Biblioteka Uniwersytecka w Poznaniu – Nagroda im. Karla Dedeciusa. Ex libris z biblioteką w roli głównej

Dwie najnowsze wystawy w Bibliotece Uniwersyteckiej w Poznaniu poświęcone Nagrodzie im. Karla Dedeciusa i ekslibrisom zobaczyłem w ostatnią sobotę, korzystając z chwili wolnego czasu przed wykładem w Muzeum Narodowym.

Bardziej interesowała mnie oczywiście wystawa poświęcona Karlowi Dedeciusowi, a właściwie nagrodzie jego imienia. Karl Dedecius, urodzony w rodzinie należącej do niemieckiej mniejszości narodowej w Łodzi, podczas wojny żołnierz Wehrmachtu, przez kilka lat przebywający w radzieckiej niewoli, po wojnie osiadł w Republice Federalnej Niemiec. W latach 50. zaczął tłumaczyć i wydawać w Niemczech literaturę polską, założył Deutsches Polen-Institut w Darmstadt, wydawał serię „Polnische Bibliothek”. Postać znana każdemu germaniście, mająca ogromne zasługi dla polskiej kultury.

Nie o Karlu Dedeciusie traktuje jednak wystawa, lecz o nagrodzie jego imienia, przyznawanej od 2003 roku co dwa lata; każdorazowo nagrodę otrzymuje po dwóch tłumaczy: literatury polskiej na niemiecki i literatury niemieckiej na polski. W tej drugiej kategorii konkurencja jest chyba większa, ale i literatura polska jest obecna w Niemczech, polskich książek wydaje się tu o wiele więcej niż na przykład w Wielkiej Brytanii czy Francji. Powodem nie jest szczególne umiłowanie polskiej kultury przez Niemców; po prostu w kraju tym wydaje się bardzo dużo przekładów ze wszystkich języków, również tych mniej znanych; taką politykę kulturalną przyjęto po wojnie jako odtrutkę na szowinistyczną ideologię nazizmu.

Wystawa jest ciekawa, chociaż jest bardzo mała i ogranicza się do plansz; większość prezentowanych tłumaczy jest też mi nieznana. Z prasy kulturalnej i audycji w radiowej Dwójce znam tylko Krzysztofa Jachimczaka, Marię Przybyłowską, Krzysztofa Wojnakowskiego i Martina Pollacka (tłumacza m.in. Ryszarda Kapuścińskiego, aczkolwiek najbardziej znana jest jego książka „Śmierć w bunkrze”, będąca rozliczeniem z nazistowską przeszłością jego ojca, rodziny i całej Austrii).

I znajoma twarz na samym końcu wystawy – Eliza Borg, laureatka nagrody w 2017 roku. Panią Elizę Borg poznałem w 1983 roku podczas studiów na warszawskiej germanistyce, kiedy prowadziła z nami zajęcia z praktycznej nauki języka niemieckiego na II roku. Mieliśmy z nią zajęcia tylko przez pół roku, potem naszą grupę przejęła Leni Szumigaj (obie już chyba nie pracują na uczelni, przeszły na emeryturę), pamiętam jednak jej drobną postać do dzisiaj i bez trudu poznałem twarz, nawet jeśli te 35 lat wywarły na niej swoje piętno. Zachowały mi się w pamięci nawet pierwsze prowadzone przez nią zajęcia w naszej grupie. Czy ona poznałaby mnie dzisiaj? – chyba nie, byłem tylko jednym z wielu studentów. Można zastanawiać się nad zagadkami ludzkiej pamięci; wytłumaczeniem jest tu chyba fakt, że byłem wtedy tuż po zmianie uczelni – po pierwszym roku na Uniwersytecie im. Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie przeniosłem się na Uniwersytet Warszawski i zajęcia z PNJN z panią Elizą Borg były pierwszymi na nowej uczelni. Zaskoczeniem jest dla mnie fakt, że według informacji na wystawie debiutem translatorskim Elizy Borg była powieść „Muzeum Ziemi Ojczystej” Siegfrieda Lenza, wydana w 1991 roku. Wydawało mi się, że tłumaczeniem literatury zajmowała się już podczas moich studiów, ale może nie publikowała tego. W każdym razie kameralna, planszowa wystawa w Bibliotece Uniwersyteckiej nieoczekiwanie stała się mnie katalizatorem wspomnień…

* * *

Prezentowana na piętrze w głównej przestrzeni wystawienniczej ekspozycja „Ex libris z biblioteką w roli głównej” jest o tym, o czym informuje jej tytuł. W gablotach zgromadzono ekslibrisy z bibliotek, przeważnie publicznych, są też (wprawdzie w mniejszości) ekslibrisy z prywatnych księgozbiorów. Dominuje Wielkopolska, są też ekslibrisy z Biblioteki Publicznej im. Heliodora Święcickiego w Śremie i okolicznych miejscowości: Dolska, Zaniemyśla, Środy Wielkopolskiej, Kościana. Wystawa nie jest dla mnie tak ciekawa jak ta na parterze, co wynika z moich zainteresowań. Chociaż bardzo lubię grafikę, ekslibris jako środek wyrazu artystycznego nie przemawia do mnie. Kiedy w 2016 roku pojechałem na uroczyste otwarcie Biennale Małej Formy Graficznej i Ekslibrisu w Ostrowie Wielkopolskim, te „małe formy graficzne”, niebędące ekslibrisami, również interesowały mnie bardziej niż same ekslibrisy. Przyczyn należy zapewne doszukiwać się w statycznym charakterze ekslibrisu, który nie jest sztuką narracyjną, nie opowiada żadnej historii i tym samym –według mnie – nie przekazuje ważnych treści, rzecz to jednak do głębszego przemyślenia. Dla tych, którzy lubią ekslibrisy, wystawa będzie interesująca.

Wojciech Weiss – Powrót do Puław

W budynku południowej kordegardy pałacu Czartoryskich w Puławach mieszkałem przez pierwsze cztery lata mojego życia, dopóki w 1967 roku nie przeprowadziliśmy się do bloku Instytutu Uprawy, Nawożenia i Gleboznawstwa przy ulicy Izabeli. Właściwie nic nie zapamiętałem z tych pierwszych czterech lat, byłem zbyt mały, aby ówczesny świat trwale odcisnął się w mojej pamięci, a moja wiedza o tych pierwszych czterech latach życia ogranicza się do opowieści rodziców i nielicznych fotografii. Mimo to budynek ten, obecnie siedziba informacji turystycznej, do której czasami zachodzę podczas moich wizyt w Puławach, malowniczo położony nad fosą oddzielającą kompleks pałacowy od ulicy Czartoryskich, do tej pory ma dla mnie szczególne znaczenie.

Od 2013 roku w puławskiej kordegardzie mieści się galeria sztuki – nie, nie w tym samym budynku, w którym spędziłem pierwsze cztery lata mojego życia, tylko jego położonym po północnej stronie od wjazdu do pałacu odpowiedniku, w którym również była siedziba straży pałacowej Czartoryskich. Odwiedziłem tę galerię dopiero teraz – 26 grudnia, chcąc zobaczyć wystawę „Wojciech Weiss – powrót do Puław”.

Nie wiem, czy wcześniej w kordegardzie pokazywano prace artystów tej klasy co Wojciech Weiss; z tego, co wiem, w galerii dotychczas prezentowano prace głównie współczesnych puławskich plastyków. Obrazy, grafiki i rysunki Wojciecha Weissa znam dość dobrze, przede wszystkim z Muzeum Narodowego w Poznaniu i galerii w Rogalinie, widziałem je również w Muzeum Narodowym w Warszawie i Muzeum Narodowym we Wrocławiu. Jest dla mnie jednym z najwybitniejszych malarzy Młodej Polski, chociaż stworzył też wiele ciekawych dzieł w międzywojniu, a jego najsłynniejszy (i ostatni) obraz – „Manifest” z 1950 roku – to czystej wody socrealizm.

Prace – akwarele i rysunki – Wojciecha Weissa pokazywane w kordegardzie są owocem pleneru – pobytu artysty w Puławach w 1918 roku. Rysunki (ołówkowe i węglem) ukazują przede wszystkim drzewa i aleje w puławskim parku. Chociaż to sztuka w pełni realistyczna, można w niej dostrzec, również dzięki jej czarno-białemu kolorytowi, ekspresjonistyczne patrzenie artysty na świat – ekspresję nieujarzmionej do końca przez człowieka natury.

Ciekawsze dla mnie, cieplejsze są akwarele ukazujące architekturę puławskiego parku. Zwiedzającym najbardziej podoba się przedstawienie skąpanej w słońcu kolumnady i podcienia Domu Gotyckiego; dla mnie największe wrażenie wywarł obraz ukrytej za drzewami Świątyni Sybilli.

Pokazywane w niewielkim pomieszczeniu galerii w Puławach prace Wojciecha Weissa wprawdzie nie mają tej klasy artystycznej co widziane przeze mnie w muzeach w Poznaniu i Rogalinie. Są tylko impresjami z jednego z wielu plenerów, w których artysta brał udział; obecnie są własnością wnuczki Weissa, która udostępniła je galerii. O wiele większą wartość mają jego obrazy olejne z okresu Młodej Polski, także pastelowe portrety. Mają jednak wartość sentymentalną – jako obrazy mojego rodzinnego miasta.

