Biblioteka Publiczna w Śremie – 2+2 Wystawa rodzinna

Na najnowszej wystawie „2+2 Wystawa rodzinna” w Bibliotece Publicznej im. Heliodora Święcickiego w Śremie, na której wernisażu byłem 18 listopada, można zobaczyć prace czterech artystek: Urszuli Brylewskiej-Łukomskiej, Patrycji Łukomskiej, Grażyny Brylewskiej i Magdy Kęskiewicz. Podobieństwo nazwisk nieprzypadkowe, artystki rzeczywiście tworzą rodzinę, a dokładne więzy pokrewieństwa między nimi wszystkim zainteresowanym sztuką i życiem towarzyskim Śremu są dobrze znane.

Przed wystawą znałem tylko twórczość Urszuli Brylewskiej-Łukomskiej, malarki, którą często spotykam na wystawach w Muzeum Śremskim i która w tym roku narysowała mój portret opublikowany w „Gazecie Śremskiej”. Z wystaw w muzeum pamiętam też niektóre prace eksponowane w bibliotece – wszystkie, jak mówi artystka, inspirowane „Dziwnym ogrodem” Józefa Mehoffera. Inspiracje te wprawdzie zostały bardzo przetworzone, to całkiem inna epoka w sztuce i inna też kolorystyka, a właściwie dwie kolorystyki: bieli i szarości oraz czerwieni i zieleni. Ludzkie sylwetki, jakby za mgłą, w niezwyczajnych pozach i strojach, rzeczywiście ewokują postaci jakby z obrazu Mehoffera. To sztuka najbardziej tradycyjna i też najłatwiejsza w odbiorze na wystawie,

Grafiki z cyklu „Zasłyszane” Patrycji Łukomskiej, które można zobaczyć już w drugiej sali wystawy, to całkiem inny rodzaj twórczości. Formalnie to grafiki, ale mnie kojarzą bardziej z poezją konkretną, której kilka wystaw widziałem w Bibliotece Raczyńskich w Poznaniu i Muzeum Współczesnym we Wrocławiu. Artystka, która z pewnością lubi zabawę słowem, postanowiła wykorzystać przypadkowo usłyszane kwestie, łącznie z ich niedoskonałościami językowymi (jak „Noszsz kuchnia Felek”, „Prościuto”) i ująć je w prace graficzne. Sztuka plastyczna czy literatura? Ze względu na przewagę graficznych środków wyrazu jednak bardziej sztuka, ale prace te można też traktować jako refleksję nad skonwencjonalizowaniem, stereotypowością naszego języka.

Prace Grażyny Brylewskiej są na wystawie najtrudniejsze w odbiorze, i one jednak mi się podobały. To kolaże przedmiotów naklejonych na czerpanym papierze, papier na tkaninie, do tego trójwymiarowe obiekty, które można potraktować jako rzeźby. Widać tu wpływ Magdaleny Abakanowicz, widać też fascynację dawnymi technikami produkcji papieru, artystka wspomniała mi o swoich wizytach w Muzeum Papiernictwa w Dusznikach-Zdroju, które też kiedyś odwiedziłem.

„Codziennik (#nomakeup #nofitter)” Magdaleny Kęskiewicz to ostatnia praca prezentowana na wystawie – zbiór fotografii ukazujących artystkę w najróżniejszych pozach, ubraniach i… nastrojach. Nie wiem, czy fotografie te, zgodnie z tytułem, rzeczywiście zostały wykonane bez makijażu (nie jestem kobietą, nie znam się), w każdym razie warto je obejrzeć – na przykład jako stan ducha młodej, wrażliwej artystycznie polskiej kobiety.

Po wystawie „Tacy byliśmy”, którą widziałem w lipcu, to druga wystawa sztuki w śremskiej bibliotece. Mam nadzieję, że wystawy te, podobnie jak w Bibliotece Raczyńskich w Poznaniu, staną się tradycją…

Galeria Miejska „Arsenał” – Porozmawiajmy o śmieciach

Czy zakończona właśnie w poznańskiej Galerii Miejskiej „Arsenał” wystawa „Porozmawiajmy o śmieciach” Hugona Kowalskiego i Marcina Szczeliny była wystawą sztuki? Pytanie to nurtowało mnie od chwili wejścia na piętro „Arsenału”, w którym w dwóch salach zaprezentowano wspomnianą wystawę, a w miarę, jak ją zwiedzałem, odpowiedź brzmiała raz: tak, raz: nie. Już przy wejściu do pierwszej, większej sali (wystawę widziałem 4 listopada, w przedostatni dzień ekspozycji) zwiedzających wita ogromna góra śmieci –instalacja artystyczna, forma sztuki tak popularna wśród współczesnych artystów. Trochę dalej na ścianie monitory z video-art, a więc sztuka, sztuka współczesna? Co w takim razie robią tu zawieszone próbki materiałów budowlanych z opisem ich właściwości? Opisy próbek, koncentrujące się na ich cechach ekologicznych, są bardzo rzeczowe, a przecież nie jesteśmy na Międzynarodowych Targach Poznańskich czy w markecie budowlanym.

Napis w pierwszym pomieszczeniu informuje nas, że wystawę należy zwiedzać od drugiej sali i rzeczywiście taka byłaby chyba właściwa kolejność. Drugie pomieszczenie przedstawia najpierw w datach historię śmieci od starożytności po współczesność. Na szczęście prezentacja nie ogranicza się do plansz, są też artefakty, i to bardzo ciekawe, jak pierwsza puszka po piwie amerykańskiego browaru Krueger czy oryginalnie zapakowana i jeszcze nie rozpakowana paczka pieluszek Pampers z początku lat 60. Jedną ze ścian zajmuje wielka mapa świata przedstawiająca nielegalny handel śmieciami, na innej ścianie widzimy cały skomplikowany proces gromadzenia, segregacji, przetwarzania, utylizacji, recyklingu śmieci. Kolejne video (czy można je nazwać video art?) przedstawia hinduskie kobiety pracujące w trudnych do wyobrażenia warunkach na wysypisku śmieci w Indiach (wystawa jest częściowo owocem wyprawy jej autorów do Bombaju). Dowiadujemy się też o japońskim mieście Kamikatsu, które postawiło sobie za cel stać się „zero waste town”, miastem niegenerującym śmieci, a właściwie segregującym je i poddającym recyklingowi czasami w absurdalny wręcz sposób.

Bardzo dużo ciekawych informacji, o których również ja dowiaduję się po raz pierwszy. Wiemy, że tworzywa sztuczne są produkowane z ropy naftowej, ale ilu zwiedzających wystawę wcześniej wiedziało, że plastykowe butelki z polietylenu (PET), w których napoje znakomita większość z nas kupuje codziennie, są wytwarzane z małych preform, buteleczek, które dopiero strumień sprężonego powietrza rozdmuchuje do pożądanego kształtu? Dwie przykładowe takie preformy zaprezentowano też na wystawie.

Dopiero po zwiedzeniu tego pomieszczenia należy powrócić do pierwszej sali, gdzie prezentowane są możliwe odpowiedzi na zalewającą nas górę śmieci. To właśnie te próbki ekologicznych materiałów budowlanych, które twórcom, na ich prośbę, przesłali producenci. Większość firm, do których Hugon Kowalski i Marcin Szczelina się zwrócili, wprawdzie nie odpowiedziała na ich apel. Listę wszystkich przedsiębiorstw wywieszono na wystawie; szukam wśród nich śremskich firm, nie ma jednak ani Rehau, ani Deforu.

Wystawę „Porozmawiajmy o śmieciach” można uznać za projekt artystyczny, wystawa ta również dobrze mogła być zaprezentowana w muzeum historycznym, muzeum przemysłu, nawet etnograficznym, a jej najwłaściwszym miejscem byłoby chyba Ministerstwo Ochrony Środowiska, Greenpeace, czy inna z tak wielu organizacja ekologiczna. Jest sztuką, ale w równym stopniu jest publicystyką, mówiącą o rzeczach, które artystów interesują, wprost, nie trzeba doszukiwać się jej ukrytego przesłania. I ma prawo taką być.

* * *

Nie wiem, czy druga wystawa którą zobaczyłem tego dnia w „Arsenale” – „Ryby, kamienie, telewizory” Adriana Kolarczyka i Marii Stożek – była jakoś inspirowano pierwszą, ale nie sądzę – ukazujące przypadkowe sceny analogowe fotografie gromadzone i teraz zaprezentowane przez artystów chyba nie zostały znalezione na śmietnikach, lecz kupione na targowiskach i w Internecie od przypadkowych sprzedawców. Niestety nie odnalazłem przesłania tej wystawy, ani wyrażonego wprost, ani w formie aluzyjnej. Próbowałem analizować te fotografie, było to jednak zbyt nużące.

