się za twarz, zakrył oczy dłońmi; nie, nie stracił wzroku, skończyło się na jego (i moim) strachu.

A potem przychodziło wielkie sprzątanie wieczorem, chociaż śmieci na ulicy walały się jeszcze następnego dnia, dopóki ich nie uprzątnęły służby oczyszczania miasta. O odpuście długo się pamiętało, i czekało na następny.

Z aspektu religijnego wydarzenia nie rozumiałem chyba nic, nie zdawałem sobie nawet sprawy z religijnego znaczenia słowa „odpust”, dla mnie odpust był po prostu wielkim, wspaniałym jarmarkiem, w ogóle nie kojarzyłem go z odpuszczaniem grzechów. Nasza parafia chyba też zdawała sobie sprawę z całkowitej świeckości tego jarmarku, że nie ma on nic wspólnego z religią, skoro nie zezwalała na budowę kramów tuż przy kościele „Na Górce”. Musiały być one ustawiane właśnie na ulicy Izabeli, aby hałas nie przeszkadzał w nabożeństwach.

Wspomnienia te dotyczą pierwszej połowy lat 70. Później oczywiście też odbywały się tam odpusty, nadal pod oknami naszego mieszkania, już mnie jednak nie interesowały. Czy to ja wyrosłem, czy odpusty stały się inne? Myślę, że i jedno, i drugie. Moi rodzice też potwierdzali, że „odpusty teraz to nie to, co dawniej”. Stały się mniejsze, jakby skurczyły się. Czy nadal odbywają się w Puławach na Izabeli? Z tego, co wiem, tak, chociaż przestały już być taką atrakcją w mieście, jaką były kiedyś.

Od 35 lat nie mieszkam w Puławach. W mojej parafii w Śremie w Wielkopolsce odpustów (w znaczeniu jarmarków) nie ma. Podczas moich wycieczek rowerowych czasami trafiam na odpusty w okolicznych wioskach, na przykład w Śnieciskach na św. Marcina, Wyskoci na św. Andrzeja, Jaszkowie na św. Barbary. W porównaniu z odpustami puławskimi z lat mojego dzieciństwa są to jednak tylko miniodpusty, z kilkoma stoiskami i niewielką liczbą kupujących. I przyczyną tego chyba nie jest tylko chłodna, listopadowa i grudniowa pora roku i mała wielkość parafii…

Helmut Kohl

Wczoraj zmarł Helmut Kohl – dla świata polityk, mąż stanu, dla mnie postać kojarząca się z moją młodością, latami studiów, pierwszymi latami pracy… Oczywiście nigdy nie poznałem go osobiście, chociaż czasami szedłem jego śladami. Urząd Kanclerski w Berlinie odwiedziłem tylko raz, w sierpniu 2006 roku, przy okazji dnia otwartych drzwi, które niemiecki rząd regularnie organizuje. Kohl wtedy już dawno odszedł od władzy, w Urzędzie Kanclerskim zasiadała Angela Merkel. Wcześniej, chyba w 1998 roku, Kohl był z wizytą w Poznaniu. Pojechałem tam rowerem, zaszedłem też na Stary Rynek, zamknięty dla ruchu kołowego i otoczony mnóstwem ludzi mających nadzieję zobaczyć kanclerza Niemiec. Wśród nich najbardziej rzucała się w oczy niewielka grupka osób z wielkim, profesjonalnie wykonanym transparentem z napisem: „Die deutsche Minderheit in Posen grüßt Herrn Bundeskanzler Kohl”. Nigdy wcześniej (i nigdy później) nie słyszałem o tej niemieckiej mniejszości w Poznaniu – chyba wolą nie rzucać się w oczy.

Helmut Kohl został kanclerzem Republiki Federalnej Niemiec 1 października 1982 roku, tego samego dnia, w którym rozpoczynałem moje studia germanistyczne na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Szybko zdobył sobie popularność w Polsce stanu wojennego, czego nie można powiedzieć o pozycji, jaką miał w ojczyźnie. Na początku 1983 roku odwiedził nas na wykładzie z historii młody Niemiec, który opowiadał o bieżącej polityce RFN, mówił też o stosunku młodego pokolenia do „kapuścianej głowy” – „Kohlkopf”, jak już wtedy w pewnych środowiskach był określany Kohl. O Kohlu krążyło mnóstwo dowcipów, wiele z nich nawiązywało do jego prawdziwej czy rzekomej nieznajomości języków, na przykład ten, który usłyszałem, studiując germanistykę już na Uniwersytecie Warszawskim:

Kohl postanowił wreszcie nauczyć się jakiegoś języka obcego i wybrał esperanto, ponieważ ktoś mu powiedział, że jest najłatwiejszy.

– Ale mieszkańcy Esperanto się zdziwią, kiedy pojadę do nich na urlop! – powiedział zadowolony z siebie Kohl.

W rządzonej przez CDU, ale w kwestiach obyczajowych, światopoglądowych w gruncie rzeczy zdominowanej przez lewicę Republice Federalnej Niemiec żarty z Kohla należały do dobrego tonu, tak samo jak w Polsce kilka lat temu dowcipy o PiS i Kaczyńskim. Wśród młodych niechęć do Kohla była powszechna, poparcie dla niego byłoby „obciachem”. Pamiętam, jak w 1994 roku, będąc na Targach Odlewniczych GIFA w Düsseldorfie, pojechałem zwiedzić katedrę w Kolonii, a tam w tłumie swobodnie zachowujących się młodych ludzi pod katedrą zobaczyłem też powieszone na ścianie świątyni zdjęcie zwalistego Kohla w polowym mundurze wojskowym (chyba został sfotografowany, kiedy wizytował jakieś manewry), otoczonego przez żołnierzy Bundeswehry. „Welcher Soldat muss nicht in den Krieg?” – brzmiało pytanie pod zdjęciem. „Der dicke“ – dopisywali odpowiedź Niemcy. Młodzi, pacyfistycznie nastawieni, uważający się za wrażliwych na problemy społeczne Niemcy głosowali na Partię Zielonych, ewentualnie na SPD, przecież tylko filistrzy mogą głosować na CDU. Jak to możliwe, że ci „filistrzy” decydowali o polityce RFN przez 16 lat? Helmut Kohl był kanclerzem przez cztery kadencje, dłużej od niego rządził tylko Bismarck.

Czasami zastanawiam się, czy ci wtedy młodzi Niemcy zmienili poglądy, ale chyba nie. Prawdopodobnie nadal wyznają światopogląd datujący się od rewolucji obyczajowej 1968 roku. Rządy Kohla stanowią potwierdzenie tezy politologów, że od lat 80. w Europie i Stanach Zjednoczonych rząd dusz sprawuje lewica, media o nastawieniu głównie lewicowym, władza polityczna we właściwym sensie tego słowa jest jednak w rękach prawicy.