Wesele

Jako tłumacz przysięgły już od ponad 20 lat tłumaczę uroczystości zaślubin – w USC i kościele, huczne i skromne, takie, które się długo pamięta, i takie, o których szybko się zapomina. Oto wspomnienie jednej z nich. Z oczywistych powodów nie podaję miejsca ani czasu. Powiem tylko, że było to już jakiś czas temu i – nie w Śremie.

Po załatwieniu wszystkich formalności (złożenie zapewnień o braku przeszkód do zawarcia małżeństwa, o nazwisku noszonym po zawarciu małżeństwa), w których jako tłumacz też musiałem uczestniczyć, przyszedł wreszcie wielki dzień – zaplanowany ślub w USC w X. Nie mam samochodu, jak zwykle poprosiłem więc pannę młodą o podwiezienie mnie ze Śremu.

Młody mężczyzna podjeżdża w sobotę o umówionej godzinie, a nawet kwadrans wcześniej. Nie szkodzi, jestem już gotów. Podczas jazdy rozmawiamy między innymi o moich wycieczkach rowerowych, o ślubie. Ilu będzie gości? Około 50. A z Wielkiej Brytanii? Mój rozmówca nie wie dokładnie, pewnie około 10, rodzice pana młodego w każdym razie nie przyjadą – za daleko i mają trochę kłopotów ze zdrowiem. Po drodze jeszcze zatrzymamy się w jego domu, musi się przebrać.

Zatrzymujemy się w wiejskim gospodarstwie. Na podwórzu stoi samochód z brytyjską rejestracją – zawiezie jednak innych gości; wiem też już, że państwo młodzi pojadą do ślubu maluchem. Przebranie się i przygotowanie zabiera mojemu kierowcy kilkanaście minut, tymczasem na podwórko schodzą inni mieszkańcy domu – starszy mężczyzna i kobieta (rodzice panny młodej?) i młodzież – chłopcy w białych koszulach, młoda dziewczyna. Starszy mężczyzna jest ubrany w garnitur, ale bez krawata. Witamy się.

– Dojedziemy na czas? – pyta. – Bo na drogach chu…, to znaczy kiepsko; wiadomo: żniwa, maszyny rolne.

Zdążymy, mamy wystarczająco dużo czasu. Wsiadamy w pięcioro do samochodu i ruszamy już w kierunku X.

– Ale to szambo u nas śmierdzi – zauważa mężczyzna – idzie chyba na zmianę pogody.

– Pan często uczestniczył w takich ślubach. Wie pan, czy rodzice błogosławią w USC młodej parze? – pyta mnie kobieta, chyba matka panny młodej.

– Błogosławi się przed wyjściem z domu – wyjaśnia mój kierowca.

*

Przed USC jesteśmy rzeczywiście z wystarczającym zapasem czasu. Dużo gości, ale panny młodej jeszcze nie ma. Centralne miejsce zajmuje czerwony maluch, za którym przykucnął znany mi już pan młody, jest w wesołym nastroju i… popija żubra z puszki. Kilka już opróżnionych puszek jest doczepionych do malucha, będą hałasować podczas jazdy. Obok pana młodego stoją dwie kobiety – jedna, o ciemnym kolorze skóry, jest na pewno Brytyjką, druga wylewnie wita się ze mną – również po angielsku.

– Też kiedyś miałem malucha i, proszę mi wierzyć, też był czerwony – zaczynam rozmowę

– O, to może to ten sam? A zauważył pan, że mam fryzurę w stylu Marylin Monroe?

– Niestety nie znam się na tym.

– Ale moja fryzjerka się zna i mi powiedziała. Tak poza tym jestem Polką, nie Angielką, tylko mieszkam w Wielkiej Brytanii – dodaje, przechodząc na polski.

Wchodzę do USC, aby domówić wszystkie sprawy związane ze ślubem, który ma się rozpocząć już za 10 minut. Z dwiema urzędniczkami ustalamy szczegóły tłumaczenia przemówienia i przysięgi małżeńskiej, złożenia podpisów, przystawienia pieczęci. Panny młodej wciąż nie ma, wreszcie jako pierwszy do sali ślubów (jest bardzo mała, na pewno nie pomieści wszystkich 50 gości, którzy się dzisiaj zjawią) wchodzi pan młody. Siada na miejscu panny młodej, urzędniczka prosi mnie, abym taktownie zwrócił mu na to uwagę – panna młoda powinna siedzieć po jego prawej stronie. Po chwili pan młody pyta o toaletę. Kiedy żartobliwie wyjaśniam pani kierownik USC, że pewnie wypił za dużo piwa przy maluchu, jej twarz lekko się zmienia. Po chwili mówi:

– Wie pan, zaskoczył mnie pan tą uwagą o alkoholu. W tej sytuacji nie wiem, czy możemy przyjąć to oświadczenie o zawarciu małżeństwa…

– Ależ nie, nie jest pijany. Oczywiście, że mogą państwo udzielić ślubu.

Większość gości wciąż jest na zewnątrz, do środka zagląda tylko kobieta z około dziesięcioletnim synem.

– Też się uczysz angielskiego? – pochylam się nad nim. – Możesz porozmawiać z panem.

Trochę zawstydzony chłopiec staje przed panem młodym i mówi:

– I don’t speak English.

– Of course, you do. You are speaking English – śmieje się pan młody, w coraz lepszym humorze, po czym… zaprasza mnie na wesele, które odbędzie się zaraz po ślubie. Czemu nie? Jest sobota po południu, a ja dzisiaj już nie mam innych obowiązków.

Wreszcie sala ślubów się zapełnia – na samym końcu zjawia się spóźniona panna młoda. W białej sukni i wianku na głowie wygląda prześlicznie. Ojciec zgodnie z nowym, anglosaskim zwyczajem przyprowadza ją panu młodemu, małe dziewczynki w białych sukienkach sypią kwiaty, bo bokach stoją dziewczęta – druhny w długich sukniach o pastelowych barwach, stylizowanych na epokę empire, mają też starannie dobrane fryzury (interesuję się historią mody i potrafię to docenić). Miejsca jest rzeczywiście bardzo mało, wszyscy musimy uważać, aby się wzajemnie nie potrącać, część gości stoi na zewnątrz sali.

Kluczowy moment uroczystości – złożenie przysięgi. Pan młody radzi sobie z nią znakomicie, powtarzając za mną słowa tłumaczenia; pannie młodej załamuje się głos, kiedy ma wymienić imię i nazwisko swojego przyszłego męża – stress, wzruszenie, radość…, wszystko w jednym. Jeszcze tylko obrączki, która na poduszce wręcza mały chłopiec („Brawo, świetnie wykonałeś zadanie”, chwali go ktoś z rodziny), podpisy, pamiątkowe zdjęcia z panią kierowniczką USC i ze mną (fotografem jest młoda kobieta, pewnie też ktoś z rodziny) i możemy wyjść z budynku.

*

Dość często jestem zapraszany na wesela zaraz po ślubie. Kiedy jest to w sobotę i nie mam innych obowiązków, chętnie przyjmuję zaproszenie – jest to w końcu okazja do poznania nowych ludzi, wyrwania się z domu.

Do restauracji, w której odbędzie się wesele, jest kilka kilometrów, zabieram się więc samochodem z parą w średnim wieku, jednymi z gości. Podczas krótkiej jazdy rozmawiamy między innymi o ich córce, która uczy się jeszcze w liceum. Interesuje się angielskim, właśnie zdała egzamin Cambridge, na którym uzyskała najwyższą ocenę, chwali się mama, ale córka chciałaby studiować muzykę (chodzi też do szkoły muzycznej). Tata z kolei chciałby, aby studiowała architekturę. Co jest lepsze?

– Niewielu absolwentów Akademii Muzycznej robi prawdziwą karierę, podobnie jest po Uniwersytecie Plastycznym – odpowiadam. – Aby studiować architekturę, musiałaby z kolei być dobra z rysunku.

– Jest dobra – odpowiada mama. – Ale nie uważa pan, że język byłby najlepszym wyborem? Bo ta muzyka,,,

– Niestety wśród anglistów teraz też jest bezrobocie, zwłaszcza w takich małych ośrodkach jak mój Śrem. Wcale nie jest tak różowo, jak było jeszcze w latach 90. Mogłaby studiować jednocześnie muzykę i anglistykę, obecnie to powszechne. A najlepiej niech idzie za własnymi zainteresowaniami.

– A ja już myślałam, że pomoże mi pan przekonać córkę…

Po przyjechaniu na miejsce musimy jeszcze zaczekać na państwa młodych. Nie znam tu nikogo, jestem więc trochę na uboczu (ktoś z rodziny panny młodej pyta mnie: „A pan jeszcze będzie coś tłumaczył?”, „Zostałem zaproszony na wesele” odpowiadam), nawiązuję jednak rozmowę z kilkoma osobami: rodzicami państwa młodych, dwiema parami małżeńskimi i poznaną już Polką-Angielką („A zauważyłeś, że mam fryzurę w stylu Marylin Monroe?”, pyta właśnie kogoś innego).

