Krakowski Salon Poezji Anny Dymnej – Dorota Segda, Roman Brandstaetter

13 stycznia – pierwszy od kwietnia ubiegłego roku wyjazd na spektakl Krakowskiego Salonu Poezji Anny Dymnej w Teatrze Muzycznym w Poznaniu. Podczas spektaklu Dorota Segda czytać będzie fragmenty „Dębów patriarchy Izaaka” Romana Brandstaettera i Księgi Rodzaju.

Aktorki telewizyjnej i filmowej Doroty Segdy w zasadzie nie znam. Ponieważ od ponad 20 lat nie mam telewizora, nie oglądałem żadnego z seriali, w których występowała; z filmów pełnometrażowych z jej udziałem widziałem tylko jeden, dawno temu – „Ostatni prom”. Do wyjazdu na spektakl skłoniła mnie raczej postać autora czytanego tekstu – Romana Brandstaettera, którego wystawę widziałem dwa tygodnie temu w Bibliotece Raczyńskich. Ponieważ dotąd w ogóle nie znałem jego twórczości, chcę posłuchać jednego z jego opowiadań.

Temperatura w momencie wyjazdu -1 °C, taka utrzyma się też do końca dnia. Na skrzyżowaniu Grunwaldzkiej i Zamenhofa w Śremie wypadek – radiowozy, samochody straży pożarnej i pogotowia ratunkowego zablokowały skrzyżowanie, na którym samochód dostawczy firmy „Dar-Zof” zderzył się z osobowym. Kierowca tego drugiego jest w ciężkim stanie, ratownicy wyciągają go przez tył samochodu; zgromadził się już tłumek gapiów, dziennikarz lokalnej gazety robi zdjęcia. Nie zatrzymuję się długo, jadę dalej w kierunku Poznania, gdzie jestem po trzech godzinach jazdy. Przed teatrem tłumek ludzi, zainteresowanie spektaklem jak zwykle jest duże, udaje mi się jednak kupić bilet w ostatnim rzędzie na balkonie.

„Dęby patriarchy Izaaka” to jeden z wielu utworów Brandstaettera inspirowanych Biblią. Pismu Świętemu autor, Żyd, który podczas pobytu w Palestynie podczas II wojny światowej przeszedł nawrócenie na chrześcijaństwo, poświęcił bardzo dużą część swojej twórczości – powieści, opowiadań, wierszy, dramatów, również przekładów Biblii. Nie znam ani jego najbardziej znanej powieści, tetralogii „Jezus z Nazarethu”, ani innych dzieł, „Dęby patriarchy Izaaka” są pierwszym, z którym mogę się zapoznać, tu w interpretacji Doroty Segdy. Zgodnie z tytułem to opowieść o Izaaku, dla Żydów i chrześcijan postaci biblijnej jakby mniej znanej, stojącej w cieniu swojego ojca Abrahama i syna Jakuba, ale jakże ważnej w Starym Testamencie.

Niestety, to pierwsze spotkanie z twórczością Brandstaettera wywołuje u mnie dość mieszane uczucia. Autor starał się ubrać w kunsztowną literacką formę biblijną opowieść o odwiedzinach wysłanników Jahwe u Abrahama, o narodzinach Izaaka, o ofierze ze swojego syna, którą chciał złożyć Abraham, o poślubieniu przez Izaaka Rebeki, o jego synach Jakubie i Ezawie, wreszcie o podstępnie wyłudzonym od ojca błogosławieństwie dla Jakuba, nie jest to jednak twórczość, która przenika czytelnika czy słuchacza do głębi. Aby dzieło literackie mogło być uznane za wybitne, musi być przede wszystkim oryginalne. Dotyczy to również książek inspirowanych innymi księgami, jak Biblią. Kiedy słuchałem „Dębów…”, przypomniała mi się „Księga apokryfów” Karela Čapka, którą czytałem będąc nastolatkiem. Čapek sięgnął w niej po motywy biblijne, aby opowiedzieć o współczesnym mu świecie, nie gubiąc przy tym uniwersalności przesłania. Tymczasem Brandstaetter nie mówi nic nowego nad to, co jest powiedziane w Biblii, trzyma się wiernie Pisma Świętego; nie ma tu pierwiastków oryginalnych. Niepotrzebny jest też jego dydaktyzm, czasami nachalne wyjaśnianie, co „autor” (czyli sam Bóg) miał na myśli. Historia Izaaka jest lepiej opowiedziana w prostych słowach Księgi Rodzaju, które również możemy usłyszeć na scenie.

Na tym tle dużym plusem była sama interpretacja tekstu przez Dorotę Segdę. Pani Dorota ma duży kunszt aktorski, jej interpretacja była pełna ciepła i zadumy nad losami rodziny Abrahama, Izaaka i Jakuba. Słuchałem jej z prawdziwą przyjemnością, samego tekstu Brandstaettera niekoniecznie.

