Kazimiera

Na 1 września – o tym, jak znajomość historii pomaga w tłumaczeniach i kontaktach z klientami. Wspomnienie sprzed lat…

– Dzień dobry! Przyszłam odebrać tłumaczenie dokumentu.

– Proszę. Pani urodziła się w czasie okupacji, prawda?

– Tak. A skąd pan wie? Tu nie ma mojej daty urodzenia.

– Interesuję się historią. Na drugie imię ma pani Kazimiera. W czasie wojny wszyscy chłopcy narodowości polskiej urodzeni w Kraju Warty otrzymywali na drugie imię Kazimierz, a dziewczynki Kazimiera. W ten sposób władze okupacyjne chciały ich od urodzenia odróżniać od Niemców.

– A, tak rzeczywiście było. Kiedy byłam małą dziewczynką, miałam za złe mamie, że dała mi takie imię, ale mi wytłumaczyła, że inaczej nie mogła…

„Konski w sosie serowo-pieczarkowym”

Scenka z dzisiejszego dnia w restauracji w moim mieście, do której często chodzę na obiad.

W wypisanym kredą na ścianie menu widzę między innymi pozycję: „KONSKI W SOSIE SEROWO-PIECZARKOWYM”.

– Przepraszam, te „konski”… Co to jest?

– Kawałki mięsa.

– Ach, tak. A już myślałem, że to z konia. To się inaczej pisze… Nie, tego nie wezmę. Szare kluski poproszę.

Biblioteka Publiczna w Śremie – „Tacy byliśmy”

„Tacy byliśmy” to najnowsza wystawa Biblioteki Publicznej w Śremie, którą można oglądać przez całe wakacje w głównej siedzibie biblioteki na Jezioranach. Podtytuł jej brzmi „Lata osiemdziesiąte w Śremie”; w rzeczywistości wystawa wykracza poza te ramy czasowe – obejmuje też początek lat dziewięćdziesiątych. Jej trzon stanowią dokumenty życia społecznego – afisze, plakaty, zaproszenia na wystawy, do tego wycinki prasowe i mnóstwo fotografii z imprez odbywających się wtedy w Śremie.

Sprawy poważne i mniej poważne. Wystawę otwiera obwieszczenie o wprowadzeniu stanu wojennego w 1981 roku, na szczęście złowrogie obwieszczenie równoważą afisze z już wolnej Polski – o wyborach prezydenckich w 1990 roku, o zmianie nazw ulic w tymże roku, kiedy moja dawna ulica Dzierżyńskiego stała się ulicą Grota Roweckiego, a obecna Chłapowskiego zyskała swoją nazwę po przemianowaniu jej z Zawadzkiego, pisma dotyczące tworzących się komitetów telefonizacji Śremu. Szkoda, że zabrakło dokumentów dotyczących utworzenia sieci telewizji kablowej, kiedy śremianie nagle uzyskali dostęp do „aż” sześciu (chyba tyle ich było?) zagranicznych stacji telewizyjnych. Było to bardzo ważne wydarzenie dla miasta – również dla mnie, dopóki w 1995 roku nie pozbyłem się z mieszkania mojego telewizora.

Na wystawie dominują jednak sprawy mniej poważne – jak Wyścig Pokoju, którego jeden z etapów w maju 1989 roku przebiegał przez Śrem, ogłoszenie o seansie bioenergoterapeuty Lecha Lisieckiego w 1991 roku (bilet wstępu kosztował 25 tys. zł), różne druki ulotne, zaproszenia, fotorelacje z imprez kulturalnych, głównie Dni Śremu. W Śremie mieszkam dopiero od 1987 roku, w dużej części tych imprez nie mogłem więc uczestniczyć, ale nawet tych z końca lat 80. i początku lat 90. w większości nie przypominam sobie. Czy moje życie koncentrowało się wtedy na innych sprawach, czy promocja kultury w Śremie wyglądała inaczej? Na Dni Śremu zresztą do dzisiaj nie chodzę, spędzam je przeważnie na rowerze w innych częściach Wielkopolski.

Wystawa jest jednak interesująca, zmusza mnie też do spojrzenia innymi oczami na sprawy kultury w moim mieście. Ludyczność, powiedzmy wprost: małomiasteczkowość życia kulturalnego w Śremie jest faktem, którego nie zmienimy. Podobnie zresztą to życie kulturalne wygląda na przykład w Środzie Wielkopolskiej, Kościanie i innych powiatowych miastach Wielkopolski. Dlatego w weekendy z reguły wyjeżdżam do Poznania lub innych miejscowości, gdzie oferta kulturalna jest bogatsza i – przede wszystkim – bardziej odpowiadająca moim zainteresowaniom. Na tym tle zaskakuje poważna tematyka niektórych spotkań w Śremskim Ośrodku Kultury, spotkania z podróżnikami po Australii czy Japonii (w czasach PRL była to niesłychana egzotyka), czy też informacja prasowa o otwarciu 2 lutego 1985 roku Galerii Sztuki Współczesnej prowadzonej przez śremskiego artystę Jerzego Jurgę. Galeria zresztą szybko upadła, o czym na wystawie już się nie dowiadujemy; opowiedział mi o niej kiedyś znajomy, który dużo później też otworzył w naszym mieście galerię dzieł sztuki i antyków (również bez powodzenia). Kultura wysoka również była więc obecna w owym czasie w Śremie, chociaż pewnie pojawiała się tylko z rzadka. Dużym zaskoczeniem było dla mnie odkrycie, że w Śremie w latach 80. wystąpił warszawski Teatr Ochoty ze spektaklem „Adam i Ewa” Marka Twaina z Tomaszem Mędrzakiem i Bożeną Stryjkówną w rolach głównych; spektakl to dla mnie szczególny, ponieważ było to pierwsze przedstawienie teatralne, które widziałem w Warszawie podczas moich studiów.

Największe zaskoczenie czekało mnie jednak na końcu wystawy, kiedy zobaczyłem umowę podpisaną z jednym z mieszkańców mojego miasta o… statystowanie w filmie „Między ustami i brzegiem pucharu” z 1987 roku na podstawie powieści Marii Rodziewiczówny. Był to jeden z pierwszych filmów, które widziałem po mojej przeprowadzce do Śremu, w Dyskusyjnym Klubie Filmowym działającym przy Odlewni Żeliwa. Wiedziałem, że był realizowany między innymi w Racocie, dopiero teraz jednak dowiedziałem się, że wystąpiło w nim kilkudziesięciu śremian – statystów, co, jak sądzę, było dla nich przygodą życia.