I jeszcze jeden polski ślad – w latach 90. pojechałem do Krzyżowej koło Świdnicy, aby zwiedzić centrum konferencyjne i siedzibę Fundacji „Krzyżowa” dla Porozumienia Europejskiego. Najbardziej interesowała mnie działalność Kręgu z Krzyżowej, kupiłem wtedy m.in. zbiór listów Helmuta von Moltke, w powszechnej świadomości w Polsce Krzyżowa jest jednak kojarzona ze spotkaniem Helmuta Kohla z Tadeuszem Mazowieckiem, symbolem polsko-niemieckiego pojednania. Ile osób w Polsce wie, że to „pojednanie” wtedy wcale nie było pewne, że Kohl odczuwał opory przez ostatecznym uznaniem granicy polsko-niemieckiej na Odrze i Nysie Łużyckiej, między innymi ze względu na protesty Związku Wypędzonych? Do uznania granicy zmusił go ostatecznie prezydent George Bush podczas rokowań przed podpisaniem traktatu „2 + 4”, grożąc, że w przeciwnym wypadku nie wyrazi zgody na zjednoczenie Niemiec. Pewne rzeczy wolimy usuwać z pamięci…

Mimo wszystko Kohl pozostaje – dla Niemców – wielką postacią w historii Niemiec, a to oznacza – również w historii Europy.

Spotkanie na Uznamie

Maj 1989 roku był ciepły i słoneczny. Od stycznia odbywałem służbę wojskową w Komendzie Portu Wojennego w Świnoujściu, w dziale politycznym, byłem też dowódcą warty. Przełożeni wykorzystywali również moją znajomość niemieckiego, kilkakrotnie uczestniczyłem w „spotkaniach przyjaźni” (Freundschaftstreffen) z marynarzami i oficerami enerdowskiej Volksmarine i członkami ich rodzin. Dwa i pół miesiąca wcześniej, 8 marca, pojechałem nawet na huczne obchody Dnia Kobiet w bazie marynarki wojennej w Peenemünde na samym końcu wyspy Uznam – wróciłem tam po latach, już w zjednoczonych Niemczech.

Pod koniec maja pojechaliśmy jeszcze raz do NRD na zaproszenie Volksmarine. Tym razem grono było kameralne, impreza miała charakter bardziej prywatny. Oprócz marynarza-kierowcy i mnie jako tłumacza w składzie naszej delegacji byli Kapitan, Porucznik i Bosman, pierwsi dwaj z działu politycznego bazy marynarki wojennej w Świnoujściu, trzeci (zajmował się wyszkoleniem marynarzy) trochę na przyczepkę. Jechaliśmy wojskową nysą z garnizonu, tym razem nie tak daleko – spotkanie miało się odbyć nad brzegiem Bałtyku, około 20-30 kilometrów od granicy. Enerdowskie grono też nie było liczne – wyglądający na poważnego i pryncypialnego Kapitänleutnant, najstarszy wiekiem i rangą, młody, trochę starszy ode mnie Leutnant, obaj z pionu politycznego marynarki, i dwóch obsługujących nas marynarzy. Jeden z marynarzy był całkiem łysy; jak wyjaśnił nam, nie ostrzygł się tak z ekstrawagancji, tylko cierpiał na jakąś chorobę. Enerdowscy oficerowie, chociaż byli gospodarzami, nie mieli własnego pojazdu, podwiózł ich ktoś z jednostki.

Przyjechaliśmy na miejsce około południa. Nad brzegiem morza stał drewniany domek należący do Volksmarine, impreza toczyła się jednak głównie na zewnątrz, słoneczna pogoda nam sprzyjała. Jak wypadało, spotkanie zaczęło się od przywitania, trochę atmosfery oficjalnej, „wymiany doświadczeń” (Erfahrungsaustausch), wkrótce na stole pojawiły się jednak pierwsze butelki z piwem. Marynarz-kierowca nie pił w ogóle, ja tylko symbolicznie (jako tłumacz musiałem zachować jasność umysłu, poza tym i wtedy, i dziś mało piję alkoholu), pozostali chętnie sięgali po piwo. Potem pojawiły się też mocniejsze alkohole. Tematy rozmowy były różne, obracały się przeważnie wokół spraw służby, ale też prywatnych. Rozmawialiśmy nawet o polskiej telewizji, o której niemiecki  marynarz powiedział nam, że jest popularna w przygranicznych rejonach NRD, zwłaszcza program „Teleclub”. „Teleclub”? Ach, chodzi o „Bliżej świata”, bardzo popularną wtedy w TVP składankę programów z zachodniej telewizji satelitarnej, w której czołówce pojawiała się też plansza kanału „Teleclub”.

– Tak, to rzeczywiście bardzo dobry program – powiedział Porucznik. – Właśnie dzisiaj wieczorem jest kolejna emisja. Mam nadzieję, że zdążymy wrócić.

Kapitänleutnant był poważny i mniej się uśmiechał. Powiedział nam, że jego nastoletnia córka nagle zachorowała i tego ranka trafiła do szpitala. Przeprasza, że nie może bawić się jak inni, chciałby jednak jeszcze ją odwiedzić dzisiaj wieczorem, dlatego spotkanie nie może trwać tak długo, jak planowano.

Rozmowa stawała się coraz swobodniejsza, przy kolejnych kuflach i kieliszkach alkoholu nawet pomoc tłumacza nie była tak potrzebna jak na początku. Podczas rozmowy Leutnant wyciągnął z kieszeni i pokazał mi książeczkę – rozmówki polsko-niemieckie wydane dla żołnierzy armii enerdowskiej, gdzie oprócz „dzień dobry” czy „poproszę butelkę wody mineralnej” można było znaleźć tłumaczenie takich zwrotów jak „Bundeswehra stanowi zagrożenie dla pokoju światowego”. Kiedy zainteresowałem się książeczką, Leutnant podarował mi ją. Nieoczekiwanie dla mnie zaczął też pytać mnie o życie prywatne, czy jestem żonaty. Poprosił mnie o adres i po dwóch tygodniach otrzymałem list od niego, w którym zapraszał mnie w odwiedziny u niego i jego żony. Odpowiedziałem, ale kontakt bardzo szybko się urwał.

Wreszcie poszliśmy się przespacerować brzegiem morza i wśród wydm – jak długo można siedzieć w oparach alkoholu? Było gorąco, słońce prażyło, ludzi na plaży nie było jednak dużo, sezon urlopowy jeszcze się nie rozpoczął. W pewnym momencie Porucznik dostrzegł coś na horyzoncie i podzielił się z nami uwagą:

– A tam w krzakach facet pompował panienkę… Widzieliście?

Bosmana, który wypił więcej od Porucznika, naszła ochota nawiązać znajomość z dwiema dziewczynami, które spacerowały po plaży niedaleko nas; podszedł do nich i usiłował zagadać plączącym się językiem, wreszcie wezwał mnie na pomoc.

– Niech podchorąży, niech podchorąży zapyta je, co panie tu robią. Możemy w czymś pomóc?

Dziewczyny spojrzały na nas bez słowa z jednoznacznym wyrazem twarzy, wycofaliśmy się.

Powróciliśmy do domku. Kapitänleutnant znowu wspominał o konieczności szybszego zakończenia imprezy, chciał jechać do córki, Kapitan zdawał się tego nie zauważać. Litry wlanego w siebie piwa i wódki całkowicie rozwiązały mu język, koniecznie chciał dalej rozmawiać z Kapitänleutnantem.

– A co ty, Peter, sądzisz…, hik, o ostatnich przemianach w Polsce? Wiesz, Okrągły, Okrągły Stół i te rzeczy…

– To bardzo niekorzystne zjawiska. Zmiany te idą w złym kierunku. To woda na młyn imperialistów i wszystkich, którzy chcą rozbić wspólnotę socjalistyczną.

– Ale…

Dzień zbliżał się ku końcowi. Było widać, że Kapitänleutnant coraz bardziej się niecierpliwi i pragnie zakończyć to spotkanie, Kapitan mu jednak na to nie pozwalał.