Dorota Segda

Bilans 2017

Kolejny rok wypraw rowerowych za mną. Niestety mniej udany niż poprzedni, między innymi ze względu na niesprzyjającą pogodę. W poprzednim roku byłem sześć razy we Wrocławiu, w tym roku tylko dwa; w 2016 roku imprezy kulturalne we Wrocławiu były też jednak o wiele bardziej interesujące – Wrocław był wtedy Europejską Stolicą Kultury. Dużo ciekawych imprez było za to w Poznaniu. Niestety znowu nie byłem w górach ani nad morzem. Po dwóch latach przerwy udało mi się natomiast znowu pojechać do Niemiec – na Długą Moc Muzeów do Berlina i do Drezna (obie wycieczki bardzo udane).
Styczeń
6 stycznia – Błażejewo, kościół pw. św. Jakuba Apostoła
21 stycznia – Poznań: Muzeum Narodowe (wykład na temat „Święta Jordanu” Teodora Axentowicza)
– Biblioteka Raczyńskich (wystawa dawnych kalendarzy „Po co są dni”)
– Galeria Miejska Arsenał (wystawa „Kruchość materii” Kazimierza Kalkowskiego)
28 stycznia – Rogalin: Galeria Obrazów
Luty
5 lutego – Poznań: Dalineum
12 lutego – Lubiń: kościół pw. Narodzenia Najświętszej Marii Panny
18 lutego – Poznań: Targi Turystyczne Tour Salon
25 lutego – Poznań: Biblioteka Raczyńskich (wystawa „Rocznice powstania wielkopolskiego”)
– Muzeum Archeologiczne (wystawa dawnych butów „Każdy krok zostawia ślad”)
– Galeria Miejska Arsenał (wystawa Jerzego Piotrowicza)
– Muzeum Henryka Sienkiewicza (wernisaż wystawy „Autografy sławnych ludzi”)
Marzec
4 marca – Poznań: Biblioteka Raczyńskich (I Wielkopolskie Forum Pamięci Narodowej)
12 marca – Poznań: Muzeum Narodowe (wystawa „Piotrowicz i goście” i wykład „Piotrowicz – historia sztuki i film”)
19 marca – Kościan: Muzeum Regionalne (wystawa „Bohaterowie 1918-1919” i wystawa fotografii Karola Budzińskiego „Wielkopolska – tu warto być, to warto zobaczyć”); w drodze powrotnej:
– Wizyta w schronisku dla zwierząt w Gaju
25 marca – Poznań: Zamek Cesarski (wystawa „Złe kobiety”)
– Targi Edukacyjne, Targi „Książka dla Dzieci, Młodzieży i Rodziców” i Poznańskie Targi Książki Naukowej i Popularnonaukowej
Kwiecień
1 kwietnia – Poznań: Teatr Muzyczny (Krakowski Salon Poezji Anny Dymnej, „Kwiaty polskie” Juliana Tuwima)
– Biblioteka Raczyńskich (wystawy „Celtyckie odrodzenie” i „Posnaniana 2016”)
– Biblioteka Uniwersytecka (wystawa „Polski Paryż romantyczny”)
8 kwietnia – Poznań: Muzeum Etnograficzne (wernisaż wystawy „Romowie ≠ Cyganie”)
22 kwietnia – Leszno: Teatr Miejski („Zagraj to jeszcze raz, Sam” Woody Allena, wyjazd na spektakl autobusem ze Śremskim Stowarzyszeniem Przyjaciół Teatru)
30 kwietnia – Poznań: udział w nabożeństwie w kościele prawosławnym pw. św. Mikołaja
– Zamek Cesarski (wystawa World Press Photo)
Maj
6 maja – Leszno: Teatr Miejski („Abonament na szczęście”, wyjazd na spektakl autobusem, organizowany przez Bibliotekę Publiczną w Śremie)
13 maja – Leszno: Teatr Miejski („Tajemnica Tomka Sawyera”, wyjazd na spektakl autobusem, organizowany przez Bibliotekę Publiczną w Śremie)
14 maja – Poznań: Akademia Muzyczna (poranek z muzyką akordeonową)
– Muzeum Narodowe (wystawa „A-geometria. Hans Arp i Polska”)
20 maja – Poznań: Noc Muzeów
– Muzeum Narodowe (wystawa grafik „Błędne koło” Janusza Przybylskiego, trzy wykłady o twórczości Przybylskiego i „Błędnym kole” Malczewskiego, dwa wykłady o Poznańskim Towarzystwie Przyjaciół Nauk i Sewerynie Mielżyńskim)
– Muzeum Archeologiczne (spotkanie z prof. Karolem Myśliwcem)
27 maja – Poznań: Muzeum Narodowe (wykład o „Starej Bretonce” Władysława Ślewińskiego)
27 maja – Poznań: Muzeum Henryka Sienkiewicza (wystawa „Moś to był ktoś”)
– Biblioteka Raczyńskich (wystawa „Na poznańską mod(ł)ę. W XIX-wiecznej garderobie”)
– Galeria Miejska Arsenał (Poznańska Wiosna Gitarowa)
Czerwiec
3 czerwca – Ląd: Festiwal Kultury Słowiańskiej i Cysterskiej (udział w konferencji popularnonaukowej „Grody i miasta”)
11 czerwca – Trzemeszno: bazylika pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Po drodze zwiedzanie kościołów w Nekli, Czerniejewie i Pawłowie
15 czerwca – Środa Wlkp.: kolegiata pw. Najświętszej Marii Panny Wniebowziętej
18 czerwca – Wrocław: Pawilon Czterech Kopuł
24 czerwca – Poznań: Zamek Cesarski (udział w konferencji naukowej „Architektura okresu III Rzeszy w Polsce”)
– Biblioteka Raczyńskich (wystawa medali i rzeźb Józefa Stasińskiego)
– Galeria Miejska Arsenał (wystawy „Teledyski animowane” Łukasza Rusinka i „Płot” Dominika Lejmana)
Lipiec
1 lipca – Szreniawa: Muzeum Rolnictwa (wystawy „Przyjaciel wolności, ludu, cnót i prawa. Tadeusz Kościuszko w 200. rocznicę śmierci”, „Pyrlandia w obiektywie artystów” i „Mniejszości narodowe i etniczne w Polsce”)
8 lipca – Kalisz: Muzeum Okręgowe (wystawy „Kulisiewicz i zwierzęta” i „Sport w Kaliszu”)
15 lipca – Dobrzyca: Muzeum Ziemiaństwa (wystawa „Józef Wybicki i jego czasy”)
– Jarocin: festiwal w Jarocinie i zwiedzenie wystawy stałej w Spichlerzu Polskiego Rocka
23 lipca – Jutrosin: kościół pw. św. Elżbiety
30 lipca – Kościan: kościół pw. Najświętszej Marii Panny Wniebowziętej
– Muzeum Regionalne (wystawa „Park Krajobrazowy im. gen. Dezyderego Chłapowskiego w fotografiach Marka Chwistka”)
Sierpień
6 sierpnia – Leszno: Muzeum Okręgowe (wystawy „Stolice wielkopolskiego protestantyzmu. Leszno i Śmigiel. Współistnienie wyznań” i „Z atelier artystów wielkopolskich”)
12 sierpnia – Poznań: Muzeum Etnograficzne (spotkanie „Romanipen, czyli co to znaczy być Romem”)
– Muzeum Bambrów Poznańskich
– Galeria Miejska „Arsenał” (wystawy „Zaćmienie” Izabeli Sitarskiej i „POP – Polska Okładka Płytowa”)
15 sierpnia – Mórka: kościół pw. Najświętszej Marii Panny Wniebowziętej
19 sierpnia – Berlin: Długa Noc Muzeów. Wyjazd pociągiem i autobusem
– Miejsce Pamięci Muru Berlińskiego
– Topografia Terroru
– Martin-Gropius-Bau (wystawy „Der Luthereffekt“, Der ganze Prozess“, grafiki Luciana Freuda)
– Niemieckie Muzeum Szpiegostwa
– Ottobock Science Center
– Max Liebermann Haus (wystawa fotografii Bernarda Larssona)
26 sierpnia – Leszno: Leszno Barock Plus Festival
Wrzesień
2 września – Wrocław: Pałac Królewski (wystawy „Artyści śląscy 1845-1945”, „Nowy poczet władców Polski” i „Kresy południowo-wschodnie na przedwojennej pocztówce”)
9 września – Poznań: Ogólnopolski Kongres Kobiet
16 września – Biblioteka Raczyńskich (wystawa „„Solum Verbum – Reformacja i słowo XVI-XVIII wiek” i wystawa fotografii „Przyroda Wielkopolski” Wojciecha Nawrockiego)
– Galeria Miejska „Arsenał” (wystawa „Polki, patriotki, rebeliantki”)
– Wielkopolskie Muzeum Wojskowe (wystawa „Legia Cudzoziemska. Polacy w służbie Francji” i wykład o wojskach spadochronowych Legii Cudzoziemskiej)
23 września – Poznań: Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny Halina Czerny-Stefańska in memoriam
30 września – Manieczki: spektakl „Kulig” Józefa Wybickiego
30 września – Leszno: Teatr Miejski („Małe zbrodnie małżeńskie”, wyjazd na spektakl autobusem ze Śremskim Stowarzyszeniem Przyjaciół Teatru)
Październik
1 października – Poznań: Muzeum Narodowe (wystawa „Szczeliny wolności”)
7 października – Poznań: Muzeum Sztuk Użytkowych
– Muzeum Historii Miasta Poznania (wystawa Józefa Kaliszana)
8 października – Gostyń: Festiwal Muzyki Oratoryjnej „Musica Sacromontana”
14 października – Miłosław: uroczystość wręczenia Nagrody Kościelskich
21 października – Poznań: Zamek Cesarski (wystawa „Frida Kahlo i Diego Rivera. Polski kontekst”)
– Muzeum Narodowe (wykłady Justyny Borkowskiej o twórczości Witkacego i Grażyny Hałasy o cyklu „Błędne koło” Janusza Przybylskiego)
Listopad
1 listopada – Bnin: cmentarz parafialny
– Kórnik: kościół pw. Wszystkich Świętych
4 listopada – Poznań: Festiwal Słowa w Piosence „Frazy” (przesłuchania finałowe Ogólnopolskiego Konkursu Piosenki Autorskiej im. Jacka Kaczmarskiego)
– Biblioteka Raczyńskich (wystawy „Kto oprócz Hrabala? Kto oprócz Tokarczuk? Czeska i polska literatura w przekładach” i „Lodorosty i bluszczary” Jerzego Ficowskiego)
– Biblioteka Uniwersytecka (wystawy „Bobkowski. Chuligan wolności”, „Kalliope Austria. Kobiety w społeczeństwie, kulturze i nauce” i wystawa poświęcona Aleksandrowi Birkenmajerowi)
– Galeria Miejska „Arsenał” (wystawy „Porozmawiajmy o śmieciach” i „Ryby, kamienie, telewizory” Adriana Kolarczyka i Marii Stożek)
12 listopada – Poznań: udział w nabożeństwie w kościele greckokatolickim pw. Opieki Matki Bożej
18 listopada – Poznań: Teatr Wielki („Cyrulik sewilski, wyjazd na spektakl autobusem ze Śremskim Stowarzyszeniem Przyjaciół Teatru)
25 listopada – Poznań: oprowadzanie po mieście, wycieczka poświęcona mniejszości niemieckiej w Poznaniu
– Biblioteka Raczyńskich (wystawy „Wielkopolscy bibliofile” i „Laboratorium sztuki”)
– Biblioteka Uniwersytecka (wystawa poświęcona Stefanowi Tytusowi Dąbrowskiemu)
– Galeria Miejska „Arsenał” (XPrint Festiwal Książek Fotograficznych, wystawy „The Real World” Martina Parra i „Grimaces of the Weary Village” Rimaldasa Vikšraitisa)
Grudzień
2 grudnia – Drezno: wyjazd autobusem z Biurem Turystycznym Wawrzynowicz na jarmark bożonarodzeniowy
– Kunsthof Dresden przy Görlitzer Straße
– Sklep mleczarski przy Bautzner Straße
– Wystawa grafik i rysunków Käthe Kollwitz w Gabinecie Rycin w Zamku Rezydencyjnym
– Galeria Nowych Mistrzów Albertinum
9 grudnia – Kórnik: Zamek
17 grudnia – Kościan: Muzeum Regionalne (wystawa „Kościańska konspiracja wojskowa 1939-1945”)
26 grudnia – Puławy: Kordegarda (wystawa „Wojciech Weiss – powrót do Puław”), przy okazji wizyty u rodziny
30 grudnia – Poznań: Biblioteka Raczyńskich (wystawa „Widziałem wielu bogów” Romana Brandstaettera)
– Biblioteka Uniwersytecka (wystawa „45 lat filmoznawstwa na UAM w Poznaniu”)
– Galeria Miejska „Arsenał” (wystawy „Punctum. Architektura krytyczna” Jarosława Kozakiewicza i „Hortus” Wojciecha Kołacza)

