Zamek Cesarski w Poznaniu – „Przepych, nadmiar, kicz – pusta forma, czy ukryte znaczenie?”

24 lutego – wycieczka rowerowa do Centrum Kultury „Zamek” w Poznaniu na konferencję naukową „Przepych, nadmiar, kicz – pusta forma, czy ukryte znaczenie?”. Pogoda bardzo zła – cztery stopnie mrozu, odczuwalna temperatura jest jednak o wiele niższa z powodu silnego północnego wiatru, który w dodatku spowalnia jazdę. Już w samym Poznaniu zaczynam poważnie obawiać się odmrożenia rąk, wreszcie po 3,5 godzinach jazdy jestem przed zamkiem. Mam kłopoty z trafieniem na Scenę Nową, na której odbywa się konferencja, jeszcze nigdy tam nie byłem, wreszcie odnajduję ją we wschodniej wieży zamku. W sali niewiele ponad 20 osób, prof. Piotr Korduba wygłasza właśnie referat wprowadzający.

W pierwszej części konferencji mogę wysłuchać trzech referatów: „Luksus w starożytnym Rzymie” Diany Mroczek, „Złote tła w malarstwie bizantyjskim – przepych, czy sposób na realistyczne ukazanie przestrzeni?” Magdaleny Garnczarskiej i „Pełen przepychu turniejowy podręcznik składany w dyplomatycznym podarunku, czyli wyjątkowy przypadek krakowskiego rękopisu „Księgi turniejowej” René d’Anjou” Teresy Kowalskiej. Wszyscy referenci są studentami lub doktorantami; ich prezentacje na szczęście wykraczają poza ramy tytułów, Diana Mroczek dużo więc opowiada o kulturze starożytnego Rzymu, referat Magdaleny Garnczarskiej jest w istocie przeglądem sztuki bizantyńskiej – od jej wczesnego do późnego okresu, dzięki Teresie Kowalskiej mam natomiast okazję zapoznać się z dotąd nieznanym mi bogato iluminowanym rękopisem z kolekcji Izabeli Czartoryskiej w Domu Gotyckim w Puławach.

Podczas dyskusji większość pytań dotyczy sztuki bizantyńskiej, mnie bardziej interesują dwa pozostałe referaty. Zadaję też pierwsze pytanie Dianie Mroczek:

– W referacie mówiła pani o zakazach dotyczących przedmiotów luksusu i zbytku w Rzymie. Rozumiem, że zakazy te wynikały z obiekcji moralnych, ale też obawy przed zbytnią emancypacją plebsu. Czy mam rację? Moje drugie pytanie dotyczy relacji handlowych Rzymu z innymi krajami. Wspomniała pani, że Rzymianie sprowadzali kość słoniową z Afryki i perły z Zatoki Perskiej, relacje te były jednak o wiele szersze, dużo towarów importowano na przykład z Indii. Czy ma pani natomiast jakieś informacje na temat stosunków Rzymu z Chinami?

– Zakazy wynikały głównie z przyczyn moralnych, przynajmniej oficjalnie. Oczywiście kryła się za tym też obawa przez zbytnim wzrostem znaczenia plebsu – odpowiada Diana Mroczek. – Co do pana drugiego pytania, to prawda, że Rzymianie utrzymywali też stosunki z innymi krajami…

– Mamy dowody, że w II wieku rzymskie poselstwo przebywało na dworze w Chinach – wtrąca jeden ze słuchaczy na sali.

– No i chociażby jedwab – dopowiada jeden z organizatorów – który pochodził z Chin.

O posłach wysyłanych przez oba kraje już wcześniej słyszałem, przekonujących dowodów na to, że Rzym i Chiny miały z sobą bezpośrednie kontakty, tak jak w przypadku Indii, dotąd nie znalazłem, pytanie pozostaje więc bez odpowiedzi. Szkoda, bo problem nurtuje mnie od dawna.

Drugie pytanie zadaję Teresie Kowalskiej.

– Puławy to moje miasto rodzinne, interesuje mnie wiec, w jakich dokładnie okolicznościach rękopis „Księgi turniejowej” trafił do rąk księżnej Izabeli Czartoryskiej.

– Znalazł się w Puławach w 1811 roku, ale nie znam szczegółów.

– Czy znalazł się w „Katalogu pamiątek złożonych w Domu Gotyckim w Puławach” napisanym przez Izabelę Czartoryską?

– Tak, i to w pierwszym wydaniu.

Podczas przerwy kawowej mam okazję porozmawiać ze znajomą z Poznania, która, tak jak ja, uczestniczy w różnych imprezach kulturalnych w Poznaniu; zamieniam też kilka słów z Teresą Kowalską, która okazuje się córką dobrze mi znanego Jacka Kowalskiego, na którego koncertach i wykładach byłem kilkakrotnie. Rozmawiamy między innymi o średniowiecznej literaturze francuskiej, o „Godzinkach księcia de Berry”, arcydziele francuskiej sztuki iluminatorskiej XV wieku. Ja widać, córka odziedziczyła zainteresowania po tacie.

Po przerwie kawowej druga część konferencji w referatami: „Między reklamą, wysoką sztuką i… tanim kiczem. Ozdobne winiety zakładów fotograficznych w latach 1870-1918” Rafała Mieczkowskiego, „Estetyka kiczu w twórczości Władysława Hasiora” Magdaleny Chomiak i „Przepych formy jako strategia artystyczna – „Święty kicz”” Iwony Wilczek. Największe kontrowersje (prelegentka z góry zastrzega, ze nie chciałaby nikogo obrazić) może budzić ostatni referat, w którym ukazano przykłady kiczu we współczesnej sztuce sakralnej, ale też „obrazoburcze” przykłady sztuki współczesnej, jak osławione genitalia na krzyżu Doroty Nieznalskiej czy papież przygnieciony meteorytem Maurizio Catellana, wystawiany swego czasu w warszawskiej „Zachęcie”. Mnie wprawdzie bardziej interesują inne kwestie i pierwsze pytanie kieruję do Rafała Mieczkowskiego, który opowiadał o fotografii i winietach.

– Podał pan wiele przykładów sztuki reklamowej, ale lata 1870-1918 to również okres burzliwego rozwoju ideologii nacjonalizmu w Europie. Uwidaczniało się to też tu, w Poznańskiem, w napięciach między ludnością polską i niemiecką. Czy te nacjonalizmy były widoczne też w winietach?

– Tak, były, nawet w nazwach zakładów: „Germania” czy „Teutonia”. Znalazłem nawet winietę jednego zakładu fotograficznego, niestety nie pamiętam nazwy, w której głównym motywem była flaga Cesarstwa Niemieckiego. Określoną wymowę miał też wybór języka reklamy – polskiego lub niemieckiego.