– Przepraszam cię, ale niedługo odjeżdża ostatni autobus do mojej miejscowości, a ja, jak wiesz, chciałbym jeszcze do szpitala, do córki…

– Peter. Ja ci powiem, że…, hik, co to ja miałem powiedzieć? Powiem ci, że ja coraz bardziej… – Kapitan był już całkiem pijany, uparcie stał z kieliszkiem przy Kapitänleutnancie, nie pozwalając mu odejść.

Wreszcie udało się przekonać Kapitana, że czas już wracać do Polski. Porucznikowi również spieszyło się, chciał obejrzeć swój ulubiony program w telewizji. Kapitänleutnant poprosił nas o podwiezienie na przystanek, z którego odchodził jego autobus. Kierowca starał się jechać szybko, kiedy przyjechaliśmy na miejsce, okazało się jednak, że autobus już odjechał.

– Der Bus ist schon weg. Meine Tochter… – cicho powiedział Kapitänleutnant. Po chwili zapytał –  Czy moglibyście ewentualnie podwieźć mnie…

– Nie – odpowiedział Porucznik – spóźnimy się na „Bliżej świata”.

– Peter, możesz przenocować u mnie, pojedziesz rano  – powiedział Leutnant.

Kapitänleutnant nie odpowiedział. Pożegnał się z nami i obaj wysiedli z samochodu.

– A fuj, fuj, fuj! A idźcie mi stąd – głośno zawołał Kapitan i zamachał rękoma z obrzydzeniem, natychmiast po tym, jak enerdowscy oficerowie wysiedli, a my ruszyliśmy z powrotem do Polski.

– No to zdążymy – powiedział z zadowoleniem Porucznik.

– Nie zdążymy, spóźnimy się – odpowiedziałem.

– Ale zdążymy się spóźnić – uśmiechnął się Porucznik.

Kapitan nie odpowiedział, spał. Obudził się dopiero w Świnoujściu.

Łazienki

Drugi weekend maja 1987 roku pozostałem w Warszawie. Byłem sam w moim pokoju w domu studenckim na „Żwirkach”, moi dwaj współlokatorzy, studenci prawa, wyjechali do domów. Kończyły się moje studia na germanistyce. Zajęć miałem już niewiele, gotowa była też praca magisterska, w której porównywałem prasę zachodnioniemiecką i enerdowską, pozostało ją tylko oddać do przepisania na maszynie i oprawy. Zacząłem już uczyć się do egzaminu magisterskiego, który chciałem zdać w czerwcu. Oznaczało to konieczność powtórzenia przedmiotów z pięciu lat: cała gramatyka opisowa, strukturalna, konfrontatywna, historyczna, seminarium magisterskie z semantyki, ogrom materiału, ale jak długo można ślęczeć w akademiku nad notatkami z ubiegłych lat i książkami?

Nie chciało mi się schodzić na dół do sali telewizyjnej, na studiach w ogóle mało oglądałem telewizji. Nie miałem też radia – krótko wcześniej mój współlokator przypadkiem złamał antenę w moim radiomagnetofonie i oddałem go do naprawy. Sobotę 9 maja spędziłem głównie w moim pokoju, w niedzielę postanowiłem pojechać do Łazienek, na koncert chopinowski.

Mieszkając w Warszawie, w Łazienkach byłem wielokrotnie, moja znajomość parku była jednak dość powierzchowna, ograniczała się do spaceru alejami, koło pływających po stawach białych łabędzi i przemykających obok spacerowiczów wiewiórek. Chyba tylko raz byłem we wnętrzach Pałacu na Wyspie, inne budowle znałem tylko z zewnątrz, Zamek Ujazdowski do dzisiaj znam tylko z fotografii.

Przez cztery lata studiów w Warszawie nie byłem też ani razu na koncertach chopinowskich, sławnych w całej Polsce, które od lat odbywają się pod pomnikiem Chopina. Czas to nadrobić, przecież niedługo wyjadę ze stolicy i może już nigdy nie będę miał okazji ich posłuchać.

Dzień był ciepły i słoneczny. Wokół amifiteatralnie położonego pomnika Chopina zgromadziło się dość dużo słuchaczy, chociaż spodziewałem się ich większej liczby. Nie było rozgardiaszu, ludzie rozmawiali przyciszonymi głosami, w parku śpiewały ptaki. Nie przysłuchiwałem się rozmowom, czekałem tylko na koncert.

Nikt z organizatorów nie zapowiedział pianistki, koncertu ani jego programu. Pianistka w długiej, ciemnej sukni po prostu wyszła na scenę i zaczęła grać.

Co sprawia, że muzyka fortepianowa tak silnie oddziałuje na mnie, jak i na bardzo wielu ludzi? Fortepian jest jednym z moich ulubionych instrumentów. Dwa lata wcześniej, kiedy byłem na II czy III roku studiów, przeżywałem krótką fascynację klawesynem, teraz jego brzmienie jest dla mnie zbyt metaliczne, drażniące. Uwielbiam orkiestry smyczkowe, ale nie lubię słuchać skrzypiec solo, które dopiero w kwartecie, zrównoważone altówką i wiolonczelą, dają czasami niebiańskie wrażenia estetyczne. Fortepian, obok gitary, jest jednym z nielicznych instrumentów, których potrafię słuchać godzinami, kiedy grają solo.

Nad Łazienkami popłynęła muzyka Chopina – mazurki, preludia, nokturny… Polskość zaklęta w nuty, kwintesencja romantyzmu. I to miejsce… Pomnik Chopina nad taflą wody, piękna wiosenna pogoda nadawały koncertowi aurę odświętności, a przy tym harmonii. Tylko dlaczego wszystkie utwory w tonacji mollowej? Dlaczego ewokują tak smutną atmosferę?

* * *

W poniedziałek rano poszedłem po zapałki do kiosku „Ruchu” po drugiej stronie ulicy Żwirki i Wigury, przy której mieścił się mój akademik. Mężczyzna przede mną chciał kupić gazetę, ale gazet już nie było.

– Panie, dzisiaj gazety kupowali nawet tacy, co nigdy gazet nie kupują – powiedział kioskarz – po tym wypadku…

– Wypadku? – spytałem. – Coś się stało?

Kioskarz spojrzał na mnie.

– W sobotę w Lesie Kabackim rozbił się samolot do Nowego Jorku. Wszyscy zginęli.

Po weekendzie wrócili moi współlokatorzy z pokoju. Do jednego z nich wpadli koledzy z roku, rozmowa zeszła też na katastrofę w Kabatach.

– A ja to chyba ostatni w Polsce dowiedziałem się o tym – powiedział jeden z nich. – Dopiero w sobotę po południu kumpel po mi o tym powiedział i usłyszałem o tym w wiadomościach.

Nie odpowiedziałem.

Napisane w 30. rocznicę katastrofy polskiego iła w Lesie Kabackim.

Natalka

Było to chyba w czerwcu 1999 roku. Na początku lata postanowiłem pojechać na jeden dzień nad morze – do Świnoujścia. Chciałem przypomnieć sobie miasto, w którym 10 lat wcześniej służyłem w wojsku, a przy okazji powędrować brzegiem morza aż do Ahlbecku po niemieckiej stronie wyspy Uznam. Do Świnoujścia wybrałem się pociągiem, rowerem jeździłem wtedy tylko do Poznania, a w pierwszą naprawdę długą trasę – do Wrocławia – pojechałem 17 lipca tegoż roku; dopiero w późniejszych latach jeździłem rowerem po polskim i niemieckim wybrzeżu.

