Galeria Miejska Arsenał – Polki, patriotki, rebeliantki

„Polki, patriotki, rebeliantki”, najnowsza wystawa w Galerii Miejskiej Arsenał, została zorganizowana z okazji odbywającego się po raz pierwszy w Poznaniu Kongresu Kobiet,  wernisaż wystawy odbył się w przeddzień otwarcia Kongresu – 8 września. Chciałem ją zobaczyć właśnie przy okazji wyjazdu na Kongres, ten okazał się jednak tak interesującym wydarzeniem, że nie starczyło już czasu, przełożyłem tę wizytę na kolejną sobotę.

Wystawa ciekawa i z pewnością warta zobaczenia jako bardzo interesujący przekrój współczesnej sztuki feministycznej. Chociaż jest trochę mniejsza, niż się spodziewałem, zajmuje obie kondygnacje Arsenału, zaanektowany został nawet fotoplastikon, w którym można zobaczyć stereofotografie Mateusza Budzisza, Radosława Sto i Barbary Sinicy z ubiegłorocznego czarnego protestu 3 października 2016 roku.

Ciekawe, że moim pierwszym spostrzeżeniem z wystawy było to, że w odróżnieniu od wcześniejszych ekspozycji q Arsenale, na których organizatorzy na „ważniejsze” prace  zwykle rezerwowali piętro, parter przeznaczając na „mniej ważne”, w przypadku tej jest inaczej – prace na parterze są dla mnie bardziej interesujące niż te niektóre na górnej kondygnacji. Jedną artystkę – Martę Frej, której prace, również poświęcone czarnemu protestowi z ubiegłego roku, są na parterze, zresztą już dobrze znam; jej obrazy wykorzystywane w memach widziałem na wystawie „Złe kobiety” w Zamku Cesarskim w marcu tego roku. Obie wystawy, i ta w Zamku, i ta w Arsenale, są zresztą podobne, są manifestem feminizmu, protestem przeciwko odczuwanej przez feministki dyskryminacji i opresji ze strony mężczyzn.

Oprócz tych obrazów-memów Marty Frej uwagę zwraca seria fotograficznych autoportretów Ireny Kalickiej, na których artystka nałożyła sobie na głowę… łby zwierząt: krowy, owcy, dzika… Fotografie robią na oglądającym wstrząsające wrażenie, jeśli ten zda sobie sprawę, że nie są to maski, łby są autentyczne, wzięte z ubojni. Jak do tych prac podeszłyby feministki obrończynie praw zwierząt, które również spotkałem tydzień temu podczas Kongresu? Sztuka kontrowersyjna, sam nie wypowiadam się na ten temat.

Tuż obok tych fotografii wywieszono oprawione w ramę… damskie majtki na biało-czerwonym tle, czyli „Polkę walczącą” Iwony Demko; obok nich stoi „Ściana” Dawida Marszewskiego, czyli zapis video wypowiedzi trzech kobiet pochodzących z mieszanych narodowościowo rodzin, opowiadających o stykaniu się z rasistowskimi postawami w swoim środowisku.

Na górnej kondygnacji prac jest więcej, są one też bardziej zróżnicowane formalnie. Dochodzi też nowy temat, czyli patriotyzm, który z patriotyzmem w słownikowym znaczeniu tego słowa ma wprawdzie mało wspólnego. „Patriotyzm” ten jest przez artystki, jak przez inne środowiska lewicowe, traktowany prześmiewczo i objawia się na przykład instalacją „Kawiorowa patriotka” Agaty Zbylut (suknia na krynolinie, uszyta z biało-czerwonych szalików kibiców), video „Polska burka” Karoliny Mełnickiej, w którym kobieta w stroju muzułmanki (ale o biało-czerwonych barwach), z zasłoniętą twarzą siedzi sama na stadionie, czy „Koronczarką” Ewy Świdzińskiej, czyli koronkowym orłem na tle (zasłoniętej) vaginy. Nie protestuję, szanuję prawo artysty do swobodnej wypowiedzi artystycznej, nawet jeśli te prace naruszają polskie prawo o poszanowaniu symboli narodowych. Swoją drogą ciekaw jestem, czy prokuratura zainteresuje się którąś z tych prac i na podstawie odpowiedniego paragrafu skieruje akt oskarżenia wobec artystki. Raczej w to wątpię.

I wreszcie, prawie na samym końcu ekspozycji chyba najciekawsza praca – „Chór czarownic”. Ten projekt artystyczny Ewy Łowżył, ze słowami  Maliny Prześlugi, ma dopiero rok, został zainspirowany między chęcią przypomnienia faktu spalenia pierwszej czarownicy w Polsce, co miało miejsce na poznańskim Chwaliszewie 500 lat temu. W instalacji video kobiety w różnym wieku, ubrane tylko w halki, bez makijażu, niekryjące defektów swojego ciała i urody, śpiewem protestują przeciwko uciskowi kobiet. Prostota i ekspresja przekazu robią duże wrażenie, zmuszają do zatrzymania się i posłuchania tego, co mają do powiedzenia.

Refleksja ogólna: po zmianie na stanowisku dyrektora Galerii Miejskiej Arsenał, po tym jak prezydent Jacek Jaśkowiak odwołał z tego stanowiska Piotra Bernatowicza i powołał na nie Marka Wasilewskiego, galeria zmieniła swój profil ideologiczny o 180 stopni. Sympatie prawicowe Piotra Bernatowicza (dobrze pamiętam zorganizowane przez niego „Strategie buntu” czy wystawę monograficzną białoruskiego dysydenta Alexandra Pushinka) ustąpiły miejsca ideologii lewicowej. Czy ma to jakieś znaczenie? W kategoriach artystycznych nie. Ważna jest dla mnie wartość artystyczna dzieł, a nie to, czy propagują one feminizm czy idee narodowe. A w przypadku wystawy „Polki, patriotki, rebeliantki” wartość ta jest wysoka – wystawa jest godna polecenia.



Pałac Królewski we Wrocławiu – Artyści śląscy 1845-1945. Nowy poczet władców Polski

2 września – drugi i chyba ostatni w tym roku wyjazd rowerem do Wrocławia, tym razem do Pałacu Królewskiego na trzy wystawy czasowe: „Artyści śląscy 1845-1945”, „Nowy poczet władców Polski” i „Kresy południowo-wschodnie na przedwojennej pocztówce”.

Wyjazd ze Śremu o 6 rano. Pogoda dość dobra, chociaż rano termometr na moim bloku pokazuje tylko 11 °C, duże zachmurzenie, ale nie pada, północno-zachodni wiatr pomaga też w jeździe. Pierwszy postój w Rawiczu. Kiedy parkuję rower przed „Biedronką”, podchodzi do mnie starszy mężczyzna.

– O, jaki ma pan dobry rower. Musiał dużo kosztować.

– 1500 złotych.

– To na pewno dobrze się nim jeździ. Kupi mi pan trochę ziemniaków i kapusty na obiad?

Tak, kupię. Wchodzimy do sklepu, gdzie mężczyzna kupuje siatkę ziemniaków i dużą główkę kapusty, do tego torebkę pieprzu. Czekając w kolejce do kasy, usiłuję nawiązać rozmowę z mężczyzną, pytam, czy pracuje, czy jest już na emeryturze, ten jednak nie jest skłonny do zwierzeń. Wszystko, co mi ma do powiedzenia, to: „Za komuny było lepiej”. Jak dawno nie słyszałem tego zdania…

Drugi postój w Żmigrodzie, gdzie zachodzę do Gminnego Centrum Informacji (jest otwarte w soboty), nie mają jednak żadnych ciekawych materiałów o mieście. Pani z obsługi („Śrem? To gdzieś koło Leszna?”) radzi mi zajrzeć do baszty przy ruinach zamku Hatzfeldów, gdzie jest informacja turystyczna. Tak, wiem, byłem tam wielokrotnie, ale baszta zawsze była zamknięta, otwierają ją dopiero o 14, a ja przez Żmigród przejeżdżam zawsze przed południem.

– To musi pan kiedyś później wyjechać z domu – radzi mi pani z obsługi.

Może i tak kiedyś zrobię, ale nie przy okazji wyprawy do Wrocławia. Będzie to musiała być specjalna wycieczka tylko do Żmigrodu.

Trzeci postój w Trzebnicy i potem już najprzyjemniejsza część trasy – zjazd z Kocich Gór w dolinę Odry. We Wrocławiu na moście Uniwersyteckim jestem o 14, jak zwykle po 8 godzinach jazdy. Przez Kuźniczą, Rynek i Świdnicką dojeżdżam do Pałacu Królewskiego przy Kazimierza Wielkiego.

* * *

W Pałacu Królewskim najbardziej interesuje mnie wystawa „Artyści śląscy 1845-1945” i na nią kieruję swe pierwsze kroki. Wystawa obejmuje obrazy i rzeźby na dwóch kondygnacjach pałacu; jak mówi pani w kasie, wszystkie z kolekcji muzeum; i stanowi bardzo interesujący przegląd śląskiej i wrocławskiej sztuki z tego okresu. Pierwsza część, ukazująca przeważnie pejzaże Sudetów, jest wprawdzie rozczarowaniem, a właściwie nie rozczarowaniem, spodziewałem się, że taka będzie moja reakcja, ponieważ pejzaże w malarstwie zawsze podobały mi się mniej niż inne przedstawienia. Trudno mi wytłumaczyć tę niechęć, ma ona niewiele wspólnego z wartością artystyczną dzieł, w każdym razie Sudety, moje ukochane góry, w które kiedyś tak często jeździłem (od kilku lat jest przerwa w tych wycieczkach) wolę oglądać, wędrować po nich „na żywo”, nie na malarskim płótnie.