Inne pytania z sali dotyczą referatu Iwony Wilczek, przedstawień Jezusa, Maryi w sztuce. Zabieram głos tylko raz, kiedy zarówno prelegentka jak i jeden z dyskutantów mówią o kwestionowaniu dogmatu o „niepokalanym poczęciu” przez współczesną rzeźbę ukazującą Maryję w ciąży. Muszę to sprostować:

– Przepraszam, ale mówimy chyba o czymś całkiem innym. Dogmat o niepokalanym poczęciu nie dotyczy narodzin Jezusa, tego, czy Maryja była z nim w ciąży, czy nie, ale czegoś całkiem innego. Dogmat ten dotyczy poczęcia i narodzin samej Maryi, nie Jezusa, mówi, że Maryja była wolna od zmazy grzechu pierworodnego. Zdecydowana większość Polaków – katolików rozumie to błędnie.

– Z niepokalanym poczęciem rzeczywiście jest tak, jak mówiłem. Miałem też ochotę zadać pani pytanie na temat kwestii penalizacji współczesnych dzieł sztuki, które można oskarżyć o obrazę uczuć religijnych. Bo przecież bardzo dużo z tych prac, które pani przedstawiła podpada właściwie pod kodeks karny.

– O, to może dobrze, że nie zapytał pan. Bo to rzeczywiście bardzo kontrowersyjny temat.

O godzinie 14 następuje przerwa obiadowa. Chętnie zostałbym też na sesji popołudniowej, na której zaplanowano też referat na temat twórczości Ady Karczmarczyk, której ciekawą wystawę „Bóg i dziewczyna” widziałem w „Arsenale” dwa lata temu. Niestety muszę już wracać, chcę zdążyć do Śremu przed zapadnięciem nocy.

Galeria Miejska „Arsenał” – „Moja mama urodziła się w Poznaniu”. „Zaleszany”

17 lutego – przed wykładem na temat obrazu „Mojżesz przed krzewem gorejącym” Stanisława Kubickiego w Muzeum Narodowym wpadam jeszcze do Biblioteki Raczyńskich, aby zobaczyć, czy są jakieś nowe wystawy. Wystawę poświęconą Leonowi Prauzińskiemu już widziałem, ograniczam się do obejrzenia dziesięciominutowego filmu, w którym synowa i wnuczka malarza opowiadają o jego ostatnich dniach (Leon Prauziński został zamordowany w Poznaniu w Forcie VII) i o wysiedleniu rodziny do Generalnego Gubernatorstwa.

Dwie pozostałe wystawy nie są już tak ciekawe. Wystawa „Co czyta Poznań” w Galerii Edwarda, opracowana na podstawie komputerowej ewidencji wypożyczeń, potwierdza to, co i tak wiadomo: Polacy czytają literaturę lekką, łatwą i przyjemną – wśród wypożyczeń dla dorosłych króluje Katarzyna Michalak, dla dzieci: Martin Widmark (różne „Tajemnice…”) i Nelly mała reporterka. Nie osądzam zresztą jakości tych książek; najważniejsze, że w ogóle czytają…

Wystawa planszowa „Coexist – Poznań i Żydzi” postawiła sobie za cel przedstawienie na kilku planszach 750-letniej historii poznańskich Żydów, co może wydawać się przedsięwzięciem karkołomnym, najważniejsze informacje są jednak zachowane i wystawa może być dobrym punktem wyjścia dla kogoś, kto bliżej się zainteresuje tym tematem. Najciekawsze są dla mnie plansze poświęcone wydanej cztery lata temu książce „Fira. Poznańscy Żydzi. Opowieść o życiu” o mniejszości żydowskiej w Poznaniu przed wojną, bo i wtedy była taka mniejszość, chociaż po I wojnie światowej większość Żydów, identyfikując się bardziej z kulturą niemiecką niż polską, wyjechała do Niemiec.

* * *

Po wykładzie w Muzeum Narodowym ostatni etap dzisiejszej wyprawy – dwie wystawy w Galerii Miejskiej „Arsenał”.

„Moja mama urodziła się w Poznaniu”. „Moja”, czyli mama Bettiny Bereś, krakowskiej artystki, która pod takim tytułem przedstawia niewielką wystawę na parterze „Arsenału”. Ojcem Bettiny jest Jerzy Bereś, wystawę Bettina poświęciła jednak nie jemu, lecz rodzinie matki, również artystki, Marii Pinińskiej-Bereś.

Wystawa zaskakuje od pierwszych eksponatów. Widzimy łoże (właściwe małe łóżko) małżeńskie z wydrukowanymi na poduszkach fotografiami rodziców artystki, obok nich portrety dziadków, z których jeden zginął z rąk NKWD w Charkowie, drugi dożył sędziwego wieku 100 lat, działając w prywatnej inicjatywie. A wszystkie te informacje możemy wyczytać z… haftów na serwetach i poduszkach, takich, jakie kiedyś były popularne na kuchennych makatkach. Takie makatki porozwieszane są zresztą też w innych punktach wystawy, tradycyjny jest nawet „szkolny”, niczym z zeszytu pierwszoklasisty, krój liter. I tylko napisy na tych „makatkach” nie pasują do tradycyjnego obrazu: „Ola, jesteś za mądra”, czy „Do performensu ściągnij buty”. Jest też stół z „półmiskami”, na których wyhaftowano nazwy potraw. Artystka świadomie sięga więc do poetyki kiczu, chociaż wcale nie jest pewne, czemu miałoby to służyć. Obśmianiu drobnomieszczańskich nawyków Polaków? Czy przeciwnie – daniu wyrazu tęsknocie za ciepłem rodzinnego domu? Dwojako można też interpretować olejne obrazy uzupełniające wystawę, ukazujące zwykłe sprzęty domowe.

* * *

Całkiem inna w charakterze jest wystawa na piętrze „Arsenału”, zatytułowana „Zaleszany”. Zaleszany to wioska w powiecie hajnowskim w województwie podlaskim, w której krótko po wojnie, w 1946 roku, doszło do zbrodni – oddział Pogotowia Akcji Specjalnej Narodowego Zjednoczenia Wojskowego (jednego z ugrupowań antykomunistycznego podziemia) pod dowództwem Romualda Rajsa („Burego”) zamordował 16 osób, w tym kobiety i dzieci, wcześniej planując eksterminację całej wioski, zamieszkanej przez Białorusinów. Instalacja Małgorzaty Dmitruk i Leona Tarasewicza, chociaż zajmuje bardzo dużą przestrzeń, jest prosta i ascetyczna. Ściany pokrywają zwyczajne, wzorowane na dziecięcych lub sztuce etno rysunki Małgorzaty Dmitruk, ukazujące głównie drzewa i codzienne życie w wiosce; tylko na jednym rysunku, przedstawieniu masowego grobu, możemy domyślać się tragedii. Z kolei podłoga galerii to dzieło Leona Tarasewicza. Cała podłoga jest wyłożona czarnymi płytami, jakby papą; na podłodze leżą ułożone czarne belki, wyglądające jak pozostałości spalonych domów.