Cmentarz w Bninie. Kolegiata Kórnicka

1 listopada – wyjazd na dwa cmentarze w Kórniku i na mszę do kościoła pw. Wszystkich Świętych. Tak dawno nie jechałem tą trasą, że bardzo duży ruch samochodowy na drodze wojewódzkiej do Kórnika jest dla zaskoczeniem, przecież mamy Wszystkich Świętych, dzień wolny od pracy. Chyba że to poznaniacy jadący na groby bliskich w południowej Wielkopolsce i na Dolnym Śląsku wybrali tę trasę, aby uniknąć jazdy zatłoczoną krajową piątką przez Leszno (większość samochodów jedzie od strony Poznania).

Dawno nie byłem na cmentarzu w Bninie… Teraz mogę sobie przypomnieć to niezwykłe miejsce, pusty plac, na którym do 1942 roku stał kościół pw. św. Wojciecha. Kiedy w owym roku doszło do katastrofy budowlanej, zawaliła się wieża, teren został natychmiast otoczony przez gestapo ze Śremu i już nie pozwolono na odbudowę kościoła, zmuszono bninian do jego rozbiórki. Obecnie na pokościelnym placu najbardziej widocznym budynkiem jest kaplica Celichowskich. Najlepiej jest mi znany Zygmunt Celichowski, zarządca Biblioteki Kórnickiej, ale też inni członkowie rodziny bardzo się zasłużyli dla Wielkopolski i Polski: ojciec Zygmunta, Antoni, pedagog, autor podręczników; syn Zygmunta, Witold, wojewoda poznański; drugi syn, Stanisław Celichowski, dowódca kompanii kórnickiej w powstaniu wielkopolskim.

Potem właściwy teren bnińskiego cmentarza, łagodnie opadającego w kierunku zakończenia półwyspu Szyja, otoczonego z trzech stron  Jeziorem Bnińskim. Podobno są tu pochowani ks. Szczepan Janasik, Wojciech Droździk, sekretarz premiera Stanisława Mikołajczyka, Wincenty Flens, ostatni burmistrz Bnina, nie jestem jednak w stanie odnaleźć ich grobów. Po przejściu przez cały cmentarz idę jeszcze do końca półwyspu Szyja. Półwyspowi nadali tę nazwę archeologowie, którzy od dawna prowadzą tu badania; to jedno z najważniejszych stanowisk archeologicznych w Wielkopolsce, z widocznymi jeszcze dzisiaj dwoma grodziskami, śladami dawnych osad. Jestem całkiem sam na półwyspie i mogę go dokładnie obejrzeć, po raz pierwszy od wielu lat, w końcu zawracam (gdybym skręcił tu nogę albo coś innego mi się stało, nikt by mi nie pomógł, nie należy kusić losu) i kieruję się w stronę kórnickiej kolegiaty.

Chociaż mamy 1 listopada, w kościele pw. Wszystkich Świętych w Kórniku nie ma dzisiaj odpustu, ten odbędzie się w najbliższą niedzielę, jak wyjaśnia wiernym ksiądz proboszcz na początku nabożeństwa. Mogę więc tylko wziąć udział w mszy; kazanie na niej głosi ksiądz Łukasz Słociński, który jeszcze niedawno był wikarym w mojej parafii. Po mszy okazja do przypomnienia sobie kościoła, nagrobków Górków, ołtarza św. Anny z obrazem pędzla Mariana Jaroczyńskiego, rzeźby św. Franciszka dłuta Marcina Rożka. Najcenniejsza i dzisiaj najbardziej mnie interesująca kaplica Matki Boskiej Kórnickiej, w której podziemiach pochowano między innymi Teofilę Działyńską (Białą Damę), Tytusa i Jana Działyńskich, jest niestety zagrodzona i niedostępna, trwają jakieś prace remontowe, co widać też na zewnątrz kościoła. Nie mogę też wejść do krypty pod kaplicą Najświętszego Serca Jezusowego, w której pochowano hrabiego Władysława Zamoyskiego, jego matkę generałową Jadwigę Zamoyską i siostrę Marię, kościół jest otoczony rusztowaniami.

Niedaleko kolegiaty jest też drugi kórnicki cmentarz. Tak jak na bnińskim cmentarzu i tu mnóstwo ludzi odwiedzających groby, zapalających znicze, składających kwiaty. Są tu m.in. zbiorowe mogiły powstańców wielkopolskich i rozstrzelanych 20 października 1939 roku. Chętnie odwiedziłbym grób Kajetana Kielisińskiego, którego XIX-wieczne grafiki i rysunki są mi dobrze znane, czy ks. Edmunda Majkowskiego, założyciela Archiwum Archidiecezjalnego w Poznaniu, niestety nie jestem w stanie ich znaleźć, wymagałoby to więcej czasu, specjalnego wyjazdu do Kórnika w spokojniejszych warunkach niż dzisiaj. Powrót do Śremu wciąż zatłoczoną szosą.

Muzeum Narodowe w Poznaniu – Janusz Przybylski

21 października – po pierwszym wykładzie Justyny Borkowskiej poświęconym Witkacemu zostaję jeszcze w Muzeum Narodowym w Poznaniu na drugim, tym razem Grażyny Hałasy na temat cyklu „Błędne koło” Janusza Przybylskiego. Z tłumu słuchaczy na Witkacym została nas tylko garstka – około 10 osób, ale też i artysta będący przedmiotem wykładu jest o wiele mniej znany niż Witkacy.

Postać Janusza Przybylskiego i jego cykl „Błędne koło” poznałem dopiero w maju tego roku, podczas Nocy Muzeów, w czasie której muzeum zaprezentowało kilkanaście niedawno zakupionych prac artysty. Wystawa była niewielka i nie trwała długo (światło szkodzi grafikom, nie mogą więc być pokazywane na ekspozycji stałej), była jednak jedną z najciekawszych wystaw podczas tegorocznej Nocy Muzeów w Poznaniu. Dzisiejszy kameralny wykład jest jej przypomnieniem, jednocześnie będąc szerszą prezentacją twórczości mało znanego artysty. Urodzony w Poznaniu, studiował w warszawskiej ASP pod kierunkiem Aleksandra Kobzdeja, autora słynnego obrazu „Podaj cegłę”, który po odwilży zwrócił się ku abstrakcji. W duchu abstrakcji tworzył początkowo też Janusz Przybylski, szybko, jeszcze w latach 60. zwrócił się jednak ku sztuce figuratywnej. Na jednym ze slajdów na wykładzie widzimy m.in. jego pracę powstałą w Puławach w 1966 roku. Później przyszły kolejne dzieła przeniknięte groteską, zdeformowanym realizmem, wreszcie, w drugiej połowie lat 70. cykl „Błędne koło”.

Tytuł „Błędne koło” to oczywiste nawiązanie do obrazu Jacka Malczewskiego, który jest na wystawie stałej w poznańskim Muzeum Narodowym. Mnóstwo też cytatów z dzieł innych malarzy i grafików: „Las Meninas” Velázqueza, „Guerniki” Picassa, „Kaprysów” Goi i innych. Wtedy, w maju, widziałem tylko niewielką część cyklu, teraz, na slajdach, mogę ich zobaczyć o wiele więcej. Grażyna Hałasa szczegółowo opowiada nam o konotacjach tych prac, nawiązaniach do poszczególnych dzieł Picassa, Goi, różnych możliwościach interpretacji.

Po wykładzie dyskusja, w której z naszej niewielkiej grupki tylko ja biorę udział.

– Czy jest możliwość zgromadzenia wszystkich tych prac na wystawie w Poznaniu? Chętnie zobaczyłbym je na żywo.

– Niestety nie. Prace są rozproszone w całej Polsce i zgromadzenie ich w jednym miejscu graniczy z niemożliwością.

– Może więc udałoby się zorganizować przynajmniej jakąś przekrojową wystawę Przybylskiego, podobną do obecnej wystawy Józefa Kaliszana w Muzeum Historii Miasta Poznania w Ratuszu, w ramach przypominania poznańskich plastyków?

– Może…, ale decyzja nie należy do mnie. Byłoby to bardzo pracochłonne przedsięwzięcie.