Bardziej interesująca jest górna kondygnacja wystawy. Zaczyna się od widoków Wrocławia, obiektów ikonicznych dla miasta (artyści szczególnie upodobali sobie ratusz) i takich, które już nie istnieją. Obrazy te mają wartość informacyjną jak i artystyczną, wywołują wzruszenie jako ukazanie świata niemieckiej metropolii, świata, którego już nie ma.

W dalszych pomieszczeniach zdominowanych przez portrety, przedstawienia ludzi, sceny rodzajowe, ekspozycja staje się jeszcze ciekawsza. Odkrywam znakomite dzieła artystów o których nigdy dotąd nie słyszałem, przede wszystkim Maxa Wislicenusa – jego tańce argentyńskie, taniec słowiański, portrety, między kobiet i dzieci, portret Kurta Hauptmanna, wszystkie pełne modernistycznej ekspresji. Bardzo dobrych portretów na wystawie jest zresztą więcej, jak narysowany pastelami akt kobiecy Fritza Erlera, portrety Cyganki i kobiety Artura Wasnera, podwójny portret małżonków z Nysy Łukasza Mrzygłoda (czy artysta uważał się za Polaka czy Niemca, czy po prostu Ślązaka?). Drugim, obok Maxa Wislicenusa, odkryciem jest Walter Eberhard Loch i jego niezwykłe, wywodzące się z ducha ekspresjonizmu przedstawienia ruchu i zgiełku wielkomiejskiego Wrocławia (obraz ulicy w nocy, gra na korcie tenisowym) oraz autoportret i portret innego artysty przy sztalugach.

Rzeźba jest reprezentowana przede wszystkim przez twórczość Theodora von Gosena, jak popiersie młodzieńca z brązowego gipsu, metalowe popiersie Iustitii, drewniane „Skupienie”, ale jest też miniaturka Szermierza, rzeźby, którą zawsze mijam, przejeżdżając obok budynku Uniwersytetu Wrocławskiego.

Wystawę „Kresy południowo-wschodnie na przedwojennej pocztówce” oglądam tylko pobieżnie. Ma z pewnością wartość sentymentalną dla osób, których rodziny wywodzą się z tamtych terenów, ja jednak takiego emocjonalnego związku nie czuję. Chcę jeszcze tylko zobaczyć „Nowy poczet władców Polski”

* * *

Wystawę „Nowy poczet władców Polski. Waldemar Świerzy kontra Jan Matejko” widziałem już we wrześniu 2016 roku w Bibliotece Raczyńskich w Poznaniu. Również opisałem ją na moim blogu, zainteresowani łatwo odnajdą więc na nim opis moich wrażeń. Przypomnę tylko, że chodzi o plon 10-letniej pracy już nieżyjącego plakacisty Waldemara Świerzego, który postanowił zmierzyć się z tematem, którym ponad 100 lat wcześniej zajął się sam mistrz Matejko, czy wizerunkami władców Polski.

Spodziewałem się prostego przeniesienia tej wystawy, tymczasem ku mojemu zaskoczeniu „Nowy poczet władców Polski” eksponowany w Pałacu Królewskim bardzo różni się od tego prezentowanego w Bibliotece Raczyńskich. W Poznaniu była to wystawa planszowa z dużymi reprodukcjami prac Świerżego, porównanymi z rysunkami Matejki. We Wrocławiu na ścianach zawieszono 49 portretów Świerzego oprawionych w ramy. Czy są to więc oryginały? Po przyjrzeniu się im z bardzo bliska stwierdzam, że chyba jednak nie. Świerzy namalował je w technice gwaszu, a faktura tych prac tego nie zdradza, portrety wyglądają też jak reprodukcje. Kiedy pytam o to panią w kasie, nie potrafi mi udzielić odpowiedzi. Oryginałami jest na pewno kilka rysunków z pocztu Jana Matejki przedstawiających pierwszych władców – cały oryginalny poczet znajduje się w kolekcji Muzeum Narodowego we Wrocławiu. Oryginałami są też monety, medale z portretami władców, których w Poznaniu oczywiście też nie było. Ogólnie mówiąc, wystawa wrocławska jest wizualnie o wiele atrakcyjniejsza i staranniej przygotowana od poznańskiej. Samych portretów jest też więcej. W Poznaniu prawdopodobnie ze względu na ograniczenia miejsca z części postaci zrezygnowano.

Gdybym miał więcej czasu, przestudiowałbym jeszcze raz te pełne psychologizmu i poszukiwania prawdy o człowieku portrety Świerzego, przeczytałbym komentarze historyczne. Niestety czas nagli. Jeszcze tylko spacer po stałej ekspozycji Pałacu Królewskiego (dokładnie zwiedziłem ją tylko raz, podczas Nocy Muzeów w 2009 roku, zaraz po otwarciu, potem już tylko wpadałem na nią przy okazji wystaw czasowych; od tego czasu dużo się na niej zmieniło i musiałbym szczegółowo zapoznać się jeszcze raz, trwałoby to jednak 8-10 godzin, albo i dłużej) i powrót do domu.

Długa Noc Muzeów w Berlinie, 2017

19 sierpnia – po rocznej przerwie znowu wyjazd na Długą Noc Muzeów do Berlina. W ubiegłym roku nie byłem w Berlinie; tyle interesującego się działo we Wrocławiu i innych miastach w Polsce. Przed ostatnią sobotą zastanawiałem się też nad wyjazdem na festiwal „Muzyka w raju”, który właśnie się rozpoczął w Paradyżu. Ostatecznie rozstrzygnęła za mnie pogoda. Pochmurny dzień z możliwością opadów i zachodni wiatr sprawiał, że jazda rowerem do Paradyża w Lubuskiem nie byłaby przyjemnością, zamiast niej wybrałem Berlin.

Wyjazd ze Śremu autobusem do Poznania o ósmej. W wakacyjną sobotę niewielu pasażerów, przed podstawieniem autobusu mam okazję przejrzeć gablotę na dworcu PKS z postaciami zasłużonych śremian. Szkoda, że Towarzystwo Miłośników Ziemi Śremskiej, które zamieszcza różne materiały w gablocie, nie podało źródła tych biogramów – są one skopiowane z Wikipedii, w każdym razie rozpoznaję dwa, poświęcone ks. Piotrowi Wawrzyniakowi i Danielowi Kęszyckiemu, napisałem je… ja sam, dawno temu, kiedy jeszcze zajmowałem się redagowaniem tej encyklopedii. Zresztą nieważne – Wikipedia to dobro wspólne, a już podjeżdża mój autobus.

W Poznaniu kilkanaście minut czasu na przesiadkę na pociąg Eurocity z Warszawy do Berlina. Do mojego wagonu młoda kobieta wprowadza właśnie rower; kiedy oferuję swoją pomoc, okazuje się, że jest Niemką. Miejscówkę ma wprawdzie w sąsiednim wagonie, zapraszam ją jednak do mojego przedziału, miejsca jest dosyć. Oprócz nas dwie Polki i młody mężczyzna również wyglądający na obcokrajowca, o południowych rysach twarzy. Moja nowa znajoma (krótka fryzura i swobodne ubranie upodabniają ją bardziej do chłopca, Niemki zwracają jednak na takie sprawy mniejszą uwagę niż Polki) okazuje się inteligentną kobietą, studiowała kulturoznawstwo, mieszka teraz w Hildesheim („nazywanym Norymbergą północy”, jak mówi, „z powodu dużej liczby domów o konstrukcji szachulcowej”), ale pochodzi z Turyngii. Z zaskoczeniem dowiaduje się, że podczas mojego pierwszego w życiu wyjazdu za granicę (do NRD w 1988 roku) byłem w Steinach i Sonnebergu („To bardzo blisko moich stron rodzinnych”). Teraz właśnie wraca z wyprawy rowerowej wzdłuż całego polskiego wybrzeża Bałtyku, od Szczecina przez Świnoujście do Gdańska i Helu. Rozmawiamy nie tylko o jej wrażeniach z wycieczki, również ogólnie o Polsce, jak też o moich zainteresowaniach i wyprawach rowerowych.

– A które z polskich miast najbardziej się panu podoba? Które jest najbardziej interesujące?

– Chyba Wrocław. W ubiegłym roku byłem tam sześć razy, był to jednak specjalny rok dla tego miasta, Wrocław był Europejską Stolicą Kultury i zorganizowano tam bardzo wiele interesujących imprez.

– Nie Kraków?

– Kraków na pewno jest pięknym i ciekawym miastem, ale jest zbyt daleko ode mnie. Nie mogę pojechać tam na wystawę do muzeum i wrócić tego samego dnia. Ograniczam się do zachodniej Polski.

– Słyszałam też o Zielonej Górze…

– Tak, też tam byłem wielokrotnie. Historycznie to Dolny Śląsk, ale obecnie jest jedną z dwóch stolic województwa lubuskiego. Nazwa województwa pochodzi zresztą od miasta Lebus w Niemczech, koło Frankfurtu nad Odrą.

– Polacy nazwali województwo od niemieckiego miasta?

– Kiedyś to było polskie miasto, nazywało się Lubusz.

– A dzisiaj rzeczywiście jedzie pan do Berlina tylko na Noc Muzeów? Bez noclegu?

– Nie, nigdy nie nocuję, wracam tego samego dnia lub w nocy. Przed Długą Nocą Muzeów chciałbym odwiedzić jeszcze miejsce pamięci muru berlińskiego przy Bernauer Straße, to niedaleko Gesundbrunnen, a od godziny 18 czeka mnie Lange Nacht der Museen.

– Z tego, co pan opowiada, widzę, że robi pan zwariowane rzeczy, i to co weekend…

Nasza rozmowa schodzi też na politykę:

– Jaka jest właściwie przyczyna tego, że Polacy zagłosowali na PiS? Jak to było możliwe, że ta partia wygrała wybory?

– Osobiście nie głosowałem na PiS…

– Tak przypuszczałam.