– A co trzeba zrobić, aby zostać w Polsce tłumaczem przysięgłym? Skończyć studia? – pyta Polka-Angielka.

– To nie wystarczy. Trzeba zdać bardzo trudny egzamin. Zdaje go tylko 20 procent kandydatów.

– I pan go zdał?  O, jaki pan mądry. To chyba wasza pierwsza córka wychodzi za mąż – Polka-Angielka zwraca się z kolei do rodziców panny młodej.

– Druga. Pierwsza zginęła lata temu w wypadku – zostały nam tylko jej córki, nasze wnuczki, które są dzisiaj druhnami.

– Ach, rzeczywiście, tak mi przykro. No, ale na pewno jest dzisiaj z nami, patrzy na nas z góry. Ale wnuczki bardzo ładne. A ten pani wnuk, też niczego sobie. Ile ma lat?

– 17.

– Chyba trochę za młody dla pani? – zauważam.

– Ha-ha – śmieje się Polka-Angielka. Nie zamierzam… To zresztą byłoby nielegalne.

– Nie byłoby. W Polsce „the age of consent” wynosi 15 lat.

Wreszcie nadjeżdżają państwo młodzi, którzy małuchem z doczepionymi puszkami po piwie objechali chyba całe miasteczko. Prowadzi sam pan młody. Co by się stało, gdyby podczas tej jazdy skontrolowała go policja alkomatem? Trafilibyśmy na nagłówki gazet w całej Polsce, a na pewno w powiecie. Na szczęście do tego nie doszło. Teraz możemy już wejść do restauracji. Pan młody, w szampańskim nastroju, bierze pannę młodą na ręce, chcąc przenieść ją przez próg i… przewraca się z nią na klombie przed lokalem. Nic się nie stało, druga próba kończy się już powodzeniem, możemy wejść do restauracji, w której, wraz z naszym wejściem, z głośników rozlega się „Wiosna” Vivaldiego.

Szampan, życzenia, prezenty. Również ustawiam się w kolejce, aby złożyć życzenia, kiedy nieoczekiwanie podjeżdża też pani kierowniczka USC – okazało się, że zapomniała poprosić mnie o złożenie podpisu i przyłożenie pieczęci na jednym dokumencie („Całe szczęście, że zaprosili pana na to wesele, bo byłby problem”), po uzupełnieniu mogę wrócić na salę), gdzie goście siadają już przy stolikach (każdy ma wyznaczone miejsce).

– Niech pan sobie znajdzie jakieś wolne miejsce – mówi panna młoda. Mężczyzna, który mnie przywiózł ze Śremu (jej brat?) wykazuje większą dbałość, znajduje dla mnie miejsce przy jednym ze stolików, przy okazji proszę go jeszcze o załatwienie sprawy płatności za tłumaczenie, jeszcze nie zostało to załatwione.

– Oczywiście, porozmawiam, Najwyżej to ja panu zapłacę, kiedy będę pana odwoził.

I znowu trafiam w całkiem mi nieznane towarzystwo. Ale nie jest źle, jedną z par przy moim stoliku już poznałem – podwieźli mnie tu z USC. Drugiej pary nie znam (mąż musi jutro, w niedzielę, pracować, nie zostaną więc długo), trzecia para przyjechała na wesele z trójką małych dzieci – najstarszy syn ma pięć lat, najmłodsze dopiero trzy miesiące. Muszą się nimi cały czas zajmować, możemy też jednak porozmawiać. Okazuje się, że żona też jest germanistką, studiowała w prywatnej Wyższej Szkole Języków Obcych w Poznaniu.

– Ale jak ja nie lubię tego języka…. Na szczęście nie pracuję w tym zawodzie. To znaczy pracuję w niemieckiej firmie, ale nawet teraz, mimo że pracuję z Niemcami, nie polubiłam go. Pan też jest germanistą? Studiował pan na Uniwersytecie Warszawskim? No, ale pan to inna klasa, ja nie mam szans zostać tłumaczką przysięgłą.

Nie rozmawiamy dużo, dzieci bardzo absorbują kobietę, zwłaszcza najmłodsze trzeba co chwilę karmić z butelki. W pewnym momencie z lekko zachmurzoną miną podchodzi do nas młoda kobieta, która cały czas robi zdjęcia na  weselu.

– Wy, a jedno z tych małych powiedziało mi, że dorośli powiedzieli im, że pani fotograf jest modelką. To prawda?

– My? Ależ skąd.

– No, bo już myślałam… Przecież ja nie jestem żadną modelką.

Powracamy do rozmowy przy stole, w której nie udzielam się bardzo, przecież tu nikogo nie znam, rozmowy toczą się o rodzinie, o wcześniejszych weselach, o zaletach i (częściej) wadach krewnych i znajomych. W pewnym momencie goście przy sąsiednim stoliku zajętym chyba przez Anglików (siedzi tam też moja Polka-Angielka) odwracają się w naszą stronę i patrzą na mnie, pewnie stałem się tematem ich rozmowy.

Po szampanie obiad: zupa, drugie danie, wino, od wódki się wymawiam („O, widzę, że pan też tańczy na stole po mocnych alkoholach, tak jak ja”, mówi jedna z moich sąsiadek), przewidziano jeszcze lody, na których jednak już nie zostanę. Zaczynają się tańce, a ja czuję, że już czas na mnie. Żegnam się już z moimi towarzyszami przy stoiku i opuszczam wesele, które szybko się rozkręca i potrwa pewnie do rana. Odwiezie mnie również brat panny młodej, który mnie tu przywiózł. I jeszcze tylko sprawa płatności, już na miejscu w Śremie.

– Myślałem, że już panu zapłacili. Jak to uzgadnialiście? Czy zapłacą panu przelewem?

– Nie, jeszcze nie zapłacili. Ostatnio była płatność gotówką. Myślałem, że pan to załatwił z parą młodą, jak prosiłem o to na początku wesela. Może pan zapytać…

– Teraz nie będę dzwonił. A ta cena uwzględnia też, że pana podwiozłem? No, dobrze, muszę panu zaufać na słowo. Oto należność.

Jeszcze tego samego wieczoru wystawię fakturę za tłumaczenie i – zgodnie z prośbą – prześlę ją e-mailem razem z życzeniami wszystkiego najlepszego pannie młodej.

Zamek w Kórniku

9 grudnia – wyjazd do Zamku w Kórniku; po kilku latach nieobecności chcę sobie przypomnieć wnętrza najsłynniejszego zabytku w okolicach Śremu.

W Zamku w Kórniku po raz pierwszy byłem w 1986 roku. Miałem wtedy praktyki studenckie w Bibliotece Uniwersyteckiej w Poznaniu i nasi opiekunowie postanowili też zawieźć nas do Biblioteki Kórnickiej. Niewiele pamiętam z tej wizyty, oprócz tego, że już po jej zakończeniu, kiedy czekaliśmy na przystanku na rynku na powrotny autobus miejski jadący na rondo Rataje, na przystanek podjechał też autobus PKS ze Śremu do Poznania. Nie przypuszczałem wtedy, że za rok wrócę tu i że zamieszkam właśnie w tym Śremie.

Od 1987 roku byłem częstym gościem w Zamku w Kórniku. Główny korpus pałacu w Rogalinie został właśnie zamknięty na czas trwającego prawie 30 lat remontu, Kórnik był więc atrakcyjniejszy dla turystów, no i miał lepsze połączenia komunikacyjne z Poznaniem i Śremem. Do Kórnika pojechaliśmy też z kolegą ze studiów, który ze swoją dziewczyną odwiedził mnie w Śremie w 1990 roku; zamek podobał mu się, chociaż myślał, że będzie o wiele większy.

Nic dziwnego, że kiedy w latach 90. poszedłem na moje kolejne studia – anglistykę, na IV roku jako temat mojej pracy magisterskiej wybrałem sobie „The Influence of English Architecture on Kórnik Castle”. Pisałem przede wszystkim o okresie przebudowy zamku w stylu neogotyku angielskiego przez Tytusa Działyńskiego w XIX wieku, ale nie mogłem też pominąć wcześniejszych (i późniejszych) epok. Stałem się jakby specjalistą od historii Zamku w Kórniku, bardzo dużo wiedziałem nie tylko o jego architekturze, lecz również o mieszkańcach – Górkach, Działyńskich, Zamoyskich; później, w 2008 roku, o Zamku w Kórniku napisałem też hasło w Wikipedii.

Po ukończeniu studiów w 1999 roku byłem jeszcze kilkakrotnie w zamku, przeważnie jednak tylko jako tłumacz na ślubach, które tu często się odbywają, ostatni raz zwiedzałem go tak dawno temu, że postanowiłem sobie przypomnieć jedną z najsłynniejszych siedzib magnackich w Polsce.