W drugim pomieszczeniu piętra „Arsenału” jest wyświetlany godzinny film dokumentalny „Bohater” Agnieszki Arnold z 2002 roku – opowieść o „Burym”, o jego walce z Niemcami i litewskimi kolaborantami podczas II wojny i świadomej i o zbrodni w Zaleszanach po wojnie. Reżyserka pozwala mówić różnym osobom, zarówno mieszkańcom spalonej wsi, jak i byłym towarzyszom „Burego”, którzy go wyraźnie gloryfikują. Neutralność ta jest oczywiście pozorna. Wiemy, po czyjej stronie opowiada się reżyserka filmu, tak samo, jak wiemy, po czyjej stronie opowiadają się Małgorzata Dmitruk i Leon Tarasewicz – oboje pochodzą z białoruskiej mniejszości narodowej w Polsce.

Nie wiem, czy termin wystawy „Zaleszany” został wybrany przypadkowo – wystawa kończy się 25 lutego, na trzy dni przed Narodowym Dniem Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Jedno jest pewne – za poprzedniego dyrektora „Arsenału”, Piotra Bernatowicza, wystawa taka nie mogłaby dojść do skutku. Nowy dyrektor, Marek Wasilewski, ma całkiem poglądy polityczne i poglądy te są widoczne na wystawach, tak samo jak poglądy Piotra Bernatowicza były widoczne na wystawach organizowanych podczas jego kadencji. W zasadzie nie ma w tym nic złego, dopóki ich przeciwnicy polityczni mają możliwość wypowiadania się na innych forach, chociaż z drugiej strony wolałbym więcej pluralizmu w galerii utrzymywanych ze środków publicznych, czyli przez nas wszystkich. Zastanawiam się, czy ktoś poruszy kwestię Zaleszan podczas Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Mam nadzieję, że tak.

Muzeum Narodowe w Poznaniu – Stanisław Kubicki, „Mojżesz przed krzewem gorejącym”

17 lutego – wyjazd do Muzeum Narodowego w Poznaniu na wykład Agnieszki Salamon-Radeckiej poświęcony obrazowi „Mojżesz przed krzewem gorejącym” Stanisława Kubickiego. Przed wykładem, który rozpoczyna się o godz.11.15, mam jeszcze trochę czasu; wykorzystuję go na zwiedzenie czterech wystaw w Bibliotece Uniwersyteckiej przy ulicy Ratajczaka i Bibliotece Raczyńskich; w budynku muzeum jestem kilka minut po 11.

Magnesem przyciągającym mnie na to spotkanie jest nie sam obraz, lecz postać jego twórcy, o którym już słyszałem, lecz którego twórczości i życia nie znam dobrze. Zresztą i dla samych poznaniaków nazwisko to brzmi raczej obco, chociaż był on jednym z najwybitniejszych polskich artystów związanych z Poznaniem. Polskich, albo raczej polsko-niemieckich. Urodzony w Niemczech z ojca Polaka i matki Niemki, studiował w Berlinie, ożenił się też z Niemką Margarete Schuster.

Do Wielkopolski trafił właściwie dopiero podczas I wojny światowej, wcielony do armii pruskiej. To w Poznaniu poznał Jerzego Hulewicza (brata bardziej znanego Witolda), który w 1918 roku zakładał tu czasopismo „Zdrój”, rok później został współzałożycielem ekspresjonistycznej grupy „Bunt” i to z ekspresjonizmem jest najbardziej kojarzony. Na wykładzie widzimy dużo jego prac z tego okresu, obrazów, grafik, między innymi słynny linoryt „Wieża Babel”. Już w 1918 roku Kubicki znowu opuścił Poznań i powrócił do Berlina, być może z powodu żony, która nie czuła się dobrze w polskim środowisku. Porzucił też ekspresjonizm, zwracając się w stronę kubizmu, konstruktywizmu, abstrakcji, a jego ostatnim dziełem był właśnie niedokończony „Mojżesz przed krzewem gorejącym” z 1933 roku. W tym samym roku, po objęciu władzy przez Hitlera, musiał też opuścić Niemcy. Przeniósł się do majątku Stanisława Mycielskiego w Kobylempolu (obecnie dzielnicy Poznania). Definitywnie porzucił też twórczość malarską; zaprojektował jedynie pomnik Piłsudskiego wybudowany w Kobylempolu, co świadczy również o długiej drodze, jaką przeszedł w swoich wyborach politycznych – od anarchizmu, komunizmu do akceptacji panujących uwarunkowań politycznych.

Ostatnie lata życia Kubckiego brzmią jak z sensacyjnego filmu – artysta związał się z polskim ruchem oporu; wykorzystując swój wygląd arystokraty, znajomość języka niemieckiego jak ojczystego oraz fakt, że posiadał niemiecki paszport dyplomatyczny, pracował dla Armii Krajowej w tajnych misjach jako kurier, między innymi do poselstwa uzależnionego od Japonii Cesarstwa Mandżukuo w Berlinie. Brzmi to dzisiaj zaskakująco, ale aż do Pearl Harbour polski wywiad współpracował z japońskim. Aresztowany na pogrzebie Jerzego Hulewicza w 1941 roku, Stanisław Kubicki zginął w następnym roku w niewyjaśnionych okolicznościach, być może na Pawiaku, być może w Berlinie.

Kierujący się w stronę kubizmu, abstrakcji „Mojżesz przed krzewem gorejącym” nie jest obrazem, który wzbudza mój zachwyt – nie z tego powodu, że jest niedokończony, tylko po prostu dlatego, że preferuję inną, wcześniejszą twórczość tego artysty. Stanisław Kubicki jest dla mnie jednym z najciekawszych polskich ekspresjonistów. Jak pokazał wykład, bardzo interesujące było też jego życie.

Biblioteka Publiczna w Śremie – Agnieszka i Anna Dzikowskie

Niestety nie byłem na wernisażu prac Agnieszki i Anny Dzikowskich w ubiegłą sobotę – zamiast tego pojechałem do Leszna, gdzie chciałem zobaczyć trzy wystawy w Muzeum Okręgowym i BWA. Nadrobiłem to wczoraj i dzisiaj, samotnie zwiedzając wystawę w galerii na piętrze biblioteki przy Grunwaldzkiej.

Prace mamy, Agnieszki Dzikowskiej, znałem już z wcześniejszych wystaw, m.in. z holu „Słonka” i z Muzeum Śremskiego. Ulubiona technika artystki to suchy pastel. To również mój ulubiony gatunek w sztuce, na wystawy i wykłady poświecone pastelom, zwłaszcza tym z okresu modernizmu i międzywojnia, wielokrotnie jeździłem do Poznania i Wrocławia. Tyle, że przeważnie były to inne pastele – portrety. Przedstawione na wystawie pastele Agnieszki Dzikowskiej wyróżniają się delikatnym rysunkiem i starannością wykonania (pod względem formalnym widać też wpływ Franciszka Starowieyskiego), trochę nuży jednak ich monotematyczność – wszystkie ukazują dmuchawce. Szkoda, że tematyka tych prac nie została zróżnicowana; skądinąd wiem, że świat przedstawień Agnieszki Dzikowskiej jest o wiele bogatszy. Nie przepadam za martwą naturą w sztuce, wolę inne tematy, jak na przykład te przedstawione w następnej sali biblioteki, gdzie zaprezentowano twórczość córki – Anny Dzikowskiej.