– Zainteresował mnie też wątek puławski. Puławy to moje miasto rodzinne. Wiem, że w 1966 roku w Zakładach Azotowych w Puławach zorganizowano sympozjum „Sztuka w zmieniającym się świecie”. W 2013 roku byłem w Muzeum Współczesnym we Wrocławiu na wystawie, na której przypomniano to sympozjum i artystów prezentujących wtedy swoje prace. Przypuszczam, że był wśród nich też Przybylski. Czy to z tego sympozjum pochodzi ta praca?

– Możliwe, ale nie znam tu szczegółów.

Cóż, majowa wystawa Przybylskiego w Muzeum Narodowym musi więc na razie wystarczyć. Ze względów konserwatorskich grafiki te rzeczywiście nigdy nie trafią wystawę stałą. Pozostaje nam tylko nadzieję, że kiedyś, w perspektywie kilku lat, uda się zorganizować większą wystawę artysty.

Opuszczam już budynek muzeum. Czeka mnie jeszcze zwiedzenie wystawy „Frida Kahlo i Diego Rivera. Polski kontekst” w Zamku Cesarskim, potem powrót do Śremu.

Muzeum Narodowe w Poznaniu – Witkacy

21 października – wyjazd do Muzeum Narodowego w Poznaniu na wykład Justyny Borkowskiej z Akademii Pomorskiej w Słupsku poświęcony twórczości Witkacego. To pierwszy wykład z cyklu „Świat obrazów” w tym roku, w którym biorę udział. Po dwóch latach wykładów poświęconych modernizmowi poznańskie Muzeum Narodowe postanowiło przejść do kolejnej epoki – dwudziestolecia międzywojennego.

Pastele Witkacego znam całkiem dobrze – widziałem je wielokrotnie w muzeach Warszawy, Poznania, Wrocławia, ostatnio we wrześniu 2016 roku, kiedy pojechałem na wystawę „Asymetryczna dama” w Centrum Kultury Zamek we Wrocławiu na Leśnicy. Lubię twórczość plastyczną Witkacego, w przeciwieństwie do jego twórczości literackiej; podobnie jak w przypadku Wyspiańskiego (chociaż to całkiem  inny styl i inna epoka) ich pastele, zwłaszcza portrety, podobają mi się bardziej niż dramaty.

Zainteresowanych wykładem jest bardzo dużo – jeszcze nigdy nie widziałem takiej liczby słuchaczy w Muzeum Narodowym, chociaż wykłady z tego cyklu cieszą się zawsze dużą popularnością. Jestem kilka minut spóźniony i cały czas muszę stać, na szczęście dość blisko ekranu, na którym wyświetlane są przeźrocza. Takie zainteresowanie to jednak nic dziwnego. Mający już wśród swoich współczesnych opinię narkomana, erotomana, dziwaka Witkacy zaciekawia do dzisiaj wszystkich interesujących się sztuką.

Justyna Borkowska przyjechała do nas ze Słupska, miasta, którego Muzeum Pomorza Środkowego może poszczycić się największą kolekcją portretów Witkacego. Stało się jej posiadaczem dość przypadkowo, w drodze zakupu od Michała Białynickiego-Biruli jeszcze w latach 60., od tego czasu kolekcja jest systematycznie powiększana i liczy obecnie już ponad 300 sztuk. Justyna Borkowska koncentruje się w swoim wykładzie tylko na kilku portretach: Zofii Szumanowej i Marii Białynickiej-Biruli, przedstawiając historię ich powstania i opowiadając o Firmie Portretowej Witkacego. Osobowość Witkacego wprawdzie sprawia, że wykład znacznie wykracza kwestie czysto artystyczne. Justyna Borkowska Witkacym zajmuje się naukowo od dawna, swoją pracę magisterską napisała na temat „Witkacy i kobiety”, dużo nam więc opowiada o tych związkach podszytych często perwersyjnym erotyzmem. Artysta może więc był erotomanem, ale czy narkomanem? Prelegentka uważa, że nie, że substancje (peyotl i inne, ich nazwy i wzory chemiczne artysta umieszczał potem na pastelach), które zażywał podczas rysowania służyły mu tylko wywoływania artystycznych wizji. Justyna Borkowska dużo mówi też o relacjach towarzyskich łączących Witkacego z inteligencją Zakopanego i innych miast, jego przyjaźniach z lekarzami.

Po wykładzie dyskusja, długa i ciekawa. Słuchacze (właściwie słuchaczki, panie dominują na spotkaniu) interesują się zwłaszcza relacjami Witkacego z jego żoną, kochankami, m.in. Czesławą Oknińską, z którą 18 września 1939 r. postanowił popełnić samobójstwo (jak wiadomo, Czesława przeżyła, Witkacy nie). Zadawane pytania świadczą o tym, że słuchacze wykładu dużo wiedzą o Witkacym, że nie znaleźli się tu przypadkowo. Mnie bardziej interesuje kwestia narkomanii, poruszam więc tę kwestię w dyskusji:

– Powiedziała pani, że Witkacy nie był narkomanem. Ale na jakiej podstawie możemy to stwierdzić? Czy lekarze, z którymi się przyjaźnił, diagnozowali Witkacego? Objawem narkomanii jest głód narkotykowy, odczuwany przy odstawieniu narkotyków. Czy Witkacy odczuwał taki głód?

– Nie, nie odczuwał. Zresztą sam twierdził, że nie jest narkomanem – odpowiada Justyna Borkowska. – Uważam, że nie był narkomanem również z tego powodu, że narkomani dążą tylko do zaspokojenia swojego nałogu a potem już nie interesują się niczym. Tymczasem Witkacy pod wpływem narkotyków tworzył nowe dzieła, było to dla niego tylko podnietą artystyczną.

Nieoczekiwanie moje pytanie i odpowiedź Justyny Borkowskiej wywołują gwałtowną reakcję innego mężczyzny:

– Proszę pani, każdy narkoman, alkoholik twierdzi, że nie jest narkomanem, alkoholikiem. Tymczasem w nałóg można bardzo łatwo wpaść, nawet jeśli pije się tylko w weekendy. Nie zgodziłbym się z Panią…

Nie rozstrzygniemy tego w tej dyskusji, myślę, że to temat na osobne badania, którymi mogliby zająć się historycy sztuki, literatury, nawet lekarze. W każdym razie Justyna Borkowska pozostaje przy swoim zdaniu i zdradza nam, że swojej pracy doktorskiej, którą również poświęciła Witkacemu, chce udowodnić, że Witkacy był… moralistą. Hm… Jeśli będzie kiedyś okazja, chętnie zapoznam się z wynikami tych badań.

Zamek Cesarski w Poznaniu – Frida Kahlo i Diego Rivera. Polski kontekst

Wystawę „Frida Kahlo i Diego Rivera. Polski kontekst” w Zamku Cesarskim w Poznaniu obejrzałem w ubiegłą sobotę. Wybierałem się na nią już dwa tygodnie temu, wtedy jednak bez powodzenia – „Biletów na dzisiaj już nie ma, proszę pana”. Kiedy po dwóch tygodniach przyjechałem ponownie na dwa wykłady w Muzeum Narodowym, przy okazji, bez większych nadziei, zajrzałem też do Zamku. Przed kasą zastałem tabliczki informujące, że na dzisiaj bilety są wyprzedane, po dłuższym szukaniu na monitorze komputera kasjerka zaproponowała mi jednak bilet na godz. 14. Na 14? Trochę późno, nie dziękuję, rezygnuję.

Kiedy drugi wykład w Muzeum Narodowym, poświęcony twórczości Janusza Przybylskiego, zakończył się o 13.50, w planach miałem już powrót do Śremu, nagły impuls skłonił mnie jednak do zawrócenia do Zamku i szybkiego przejazdu z gmachu przy al. Marcinkowskiego na Święty Marcin. Czy ten bilet na godz. 14 jeszcze jest? Tak, jest, proszę. Okazało się, że mimo ogromnego zainteresowania wystawą i teoretycznego braku biletów można ją zwiedzić bez wcześniejszej rezerwacji.