Turystów przyjeżdżających do zamku w Kórniku wita jego świeżo (miesiąc temu) odremontowana elewacja północna. Szarość ustąpiła beżowi; dla wielu kórniczan to kontrowersyjna zmiana, mnie się podoba (odnowioną fasadę widzę po raz pierwszy, podczas mojej ostatniej wizyty w Kórniku 1 listopada była jeszcze zasłonięta rusztowaniami), mam nadzieję, że i pozostałe elewacje zamku zostaną tak pomalowane, oczywiście z wyjątkiem wieży, która jako kontrast musi pozostać nieotynkowana i zachować swój surowy wygląd. Po wejściu do zamku jak zwykle trzeba włożyć kapcie (Kórnik jest jednym z niewielu muzeów w Polsce, gdzie wymóg ten jeszcze się zachował, zabytkowe posadzki jednak tego wymagają) i już można zacząć zwiedzanie.

Sama ekspozycja niewiele się zmieniła od czasu mojej ostatniej wizyty, dużo zmian jest natomiast w opisach poszczególnych pomieszczeń. Dodano aplikację na telefon komórkowy (nie mam komórki, więc z niej nie korzystam), przede wszystkim jednak znacznie rozbudowano opisy sal, przynajmniej na parterze. I bardzo dobrze, jestem ciekaw szczegółów, co przedstawiają poszczególne obrazy, kiedy i z jakich materiałów zbudowano zachowane w zamku meble. Szczegółowe opisy są w sieni, pokoju Jana Działyńskiego i Władysława Zamoyskiego, sypialni Celiny Działyńskiej, salonie i dalszych pomieszczeniach. Szkoda tylko, że opisy te czasami nie pokrywają się z rzeczywistym wyglądem ekspozycji – części eksponatów nie ma, zostały z niej usunięte. Szczególnie brakuje mi obrazów z widokami z Puław, z którymi Działyńscy mieli częste kontakty – Tytus Działyński poślubił przecież wnuczkę Izabeli Czartoryskiej.

Tych szczegółowych opisów niestety zabrakło na górnej kondygnacji – przede wszystkim w Sali Mauretańskiej, w której Tytus Działyński urządził bibliotekę, a jego syn Jan muzeum, i która przecież jest największym, najważniejszym i najwspanialszym pomieszczeniem zamku. Opisana jest broń i inne eksponaty (jak porcelana miśnieńska) w gablotach, brakuje jednak opisów wielu innych cennych eksponatów, które się tu znajdują. Nie są podpisane obrazy, nie ma też na przykład informacji, że przed wystawionym tu cennym srebrnym ołtarzem żołnierze składali przysięgę na placu Wolności podczas powstania wielkopolskiego. Przydałoby się to wszystko uzupełnić.

Największe wzruszenie budzi we mnie wprawdzie nie Sala Mauretańska, lecz niewielkie pomieszczenie obok, w którym wystawiono osobiste pamiątki po dawnych właścicielach i ich rodzinie – bransoleta z kosmyka włosów Klaudyny Potockiej, odlew dłoni zmarłego Jana Działyńskiego, szczątki tarczy herbowej rozbitej jego pogrzebie (był ostatnim z rodu). Na górnej kondygnacji zwiedzam też wystawę czasową „Działyńscy i Zamoyscy – wielkopolskie rody w walce o niepodległość”. Otwarta cztery dni temu wystawa ma charakter planszowy, nie ma eksponatów, ale jest bardzo rzetelnie przygotowana i zawiera dużo informacji również mnie wcześniej nieznanych.

Kórnik muszę porównać w tym miejscu z Rogalinem, który dokładnie zwiedziłem dwa lata temu, po zakończeniu trwającego 28 lat remontu. Wtedy, w 2015 roku, wnętrza pałacu w Rogalinie podobały mi się bardziej od Kórnika, teraz muszę znowu zmienić zdanie. Przewaga Kórnika polega na autentyczności ekspozycji i zbiorów, wnętrza zamku w dużej mierze zachowały swój przedwojenny wygląd i przede wszystkim widzimy te same przedmioty, które należały do Działyńskich i Zamoyskich. Rogalin jest tylko rekonstrukcją, bardzo niewiele elementów jego wyposażenia jest oryginalna.

Po trzygodzinnym zwiedzaniu zamku powrót do Śremu – niestety w padającym śniegu.

Arek

Arka poznałem w lutym 1993 roku, wkrótce po moim powrocie z nieudanego półrocznego pobytu w Niemczech. Wróciłem wtedy do pracy w Odlewni Żeliwa, jednocześnie próbując ponownie rozkręcić moją szkołę języków obcych, którą zawiesiłem na czas wyjazdu. Pewnego dnia ktoś zapukał do moich drzwi. W drzwiach stał młody chłopiec.

– Dzień dobry, jestem pana sąsiadem, mieszkam w tej klatce na III piętrze. Czy mógłbym uczyć się u pana niemieckiego?

Oczywiście. Chętnie przyjąłem jednego z pierwszych uczniów mojej szkoły, przecież dopiero szukałem klientów. Arek chodził do III klasy liceum ogólnokształcącego w Śremie i, jak mi powiedział, interesował się niemieckim. Interesował się? To chyba za mało powiedziane. Był bardzo dobry z tego języka, tak dobry, że miałem trudności z dobraniem dla niego odpowiedniego podręcznika. Ostatecznie, już w IV klasie, przeważnie przerabialiśmy artykuły prasowe z niemieckich gazet, które kupowałem w Poznaniu. Naturalnie przygotowywałem też Arka do matury. Tuż po zdanym egzaminie ustnym (była to dawna matura, w 1994 roku, jeszcze przed reformą edukacji) zadzwoniła do mnie koleżanka, germanistka Anna Słowińska, i roześmiana powiedziała:

– Słuchaj, ten Arek jest niesamowity. Z panią Marią Kilian w komisji nie mogłyśmy się nadziwić. Na przykład kiedy powiedział, że czasownik „marschieren” w Perfekcie łączy się z z „haben”, ale może też łączyć się z „sein” i jaka jest różnica…

To prawda, sam mu wyjaśniałem tę różnicę.

Wbrew moim (nigdy niewypowiedzianym) oczekiwaniom i nadziejom Arek nie poszedł na germanistykę, zdecydował się na studia ekonomiczne. Wybór był chyba jednak dobry. Mimo jego pasji do języka nie bardzo wyobrażałem sobie Arka zainteresowanego literaturą, przesiadującego w książkach; wolał pograć w piłkę na podwórku przed moim blokiem.

Przy Grota Roweckiego mieszkałem w kawalerce na parterze. Naprzeciwko mnie mieszkali państwo T. – mąż pracował w Odlewni (chciał kiedyś uczyć się u mnie niemieckiego, ale się wymówiłem, wiedziałem, z jakimi kłopotami wiąże się nauczanie dorosłych), żona, pani T., w szpitalu, gdzie obsługiwała sprzęt diagnostyczny; mieli dwie córki, które chodziły do śremskiego liceum.

Arek mieszkał z rodzicami w niewielkim, niewiele większym od mojej kawalerki mieszkaniu dwa piętra wyżej. Szybko poznałem też jego rodziców. Ojciec Arka, pan Andrzej, kiedyś pracował w Odlewni, jak większość mieszkańców bloku, który był blokiem zakładowym. Był już na rencie (w Odlewni zapadł na pylicę), ale dorabiał sobie, pracując w holenderskim przedsiębiorstwie Karma-Bella w Psarskiem, w którym zajmował się sprawami zaopatrzenia i mnóstwem innych. Ponieważ wykonywałem tłumaczenia dla Karma Belli, mieliśmy częsty kontakt, zachodziłem do ich mieszkania. Arka przeważnie nie było, miał swoje sprawy z kolegami, albo spotykał się z dziewczyną, która też zachodziła do niego na Roweckiego. W kuchni cicho krzątała się tylko mama Arka, dbając o to, aby domownikom niczego nie brakowało; ojciec, pan Andrzej, opowiadał o kłopotach w pracy, których było co niemiara; czasami rozmowa schodziła na politykę, i tę lokalną politykę małego miasteczka, i tę krajową. Pan Andrzej dobrze wspominał czasy PRL, pracę w wielkim zakładzie, nie przeszkadzało mu to, że praca ta zabrała mu zdrowie, teraz zawsze głosował na lewicę. Spotkania te, których pretekstem była na przykład konieczność zaniesienia faktury za tłumaczenie, kontynuowałem również po mojej przeprowadzce z Grota Roweckiego na Chłapowskiego w 2001 roku.

Po studiach Arek znalazł pracę w Gądkach, codziennie dojeżdżał do pracy i nasze kontakty stały się rzadsze. Niemiecki z pewnością przydawał mu się w pracy, w logistyce i obsłudze klientów.

Pewnego dnia pan Andrzej strapiony opowiedział mi o kłopocie, który spadł na jego rodzinę. Podczas rutynowych badań lekarskich u Arka stwierdzono jakieś nieprawidłowości. Dokładniejsze badania wykazały nowotwór. Zaczęło się leczenie, które trwało długo i o którym, chociaż Arek był moim dawnym uczniem, niewiele wiedziałem. Nie sądziłem jednak, że sytuacja wygląda źle – spotykałem się czasami z Arkiem na ulicy i przed moim dawnym blokiem i nie było widać oznak choroby. Oczywiście nie poruszałem z nim tego tematu.