Teatr Wielki w Poznaniu – „Cyrulik sewilski”

18 listopada – wyjazd ze Śremskim Stowarzyszeniem Przyjaciół Teatru na „Cyrulika sewilskiego” w Teatrze Wielkim w Poznaniu. Jeszcze nigdy nie widziałem tej sztuki na deskach opery. Dawno temu, jeszcze na studiach w Warszawie, widziałem tylko oryginalną, teatralną wersję drugiej części słynnej trylogii o Figarze Beaumarchais’go – „Wesele Figara” w Teatrze Dramatycznym. Sztuka, która – jak twierdzą niektórzy – w XVIII wieku ponoć przyczyniła się do wybuchu rewolucji francuskiej – podobała mi się, przede wszystkim ze względu na występującego w niej Janusza Gajosa, który w przedstawieniu z polotem i humorem zagrał tytułową postać. Wersji operowej Mozarta nie widziałem na scenie nigdy, chociaż mam na płytach całe wykonanie „Le nozze di Figaro”.

„Cyrulik sewilski” Rossiniego popularnością i liczbą wystawień chyba nie dorównuje „Weselu Figara” Mozarta, też należy jednak do żelaznego kanonu spektakli operowych, dzięki wspaniałej muzyce, która podczas przedstawienia często przywodziła mi na myśl utwory Mozarta. Nic dziwnego – Rossini, chociaż żył później niż Mozart i przeważnie zaliczany jest do epoki wczesnego romantyzmu, podobnie jak Schubert jest właściwie kompozytorem dwóch epok: klasycyzmu i romantyzmu, a partytura „Cyrulika sewilskiego”, wspaniałego dzieła z gatunku opery buffa, swoją lekkością i humorem o wiele bardziej przypomina Mozarta i Haydna niż późniejsze XIX-wieczne napuszone opery na przykład Verdiego. „Cyrulik sewilski” jest bardzo dobrą propozycją repertuarową dla wszystkich, którzy dopiero zaczynają się interesować operą.

Do tej wspaniałej muzyki w Poznaniu doszło bardzo dobre wykonanie. Jaromir Trafankowski w roli Figara wprawdzie nie ma tej charyzmy co zapamiętany przeze mnie Janusz Gajos sprzed lat, z rolą poradził sobie jednak bardzo dobrze, podobnie zresztą jak pozostała część obsady: Małgorzata Olejniczak-Worobiej w roli Rozyny, Randall Bills jako hrabia Almaviva, czy Andrzej Ogórkiewicz jako doktor Bartolo. Zaskoczeniem (w pozytywnym sensie tego słowa) była dla mnie drugoplanowa rola Berty granej przez Magdaleny Wilczyńskiej, nie tylko dzięki jej umiejętnościom wokalnym, ale też aktorskim. Wszystko to zrealizowane perfekcyjnie, również pod względem choreograficznym i w scenach zbiorowych – najdłużej w pamięci widzów pozostanie chyba zakończenie pierwszego aktu, zrealizowane z iście musicalowym rozmachem.