Wystawa warta zobaczenia – jako dokument minionego czasu i… katalizator wspomnień.

Czy warto studiować anglistykę?

Wpis zainspirowany niedawnymi dyskusjami w grupie tłumaczy na Facebooku na temat studiów filologicznych i wyboru zawodu.

Miejsce: moje mieszkanie. Czas: ubiegły tydzień, rozmowa z klientem, który przyszedł w sprawie tłumaczenia.

– A ja jeszcze w całkiem innej sprawie… Czy sądzi pan, że warto teraz studiować anglistykę? Bo moja córka się zastanawia nad wyborem kierunku studiów.

– A w której jest klasie?

– Właśnie skończyła naukę. Zdała maturę.

– I jeszcze nie podjęła decyzji? Wie pan, studia filologiczne to jak studia prawnicze. Po ich ukończeniu praktycznie nie ma się zawodu. Można zostać adwokatem, prokuratorem, sędzią, ale w tym celu należy pójść na aplikację, terminować, zdać trudny egzamin. Po samym prawie nie ma się nic. I tak jest z anglistyką. Dlatego wielu anglistów studiuje równolegle inne kierunki studiów. Po samej anglistyce można zostać nauczycielem, ale kandydatów jest bardzo dużo. Z kolei aby zostać prawdziwym, profesjonalnym tłumaczem, po studiach trzeba jeszcze dużo się uczyć, ewentualnie zdać bardzo trudny egzamin na tłumacza przysięgłego…

Dwie refleksje naszły mnie po tej rozmowie:

1. W latach 90., kiedy jeszcze dużo uczyłem angielskiego i niemieckiego, wszyscy moi uczniowie mieli sprecyzowane plany co do ich studiów od początku IV klasy liceum, wielu dużo wcześniej. Oczywiście plany te z reguły weryfikowało życie, czytaj: egzamin wstępny, młodzi ludzie mieli jednak konkretny cel, do którego dążyli. Czy tego celu już nie mają? Jak można zastanawiać się nad wyborem kierunku studiów dopiero po otrzymaniu świadectwa dojrzałości?

2. Chyba w 2000 roku czytałem wywiad z prof. Jackiem Fisiakiem, dyrektorem mojego Instytutu Anglistyki na UAM, w którym ten polecał swój kierunek, z dumą twierdząc, że bezrobotnych anglistów nie ma. Wtedy to była prawda, od wielu lat niestety już tak nie jest. Powody są jasne: wysyp szkół prywatnych, nadprodukcja filologów, ale może też normalizacja sytuacji, która w czasach PRL nie była normalna. W PRL filologie obce były fetyszyzowane, trochę jako namiastka obcego świata, do którego dostęp mieliśmy ograniczony. W Europie Zachodniej czy USA kierunki te również zawsze istniały, ale nie cieszyły się takim nimbem. Powrót do normalności?

Dziadek

We wtorek 16 maja w jadalni „Betania” przy szkole katolickiej w Śremie było wyjątkowo tłoczno. Zaczął się właśnie przegląd piosenki religijnej „Śremsong” i jadalnia pełna była młodzieży, która właśnie przyszła się posilić w przerwie między występami. Wreszcie udało mi się kupić obiad; usiadłem przy stole z młodą mamą i jej córką – obie znane mi od dawna z widzenia.

– No, nareszcie. To chyba z powodu „Śremsongu” ten tłok. Wczoraj byłem na obiedzie w „Ogryzku”, nie wiem więc, czy w „Betanii” też było tak tłoczno jak dzisiaj.

– A ja też śpiewam na „Śremsongu” – pochwaliła się dziewczynka.

– Naprawdę? W jakimś zespole?

– Chodzi do szkoły muzycznej, tu na miejscu – wyjaśniła mama.

– A, rozumiem. A na czym grasz?

– Na skrzypcach.

– Lubię skrzypce, zwłaszcza kiedy grają w kwartetach smyczkowych. A w której jesteś klasie?

– W drugiej.

Dziewczynka spojrzała na mnie i po chwili zapytała:

– Proszę pana, a czy pan jest dziadkiem mojej koleżanki z klasy, Ani?

– Nie, nie jest – powiedziała mama. – Mówiłam ci przecież, że ten pan nie jest dziadkiem Ani. Jedz obiad.

Zdaje się, że właśnie przekroczyłem w życiu pewną granicę… :-)

Muzeum Regionalne w Kościanie – Karol Budziński

19 marca – po deszczowej i wietrznej sobocie wyjazd do Muzeum Regionalnego w Kościanie, gdzie chcę obejrzeć  nową wystawę stałą „Bohaterowie 1918-1919” i wystawę czasową fotografii Karola Budzińskiego „Wielkopolska – tu warto być, to warto zobaczyć”. W niedzielę deszcz ustał; wiatr wprawdzie osłabł do 5 m/s, ale ponieważ wieje z zachodu, trochę przeszkadza w jeździe.

Młody mężczyzna z obsługi muzeum poznaje mnie z poprzedniej wizyty dwa lata temu, kiedy to przyjechałem, aby zwiedzić wystawę czasową poświęconą powstaniu wielkopolskiemu w grafice. Obecna wystawa jest całkiem inna – nie grafika, lecz fotografia i nie historia, lecz teraźniejszość są jej tematem. Fotografie Karola Budzińskiego (mojego równolatka, urodzonego w 1963 roku) do tej pory w ogóle nie były mi znane i, szczerze mówiąc, nie spodziewałem się wiele po wystawie; tymczasem profesjonalizm i wysoki poziom eksponowanych prac mile mnie zaskoczył. Fotografie Budzińskiego nie są owocem eksperymentów formalnych czy próbowania nowych technik – to fotografia tradycyjna, realistyczna, ale też bardzo dobra w swoim realizmie, w umiejętności kadrowania scen, patrzenia na znane krajobrazy z innej perspektywy. Dużo przedstawionych pejzaży i budowli jest mi znajomych, może z wyjątkiem północnej Wielkopolski, którą znam najsłabiej; odkrywam też tereny położone blisko Śremu, jak Kórnik, Rogalin, Śmiełów. Po dłuższym zwiedzaniu przeze mnie wystawy z górnej kondygnacji schodzi pracownik muzeum, wdajemy się w rozmowę.