Pod koniec 2012 roku nagle zmarł pan Andrzej, ojciec Arka. Przechodził operację w szpitalu w Śremie. Sam zabieg nie zagrażał życiu, po operacji doszło jednak do nieszczęścia – ataki  kaszlu (pamiątka po pylicy, której nabawił się podczas pracy w Odlewni) spowodowały rozejście się szwów i niemożliwe już do wyleczenia zakażenie rany.

W marcu 2013 roku na słupie ogłoszeniowym w Śremie zobaczyłem nekrolog Arka – chwila, w której prawdziwość, mimo wcześniejszych sygnałów, nie chcemy wierzyć i która tłamsi nas, przydusza całą swoją prawdą do ziemi…

W następną niedzielę, wychodząc po mszy z kościoła na Jezioranach, spotkałem panią T., moją dawną sąsiadkę z bloku przy Grota Roweckiego; zaczęliśmy rozmowę o Arku.

– Powiem panu, że kiedy tego dnia wyszłam z mieszkania i zobaczyłam ten nekrolog, aż mi tchu zabrakło. Od razu zawołałam Staszka, męża, zapytałam: powiedz no, czy ja tu dobrze widzę? Jakie to nieszczęście dla matki, straciła najpierw męża, a teraz syna. A Arek był takim grzecznym chłopcem, zawsze powiedział „dzień dobry”, nie to co inni…

Pan Stanisław, mąż pani T., zmarł niecałe dwa lata później, w grudniu 2015 roku. Pani T., dopiero od niedawna na emeryturze, została sama w domu; pomagała też córkom, które wyszły za mąż, urodziły dzieci (jedna z córek wyemigrowała z mężem do Irlandii). Pewnego dnia, w sierpniu 2016 roku, kiedy w Hali Targowej „Kupiec” w Śremie kupowała ubranka dla wnuczki, zasłabła. Karetka pogotowia jechała aż z Książa (śremska karetka pojechała do innego zdarzenia) i, niestety, przyjechała zbyt późno. Oboje mieli tylko 64 lata. Śremskie media wykorzystały tragedię, znalazły temat, zadając pytanie – dlaczego w Śremie jest tylko jedna karetka?

Praca uniemożliwiła mi wzięcie udziału w pogrzebie, tak jak wcześniej nie byłem na pogrzebie Arka. Praca, czyli tłumaczenia, nauczycielem przestałem być już dawno temu, chociaż takie postaci jak Arek te dawne lekcje ciągle przywodzą mi na myśl…

Jerzy Jurga

Od kiedy znalem Jerzego Jurgę? Chciałoby się powiedzieć: od zawsze, to jest od kiedy zamieszkałem w Śremie, ale przecież nie będzie to prawdą. W każdym razie na charakterystyczną sylwetkę mężczyzny w średnim wieku, z lwią grzywą siwych włosów, spieszącego gdzieś ulicami Śremu, zwróciłem uwagę już w pierwszych latach mojego mieszkania w Śremie. Wkrótce, dzięki mediom i wizytom w Muzeum Śremskim, dowiedziałem się, że jest artystą, że maluje obrazy. Od moich uczniów już na początku lat 90. dowiedziałem się też o klubie „Kerber” przy Zachodniej, kawiarni pod mieszkaniem malarza, którego potoczna nazwa wzięła się od nazwiska Gabrieli Kerber, żony malarza. Nigdy w nim nie byłem, klub był jednak bardzo popularnym, wręcz kultowym miejscem spotkań śremskiej młodzieży.

Jeszcze w latach 90. miałem okazję bliżej poznać twórczość Jerzego Jurgi, tłumacząc na zlecenie Urzędu Miejskiego lub Muzeum Śremskiego ulotkę czy wpis do jakiegoś katalogu (już tego nie pamiętam) o artyście. To z tego wpisu dowiedziałem się o drugiej jego pasji – konstruowaniu kusz. Kusze nigdy mnie specjalnie nie interesowały, obrazy – tak. Coraz więcej ich odkrywałem w różnych miejscach, w galeriach i podczas wystaw, między innymi w Muzeum Śremskim, gdzie w 2005 roku wziąłem udział w wernisażu dużej wystawy Jerzego Jurgi „Moje obrazy i przyjaciół i znajomych”. Wystawa (pamiętam ją do dzisiaj, zrobiła na mnie duże wrażenie, była jedną z najciekawszych, jakie widziałem w Muzeum) pokazywała Jerzego Jurgę takim, jakim go już znałem, ukazywała też jednak nieznane mi dotąd zakamarki duszy artysty.

Jerzy Jurga nie był bynajmniej artystą zamkniętym w wieży z kości słoniowej. Do 1984 roku pracował jako nauczyciel wychowania plastycznego w śremskim liceum, udzielał się towarzysko, prowadził też wykłady o historii sztuki w Bibliotece Publicznej w Śremie. W styczniu 2007 roku byłem też na jego wykładzie (poświęconym sarmatyzmowi)  w ramach Uniwersytetu Ludzi Ciekawych Świata w Collegium Heliodora Święcickiego, również przy Bibliotece (były to czasy, kiedy często chodziłem na te wykłady, obecnie nie pozwala mi już na to praca); to na nim dowiedziałem się, że biblioteka w Śremie w maju tegoż roku organizuje wyjazd do Drezna, do Galerii Starych Mistrzów w Zwingerze. W planach było też zwiedzanie innych obiektów w Dreźnie, jak odbudowanego po zniszczeniach wojennych kościoła Najświętszej Marii Panny (Frauenkirche). Ponieważ nigdy wcześniej nie byłem w Dreźnie, zapisałem się na wycieczkę. Jednym z jej uczestników i naszym (nieoficjalnym) przewodnikiem był Jerzy Jurga.

Wyjechaliśmy do Drezna 26 maja 2007 roku wczesnym rankiem. W autokarze Jerzy Jurga zastrzegł się, że nie będzie mógł oprowadzić nas galerii (byłoby to zresztą chyba sprzeczne z przepisami, oprowadzanie było zarezerwowane dla pracowników Zwingeru, galerię każdy więc musiał zwiedzać sam), dużo nam jednak opowiedział, na co warto zwrócić uwagę w Galerii Starych Mistrzów. Chlubą galerii jest „Madonna Sykstyńska” Rafaela, magnes przyciągający do Drezna wycieczki z całego świata, galeria może się jednak poszczycić też wieloma innymi sławnymi dziełami, jak „Śpiąca Wenus” Giorgione, „Autoportret z Saskią” Rembrandta…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przed wejściem do Galerii Starych Mistrzów w Dreźnie w maju 2007 roku. Jerzy Jurga z bujną siwą fryzurą stoi (odwrócony w bok) w prawej części zdjęcia; piszący te słowa jest widoczny (w niebieskiej koszuli) bardziej w środku. Fot. Biblioteka Publiczna w Śremie

Wizyta w Dreźnie była raczej nieudana. Spowodował to między innymi ulewny deszcz, który po kilkugodzinnym zwiedzaniu Zwingeru przeszkodził nam pójść do Frauenkirche i obejrzeć inne zabytki. Pobyt w stolicy Saksonii zakończył się więc wizytą w centrum handlowym, potem wróciliśmy do Śremu. W następną sobotę, przypadkiem spotkałem się z Jerzym Jurgą podczas wystawy fotograficznej Galerii Bezdomnej w Muzeum Śremskim. Był ciekawy moich wrażeń:

– I jak się koledze podobała wycieczka do Drezna?

– Cóż, szczerze mówiąc, trochę się rozczarowałem. Preferuję inną sztukę. Dzieła w Galerii Starych Mistrzów nie wywarły na mnie takiego wrażenia. Nawet ta „Madonna Sykstyńska”… Mam w domu album z twórczością Rafaela i powiem panu, że na reprodukcji wydała mi się ładniejsza niż w oryginale.

– Tak, to wynikało też z tego, że w galerii obraz jest za szkłem. Bliki przeszkadzają. A co wywarło na panu największe wrażenie?

– Mała wystawa obrazów Cranacha na górnej kondygnacji. Epoka renesansu, ale obrazy bardzo nietypowe dla niej. Te groteskowe przedstawienia przypominały mi obrazy Boscha…

– Naprawdę? Też na to zwróciłem uwagę. Rzeczywiście niezwykłe… A jaką w ogóle sztukę pan preferuje?

– Bardziej współczesną, dwudziestowieczną.

– Ja też lubię niemiecką sztukę współczesną. Interesowałem się kiedyś twórczością Otto Niemeyera-Holsteina…

– Znam go, też go lubię. W ubiegłym roku, podczas wycieczki rowerowej po wyspie Uznam, zwiedziłem muzeum w jego domu w Lüttenort. Czytałem też jego wspomnienia po niemiecku.

– Co pan powie? – Jerzy Jurga cały się rozpromienił. – Wiesz co, przejdźmy sobie na ty, Jurek jestem. A co jeszcze sądzisz o naszej wycieczce?