Na szczęście „Cyrulik sewilski”, jak zwykle w poznańskiej operze, został wystawiony zgodnie z klasycznym pierwowzorem, bez prób eksperymentowania i uwspółcześniania na siłę klasyki, jak to często ma miejsce w teatrach dramatycznych. Prosta w charakterze, ale przemyślana i udana jest też oprawa scenograficzna Ryszarda Kai, artysty od dawna związanego z Teatrem Wielkim, na którego wielkiej wystawie w „Arsenale” byłem w ubiegłym roku. Wystawiając operę w ten klasyczny sposób, reżyser nie odmówił sobie wprawdzie efektów wyobcowania, tak popularnych w teatrze od czasów Brechta. Już podczas uwertury widzimy na scenie krzątających się pracowników teatru początku XIX wieku, suflerkę wdzięcznie gramolącą się do budki suflera i asystującej potem przez cały czas śpiewakom, panią nalewającą jej herbatę, potem Figara romansującego z charakteryzatorką z boku sceny. Wszystko to, jak i uwydatnienie w scenografii pudelkowości, umowności sceny, na której dzieje się akcja, ma oczywiście za zadanie jeszcze większe podkreślenie konwencji świata opery. Reżyser i twórcy spektaklu puszczają do nas oko, czego wcale nie mamy im za złe. Najważniejsze jest przecież nawiązanie kontaktu pomiędzy aktorami i widzami, czego symbolem stają się samoloty, które artyści w ostatniej scenie składają z kartek partytury i rzucają na widownię. Jeden z tych samolotów trafił do piszącego tę recenzję. Z zaciekawieniem rozwinąłem go już w domu. Nie, nie był to fragment partytury „Cyrulika sewilskiego” tylko nuty piosenki o komarze z II aktu „Borysa Godunowa” Musorgskiego. W każdym razie zostawię go sobie na pamiątkę na mojej półce z płytami w domu.

Józef Wybicki – „Kulig”

Chociaż postacią Józefa Wybickiego interesuję się od dawna, mam w domu wiele książek o nim i jestem nawet autorem poświęconego mu hasła w polskiej Wikipedii, z twórczością autora naszego hymnu narodowego zetknąłem się dość późno. Długo szukałem jego pamiętnika „Życie moje”, którego fragmenty znałem z różnych biografii Wybickiego. Kiedy wreszcie udało mi się kupić jego wznowienie, wydane przez Ossolineum i De Agostini w 2005 roku, natychmiast zasiadłem do lektury i… szybko się rozczarowałem. Oprócz interesujących fragmentów (przeważnie dotyczących młodości Wybickiego, także na przykład jego miłości do Kunegundy Drwęskiej) było w nim mnóstwo dłużyzn i dywagacji politycznych, które w XXI wieku interesują już tylko historyków epoki.

Wybicki to jednak nie tylko pamiętniki. Oprócz Mazurka Dąbrowskiego, którego znają wszyscy Polacy (chociaż większość śpiewa go z błędami) napisał przecież mnóstwo pism politycznych i wreszcie dramatów. Nie są one już wydawane, można je kupić tylko na aukcjach internetowych i właśnie na jednej z takich aukcji, na Allegro, w 2014 roku kupiłem za 6,80 zł jego „Utwory dramatyczne”. Książka, wydana w roku mojego urodzenia (1963), okazała się być w całkiem dobrym stanie, pewnie z tego powodu, że nigdy wcześniej nie była czytana – otrzymałem ją z nierozciętymi kartami. Przyznaję się, że też wtedy nie rozciąłem stron, odłożyłem książkę na półkę i sięgnąłem do niej dopiero w ubiegłą sobotę, 30 września, w dniu, w którym w którym w Manieczkach, niegdyś majątku Wybickiego, Muzeum Śremskie we współpracy z Grupą Odnowy Wsi Manieczki zaplanowały wystawienie jego komedii „Kulig”. Chciałem zobaczyć tę sztukę, obawiałem się jednak, że bez wcześniejszego przeczytania tekstu mogę po prostu mieć problemy z jej zrozumieniem. Chyba słusznie.

„Kulig” jest oświeceniową (wydaną w 1783 roku) komedią z głównym wątkiem miłosnym; ciekawe, czy współcześni autorowi naszego hymnu narodowego zgodziliby się na określenie komedia romantyczna, ale chyba nie – romantyzmu wtedy jeszcze nie znano, był tylko sentymentalizm, prekursor romantyzmu. Wśród postaci scenicznych poznajemy gospodarującego na roli szlachcica Domarosa, jego żonę Gryzeldę, ich sługi, rządcę, plenipotenta, no i oczywiście Rozetę – ładniutką córkę Domarosa, zadurzonego z niej (albo w jej posagu) starościca Kleandra oraz Filusię, pannę służącą Rozety. Opisywanie ich perypetii chyba nie ma tu sensu, zakończenie sztuki łatwo przewidzieć, a jeśli ktoś jest naprawdę ciekaw, może zajrzeć do oryginału.

Po ten materiał sięgnął Andrzej Tomaszewski, nauczyciel polonista z Katolickiego Centrum Edukacji i Kultury w Śremie (wcześniej uczył polskiego w Liceum Ogólnokształcącego im J. Wybickiego przy Poznańskiej), który ze swoimi uczniami zrealizował już kilka amatorskich przedstawień teatralnych. Widziałem z nich dotąd tylko jedno – „Śluby panieńskie” Fredry w sali widowiskowej KCEK; niektórych uczniów z tamtego spektaklu zobaczyłem teraz po raz drugi na polanie przed manieczkowskim dworem, gdzie na zaimprowizowanej scenie na wolnym powietrzu (mieliśmy duże szczęście z pogodą, która po deszczowym okresie tego dnia nam sprzyjała) odegrali przygody Domarosa, Gryzeldy, Rozety, Starościca, Filusia i innych uczestników tytułowego „Kuligu”. Odegrali z zapałem i dużym talentem młodych aktorów, mimo że materiał, z którym mieli do czynienia bynajmniej nie był wdzięczny.

Nie będę udawał, że „Kulig” Wybickiego to klejnot polskiej literatury; niestety po dwustu kilkudziesięciu latach od publikacji to już tylko historia literatury, nie literatura; rzecz, pisana trudno dziś zrozumiałym językiem, jest po prostu martwa, zresztą jak większość twórczości polskiego oświecenia, z której bardzo niewiele utworów zachowało świeżość – można tu wymienić bajki i satyry Krasickiego, z dramatów: „Fircyka w zalotach” Zabłockiego, „Powrót posła” Niemcewicza, czy coś jeszcze? W przeciwieństwie do oświecenia francuskiego, niemieckiego czy angielskiego twórczość polskich pisarzy tego okresu nie wytrzymała próby czasu.