– Wystawa bardzo interesująca. W większości z tych miejsc byłem, a przez Rogalin przejeżdżam za każdy razem jadąc do Poznania. Niezwykłe jest to ujęcie dębów rogalińskich – na fotografii wyglądają jak zaczarowany las z „Władcy pierścieni” Tolkiena, a przecież w rzeczywistości są już martwe.

– Warto też zwrócić uwagę na to turkusowe jezioro koło Gosławic w Koninie – mówi mój przewodnik. – Zabarwienie wody to wynik wyrzucanych tam odpadów, przykład degradacji środowiska naturalnego na skutek wydobycia węgla brunatnego. Może pan słyszał, że koło Kościana również planowana jest budowa kopalni.

– Tak, słyszałem, pas wydobycia ma ciągnąć się od Czempinia przez Gostyń po Krobię i Miejską Górkę. Kiedy jadę ze Śremu do Wrocławia, widzę napisy protestujące przeciwko temu pomysłowi: „Jesteśmy rolnikami, nie górnikami”, „Wynocha z naszej ziemi” i inne. Z drugiej strony może to być szansą dla miasta – Konin bardzo się rozwinął dzięki odkryciu złóż węgla brunatnego i budowie elektrowni. W Gosławicach byłem w ubiegłym roku, w tamtejszym Muzeum Okręgowym widziałem tego słonia leśnego, którego też tu widać na zdjęciu, i wystawę o górnictwie na ziemi konińskiej. Warto też zwiedzić klasztor kamedułów w Bieniszewie, o na tym zdjęciu, rzeczywiście leży on w środku lasu, trudno tam dojechać.

Rozmawiamy o wielu innych obiektach przedstawionych na zdjęciach, o południowej fasadzie zamku w Kórniku i dlaczego wygląda ona jak łuk w indyjskim Taj Mahal, o zamku w Gołuchowie przedstawionym w zimowej szacie, też o ludziach i historii tych ziem, między innymi wypędzeniach i przesiedleniach. Kiedy mój rozmówca wspomina o wystawie poświęconej wysiedleniom w Kościanie, opowiadam o Gudrun Everett, córce burmistrza w Dolsku, i jej wspomnieniach w książce „I can’t forget”, którą zrecenzowałem na moim blogu.

W przeciwieństwie do wystaw czasowej nowa wystawa stała „Bohaterowie 1918-1919” nie jest dla mnie już tak ciekawa, może dlatego, że z opowieścią o udziale mieszkańców Kościana w powstaniu wielkopolskim mnie, śremianinowi, trudno jest się identyfikować – nawet jeśli udział ten był większy niż uczestnictwo śremian w tym zrywie niepodległościowym.

Po zwiedzeniu muzeum zachodzę jeszcze do kościańskiej fary – o wiele ładniejszej i kryjącej w sobie cenniejsze wyposażenie niż śremska. Byłem tu już kilkakrotnie, raz nawet pojechałem na mszę, aby ją dokładnie zwiedzić. Chętnie obejrzałbym ją dokładnie jeszcze raz, ale akurat zaczyna się suma o godzinie 12; będę musiał przyjechać tu kiedyś przed mszą.

* * *

Wracając do Śremu, w Gaju skręcam jeszcze do schroniska dla zwierząt, przed którym stoi dużo samochodów. Można wejść na teren schroniska, z której to możliwości – po raz pierwszy – korzystam. Bardzo dużo ludzi przyjechało ze Śremu i innych miejscowości, aby zobaczyć bezdomne psy i… wyjść z nimi na spacer po najbliższej okolicy. Dla wielu obecnych tu rodzin z małymi dziećmi to pewnie próba przed podjęciem poważnej decyzji o adopcji. Większość psów ma już kilka czy kilkanaście lat, w ogrodzonym kojcu są też jednak szczeniaki, bardzo popularne wśród dzieci. Pewnie niedługo będą czekać na adopcję.

Wychodząc, zamieniam jeszcze kilka słów z pracownicą (wolontariuszką?) schroniska.

– Znałem osobiście dr Ludwikę Własińską, założycielkę schroniska i fundacji „Dr Lucy”. Szkoda, że odeszła… A kto teraz opiekuje się schroniskiem?

– Kierowniczką jest nadal Paula Piasecka. Oczywiście dostajemy też dotacje z gminy. Jak pan widzi, teraz, w weekend, mamy mnóstwo ludzi, oglądają psy, zabierają je na spacer. Pod koniec dnia psy mają nawet tego dosyć, chowają się w budach, nie chcą wychodzić. A pan nie chciałby zaadoptować zwierzaka?

– Nie, obawiam się, że nie mam na to warunków – odpowiadam. O pechowej przygodzie z kotem, którego próbowałem przygarnąć dwa lata temu, już nie wspominam. Żegnamy się, jeszcze kilka kilometrów jazdy do Śremu.

Z Puław do Śremu

Po skończeniu studiów germanistycznych na Uniwersytecie Warszawskim w 1987 roku długo nie mogłem znaleźć pracy. Długo, to znaczy dwa miesiące; dzisiejszym absolwentom wydaje się to może krótkim okresem, studia skończyłem jednak w czasach PRL, kiedy bezrobocia – oficjalnie – nie było. A mogłem skorzystać z oferty, którą mój promotor, dr Józef Wiktorowicz, złożył mi zaraz po egzaminie magisterskim, 23 czerwca. Poprosił mnie wtedy do swojego gabinetu i powiedział:

– Gratuluję, zakończył pan właśnie edukację na naszym uniwersytecie. Czy ma pan już sprecyzowane plany co do pracy zawodowej? Chciałbym zaproponować panu stanięcie do konkursu na stanowisko asystenta w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Zielonej Górze. Profesor Eugeniusz Klin poszukuje asystenta w dziedzinie językoznawstwa niemieckiego. Pensja niewielka, ale zapewnione zakwaterowanie w hotelu asystenta.