– Drezno…, muszę powiedzieć, że samo miasto, jego architektura też mnie rozczarowała. Może to wynik niewłaściwej odbudowy po bombardowaniu w 1945 roku…

– Powiem panu, powiem ci, że architektura niemieckich miast w ogóle jest do d… Z małymi wyjątkami. Ładna architektura jest tylko w małych miasteczkach, takich jak Budziszyn koło Drezna. Ale tak się cieszę, że się zgadaliśmy. Wiesz co? Odwiedź mnie kiedyś w domu na Zachodniej. Kładę się późnej spać, koło drugiej, możesz wpaść, to pogadamy. Wprawdzie teraz jestem dość zajęty, ponieważ przygotowuję wystawę. Wernisaż będzie w lipcu.

– Tu, w Śremie?

– Nie, w Poznaniu, w galerii „Arsenał”. Ma to być moja retrospektywa, wybieram więc obrazy. To do zobaczenia!

Czy muszę mówić, że nasze przejście z Jerzym Jurgą na ty trwało tylko jeden dzień? Różnica wieku, fakt, że obracaliśmy się w całkiem różnych środowiskach i wreszcie powierzchowność i efemeryczność naszych kontaktów sprawiła, że przy następnym spotkaniu zwracaliśmy się do siebie już jak dotychczas, per „pan”. Rozmowa ta była jednak ważna dla mnie, również z tego powodu, że usłyszałem podczas o niej o wystawie w „Arsenale”.

Retrospektywa Jerzego Jurgi w Galerii Miejskiej „Arsenał” w Poznaniu była jedną z ciekawszych wystaw i jedną z tych, którą najlepiej zapamiętałem z moich licznych wizyt w tej galerii. Pokazano bardzo szeroki przekrój prac – od utrzymanych w ciemnej tonacji barw obrazów abstrakcyjnych z lat 60. przez główny nurt jego twórczości, czyli sztukę przedstawieniową, zdominowaną przez szarość i biel, w której można dopatrzyć się wpływów surrealizmu i sztuki dziecięcej lub prymitywistów, po tak zwane obrazy zapisywane, czyli składające się z małych piktogramów w postaci ludzkich sylwetek i figur geometrycznych. Te ostatnie i obrazy abstrakcyjne z wczesnego okresu twórczości, podobnie jak kusze Jerzego Jurgi, nie przemawiały do mnie, w przeciwieństwie do obrazów figuratywnych, z których część już znałem z wystawy w Muzeum Śremskim. Pociągała mnie w nich zarówno ich forma, chropowata faktura, czasami jeszcze wzmocniona umieszczeniem w nich wypukłych elementów, jak i treść – obrazy Jerzego Jurgi, przepojone pewną melancholią, nawet smutkiem, były dla mnie ekspresją samotności, alienacji człowieka we współczesnym świecie. To wszystko, co tu napiszę o ich treści. Nie będąc krytykiem, nie dokonuję analizy tej sztuki, zresztą nie jest to chyba potrzebne – każdy musi zobaczyć je sam.

Kiedy w 2008 roku zacząłem redagować Wikipedię, jedno z pierwszych haseł, które napisałem, było poświęcone Jerzemu Jurdze. Pisałem w nim o jego twórczości, ale też o życiu prywatnym: o „Kerberze”, o domu w Grodzewie, o należącym kiedyś do malarza, obecnie zrujnowanym „Białym Gościńcu” niedaleko Kotowa nad Wartą, o jego rodzinie, w tym zmarłej krótko wcześniej żonie. Redaktorzy Wikipedii są zwykle anonimowi, artysta wiedział jednak o moim autorstwie, ponieważ o haśle wspomniałem jego synowi – Kubie. Po miesiącu, 23 października 2008 roku, do kasyna przy jednostce wojskowej w Śremie, gdzie jak co dzień właśnie jadłem obiad, na chwilę wszedł Jerzy Jurga, skierował się do mojego stolika i krótko powiedział:

– Panie Matras, moja żona ma na imię Gabriela, nie Grażyna, jak pan napisał, niech pan to poprawi..

Poprawiłem, nie wiedząc, że była to moja ostatnia rozmowa z Jerzym Jurgą. Artysta zmarł 13 lutego 2009 roku. Dowiedziałem się o tym z Internetu, wieczorem tego samego dnia. Natychmiast zaktualizowałem hasło w Wikipedii, po raz ostatni – po moim wycofaniu się z redagowania Wikipedii późniejsze edycje hasła pochodzą od innych redaktorów. Prawie dwa lata później, w grudniu 2009 roku w wielkim pożarze spłonął też „Kerber” przy Zachodniej w Śremie. Skończyła się pewna epoka…

* * *

Postać Jerzego Jurgi, wspomnienie o nim nieoczekiwanie ponownie zaistniało w moim życiu na początku tego roku. 7 stycznia w magazynie informacyjnym „W samo południe” w I programie Polskiego Radia usłyszałem wiadomość o pożarze polskiego klubu – The Polish Place – w Australii. Nadano też krótki wywiad z właścicielką klubu, która wspomniała, że wśród utraconego majątku i dzieł sztuki były też obrazy Jerzego Jurgi. Za pośrednictwem Facebooka postanowiłem skontaktować się z klubem, wysyłając krótką wiadomość:

Dzień dobry!

Piszę do Państwa z Polski. Właśnie usłyszałem w wiadomościach w Polskim Radiu, że spalił się Państwa ośrodek – The Polish Place. Bardzo mi przykro z tego powodu; mam nadzieję, że uda się Państwu go odbudować i wznowić działalność.

Słyszałem też, że podczas pożaru spłonęły obrazy Jerzego Jurgi. Jerzego Jurgę, malarza z mojego miasta Śremu, znałem bardzo dobrze, jestem też autorem artykułu o nim w polskiej Wikipedii. Nie wiedziałem, że posiadali Państwo też jego obrazy. Czy mogę zapytać, w jaki sposób trafiły one do Państwa? Ile obrazów Jerzego Jurgi spłonęło?

Tego samego dnia otrzymałem odpowiedź od pani Anny Sowter, właścicielki klubu:

Witam Pana,

Mieliśmy 9 obrazów Jerzego Jurgi, które spłonęły. Poznaliśmy się dzięki słynnej galerii w Poznaniu przy Starym Rynku. Przepraszam, ale zapomniałam jej nazwę. Ulica chyba Woźna albo Wodna. Wówczas zakupiłam parę jego obrazów, później skontaktowałam się z Jerzym bezpośrednio i zorganizowaliśmy wystawę jego dziel w naszej galerii. Nie pamiętam teraz roku, ale to chyba późne lata 90. Zatrzymaliśmy 6 obrazów i Jerzy dosłał nam dwa następne. Jego żona, Gabrysia jest odpowiedzialna za pomalowanie kwiatów na ścianie i na kominku w sali restauracyjnej w 2003. Bardzo mi tęskno za obojga wybitnym talentem. Obrazy nie były na sprzedaż, były naszą kolekcją w galerii.

Odpowiedziałem:

Dziękuję za informacje. Czy pozwoli Pani, że podzielę się nimi z moimi znajomymi na Facebooku? Jerzy Jurga, chociaż zmarł w 2009 roku, jest dobrze pamiętany w Śremie, był bardzo ważną postacią w życiu kulturalnym naszego miasta.

Na co otrzymałem z Australii odpowiedź:

Oczywiście, uważam Jerzego za jednego z najwybitniejszych artystów w Polsce i Śrem może być bardzo dumny. Wystawa jego obrazów w naszej galerii była wielkim powodzeniem. Na nieszczęście spaliły się książki o Jerzym jak również recenzje w gazetach australijskich o jego twórczości. Ponad 20 obrazów sprzedanych znajduje się w domach Australijczyków i Nowozelandczyków.

Dopiero po tej wymianie korespondencji dowiedziałem się, że Jerzy Jurga był też w Australii i pozostawił tam swoje obrazy. Obrazów, które spłonęły, już nie odzyskamy; na szczęście pozostało ich wiele w Śremie i w Polsce. Pani Anna Sowter miała rację: „Śrem może być bardzo dumny”.

Wspomnienie napisane i opublikowane 24 września  2017 roku – w dniu odsłonięcia pomnika Jerzego Jurgi na śremskiej promenadzie.

Kazimiera

Na 1 września – o tym, jak znajomość historii pomaga w tłumaczeniach i kontaktach z klientami. Wspomnienie sprzed lat…

– Dzień dobry! Przyszłam odebrać tłumaczenie dokumentu.

– Proszę. Pani urodziła się w czasie okupacji, prawda?

– Tak. A skąd pan wie? Tu nie ma mojej daty urodzenia.

– Interesuję się historią. Na drugie imię ma pani Kazimiera. W czasie wojny wszyscy chłopcy narodowości polskiej urodzeni w Kraju Warty otrzymywali na drugie imię Kazimierz, a dziewczynki Kazimiera. W ten sposób władze okupacyjne chciały ich od urodzenia odróżniać od Niemców.

– A, tak rzeczywiście było. Kiedy byłam małą dziewczynką, miałam za złe mamie, że dała mi takie imię, ale mi wytłumaczyła, że inaczej nie mogła…

Odpust

Coroczny odpust przy kościele Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Puławach to jedno z najwcześniejszych moich wspomnień dzieciństwa z początku lat 70. Kościół był położony trochę dalej, „Na Górce”, jak mawiają puławianie, odpust odbywał się natomiast na mojej ulicy Izabeli, praktycznie pod moimi oknami – mieszkałem na parterze bloku numer 5.