A zainteresowanie rzeczywiście jest ogromne – przed wejściem do głównej sali wystaw kłębił się już tłum ludzi zainteresowanych Fridą, chyba jeszcze nigdy nie widziałem takich tłumów na wystawie w CK Zamek. Aby zapanować nad tą masą zwiedzających, bilety są sprzedawane na konkretne godziny, mimo to duża liczba ludzi trochę przeszkadza w obejrzeniu wystawy, analizie prac, zwłaszcza w pierwszej sali, tuż po godz. 14, potem to stłoczenie trochę się rozładuje. Ale nie trzeba narzekać, tylko zwiedzać, druga taka okazja zobaczenia prac legendy współczesnej sztuki prawdopodobnie już się nie powtórzy.

Frida Kahlo rzeczywiście jest legendą i prawdziwą ikoną sztuki światowej i z pewnością to jej nazwisko, legenda, film opowiadający o jej życiu, a nie autentyczne zainteresowanie sztuką ściągają do Poznania zwiedzających z całej Polski. Jej mąż Diego Rivera jest już mnie znany; tylko zainteresowani sztuką i kulturą Meksyku znają jego monumentalne murale. Od jego też prac rozpoczynam zwiedzanie wystawy. Niestety eksponowane w Poznaniu obrazy Rivery nie robią na mnie większego wrażenia. Swoją światową sławę artysta zawdzięcza muralom, które tu są eksponowane w formie pokazu slajdów, pokaz ten też jednak nie jest zbyt interesujący; z drugiej strony z pewnością miałbym inne odczucia, gdybym zobaczył je nie tu, w formie wielokrotnie pomniejszonych fotografii, lecz na żywo, jako monumentalne freski namalowane na budynkach.

Twórczość Fridy Kahlo zajmuje większą część pierwszej sali wystawy. To tu znajdziemy jej najbardziej ikoniczne przedstawienia publikowane we wszystkich materiałach promocyjnych wystawy – autoportrety, portrety Fridy z innymi osobami i… niewiele innych tematów. Prace te nawet podobają mi się, aczkolwiek po pewnym czasie nachodzą mnie wątpliwości. Wiem, że egotyzm jest immanentną cechą każdego artysty, ale przecież i Frida nie była aż tak skupiona na sobie, nie malowała tylko siebie, lecz również otaczający ją świat. Prace Kahlo są pełne ekspresji, bardzo podobają mi się takie obrazy jak „Miłosny uścisk wszechświata”, czy „Panna młoda przerażona otwierającym się przed nią życiem”,  monotematyczność pozostałych eksponowanych prac może jednak nużyć, wystawa nie jest dostatecznie reprezentatywna. Niektórzy zwracają też uwagę na jej braki warsztatowe, co staje się zrozumiale, jeśli uświadomimy sobie, że nie miała formalnego wykształcenia w tym kierunku, nie studiowała malarstwa. To mi akurat nie przeszkadza, historia sztuki pełna jest wybitnych postaci tworzących malarstwo naiwne, z drugiej strony Kahlo malarką naiwną nie można nazwać, była raczej samoukiem. Chociaż legenda Kahlo, jej romanse, zarówno z mężczyznami jak i kobietami, jej androgynizm, komunizm, związek z Trockim, cała ta niemająca wiele wspólnego ze sztuką otoczka przysłoniły jej twórczość, to w gruncie rzeczy dobre malarstwo, warte obejrzenia. Na wystawie tylko jedno jest nieporozumieniem – rysunki Kahlo, które niestety nie mają żadnej wartości artystycznej (kilku moich znajomych potrafi lepiej rysować), z ich pokazania można więc było zrezygnować.

W pierwszej sali warto zobaczyć też fotografie Kahlo, te najsłynniejsze, kolorowe, wykonane przez Nickolasa Muraya, i te mniej znane, czarno-białe, wykonane przez innych fotografików (są sugestywnym portretem psychologicznym Fridy, czy prawdziwym – to inna sprawa), archiwalne nagrania filmowe, między innymi z Trockim, nawet slajdy kart dziennika Kahlo. W oddzielnej salce jest wyświetlany godzinny film dokumentalny o życiu i twórczości Fridy Kahlo i Diego Rivery; niestety nie obejrzę go, mój bilet jest ważny tylko dwie godziny, a ja chciałbym zobaczyć też drugą część wystawy.

W salach 102, 103 i 104 prezentowany jest „polski kontekst”, o którym mowa w tytule wystawy. Polski kontekst oznacza tu przede wszystkim prezentację twórczości dwóch artystek związanych z Kahlo i wywodzących się z Polski – urodzonej w Lublinie, w rodzinie żydowskich wędrownych aktorów malarki i graficzki Fanny Rabel oraz pochodzącej z Grajewa (wystawa nie informuje o tym, ale też była chyba Żydówką) fotografki Bernice Kolko, do tego jedno pomieszczenie poświęcone wystawie sztuki meksykańskiej, która odbyła się w Warszawie i w innych miastach w 1955 roku. Tłok tu na szczęście o wiele mniejszy niż w głównej sali z twórczością Kahlo i Rivery, powierzchnia wystawowa większa, a i sama wystawa okazuje się dla mnie ciekawsza.

Fotografie Bernice Kolko oraz grafiki i obrazy Fanny Rabel jeszcze nigdy nie były prezentowane w Polsce, są dla mnie całkowicie nieznane. Kolko przyjaźniła się z Kahlo i zawdzięczamy jej wiele zdjęć malarki, tych ukazujących jej prywatne życie, nie w nierealistycznie upozowanych scenach jak u Muraya, również tych najbardziej przejmujących, jak fotografia Kahlo na łożu śmierci czy z pogrzebu artystki z Riverą niosącym jej trumnę. Najcenniejsze są jednak dla mnie inne zdjęcia Kolko, ukazujące codzienne życie w Meksyku w latach 50. XX wieku: dzieci, ulicznych sprzedawców, biedoty… Mają bardzo dużą wartość dokumentalną i artystyczną, ogląda się je z prawdziwym zaciekawieniem. To samo można powiedzieć o twórczości Fanny Rabel. W szczególności podobają mi się jej grafiki meksykańskich dzieci, ale też scenki rodzajowe, na przykład z teatru, w którym mała Fanny wędrowała w dzieciństwie z rodzicami. Kiedy oglądam te prace, paradoksalnie nachodzi mnie refleksja, że Bernice Kolko i Fanny Rabel były lepszymi artystkami niż Frida Kahlo, ich fotografie i grafiki są cieplejsze, podobają mi się bardziej od obrazów Fridy. Nie można im też zarzucić braków warsztatowych i monotematyczności, jak w przypadku obrazów Kahlo, które widziałem w pierwszej sali.

I wreszcie ostatnia sala poświęcona wystawie sztuki meksykańskiej w Polsce w 1955 roku. Na wystawie tej prezentowano też jeden obraz Kahlo – „Zraniony stół”, największy rozmiarami, jaki namalowała, i dość nietypowy dla jej twórczości, bo namalowany w poetyce surrealizmu. Po wystawie obraz zaginął, podobno powrócił do ZSRR, z którego został wypożyczony, w Zamku widzimy tylko jego pełnowymiarową reprodukcję. Reprodukcja jest czarno-biała, podoba mi się jednak; gdyby oryginał obrazu zachował się, byłby jednym z cenniejszych dzieł surrealizmu. Oprócz reprodukcji „Zranionego stołu” dużo wycinków prasowych z wystawy sprzed 52 lat (drobny druk niestety utrudnia och odczytanie, a szkoda, bo chętnie przeczytałbym, co w epoce socrealizmu prasa pisała o meksykańskiej sztuce), krótki film dokumentalny z wystawy z Andrzejem Łapickim jako lektorem, i niewielki wybór prezentowanej wtedy sztuki. Podobnie jak widzom 52 lata temu najbardziej podobają mi się grafiki (po wystawie wydano wtedy nawet album z meksykańskimi grafikami). Zarówno grafiki jak i obrazy często przeniknięte są duchem socrealizmu i walki z „imperializmem”, surrealistyczny „Zraniony stół” Kahlo chyba niezbyt pasował do tych prac.

„Frida Kahlo i Diego Rivera. Polski kontekst” jest bardzo ważną wystawą, może najważniejszą w tym roku w Poznaniu. Na pewno warto ją zobaczyć, choćby po to, aby skonfrontować się z legendą Fridy Kahlo, również po to, aby poznać innych, do tej pory w Polsce całkiem nieznanych twórców. Jeśli chodzi o mnie, w salach poświęconych sztuce Bernice Kolko, Fanny Rabel i wystawie sztuki meksykańskiej z 1955 roku spędziłem więcej czasu niż w sali pierwszej sali Kahlo i Rivery, przeżycia estetyczne w nich były dla mnie ważniejsze. Oczywiście inni mogą mieć odmienne zdanie.