Na szczęście w Manieczkach obejrzeliśmy raczej luźną adaptację „Kuligu”; Andrzej Tomaszewski wybrał z niego tylko fragmenty (w dość dowolnej kolejności) i skrócił sztukę do pół godziny. I słusznie – wystawienie całego pięcioaktowego dramatu trwałoby cztery godziny (albo i dłużej) i byłoby nieznośne nie tylko dla dzieci z Manieczek, które licznie zgromadziły się na przedstawieniu, ale i dla dorosłych. Bardzo dobrym pomysłem było uatrakcyjnienie sztuki przez wprowadzenie do niej prawdziwego kuligu, czyli sań (na kołach) ciągnionych przez konia (w oryginale oczywiście ich nie ma). Dzięki nim sztukę na pewno zapamięta dziecięca widownia, która inaczej raczej niewiele by z niej zrozumiała.

Mariusz Kondziela, dyrektor Muzeum Śremskiego, po przedstawieniu mówił o możliwości organizowania kolejnych spektakli opartych na dramatach Wybickiego. Uważam, że pomysł jest dobry pod warunkiem ich każdorazowej odpowiedniej adaptacji i podejścia do całości z pewnym przymrużeniem oka – jak napisałem, twórczość Wybickiego jest już tylko historią literatury, chociaż dla mieszkańców ziemi śremskiej, ziemi Wybickiego, bardzo ważną historią.

Kulig

Podczas spektaklu. Fot. Towarzystwo Przyjaciół Ziemi Brodnickiej

Teatr Miejski w Lesznie – „Małe zbrodnie małżeńskie”

Twórczości Erica-Emmanuela Schmitta nie znam dobrze. Po raz pierwszy spotkałem się z nią w 2013 roku, kiedy to pojechałem do Teatru Lubuskiego w Zielonej Górze na monodram będący adaptacją powieści „Pan Ibrahim i kwiaty Koranu”. Sztuka nie wywarła na mnie najlepszego wrażenia i chodzi mi tu nie tyle o jakieś usterki w inscenizacji, grze aktora, ile o sam tekst, który wydał mi się błahy, mało ciekawy. W ubiegłą sobotę miale okazję zobaczyć drugą sztukę autorstwa Schmitta – „Małe zbrodnie małżeńskie”.

Sztuka, też bardzo kameralna, ale tym razem na dwoje aktorów, kobietę i mężczyznę, nie monodram, okazała się ciekawsza od „Pana Ibrahima i kwiatów Koranu”. Na stronie Teatru Miejskiego w Lesznie jest określana jako „połączenie komedii, kryminału, powieści miłosnej” i rzeczywiście taka jest. Tajemniczy jest już sam początek, w którym mężczyzna (Mirosław Zbrojewicz) odzyskuje przytomność w szpitalu witany przez nieznaną mu kobietę (Beata Kawka), która przedstawia się jako jego żona. Mężczyzna usiłuje zrekonstruować, przypomnieć sobie swoje życie, w czym pomaga mu kobieta. Pomaga czy przeszkadza? Które wypowiadane przez nią zdania są prawdziwe, a które fałszywe? Stopniowo odkrywamy coraz to nowe fakty, wydarzenia, warstwy relacji pomiędzy dwojgiem ludzi, do ostatecznej prawdy nie dojdziemy nigdy. Ale przecież nie o to chodzi – szukanie tej prawdy, konfrontowanie różnych racji może być ciekawsze od tego, co w końcu znaleźlibyśmy.

Plusem sztuki jest jej oprawa scenograficzna, bardzo oszczędna, ale zapadająca w pamięć – aktorzy cały czas są jakby na peronie stacji kolejki miejskiej, na której zatrzymują się pociągi; interpretacja takiego rozwiązania scenograficznego chyba nie sprawia widzom trudności? Podobała mi się też gra aktorów, szczególnie Beaty Kawki; Mirosław Zbrojewicz dotrzymywał jej pola, chociaż w pewnych chwilach miał problemy z dykcją i nie mogłem dosłyszeć jego wypowiedzi.

A sama sztuka? Wiem, że Eric-Emmanuel Schmitt nie jest ceniony wśród koneserów literatury i teatru. Jest ogromnie popularny (również w Polsce), ale jest to popularność podejrzana, skłaniająca do przypuszczeń, że autor oferuje nam tylko konfekcję literacką, rzeczy udające prawdziwą, wysoką literaturę, ale w istocie mającą z nią mało wspólnego. Nie wypowiadam się tu definitywnie, za mało znam twórczość pisarza. Wydaje mi się jednak, że mamy tu do czynienia z fenomenem podobnym do powieści Williama Whartona w latach 90., tyle że Wharton zdobył ogromną, dla wielu niezrozumiałą popularność tylko w Polsce, a Schmitt na całym świecie. W obu przypadkach mamy po prostu do czynienia z literaturą łatwą, ale nie rozrywkową. Nawet jeśli nie jest to literatura wybitna, jeśli jej uproszczenia mogą razić, przynosi refleksję i przede wszystkim ciepło, którego tak nam brakuje w codziennym życiu. Nie wiem, jak długo ta popularność Schmitta się utrzyma (popularność Whartona w Polsce dawno minęła), ale nawet jeśli za 20 lat o „Małych zbrodniach małżeńskich” mało kto w teatrze będzie pamiętał, warto zobaczyć sztukę teraz.

Biblioteka Publiczna w Śremie – „Tacy byliśmy”

„Tacy byliśmy” to najnowsza wystawa Biblioteki Publicznej w Śremie, którą można oglądać przez całe wakacje w głównej siedzibie biblioteki na Jezioranach. Podtytuł jej brzmi „Lata osiemdziesiąte w Śremie”; w rzeczywistości wystawa wykracza poza te ramy czasowe – obejmuje też początek lat dziewięćdziesiątych. Jej trzon stanowią dokumenty życia społecznego – afisze, plakaty, zaproszenia na wystawy, do tego wycinki prasowe i mnóstwo fotografii z imprez odbywających się wtedy w Śremie.

Sprawy poważne i mniej poważne. Wystawę otwiera obwieszczenie o wprowadzeniu stanu wojennego w 1981 roku, na szczęście złowrogie obwieszczenie równoważą afisze z już wolnej Polski – o wyborach prezydenckich w 1990 roku, o zmianie nazw ulic w tymże roku, kiedy moja dawna ulica Dzierżyńskiego stała się ulicą Grota Roweckiego, a obecna Chłapowskiego zyskała swoją nazwę po przemianowaniu jej z Zawadzkiego, pisma dotyczące tworzących się komitetów telefonizacji Śremu. Szkoda, że zabrakło dokumentów dotyczących utworzenia sieci telewizji kablowej, kiedy śremianie nagle uzyskali dostęp do „aż” sześciu (chyba tyle ich było?) zagranicznych stacji telewizyjnych. Było to bardzo ważne wydarzenie dla miasta – również dla mnie, dopóki w 1995 roku nie pozbyłem się z mieszkania mojego telewizora.