Rysunki Anny Dzikowskiej zwracają uwagą różnorodnością, zarówno formy jak i przedstawionych motywów. Anna Dzikowska, która jest jeszcze licealistką, ma różnorodne zainteresowania kulturą i sztuką w najszerszym tego słowa znaczeniu. W jej pracach są odniesienia do secesji, fantastycznych wizji, najwięcej jednak w nich z pop-artu, przedstawień quasi-komiksowych, co zresztą wcale nie umniejsza wartości tej sztuki – komiks już dawno wszedł do panteonu sztuki wysokiej. Rysunki Anny Dzikowskiej nie należą zresztą do sztuki komiksu w ścisłym znaczeniu tego słowa, to raczej pojedyncze obrazy, które mogą się świetnie sprawdzić też jako ilustracje książkowe, zwłaszcza że przeważnie są to rysunki narracyjne, powiązane z postaciami sztuki popularnej lub jakąś anegdotą. Nie ma tu sensu opisywać poszczególnych rysunków, zagłębiać się w świat zainteresowań, fascynacji i… problemów nastolatki i już niedługo młodej kobiety. Po prostu trzeba go zobaczyć. Podobno Anna Dzikowska marzy o studiach na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu. Trzymam kciuki, aby te marzenia się spełniły.

Muzeum Okręgowe w Lesznie – Oblicza pejzażu. Leon Rozpendowski

3 lutego – wyjazd do Muzeum Okręgowego w Lesznie na dwie wystawy czasowe: „Oblicza pejzażu” i „Rozpend. Leon Rozpendowski (1897-1972)”; pierwszy wyjazd do leszczyńskiego muzeum od ubiegłorocznej wizyty na wystawie poświęconej reformacji. Pogoda niezbyt dobra, zimno i przelotne opady śniegu, trzeba jednak korzystać z okazji, od niedzieli zapowiadają ochłodzenie.

Wystawa „Oblicza pejzażu” jest jedną z wielu, jaką mieszkańcy Leszna zawdzięczają współpracy swojego muzeum z Muzeum Ziemi Lubuskiej w Zielonej Górze. Muzea dość często wymieniają się wystawami, te z Zielonej Góry możemy zobaczyć w Lesznie, a te z Leszna jadą do Zielonej Góry. „Oblicza pejzażu” prezentują twórczość nie tylko plastyków z Zielonej Góry, są też nazwiska malarzy uznanych w całej Polsce, podobają mi się na przykład dwa obrazy Jerzego Nowosielskiego (pejzaż z samochodem) i Edwarda Dwurnika („Krakowskie Przedmieście”). Niestety tych interesujących obrazów nie ma dużo, większość to druga liga sztuki, zatrzymuję się jeszcze na dłużej tylko przy dwóch rysunkach Klema Felchnerowskiego. Twórczość tego artysty poznałem podczas mojego wyjazdu do BWA w Zielonej Górze w 2016 roku, tu mogę zobaczyć jego dwa przedstawienia Zielonej Góry i Gościkowa, czyli mojego ukochanego Paradyża koło Świebodzina. Obok rysunków na stoliku położono też lupy; dopiero kiedy weźmiemy je do ręki i zbliżymy do prac, objawi nam się całe bogactwo szczegółów, finezja tych wydawałoby się niepozornych rysunków.

W drodze do Galerii Sztuki przy Narutowicza zatrzymuję się jeszcze przy galerii BWA. Trwa akurat wystawa „Pusty dom – Łemkowskie Jeruzalem XVII”, zorganizowana we współpracy ze Zjednoczeniem Łemków. Nie mam za dużo czasu, zwracam tylko uwagę na sześć fotografii z Porto Palermo, które wbrew nazwie znajduje się nie we Włoszech, tylko w Albanii – dawnej twierdzy i radzieckiej bazy okrętów podwodnych z czasów, kiedy Albania była jeszcze wasalem ZSRR. Potem kieruję się już do synagogi przy Narutowicza, ku mojemu głównemu celowi wyprawy.

Leon Rozpendowski, postać ważna dla leszczynian, zwłaszcza starszego pokolenia, które go jeszcze pamięta, był dla mnie dotąd całkiem nieznany. Urodzony w 1897 roku w Szewcach koło Buku (strona internetowa muzeum błędnie podaje, że koło Wrocławia, to jednak inne Szewce), podczas I wojny światowej służył w wojsku na Bałkanach w armii… tureckiej (przypuszczam, że został tam oddelegowany przez swoją pruską jednostkę, Turcja była sojusznikiem Niemiec), wreszcie po wojnie w 1922 roku osiadł w Lesznie, gdzie założył biuro architektoniczne i pracownię artystyczną „Rozpend”. Utrzymywał się zarówno ze sztuki użytkowej – malował godła, szyldy, reklamy, jak też tej prawdziwej – tworzył obrazy, rysunki, dekoracje teatralne, w tym do napisanej przez siebie sztuki „Saurus”. Jego największym (nie wiem, czy rangą artystyczną, ale na pewno wymiarami) była panorama „Bitwa na Psim Polu”, namalowana w 1947 roku z okazji czterechsetnej rocznicy nadania Lesznu praw miejskich, potem, w 1948 roku, prezentowana we Wrocławiu na Wystawie Ziem Odzyskanych. Obraz zaginął; szkoda, bo na pewno byłby ciekawostką w historii polskiej sztuki powojennej. Dla historyków natomiast Leon Rozpendowski to ten, który ukrył i zachował wykonane przez Niemców fotografie z rozstrzelania mieszkańców Leszna 20 października 1939 roku. Fotografie te, bardzo znane (widziałem je też w Niemieckim Muzeum Historycznym w Berlinie), są ważnym źródłem dokumentującym terror hitlerowskim w Polsce.

Moje wrażenia z wystawy są mieszane. Jest bardzo dobrze przygotowana i zaaranżowana, widzimy nawet odtworzony pokój w mieszkaniu artysty, prezentowane dzieła sztuki nie są jednak najwyższego lotu. Podobają mi się niektóre portrety czy na przykład świetne przedstawienie garncarza przy pracy, większość prac nie wyróżnia się jednak niczym szczególnym. Nie wiem też, czym „Bitwa na Psim Polu” (widzimy fotografie fragmentów obrazu) tak zachwyciła Picassa, który ją widział podczas wizyty na kongresie intelektualistów we Wrocławiu w 1948 roku; mnie bardziej podobała się również przedstawiona na wystawie karykatura obrazu, narysowana przez Henryka Derwicha. Podsumowując – twórczość Leona Rozpendowskiego to już tylko historia sztuki, ale historia ważna, przynajmniej dla leszczynian, wystawa była więc potrzebna.