– Dziękuję – odpowiedziałem – ale nie czuję się  na siłach i uważam, że nie mam predyspozycji do takiej pracy, ani naukowych, ani dydaktycznych.

– O pana zdolnościach dydaktycznych trudno mi coś powiedzieć, ale w zakresie pracy naukowej… Był pan zdolnym studentem.

Odmówiłem. Z pracą naukową rzeczywiście wiązałem nadzieje, kiedy byłem na I i II roku studiów, na V roku już nie. Odczuwałem zmęczenie studiami, chciałem zająć się czymś całkiem innym niż nauką. Zaczęło się więc poszukiwanie pracy.

Po studiach musiałem wrócić do rodzinnych Puław, nie mogłem zostać i pracować w Warszawie z oczywistej przyczyny – nie stać mnie było na wynajęcie mieszkania. Biuro pośrednictwa pracy Uniwersytetu Warszawskiego nie oferowało zresztą dużo propozycji. Mogłem zostać cenzorem w Głównym Urzędzie Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, gdybym miał inne poglądy polityczne lub mniej szacunku dla samego siebie. Rzuciło mi się w oczy ogłoszenie Polskich Kolei Państwowych poszukujące tłumacza, zapewniające mieszkanie służbowe w Warszawie, mężczyzna z biura PKP szybko jednak wyprowadził mnie z błędu – żadne mieszkanie służbowe w stolicy komuś takiemu jak ja nie przysługiwało. Drugie ogłoszenie pochodziło z Lipska nad Biebrzą na Podlasiu, tuż przy wschodniej granicy kraju. Tamtejszy zakład produkcji podzespołów indukcyjnych poszukiwał germanisty, nie pisząc nic o charakterze pracy. Napisałem do nich, nie otrzymałem jednak odpowiedzi.

Napisałem też na inny adres, który mój ojciec znalazł w lokalnym lubelskim dzienniku „Sztandar Ludu” – w jakimś Śremie tamtejsza Odlewnia Żeliwa poszukuje tłumaczy języka angielskiego i niemieckiego, oferuje zakwaterowanie w hotelu pracowniczym, z perspektywą otrzymania mieszkania zakładowego. W liście napisałem, że na mieszkaniu zakładowym na razie mi nie zależy, ale pracą jestem zainteresowany. Również tu odpowiedzi brak.

Pozostało mi szukać pracy w Puławach i województwie lubelskim. Również bez powodzenia. Kiedy pojechałem do biura pośrednictwa pracy Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej (nie byłem jego absolwentem, ale zaczynałem na nim studia na I roku), usłyszałem od pracowników:

– Proszę pana, nasi absolwenci już na początku roku zaklepywali sobie pracę w szkołach, a pan zgłasza się dopiero teraz, latem? Pracy nie ma.

Moją kandydaturą nie była też zainteresowana Fabryka Samochodów Ciężarowych i oddział Ursusa w Lublinie. Zainteresowanie wyraziła jedynie Gromada, proponując mi pracę polegającą na… udzielaniu informacji kolejowej w okienku w ich biurze na Krakowskim Przedmieściu.

W Puławach odprawiła mnie z kwitkiem pani dyrektor hotelu „Izabella” („Proszę popytać w przyszłości, teraz nie mamy wolnych miejsc”) i kierownik oddziału Centralnej Biblioteki Rolniczej, sugerując zwrócenie się do Zakładów Azotowych. Kiedy jednak tam pojechałem, pani z Działu Kadr popatrzyła na mnie zdumionym wzrokiem:

– Ale my jesteśmy zakładem mechanicznym.

– Wiem, ale pomyślałem, że być może potrzebują państwo tłumaczy.

– Nie, nie potrzebujemy.

Intensywne poszukiwania dały skutek dopiero w sierpniu. Biblioteka Pedagogiczna w Lublinie była zainteresowana zatrudnieniem mnie w swoim oddziale w Rykach, tamtejsza pracownica miała odejść na emeryturę. Oznaczało to konieczność codziennych dojazdów autobusem 30 km w jedną stronę, ale czy miałem inne wyjście?

* * *

– Rozlewnia piwa, rozlewnia piwa się odezwała – śmiejąc się, wołała moja mama, machając kopertą, którą właśnie wyciągnęła ze skrzynki na listy. Po prawie dwóch miesiącach na moją kandydaturę odpowiedziała Odlewnia Żeliwa w Śremie, zapraszając mnie na rozmowę. Praca w charakterze tłumacza w przemyśle ciężkim – to brzmiało zdecydowanie lepiej niż praca jako bibliotekarz w Rykach, postanowiłem więc najpierw spróbować tam.

Pociąg relacji Lublin – Szczecin odjeżdżał z Puław po godz. 19. Pani w okienku na stacji poinformowała mnie, o której mam przesiadkę w Jarocinie, kupiłem bilet i wyruszyłem w podróż – podróż w nieznane? W Jarocinie byłem bardzo wczesnym rankiem, praktycznie jeszcze w nocy; dość długo musiałem czekać na pociąg do Śremu.

Kiedy około godziny 6 rano na stację w Jarocinie wtoczył się dymiący parowóz ciągnący dwa wagony, nie mogłem powstrzymać zdziwienia. To takie pociągi jeszcze jeżdżą po polskich torach? Linia w Puławach była już od dawna zelektryfikowana. Z Jarocina do Śremu jechałem godzinę, wdychając dym z parowozu, który przenikał przez zamknięte, ale nieszczelne okna, i spoglądając na krajobraz. Jakie śmieszne nazwy mijanych po drodze stacji – Panienka, Książ (to chyba nie tu znajduje się ten słynny zamek?) i najdziwniejsza z nich, Pysząca. Ale trzeba wysiadać, następna stacja to już Śrem Odlewnia.

Zapytałem młodą kobietę, która wysiadła ze mną, jak dojść do odlewni; podeszliśmy kawałek razem, potem pokierowała mną z uśmiechem.

– To tam, widzi pan wejście? Ja muszę już skręcić, wchodzę główną bramą.