Na wystawie dominują jednak sprawy mniej poważne – jak Wyścig Pokoju, którego jeden z etapów w maju 1989 roku przebiegał przez Śrem, ogłoszenie o seansie bioenergoterapeuty Lecha Lisieckiego w 1991 roku (bilet wstępu kosztował 25 tys. zł), różne druki ulotne, zaproszenia, fotorelacje z imprez kulturalnych, głównie Dni Śremu. W Śremie mieszkam dopiero od 1987 roku, w dużej części tych imprez nie mogłem więc uczestniczyć, ale nawet tych z końca lat 80. i początku lat 90. w większości nie przypominam sobie. Czy moje życie koncentrowało się wtedy na innych sprawach, czy promocja kultury w Śremie wyglądała inaczej? Na Dni Śremu zresztą do dzisiaj nie chodzę, spędzam je przeważnie na rowerze w innych częściach Wielkopolski.

Wystawa jest jednak interesująca, zmusza mnie też do spojrzenia innymi oczami na sprawy kultury w moim mieście. Ludyczność, powiedzmy wprost: małomiasteczkowość życia kulturalnego w Śremie jest faktem, którego nie zmienimy. Podobnie zresztą to życie kulturalne wygląda na przykład w Środzie Wielkopolskiej, Kościanie i innych powiatowych miastach Wielkopolski. Dlatego w weekendy z reguły wyjeżdżam do Poznania lub innych miejscowości, gdzie oferta kulturalna jest bogatsza i – przede wszystkim – bardziej odpowiadająca moim zainteresowaniom. Na tym tle zaskakuje poważna tematyka niektórych spotkań w Śremskim Ośrodku Kultury, spotkania z podróżnikami po Australii czy Japonii (w czasach PRL była to niesłychana egzotyka), czy też informacja prasowa o otwarciu 2 lutego 1985 roku Galerii Sztuki Współczesnej prowadzonej przez śremskiego artystę Jerzego Jurgę. Galeria zresztą szybko upadła, o czym na wystawie już się nie dowiadujemy; opowiedział mi o niej kiedyś znajomy, który dużo później też otworzył w naszym mieście galerię dzieł sztuki i antyków (również bez powodzenia). Kultura wysoka również była więc obecna w owym czasie w Śremie, chociaż pewnie pojawiała się tylko z rzadka. Dużym zaskoczeniem było dla mnie odkrycie, że w Śremie w latach 80. wystąpił warszawski Teatr Ochoty ze spektaklem „Adam i Ewa” Marka Twaina z Tomaszem Mędrzakiem i Bożeną Stryjkówną w rolach głównych; spektakl to dla mnie szczególny, ponieważ było to pierwsze przedstawienie teatralne, które widziałem w Warszawie podczas moich studiów.

Największe zaskoczenie czekało mnie jednak na końcu wystawy, kiedy zobaczyłem umowę podpisaną z jednym z mieszkańców mojego miasta o… statystowanie w filmie „Między ustami i brzegiem pucharu” z 1987 roku na podstawie powieści Marii Rodziewiczówny. Był to jeden z pierwszych filmów, które widziałem po mojej przeprowadzce do Śremu, w Dyskusyjnym Klubie Filmowym działającym przy Odlewni Żeliwa. Wiedziałem, że był realizowany między innymi w Racocie, dopiero teraz jednak dowiedziałem się, że wystąpiło w nim kilkudziesięciu śremian – statystów, co, jak sądzę, było dla nich przygodą życia.

Wystawa warta zobaczenia – jako dokument minionego czasu i… katalizator wspomnień.

Teatr Miejski w Lesznie – „Tajemnica Tomka Sawyera”

„Przygody Tomka Sawyera” i „Przygody Hucka” Marka Twaina przeczytałem, jak wszyscy, w dzieciństwie i były to lektury, które pamięta się przez całe życie. W II połowie XIX wieku Mark Twain napisał książkę dla chłopców, która, jak się okazało, zyskała znaczenie ponadczasowe. Dla chłopców? Po „Tomka Sawyera” chętnie sięgają też dziewczęta; kiedy studiowałem anglistykę, znajoma powiedziała mi, że czyta obie części przygód Tomka i Hucka w każde wakacje. Właśnie na anglistyce miałem też okazję powrócić do „Przygód Hucka” – powieść, uważana za jedną najważniejszych w historii literatury amerykańskiej, była naszą lekturą. Nawiasem mówiąc, jakież było moje zdziwienie, kiedy stwierdziłem wtedy, że „The Adventures of Huckleberry Finn” w oryginale są napisane slangiem (narratorem jest sam Huck Finn), co trochę utrudniało jej zrozumienie.

„Tajemnica Tomka Sawyera” wystawiona w Teatrze Miejskim w Lesznie jest oparta na tej powieści, chociaż oczywiście, jak każda adaptacja, jest tylko wyborem z wielu przygód, jakie przeżywają Tomek, jego koledzy Huck i Joe i ich sympatie: rywalizujące z sobą Becky i Amy. Mamy też inne postacie z powieści – przede wszystkim ciotkę Polly, miejscowego pijaczka Muffa Pottera i czarny charakter, który w spektaklu z powieściowego Indianina Joe został zamieniony (z przyczyn poprawności politycznej?) na Mr Blacka. Mamy wreszcie tytułową tajemnicę, o której tu oczywiście nic tu nie wspomnę – ci, którzy książkę czytali, wiedzą, o co chodzi, a tym, którzy nie czytali, nie chcę psuć zabawy.

„Tajemnica Tomka Sawyera” jest musicalem dla dzieci, który z przyjemnością obejrzą też dorośli. Oprawa muzyczna została przygotowana bardzo dobrze, co nie dziwi, biorąc pod uwagę, że muzykę do spektaklu napisał Sławomir Wierzcholski, lider zespołu „Nocna Zmiana Bluesa”. Blues rzeczywiście dominuje na scenie, chociaż nie tylko, spektakl jest po prostu bardzo dobrym musicalem. Podobała mi się też choreografia, przygotowanie taneczne aktorów, którzy dają na scenie popis bardzo wysokiej sprawności fizycznej. Spektakl jest dynamiczny, nie sposób się na nim nudzić.

Z zespołu występującego na scenie szczególną uwagę zwróciłem na panie, co w moim przypadku – mężczyzny – jest chyba naturalne? :-) Zarówno Katarzyna Kanabus (Becky), Julia Szewczyk (Amy) jak i Danuta Błażejczyk w roli ciotki Polly prezentują bardzo dobre umiejętności aktorskie i wokalne; z Danutą Błażejczyk, pochodzącą z moich rodzinnych Puław, dzięki uprzejmości Iwony Kondras ze śremskiej biblioteki miałem okazję zamienić kilka słów na scenie po spektaklu – okazało się, że mamy wspólnych znajomych. Kobiety i dziewczęta na widowni większą uwagę zwracały pewnie na mężczyzn: Macieja Dybowskiego (w roli Tomka) i Karola Osentowskiego (Huck), którzy .też zagrali bardzo dobrze.