Biblioteka Raczyńskich – Leon Prauziński

Z postacią Leona Prauzińskiego po raz pierwszy zetknąłem się bardzo dawno temu, jeszcze w latach 80., chociaż lepiej powiedzieć, że zetknąłem się wtedy z jego pracami, ponieważ sam ich autor był mi wtedy zupełnie nieznany. Mowa oczywiście o słynnych pocztówkach z okresu powstania wielkopolskiego, których reprodukcje często pojawiały się w książkach i artykułach poświęconych powstaniu. Myślę, że większość oglądających je, podobnie jak ja, nie zastanawiała się nad postacią ich twórcy, ani też nad wiarygodnością przedstawionych na nich wydarzeń. Obrazy te i wzorowane na nich pocztówki spełniały po prostu rolę propagandową, ich wartość artystyczna nie była istotna.

Potem, w latach 90., poznałem też nazwisko artysty, a o tym, że Leon Prauziński był malarzem nie tylko powstania wielkopolskiego, dowiedziałem się dopiero w styczniu 2016 roku, podczas wykładu „Obcy mundur – dola taka…” w Wielkopolskim Muzeum Wojskowości, poświęconego służbie Polaków w armii niemieckiej podczas I wojny światowej. Podczas rozmowy z Aliną Sokołowską, kuratorką muzeum, ta zwróciła moją uwagę na wydaną w 1939 roku książkę „W marszu i w bitwie” Adama Ulricha opowiadającą o losach Poznaniaków na froncie zachodnim i później, podczas powstania wielkopolskiego i walk z bolszewikami na wschodzie. Książkę ilustrował właśnie Leon Prauziński, a jego wkład był tak duży, że pojawił się też jako współautor na jej okładce i stronie tytułowej. Książkę tę udało mi się zdobyć w ubiegłym roku, niestety, nie oryginalne, przedwojenne, lecz już powojenne wydanie, w którym oczywiście pominięto wątek wojny polsko-radzieckiej i znacznie ograniczono liczbę ilustracji.

Wystawa „Leon Prauziński – malarz Powstania Wielkopolskiego”, którą miałem okazję obejrzeć w Bibliotece Raczyńskich 27 stycznia, stała się dla mnie bardzo dobrą okazją bliższego zapoznania się z twórczością tego do rej pory mi i znanego, i nieznanego artysty. Przyczyna zorganizowania wystawy jest oczywista – w tym roku obchodzimy 100. rocznicę powstania.

Wystawa jest dobrze przygotowana, chociaż zabrakło na niej szerszych informacji biograficznych o życiu artysty, zastępują je zdjęcia (między innymi z okresu jego służby wojskowej) i dokumenty. Prezentowana jest jednak wszystkim jego twórczość – książki ilustrowane przez Leona Prauzińskiego, z oryginalnym wydaniem „W marszu i w bitwie” na czele, ale też na przykład książkami Adolfa Nowaczyńskiego i innymi. Całą ścianę Galerii Atanazego zajmują strony czasopism z artykułami i utworami literackimi (nawet wierszowanymi) z ilustracjami Prauzińskiego. Chętnie przeczytałbym je wszystkie, to wydłużyłoby jednak czas zwiedzania wystawy, a ja spieszę się na wykład w Muzeum Narodowym po drugiej stronie ulicy, przeglądam więc je dość pobieżnie. Na dłużej zatrzymuję się za to przy drugiej ścianie, na której również zawieszono strony przedwojennych czasopism (między innymi „Wielkopolskiej Ilustracji”) z rysunkami Prauzińskiego, ale tym razem poświęconymi innym tematom wziętym z życia codziennego, czasami w ujęciu humorystycznym, czasami poważnym, takim jak nauka dzieci w szkole czy kryzys gospodarczy. Wystawę dopełnia kilka obrazów olejnych Prauzińskiego, na których widać jego fascynację końmi i kawalerią.

Nie będę tu udawał, że Leon Prauziński „wielkim artystą był”, bo na pewno nim nie był, a to, że się o nim pamięta, zawdzięczamy jedynie tematyce jego twórczości i faktowi, że któryś z wydawców, jeszcze przede wojną, chcąc zarobić pieniądze, wpadł na pomysł zreprodukowania obrazów Prauzińskiego na pocztówkach. Poza tym jego obrazy nie wyróżniają się niczym, a rysunki są podobne do tych, jakie w międywojniu tworzyły dziesiątki innych rysowników i karykaturzystów. A jednak wystawę obejrzałem z dużym zainteresowaniem, co ciekawe, nie ze względu słynne pocztówki z powstania, ale właśnie owe rysunki, dokumentujące Polskę, która przeminęła w 1939 roku. Wynika to też z faktu, że w ogóle bardzo interesuję się dawną prasą; lubię przeglądać gazety i oglądać karykatury z końca XIX-wieku i początku XX wieku – świat, którego już nie ma.

Wystawa poświęcona Leonowi Prauzińskiemu jest w Poznaniu pierwszym w tym roku wydarzeniem kulturalnym upamiętniającym 100. rocznicę powstania wielkopolskiego, z pewnością nie ostatnim – z niecierpliwością czekam na kolejne wystawy i przede wszystkim publikacje, spotkania i konferencje poświęcone powstaniu.

Muzeum Narodowe w Poznaniu – Artur Nacht-Samborski

27 stycznia – wyjazd do Muzeum Narodowego w Poznaniu na wykład poświęcony obrazowi „Akt z twarzą w cieniu” Artura Nachta-Samborskiego. Pogoda o wiele lepsza niż tydzień temu, kilka stopni powyżej zera, drogi wolne od śniegu.

Wykłady z cyklu „Świat obrazów”, na które jeżdżę od trzech lat, mają przeważnie podobny scenariusz – przykładowy obraz artysty z kolekcji muzeum (kiedyś z epoki modernizmu, teraz międzywojnia) jest tylko pretekstem do opowieści o całej twórczości malarza, o jego życiu i dziełach. Maria Gołąb, kuratorka Galerii Sztuki Polskiej od końca XVIII wieku do 1945 r., postanowiła uczynić wyłom w tej tradycji i poświęcić cały ponadgodzinny wykład jednemu obrazowi – jego kompozycji, fakturze i przede wszystkim datowaniu. Czy obraz powstał w 1923 r., jak twierdzą inni, czy w 1929 r., jak chcą drudzy? Różnica wydaje się niewielka, niewarta kruszenia o to kopii, według Marii Gołąb jest jednak fundamentalna – to dwa całkiem różne okresy w życiu Nachta (podwójne nazwisko przybrał dopiero po wojnie, podczas okupacji jako Żyd ukrywał się po nazwiskiem Stefana Samborskiego), okres berliński (1923) i okres paryski (1929), w obu miastach artysta obracał się w całkiem innych środowiskach, które wywarły wpływ na jego twórczość (na przeźroczach widzimy prace jego i innych artystów z tych okresów). Ostatecznie Maria Gołąb skłania się ku datowaniu na 1929 rok, na okres paryski ma wskazywać ułożenie pozostającej w cieniu głowy modelki i jej ręki, będące nawiązaniem nie tylko do tak słynnego dzieła jak „Śpiąca Wenus” Giorgione, lecz przede wszystkim obrazu nimfy Corota.