Każdego roku dzień 15 sierpnia był wielkim wydarzeniem w życiu dziecka, oczekiwanym i upragnionym. Już od samego rana budziły mnie hałasy na ulicy – handlarze ustawiali i zbijali swoje kramy, rozkładali na nich towary. Po porannych mszach pojawiali się pierwsi kupujący, było ich coraz więcej  i więcej, w końcu koło południa i wczesnym popołudniem cała (wprawdzie niedługa) ulica Izabeli huczała gwarem rozmów, piskami trąbek, wystrzałami – jakże wyraźna jest moja pamięć słuchowa tamtych dni… Ulica zapełniała się, dorosłymi, ale przede wszystkimi dziećmi, które z przejęciem biegały od stoiska do stoiska, ściskając w ręku drobne otrzymane od rodziców, które wydawały na… Na co wydawaliśmy pieniądze? Na watę cukrową, zabawki, różne plastykowe wiatraczki, świecidełka… Nie wiem, co kupowały dziewczynki, nas, chłopców, interesowały przede wszystkim korkowce, czyli pistolety na korki i kapiszony, z którymi biegaliśmy potem po podwórku.

W odpust odwiedzał mnie też kolega ze szkoły, razem chodziliśmy po stoiskach, rozglądaliśmy się i kupowaliśmy nowy zapas korków, które potem ładowaliśmy do naszych pistoletów (przeważnie już mieliśmy je z poprzednich odpustów). Pamiętam szokujące wydarzenie podczas jednego z takich odpustów, kiedy koledze podczas manipulowania przy korkowcu wybuchł korek w rękach – złapał się za twarz, zakrył oczy dłońmi; nie, nie stracił wzroku, skończyło się na jego (i moim) strachu.

A potem przychodziło wielkie sprzątanie wieczorem, chociaż śmieci na ulicy walały się jeszcze następnego dnia, dopóki ich nie uprzątnęły służby oczyszczania miasta. O odpuście długo się pamiętało, i czekało na następny.

Z aspektu religijnego wydarzenia nie rozumiałem chyba nic, nie zdawałem sobie nawet sprawy z religijnego znaczenia słowa „odpust”, dla mnie odpust był po prostu wielkim, wspaniałym jarmarkiem, w ogóle nie kojarzyłem go z odpuszczaniem grzechów. Nasza parafia chyba też zdawała sobie sprawę z całkowitej świeckości tego jarmarku, że nie ma on nic wspólnego z religią, skoro nie zezwalała na budowę kramów tuż przy kościele „Na Górce”. Musiały być one ustawiane właśnie na ulicy Izabeli, aby hałas nie przeszkadzał w nabożeństwach.

Wspomnienia te dotyczą pierwszej połowy lat 70. Później oczywiście też odbywały się tam odpusty, nadal pod oknami naszego mieszkania, już mnie jednak nie interesowały. Czy to ja wyrosłem, czy odpusty stały się inne? Myślę, że i jedno, i drugie. Moi rodzice też potwierdzali, że „odpusty teraz to nie to, co dawniej”. Stały się mniejsze, jakby skurczyły się. Czy nadal odbywają się w Puławach na Izabeli? Z tego, co wiem, tak, chociaż przestały już być taką atrakcją w mieście, jaką były kiedyś.

Od 35 lat nie mieszkam w Puławach. W mojej parafii w Śremie w Wielkopolsce odpustów (w znaczeniu jarmarków) nie ma. Podczas moich wycieczek rowerowych czasami trafiam na odpusty w okolicznych wioskach, na przykład w Śnieciskach na św. Marcina, Wyskoci na św. Andrzeja, Jaszkowie na św. Barbary. W porównaniu z odpustami puławskimi z lat mojego dzieciństwa są to jednak tylko miniodpusty, z kilkoma stoiskami i niewielką liczbą kupujących. I przyczyną tego chyba nie jest tylko chłodna, listopadowa i grudniowa pora roku i mała wielkość parafii…

Helmut Kohl

Wczoraj zmarł Helmut Kohl – dla świata polityk, mąż stanu, dla mnie postać kojarząca się z moją młodością, latami studiów, pierwszymi latami pracy… Oczywiście nigdy nie poznałem go osobiście, chociaż czasami szedłem jego śladami. Urząd Kanclerski w Berlinie odwiedziłem tylko raz, w sierpniu 2006 roku, przy okazji dnia otwartych drzwi, które niemiecki rząd regularnie organizuje. Kohl wtedy już dawno odszedł od władzy, w Urzędzie Kanclerskim zasiadała Angela Merkel. Wcześniej, chyba w 1998 roku, Kohl był z wizytą w Poznaniu. Pojechałem tam rowerem, zaszedłem też na Stary Rynek, zamknięty dla ruchu kołowego i otoczony mnóstwem ludzi mających nadzieję zobaczyć kanclerza Niemiec. Wśród nich najbardziej rzucała się w oczy niewielka grupka osób z wielkim, profesjonalnie wykonanym transparentem z napisem: „Die deutsche Minderheit in Posen grüßt Herrn Bundeskanzler Kohl”. Nigdy wcześniej (i nigdy później) nie słyszałem o tej niemieckiej mniejszości w Poznaniu – chyba wolą nie rzucać się w oczy.

Helmut Kohl został kanclerzem Republiki Federalnej Niemiec 1 października 1982 roku, tego samego dnia, w którym rozpoczynałem moje studia germanistyczne na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Szybko zdobył sobie popularność w Polsce stanu wojennego, czego nie można powiedzieć o pozycji, jaką miał w ojczyźnie. Na początku 1983 roku odwiedził nas na wykładzie z historii młody Niemiec, który opowiadał o bieżącej polityce RFN, mówił też o stosunku młodego pokolenia do „kapuścianej głowy” – „Kohlkopf”, jak już wtedy w pewnych środowiskach był określany Kohl. O Kohlu krążyło mnóstwo dowcipów, wiele z nich nawiązywało do jego prawdziwej czy rzekomej nieznajomości języków, na przykład ten, który usłyszałem, studiując germanistykę już na Uniwersytecie Warszawskim:

Kohl postanowił wreszcie nauczyć się jakiegoś języka obcego i wybrał esperanto, ponieważ ktoś mu powiedział, że jest najłatwiejszy.

– Ale mieszkańcy Esperanto się zdziwią, kiedy pojadę do nich na urlop! – powiedział zadowolony z siebie Kohl.

W rządzonej przez CDU, ale w kwestiach obyczajowych, światopoglądowych w gruncie rzeczy zdominowanej przez lewicę Republice Federalnej Niemiec żarty z Kohla należały do dobrego tonu, tak samo jak w Polsce kilka lat temu dowcipy o PiS i Kaczyńskim. Wśród młodych niechęć do Kohla była powszechna, poparcie dla niego byłoby „obciachem”. Pamiętam, jak w 1994 roku, będąc na Targach Odlewniczych GIFA w Düsseldorfie, pojechałem zwiedzić katedrę w Kolonii, a tam w tłumie swobodnie zachowujących się młodych ludzi pod katedrą zobaczyłem też powieszone na ścianie świątyni zdjęcie zwalistego Kohla w polowym mundurze wojskowym (chyba został sfotografowany, kiedy wizytował jakieś manewry), otoczonego przez żołnierzy Bundeswehry. „Welcher Soldat muss nicht in den Krieg?” – brzmiało pytanie pod zdjęciem. „Der dicke“ – dopisywali odpowiedź Niemcy. Młodzi, pacyfistycznie nastawieni, uważający się za wrażliwych na problemy społeczne Niemcy głosowali na Partię Zielonych, ewentualnie na SPD, przecież tylko filistrzy mogą głosować na CDU. Jak to możliwe, że ci „filistrzy” decydowali o polityce RFN przez 16 lat? Helmut Kohl był kanclerzem przez cztery kadencje, dłużej od niego rządził tylko Bismarck.

Czasami zastanawiam się, czy ci wtedy młodzi Niemcy zmienili poglądy, ale chyba nie. Prawdopodobnie nadal wyznają światopogląd datujący się od rewolucji obyczajowej 1968 roku. Rządy Kohla stanowią potwierdzenie tezy politologów, że od lat 80. w Europie i Stanach Zjednoczonych rząd dusz sprawuje lewica, media o nastawieniu głównie lewicowym, władza polityczna we właściwym sensie tego słowa jest jednak w rękach prawicy.

I jeszcze jeden polski ślad – w latach 90. pojechałem do Krzyżowej koło Świdnicy, aby zwiedzić centrum konferencyjne i siedzibę Fundacji „Krzyżowa” dla Porozumienia Europejskiego. Najbardziej interesowała mnie działalność Kręgu z Krzyżowej, kupiłem wtedy m.in. zbiór listów Helmuta von Moltke, w powszechnej świadomości w Polsce Krzyżowa jest jednak kojarzona ze spotkaniem Helmuta Kohla z Tadeuszem Mazowieckiem, symbolem polsko-niemieckiego pojednania. Ile osób w Polsce wie, że to „pojednanie” wtedy wcale nie było pewne, że Kohl odczuwał opory przez ostatecznym uznaniem granicy polsko-niemieckiej na Odrze i Nysie Łużyckiej, między innymi ze względu na protesty Związku Wypędzonych? Do uznania granicy zmusił go ostatecznie prezydent George Bush podczas rokowań przed podpisaniem traktatu „2 + 4”, grożąc, że w przeciwnym wypadku nie wyrazi zgody na zjednoczenie Niemiec. Pewne rzeczy wolimy usuwać z pamięci…

Mimo wszystko Kohl pozostaje – dla Niemców – wielką postacią w historii Niemiec, a to oznacza – również w historii Europy.