Biurowiec odlewni robił wrażenie swoim ogromem, ale wejście do niego nie rzucało się w oczy. To tu? Tak. Portierka wypisała mi przepustkę, jako miejsce zamieszkania wpisując „Pukawy” (nie protestowałem) i poleciła mi pójść na I piętro, do kierownika działu kadr, Eugeniusza Kościelniaka. Kiedy wszedłem do jego pokoju, zastałem go ze słuchawką przy uchu; gwałtownym gestem wyprosił mnie, proszę czekać. Dopiero po kilkunastu minutach wyszedł i zaprosił mnie do środka, skończyła się właśnie operatywka, telekonferencja, w które brali udział wszyscy kierownicy działów.

Nastąpiła rozmowa, niedługo dołączył  do nas Andrzej Grześkowiak, Główny Odlewnik, mój przyszły kierownik. W Dziale Głównego Odlewnika od niedawna funkcjonowała Biblioteka Techniczna, której prowadzeniem miałem się zająć, do moich obowiązków miało należeć również tłumaczenie tekstów technicznych na potrzeby zakładu. Wynagrodzenie, razem z premią, wynosiło 13 tysięcy złotych (w 1987 roku była to bardzo niska płaca), ale zakład oferował pokój w hotelu pracowniczym tylko za 7 zł dziennie. Czy jestem gotów zająć się taką pracą? Tak, oczywiście. Oprócz germanistyki studiowałem na UW też przez dwa lata bibliotekoznawstwo, którego wprawdzie nie ukończyłem. Lubię tłumaczyć, chociaż będę musiał nauczyć się języka technicznego.

Formalnie do pracy powinien był mnie przyjąć Dyrektor Odlewni, Alfred Babczyk, ale był na urlopie, poszliśmy więc do Dyrektora do Spraw Technicznych, Jana Leśniaka.

– Cieszę się, że zechciał pan pracować u nas – z twarzy dyrektora nie schodził uśmiech. – Myślę, że spodoba się panu u nas. Bo my jesteśmy takimi lokalnymi patriotami, uważamy, że Poznań leży koło Śremu. Czy można wiedzieć, jakie ma pan zainteresowania? Turystyka? To znakomicie, też uważam, nie można poświęcać się wyłącznie pracy. Zamieszka pan na razie w hotelu na Przemysłowej, a z mieszkaniem, kiedy za kilka lat zmieni pan stan cywilny, to zobaczymy…

Po rozmowie, zgodnie z sugestią moich przyszłych przełożonych, poszedłem jeszcze zobaczyć moje miejsce zakwaterowania – standard należących do odlewni trzech hoteli pracowniczych na ulicy Przemysłowej był porównywalny z pokojami w akademikach, w których mieszkałem, ale tu, za symboliczną opłatę,  miałem mieć pokój tylko dla siebie. Droga na Przemysłową i potem na dworzec PKS, z którego autobusem odjeżdżałem do Poznania, była to też okazją do pierwszego poznania miasta, w którym miałem mieszkać i pracować. Miasto nie zrobiło na mnie najlepszego wrażenia – mniejsze, chociaż jakby rozwleczone, i… na pewno brzydsze od moich Puław. Ale nie szkodzi.

Po powrocie do Puław telefonicznie zrezygnowałem z prawie już umówionej pracy w bibliotece w Rykach („Rozumiem. Ale cóż, nasza pracownica, która miała odejść na emeryturę pewnie się ucieszy, bo nadal chciała się zajmować biblioteką”). Nieoczekiwanie otrzymałem też odpowiedź z Lipska nad Biebrzą – okazało się, że producent podzespołów indukcyjnych w rzeczywistości poszukiwał nauczyciela niemieckiego dla miejscowej szkoły, ale oczywiście odpisałem odmownie i ponownie wsiadłem do pociągu, aby od 1 września rozpocząć pracę w Śremie.

Dopiero po kilku tygodniach dowiedziałem się, dlaczego odlewnia odpowiedziała na moją ofertę pracy po tak długim czasie. Powodem był fakt, że w liście napisałem, że nie chcę otrzymać mieszkania zakładowego. Jeśli nie chce, widać nie planuje związać się z nami na  stałe, traktuje tę pracę jako tylko tymczasową. Dopiero kiedy inny kandydat zrezygnował, odlewnia zwróciła się do mnie.

Mieszkanie zakładowe w bloku przy Dzierżyńskiego otrzymałem w 1989 roku, już po powrocie z wojska, i nie musiałem w tym celu zmieniać stanu cywilnego. W 2001 roku już za własne pieniądze kupiłem większe, na Chłapowskiego; wcześniej, w 1994 roku, odszedłem z odlewni. Nie zmieniłem też miasta, które stało się moim miastem, moim Śremem.

Wizyta nieznajomej pani

Tekst napisany przeze mnie chyba na początku 2001 roku (mieszkałem wtedy jeszcze na Grota Roweckiego), ale nigdy dotąd nie publikowany. Przypomniał mi się teraz, tuż po zakończeniu kolejnej edycji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy…

* * *

Jaka niespodzianka może nas spotkać w niedzielny wieczór, kiedy jesteśmy pochłonięci lekturą, a przyjemną ciszę mącą jedynie przytłumione odgłosy sąsiadów, zajętych, jak i my, własnymi sprawami? Oto nagle spokój przerywa ciche pukanie do drzwi. Po otwarciu ukazuje się pani w średnim wieku. – Pan Andrzej? – Tak, proszę bardzo – Zapraszam, aby spoczęła w fotelu, przypuszczając, że mam do czynienia z klientką, która przyszła w sprawie tłumaczenia.

Pani nie zdejmuje płaszcza, spogląda tylko na mnie z uśmiechem, do jakiego zazwyczaj uciekamy się, kiedy chcemy zjednać sobie innych ludzi, i już zaczynam domyślać się, że nie zwyczajna to klientka zasiadła przede mną.

– Panie Andrzeju, pan mnie pewnie nie zna, ale ja pana znam, mieszkam w czwartej klatce tego bloku i często pana widuję…

Nie przypominam sobie, ale blok ma 120 rodzin a ja słabą pamięć do twarzy, nie zaprzeczam więc i oczekuję dalszego ciągu. W rzeczy samej nieznajoma pani szybko przechodzi do sedna sprawy.