W przedziale pociągu, który z Poznania odjeżdżał około godziny siódmej, byłem sam, chociaż pociąg był dość zapełniony – dużo ludzi chciało skorzystać z lata i spędzić weekend nad morzem. Po minięciu Szamotuł i Wronek następną stacją był Krzyż, mała miejscowość, ale ważny węzeł przesiadkowy, gdzie zawsze wsiada dużo pasażerów. Pociąg zatrzymał się na stacji, po chwili otworzyły się drzwi, do przedziału wbiegła nastoletnia dziewczyna i szybko zajęła miejsce przy oknie, naprzeciwko mnie. Po chwili weszły dwie kobiety, mężczyzna i dwie dziewczynki, jedna z nich wieku siedmiu lub ośmiu lat, druga mogła być jej młodszą siostrą. Natychmiast po wejściu najmłodsza dziewczynka ogarnęła wzrokiem przedział, konwulsyjnie wykrzywiła twarz i wrzasnęła z wściekłością, głosem słyszalnym chyba w całym wagonie:

– Ja chcę przy oknie!!!

Na nastolatce, która przed chwilą zajęła miejsce naprzeciwko mnie, wrzask nie zrobił żadnego wrażenia; tylko mama dziewczynki, z zatroskaną twarzą, poszła szukać innego przedziału, wolnych miejsc jednak nie było. Moi nowi współpasażerowie zajęli miejsca w przedziale, najmłodsza, ze zrozpaczoną miną, obok mnie. Podniosła wzrok, który spotkał się z moim.

– Chcesz się zamienić na miejsce? – spytałem.

– Chcę.

– To siądź sobie – przesunąłem się i ustąpiłem jej miejsca.

Na twarzy matki pojawiła się ogromna ulga i wyraz szczęścia.

– Co się mówi? No, powiedz panu: dziękuję.

Co zaszło teraz w psychice dziecka? Nie potrafię powiedzieć. Dziewczynka siedziała przy upragnionym oknie jak sparaliżowana, ze mną, obcym mężczyzną, po swojej lewej stronie i rodzicami naprzeciwko. Dopiero kiedy już minęliśmy Krzyż, a może i Choszczno, szok minął; zaczęła się żywo ruszać, biegać po przedziale („Przecież chciałaś przy oknie, dlaczego tak się wiercisz?”, wypominała mama), nawet odpowiadać na moje pytania, chociaż niewiele tej rozmowy było.

– Jak się nazywasz?

– Natalka.

– Skąd jedziesz?

– Z Gorzowa.

– A ile masz lat?

– Pięć.

Więcej od mojej nowej towarzyszki podróży się nie dowiedziałem; zacząłem rozmowę z dorosłymi. Okazało się, że jadą ze mną dwie zaprzyjaźnione rodziny – rodzice z dwiema dziewczynkami i matka z nastolatką. Wesoło było, zwłaszcza, że mężczyzna mimo wczesnej pory już sobie podpił i bez ceregieli przeszedł ze mną na ty.

– Jedziecie z Gorzowa? Chyba trochę smętne nastroje tam teraz panują. Po reformie administracyjnej miasto przestało być województwem.

– Przestało? Jest nadal stolicą województwa, wspólnie z Zieloną Górą. Ale trudno, powiem ci, że inaczej nie można było, i tak uratowaliśmy to, co można było uratować. Chcieli nas przyłączyć do Poznania.

– A jak właściwie gorzowiacy podchodzą do historii swojego miasta? Czy pamiętają o niemieckiej przeszłości, o Landsbergu? Nawet nazwa Gorzów jest dość przypadkowa.

– Może i tak. Ale polską historię też mamy. Może nie sam Gorzów, ale Santok, który leży niedaleko. Gorzów był niemiecki, a Santok zawsze polski. A ty wiesz, jak Gorzów nazywał się zaraz po wojnie, w 1945 roku?

– Wiem – Kobyla Góra – odpowiedziałem.

Mężczyzna spojrzał na mnie zaskoczony.

– O, to ty może też gorzowiak? Miasto ma ponad 120 tysięcy mieszkańców, to wszystkich się nie zna.

– Nie, po prostu interesuje się historią i turystyką, stąd wiem. Jadę z Poznania.

– Z Poznania? Ha, ha, Kaczmarek.

Tymczasem panie, przyjaciółki, rozmawiały o swoich babskich sprawach, historię i politykę samorządową zostawiając nam. Wyciągnęły też wiktuały. Mama dziewczynek szepnęła coś na ucho najmłodszej, ta odwróciła się ku mnie i milcząc poczęstowała mnie tabliczką czekolady.

– To za miejsce – skomentowała mama, uśmiechając się.

Chmury, które za oknem pociągu zaczęły się już gromadzić na niebie, rozwiały się, zapowiadał się piękny, słoneczny dzień. Pożegnaliśmy się w Międzyzdrojach, gdzie obie rodziny wysiadły, ja jechałem dalej do Świnoujścia

Czy Natalka z Gorzowa zapamiętała to zdarzenie? Przypuszczam, że tak. Myślę, że specyfika ludzkiej pamięci, pamięci dzieciństwa, sprawi też, że wspomnienie to, jedno z najwcześniejszych, pozostanie z nią do końca życia. W każdym razie ze mną pozostanie.

Z Puław do Śremu

Po skończeniu studiów germanistycznych na Uniwersytecie Warszawskim w 1987 roku długo nie mogłem znaleźć pracy. Długo, to znaczy dwa miesiące; dzisiejszym absolwentom wydaje się to może krótkim okresem, studia skończyłem jednak w czasach PRL, kiedy bezrobocia – oficjalnie – nie było. A mogłem skorzystać z oferty, którą mój promotor, dr Józef Wiktorowicz, złożył mi zaraz po egzaminie magisterskim, 23 czerwca. Poprosił mnie wtedy do swojego gabinetu i powiedział:

– Gratuluję, zakończył pan właśnie edukację na naszym uniwersytecie. Czy ma pan już sprecyzowane plany co do pracy zawodowej? Chciałbym zaproponować panu stanięcie do konkursu na stanowisko asystenta w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Zielonej Górze. Profesor Eugeniusz Klin poszukuje asystenta w dziedzinie językoznawstwa niemieckiego. Pensja niewielka, ale zapewnione zakwaterowanie w hotelu asystenta.

– Dziękuję – odpowiedziałem – ale nie czuję się  na siłach i uważam, że nie mam predyspozycji do takiej pracy, ani naukowych, ani dydaktycznych.

– O pana zdolnościach dydaktycznych trudno mi coś powiedzieć, ale w zakresie pracy naukowej… Był pan zdolnym studentem.

Odmówiłem. Z pracą naukową rzeczywiście wiązałem nadzieje, kiedy byłem na I i II roku studiów, na V roku już nie. Odczuwałem zmęczenie studiami, chciałem zająć się czymś całkiem innym niż nauką. Zaczęło się więc poszukiwanie pracy.