– …ale nie robię tragedii z tego poparcia dla PiS w społeczeństwie. Wygrana PiS-u w wyborach 2015 roku, to, że zdobył absolutną większość w sejmie, było w dużej mierze kwestią przypadku, tego, że jedna partia lewicowa (Razem) odebrała część głosów drugiej partii lewicowej (Zjednoczonej Lewicy), przez co ta nie weszła do sejmu i straciła potencjalne mandaty na rzecz PiS-u. To dzięki temu PiS ma teraz absolutną większość w sejmie i może uchwalać co chce, nie licząc się z opozycją. Obecnie popularność PiS-u bierze się głównie z programu 500+, o którym pewnie pani słyszała. Opozycja twierdzi, że to przekupywanie społeczeństwa…

– Tak, słyszałam. Ale niemieckie media twierdzą, że demokracja w Polsce jest zagrożona.

– Nie zgadzam się z tym. To zwykła walka polityczna, normalna rzecz w każdym kraju.

Rozmawiamy też o innych, przyjemniejszych sprawach, na przykład o polskiej kuchni, Niemka mówi mi, że bardzo jej smakuje „serwolada ostródzka” („Nie słyszałem, to chyba jakiś lokalny przysmak? W Wielkopolsce też mamy tradycyjne potrawy”). Wreszcie pociąg przejeżdża przez most na Odrze i zatrzymuje się na dworcu we Frankfurcie nad Odrą. Ku mojemu zdziwieniu (zwykle nikt tu się nie dosiada) do pociągu wsiada dużo Niemców, do naszego przedziału również wchodzą dwie zażywne panie w wieku już emerytalnym lub przedemerytalnym. Ruszamy. Nasz pociąg dzisiaj wyjątkowo jedzie nie przez Dworzec Wschodni do Głównego, tylko przez Lichtenberg do Gesundbrunnen. Tuż za Frankfurtem po angielsku odzywa się też młody mężczyzna o południowych rysach twarzy, pytając, jak dojechać na Dworzec Wschodni. Okazuje się, że ma tam przesiadkę na pociąg do Amsterdamu.

– O, to ma pan problem – odpowiadają płynnie po angielsku starsze panie. Nie tylko one, ale cały przedział przechodzi na język Szekspira. – Bo pomiędzy Lichtenbergiem i Dworcem Wschodnim pociągi nie kursują.

– A co się stało? – pytam.

– Remontują tory w Ostkreuz. Pociągi regionalne z Frankfurtu dojeżdżają tylko do Erkner, potem trzeba się kilka razy przesiadać. Ja też jadę tym pociągiem, aby uniknąć przesiadek. Jestem zresztą z Fürstenwalde, musiałam więc cofnąć się do Frankfurtu, ale to i tak lepsze. Musi pan jechać autobusem z Lichtenbergu na Dworzec Wschodni.

Tajemnica popularności naszego Eurocity wśród Niemców we Frankfurcie więc się wyjaśniła. Smętnie zdaje sobie sprawę, że i mnie w drodze powrotnej będzie czekała podróż z przesiadkami. W nocy z soboty na niedzielę nie mam, jak kiedyś, bezpośredniego połączenia z Berlina do Poznania.

W Lichtenbergu pociąg stoi tak długo, że jedna z pań zaczyna się denerwować.

– Jeśli zaraz nie ruszy, nie zdążę w Gesundbrunnen na przesiadkę do Rostocku.

– Będzie miała pani następny – pocieszam.

– Tak. I w szpitalu będę dopiero wieczorem. Jadę do chorej ciotki, która leży w szpitalu w Güstrow. W dodatku mają mnie odebrać, będę więc teraz musiała wszystko pozmieniać.

Na szczęście pociąg w tym momencie rusza, na stacji Berlin Gesundbrunnen jesteśmy zgodnie z planem. Pociąg młodej Niemki do Hanoweru odchodzi z Dworca Głównego, początkowo planowała pojechać tam kolejką miejską S-Bahn, ale kiedy spojrzała na plan Berlina, który zabrałem z domu, zmieniła zdanie, przejdzie ze mną kawałek pieszo, a potem pojedzie rowerem, to niedaleko. Musimy tylko znaleźć Brunnenstraße, którą dojdziemy do Bernauer Straße. Oboje jesteśmy po raz pierwszy w Gesundbrunnen, nie znamy tych okolic, proponuję jednak pójść w kierunku, który okazuje się właściwy.

– Ma pan dobrą orientację w terenie.

– I trochę doświadczenia w jeździe rowerem z mapą. Jest teraz po godzinie 12, nasz cel jest na południu, wystarczy więc iść za słońcem.

Na Bernauer Straße rozstajemy się przy Miejscu Pamięci Muru Berlińskiego. To mój pierwszy cel dzisiejszej wyprawy do Berlina.

* * *

O Miejscu Pamięci Muru Berlińskiego (Gedenkstätte Berliner Mauer) dowiedziałem się w 2008 roku od przygodnie poznanego Niemca podczas mojej wycieczki rowerowej po Meklemburgii – Pomorzu Przednim. Niemiec (spotkanie z nim było bardzo ciekawym i zaskakującym doświadczeniem – okazał się wnukiem Hermanna Mittendorfa, niemieckiego landrata Śremu podczas okupacji), kiedy dowiedział się, że niedawno odwiedziłem Muzeum Muru Berlińskiego przy Checkpoint Charlie na Friedrichstraße, powiedział mi:

– Jeszcze ciekawsze jest miejsce pamięci przy Bernauer Straße. Muzeum przy Checkpoint Charlie jest prywatne i koncentruje się na sensacjach, natomiast miejsce pamięci przy Bernauer Straße jest utrzymywane ze środków publicznych, ma większą wartość informacyjną i jest poważniejsze w charakterze. Jest tam też zachowany fragment muru.

Okazuje się to prawdą. Miejsce pamięci powstało przy ulicy, która przez 28 lat stanowiła granicę pomiędzy wschodnim i zachodnim Berlinem. Z dnia na dzień Bernauer Straße stała się ulicą graniczną, a właściwie – po wschodniej stronie, bo po zachodniej życie toczyło się normalnie – martwą strefą, w której zburzono kamienice i zainstalowano śmiercionośny pas (mur berliński składał się w istocie z kilku rzędów murów, płotów, zasieków itp.), mający uniemożliwić wschodnim berlińczykom przedostanie się na drugą stronę. I tak dochodziło tam jednak do prób ucieczek, nawet podkopów i budowy tuneli, niektóre ucieczki udawały się nie, niektóre kończyły tragicznie.

Zwiedzanie rozpoczynam w zwykły dla siebie sposób, to jest bardzo dokładnie czytając wszystkie plansze (miejsce ma charakter centrum dokumentacyjnego, chociaż zawiera też oryginalne artefakty, jak płaszcz, w którym uciekła jedna z kobiet), reprodukowane na nich dokumenty urzędowe, listy, słucham przemówienia Kennedy’ego ze słynnym zdaniem „Ich bin ein Berliner”, przemówienia Willy’ego Brandta (wtedy burmistrza zachodniego Berlina), wspomnień mieszkańców NRD, którzy zdecydowali się na ucieczkę. Kiedy już dokładnie zapoznałem się z ekspozycją na parterze centrum, na moim zegarku jest 17.30, minęło więc cztery i pół godziny, a do zwiedzenia jest jeszcze ekspozycja na górnej  kondygnacji, obszerniejsza. Czy centrum bierze udział w Długiej Nocy Muzeów? Nie, nigdy nie bierzemy w niej udziału, zamykamy o 18. Trudno, muszę na tym poprzestać, nie wiem, czy kiedykolwiek uda mi się dokładnie zwiedzić całą ekspozycję, przy moim sposobie zwiedzania muzeów musiałoby to trwać 10-12 godzin.

Wychodzę już, bo chciałbym przejść jeszcze drugą stronę ulicy – dotknąć zachowanego fragmentu muru (ma 200 metrów długości), przespacerować się po pustym obecnie porośniętym terenie, strefie śmierci, w której wcześniej buszowały… słynne berlińskie króliki.

* * *

Zaczęła się już Długa Noc Muzeów Przejście pieszo z Bernauer Straße w kierunku Topografii Terroru i Martin-Gropius-Bau, które najbardziej mnie interesują podczas dzisiejszej nocy. Na planie miasta to tylko kawałek, ale nie uwzględniłem wielkości Berlina – przejście zajmuje mi prawie godzinę. Nie szkodzi, idę pierwszy raz tą trasą i po raz pierwszy mogę zobaczyć budowle, o których dotychczas tylko słyszałem – Dworzec Północny z wystawą o dworcach-widmach w podzielonym Berlinie, bardzo duże Muzeum Przyrodnicze, które też bierze udział w dzisiejszej nocy muzeów, przedtem krótki odpoczynek w parku przy Eichendorffstraße, ogromny kompleks budynków szpitala uniwersyteckiego i wydziału medycznego Charité, studio telewizyjne ARD. Coraz więcej ludzi na ulicach, kobiety w chustach, różne rasy, kolory skóry, słychać najróżniejsze języki, po powrocie do Polski mam ochotę powtórzyć znajomym znany dowcip: „Na pewno słyszeliście, że w Polsce jest mniejszość niemiecka, prawda? Otóż powiem wam, że byłem niedawno w Berlinie i tam też jest”. Wreszcie plac Paryski i Brama Brandenburska, dalej wzdłuż Wilhelmstraße (niedaleko stał tu pałac Radziwiłłów, potem zamieniony na Kancelarię Rzeszy, rezydował w niej też Hitler, ale nie odnajduję tego miejsca) na południe, przy Topografii Terroru jestem już po 19.

Topografia Terroru, placówka, do której się wybierałem od początku moich wyjazdów do Berlina, ale którą dopiero teraz udało mi się zobaczyć, to miejsce, w którym do 1945 roku znajdowała się główne siedziba gestapo i SS. Z dawnych budynków nie zostało nic, w ich miejscu stoi duży pawilon wystawowy, obok którego jest również ekspozycja na zewnątrz. Podobnie jak Miejsce Pamięci Muru Berlińskiego, Topografia Terroru jest centrum dokumentacyjnym, nie muzeum, rolę informacyjną spełniają plansze bardzo szczegółowo opisujące historię Niemiec w latach 1933-1945.