Datowanie jest całkiem prawdopodobne, tyle że „Akt z twarzą w cieniu” jako obraz nie robi na mnie szczególnego wrażenia; nie mogę się zgodzić z opinią kuratorki, że to jedno z najwybitniejszych dzieł w Muzeum Narodowym w Poznaniu. Ukryta w mroku głowa i źle namalowana ugięta ręka, obie jakby przyklejone do tułowia artystki, sprawiają trochę odstręczające wrażenie, tak samo, jak nie zachwyca akt stojącej tyłem kobiety z jedną nogą na krześle, który możemy zobaczyć w trochę dalej w galerii i który również jest omawiany na wykładzie. Nawet w sali, w której się teraz znajdujemy, widzę obrazy Nachta-Samborskiego (martwe natury i portrety), które są dla mnie ciekawsze, po prostu ładniejsze. Mam wrażenie, że artyście o wiele lepiej od aktów wychodziły portrety… kobiet ubranych, co potwierdza krótka kwerenda w Internecie po powrocie do Śremu. Wprawdzie obrazy te pochodzą już z powojennego okresu twórczości Nachta-Samborskiego, nie mogły więc być tematem wykładu prowadzonego w ramach cyklu o malarstwie międzywojnia.

Podsumowując, byłbym bardziej zadowolony, gdyby wykład dotyczył, jak w przypadku innych spotkań z tego cyklu, całego życiu i twórczości Nachta-Samborskiego. Zgadzam się z panią Marią Gołąb, że był jednym z najbardziej interesujących polskich malarzy; akt będący przedmiotem wykładu na takie wyróżnienie jednak nie zasługuje.

Po wykładzie zaglądam jeszcze do „Arsenału” na wystawę „My wspólny organizm” Elvina Flamingo (czyli Jarosława Czarneckiego). Nie wiem, na ile do zwiedzających dociera ekologiczne przesłanie jego instalacji; większość zapamięta z niej pewnie tylko seans rzeczywistości wirtualnej, którego, ze specjalnymi „goglami” na oczach i słuchawkami na uszach, nożna doświadczyć siedząc w fotelu. Ja też do niego się ograniczam. Jeszcze tylko „obiad” w Avanti i powrót do Śremu.

Muzeum Narodowe w Poznaniu – Mielżyński, Czartoryska, Raczyński – wielcy kolekcjonerzy wielkopolscy

20 stycznia – wyjazd do Muzeum Narodowego w Poznaniu na wystawę poświęconą Sewerynowi Mielżyńskiemu. Warunki do jazdy bardzo złe, w powiecie śremskim drogi są nieodśnieżone i śliskie, jeszcze w Śremie przewracam się z rowerem, dopiero od granicy powiatu poznańskiego (czyli od Czmońca) z jezdni usunięto śnieg i lód.

Do Muzeum Narodowego wchodzę punktualnie o 11, kiedy jest otwierane i od razu kieruję się na wystawę czasową „Seweryn Mielżyński (1804-1872)”. Mam tylko godzinę czasu na jej zwiedzenie, ponieważ o 12 w jednej z sal wystawy rozpoczyna się panel dyskusyjny „Mielżyński, Czartoryska, Raczyński – wielcy kolekcjonerzy wielkopolscy”, w którym chcę wziąć udział.

Nazwisko Mielżyńskich znają wszyscy poznaniacy, dzięki nazwie jednej z ważniejszych ulic w centrum Poznania, przy której mieści się gmach Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk; gdyby jednak zapytać przechodniów spieszących tą ulicą, kim właściwie byli i czym zasłużyli się Mielżyńscy, obawiam się, że większość miałaby kłopot z odpowiedzią. O wiele bardziej znani są Hipolit Cegielski jako twórca największego zakładu przemysłowego w Poznaniu czy Karol Marcinkowski jako patron Uniwersytetu Medycznego. Tymczasem Seweryn Mielżyński dla świata nauki i kultury XIX-wiecznego Poznania jako mecenas i fundator Poznańskiemu Towarzystwu Przyjaciół Nauk był postacią bardzo ważną; zbiory, które przekazał PTPN, weszły później w skład Muzeum Wielkopolskiego, czyli obecnego Muzeum Narodowego. Stąd hołd złożony mu przez muzeum w postaci obecnej wystawy czasowej.

Wystawa zajmuje trzy duże i dwa mniejsze pomieszczenia w nowej części muzeum jak i starym gmachu. Pierwsza bardzo duża sala wystaw czasowych to tylko wprowadzenie – na planszach drzewo genealogiczne Mielżyńskich, jego skrótowa biografia w postaci linii czasu i mapa z zaznaczonymi miastami, które odwiedził. Graniczy z nią sala audiowizualna, w której podczas projekcji możemy zobaczyć m.in. widoki z Miłosławia (rezydencji Mielżyńskich) i Winnej Góry). Właściwa wystawa rozpoczyna się w starym gmachu muzeum, gdzie przedstawiono takie tematy jak rodzina i młodość kolekcjonera, walka o niepodległość, praca organiczna, związane z Miłosławiem środowisko artystyczne (Miłosław odwiedzali tacy pisarze i artyści jak Józef Ignacy Kraszewski, Wincenty Pol, Teofil Lenartowicz, malarz Leon Kapliński). Z salą graniczy niewielkie pomieszczenie poświęcone donacji Mielżyńskiego na rzecz PTPN. Wreszcie ostatnia i sprawiająca największe wrażenie sala poświęcona jest tylko sztuce. Widzimy w niej obrazy Seweryna Mielżyńskiego, który sam też był artystą (w poprzednim pomieszczeniu wyeksponowano również jego rysunki i dzieła sztuki snycerskiej) i przede wszystkim najcenniejsze i najciekawsze obrazy z założonej przez niego Galerii Miłosławskiej i Muzeum PTPN.

Pomysł zorganizowania wystawy poświęconej Sewerynowi Mielżyńskimu, postaci nawet wśród poznaniaków trochę już zapomnianej, zasługuje jak najbardziej na pochwałę; nie znaczy to jednak, że wystawa nie mogła być trochę lepiej przygotowana. Moje główne zastrzeżenie to niedostatek warstwy informacyjnej, czysto biograficznej. Biografia Mielżyńskiego przedstawiona na osi czasu w pierwszej sali jest zbyt krótka, tylko hasłowa i dla zwiedzającego, który nie zapozna się z życiem kolekcjonera z innych źródeł, pozostanie on nadal postacią tajemniczą. Dotyczy to zwłaszcza okresu 1831-1848. Chętnie dowiedziałbym się więcej o udziale w powstaniu listopadowym, wyprawie sabaudzkiej w 1834 roku i wydarzeniach Wiośnie Ludów w 1848 roku, podczas której w Miłosławiu rozegrała się przecież jedna z najważniejszych bitew powstania, zakończona zwycięstwem powstańców. Na wystawie informacji o tych wydarzeniach brak, są tylko eksponaty, które, chociaż są podpisane, nieprzygotowanemu zwiedzającemu niewiele powiedzą. Nie wiem, dlaczego tak skrótowo potraktowano biografię Mielżyńskiego; miejsca było dosyć, choćby w pierwszej dużej sali, która jest właściwie niewykorzystana.