Muzeum Historii Miasta Poznania – Józef Kaliszan

 

Kiedy usłyszałem o planowanej wystawie Józefa Kaliszana w Muzeum Historii Miasta Poznania, początkowo myślałem, że ma ona jakiś związek z wystawą „Szczeliny wolności” w Muzeum Narodowym, że jest jej kontynuacją – być może dlatego, że o wystawie Kaliszana dowiedziałem się tego samego dnia, w którym zwiedzałem tę najważniejszą obecnie wystawę czasową w głównym gmachu Muzeum Narodowego przy al. Marcinkowskiego. Nie wiem, czy autorzy wystawy „Ślady niepamięci. Józef Kaliszan” w jakikolwiek sposób inspirowali się „Szczelinami wolności”, ale chyba nie, to inne epoka, inny rodzaj twórczości.

Poznański artysta Józef Kaliszan, chociaż zmarł niedawno, w 2007 roku, jest dzisiaj postacią w dużej mierze zapomnianą; miejmy nadzieję, że obecna wystawa go przypomni. Wystawa nieduża – praktycznie tylko w jednej sali zgromadzono 70 prac artysty: głównie rysunki i grafiki, obrazy, tylko dwie rzeźby („Totemy”), do tego kilka projektów scenograficznych w drugim pomieszczeniu. Jak przyznaje samo Muzeum Narodowe na swojej stronie internetowej, to tylko okruch, fragment twórczości artysty, niestety, w dodatku fragment niereprezentatywny. Józef Kaliszan był przede wszystkim rzeźbiarzem, czego na wystawie nie widać – wspomniane dwa „Totemy” nie wystarczą do zaprezentowania twórczości w tej dziedzinie Na stronie muzeum czytamy też, że Kaliszan był współzałożycielem grupy R-55, której udało się przełamać estetykę socrealistyczną w sztuce, brak jednak informacji, że wcześniej artysta sam tworzył w tej estetyce, malując np. obrazy Ethel i Juliusza Rosenbergów czy Józefa Stalina. Z drugiej strony rozumiem ograniczenia lokalowe muzeum – taka naprawdę przekrojowa wystawa na pewno nie mogłaby zostać przedstawiona w poznańskim ratuszu, wymagałaby o wiele większej powierzchni. Zainteresowanym twórczością Kaliszana musi więc nam wystarczyć to, co możemy obejrzeć na wystawie, której wernisaż miał miejsce 6 października.

Wystawa niewielka, więc moje wrażenia z niej też będą tylko ogólnej natury. O pracach abstrakcyjnych Kaliszana (zaliczam do nich też „Totemy) się nie wypowiadam, moja niechęć do abstrakcji jest już znana czytelnikom tego blogu. Bardziej interesujące były dla mnie projekty scenograficzne do przedstawień w Teatrze im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie; w porównaniu choćby z projektami Ryszarda Kai, które widziałem w „Arsenale”, czy projektami do baletu „Swantewid” na wystawie „Szczeliny wolności” też trudno je uznać za wybitne.

Najciekawsze były dla mnie obrazy i przede wszystkim rysunki i grafiki przedstawieniowe, szczególnie portrety ukazujące konkretnych ludzi, jak portret aktorki, jak i takie, które można uznać za przedstawienia ogólne, symboliczne, alegorie, jak „Zamyślona”, „Obserwator”, „Mieszczanie”. Z jakiegoś powodu prace te przypominały mi rysunki Tadeusza Kulisiewicza, które znam z Centrum Rysunku i Grafiki w Kaliszu – nie wiem, czy z powodu przedstawiania podobnych tematów czy podobieństwa formalnego. Myślę, że chodzi tu raczej o to drugie. Przedstawieniowe rysunki i grafiki Kaliszana przypominają prace Kulisiewicza prostotą kreski i umiejętnością wyrażania głębokich treści zwykłymi, tradycyjnymi środkami – umiejętność we współczesnej sztuce nie tak częsta.

Muzeum Sztuk Użytkowych w Poznaniu

7 października – kolejny wyjazd do Poznania. Pogoda zła, zachmurzenie całkowite, od Wiórka do Starołęki jadę w deszczu – mamy już jesień. Moim dzisiejszym celem wyprawy jest wystawa Fridy Kahlo w Zamku Cesarskim, ale kiedy wchodzę do Zamku, chociaż do otwarcia ekspozycji jest jeszcze ponad godzina, pani w kasie informuje mnie, że na dzisiaj biletów już nie ma. Słyszałem, że wystawa Frudy Kahlo cieszy się ogromną popularnością, ale żeby aż tak? Trudno, może uda się następnym razem, i tak mam na ten wypadek kilka planów B, po krótkim namyśle decyduję się zwiedzić Muzeum Sztuk Użytkowych, w którym jeszcze nie byłem po remoncie.

Muzeum Sztuk Użytkowych na Górze Przemysła, obok Muzeum Instrumentów Muzycznych na Starym Rynku, jest tym z oddziałów Muzeum Narodowego w Poznaniu, które odwiedzam najrzadziej. Ostatnim razem byłem w nim 10 kwietnia 2010 roku – tak w dniu, w którym wydarzyła się katastrofa smoleńska. Wziąłem wtedy udział w spacerze po Poznaniu, podczas którego nasza przewodniczka zaprowadziła nas również do tego muzeum, ale to temat na całkiem inny wpis na tym blogu, który może tu kiedyś opublikuję.

Zaraz potem muzeum zamknięto i rozpoczęto trwającą siedem lat odbudowę (a raczej budowę, bo rekonstrukcją nie można tego nazwać) Zamku Królewskiego, przedsięwzięcie w Poznaniu bardzo kontrowersyjne; spory na temat tego „zamku Gargamela” dopiero niedawno trochę ucichły. Osobiście architektura Zamku Królewskiego mnie nie razi, uważam, że można ją zaakceptować, pod warunkiem, że całego projektu nie będziemy traktować z czołobitnością jako wierne odtworzenie zniszczonego zabytku na podstawie zachowanej dokumentacji, jak to było na przykład w przypadku Zamku Królewskiego w Warszawie ( nie jest to możliwe, bo takiej dokumentacji nie ma), tylko po prostu jako budowlę współczesną o historyzującej architekturze. Celem mojej dzisiejszej wizyty nie jest zresztą roztrząsanie kwestii architektonicznych, tylko zwiedzenie wystawy stałej w Muzeum Sztuk Użytkowych, które po siedmiu latach powróciło do pomieszczeń zamkowych.

Muzeum, jak można było przypuszczać, stało się o wiele większe i nowocześniejsze, jest teraz jednym z najlepiej wyposażonych w Poznaniu. Zajmuje cztery kondygnacje – od Skarbca w piwnicy, gdzie można podziwiać między innymi pukiel włosów Napoleona; przez Salę Przemysła na parterze, w której w multimediach przedstawiono początki zamku (jest nawet hologram z pieczęcią Przemysła II, którą, według autorów wystawy, można uznać za pierwsze oficjalne użycie herbu naszego państwa); potem przez mieszczącą się na parterze, I i II piętrze prezentację sztuki użytkowej od średniowiecza do współczesności (co przeważnie oznacza tu lata 60. XX wieku).

Z mojej ostatniej wizyty przed siedmiu laty pamiętam tylko niektóre eksponaty; poza tym wystawa bardzo się rozrosła (zajmuje teraz 4000 metrów kwadratowych), odbieram więc ją jako całkiem nową. Na ekspozycjach z wcześniejszych epok bardzo dużo uzbrojenia i sztuki sakralnej, potem też na przykład tkaniny, ubiory, sprzęty domowe, zastawy stołowe, wszystko co kojarzymy ze sztuką użytkową, są też jednak eksponaty i kolekcje zaskakujące, np. kunstkamery (gabinety osobliwości) albo przenośne zegarki słoneczne używane jeszcze na początku XIX wieku. Ekspozycja nie ogranicza się do sztuki europejskiej, dużo też wschodniej: perskiej, chińskiej, japońskiej; dzięki zbieraczom od stuleci trafiała ona do Europy.

Wystawa wzbudza więc podziw, z drugiej strony zwiedzam ją jednak dość szybko, nie spędzę tu pół dnia, muzeum opuszczam już po około dwóch godzinach. Myślałem, że zostanę na zaplanowanym na godz. 13 wykładzie „Kostium Superwoman”, wykład okazuje się jednak przeglądem projektów współczesnego francuskiego projektanta mody Thierry’ego Muglera; interesuję się historią mody w dawnych wiekach, ale nie jej współczesnością, po 15 minutach wychodzę więc z wykładu.