Warto wybrać się na „Tajemnicę Tomka Sawyera” – nie tylko na Dzień Dziecka.

Teatr Miejski w Lesznie – „Abonament na szczęście”

„Abonament na szczęście” Agnieszki Osieckiej był drugą sztuką, którą widziałem w Teatrze Miejskim w Lesznie. Wrażenie było z pewnością lepsze niż w przypadku „Zagraj to jeszcze raz, Sam” Woody’ego Allena. Czy byłem w pełni usatysfakcjonowany? Chyba nie, i podobnie jak w przypadku sztuki Allena wina leży raczej po stronie materiału literackiego niż spektaklu.

Na przedstawieniach wykorzystujących piosenki Agnieszki Osieckiej byłem wielokrotnie, po raz pierwszy na „Niech no tylko zakwitną jabłonie” w warszawskim teatrze „Syrena” ponad 30 lat temu. Osiecką na scenie kina „Słonko” śpiewały też śremskie piosenkarki – Julia Rybakowska, Dorota Grzywaczyk czy Anna Laska, a w maju 2014 r. w Julia Rybakowska, od dłuższego czasu aktorka Teatru Nowego z Poznania, zaprezentowała w „Słonku” swój spektakl piosenek Osieckiej „Byle nie o miłości”. Tytuł przewrotny, bo piosenki były tylko o miłości. Czy Osiecka w ogóle pisała piosenki o czymkolwiek innym? Są i takie, trzeba jednak przyznać, że sprawy sercowe zajmowały w jej utworach – jak i w życiu – dominującą rolę.

Biografia Agnieszki Osieckiej jest dobrze znana – jej nieprzystosowanie do życia we współczesnym świecie, zwłaszcza PRL, związki z mężczyznami, między innymi Hłaską, Frykowskim, Passentem i wieloma innymi, neurotyczność, wreszcie alkoholizm. Życie to znalazło odbicie w jej twórczości, traktującej właśnie o uczuciach, o poszukiwaniu miłości. Bardzo wiele z jej piosenek weszło na stałe do kanonu polskiej kultury, myślę, że pozostaną one żywe również za kilkadziesiąt lat. Na pewno nie jest to grafomania, którą zasypuje nas większość tekściarzy, ale nie jest to też – moim zdaniem – kultura wysoka. Kiedy słucham piosenek Osieckiej, przypominają mi się słowa Witolda Gombrowicza wypowiedziane w jego „Dzienniku” o Henryku Sienkiewiczu: „Potężny geniusz! – i nigdy chyba nie było tak pierwszorzędnego pisarza drugorzędnego”. Ten pewien dystans do piosenek Osieckiej jest chyba też uwarunkowany różnicą płci. Dla mnie jako mężczyzny temat miłości w literaturze również może być pociągający, ale jeśli autor (częściej autorka) nie pisze o niczym innym, staje się to nudne.

Grę Beaty Kawki, dyrektor artystycznej teatru w Lesznie, która wcieliła się w postać Agnieszki Osieckiej, oceniłbym na czwórkę. Publiczności (również mnie) szczególnie podobały się jej wygłaszane z kresowym zaśpiewem cytowane wypowiedzi (o mężczyznach i nie tylko) ciotki Osieckiej, z drugiej strony od aktorki tej klasy oczekiwałbym większej ekspresji w odgrywaniu tak tragicznej postaci, jaką była Osiecka. Trochę zbyt dużo było też pomyłek w podawaniu tekstu – może aktorka miała gorszy dzień?

Najatrakcyjniejsza jest oczywiście warstwa muzyczna spektaklu. Piosenek Agnieszki Osieckiej słuchamy w wykonaniu Anastazji Simińskiej, Agaty Walczak i Karola Dominiaka. Aranżacja piosenek, które są śpiewane przez aktorów wspólnie, z podziałem na role, przy akompaniamencie fortepianu i gitary, sprawia, że stają się one piosenkami aktorskimi, słucha się ich inaczej niż na przykład na festiwalu w Opolu. Słyszymy zarówno utwory bardzo popularne jak i mniej znane, wszystkie wykonane profesjonalnie, podobają się widzom. Należy też pamiętać, że sławę Agnieszka Osiecka zawdzięcza nie tylko walorom literackim swoich utworów, ale przede wszystkim temu, że po prostu miała szczęście do bardzo dobrych kompozytorów, którzy napisali dziesiątki przebojów do słów jej piosenek.

Przedstawienie w Lesznie jest dobrym spektaklem muzycznym, prezentującym piosenki najbardziej znanej polskiej autorki tekstów, o życiu samej Agnieszki Osieckiej nie dowiemy się jednak z niego wiele. Nurtuje mnie pytanie, czy ktoś kiedyś napisze sztukę o prawdziwym, dramatycznym życiu Osieckiej, jej chorobie, konfliktach z otoczeniem, chwilach szczęścia i załamania. Musiałaby to być jednak całkiem inna sztuka…

Teatr Miejski w Lesznie – „Zagraj to jeszcze raz, Sam”

22 kwietnia – mój pierwszy wyjazd ze Śremskim Stowarzyszeniem Przyjaciół Teatru do Teatru Miejskiego w Lesznie, na spektakl „Zagraj to jeszcze raz, Sam” Woody’ego Allena. Teatr działa od ubiegłego roku, czas wreszcie poznać tę scenę.

Mój stosunek do twórczości Woody’ego Allena jest co najmniej ambiwalentny. Widziałem dość dużo jego filmów, zarówno w kinie jak i telewizji. Kilka z nich naprawdę mi się podobało; co ciekawe, były to filmy, które poznałem nie w kinie, lecz właśnie polskiej telewizji, w której ćwierć wieku temu obejrzałem miniretrospektywę bardzo obszernej twórczości reżysera. Należały do nich przede wszystkim obrazy z wczesnego okresu Allena: „Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o seksie, ale baliście się zapytać”, „Śpioch”, „Miłość i śmierć”; podobały mi się prawdopodobnie dlatego, że zostały zrealizowane w konwencji burleski. Później, kiedy w latach 80. zobaczyłem w kinie jego bardzo znane filmy, jak „Zelig” czy „Purpurową różę z Kairu”, obsypywane pochwałami przez krytyków, wrażenie było już znaczenie mniejsze: tak, filmy ciekawe, ale… Od lat 90. filmy Allena oglądam już rzadko, na takich obrazach jak „Słodki drań” a nawet słynnym „Vicki Cristina Barcelona” po prostu się nudziłem. Nie podzielam entuzjazmu krytyków; Woody Allen nie jest dla mnie wielkim reżyserem. Dlaczego – o tym niżej.