Domyślam się wprawdzie, że dla kuratorów wystawy od działalności politycznej Mielżyńskiego ważniejsza była sztuka i rzeczywiście ta część wystawy, wyeksponowana w ostatnim pomieszczeniu, lśni pełnym blaskiem. Samego Mielżyńskiego wprawdzie trudno uznać za wybitnego artystę, nie stworzył on arcydzieł, miał jednak wykształcenie w tym kierunku i był twórcą profesjonalnym; warto poświęcić uwagę wielu jego rysunkom i obrazom, jak np. „Wniebowzięciu Najświętszej Marii Panny”, które do dzisiaj wisi w ołtarzu głównym kościoła w Miłosławiu (udało się go wypożyczyć na wystawę). Zaskoczeniem był dla mnie olejny portret Karola Marcinkowskiego, który do tej pory kojarzyłem z bardzo znaną ryciną Stanisława Łukomskiego. Czy Łukomski wzorował się na obrazie Mielżyńskiego?

Zainteresowanych sztuką na wystawie przyciągają jednak przede wszystkim inne dzieła: malarzy włoskich, niderlandzkich, niemieckich (m.in. Lucasa Cranacha), polskich (m.in. Bacciarellego), do tego rysunki i grafiki, przede wszystkich z dawnych wieków – dawna sztuka interesowała Mielżyńskiego bardziej niż współczesna. Są też dzieła artystów związanych z Miłosławiem, jak Leona Kaplińskiego, a nawet jeden obraz Józefa Ignacego Kraszewskiego, który jak widać parał się nie tylko pracą literacką.

Wystawa na pewno warta jest zobaczenia; mam nadzieję, że przyczyni się do przypomnienia jednego z najbardziej zasłużonych poznańskich organiczników.

* * *

O godz. 12 rozpoczyna się poświęcony wielkopolskim kolekcjonerom panel dyskusyjny, na który przyjechałem do Poznania. O Atanazym Raczyńskim będzie opowiadał Michał Mencfel, autor niedawno wydanej biografii kolekcjonera, znawcy sztuki i dyplomaty, o Sewerynie Mielżyńskim Kamila Kłudkiewicz, o Izabeli z Czartoryskich Działyńskiej Paulina Vogt- Wawrzyniak, dyrektor zamku w Gołuchowie. Za stołem panelowym siedzą też kuratorzy wystawy: Agnieszka Murawska i Tadeusz Grabski. Prezentacje są interesujące, szczególnie ciekawią mnie postaci Raczyńskiego i Działyńskiej, którymi interesuję się od dawna. Niestety, szwankuje nagłośnienie, co powoduje, że w dużej sali pojedyncze słowa, wypowiedzi są niezrozumiałe. Podczas kończącej panel dyskusji spośród słuchaczy tylko ja zadaję dwa pytania:

– Mam pytanie do dr. Mencfla dotyczące Atanazego Raczyńskiego, a dokładnie stosunku społeczeństwa polskiego do niego w XIX wieku. Jak wiadomo, do dzisiaj jest czczona pamięć o jego bracie Edwardzie, jednym z najbardziej zasłużonych działaczy na rzecz polskości w zaborze pruskim. Atanazy wybrał jednak całkiem inną drogę, został pruskim dyplomatą, odszedł od polskości. Czy społeczeństwo uważało go więc za zdrajcę?

– Tak, tak był rzeczywiście postrzegany przez Polaków zaboru pruskiego – odpowiada Michał Mencfel. – Z drugiej strony kolekcja, którą zgromadził najpierw w Berlinie i która potem została przeniesiona do Poznania, była dla poznaniaków powodem do dumy, sprawa nie jest więc taka prosta. Atanazy nie wyrzekł się też polskości, uważał się za Polaka; był też w bardzo bliskich stosunkach z bratem Edwardem, aż do jego samobójczej śmierci w 1845 roku. Edward rozumiał też jego wybór, wiedział, jakie są poglądy polityczne brata, jego legitymizm, obawę przed rewolucją i rozumiał, że takie poglądy muszą skłaniać go do służby w pruskim aparacie państwowym.

– Drugie pytanie dotyczy Izabeli Działyńskiej, jej cech charakteru. Jak wiadomo, była ona bardzo niepopularna w XIX wieku, nazywano ją panną lodowatą, określenie, które zresztą przetrwało do XX wieku, patrz tytuł jej biografii pióra Zofii Karczewskiej-Markiewicz. Chciałbym zapytać panią Paulinę Vogt-Wawrzyniak o jej osobisty stosunek do Izabeli.

– Nie jest to określenie sprawiedliwe. Izabela Czartoryska była przede wszystkim postacią nieszczęśliwą. O przyczynach mówił tu już częściowo kolega, wskazując że ze stolicy kulturalnej świata, jak był Paryż, z domu ojca księcia Czartoryskiego, wydana za mąż za Jana Działyńskiego, przeniosła się na prowincję, do małego Gołuchowa, tuż koło rosyjskiej granicy. Miejscowość wtedy wcale nie była atrakcyjnym miejscem, gołuchowski zamek był w znacznej mierze w ruinie. To dzięki niej, dzięki jej przebudowie w stylu renesansu francuskiego, zyskał świetność. Zapraszam do Gołuchowa, to naprawdę niezwykłe miejsce, pomieszczenia zamku emanują prawdziwym ciepłem.

– Ależ zgadzam się – odpowiadam. – Byłem tam wiele razy i uważam Gołuchów za najpiękniejszy zamek w Wielkopolsce.

Po niecałych dwóch godzinach panel się kończy. Jeszcze tylko raz obejdę wystawę i czas wracać do Śremu.

Słupia Wielka. Kościół św. Marcina w Śnieciskach

6 stycznia – w święto Trzech Króli wycieczka do Środy Wielkopolskiej, powrót do Śremu przez Słupię Wielką i Śnieciska.

Chociaż to tak blisko Śremu, jeszcze nigdy nie byłem w Słupi Wielkiej; do Środy zwykle jadę drogą wojewódzką i nie zapuszczam się do okolicznych wiosek, teraz za skrzyżowaniem z drogą krajową w Środzie skręcam w prawo. Słupia Wielka, kiedyś duży niemiecki majątek, to obecnie siedziba Centralnego Ośrodka Badawczego Odmian Roślin Uprawnych. Placówka o znaczeniu bynajmniej nie lokalnym ani regionalnym, posiada oddziały – stacje doświadczalne w całej Polsce, między innymi w Śremie na Wójtostwie. Centrala w Słupi to duży kompleks współczesnych budynków, do tego dawny pałac czy raczej dwór niemieckich właścicieli. Kiedy go widzę, nasuwa mi się skojarzenie z Martin-Gropius-Bau w Berlinie, nie z powodu skali budowli (Martin-Gropius-Bau jest ogromny), lecz jej architektury – oba budynki są w stylu neorenesansu włoskiego. Na szczęście mogę zobaczyć pałac z bliska, otaczający go park jest otwarty dla publiczności. Przy wejściu do pałacu zapisano nawet wyniki obserwacji meteorologicznych z kilku ostatnich dni – temperaturę, opady, kierunek wiatru; w Słupi Wielkiej jest stacja meteorologiczna, podobnie jak na Wójtostwie w Śremie.