Spotkanie na Uznamie

Maj 1989 roku był ciepły i słoneczny. Od stycznia odbywałem służbę wojskową w Komendzie Portu Wojennego w Świnoujściu, w dziale politycznym, byłem też dowódcą warty. Przełożeni wykorzystywali również moją znajomość niemieckiego, kilkakrotnie uczestniczyłem w „spotkaniach przyjaźni” (Freundschaftstreffen) z marynarzami i oficerami enerdowskiej Volksmarine i członkami ich rodzin. Dwa i pół miesiąca wcześniej, 8 marca, pojechałem nawet na huczne obchody Dnia Kobiet w bazie marynarki wojennej w Peenemünde na samym końcu wyspy Uznam – wróciłem tam po latach, już w zjednoczonych Niemczech.

Pod koniec maja pojechaliśmy jeszcze raz do NRD na zaproszenie Volksmarine. Tym razem grono było kameralne, impreza miała charakter bardziej prywatny. Oprócz marynarza-kierowcy i mnie jako tłumacza w składzie naszej delegacji byli Kapitan, Porucznik i Bosman, pierwsi dwaj z działu politycznego bazy marynarki wojennej w Świnoujściu, trzeci (zajmował się wyszkoleniem marynarzy) trochę na przyczepkę. Jechaliśmy wojskową nysą z garnizonu, tym razem nie tak daleko – spotkanie miało się odbyć nad brzegiem Bałtyku, około 20-30 kilometrów od granicy. Enerdowskie grono też nie było liczne – wyglądający na poważnego i pryncypialnego Kapitänleutnant, najstarszy wiekiem i rangą, młody, trochę starszy ode mnie Leutnant, obaj z pionu politycznego marynarki, i dwóch obsługujących nas marynarzy. Jeden z marynarzy był całkiem łysy; jak wyjaśnił nam, nie ostrzygł się tak z ekstrawagancji, tylko cierpiał na jakąś chorobę. Enerdowscy oficerowie, chociaż byli gospodarzami, nie mieli własnego pojazdu, podwiózł ich ktoś z jednostki.

Przyjechaliśmy na miejsce około południa. Nad brzegiem morza stał drewniany domek należący do Volksmarine, impreza toczyła się jednak głównie na zewnątrz, słoneczna pogoda nam sprzyjała. Jak wypadało, spotkanie zaczęło się od przywitania, trochę atmosfery oficjalnej, „wymiany doświadczeń” (Erfahrungsaustausch), wkrótce na stole pojawiły się jednak pierwsze butelki z piwem. Marynarz-kierowca nie pił w ogóle, ja tylko symbolicznie (jako tłumacz musiałem zachować jasność umysłu, poza tym i wtedy, i dziś mało piję alkoholu), pozostali chętnie sięgali po piwo. Potem pojawiły się też mocniejsze alkohole. Tematy rozmowy były różne, obracały się przeważnie wokół spraw służby, ale też prywatnych. Rozmawialiśmy nawet o polskiej telewizji, o której niemiecki  marynarz powiedział nam, że jest popularna w przygranicznych rejonach NRD, zwłaszcza program „Teleclub”. „Teleclub”? Ach, chodzi o „Bliżej świata”, bardzo popularną wtedy w TVP składankę programów z zachodniej telewizji satelitarnej, w której czołówce pojawiała się też plansza kanału „Teleclub”.

– Tak, to rzeczywiście bardzo dobry program – powiedział Porucznik. – Właśnie dzisiaj wieczorem jest kolejna emisja. Mam nadzieję, że zdążymy wrócić.

Kapitänleutnant był poważny i mniej się uśmiechał. Powiedział nam, że jego nastoletnia córka nagle zachorowała i tego ranka trafiła do szpitala. Przeprasza, że nie może bawić się jak inni, chciałby jednak jeszcze ją odwiedzić dzisiaj wieczorem, dlatego spotkanie nie może trwać tak długo, jak planowano.

Rozmowa stawała się coraz swobodniejsza, przy kolejnych kuflach i kieliszkach alkoholu nawet pomoc tłumacza nie była tak potrzebna jak na początku. Podczas rozmowy Leutnant wyciągnął z kieszeni i pokazał mi książeczkę – rozmówki polsko-niemieckie wydane dla żołnierzy armii enerdowskiej, gdzie oprócz „dzień dobry” czy „poproszę butelkę wody mineralnej” można było znaleźć tłumaczenie takich zwrotów jak „Bundeswehra stanowi zagrożenie dla pokoju światowego”. Kiedy zainteresowałem się książeczką, Leutnant podarował mi ją. Nieoczekiwanie dla mnie zaczął też pytać mnie o życie prywatne, czy jestem żonaty. Poprosił mnie o adres i po dwóch tygodniach otrzymałem list od niego, w którym zapraszał mnie w odwiedziny u niego i jego żony. Odpowiedziałem, ale kontakt bardzo szybko się urwał.

Wreszcie poszliśmy się przespacerować brzegiem morza i wśród wydm – jak długo można siedzieć w oparach alkoholu? Było gorąco, słońce prażyło, ludzi na plaży nie było jednak dużo, sezon urlopowy jeszcze się nie rozpoczął. W pewnym momencie Porucznik dostrzegł coś na horyzoncie i podzielił się z nami uwagą:

– A tam w krzakach facet pompował panienkę… Widzieliście?

Bosmana, który wypił więcej od Porucznika, naszła ochota nawiązać znajomość z dwiema dziewczynami, które spacerowały po plaży niedaleko nas; podszedł do nich i usiłował zagadać plączącym się językiem, wreszcie wezwał mnie na pomoc.

– Niech podchorąży, niech podchorąży zapyta je, co panie tu robią. Możemy w czymś pomóc?

Dziewczyny spojrzały na nas bez słowa z jednoznacznym wyrazem twarzy, wycofaliśmy się.

Powróciliśmy do domku. Kapitänleutnant znowu wspominał o konieczności szybszego zakończenia imprezy, chciał jechać do córki, Kapitan zdawał się tego nie zauważać. Litry wlanego w siebie piwa i wódki całkowicie rozwiązały mu język, koniecznie chciał dalej rozmawiać z Kapitänleutnantem.

– A co ty, Peter, sądzisz…, hik, o ostatnich przemianach w Polsce? Wiesz, Okrągły, Okrągły Stół i te rzeczy…

– To bardzo niekorzystne zjawiska. Zmiany te idą w złym kierunku. To woda na młyn imperialistów i wszystkich, którzy chcą rozbić wspólnotę socjalistyczną.

– Ale…

Dzień zbliżał się ku końcowi. Było widać, że Kapitänleutnant coraz bardziej się niecierpliwi i pragnie zakończyć to spotkanie, Kapitan mu jednak na to nie pozwalał.

– Przepraszam cię, ale niedługo odjeżdża ostatni autobus do mojej miejscowości, a ja, jak wiesz, chciałbym jeszcze do szpitala, do córki…

– Peter. Ja ci powiem, że…, hik, co to ja miałem powiedzieć? Powiem ci, że ja coraz bardziej… – Kapitan był już całkiem pijany, uparcie stał z kieliszkiem przy Kapitänleutnancie, nie pozwalając mu odejść.

Wreszcie udało się przekonać Kapitana, że czas już wracać do Polski. Porucznikowi również spieszyło się, chciał obejrzeć swój ulubiony program w telewizji. Kapitänleutnant poprosił nas o podwiezienie na przystanek, z którego odchodził jego autobus. Kierowca starał się jechać szybko, kiedy przyjechaliśmy na miejsce, okazało się jednak, że autobus już odjechał.

– Der Bus ist schon weg. Meine Tochter… – cicho powiedział Kapitänleutnant. Po chwili zapytał –  Czy moglibyście ewentualnie podwieźć mnie…

– Nie – odpowiedział Porucznik – spóźnimy się na „Bliżej świata”.

– Peter, możesz przenocować u mnie, pojedziesz rano  – powiedział Leutnant.

Kapitänleutnant nie odpowiedział. Pożegnał się z nami i obaj wysiedli z samochodu.

– A fuj, fuj, fuj! A idźcie mi stąd – głośno zawołał Kapitan i zamachał rękoma z obrzydzeniem, natychmiast po tym, jak enerdowscy oficerowie wysiedli, a my ruszyliśmy z powrotem do Polski.

– No to zdążymy – powiedział z zadowoleniem Porucznik.

– Nie zdążymy, spóźnimy się – odpowiedziałem.

– Ale zdążymy się spóźnić – uśmiechnął się Porucznik.

Kapitan nie odpowiedział, spał. Obudził się dopiero w Świnoujściu.