„Zagraj to jeszcze raz, Sam” jest najbardziej znanym cytatem z „Casablanki”, chociaż niewielu wie, że jest to cytat fałszywy, słowa te w rzeczywistości nie padają w filmie. Zjawisko to zresztą dość rozpowszechnione w kulturze (i nie tylko); podobnie nigdy nie padły słowa „Brunner, ty świnio” w „Stawce większej niż życie”, a Tadeusz Mazowiecki nigdy nie mówił o polityce „grubej kreski”. „Casablanca” rzeczywiście przez większą część sztuki jest obecna na scenie: w postaci wyświetlanego na monitorze filmu, a także… ducha Humphreya Bogarta, który co chwila ingeruje w akcję sztuki i udziela rad głównemu bohaterowi Allanowi Felixowi. A kłopot nasz bohater (grany przez Karola Wróblewskiego) ma poważny: właśnie rzuciła go żona. Jego przyjaciele Dick (Janusz Onufrowicz) i Linda (Edyta Herbuś) usiłują mu pomóc, umawiając go z różnymi kobietami, rzeczywiste spotkania mieszają się tu z fantasmagoriami bohatera; okazuje się jednak, że Allana pociąga sama… Linda, romans z którą stanowi główną oś sztuki.

„Zagraj to jeszcze raz, Sam” został zrealizowany na deskach leszczyńskiego teatru profesjonalnie, profesjonalizm ten cechuje zarówno grę aktorów jak i reżyserię i oprawę scenograficzną. A jednak nie wyszedłem z teatru usatysfakcjonowany. Nie mam o to pretensji do teatru w Lesznie; jeśli można tu kogoś winić, to samego Woody’ego Allena i jego sztukę. Niestety od lat 80. mam wrażenie, że słowotok płynący z ust bohaterów filmów Allena nie niesie z sobą żadnych naprawdę głębokich treści, że jest właśnie tylko słowotokiem mającym ukryć miałkość tych filmów. Męczy też stale obecna neurotyczność tej twórczości, a dowcipy Woody’ego Allena śmieszą tylko w umiarkowanym stopniu. Z tematu sztuki – poszukiwania miłości – jak z każdego innego można by stworzyć prawdziwe arcydzieło, zamiast tego czytelnik dramatu i widz sztuki otrzymuje wydmuszkę. Wolałbym coś poważniejszego i bardziej refleksyjnego na scenie.

Był to mój pierwszy wyjazd do teatru w Lesznie, z pewnością nie ostatni. Naprawdę jestem ciekaw innych realizacji na leszczyńskiej scenie.

Krakowski Salon Poezji Anny Dymnej – „Kwiaty polskie”

1 kwietnia – kolejny wyjazd do Teatru Muzycznego w Poznaniu na spektakl Krakowskiego Salonu Poezji Anny Dymnej. Tym razem Anna Cieślak z Teatru Polskiego w Warszawie czyta „Kwiaty polskie” Juliana Tuwima.

Frekwencja mniejsza niż na ostatnim spotkaniu z Danielem Olbrychskim, na którym byłem (na spektakl z Piotrem Fronczewskim w ogóle nie udało mi się dostać biletu), są jeszcze miejsca, ale też i Anna Cieślak nie jest taką sławą jak Olbrychski czy Fronczewski. Sława recytowanego utworu nie pomaga, publiczność przychodzi na aktorów, nie wiersze.

W swojej domowej biblioteczce mam zarówno pełen tekst „Kwiatów polskich” jak i obszerny, prawie 400-stronicowy wybór „Poezji” Juliana Tuwima, mój stosunek do tej twórczości jest jednak niejednoznaczny. Poezja Juliana Tuwima, przed wojną i zaraz po wojnie uważana za genialną, wiele straciła na swoim blasku. Chociaż Tuwim, a raczej wiele jego wierszy, wciąż jest pamiętany, duża część tej twórczości jest już martwa, w przeciwieństwie do innych poetów dwudziestolecia: Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, Bolesława Leśmiana, Jana Lechonia, czy nawet Władysława Broniewskiego. Habent sua fata libelli…

Ale przejdźmy do samego spektaklu. Anna Cieślak, ubrana na scenie – jakżeby inaczej? – we wzorzystą białą sukienkę w kwiaty, jest utalentowaną młodą aktorką, która potrafi pozyskać sobie publiczność. Przyczynia się do tego jej ciepły głos, umiejętność nawiązania kontaktu z widownią, brak pretensjonalności, od której nie są wolni niektórzy starsi i bardziej znani aktorzy. Zresztą wbrew temu, co mogliśmy usłyszeć we wstępie przed spektaklem, Anna Cieślak nie jest debiutantką, na scenie występuje już od 2004 roku, mogliśmy ją też zobaczyć w wielu filmach, jak „Karol. Człowiek, który został papieżem”, „General Nil”, i serialach. Do pełnego profesjonalizmu aktorce wprawdzie trochę jeszcze brakuje – mam na myśli kiksy i pomyłki w czytaniu tekstu, których jak na godzinny spektakl było trochę zbyt dużo, Anna Cieślak z pewnością pokazała jednak wysoką klasę aktorską.

A same „Kwiaty polskie”? Umocniły się moje przemyślenia z wcześniejszych lektur Tuwima: z czteroczęściowego spektaklu (przeplatanego utworami na harfę w wykonaniu Natalii Różańskiej) podobała mi się część ostatnia. Na jej początku usłyszeliśmy znany wszystkim (chociaż nie wszyscy wiedzą, że to z „Kwiatów polskich”) fragment „Czy pamiętasz, jak ze mną tańczyłeś walca”, czyli „Grande Valse Brilliante”, rozsławiony przez piosenkę Ewy Demarczyk, następnie przejmujące „Nie miałem serca dla Warszawy” i „Potem”. Przyczyną mojego szczególnego upodobania do tych wersów jest oczywiście ich humanistyczny wymiar, fragmenty te opowiadają o ludziach, są bezpośrednim odbiciem przeżyć Tuwima, w przeciwieństwie do trzech pierwszych części spektaklu, opowiadających o kwiatach, zapachach i poezji, które były dla mnie zbyt estetyzujące i jako takie nie mogły wzbudzić wzruszenia. Szkoda, że zamiast nich nie wybrano innych fragmentów poematu, np. tych poświęconych rewolucji 1905 roku, czy wspomnieniom z Łodzi i Inowłodza.

Kolejne spotkania Salonu dopiero 13 maja (wiersze Jeremiego Przybory) i 20 maja (poezje Wojciecha Bąka będą czytać Andrzej Seweryn i Maria Seweryn). Z chęcią pojechałbym zwłaszcza na ten drugi spektakl; czy mi się uda – zobaczymy.

Anna Cieślak

W oczekiwaniu na autograf. Widać tylko moje okulary, czoło i sweter :-). Fot. Teatr Muzyczny w Poznaniu.