Po studiach musiałem wrócić do rodzinnych Puław, nie mogłem zostać i pracować w Warszawie z oczywistej przyczyny – nie stać mnie było na wynajęcie mieszkania. Biuro pośrednictwa pracy Uniwersytetu Warszawskiego nie oferowało zresztą dużo propozycji. Mogłem zostać cenzorem w Głównym Urzędzie Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, gdybym miał inne poglądy polityczne lub mniej szacunku dla samego siebie. Rzuciło mi się w oczy ogłoszenie Polskich Kolei Państwowych poszukujące tłumacza, zapewniające mieszkanie służbowe w Warszawie, mężczyzna z biura PKP szybko jednak wyprowadził mnie z błędu – żadne mieszkanie służbowe w stolicy komuś takiemu jak ja nie przysługiwało. Drugie ogłoszenie pochodziło z Lipska nad Biebrzą na Podlasiu, tuż przy wschodniej granicy kraju. Tamtejszy zakład produkcji podzespołów indukcyjnych poszukiwał germanisty, nie pisząc nic o charakterze pracy. Napisałem do nich, nie otrzymałem jednak odpowiedzi.

Napisałem też na inny adres, który mój ojciec znalazł w lokalnym lubelskim dzienniku „Sztandar Ludu” – w jakimś Śremie tamtejsza Odlewnia Żeliwa poszukuje tłumaczy języka angielskiego i niemieckiego, oferuje zakwaterowanie w hotelu pracowniczym, z perspektywą otrzymania mieszkania zakładowego. W liście napisałem, że na mieszkaniu zakładowym na razie mi nie zależy, ale pracą jestem zainteresowany. Również tu odpowiedzi brak.

Pozostało mi szukać pracy w Puławach i województwie lubelskim. Również bez powodzenia. Kiedy pojechałem do biura pośrednictwa pracy Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej (nie byłem jego absolwentem, ale zaczynałem na nim studia na I roku), usłyszałem od pracowników:

– Proszę pana, nasi absolwenci już na początku roku zaklepywali sobie pracę w szkołach, a pan zgłasza się dopiero teraz, latem? Pracy nie ma.

Moją kandydaturą nie była też zainteresowana Fabryka Samochodów Ciężarowych i oddział Ursusa w Lublinie. Zainteresowanie wyraziła jedynie Gromada, proponując mi pracę polegającą na… udzielaniu informacji kolejowej w okienku w ich biurze na Krakowskim Przedmieściu.

W Puławach odprawiła mnie z kwitkiem pani dyrektor hotelu „Izabella” („Proszę popytać w przyszłości, teraz nie mamy wolnych miejsc”) i kierownik oddziału Centralnej Biblioteki Rolniczej, sugerując zwrócenie się do Zakładów Azotowych. Kiedy jednak tam pojechałem, pani z Działu Kadr popatrzyła na mnie zdumionym wzrokiem:

– Ale my jesteśmy zakładem mechanicznym.

– Wiem, ale pomyślałem, że być może potrzebują państwo tłumaczy.

– Nie, nie potrzebujemy.

Intensywne poszukiwania dały skutek dopiero w sierpniu. Biblioteka Pedagogiczna w Lublinie była zainteresowana zatrudnieniem mnie w swoim oddziale w Rykach, tamtejsza pracownica miała odejść na emeryturę. Oznaczało to konieczność codziennych dojazdów autobusem 30 km w jedną stronę, ale czy miałem inne wyjście?

* * *

– Rozlewnia piwa, rozlewnia piwa się odezwała – śmiejąc się, wołała moja mama, machając kopertą, którą właśnie wyciągnęła ze skrzynki na listy. Po prawie dwóch miesiącach na moją kandydaturę odpowiedziała Odlewnia Żeliwa w Śremie, zapraszając mnie na rozmowę. Praca w charakterze tłumacza w przemyśle ciężkim – to brzmiało zdecydowanie lepiej niż praca jako bibliotekarz w Rykach, postanowiłem więc najpierw spróbować tam.

Pociąg relacji Lublin – Szczecin odjeżdżał z Puław po godz. 19. Pani w okienku na stacji poinformowała mnie, o której mam przesiadkę w Jarocinie, kupiłem bilet i wyruszyłem w podróż – podróż w nieznane? W Jarocinie byłem bardzo wczesnym rankiem, praktycznie jeszcze w nocy; dość długo musiałem czekać na pociąg do Śremu.

Kiedy około godziny 6 rano na stację w Jarocinie wtoczył się dymiący parowóz ciągnący dwa wagony, nie mogłem powstrzymać zdziwienia. To takie pociągi jeszcze jeżdżą po polskich torach? Linia w Puławach była już od dawna zelektryfikowana. Z Jarocina do Śremu jechałem godzinę, wdychając dym z parowozu, który przenikał przez zamknięte, ale nieszczelne okna, i spoglądając na krajobraz. Jakie śmieszne nazwy mijanych po drodze stacji – Panienka, Książ (to chyba nie tu znajduje się ten słynny zamek?) i najdziwniejsza z nich, Pysząca. Ale trzeba wysiadać, następna stacja to już Śrem Odlewnia.

Zapytałem młodą kobietę, która wysiadła ze mną, jak dojść do odlewni; podeszliśmy kawałek razem, potem pokierowała mną z uśmiechem.

– To tam, widzi pan wejście? Ja muszę już skręcić, wchodzę główną bramą.

Biurowiec odlewni robił wrażenie swoim ogromem, ale wejście do niego nie rzucało się w oczy. To tu? Tak. Portierka wypisała mi przepustkę, jako miejsce zamieszkania wpisując „Pukawy” (nie protestowałem) i poleciła mi pójść na I piętro, do kierownika działu kadr, Eugeniusza Kościelniaka. Kiedy wszedłem do jego pokoju, zastałem go ze słuchawką przy uchu; gwałtownym gestem wyprosił mnie, proszę czekać. Dopiero po kilkunastu minutach wyszedł i zaprosił mnie do środka, skończyła się właśnie operatywka, telekonferencja, w które brali udział wszyscy kierownicy działów.

Nastąpiła rozmowa, niedługo dołączył  do nas Andrzej Grześkowiak, Główny Odlewnik, mój przyszły kierownik. W Dziale Głównego Odlewnika od niedawna funkcjonowała Biblioteka Techniczna, której prowadzeniem miałem się zająć, do moich obowiązków miało należeć również tłumaczenie tekstów technicznych na potrzeby zakładu. Wynagrodzenie, razem z premią, wynosiło 13 tysięcy złotych (w 1987 roku była to bardzo niska płaca), ale zakład oferował pokój w hotelu pracowniczym tylko za 7 zł dziennie. Czy jestem gotów zająć się taką pracą? Tak, oczywiście. Oprócz germanistyki studiowałem na UW też przez dwa lata bibliotekoznawstwo, którego wprawdzie nie ukończyłem. Lubię tłumaczyć, chociaż będę musiał nauczyć się języka technicznego.

Formalnie do pracy powinien był mnie przyjąć Dyrektor Odlewni, Alfred Babczyk, ale był na urlopie, poszliśmy więc do Dyrektora do Spraw Technicznych, Jana Leśniaka.