– Tylko bardzo proszę, aby to, co teraz powiem, zostało między nami – prosi gorąco. – Sprawa  jest przykra a jednocześnie nagląca. Mój starszy syn znalazł się ostatnio w szpitalu w Poznaniu, na początku nie wiadomo było, co mu dolega a teraz niech pan sobie wyobrazi, zadzwonił do mnie lekarz z Poznania i poprosił, abym zaraz przyjeżdżała. Podejrzewają gruźlicę i stan podobno się pogorszył. Tymczasem jest tuż przed rentą a ja nie mam pieniędzy. Tak sobie obliczyłam, że na bilety PKS do Poznania a potem tramwajem na Szamarzewskiego będzie mnie kosztowało 30 złotych. Zastanawiałam się, kto może i pomóc i pomyślałam o panu – to tylko 30 złotych, do zwrotu w poniedziałek. I jak, zaufa mi pan, panie Andrzeju? – Uśmiech osiąga tu swoje apogeum, tak samo jak i prosząco-poufały ton głosu.

Odpowiadam też uśmiechem – Wie pani, ja pani nie znam …

– Nazywam się Nowak, można sprawdzić w spisie lokatorów.

– Cóż, pieniędzy do rąk pani nie dam, ale bardzo chętnie pani pomogę. Możemy pójść na dworzec PKS i tam kupię pani bilet do Poznania.

Uśmiech na twarzy pani „Nowak” znika tak szybko jak słońce przesłonięte deszczową chmurą.

– Dobrze, tylko ubiorę młodszego syna i zaraz pójdziemy.

– Kiedy mogę się pani spodziewać?

– Za 15 minut.

Nietrudno domyśleć się zakończenia tej historii. Pani „Nowak” nie pojawiła się ani po 15 minutach ani też nigdy później. Nikt o takim nazwisku oczywiście nie mieszkał w IV klatce, nigdy też ponownie się nie spotkaliśmy.

Liczba osób w ten sposób oszukanych przez panią „Nowak” jest prawdopodobnie wysoka, wątpię jednak, aby szybko zajęły się nią policja i prokuratura. Szansa, aby osoby, które padły ofiarą oszustwa, zgłosiły to na policji i domagały się ścigania sprawcy, jest niewielka – utracona kwota w pojedynczych przypadkach jest przecież niewielka i lepiej machnąć na to ręką. Ta prawda psychologiczna jest też chyba znana pani „Nowak”, która rozważnie nie oszukuje swoich ofiar na wyższe sumy.

Anonimowość blokowiska na Jezioranach to drugi czynnik, który ułatwia wyłudzanie pieniędzy w ten sposób. Zamykamy się w czterech ścianach, nie znamy nawet najbliższych sąsiadów, co dopiero powiedzieć o współlokatorach „z IV klatki”? Kontakty towarzyskie utrzymujemy w pracy i wśród krewnych, jakże często człowiek mieszkający za ścianą lub nad nami jest nam całkowicie obcy.

Kiedy tę historię opowiedziałem znajomemu komisarzowi ze śremskiej komendy policji, wzruszył ramionami – Czego pan chce, bieda robi się coraz większa i coraz więcej ludzi kombinuje, jak zdobyć parę groszy. – Istotnie liczba oszustw gwałtownie wzrosła, od kiedy staliśmy się krajem wolnym – nie wszyscy w kapitalizmie dają sobie radę i uciekają się do takich metod zarabiania pieniędzy. Nabieranie na litość – w tym przypadku syn chory na gruźlicę – występuje w każdym kraju, w którym miłosierdzie jest cnotą. Czy powinniśmy jednak pozwalać się oszukiwać, dawać pieniądze każdemu pijaczkowi, który bełkocącym głosem poprosi o pieniądze na bułkę? Kochaj bliźniego swego, ale nie daj się zrobić przez niego w jelenia. Zamiast pieniędzy kup mu tę bułkę albo … zaproponuj pójście na dworzec i kupno biletu do Poznania.

Wybory i… po wyborach

Miejsce: Lawendowy Bar w Śremie. Czas: przedwyborczy piątek 23 października 2015 roku, godz. 14, przy obiedzie ze znajomą.

– No to już za dwa dni wybory, panie Andrzeju.

– Tak, jak zwykle zagłosuję na Platformę Obywatelską.

– A ja panu już mówiłam, na kogo będę głosować?

– Tak, wspominała pani – na Prawo i Sprawiedliwość. Mówiła też pani dlaczego.

– No właśnie, dotąd też głosowałam na PO, ale po tym, co zrobili z tą reformą emerytalną, zagłosuję na PiS, chociaż sama nie wiem, czy dobrze robię. Ale ja nie chcę dłużej pracować.

– Hm, ja jako przedsiębiorca patrzę na to z trochę innej perspektywy, po prostu będę pracował, jak długo będę chciał, ale wydłużenie wieku emerytalnego jest chyba konieczne. Po prostu wkrótce już nie będzie nas stać na wypłaty emerytur.

– Pan może wybierać, ale ja nie mogę. No niech pan sobie wyobrazi, kiedy 40 lat temu rozpoczynałam pracę, miałam świadomość, że w wieku 60 lat przejdę na emeryturę, a tu mi coś takiego zrobili. A tak dzięki PiS-owi, jeśli wygra, już w przyszłym roku pójdę na emeryturę.

Przychodzi mi do głowy, że kiedy 40 lat temu moja znajoma rozpoczynała pracę zawodową, na pewno nie myślała o emeryturze, ale zachowuję tę uwagę dla siebie.

– Zrealizowanie obietnic wyborczych przez PiS może mieć fatalne skutki finansowe dla państwa.

– No tak, ma pan rację, przecież jeśli policzymy te wszystkie wydatki, to będziemy mieli drugą Grecję. Dlatego powiedziałam, że nie wiem, czy dobrze robię. Ale ja naprawdę chcę już iść na emeryturę. Najlepiej będzie, jeśli z tych wszystkich obietnic PiS po wyborach się wycofa, z wyjątkiem jednej – ponownego obniżenia wieku emerytalnego. Tak, tak będzie najlepiej. No to do zobaczenia po wyborach, panie Andrzeju.

* * *

Czas: listopad 2016 roku. Miejsce: to samo, tylko pod innym szyldem – w miejscu Lawendowego Baru, który zbankrutował, działa teraz restauracja Ogryzek. I znowu spotykam moją znajomą.