Krótkie obejście ekspozycji i chwila zastanowienia. Tematyka wystawa jest interesująca, ale jeśli tu zostanę, do końca nocy muzeów nie zwiedzę już niczego innego – zwiedzę właściwie tylko ekspozycje wewnątrz pawilonu (i to pewnie nie w całości), ponieważ w nocy zapoznanie się z planszami na zewnątrz nie będzie już możliwe (ekspozycja jest nieoświetlona). Ostatecznie rezygnuję z pierwotnego planu, przechodzę do Martin-Gropius-Bau, stojącego tuż obok.

* * *

O Martin-Gropius-Bau usłyszałem po raz pierwszy w 2011 roku, przy okazji wystawy o historii stosunków polsko-niemieckich, która wtedy miała tam miejsce. Wystawy nie widziałem i nie wiem, dlaczego wyobrażałem sobie, że Martin-Gropius-Bau jest jakąś nowoczesną budowlą, jak bardzo dobrze mi znany Pei-Bau, w którym są organizowane wystawy czasowe Niemieckiego Muzeum Historycznego przy Unter den Linden. W rzeczywistości Martin-Gropius-Bau to udany przykład XIX-wiecznej architektury neorenesansowej – nietypowej dla Berlina, bardziej kojarzyłbym ten styl z XIX-wiecznym Paryżem. Od samego początku budynek pełnił też funkcję muzeum i pawilonu wystawowego.

„Der Luthereffekt”, czyli obszerna wystawa poświęcona 500-leciu reformacji, jest główną ekspozycją w Martin-Gropius-Bau, na parterze budynku, na nią też przede wszystkim przyjechałem ze Śremu. Wystawa duża i bardzo atrakcyjna pod względem wizualnym, ale też niosąca mnóstwo ważnych, istotnych dla historii religii (i historii kultury) treści. W pierwszej części omówienie ruchów reformacyjnych z czasów ich początków, czyli XVI wieku, potem rozwój reformacji został przedstawiony na przykładzie czterech krajów: Szwecji, Tanzanii, USA i Korei Południowej. Można mieć wprawdzie wątpliwości, czy takie ograniczenie się jest właściwe, szczególnie w przypadku USA, w których ruchy wywodzące się z protestantyzmu są bardzo liczne i do dzisiaj bardzo aktywne, rozumiem jednak twórców wystawy. Ich celem nie było wyczerpujące przedstawienie tematu (jest to niemożliwe), raczej wskazanie ogólnych kierunków w rozwoju religii, zaproszenie do dalszych samodzielnych poszukiwań. Rozumiem też skoncentrowanie się na prądach wywodzących się bezpośrednio z luteranizmu; w końcu wystawa upamiętnia 500-lecie przybicia przez Lutra słynnych tez do drzwi kościoła w Wittenberdze – wydarzenie bardzo ważne dla Niemców, niezależnie od ich wyznania czy światopoglądu.

Zwracam uwagę na cenne dzieła sztuki ilustrujące wystawę, np. podwójny portret Marcina Lutra i jego żony Katarzyny Bora pędzla Lucasa Cranacha, dawne księgi, dokumenty, ale też przedmioty o całkiem innym charakterze, szczególnie w części wystawy poświęconej Szwecji, jak „skórzaną” armatę, używaną przez Szwedów podczas wojen w XVII wieku, figurę wojownika z zatopionego galeonu „Waza”, a nawet ławę dla nowożeńców ze szwedzkiego kościoła i mającą całkiem inne przeznaczenie „ławę hańby”.

Pozostałe wystawy, na wyższych piętrach Martin-Gropius-Bau, są dla mnie już mniej interesujące, chociaż jest wśród nawet „Der ganze Prozess”, czyli eksponowany (w całości) rękopis „Procesu” Franza Kafki. Cenię twórczość Kafki, nie mam jednak do niej tak emocjonalnego stosunku, aby analizować jego (dość nieczytelny) charakter pisma.

Ciekawsza jest wystawa grafik Luciana Freuda (wnuka słynnego Sigmunda), szczególnie podobają mi się rytowane grubą kreską i wcale nie upiększające portrety, oddające prawdę psychologiczną o modelu; z kolei niewielka wystawa fotograficzna dokumentująca zbrodnie neonazistowskiej organizacji NSU raczej nie jest warta wspomnienia.

* * *

Opuszczam Martin-Gropius-Bau już po północy. W drodze na Dworzec Główny zajrzę jeszcze do Niemieckiego Muzeum Szpiegostwa (muzeum komercyjne, prywatne, jak Muzeum Muru Berlińskiego przy Checkpoint Charlie, raczej niewarte osobnej wizyty) przy Leipziger Platz. Na znajdującą się przy tym samym placu wystawę Salvadora Dalego niestety nie wejdę, kolejka chętnych jest zbyt długa. Potem niewielkie Ottobock Science Center (wystawa protez ludzkich organów) przy Ebertstraße i na sam koniec dwie wystawy w Max Liebermann Haus przy Bramie Brandenburskiej. Wystawa czarno-białych fotografii Bernarda Larssona dokumentująca życie we wschodnim i zachodnim Berlinie w latach 1961-1968 jest ciekawa, nie mam już jednak wystarczająco dużo czasu, aby ją dokładnie obejrzeć.

Chociaż jest już noc, wszędzie po drodze widzę mnóstwo pijanych, bawiących się ludzi, też na pustym placu przed Reichstagiem siedzi jakaś grupka, może pijanych, może narkomanów, nie zwracamy na siebie uwagi; alkohol u Niemców nie wywołuje agresji, w Berlinie czułem się zawsze bezpiecznie, nawet kiedy kilka lat temu w środku nocy zimą szedłem przez pusty park Tiergarten. Przechodzę jeszcze tylko obok Urzędu Kanclerskiego i na Dworzec Główny.

Z powodu remontu torów węzła Ostkreuz muszę jechać do Frankfurtu nad Odrą z przesiadkami. Pociągiem jadę na Dworzec Wschodni, skąd o 2.10 odjeżdża autobus do Erkner. Na Dworcu Wschodnim muszę czekać godzinę. Spacerując wokół niego, widzę dwa szczury, które wyszły z zarośli, szukając jedzenia; one też mnie zauważyły, powoli wycofują się w krzaki. Z Erkner znowu pociągiem do Frankfurtu, w którym jestem przed czwartą w nocy. Przejście opustoszałymi ulicami w kierunku Słubic, po drodze zagaduje mnie mężczyzna, który wysiadł ze mną z pociągu z Erkner.

– Nie wie pan, gdzie można tu napić się kawy? Tu wszystko zamknięte.

– Niestety nie wiem. Nie jestem stąd. Jestem z Polski. Idę do Słubic na autobus.

– To pójdę z panem. Może tam będzie.

– Proszę. Na pewno w Polsce będą otwarte lokale. A co pan tu robi o tak późnej porze?

– Mam tu przesiadkę. Jadę do Eisenhüttenstadt, pociąg mam dopiero o 5.37. Wracam z Berlina z meczu – mężczyzna z dumą pokazuje koszulkę z napisem „Hertha BSC” (oprócz koszulki nic nie ma sobie i widać, że drży z zimna). A do tej granicy daleko?

– Blisko, jakieś 10-15 minut. Był pan już w Polsce?

– Tak, ale my granicę przekraczamy w Gubinie, nie tutaj. Moja siostra wyszła też za mąż za Polaka. On jest z Turku, ale mieszkają w Świnoujściu.

– Z Turku? Znam dobrze i Turek, i Świnoujście.

Mężczyzna wchodzi do otwartego sklepu spożywczego tuż za mostem granicznym (tam chyba nie dostanie kawy?, będzie musiał pójść do pobliskiej stacji paliw), ja idę na ulicę Wojska Polskiego, na dworzec autobusowy. Kiedy docieram na miejsce, niespodzianka – dworca już nie ma, w czasie tych dwóch lat, od kiedy ostatni raz byłem w Słubicach, został przeniesiony w jakieś inne miejsce. Wciąż jest noc, ciemno, obok przechodzi jednak jakaś para i mogę ich zapytać o drogę.

– Niech pan…, niech pan tu skręci w prawo i potem na skrzyżowaniu… Trafi pan – dziewczyna jest pijana, prawie przewraca się na mnie, ale skierowała mnie dobrze. Okazuje się, że nowy dworzec znajduje się na placu Bohaterów, tuż obok budynku urzędu miejskiego i sądu.

Mój autobus do Poznania odjeżdża o 5.45. Prawie cztery godziny jazdy przez Sulęcin, Międzyrzecz, Pniewy, potem w Poznaniu ponad godzina czekania na autobus do Śremu. W domu będę o 12.

Kościół Najświętszej Maryi Panny Wniebowziętej w Mórce

15 sierpnia – wyjazd na mszę odpustową do kościoła w Mórce. Byłem w nim wielokrotnie, również na mszy, ale chętnie go sobie przypomnę w najważniejsze dla parafii i wioski święto.

Ze wszystkich kościołów i kaplic w wioskach w gminie Śrem (Dalewo, Mórka, Błociszewo, Nochowo, Pysząca, Mechlin, Luciny) ten w Mórce podoba mi się chyba najbardziej (w całym powiecie śremskim palmę pierwszeństwa należy przyznać oczywiście drewnianemu kościołowi w Błażejewie). Dlaczego? Jest wprawdzie stary, pochodzi z końca XVI wieku, ale tej dawności, zabytkowości nie widać na pierwszy rzut oka, tak jak nie widać tego, że jest kościołem o konstrukcji szachulcowej (popularnie zwanej murem pruskim) – z zewnątrz bowiem jest oszalowany deskami, a wewnątrz otynkowany.