Jaki jest powód rozczarowania wizytą w muzeum? Nie chodzi tu o aranżację wystawy, która jest przygotowana bardzo profesjonalnie, lecz po prostu o rozbieżność jej tematyki z moimi zainteresowaniami. W dawnym gmachu Muzeum Sztuk Użytkowych też byłem rzadko i jego ekspozycja wtedy też raczej pozostawiała mnie obojętnym. Wydaje się to dziwne, zważywszy, że bardzo lubię zwiedzać zabytkowe zamki, pałace, w których można przecież zobaczyć takie same eksponaty co w Muzeum Sztuk Użytkowych. Rzecz jednak w tym, że eksponaty te są wtedy w ich naturalnym otoczeniu rodowej, magnackiej siedziby, korespondując z historią rodziny i historią pałacu. Wyrwane z tego otoczenia, przeniesione to muzeum, tracą dla mnie swój nimb wyjątkowości. To oczywiście tylko moje odczucie, mimo wszystko warto odwiedzić muzeum jako jedną z najważniejszych placówek kulturalnych w mieście. Wielu poznaniaków i turystów spoza Poznania na pewno się nim zachwyci.

Muzeum Narodowe w Poznaniu – Szczeliny wolności

1 października – wyjazd do Muzeum Narodowego w Poznaniu na nową wystawę czasową „Szczeliny wolności”. Wybierałem się na nią już od dawna, a kiedy raz wspomniałem o tym znajomej, ta zapytała:

– Sztuka polska? A z jakich czasów?

– Z lat 1945-1948/1949.

– Nie lubię tego okresu.

– Ale to nie jest socrealizm – wyjaśniłem. – To okres zaraz po wojnie, ale jeszcze przed zadekretowaniem socrealizmu w Polsce. Stąd tytuł „Szczeliny wolności” – szczeliny wolności między okupacją niemiecką a kolejnym zniewoleniem, pełnym poddaniem się pod indoktrynację radziecką.

I rzeczywiście o tym jest ta wystawa, którą po prawie dwóch miesiącach od otwarcia chcę wreszcie zwiedzić. Wybieram niedzielę 1 października, ponieważ na ten dzień na godz. 12 zaplanowano też oprowadzenie kuratorskie – jej kurator, Włodzimierz Nowaczyk, będzie oprowadzał nas po wystawie. Jeszcze o godz. 11 zainteresowanie jest wprawdzie niewielkie, jestem tego dnia pierwszym zwiedzającym w muzeum, mogę w spokoju samotnie przejść po salach i obejrzeć ekspozycję, dopiero później zjawiają się inni zwiedzający, którzy przyszli na oprowadzanie.

Pierwsza część ekspozycji zatytułowana „Czas martwej natury” jest rozczarowaniem. Zgodnie z tytułem zawiera w większości martwe natury namalowane przez artystów tworzących jeszcze w przedwojennej poetyce koloryzmu. Martwej natury w malarstwie nigdy nie lubiłem, pokazywane dzieła nie są zresztą wybitne, moją uwagę zwraca tylko kilka portretów, między innymi Jana Cybisa, Andrzeja Pronaszki a zwłaszcza „Pani przy stole” Wacława Taranczewskiego.

Całkiem inny charakter ma niewielka boczna sala na parterze, w której ukazano projekty scenografii i kostiumów do wystawionego w Poznaniu w 1948 roku baletu „Swantewit” Piotra Perkowskiego, opartego na mitologii prasłowiańskiej. Konkurs na oprawę scenograficzną baletu wygrała wtedy Maria Jarema, jej nowoczesne projekty nie zostały jednak ostatecznie zrealizowane, w sali można też zobaczyć projekty innych artystów: Wacława Taranczewskiego, Andrzeja Pronaszki, Tadeusza Kantora, Jana Kosińskiego. Jedne awangardowe, inne tradycyjne, podobają mi się właściwie wszystkie; podobnie jak w przypadku Ryszarda Kai, które widziałem w „Arsenale” w ubiegłym roku, odbieram je nie jako projekty scenograficzne, lecz jako autonomiczne dzieła sztuki, bez związku z samym spektaklem.

Na górnej kondygnacji muzeum zaglądam najpierw do niewielkiego pomieszczenia, które okazuje się jednym z najciekawszych na wystawie. Wystawiono tu prace artystów grupy 4F + R (co znaczy: forma, farba, faktura, fantastyka i realizm), między innymi pięć prac Ildefonsa Houwalt, męża bardzo znanej w Śremie Barbary Houwalt. Po raz pierwszy mam okazję zobaczyć jego dzieła w oryginale, nie na reprodukcji – „Parada”, „Pogrzeb”, „Ludożerca”, „Wegetarianin” i „Mała czarna o świcie”, łączące ekspresjonizm z surrealizmem i oniryzmem, bardzo mi się podobają; szkoda, że artysta jest dziś zapomniany i raczej nie ma widoków na jego dużą monograficzną wystawę.

Przejście do kolejnej części ekspozycji zatytułowanej „Wojna/wojna”. Zagadką jest, dlaczego w sztukach pięknych (w przeciwieństwie do literatury) dopiero co zakończona II wojna światowa pozostawiła tak mały ślad, dlaczego stosunkowo rzadko artyści sięgali do tego tematu. Mimo to powstały wtedy dzieła wybitne; w istocie „Wojna/wojna” jest dla mnie najciekawszą częścią wystawy. Na długo zapamiętam przejmujący cykl drzeworytów Jonasza Sterna z lwowskiego getta, surrealistyczne „Schody” Erny Rosenstein, poświęcone zagładzie i jej zmarłym rodziców (dotychczas znałem tylko jej „Masakrę Żydów”, która również jest na wystawie); do tego dwa „Rozstrzelania” Andrzeja Wróblewskiego: bardzo znane „Rozstrzelanie z chłopczykiem” i szkic do „Rozstrzelania z dziewięcioma postaciami”. Bardzo ciekawe są też kolaże fotograficzne Teresy Żarnowerówny, będące ilustracjami do wydanej w Kanadzie w 1944 roku książki „Obrona Warszawy”.

Trzecia i ostatnia część: „Abstrakcja i surrealizm” w zamierzeniu organizatorów wystawy miała być chyba jej najważniejszą, podsumowującą częścią – na końcu sali możemy zobaczyć wielki obraz „Treść uczuciowa rewolucji – Niebo rewolucji wiosną” Andrzeja Wróblewskiego, wykorzystany na plakatach i w materiałach promujących wystawę – moja niechęć do abstrakcji, formalizmu sprawia jednak, że dla mnie nie jest ciekawa, może z wyjątkiem dwóch jeszcze przedwojennych kompozycji Marka Włodarskkiego będących nawiązaniem do awangardy zachodniej (Fernanda Légera) i wschodniej.

Oprowadzanie o godz. 12 nie jest długie. Zapoznający nas z wystawą Włodzimierz Nowaczyk siłą rzeczy koncentruje się tylko na niektórych obrazach, grafikach, rysunkach, rzeźbach, dużo się jednak możemy (nasza  grupa zwiedzających wzrosła tymczasem do wielkości klasy szkolnej) dowiedzieć o artystach i ich pracach. Na koniec zatrzymujemy się przy obrazie Andrzeja Wróblewskiego, który, jak się okazuje, jest dwustronny, na drugiej stronie artysta namalował niewidoczny teraz dworzec na ziemiach odzyskanych. Po zakończeniu oprowadzania pada kilka pytań, mnie szczególnie interesują projekty do baletu „Swantewit”:

– Czy ten balet został ostatecznie wystawiony na scenie? I czyj projekt scenografii ostatecznie wybrano?

– Tak. Wybrano konserwatywny projekt Andrzeja Stopki, którego tu nie ma na wystawie. Ciekawe, że do postaci, które tu widzieliśmy, dodano później inne, np. dziewczynę z sierpem, czy bogacza – prasłowiańskiego „kułaka”. Można domniemywać, że ukazujący prasłowiańską mitologię balet był elementem walki z Kościołem.

– Może chodziło też o podkreślenie słowiańskości, polskości ziem odzyskanych, zwłaszcza Pomorza Zachodniego? Świętowit był czczony na tych terenach.

– Tak, możliwe.