– Dzień dobry! Dawno się nie widzieliśmy. Co u pani słychać? Ale chyba dobrze? W listopadzie sejm uchwalił obniżenie wieku emerytalnego, PiS spełnił więc swoje obietnice.

– Och, niech pan mi nie mówi, panie Andrzeju. Tak, uchwalili, od października 2017 roku. A mnie wcześniej wydłużyli do sierpnia 2017. Przecież już w czerwcu tego roku miałam przejść na emeryturę i tak więc muszę czternaście miesięcy dłużej pracować. Nic mi to nie dało. Tylko zdenerwowanie.

– Nie znam szczegółów, do emerytury trochę czasu jeszcze mi zostało, więc o tym nie myślę. Przypuszczam zresztą, że zanim przejdę na emeryturę, przepisy zmienią się jeszcze kilkakrotnie. Obniżenie wieku emerytalnego nie jest jednak moim zdaniem dobrą decyzją.

– No pewnie, że nie. Przecież państwo nie ma na to pieniędzy. A z czego to wynika? Niech się wezmą na ten przykład za lekarzy. Ile oni zarabiają, a kasy fiskalnej żaden nie ma.

– Lekarze mają kasy, wprowadzili je już jakiś czas temu.

– Tak? Nie widziałam u żadnego. Albo przedsiębiorcy? Przepraszam, pan jest przedsiębiorcą, nie chciałabym pana urazić, ale jak to jest, że ktoś ma sklep czy dwa sklepy i potem sobie dom buduje? Za co?

– To  też nie tak. Było to możliwe jeszcze w latach 80., w czasach PRL, ale teraz z prowadzenia sklepu nie ma się kokosów. Dochody w takich sklepikach nie są duże.

– Ale państwo rzeczywiście nie ma na to pieniędzy. A jeśli do obniżenia wieku emerytalnego dodamy jeszcze ten program 500+, Mieszkanie+? Skąd na to brać? Zobaczy pan, to wszystko pierdyknie, mówię panu – pierdyknie!

Henio

Henia poznałem wkrótce po moim powrocie z wojska do Śremu w 1989 roku. Mieszkałem wtedy w hotelu pracowniczym Odlewni Żeliwa na Przemysłowej, Henio mieszkał tuż obok, w bloku wojskowym na Szerokiej, czasami więc chodziliśmy razem do pracy. Wkrótce dowiedziałem się szczegółów z jego życia. Henio pochodził z Bydgoszczy, z bardzo licznej rodziny (miał ośmioro lub dziewięcioro rodzeństwa), był zawodowym żołnierzem w jednostce wojskowej w Śremie, dopóki nie odszedł stamtąd na rentę z powodu zaburzeń psychicznych – miał cyklofrenię. W Odlewni dorabiał sobie jako plastyk; były to czasy, kiedy wielkie zakłady przemysłowe utrzymywały jeszcze zakładowe centra kultury, kluby, ośrodki sportowe. Kiedyś zaprowadził mnie do swojej kanciapy w Klubie Odlewnika, pokazał rysowane przez siebie portrety naszych znajomych.

– Miałem tu też portret Izy, wiesz, tej naszej gołębicy, ale kiedy dowiedziała się o nim, przybiegła i go zabrała…

Iza Lektarska, młoda dziewczyna, była łączniczką w naszym zakładzie, roznosiła pocztę do działów; była bardzo popularna, zwłaszcza wśród męskiej części załogi, nie dziwię się więc jej reakcji :-).

Henio został zwolniony z Odlewni w 1991 roku, pracowałem wtedy już w Dziale Eksportu, dokąd zostałem przeniesiony z Biblioteki Technicznej; o jego zwolnieniu dowiedzieliśmy się w dziale od Eugeniusza Ferstera, drugiego plastyka w Odlewni:

– Słyszeli panowie, że Henia zwolnili? Poszedł na wesele, tak się upił, że trzy dni nie przychodził do roboty, no i wywalili go za porzucenie pracy. No powiedzcie, jak można być takim niepoważnym, nieodpowiedzialnym?

Utrata pracy nie była dla Henia tragedią, miał w końcu swoją rentę, poza tym założył własną firmę plastyczną, o której mi wspomniał, kiedy raz spotkaliśmy się na ulicy. Nadal rysował i malował, wykonywał też szyldy – tablice reklamowe dla firm. Pamiętałem o tym, kiedy w 1992 roku postanowiłem odejść z Odlewni i się usamodzielnić; poprosiłem Henia o spotkanie w jego mieszkaniu, gdzie rozmawialiśmy w towarzystwie jego żony i córki. Henio był w dobrym humorze, opowiedział mi między innymi o swoim niedawnym pobycie na Lazurowym Wybrzeżu we Francji, gdzie też zarabiał rysowaniem portretów.

– A wiesz, co mnie najbardziej tam zaskoczyło? Szczury na ulicach. W ogóle nie boją się ludzi. Taki cywilizowany kraj, a tyle szczurów.

Potem opowiedziałem Heniowi o swoich planach, pytałem też o możliwość wykonania tablicy.

– Andrzejku, uważam, że bardzo dobrze robisz, zakładając firmę – powiedział Henio. – Jak wiesz, też to zrobiłem i nie żałuję. Bywa, że zarabiam teraz drugie tyle co z renty, albo i więcej. O rany, gdybym ja to zrobił dwa lata wcześniej, to już bym fordem jeździł. Teraz mam zajęcie, no i dzięki temu nie ciągnie mnie już tak do alkoholu jak kiedyś. Bo alkohol…, nie, to niedobra rzecz, już się o tym przekonałem, lepiej pracować. Oczywiście zrobię ci szyld, nie będziesz żałował.

I zrobił, i nie żałowałem, tablicę reklamową mojej firmy zawiesiłem na pawilonie handlowym PSS „Społem” (obecnym „Jubilacie”), gdzie wisiała około 10 lat, aż zastąpiłem ją inną, wykonaną już przez innego plastyka. Tymczasem moje plany usamodzielnienia się weszły w ostry wiraż; dwa miesiące po założeniu firmy w 1992 roku otrzymałem propozycję pracy w Niemczech, z której skorzystałem. Z Niemiec napisałem listy do znajomych, też do Henia, od którego otrzymałem odpowiedź: „To wspaniale, Andrzejku, że ci się tam w Niemczech wiedzie. A czy mógłbyś pożyczyć mi 3000 marek? Przyślij pocztą.” Już nie miałem okazji  odpowiedzieć na tę prośbę, ponieważ po pół pięciu miesiącach moja niemiecka przygoda skończyła się tak szybko, jak się zaczęła – wróciłem do Polski.