Wnętrze kościoła w Mórce podoba mi się, chociaż trudno je nazwać cennym. Najcenniejszym obiektem jest ołtarz główny z barokowym obrazem Matki Boskiej z Dzieciątkiem; niestety jest zasłonięty srebrną sukienką z XVIII wieku, nie można go więc obejrzeć w oryginalnej postaci. Do tego dwa ołtarze boczne z obrazami przedstawiającymi Wszystkich Świętych i świętą Annę nauczającą Marię. Malarze nie są znani; podoba mi się obraz w ołtarzu głównym (czy kiedykolwiek będę miał okazję zobaczyć go w pełnej krasie, po zdjęciu sukienki?); dwa w ołtarzach bocznych to chyba dzieła niemieckiej szkoły nazarejczyków z początków XIX wieku; polichromie w prezbiterium i nawie, przedstawiające czterech ewangelistów i ośmioro świętych polskich, bez większej wartości artystycznej, zostały namalowane przez współczesnego artystę Teodora Szukałę. Chyba najciekawszym elementem architektonicznym (nie widziałem go w innych kościołach koło Śremu) jest łuk tęczowy, ale bez zwykle występującej belki tęczowej, tylko koszowy łuk tęczowy, wsparty na dwóch kolumnach toskańskich. Co sprawia więc, że kościół w Mórce cenię najwyżej spośród wiejskich kościołów w gminie Śrem? Pewnie jego ogólny klimat, kameralność połączona z dobrym zharmonizowaniem poszczególnych elementów wystroju.

Kiedy podjeżdżam pod niego po krótkiej jeździe ze Śremu, dokoła kościoła jest już bardzo dużo ludzi – mieszkańców Mórki, okolicznych wiosek, nawet mojego miasta. Spotykam znajomą, która na odpuście sprzedaje kolorową watę cukrową i pop-corn (na odpuście jest łącznie siedem stoisk), po krótkiej rozmowie zostawiam pod jej opieką rower i idę już w kierunku kościoła, w którym wierni odmawiają różaniec przed mszą.

Msze w wiejskich kościółkach mają swój urok, zwłaszcza msze z tak uroczystej okazji, jaką jest odpust. Wszyscy są odświętnie ubrani, na tym tle wyróżniam się moim niedbałym strojem turysty rowerowego. Nie znam żadnego z wiernych, chociaż możliwe, że niektórzy z nich znają mnie – tłumacza ze Śremu, któremu kiedyś zlecali tłumaczenia, obserwację architektury i wyposażenia świątyni mogę łączyć z obserwacją wiernych, duchownych, dzieci. Około dziesięciorga dzieci zasiadło na stopniach ołtarza, potem będą sypać płatki kwiatów podczas procesji, na razie zajmują się swoimi sprawami. Chłopczyk macha ręką do kolegi, dwie dziewczynki z przejęciem plotkują o czymś, trzecia dziewczynka siedzi ze złożonymi rękoma rozmodlona, innemu chłopcu rozwiązała się rewerenda  i trzeba ją poprawić. Mszę prowadzi zaproszony przez księdza proboszcza ksiądz Jacek Markowski z Poznania, który opowiada o Wniebowzięciu Najświętszej Marii Panny, o historii dogmatu; lektorami Pisma Świętego są kobiety, które na równi z ministrantami służą do mszy; jeden z psalmów śpiewa młoda kobieta, która, jak się później okazuje, właśnie wzięła ślub w tym kościele.

Po mszy rozpoczyna się procesja, na której nie zostaję; wykorzystuję okazję, aby jeszcze raz obejrzeć świątynię i główny ołtarz. Łączy się z nim legenda, którą cytuje Zbigniew Szmidt w swoim przewodniku „Powiat śremski”, niestety nie podając źródła:

W miejscu, gdzie w XIX wieku był niewielki stawek zarosły trzciną, zwany przez miejscowych Wsisko, stała przed laty wieś z kościołem. Po pożarze, któremu uległa wieś z kościołem, z którego tylko obraz Matki Boskiej uratować zdołano, zaszła sprzeczka pomiędzy mieszkańcami Bodzyniewa i Mórki, dokąd obraz ten ma być wzięty. Sprzeczkę rozstrzygnął proboszcz: iż kto wpierw z mieszkańców Bodzyniewa i Mórki w pierwsze święto wielkanocne po zjedzeniu święconego będzie na miejscu, gdzie  stał kościół, ten będzie mógł zabrać obraz.

Jak widać, pierwszy był mieszkaniec Mórki.

Muzeum Okręgowe w Lesznie – Stolice wielkopolskiego protestantyzmu. Z atelier artystów wielkopolskich

6 sierpnia – wyjazd do Leszna, na mszę w kościele św. Mikołaja i potem dwie wystawy w Muzeum Okręgowym. To pierwsza wizyta w tym muzeum od grudnia 2015 roku; w 2016 roku wprawdzie byłem w leszczyńskiej synagodze też podczas festiwalu Leszno Barok Plus na koncercie fortepianowym, mam nadzieję, że i w tym roku uda mi się na niego pojechać.

Pogoda dość ciepła i wietrzna, jeszcze przed Jerką na poboczu leżą połamane gałęzie drzew, później nawet całe pnie pocięte piłą – rezultat ostatniej wichury, która przeszła także nad Śremem, na szczęście chyba żadne samochody i podróżujący nimi wtedy nie ucierpieli. W leszczyńskiej kolegiacie jestem tuż po 13, akurat na początek mszy, na którą przyjechałem. Kościół św. Mikołaja ma opinię najładniejszego w Lesznie i na pewno takim jest, bogate, barokowe wyposażenie, w tym nagrobek Rafała Leszczyńskiego, ojca  Stanisława, króla Polski, i dziadka Marii Leszczyńskiej, królowej Francji, w kościele (zwiedzałem go już wielokrotnie) brakuje mi w nim jednak tego klimatu, który jest na przykład w farze w Kościanie. Po mszy przejazd do Synagogi na najnowszą wystawę czasową Muzeum Okręgowego.

* * *

Powodem zorganizowania wystawy „Stolice wielkopolskiego protestantyzmu. Leszno i Śmigiel. Współistnienie wyznań” była 500. rocznica wystąpienia Marcina Lutra i reformacji. Prądy reformacyjne były bardzo ważnym zjawiskiem w historii Leszna praktycznie od założenia miasta w XVI wieku, sprzyjali im Leszczyńcy, tak długo, aż w XVII wieku powrócili do katolicyzmu, ale nawet później, aż do końca I wojny światowej, Leszno było miastem protestanckim i – powiedzmy to wprost – niemieckim. Polskim stało się dopiero na skutek ustaleń traktatu wersalskiego.

Wystawa obszerna, zajmuje całą dużą salę synagogi, również jej środek, gdzie umieszczono między innymi sprzęty liturgiczne, a nawet stare, masywne drzwi protestanckiej świątyni z kutego żelaza. Dla mnie najbardziej interesujące są książki, dawne dokumenty i grafiki, których na wystawie jest bardzo dużo. Już na samym początku umieszczono np. miedzioryt przedstawiający Lutra (według Cranacha), trochę dalej wisi ekspresyjny miedzioryt ukazujący Bogusława Leszczyńskiego nieznanego autora, jest nawet grafika mojego ulubionego artysty Daniela Chodowieckiego, na której Rafał Leszczyński upomina na sejmie króla Zygmunta Augusta. Dużo też ciekawych przedstawień miast – śląskich, ale też Torunia, Gdańska, czyli twierdz polskiego protestantyzmu.

Z książek widzimy bardzo cenne, dawne wydania Biblii i innych druków religijnych, nie tylko Biblii Lutra, ale też tłumaczenia polskie – Biblia Brzeska, Biblia Gdańska, jest nawet przepiękne, kolorowe wydanie Biblii Kralickiej, pierwszego przekładu Pisma Świętego na język czeski. Większość książek i dokumentów jest w języku niemieckim, są też jednak druki polskie i czeskie – zaskoczeniem jest dla mnie książka wydana w języku czeskim przez Jana Amosa Komeńskiego, myślałem dotąd, że publikował tylko po łacinie.

Jan Amos Komeński zajmuje na wystawie poczesne miejsce, co jest zrozumiałe, biorąc pod uwagę ogromny wkład tego leszczynianina z wyboru w historię myśli religijnej. Oprócz niego wystawa ukazuje też postaci, o których do tej pory wiedziałem o wiele mniej, lub które w ogóle były mi nieznane, jak np. postać protestanckiej mistyczki Krystyny Poniatowskiej, zmarłej jeszcze przed zakończeniem wojny 30-letniej, która przepowiadała zwycięstwo w niej ewangelików i rychły upadek monarchii Habsburgów (jak wiadomo, przepowiednie te nie ziściły się).

Część ekspozycji poświęcona Śmiglowi jest o wiele mniejsza i koncentruje się na wspólnocie arian, która tam działała w latach 1560-1658 (później część arian przeniosła się do Rakowa, część przyjęła luteranizm). Najwybitniejszym jej przedstawicielem był Eliasz Arciszewski, ojciec urodzonego w Rogalinie Krzysztofa, późniejszego polskiego „konkwistadora” i admirała w służbie holenderskiej.

Wystawa bardzo potrzebna i z pewnością dobrze się stało, że Muzeum Okręgowe ją zorganizowało, bez historii protestantyzmu nie sposób zrozumieć historii miasta, jakże innej od historii innych miast wielkopolskich. Niestety wystawa ma dość poważny mankament w postaci braku ogólnego wprowadzenia do niej. Dlaczego Leszno było stolicą wielkopolskiego protestantyzmu? Skąd się tu wzięli protestanci i dlaczego odgrywali tak ważną rolę przez większą część historii miasta, praktycznie aż do 1920 roku, kiedy Leszno wróciło do Polski? Nie znajdujemy odpowiedzi na te pytania. Wystarczyło to krótko objaśnić na jednej lub dwóch planszach, na których opowiedziano by historię braci czeskich, Jednoty, protestantów wyznania ewangelicko-reformowanego, ewangelicko-augsburskiego, wyjaśniono różnice między tymi wyznaniami. Osoby, które nie znają historii Leszna i nie interesują się historią Kościoła, mogą mieć trudności ze zrozumieniem przesłania wystawy.