– Cieszę się, że zechciał pan pracować u nas – z twarzy dyrektora nie schodził uśmiech. – Myślę, że spodoba się panu u nas. Bo my jesteśmy takimi lokalnymi patriotami, uważamy, że Poznań leży koło Śremu. Czy można wiedzieć, jakie ma pan zainteresowania? Turystyka? To znakomicie, też uważam, nie można poświęcać się wyłącznie pracy. Zamieszka pan na razie w hotelu na Przemysłowej, a z mieszkaniem, kiedy za kilka lat zmieni pan stan cywilny, to zobaczymy…

Po rozmowie, zgodnie z sugestią moich przyszłych przełożonych, poszedłem jeszcze zobaczyć moje miejsce zakwaterowania – standard należących do odlewni trzech hoteli pracowniczych na ulicy Przemysłowej był porównywalny z pokojami w akademikach, w których mieszkałem, ale tu, za symboliczną opłatę,  miałem mieć pokój tylko dla siebie. Droga na Przemysłową i potem na dworzec PKS, z którego autobusem odjeżdżałem do Poznania, była to też okazją do pierwszego poznania miasta, w którym miałem mieszkać i pracować. Miasto nie zrobiło na mnie najlepszego wrażenia – mniejsze, chociaż jakby rozwleczone, i… na pewno brzydsze od moich Puław. Ale nie szkodzi.

Po powrocie do Puław telefonicznie zrezygnowałem z prawie już umówionej pracy w bibliotece w Rykach („Rozumiem. Ale cóż, nasza pracownica, która miała odejść na emeryturę pewnie się ucieszy, bo nadal chciała się zajmować biblioteką”). Nieoczekiwanie otrzymałem też odpowiedź z Lipska nad Biebrzą – okazało się, że producent podzespołów indukcyjnych w rzeczywistości poszukiwał nauczyciela niemieckiego dla miejscowej szkoły, ale oczywiście odpisałem odmownie i ponownie wsiadłem do pociągu, aby od 1 września rozpocząć pracę w Śremie.

Dopiero po kilku tygodniach dowiedziałem się, dlaczego odlewnia odpowiedziała na moją ofertę pracy po tak długim czasie. Powodem był fakt, że w liście napisałem, że nie chcę otrzymać mieszkania zakładowego. Jeśli nie chce, widać nie planuje związać się z nami na  stałe, traktuje tę pracę jako tylko tymczasową. Dopiero kiedy inny kandydat zrezygnował, odlewnia zwróciła się do mnie.

Mieszkanie zakładowe w bloku przy Dzierżyńskiego otrzymałem w 1989 roku, już po powrocie z wojska, i nie musiałem w tym celu zmieniać stanu cywilnego. W 2001 roku już za własne pieniądze kupiłem większe, na Chłapowskiego; wcześniej, w 1994 roku, odszedłem z odlewni. Nie zmieniłem też miasta, które stało się moim miastem, moim Śremem.

Pasażer

Do pracy w Niemczech wyjeżdżałem 25 sierpnia 1992 roku. Mnóstwo było spraw do załatwienia z tym związanych – konieczność wzięcia urlopu z odlewni w Śremie, przygotowania, pożegnalne wizyty u znajomych i sąsiadów. Wreszcie na stację kolejową w Śremie, pociągiem do Czempinia, tam przesiadka w kierunku Wrocławia. To z Wrocławia odjeżdżał mój pociąg relacji Warszawa – Monachium, przez Drezno i Norymbergę, w której miałem wysiąść. Podróżnych nie było dużo, w moim przedziale oprócz mnie był tylko mężczyzna, który wysiadł w Bolesławcu, potem podróżowałem sam w przedziale. Jeszcze tylko krótki postój w Zgorzelcu i pociąg przetoczył się przez most na Nysie Łużyckiej, późnym wieczorem wjeżdżając na dworzec w Görlitz – po raz drugi w moim życiu znalazłem się w zjednoczonych Niemczech.

Kontrola paszportowa. W sąsiednim przedziale najpierw cisza, potem głos młodej kobiety: „O rany, to już…?” Gromki śmiech funkcjonariuszy Grenzschutzu – pechowa pasażerka widać usnęła i nie wysiadła w Zgorzelcu, teraz trzeba ją odtransportować do granicy. W moim przedziale kontrola trwała krótko; niemiecki pogranicznik pobieżnie przekartkował mój paszport, na jednej stronie zatrzymał się, rzucił: „Hm, ju es ej…” (tak, byłem kilka miesięcy wcześniej w USA, o czym świadczyła wbita do paszportu wiza) i zwrócił mi go.

Z przejazdu przez Saksonię niewiele zapamiętałem oprócz wielkiej, rozświetlonej hali dworca w Dreźnie (czy był to Dworzec Główny, czy Neustadt?); położyłem się i usiłowałem zasnąć, nie potrafię jednak spać w pociągu. Wreszcie zaczęło szarzeć, rozwidniać się; nagle zmienił się też odgłos kół i bieg pociągu, który zaczął jechać gładko i równo, nie kolebiąc się i nie podskakując na rozjazdach, jak na liniach kolejowych w Polsce i dawnej NRD – wjechaliśmy do zachodnich Niemiec. Za oknem zmienił się też krajobraz – szare miasta i wioski ustąpiły miejsca zadbanym domkom z ogródkami, znalazłem się w innym, pełnym barw świecie.

Pierwszą większą miejscowością w Bawarii był Hof. Pociąg zatrzymał się na stacji i zacząłem wyglądać przez okno; był już ranek. W pewnym momencie do przedziału zajrzał uśmiechnięty starszy pan.

– Guten Morgen! Ist dieser Platz frei?

– Ja, bitte, setzen Sie sich – odpowiedziałem.

Mężczyzna okazał się rozmownym i jowialnym towarzyszem podróży. Od razu zaczął konwersację.

– A pan, sądząc z wymowy, jedzie chyba Drezna?

– Nie, jadę z Polski.

– Ach, z Polski… A ja jadę z Hofu do córki w Norymberdze. Regularnie ją odwiedzam. Jadę przeważnie tym pociągiem, bo taniej. W Intercity musiałbym dopłacić 5 marek. A można wiedzieć, co pan będzie robił w Norymberdze?

Jechałem do pracy, jeszcze dalej, do Pappenheim za Norymbergą, nie widziałem powodu, aby to ukrywać przed mężczyzną. Zaczęliśmy rozmowę o mojej pracy, o Niemczech i Polsce, Niemcach i Polakach…

Byliśmy chyba w połowie trasy pomiędzy Hofem a Norymbergą, kiedy wyraz twarzy mężczyzny powoli się zmienił.

– Bo, wie pan, ja też jestem Polakiem… – cicho powiedział po polsku.

Odwróciłem się ku niemu.

– Tak. Mieszkałem w Jeleniej Górze. W 1972 roku przyjechałem na olimpiadę w Monachium, poprosiłem o azyl i tu zostałem. Pracowałem jako przedstawiciel handlowy, teraz jestem już na emeryturze. Rzeczywiście jadę do córki w Norymberdze, mieszka tam z wnuczkiem, ale ten nie mówi już po polsku…

Mieliśmy jeszcze około 40 minut do Norymbergi. Rozmowa zmieniła charakter, zamieniła się w opowieść o życiu mężczyzny w Niemczech, o 20 latach spędzonych na obcej (czy już nie obcej?) ziemi. Pożegnaliśmy się na dworcu – mój pracodawca już czekał na mnie na peronie.

* * *

Półtora miesiąca pracy, powrót na krótko do Polski i w październiku we Wrocławiu znowu wsiadłem do pociągu zmierzającego z Warszawy do Monachium. Görlitz, Drezno, Chemnitz…, rankiem stanęliśmy na dworcu w Hofie.

– Guten Morgen! Ist dieser Platz frei? – w drzwiach przedziału stał roześmiany mężczyzna, ten sam, którego poznałem przed dwoma miesiącami.

– Tak, proszę, niech pan usiądzie – odpowiedziałem po polsku i odwróciłem się do okna.