– Co, już nie pracujesz w Niemczech? – głos Henia w słuchawce telefonu brzmiał pełen zawodu, kiedy zadzwoniłem do niego po powrocie w styczniu 1993 roku. – A te 3000 marek, pożyczysz mi? Bo wiesz, chcę rozkręcić działalność i potrzebuję kasy.

Nie pożyczyłem. Zabrałem się od nowa do rozkręcania własnej firmy, zdobywania klientów, szukania zleceń, aż wreszcie 13 grudnia 1994 roku mogłem odejść z Odlewni.

Z Heniem i jego żoną nadal utrzymywałem kontakt. Zleciłem mu wykonanie szablonu do wykonywania kserokopii ulotek reklamowych (nie był już tak udany jak szyld), czasami spotykałem go w śremskich knajpach, np. w „Mokce” przy Kilińskiego, gdzie dobrze się bawił i gdzie wisiał też jego obraz olejny. Niestety kicz – bardziej podobały mi się rysunki ołówkowe Henia.

Aż pewnego razu spotkałem Henia przy ulicy Wojska Polskiego, zaniedbanego, w obdartym ubraniu.

– Żona mnie wyrzuciła z domu. Nie zarabiam, kazała mi się wynosić. A co ja na to poradzę, że nie mam klientów? Sam sobie klientów nie nagonię.

Po krótkim czasie zadzwonił do mnie telefon. W słuchawce rozległ się damski głos:

– Dzień dobry, dzwonię z ING, chciałabym zaoferować panu ubezpieczenie. Polecił mi pana pan Henryk C…

Dzisiaj po otrzymaniu takiego telefonu od razu odkładam słuchawkę, nazwisko Henia w tym kontekście jednak zaskoczyło mnie, wręcz rozbawiło.

– To pan Henryk C… też chciałby się ubezpieczyć u państwa?

– Na razie się nie zastawia.

– A gdzie go pani spotkała?

– Na Starym Rynku w Poznaniu, rysował portrety – odpowiedziała już mniej pewnie kobieta.

– Bo, wie pani, on jest bezdomny, nie mieszka nigdzie.

– Tak, chciałam od niego adres, ale powiedział mi, że się akurat przeprowadza. A może pan zna kogoś, kto byłby zainteresowany ubezpieczeniem, kogo mógłby pan polecić?

– Wolałbym nie. W każdym razie pana C… nie polecam.

– Ładnie rysuje…

– Tak, ładnie rysuje, chociaż obrazy olejne wychodzą mu już gorzej. Może go pani poprosić o narysowanie swojego portretu, ale gdyby na przykład chciał pożyczyć jakieś pieniądze od pani… Zdecydowanie odradzam.

Henio nie przeprowadził się nigdzie. Mieszkał na ulicy, nocował w klatkach schodowych, piwnicach, co było znośne latem, ale bardzo trudne zimą. W chłodniejsze pory roku znajdował sobie miejsce w noclegowniach – „Barce” w Poznaniu lub w hostelu w Nochowie, szybko jednak był stamtąd usuwany. W ośrodkach takich obowiązuje zakaz spożywania alkoholu, a Henio nie mógł się powstrzymać od picia. Przesiadywał w knajpach, gdzie rysował portrety za 10 złotych, czasami dawano mu coś co zjedzenia (raz spotkałem go na piętrze „Relaxu”, gdzie w brudnym, obdartym kożuchu nagabywał ludzi o pieniądze), ale w końcu i stamtąd go wyrzucano. Henio stał się postacią znaną w Śremie, pisał o nim „Tygodnik Śremski”, wypowiadały się na jego temat władze miejskie, również kierownik Środowiskowego Domu Samopomocy w Konwikcie na Poznańskiej, czy komendant straży miejskiej, którego funkcjonariusze czasami musieli ratować Henia przed niskimi temperaturami.

– Heniu, przecież ty tu uświerkniesz, wyłaź zaraz z tej szopy – usłyszał raz od nich chowający się przed mrozem w jakiejś budzie z desek Henio, o czym donosił „Tygodnik”. Wylazł, ale gdzie miał się skryć? W hostelu pijanego go nie przyjmą.

Czasami spotykaliśmy się na ulicy. Raz Henio na placu 20 Października pożyczył ode mnie 10 złotych na wieczne nieoddanie, czasami zamienialiśmy kilka słów.

– Widzę, Andrzejku, że nowy rower sobie sprawiłeś.

– Tak, stary oddałem uczennicy. Ten rower też komuś oddam, kiedy się zużyje. Kto wie, może tobie?

– O, ale ty jesteś dobry – rozanielił się Henio.

Szybko miałem pożałować tych słów, kiedy po kilku tygodniach usłyszałem jego głos w domofonie.

– Cześć, Andrzejku, tu Henio! Przyszedłem po rower.

– Jaki rower?

– Po twój rower. Obiecałeś, że mi dasz. Bo, wiesz, ja teraz mieszkam w hostelu w Nochowie, to mi się przyda do dojazdów.

– Niczego ci nie obiecywałem.

– Ale obiecywałeś! Nie pamiętasz?

Po kilku dniach w parku Śremskich Odlewników spotkałem siedzącego na ławce, zamroczonego alkoholem Henia, który spojrzał na mnie ponuro:

– Roweru mi nie chciałeś dać…

* * *

Pewnego dnia w piwnicy bloku na Modrzewskiego wybuchł pożar. Szybko zaalarmowano straż pożarną; kiedy ta ugasiła już ogień, strażacy wśród zgliszcz odkryli ludzkie zwłoki – zwłoki Henia. Prawdopodobnie nocował tam, zaprószył ogień (zasnął z zapalonym papierosem?) i zginął w płomieniach. Nie byłem na jego pogrzebie. Nie wiem też, czy Henio w ogóle miał normalny pogrzeb, przypuszczam, że został pochowany przez gminę. Później szukałem jego grobu na cmentarzu komunalnym w Śremie. Nie znalazłem…