* * *

Po zwiedzeniu wystawy w Synagodze przejazd do gmachu głównego muzeum przy placu Metziga na wystawę „Z atelier artystów wielkopolskich”. Zgodnie z tytułem prezentowani są artyści wielkopolscy, ze szczególnym uwzględnieniem leszczyńskich, których dzieła znajdują się w kolekcji muzeum. Prace o bardzo różnej wartości, większość artystów jest mi nieznana, chociaż trafiają się nazwiska wybitne i dzieła interesujące. Do takich należy portret Zofii Dziurzyńskiej-Rosińskiej pędzla Hieronima Maliny, promujący wystawę na jej plakacie, rzeźba księżnej Czartoryskiej dłuta Władysława Marcinkowskiego czy „Posiłek” Alfreda Lenicy. Z nazwisk mniej znanych zwracam uwagę na przykład na autoportret Adama Hanytkiewicza czy „Rokitę na wierzbie” W. Boguckiego. Chociaż nie gustuję w tego typu sztuce, podobają mi się nawet niektóre starsze obrazy malowane przez Niemców, jak autoportret leszczyńskiego malarza Heinricha Steinbacha w stroju króla kurkowego z XIX wieku, czy obraz ulicy we Wschowie pędzla niejakiego A. Bergera (chyba nigdy się nie dowiem, kim byli..).

Niewielka wystawa nie tworzy jakiegoś logicznego ciągu, nie ma układu chronologicznego, ani tematycznego. Jest tylko ciągiem impresji, zaproszeniem do podróży w świecie portretów, pejzaży, scenek rodzajowych, w czasie której możemy też natknąć się na interesujące dzieła.

Muzeum Regionalne w Kościanie – Park Krajobrazowy im. gen. D. Chłapowskiego w fotografiach Marka Chwistka

30 lipca – po mszy w kościele farnym w Kościanie decyduję się odwiedzić jeszcze Muzeum Regionalne na rynku. Szczególnie interesuje mnie nowa wystawa czasowa „Park Krajobrazowy im. gen. Dezyderego Chłapowskiego w fotografiach Marka Chwistka”. Słyszałem o niej już kilka miesięcy temu i już wtedy zakonotowałem ją sobie w moich planach. Na stronie internetowej muzeum zakładka „Wystawy czasowe” wprawdzie jest pusta, może się więc już skończyła? Na szczęście nie – młody mężczyzna z obsługi muzeum (pamięta mnie z poprzednich wystaw) otwiera pomieszczenie i zaprasza mnie do jej zwiedzenia.

Wystawa fotograficzna Marka Chwistka przypomina mi ostatnią wystawę czasową, którą widziałem w kościańskim muzeum w marcu tego roku – wystawę fotografii Karola Budzińskiego. Różni się od niej tym, że podczas gdy Karol Budziński ukazał na zdjęciach całą Wielkopolskę, Marek Chwistek ograniczył się do Parku Krajobrazowego im. gen. Chłapowskiego. Parku mnie jako śremianinowi bardzo dobrze znanego, przecież zaczyna się on zaledwie kilka kilometrów na zachód od mojego Śremu. Turew, Rąbiń, Las Rąbiński, Wyskoć… – miejsca te odwiedzałem już na początku lat 90. i do dzisiaj je odwiedzam. Dzisiaj, jadąc ze Śremu do Kościana, również przejeżdżałem przez park.

Fotografie Marka Chwistka przypominają mi zdjęcia Karola Budzińskiego również pod względem formalnym – to wysmakowana fotografia reäalistyczna, unikająca eksperymentów, koncentrująca się na ukazaniu piękna przyrody, przede wszystkim fauny, ale też zabytkowej architektury. Na zdjęciach możemy zobaczyć pałac Chłapowskiego w Turwi z dobudowaną do niego kaplicą, kościół w Rąbiniu (z tego, co wiem, wciąż w remoncie, ale już odbywają się w nim msze), kościół w Wyskoci, pałac w Kopaszewie. Na wystawie zabrakło wprawdzie kilku znaczących obiektów – przede wszystkim kaplicy w stylu zakopiańskim w Lesie Rąbińskim, upamiętniającej tragiczne polowanie w 1909 roku (pisałem o nim w innym miejscu mojego bloga), bardzo popularnej wśród śremian, chociaż msze odbywają się w niej tylko raz w roku, 3 maja; poza tym nekropolii Chłapowskich w Rąbiniu, gdzie pochowano też Joannę Grudzińską, wielką księżną łowicką, żonę wielkiego księcia Konstantego; kopaszewską drogę krzyżową, upamiętniającą samobójczą śmierć Zofii Koźmianowej, córki Dezyderego Chłapowskiego. Nie wiem, czy opuszczenia te były świadome; przypuszczam, że Marka Chwistka w fotografii pociąga bardziej uroda przyrody, nie aspekty kulturowe, które mnie z kolei bardziej interesują.

Nawiązuję też rozmowę z pracownikiem muzeum, który, jak się okazuje, bardzo dużo wie o Chłapowskim – pisał o nim pracę magisterską, studiując historię.

– Ja też się interesuję Chłapowskim – odpowiadam – choćby z tego powodu, że w Śremie mieszkam przy ulicy Chłapowskiego. Dla śremian, podobnie jak dla mieszkańców Kościana, Chłapowski jest ważną postacią. W domu mam wprawdzie tylko jedną jego biografię, dość starą, napisaną przez Zdzisława Grota.

– Grot koncentruje się w niej na pracy organicznej, jeśli interesują pana bardziej jego dokonania wojskowe, polecam inne biografie.

– Tak. W czasie wojen napoleońskich był oficerem ordynansowym Napoleona. Potem w czasie powstania listopadowego awansowano go na generała. Wprawdzie po przegranej kampanii na Litwie musiał przejść z wojskiem do Prus. A po wyjściu z więzienia zajął się pracą na roli w swoich majątkach…

Postać bardzo ciekawa, poza Wielkopolską raczej mało znana, chociaż dużo dla jej popularyzacji zrobili poznańscy historycy, a nawet dziennikarz Stefan Bratkowski, autor scenariusza serialu „Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy”, w którym Dezydery Chłapowski jest jedną z głównych postaci.

Żegnam się z muzeum, do następnej wystawy. Powrót do Śremu – drogami wiodącymi przez park krajobrazowy, którego zdjęcia właśnie widziałem.

Kościół NMP Wniebowziętej w Kościanie

30 lipca – wyjazd na mszę w kościele farnym w Kościanie. Zaglądałem do niego wielokrotnie, ostatni raz w marcu tego roku, raz byłem w nim nawet na mszy , było to jednak jakieś sześć czy siedem lat temu – dostatecznie długi czas, aby chcieć sobie przypomnieć wystrój najcenniejszego zabytku w Kościanie. Jazda zwykłą trasą, przez Stary Gołębin, w którym na kilku minut zaglądam też do miejscowego kościoła – jest otwarty, za chwilę rozpocznie się w nim msza, ale nie zatrzymuję się tu na długo, spieszę się do Kościana, w którym jestem wpół do dziewiątej, pół godziny przed mszą, dość dużo czasu, aby zwiedzić farę, potem, po mszy, zresztą też będzie czas na dokładne obejrzenie kościoła. Na mszy jak zwykle siadam w pierwszym rzędzie, na wprost ołtarza.

Główny ołtarz sprawia rzeczywiście ogromne wrażenie – swoimi rozmiarami i po prostu pięknem. Późnorenesansowy (z 1621 roku), kilkukondygnacyjny, z wielką ilością dekoracji i przedstawień postaci (w środku figura Maryi jako Regina Coeli, późnogotycka, jeszcze o 100 lat starsza od ołtarza, po jej bokach św. Jan Chrzciciel i św. Jan Ewangelista) i scen z Nowego Testamentu. Te ostatnie są dla mnie najciekawsze, anegdotyczność w sztuce, opowiadanie historii przez dzieła sztuki, zawsze mnie pociągały – rozpoznaję Zwiastowanie, Nawiedzenie, Ucieczkę do Egiptu, Jezusa nauczającego w świątyni i inne.

Najstarszy (i chyba najcenniejszy) obiekt w kościele znajduje się na lewo o głównego ołtarza – gotycki tryptyk Mistrza z Gościszowic przedstawiający Zaśnięcie Ducha Świętego. Pamiętam, że jeszcze kilka lat temu był w renowacji, teraz można go bez przeszkód podziwiać. Pozostałe ołtarze nie są tak interesujące (chociaż też są cennymi zabytkami); żałuję, że zamknięte jest wejście do kaplicy Trójcy Świętej na piętrze, gdzie znajduje się gotycka figura św. Anny Samotrzeciej. Gotyckich obiektów w świątyni jest zresztą więcej – grupa figuralna na belce tęczowej i – dla mnie najbardziej niezwykłe – trzy obrazy zawieszone po lewej stronie prezbiterium – przedstawiające Pocałunek Judasza, Jezusa przed Piłatem i Jezusa upadającego pod krzyżem. Gotyk to nie tylko architektura i snycerka zdobiąca kościoły, również malarstwo.