– Wracając do Wróblewskiego – zmieniam temat – dość często malował on dwustronne obrazy. Dwa lata temu byłem na jego monograficznej wystawie w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, na której też pokazano kilka takich obrazów.

– Tak. Pewien francuski krytyk doszukiwał się tu gry z obrazem, ale przyczyna była bardziej prozaiczna – bieda, który zmuszała Wróblewskiego do takiego dwukrotnego wykorzystywania jednego płótna.

Po oprowadzaniu podchodzi do mnie młoda kobieta.

– Pan był na tej wystawie Wróblewskiego? Też ją widziałam.

– Tak. W zasadzie pojechałem wtedy do Warszawy na wystawę Olgi Boznańskiej w Muzeum Narodowym, ale przy okazji zaszedłem też do Muzeum Sztuki Nowoczesnej.

– To tak jak ja. Pojechałyśmy wtedy z koleżanką, ale w Warszawie byłyśmy cały weekend.

– Ja tylko jeden dzień. Wystawa tutaj, w Poznaniu, zresztą podoba mi się, zwłaszcza część poświęcona wojnie i projekty scenografii do „Swentowita”. Odkryłem też obrazy Ildefonsa Houwalt. On i jego żona Barbara byli związani z moim miastem – Śremem.

– Urodzili się tam?

– Nie, ale Barbara Houwalt narysowała i namalowała dużo widoków Śremu, z tego powodu była bardzo promowana przez władze Śremu i Muzeum Śremskie. Szczerze mówiąc te jej pejzaże nie podobają mi się, nie jest to wielka sztuka, przy okazji poznałem też jednak twórczość jej męża Ildefonsa. Do tej pory widziałem jego obrazy tylko na reprodukcjach, tu po raz pierwszy mogę naprawdę je docenić. Ildefons był o wiele lepszym malarzem od Barbary, tworzył naprawdę sztukę wysoką.

Po ponad dwóch godzinach spędzonych w Muzeum Narodowym czas wracać do Śremu. Warto było poświęcić cały dzień na odwiedzenie  wystawy w Poznaniu – z pewnością jednej z najważniejszych ekspozycji w poznańskich muzeach w tym roku.

Jerzy Jurga

Od kiedy znalem Jerzego Jurgę? Chciałoby się powiedzieć: od zawsze, to jest od kiedy zamieszkałem w Śremie, ale przecież nie będzie to prawdą. W każdym razie na charakterystyczną sylwetkę mężczyzny w średnim wieku, z lwią grzywą siwych włosów, spieszącego gdzieś ulicami Śremu, zwróciłem uwagę już w pierwszych latach mojego mieszkania w Śremie. Wkrótce, dzięki mediom i wizytom w Muzeum Śremskim, dowiedziałem się, że jest artystą, że maluje obrazy. Od moich uczniów już na początku lat 90. dowiedziałem się też o klubie „Kerber” przy Zachodniej, kawiarni pod mieszkaniem malarza, którego potoczna nazwa wzięła się od nazwiska Gabrieli Kerber, żony malarza. Nigdy w nim nie byłem, klub był jednak bardzo popularnym, wręcz kultowym miejscem spotkań śremskiej młodzieży.

Jeszcze w latach 90. miałem okazję bliżej poznać twórczość Jerzego Jurgi, tłumacząc na zlecenie Urzędu Miejskiego lub Muzeum Śremskiego ulotkę czy wpis do jakiegoś katalogu (już tego nie pamiętam) o artyście. To z tego wpisu dowiedziałem się o drugiej jego pasji – konstruowaniu kusz. Kusze nigdy mnie specjalnie nie interesowały, obrazy – tak. Coraz więcej ich odkrywałem w różnych miejscach, w galeriach i podczas wystaw, między innymi w Muzeum Śremskim, gdzie w 2005 roku wziąłem udział w wernisażu dużej wystawy Jerzego Jurgi „Moje obrazy i przyjaciół i znajomych”. Wystawa (pamiętam ją do dzisiaj, zrobiła na mnie duże wrażenie, była jedną z najciekawszych, jakie widziałem w Muzeum) pokazywała Jerzego Jurgę takim, jakim go już znałem, ukazywała też jednak nieznane mi dotąd zakamarki duszy artysty.

Jerzy Jurga nie był bynajmniej artystą zamkniętym w wieży z kości słoniowej. Do 1984 roku pracował jako nauczyciel wychowania plastycznego w śremskim liceum, udzielał się towarzysko, prowadził też wykłady o historii sztuki w Bibliotece Publicznej w Śremie. W styczniu 2007 roku byłem też na jego wykładzie (poświęconym sarmatyzmowi)  w ramach Uniwersytetu Ludzi Ciekawych Świata w Collegium Heliodora Święcickiego, również przy Bibliotece (były to czasy, kiedy często chodziłem na te wykłady, obecnie nie pozwala mi już na to praca); to na nim dowiedziałem się, że biblioteka w Śremie w maju tegoż roku organizuje wyjazd do Drezna, do Galerii Starych Mistrzów w Zwingerze. W planach było też zwiedzanie innych obiektów w Dreźnie, jak odbudowanego po zniszczeniach wojennych kościoła Najświętszej Marii Panny (Frauenkirche). Ponieważ nigdy wcześniej nie byłem w Dreźnie, zapisałem się na wycieczkę. Jednym z jej uczestników i naszym (nieoficjalnym) przewodnikiem był Jerzy Jurga.

Wyjechaliśmy do Drezna 26 maja 2007 roku wczesnym rankiem. W autokarze Jerzy Jurga zastrzegł się, że nie będzie mógł oprowadzić nas galerii (byłoby to zresztą chyba sprzeczne z przepisami, oprowadzanie było zarezerwowane dla pracowników Zwingeru, galerię każdy więc musiał zwiedzać sam), dużo nam jednak opowiedział, na co warto zwrócić uwagę w Galerii Starych Mistrzów. Chlubą galerii jest „Madonna Sykstyńska” Rafaela, magnes przyciągający do Drezna wycieczki z całego świata, galeria może się jednak poszczycić też wieloma innymi sławnymi dziełami, jak „Śpiąca Wenus” Giorgione, „Autoportret z Saskią” Rembrandta…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przed wejściem do Galerii Starych Mistrzów w Dreźnie w maju 2007 roku. Jerzy Jurga z bujną siwą fryzurą stoi (odwrócony w bok) w prawej części zdjęcia; piszący te słowa jest widoczny (w niebieskiej koszuli) bardziej w środku. Fot. Biblioteka Publiczna w Śremie

Wizyta w Dreźnie była raczej nieudana. Spowodował to między innymi ulewny deszcz, który po kilkugodzinnym zwiedzaniu Zwingeru przeszkodził nam pójść do Frauenkirche i obejrzeć inne zabytki. Pobyt w stolicy Saksonii zakończył się więc wizytą w centrum handlowym, potem wróciliśmy do Śremu. W następną sobotę, przypadkiem spotkałem się z Jerzym Jurgą podczas wystawy fotograficznej Galerii Bezdomnej w Muzeum Śremskim. Był ciekawy moich wrażeń:

– I jak się koledze podobała wycieczka do Drezna?

– Cóż, szczerze mówiąc, trochę się rozczarowałem. Preferuję inną sztukę. Dzieła w Galerii Starych Mistrzów nie wywarły na mnie takiego wrażenia. Nawet ta „Madonna Sykstyńska”… Mam w domu album z twórczością Rafaela i powiem panu, że na reprodukcji wydała mi się ładniejsza niż w oryginale.

– Tak, to wynikało też z tego, że w galerii obraz jest za szkłem. Bliki przeszkadzają. A co wywarło na panu największe wrażenie?

– Mała wystawa obrazów Cranacha na górnej kondygnacji. Epoka renesansu, ale obrazy bardzo nietypowe dla niej. Te groteskowe przedstawienia przypominały mi obrazy Boscha…

– Naprawdę? Też na to zwróciłem uwagę. Rzeczywiście niezwykłe… A jaką w ogóle sztukę pan preferuje?

– Bardziej współczesną, dwudziestowieczną.

– Ja też lubię niemiecką sztukę współczesną. Interesowałem się kiedyś twórczością Otto Niemeyera-Holsteina…

– Znam go, też go lubię. W ubiegłym roku, podczas wycieczki rowerowej po wyspie Uznam, zwiedziłem muzeum w jego domu w Lüttenort. Czytałem też jego wspomnienia po niemiecku.