– E… – na twarzy mężczyzny pojawił się wyraz zaskoczenia. Nie mógł się już jednak wycofać. Usiadł w kącie przedziału, spoglądając na mnie niepewnie.

Milczeliśmy do samej Norymbergi.

AbrahamSolomon-FirstClass-TheMeeting-RevisedVersion

Abraham Solomon „First Class – The Meeting” (1855). Źródło: Wikipedia

Wizyta nieznajomej pani

Tekst napisany przeze mnie chyba na początku 2001 roku (mieszkałem wtedy jeszcze na Grota Roweckiego), ale nigdy dotąd nie publikowany. Przypomniał mi się teraz, tuż po zakończeniu kolejnej edycji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy…

* * *

Jaka niespodzianka może nas spotkać w niedzielny wieczór, kiedy jesteśmy pochłonięci lekturą, a przyjemną ciszę mącą jedynie przytłumione odgłosy sąsiadów, zajętych, jak i my, własnymi sprawami? Oto nagle spokój przerywa ciche pukanie do drzwi. Po otwarciu ukazuje się pani w średnim wieku. – Pan Andrzej? – Tak, proszę bardzo – Zapraszam, aby spoczęła w fotelu, przypuszczając, że mam do czynienia z klientką, która przyszła w sprawie tłumaczenia.

Pani nie zdejmuje płaszcza, spogląda tylko na mnie z uśmiechem, do jakiego zazwyczaj uciekamy się, kiedy chcemy zjednać sobie innych ludzi, i już zaczynam domyślać się, że nie zwyczajna to klientka zasiadła przede mną.

– Panie Andrzeju, pan mnie pewnie nie zna, ale ja pana znam, mieszkam w czwartej klatce tego bloku i często pana widuję…

Nie przypominam sobie, ale blok ma 120 rodzin a ja słabą pamięć do twarzy, nie zaprzeczam więc i oczekuję dalszego ciągu. W rzeczy samej nieznajoma pani szybko przechodzi do sedna sprawy.

– Tylko bardzo proszę, aby to, co teraz powiem, zostało między nami – prosi gorąco. – Sprawa  jest przykra a jednocześnie nagląca. Mój starszy syn znalazł się ostatnio w szpitalu w Poznaniu, na początku nie wiadomo było, co mu dolega a teraz niech pan sobie wyobrazi, zadzwonił do mnie lekarz z Poznania i poprosił, abym zaraz przyjeżdżała. Podejrzewają gruźlicę i stan podobno się pogorszył. Tymczasem jest tuż przed rentą a ja nie mam pieniędzy. Tak sobie obliczyłam, że na bilety PKS do Poznania a potem tramwajem na Szamarzewskiego będzie mnie kosztowało 30 złotych. Zastanawiałam się, kto może i pomóc i pomyślałam o panu – to tylko 30 złotych, do zwrotu w poniedziałek. I jak, zaufa mi pan, panie Andrzeju? – Uśmiech osiąga tu swoje apogeum, tak samo jak i prosząco-poufały ton głosu.

Odpowiadam też uśmiechem – Wie pani, ja pani nie znam …

– Nazywam się Nowak, można sprawdzić w spisie lokatorów.

– Cóż, pieniędzy do rąk pani nie dam, ale bardzo chętnie pani pomogę. Możemy pójść na dworzec PKS i tam kupię pani bilet do Poznania.

Uśmiech na twarzy pani „Nowak” znika tak szybko jak słońce przesłonięte deszczową chmurą.

– Dobrze, tylko ubiorę młodszego syna i zaraz pójdziemy.

– Kiedy mogę się pani spodziewać?

– Za 15 minut.

Nietrudno domyśleć się zakończenia tej historii. Pani „Nowak” nie pojawiła się ani po 15 minutach ani też nigdy później. Nikt o takim nazwisku oczywiście nie mieszkał w IV klatce, nigdy też ponownie się nie spotkaliśmy.

Liczba osób w ten sposób oszukanych przez panią „Nowak” jest prawdopodobnie wysoka, wątpię jednak, aby szybko zajęły się nią policja i prokuratura. Szansa, aby osoby, które padły ofiarą oszustwa, zgłosiły to na policji i domagały się ścigania sprawcy, jest niewielka – utracona kwota w pojedynczych przypadkach jest przecież niewielka i lepiej machnąć na to ręką. Ta prawda psychologiczna jest też chyba znana pani „Nowak”, która rozważnie nie oszukuje swoich ofiar na wyższe sumy.

Anonimowość blokowiska na Jezioranach to drugi czynnik, który ułatwia wyłudzanie pieniędzy w ten sposób. Zamykamy się w czterech ścianach, nie znamy nawet najbliższych sąsiadów, co dopiero powiedzieć o współlokatorach „z IV klatki”? Kontakty towarzyskie utrzymujemy w pracy i wśród krewnych, jakże często człowiek mieszkający za ścianą lub nad nami jest nam całkowicie obcy.

Kiedy tę historię opowiedziałem znajomemu komisarzowi ze śremskiej komendy policji, wzruszył ramionami – Czego pan chce, bieda robi się coraz większa i coraz więcej ludzi kombinuje, jak zdobyć parę groszy. – Istotnie liczba oszustw gwałtownie wzrosła, od kiedy staliśmy się krajem wolnym – nie wszyscy w kapitalizmie dają sobie radę i uciekają się do takich metod zarabiania pieniędzy. Nabieranie na litość – w tym przypadku syn chory na gruźlicę – występuje w każdym kraju, w którym miłosierdzie jest cnotą. Czy powinniśmy jednak pozwalać się oszukiwać, dawać pieniądze każdemu pijaczkowi, który bełkocącym głosem poprosi o pieniądze na bułkę? Kochaj bliźniego swego, ale nie daj się zrobić przez niego w jelenia. Zamiast pieniędzy kup mu tę bułkę albo … zaproponuj pójście na dworzec i kupno biletu do Poznania.

Robert Stiller

10 grudnia zmarł Robert Stiller, jeden z najbardziej znanych polskich tłumaczy. Dowiedziałem się o tym dopiero 16 grudnia, przypadkowo, z nekrologu w „Gazecie Wyborczej”, podlinkowanego przez znajomego na Facebooku. Nekrolog był podpisany przez Andrzeja Wawrzyniaka, byłego dyrektora Muzeum Azji i Pacyfiku, poza tym w mediach zadziwiająca cisza – brak informacji o śmierci, nie wypowiadają się ani tłumacze, ani literaturoznawcy. Czy taka była wola rodziny, czy to zwykłe przeoczenie dziennikarzy?

Kim był dla mnie Robert Stiller? Nie poznałem go osobiście; okazja pójścia na spotkanie z nim, kiedy w latach 80. studiowałem w Warszawie, przeszła mi koło nosa, dowiedziałem się o niej już po fakcie, a jednak był jedną z ważniejszych postaci mojego dzieciństwa i młodości.

Pierwszą książką Roberta Stillera, którą przeczytałem w dzieciństwie, był „Skamieniały statek – baśnie malajskie”. Wtedy myślałem, że to naprawdę malajskie baśnie przełożone z tego języka na polski, dopiero w wieku dorosłym zorientowałem się, że książkę należy traktować raczej jak twórczość własną Roberta Stillera, który wziął tylko pewne motywy z malajskiego folkloru. Wtedy, kiedy miałem 10 czy 11 lat, nie było to zresztą istotne, ważne było ogromne wrażenie, jakie sprawiła na mnie książka – jedna z tych pozycji, które formują nasze czytelnicze dzieciństwo.