Jak w każdym zabytkowym kościele dużo nagrobków i płyt epitafijnych – dwa najbardziej widoczne przy prezbiterium to pełne przepychu renesansowe nagrobki Opalińskich i Orzelskich. Podziwiam kunszt artystów, którzy je wznieśli, ale największe wzruszenie wzbudzają we mnie dwie niepozorne tabliczki upamiętniające zmarłe dzieci parafian – Annę i Zofię Krusiewiczówny z 1647 roku i Urszulę Pachur z 1644 roku, córkę miejscowego lekarza. Strata dzieci była dla rodziców zawsze tragedią – dzisiaj i setki lat temu…

Ogólne wrażenie ze zwiedzenia kościańskiej fary jest bardzo podobne do tego, które odniosłem podczas zwiedzenia kolegiaty w Środzie Wlkp. – kościoły te są o wiele ładniejsze od naszej śremskiej fary. Przyczyny są natury historycznej – Kościan przez wieki był miastem większym i zamożniejszym od Śremu (odwróciło się to dopiero w ostatnich latach), po części wynikły też jednak z przypadkowej decyzji władz kościelnych pod koniec XIX wieku. Podczas gdy w Kościanie czy Środzie Wielkopolskiej zachowano stare wyposażenie, które świątynia gromadziła przez stulecia, w Śremie wymieniono je wtedy na bardziej odpowiadające gustom tamtej epoki. Śremska fara pozostaje najładniejszym kościołem w mieście, nie może jednak się równać z głównymi kościołami w sąsiednich powiatowych miastach.

Kościół św. Elżbiety w Jutrosinie

23 lipca – wyjazd na mszę w kościele św. Elżbiety w Jutrosinie. Który to już raz odwiedzam Jutrosin? Kościół ten odkryłem kilkanaście lat temu, w 2000 lub 2001 roku, zachęcony uwagą w przewodniku, że jest to jeden z najładniejszych kościołów w Wielkopolsce. Kiedy po raz pierwszy wszedłem wtedy do jego wnętrza i zobaczyłem polichromie, wrażenie było rzeczywiście oszałamiające, chociaż było już po nabożeństwie i kościół był pusty i nieoświetlony. Potem jeszcze kilkakrotnie zajeżdżałem do Jutrosina, dopiero w ubiegłą niedzielę udało mi się jednak pojechać tam na mszę.

Aby zdążyć na nabożeństwo o godzinie 9, muszę wyjechać już o 5 rano. Jazda przez Borek Wielkopolski, Pogorzelę, gdzie na chwilę zaglądam do kościoła św. Michała Archanioła (kościół zabytkowy, ale niezbyt ciekawy). Dłużej zatrzymuję się w Kobylinie – miasteczku o wiele bardziej interesującym od Pogorzeli, z kościołem parafialnym św. Stanisława, w którym w ołtarzu wisi XVI-wieczny, bardzo znany i cenny obraz przedstawiający męczeństwo św. Stanisława, i kościołem franciszkańskim, gdzie pochowano m.in. poetę Samuela Twardowskiego. Wszędzie trafiam na moment tuż przed rozpoczęciem lub po zakończeniu mszy, mogę więc w spokoju obejrzeć świątynie. Kobylin po raz pierwszy odwiedziłem dwa lata temu i już wtedy postanowiłem przyjechać tu kiedyś na mszę. Dzisiaj tych planów nie zrealizuję, spieszę się do Jutrosina, ruszam więc dalej, tylko kobyliński franciszkanin kropi wodą święconą mój rower, za dwa dni mamy świętego Krzysztofa. Do Jutrosina dojeżdżam tuż przed rozpoczęciem mszy o godz. 9. Parafialny chórek dziewczęcy przygotowuje się właśnie do nabożeństwa, dziewczęta spoglądają na mnie ciekawie, zajmuję miejsce niedaleko nich, w pierwszej ławce.

* * *

Aby dokładnie poznać i w pełni docenić architekturę kościoła, należy przyjechać do niego na mszę. I nie mam tu tylko na myśli jakichś górnolotnych przejawów duchowej łączności z sacrum, przyczyny są bardziej prozaicznie – tylko w czasie mszy kościół jest dostatecznie oświetlony, ponadto poza nabożeństwami, zwłaszcza w wioskach i miasteczkach, kościoły często są po prostu zamknięte i można je obejrzeć tylko z zewnątrz.

Kościół św. Elżbiety w Jutrosinie, liczący niewiele ponad 100 lat (wybudowany na początku XX wieku), stanowi niezwykłe połączenie dwóch stylów w sztuce, które pozornie w ogóle do siebie nie pasują – architektury neoromańskiej i dekoracji wnętrza w stylu Młodej Polski. Kościół zaprojektowany przez Tomasza Pajzderskiego był podobno wzorowany na katedrze w Spirze i rzeczywiście ją przypomina, chociaż różni się między innymi liczbą wież (katedra w Spirze ma ich cztery, kościół w Jutrosinie trzy), w każdym razie jest bardzo dobrym, wysmakowanym przykładem polskiej architektury neoromańskiej, której przecież nie ma tak wiele w naszym kraju (większość obiektów w tym stylu, jak Zamek Cesarski w Poznaniu, została stworzona przez Niemców).

Z tym klimatem wczesnego średniowiecza (a raczej wizją wczesnego średniowiecza, jak sobie je wyobrażali XIX-wieczni artyści) kontrastuje wnętrze kościoła, pokryte wspaniałą polichromią Antoniego Procajłowicza. Szczególnie polichromie w prezbiterium przedstawiające aniołów i cztery postaci orantek otoczonych fragmentu łacińskiego psalmu, sprawiają ogromne wrażenie, to sztuka secesyjna najwyższej klasy. W głównej nawie umieszczono z kolei postaci polskich (i innych) świętych i błogosławionych. Na ścianach transeptu widzimy malowidła przedstawiające Zwiastowanie, ukazanie się Maryi św. Franciszkowi, obraz św. Izydora Oracza podobno pędzla Juliana Fałata, w 1972 roku na przeciwległej ścianie transeptu dodano obraz Zdzisława Fabisiaka ukazujący męczeństwo św. Wojciecha. Do tego w prezbiterium piękne witraże Józefa Mehoffera, ołtarz główny z piaskowca z licznymi płaskorzeźbami i marmurowe epitafium Zdzisława Czartoryskiego – fundatora świątyni.

Czy kościół w Jutrosinie jest najpiękniejszy w Wielkopolsce? Oprócz niego przychodzi mi na myśl tylko jeden, który wywarł na mnie podobne wrażenie – drewniany, lezący na uboczu kościół „Na Pólku” w Bralinie, byłem w nim jednak tylko raz, dawno temu. Oczywiście jest wiele świątyń, które je przewyższają wspaniałością i bogactwem wyposażenia, choćby katedry w Poznaniu i Gnieźnie, też wiele kościołów klasztornych, jak kościół w Lubiniu, najcenniejszy w okolicy Śremu. Kościoły te mają jednak inną funkcję, budowano je nie tyle na chwałę Bożą, co na chwałę Kościoła, swoim przepychem miały podkreślać potęgę instytucji, zwłaszcza w czasach pokryzysowych, kiedy trzeba było odzyskiwać grunt utracony na rzecz reformacji. Kościoły w Jutrosinie i Bralinie takich ambicji nie miały. Zbudowane je w małych miejscowościach, gdzie miały służyć tylko lokalnej społeczności. I tu mogły jednak stać się klejnotami sztuki. Tak, kościół w Jutrosinie jest dla mnie jednym z najpiękniejszych w Wielkopolsce.

* * *

Po zwiedzeniu kościoła św. Elżbiety przejazd uliczkami miasteczka, zaglądam też do cmentarnego kościoła św. Krzyża o konstrukcji szachulcowej (wygląda też interesująco, jest jednak zamknięty, wnętrze mogę obejrzeć tylko przez kratę) i wyruszam  już z powrotem do Śremu. W planach miałem dojechać do Rawicza i stamtąd pociągiem do Czempinia, decyduję się jednak całą drogę powrotną do Śremu przejechać rowerem, inną trasą  niż jechałem w tę stronę, to jest przez Gostyń. Decyzja ryzykowna, bo trasę znam tylko od Pępowa (jechałem nią też tylko raz, 20 lat temu), a drogi z Jutrosina do Pępowa w ogóle nie znam i nie mam mapy. Instynkt i orientacja w terenie jednak nie zawodzą. Jadąc cały czas na północ, dojeżdżam do Pępowa, gdzie zaglądam też do kościoła św. Jadwigi, w którym trwa akurat suma. Gotycka architektura i barokowe wyposażenie; wartość artystyczna i historyczna kościoła nie jest jednak tak duża jak kościołów Jutrosinie i Kobylinie. Kiedy po wyjściu posilam się przed pobliskim Dino, po mszy podbiega do mnie dwójka dzieci, niosąc w ręku… moją kamizelką odblaskową, którą zgubiłem, wychodząc z kościoła. Bardzo dziękuję! Przyda się nie tylko dla bezpieczeństwa na drodze, ale też jako ochrona prze deszczem – zaraz za Pępowem zaczyna padać, deszcz będzie mi towarzyszył aż do Śremu.

Biblioteka Publiczna w Śremie – „Tacy byliśmy”

„Tacy byliśmy” to najnowsza wystawa Biblioteki Publicznej w Śremie, którą można oglądać przez całe wakacje w głównej siedzibie biblioteki na Jezioranach. Podtytuł jej brzmi „Lata osiemdziesiąte w Śremie”; w rzeczywistości wystawa wykracza poza te ramy czasowe – obejmuje też początek lat dziewięćdziesiątych. Jej trzon stanowią dokumenty życia społecznego – afisze, plakaty, zaproszenia na wystawy, do tego wycinki prasowe i mnóstwo fotografii z imprez odbywających się wtedy w Śremie.