– Co pan powie? – Jerzy Jurga cały się rozpromienił. – Wiesz co, przejdźmy sobie na ty, Jurek jestem. A co jeszcze sądzisz o naszej wycieczce?

– Drezno…, muszę powiedzieć, że samo miasto, jego architektura też mnie rozczarowała. Może to wynik niewłaściwej odbudowy po bombardowaniu w 1945 roku…

– Powiem panu, powiem ci, że architektura niemieckich miast w ogóle jest do d… Z małymi wyjątkami. Ładna architektura jest tylko w małych miasteczkach, takich jak Budziszyn koło Drezna. Ale tak się cieszę, że się zgadaliśmy. Wiesz co? Odwiedź mnie kiedyś w domu na Zachodniej. Kładę się późnej spać, koło drugiej, możesz wpaść, to pogadamy. Wprawdzie teraz jestem dość zajęty, ponieważ przygotowuję wystawę. Wernisaż będzie w lipcu.

– Tu, w Śremie?

– Nie, w Poznaniu, w galerii „Arsenał”. Ma to być moja retrospektywa, wybieram więc obrazy. To do zobaczenia!

Czy muszę mówić, że nasze przejście z Jerzym Jurgą na ty trwało tylko jeden dzień? Różnica wieku, fakt, że obracaliśmy się w całkiem różnych środowiskach i wreszcie powierzchowność i efemeryczność naszych kontaktów sprawiła, że przy następnym spotkaniu zwracaliśmy się do siebie już jak dotychczas, per „pan”. Rozmowa ta była jednak ważna dla mnie, również z tego powodu, że usłyszałem podczas o niej o wystawie w „Arsenale”.

Retrospektywa Jerzego Jurgi w Galerii Miejskiej „Arsenał” w Poznaniu była jedną z ciekawszych wystaw i jedną z tych, którą najlepiej zapamiętałem z moich licznych wizyt w tej galerii. Pokazano bardzo szeroki przekrój prac – od utrzymanych w ciemnej tonacji barw obrazów abstrakcyjnych z lat 60. przez główny nurt jego twórczości, czyli sztukę przedstawieniową, zdominowaną przez szarość i biel, w której można dopatrzyć się wpływów surrealizmu i sztuki dziecięcej lub prymitywistów, po tak zwane obrazy zapisywane, czyli składające się z małych piktogramów w postaci ludzkich sylwetek i figur geometrycznych. Te ostatnie i obrazy abstrakcyjne z wczesnego okresu twórczości, podobnie jak kusze Jerzego Jurgi, nie przemawiały do mnie, w przeciwieństwie do obrazów figuratywnych, z których część już znałem z wystawy w Muzeum Śremskim. Pociągała mnie w nich zarówno ich forma, chropowata faktura, czasami jeszcze wzmocniona umieszczeniem w nich wypukłych elementów, jak i treść – obrazy Jerzego Jurgi, przepojone pewną melancholią, nawet smutkiem, były dla mnie ekspresją samotności, alienacji człowieka we współczesnym świecie. To wszystko, co tu napiszę o ich treści. Nie będąc krytykiem, nie dokonuję analizy tej sztuki, zresztą nie jest to chyba potrzebne – każdy musi zobaczyć je sam.

Kiedy w 2008 roku zacząłem redagować Wikipedię, jedno z pierwszych haseł, które napisałem, było poświęcone Jerzemu Jurdze. Pisałem w nim o jego twórczości, ale też o życiu prywatnym: o „Kerberze”, o domu w Grodzewie, o należącym kiedyś do malarza, obecnie zrujnowanym „Białym Gościńcu” niedaleko Kotowa nad Wartą, o jego rodzinie, w tym zmarłej krótko wcześniej żonie. Redaktorzy Wikipedii są zwykle anonimowi, artysta wiedział jednak o moim autorstwie, ponieważ o haśle wspomniałem jego synowi – Kubie. Po miesiącu, 23 października 2008 roku, do kasyna przy jednostce wojskowej w Śremie, gdzie jak co dzień właśnie jadłem obiad, na chwilę wszedł Jerzy Jurga, skierował się do mojego stolika i krótko powiedział:

– Panie Matras, moja żona ma na imię Gabriela, nie Grażyna, jak pan napisał, niech pan to poprawi..

Poprawiłem, nie wiedząc, że była to moja ostatnia rozmowa z Jerzym Jurgą. Artysta zmarł 13 lutego 2009 roku. Dowiedziałem się o tym z Internetu, wieczorem tego samego dnia. Natychmiast zaktualizowałem hasło w Wikipedii, po raz ostatni – po moim wycofaniu się z redagowania Wikipedii późniejsze edycje hasła pochodzą od innych redaktorów. Prawie dwa lata później, w grudniu 2009 roku w wielkim pożarze spłonął też „Kerber” przy Zachodniej w Śremie. Skończyła się pewna epoka…

* * *

Postać Jerzego Jurgi, wspomnienie o nim nieoczekiwanie ponownie zaistniało w moim życiu na początku tego roku. 7 stycznia w magazynie informacyjnym „W samo południe” w I programie Polskiego Radia usłyszałem wiadomość o pożarze polskiego klubu – The Polish Place – w Australii. Nadano też krótki wywiad z właścicielką klubu, która wspomniała, że wśród utraconego majątku i dzieł sztuki były też obrazy Jerzego Jurgi. Za pośrednictwem Facebooka postanowiłem skontaktować się z klubem, wysyłając krótką wiadomość:

Dzień dobry!

Piszę do Państwa z Polski. Właśnie usłyszałem w wiadomościach w Polskim Radiu, że spalił się Państwa ośrodek – The Polish Place. Bardzo mi przykro z tego powodu; mam nadzieję, że uda się Państwu go odbudować i wznowić działalność.

Słyszałem też, że podczas pożaru spłonęły obrazy Jerzego Jurgi. Jerzego Jurgę, malarza z mojego miasta Śremu, znałem bardzo dobrze, jestem też autorem artykułu o nim w polskiej Wikipedii. Nie wiedziałem, że posiadali Państwo też jego obrazy. Czy mogę zapytać, w jaki sposób trafiły one do Państwa? Ile obrazów Jerzego Jurgi spłonęło?

Tego samego dnia otrzymałem odpowiedź od pani Anny Sowter, właścicielki klubu:

Witam Pana,

Mieliśmy 9 obrazów Jerzego Jurgi, które spłonęły. Poznaliśmy się dzięki słynnej galerii w Poznaniu przy Starym Rynku. Przepraszam, ale zapomniałam jej nazwę. Ulica chyba Woźna albo Wodna. Wówczas zakupiłam parę jego obrazów, później skontaktowałam się z Jerzym bezpośrednio i zorganizowaliśmy wystawę jego dziel w naszej galerii. Nie pamiętam teraz roku, ale to chyba późne lata 90. Zatrzymaliśmy 6 obrazów i Jerzy dosłał nam dwa następne. Jego żona, Gabrysia jest odpowiedzialna za pomalowanie kwiatów na ścianie i na kominku w sali restauracyjnej w 2003. Bardzo mi tęskno za obojga wybitnym talentem. Obrazy nie były na sprzedaż, były naszą kolekcją w galerii.

Odpowiedziałem:

Dziękuję za informacje. Czy pozwoli Pani, że podzielę się nimi z moimi znajomymi na Facebooku? Jerzy Jurga, chociaż zmarł w 2009 roku, jest dobrze pamiętany w Śremie, był bardzo ważną postacią w życiu kulturalnym naszego miasta.

Na co otrzymałem z Australii odpowiedź:

Oczywiście, uważam Jerzego za jednego z najwybitniejszych artystów w Polsce i Śrem może być bardzo dumny. Wystawa jego obrazów w naszej galerii była wielkim powodzeniem. Na nieszczęście spaliły się książki o Jerzym jak również recenzje w gazetach australijskich o jego twórczości. Ponad 20 obrazów sprzedanych znajduje się w domach Australijczyków i Nowozelandczyków.

Dopiero po tej wymianie korespondencji dowiedziałem się, że Jerzy Jurga był też w Australii i pozostawił tam swoje obrazy. Obrazów, które spłonęły, już nie odzyskamy; na szczęście pozostało ich wiele w Śremie i w Polsce. Pani Anna Sowter miała rację: „Śrem może być bardzo dumny”.

Wspomnienie napisane i opublikowane 24 września  2017 roku – w dniu odsłonięcia pomnika Jerzego Jurgi na śremskiej promenadzie.