Zastanawiam się jak Centralny Ośrodek Badawczy Odmian Roślin Uprawnych ma się do Instytutu Uprawy Nawożenia i Gleboznawstwa w moich rodzinnych Puławach. COBORU wydaje się większy, IUNG ma o wiele dłuższą tradycję i chyba też prestiż w Polsce, zatrudnia wielu utytułowanych naukowców. Nie wiem, czy kiedykolwiek będę miał okazję zwiedzić pomieszczenia COBORU; dzisiaj jest to na pewno niemożliwe, jest święto.

Poza kompleksem COBORU Słupia Wielka to stacja kolejki wąskotorowej kursującej w sezonie ze Środy Wlkp. do Zaniemyśla, szkoła, przed którą stoi pomnik dwóch pilotów zestrzelonych w czasie kampanii wrześniowej i właściwie… nic więcej. Wioska jest zdominowana przez COBORU.

* * *

Jadę dalej w kierunku Śniecisk, częściowo tuż obok torów kolejki wąskotorowej, które są w dobrym stanie, lepszym niż linia ze Śremu do Czempinia, chociaż są już bardzo stare – na   szynach widzę nazwy zakładów metalurgicznych, które je wyprodukowały, i lata produkcji: początek XX wieku i koniec XIX wieku. Wreszcie dojeżdżam do kościoła św. Marcina w Śnieciskach, akurat na mszę, która się właśnie rozpoczęła.

W drewnianym zabytkowym kościele św. Marcina w Śnieciskach byłem już dwa albo trzy razy, w tym raz na odpuście 11 listopada. Jest ładny i ma swój klimat; z czterech kościołów w gminie Zaniemyśl podobają mi się dwa położone poza stolicą gminy – właśnie w Śnieciskach i w Mądrych (chociaż bardzo się różnią od siebie); oba są ciekawsze od dwóch zaniemyskich i przede wszystkim mają cenniejsze wyposażenie. W Śnieciskach zachowały się barokowe i rokokowe ołtarze, obrazy, sprzęty liturgiczne, gotycka kropielnica i krucyfiks. Odwiedzającym kościół po pierwszy raz najbardziej rzuca się w oczy polichromia Wiktoria Gosienieckiego, wykonana w latach 20.

Dla mnie jako germanisty najciekawsze są groby przy kościele, w których spoczywają Albert, Mathilde i Hugo Sarrazinowie, dawni właściciele Śniecisk, pochowano tu też małego Richarda, syna Alberta. W moich wycieczkach po Wielkopolsce rzadko spotykam się z przypadkami takiej dbałości o groby Niemców, pochodzące jeszcze z czasów zaborów. W tym przypadku przyczyna jest jasna – byli oni katolikami i kolatorami kościoła. Niemieckie cmentarze i groby ewangelickie zniknęły już z pejzażu Wielkopolski lub pozostały po nich tylko szczątki.

Kościół jest jedynym interesującym zabytkiem w Śnieciskach, dawny pałac Sarrazinów jest teraz szkołą i zatracił cechy zabytku; tylko przejeżdżam obok niego, kierując się w stronę Zaniemyśla i Śremu.

Galeria Miejska „Arsenał” – Punctum. Architektura krytyczna

30 grudnia – po zwiedzeniu wystawy „Widziałem wielu bogów…” w Bibliotece Raczyńskich przed powrotem do Śremu zaglądam jeszcze do Galerii Miejskiej „Arsenał”.

Wystawa „Hortus” Wojciecha Kołacza – przetwarzane w sztukę abstrakcyjną obrazy roślin – nie wywiera na mnie specjalnego wrażenia, czego przyczyn należy zapewne doszukiwać się nie w samym temacie, lecz jego abstrakcyjnym potraktowaniu. O wiele ciekawsza jest wystawa na piętrze: „Punctum. Architektura krytyczna”.

Przedstawione w dwóch pomieszczeniach „Arsenału” filmy video art nie przedstawiają rzeczywiście istniejących budowli – wszystkie są tylko niezrealizowanymi projektami warszawskiego artysty Jarosława Kozakiewicza. Pierwsze pomieszczenie to trzy projekty dotyczące Poznania – alternatywny wobec urzeczywistnionej odbudowy Zamku Królewskiego na Wzgórzu Przemysła projekt łączącego się z Muzeum Sztuk Użytkowych tarasu widokowego, projekt budowy tzw. kurtyny ziemnej w parku Drwęskich przy ulicy Królowej Jadwigi i przebudowy centrum Concordia Design; wszystkie trzy odrzucone przez władze miejskie. O kurtynie ziemnej i Concordia Design nie wypowiadam się; w przypadku Wzgórza Przemysła chyba dobrze się stało, że odrzucono ten projekt i zdecydowano się na odbudowę, czy właściwie budowę od nowa poznańskiego zamku. Od pewnego czasu mam wrażenie, że po fali krytyki, pomstowania na „Zamek Gargamela” poznaniacy powoli przyzwyczajają się do niego i za jakiś czas zamek wpisze się na trwale w pejzaż miasta. Nowoczesny projekt Kozakiewicza nie harmonizowałby ani z zamkiem, ani z całą poznańską starówką.

O wiele ciekawsze od poznańskich są projekty przedstawione w drugiej sali piętra  „Arsenału”, przede wszystkim te z Warszawy. Propozycja pokrycia ścian i dachów 19 zbudowanych na przełomie lat 60. i 70. bloków osiedla Za Żelazną Bramą żywą tkanką roślinną („Natura (do) mieszkania”) brzmi zaskakująco, byłaby chyba jednak możliwa do realizacji. Wykonalny jest też projekt budowy długich, pełnych zieleni przeszklonych tuneli-wiaduktów dla pieszych i rowerzystów nad ruchliwymi ulicami Warszawy („Transfer”) i inne, na przykład projekt przekształcenia starego wysypiska śmieci (projekt „Brok”, jedna z nielicznych zrealizowanych koncepcji Kozakiewicza). Projekty te bez osłonek ukazują upodobania i predylekcje artysty, jego zaangażowanie na rzecz ekologii, pacyfizmu.

Nie wiem dokładnie, jaki procent projektów Kozakiewicza doczekał się realizacji, przypuszczam, że niewielki. Przyczyną są zapewne nie tylko bardzo wysokie koszty, jak w przypadku „Transferu”; sądzę, że urzędnicy odpowiedzialni za kształtowanie tkanki architektonicznej naszych miast nie traktują też tych projektów poważnie, są one dla nich  tylko mrzonkami lewicującego artysty, trochę oderwanego od rzeczywistości. Ja też oglądałem je w „Arsenale” bardziej jako dzieła video art, nie architektury, i jako takie podobały mi się. Czy spotkałyby się z powszechną akceptacją jako zrealizowane koncepcje architektoniczne, tego nie wiem.