Sprawy poważne i mniej poważne. Wystawę otwiera obwieszczenie o wprowadzeniu stanu wojennego w 1981 roku, na szczęście złowrogie obwieszczenie równoważą afisze z już wolnej Polski – o wyborach prezydenckich w 1990 roku, o zmianie nazw ulic w tymże roku, kiedy moja dawna ulica Dzierżyńskiego stała się ulicą Grota Roweckiego, a obecna Chłapowskiego zyskała swoją nazwę po przemianowaniu jej z Zawadzkiego, pisma dotyczące tworzących się komitetów telefonizacji Śremu. Szkoda, że zabrakło dokumentów dotyczących utworzenia sieci telewizji kablowej, kiedy śremianie nagle uzyskali dostęp do „aż” sześciu (chyba tyle ich było?) zagranicznych stacji telewizyjnych. Było to bardzo ważne wydarzenie dla miasta – również dla mnie, dopóki w 1995 roku nie pozbyłem się z mieszkania mojego telewizora.

Na wystawie dominują jednak sprawy mniej poważne – jak Wyścig Pokoju, którego jeden z etapów w maju 1989 roku przebiegał przez Śrem, ogłoszenie o seansie bioenergoterapeuty Lecha Lisieckiego w 1991 roku (bilet wstępu kosztował 25 tys. zł), różne druki ulotne, zaproszenia, fotorelacje z imprez kulturalnych, głównie Dni Śremu. W Śremie mieszkam dopiero od 1987 roku, w dużej części tych imprez nie mogłem więc uczestniczyć, ale nawet tych z końca lat 80. i początku lat 90. w większości nie przypominam sobie. Czy moje życie koncentrowało się wtedy na innych sprawach, czy promocja kultury w Śremie wyglądała inaczej? Na Dni Śremu zresztą do dzisiaj nie chodzę, spędzam je przeważnie na rowerze w innych częściach Wielkopolski.

Wystawa jest jednak interesująca, zmusza mnie też do spojrzenia innymi oczami na sprawy kultury w moim mieście. Ludyczność, powiedzmy wprost: małomiasteczkowość życia kulturalnego w Śremie jest faktem, którego nie zmienimy. Podobnie zresztą to życie kulturalne wygląda na przykład w Środzie Wielkopolskiej, Kościanie i innych powiatowych miastach Wielkopolski. Dlatego w weekendy z reguły wyjeżdżam do Poznania lub innych miejscowości, gdzie oferta kulturalna jest bogatsza i – przede wszystkim – bardziej odpowiadająca moim zainteresowaniom. Na tym tle zaskakuje poważna tematyka niektórych spotkań w Śremskim Ośrodku Kultury, spotkania z podróżnikami po Australii czy Japonii (w czasach PRL była to niesłychana egzotyka), czy też informacja prasowa o otwarciu 2 lutego 1985 roku Galerii Sztuki Współczesnej prowadzonej przez śremskiego artystę Jerzego Jurgę. Galeria zresztą szybko upadła, o czym na wystawie już się nie dowiadujemy; opowiedział mi o niej kiedyś znajomy, który dużo później też otworzył w naszym mieście galerię dzieł sztuki i antyków (również bez powodzenia). Kultura wysoka również była więc obecna w owym czasie w Śremie, chociaż pewnie pojawiała się tylko z rzadka. Dużym zaskoczeniem było dla mnie odkrycie, że w Śremie w latach 80. wystąpił warszawski Teatr Ochoty ze spektaklem „Adam i Ewa” Marka Twaina z Tomaszem Mędrzakiem i Bożeną Stryjkówną w rolach głównych; spektakl to dla mnie szczególny, ponieważ było to pierwsze przedstawienie teatralne, które widziałem w Warszawie podczas moich studiów.

Największe zaskoczenie czekało mnie jednak na końcu wystawy, kiedy zobaczyłem umowę podpisaną z jednym z mieszkańców mojego miasta o… statystowanie w filmie „Między ustami i brzegiem pucharu” z 1987 roku na podstawie powieści Marii Rodziewiczówny. Był to jeden z pierwszych filmów, które widziałem po mojej przeprowadzce do Śremu, w Dyskusyjnym Klubie Filmowym działającym przy Odlewni Żeliwa. Wiedziałem, że był realizowany między innymi w Racocie, dopiero teraz jednak dowiedziałem się, że wystąpiło w nim kilkudziesięciu śremian – statystów, co, jak sądzę, było dla nich przygodą życia.

Wystawa warta zobaczenia – jako dokument minionego czasu i… katalizator wspomnień.

Muzeum Ziemiaństwa w Dobrzycy – Józef Wybicki i jego czasy

15 lipca – pierwszy od kilku lat wyjazd do pałacu w Dobrzycy koło Pleszewa, na wystawę czasową „Józef Wybicki i jego czasy”, przy okazji chcę sobie przypomnieć ekspozycję stałą i całe założenie parkowo-pałacowe.

Pałac w Dobrzycy – jeden z cenniejszych w Wielkopolsce, długi czas po II wojnie światowej zaniedbywany i niszczejący, aż w latach 90. zadecydowano o jego rewitalizacji. Pamiętam, jak zaraz na początku tego wieku po raz pierwszy przyjechałem do Dobrzycy – mogłem zwiedzić tylko park; pałac, zbudowany na niezwykłym planie litery L, ponoć wynik działalności w masonerii jego właściciela – Augustyna Gorzeńskiego, był zamknięty i w remoncie. Od pracowników dowiedziałem się o trwającej renowacji fresków Antoniego Smuglewicza i innych pracach konserwatorskich. Ich efekt mogłem zobaczyć podczas następnej wizyty w Dobrzycy, już po otwarciu pałacu. Polichromie Smuglewicza na głównej klatce schodowej i w Sali Balowej rzeczywiście robiły wrażenie, podobały mi się też inne odnowione pomieszczenia pałacu, chociaż, przechadzając się jego komnatami, nie bardzo mogłem doszukać się myśli przewodniej ekspozycji. Rzeczywiście przez dłuższy czas zastanawiano się nad profilem utworzonego w pałacu muzeum, podobno zamierzano tu urządzić muzeum historii polskiej masonerii, czemu (znowu: podobno) sprzeciwił się Kościół katolicki, ostatecznie od 2009 roku działa tu Muzeum Ziemiaństwa.

* * *

Po wejściu kieruję się od razu na wystawę czasową „Józef Wybicki i jego czasy. Hymn. Legiony. Księstwo Warszawskie”. Jako śremianin postacią Wybickiego interesuję się do dawna, w końcu była to najwybitniejsza postać związana z moim miastem; w 2010 roku napisałem o nim nawet artykuł w Wikipedii. Żałuję, że nie działa już poświęcone mu muzeum w Manieczkach; od dawna wybieram się do Muzeum Hymnu Narodowego w Będominie (nie wiem, czy kiedykolwiek zrealizuję te plany); teraz chętnie zapoznam się z ekspozycją w Dobrzycy. Wystawa poświęcona Wybickiemu (który tu mieszkał przez jakiś czas w latach 80. XVIII wieku, administrując majątkiem Gorzeńskich) zajmuje trzy pomieszczenia w dobrzyckim pałacu. Najciekawsze dla mnie są eksponaty w pierwszej sali z dobrze mi znanym faksymile Mazurka Dąbrowskiego, ale też w ogóle mi dotąd nieznanymi rękopisami – autografem wystawianej w Dobrzycy opery „Kmiotek” Wybickiego, jego listem do żony Gorzeńskiego, która miała w niej grać jedną z głównych ról, dokumentami podpisanymi przez Jana Henryka Dąbrowskiego. Eksponaty w innych salach koncentrują się mniej na postaci Wybickiego, bardziej na legionach i Księstwie Warszawskim, na historii wojskowości, dużo ikonografii z epoki i militariów.

Po wyjściu z wystawy czasowej zaskoczenie – na parterze jest też nowa wystawa czasowa poświęcona historii masonerii (a jednak zdecydowano się uwzględnić też ważny wątek w historii zwłaszcza XVIII-wiecznej Polski), którą dokładnie oglądam, po czym kieruję się na piętro. Klatka schodowa i Sala Balowa, najbardziej reprezentatywna w pałacu, są niestety w remoncie (trwają jakieś prace konserwatorskie), nie mogę więc znowu zobaczyć ich polichromii, otwarte są jednak wszystkie inne pomieszczenia. W pierwszym niewielka, ale ciekawa wystawa planszowa poświęcona Janinie Czarneckiej z Dobrzycy, która po wojnie działała jako łączniczka w antykomunistycznym podziemiu; w dalszych salach następna nowość – w każdej z nich zamieszczono tablice informujące o kolejnych właścicielach Dobrzycy: Dobrzyckich, Gorzeńskich, Turnach, Kottwitzach i Bandelowach (byli Niemcami, którzy kupili majątek od Turnów), po których Dobrzyca ponownie wróciła w polskie ręce – Czarneckich. Dużo informacji historycznych, zwracam uwagę między innymi na wzmiankę o Aleksandrynie Katarzynie, czyli Adynie Turno, nieszczęśliwej miłości Pawła Strzeleckiego (gipsowa kopia jej popiersia również jest na ekspozycji); znowu mogę podziwiać też polichromie, sztukaterie Michała Ceptowskiego, znajdującą się w salonie ze sztukateriami wspaniałą (niestety znacznie uszkodzoną) płaskorzeźbę przedstawiającą Porwanie Sabinek (odwzorowanie płaskorzeźby z Florencji).

Po zakończeniu zwiedzania jeszcze krótka rozmowa z pracownikiem muzeum (zaprasza mnie na konferencję naukową poświęconą Wybickiemu, która odbędzie się 8 września – niestety to piątek, nie będę więc mógł wziąć w niej udziału) i spacer po parku: Monopter (wzorowany na antycznych świątyniach pawilon-rotunda na wyspie połączonej z parkiem kamiennym mostem), Panteon z wystawą o kujawskiej rodzinie Wichlińskiej z Tuczna (kilku jej członków padło ofiarą pamiętnej masakry w inowrocławskim więzieniu w październiku 1939 roku), Oranżeria (niestety zamknięta), ptaszarnia, pawie… Po dwóch i pół godzinach zwiedzenia jeszcze krótki objazd miasteczka i kieruję się w stronę Jarocina i Śremu.