Potem przyszła końcówka lat 70. i kilkuletnia fascynacja „Literaturą na Świecie”, z którą Robert Stiller blisko współpracował, publikując tam swoje artykuły i felietony, przeważnie na tematy związane z przekładami literackimi. Kupując nowy numer „Literatury na Świecie”, za każdym razem szukałem w nim najpierw tekstów Stillera i przy nich zatrzymywałem się najdłużej. Powodem był ich język – artykuły te były pisane zupełnie inaczej niż pozostałe prace krytyczne w miesięczniku. Stiller, recenzując przekłady, używał dosadnych sformułowań, których zwykle nie kojarzymy z kulturą wysoką. W jednym z numerów pojawił się nawet „disclaimer” redakcji z uwagą, że recenzja jest publikowana na wyłączną odpowiedzialność jej autora. Nie przypuszczam zresztą, że autor „zjechanego” przekładu podał wtedy Stillera do sądu o zniesławienie; krytykowani tłumacze, urażeni, tylko czasami odpowiadali na łamach czasopisma; zwykłym czytelnikom „Literatury na Świecie”, w tym mnie, taka bezpośredniość wypowiedzi podobała się.

To wtedy poznałem też Roberta Stillera jako poliglotę i erudytę. Znał podobno 30 języków, w tym wiele egzotycznych, był twórcą polskiej malaistyki, oprócz wspomnianego „Skamieniałego statku” wydał kilka innych tomów baśni malajskich i indonezyjskich, antologię literatury malajskiej (chyba najbardziej zaskakującą pozycję w serii „Biblioteki Narodowej” Ossolineum), też baśnie skandynawskie i inne. Z „Literatury na Świecie” owego czasu najbardziej wryły mi się w pamięć dwa artykuły Stillera omawiające projekt stworzenia listy arcydzieł literatur europejskich (chyba pod patronatem UNESCO), w których szczegółowo „rozprawiał się” (chwaląc lub – częściej – ganiąc) z przedstawionymi propozycjami praktycznie wszystkich krajów. Czy on naprawdę przeczytał te wszystkie książki? Czy znał wszystkie języki? Robert Stiller stał się dla mnie, wtedy licealisty, postacią nieomal mityczną.

Żałuję, że nie udało mi się poznać Roberta Stillera osobiście, chociaż miałem ku temu okazję, podczas moich studiów w Warszawie. Pewnego dnia kolega opowiedział nam o spotkaniu z Robertem Stillerem, na którym był poprzedniego dnia. Spotkanie? Dlaczego nic o tym nie wiedziałem? Na pewno poszedłbym, zwłaszcza że odbyło się w klubie niedaleko mojego akademika.

Nadszedł jednak koniec studiów, trzeba było opuścić Warszawę i poszukać pracy w całkiem innym regionie kraju. Zamieszkałem w Śremie. Praca, później założenie własnej firmy, bardzo ograniczyły moje zainteresowania literackie; z tekstami Roberta Stillera zetknąłem się ponownie dopiero pod koniec lat 90., czytając w „Rzeczpospolitej” jego felietony pod tytułem „Pokaż język!”. Tematyka trochę inna (ogólnojęzykowa, nie tylko przekładowa), język – ten sam. Stiller ani na jotę nie zmienił się w swoim obśmiewaniu zjawisk – i ludzi, używając do tego celu języka tyleż napastliwego, co – aroganckiego. To już jednak nie był język, który bym akceptował. Co sobotę kupowałem weekendowe wydanie „Rzeczpospolitej” nie ze względu na Stillera – o wiele cenniejsze były dla mnie pogłębione, wyważone artykuły, które co tydzień znajdowałem w dodatku kulturalnym „Plus Minus”.

Ocena dorobku Roberta Stillera jest trudnym zadaniem. Kontrowersje wywołuje przede wszystkim jego publicystyka. To, co w latach 70. zachwycało mnie, obecnie budzi mój sprzeciw. Język debaty powinien być wyważony, nie wolno obrażać partnerów w dyskusji, obrzucać inwektywami, wykazywać, że są idiotami, również w tak niszowej dziedzinie, jaką jest przekład literacki.

Zwykle nie spotyka się też z aprobatą ciągłe podkreślanie własnych osiągnięć, zwłaszcza, jeśli to są osiągnięcia, które można podać w wątpliwość. Na przykład z przełożonych przez Roberta Stillera książek Lewisa Carrolla podobała mi się „Wyprawa na żmirłacza”, ale jego „Przygody Alicji w krainie czarów” i „Alicja po drugiej stronie lustra” wcale nie są lepsze od przekładów Macieja Słomczyńskiego i Antoniego Marianowicza. Jeśli chodzi o wiersze Bertolta Brechta, wolę songi z „Opery za trzy grosze” w starym przekładzie Władysława Broniewskiego („A rekiny w oceanie mają zębów pełen pysk”) niż Stillera („Rekin zęby ma na wierzchu”). Myślę, że sam Robert Stiller zaszkodził tu sobie przez ciągle prowadzoną autopromocję. Nie odmawiam mu talentu, był sprawnym tłumaczem, może jednym z najlepszych w powojennej Polsce, w rzemiośle translatorskim brakowało mu jednak tego geniuszu, którym cechował się na przykład Tadeusz Boy Żeleński.

Rozważania te dotyczą wprawdzie translatologii, którą zainteresowanych jest niewielu. W powszechnej świadomości o wiele większe kontrowersje budzi działalność agenturalna Roberta Stillera, o której pisała Joanna Siedlecka w swojej książce „Kryptonim „Liryka” – bezpieka wobec literatów”. W latach 1955-1981 Stiller miał być tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa, jego donosy na kolegów i środowisko literackie mają obejmować 20 tomów. Sam Stiller temu zaprzeczał i zapowiadał podanie Siedleckiej do sądu, do rozprawy jednak nie doszło. Bez szczegółowego zbadania sprawy nie można definitywnie stwierdzić, po czyjej stronie leży słuszność; jeśli jednak weźmiemy pod uwagę, że Robert Stiller jako poeta na przełomie lat 40. i 50. należał do pokolenia „Pryszczatych”, że był autorem wiersza „Serce generała” opiewającego Karola Świerczewskiego i słów pieśni „Bo walka trwa” poświęconej funkcjonariuszom Urzędu Bezpieczeństwa (po okresie stalinowskim nigdy nie rozliczył się z tej twórczości, podobnie zresztą jak Wisława Szymborska) i że jest mało prawdopodobne, aby Służba Bezpieczeństwa pozwalała mu tak szeroko podróżować po świecie bez zobowiązania się do współpracy (vide casus Ryszarda Kapuścińskiego), skłonny jestem wierzyć raczej Joannie Siedleckiej.

A jednak nie przekreśla to ogromnych zasług Roberta Stillera dla życia kulturalnego Polski. Pozostaną jego opracowania baśni malajskich (również skandynawskich: „Zardzewiały miecz”, „Narzeczony z morza”), przekłady eposów („Beowulf”, „Gilgamesz”, „Krymhilda”, oparta na „Pieśni o Nibelungach”), pozostanie przekład „Lolity” Nabokova i „Mechanicznej pomarańczy” Burgessa i inne. Robert Stiller pozostanie też w mojej pamięci jako autor „Skamieniałego statku” i publicysta „Literatury na Świecie” – przecież formowały one moje dzieciństwo i młodość.