Biblioteka Publiczna w Śremie – 2+2 Wystawa rodzinna

Na najnowszej wystawie „2+2 Wystawa rodzinna” w Bibliotece Publicznej im. Heliodora Święcickiego w Śremie, na której wernisażu byłem 18 listopada, można zobaczyć prace czterech artystek: Urszuli Brylewskiej-Łukomskiej, Patrycji Łukomskiej, Grażyny Brylewskiej i Magdy Kęskiewicz. Podobieństwo nazwisk nieprzypadkowe, artystki rzeczywiście tworzą rodzinę, a dokładne więzy pokrewieństwa między nimi wszystkim zainteresowanym sztuką i życiem towarzyskim Śremu są dobrze znane.

Przed wystawą znałem tylko twórczość Urszuli Brylewskiej-Łukomskiej, malarki, którą często spotykam na wystawach w Muzeum Śremskim i która w tym roku narysowała mój portret opublikowany w „Gazecie Śremskiej”. Z wystaw w muzeum pamiętam też niektóre prace eksponowane w bibliotece – wszystkie, jak mówi artystka, inspirowane „Dziwnym ogrodem” Józefa Mehoffera. Inspiracje te wprawdzie zostały bardzo przetworzone, to całkiem inna epoka w sztuce i inna też kolorystyka, a właściwie dwie kolorystyki: bieli i szarości oraz czerwieni i zieleni. Ludzkie sylwetki, jakby za mgłą, w niezwyczajnych pozach i strojach, rzeczywiście ewokują postaci jakby z obrazu Mehoffera. To sztuka najbardziej tradycyjna i też najłatwiejsza w odbiorze na wystawie,

Grafiki z cyklu „Zasłyszane” Patrycji Łukomskiej, które można zobaczyć już w drugiej sali wystawy, to całkiem inny rodzaj twórczości. Formalnie to grafiki, ale mnie kojarzą bardziej z poezją konkretną, której kilka wystaw widziałem w Bibliotece Raczyńskich w Poznaniu i Muzeum Współczesnym we Wrocławiu. Artystka, która z pewnością lubi zabawę słowem, postanowiła wykorzystać przypadkowo usłyszane kwestie, łącznie z ich niedoskonałościami językowymi (jak „Noszsz kuchnia Felek”, „Prościuto”) i ująć je w prace graficzne. Sztuka plastyczna czy literatura? Ze względu na przewagę graficznych środków wyrazu jednak bardziej sztuka, ale prace te można też traktować jako refleksję nad skonwencjonalizowaniem, stereotypowością naszego języka.

Prace Grażyny Brylewskiej są na wystawie najtrudniejsze w odbiorze, i one jednak mi się podobały. To kolaże przedmiotów naklejonych na czerpanym papierze, papier na tkaninie, do tego trójwymiarowe obiekty, które można potraktować jako rzeźby. Widać tu wpływ Magdaleny Abakanowicz, widać też fascynację dawnymi technikami produkcji papieru, artystka wspomniała mi o swoich wizytach w Muzeum Papiernictwa w Dusznikach-Zdroju, które też kiedyś odwiedziłem.

„Codziennik (#nomakeup #nofitter)” Magdaleny Kęskiewicz to ostatnia praca prezentowana na wystawie – zbiór fotografii ukazujących artystkę w najróżniejszych pozach, ubraniach i… nastrojach. Nie wiem, czy fotografie te, zgodnie z tytułem, rzeczywiście zostały wykonane bez makijażu (nie jestem kobietą, nie znam się), w każdym razie warto je obejrzeć – na przykład jako stan ducha młodej, wrażliwej artystycznie polskiej kobiety.

Po wystawie „Tacy byliśmy”, którą widziałem w lipcu, to druga wystawa sztuki w śremskiej bibliotece. Mam nadzieję, że wystawy te, podobnie jak w Bibliotece Raczyńskich w Poznaniu, staną się tradycją…

Arek

Arka poznałem w lutym 1993 roku, wkrótce po moim powrocie z nieudanego półrocznego pobytu w Niemczech. Wróciłem wtedy do pracy w Odlewni Żeliwa, jednocześnie próbując ponownie rozkręcić moją szkołę języków obcych, którą zawiesiłem na czas wyjazdu. Pewnego dnia ktoś zapukał do moich drzwi. W drzwiach stał młody chłopiec.

– Dzień dobry, jestem pana sąsiadem, mieszkam w tej klatce na III piętrze. Czy mógłbym uczyć się u pana niemieckiego?

Oczywiście. Chętnie przyjąłem jednego z pierwszych uczniów mojej szkoły, przecież dopiero szukałem klientów. Arek chodził do III klasy liceum ogólnokształcącego w Śremie i, jak mi powiedział, interesował się niemieckim. Interesował się? To chyba za mało powiedziane. Był bardzo dobry z tego języka, tak dobry, że miałem trudności z dobraniem dla niego odpowiedniego podręcznika. Ostatecznie, już w IV klasie, przeważnie przerabialiśmy artykuły prasowe z niemieckich gazet, które kupowałem w Poznaniu. Naturalnie przygotowywałem też Arka do matury. Tuż po zdanym egzaminie ustnym (była to dawna matura, w 1994 roku, jeszcze przed reformą edukacji) zadzwoniła do mnie koleżanka, germanistka Anna Słowińska, i roześmiana powiedziała:

– Słuchaj, ten Arek jest niesamowity. Z panią Marią Kilian w komisji nie mogłyśmy się nadziwić. Na przykład kiedy powiedział, że czasownik „marschieren” w Perfekcie łączy się z z „haben”, ale może też łączyć się z „sein” i jaka jest różnica…

To prawda, sam mu wyjaśniałem tę różnicę.

Wbrew moim (nigdy niewypowiedzianym) oczekiwaniom i nadziejom Arek nie poszedł na germanistykę, zdecydował się na studia ekonomiczne. Wybór był chyba jednak dobry. Mimo jego pasji do języka nie bardzo wyobrażałem sobie Arka zainteresowanego literaturą, przesiadującego w książkach; wolał pograć w piłkę na podwórku przed moim blokiem.

Przy Grota Roweckiego mieszkałem w kawalerce na parterze. Naprzeciwko mnie mieszkali państwo T. – mąż pracował w Odlewni (chciał kiedyś uczyć się u mnie niemieckiego, ale się wymówiłem, wiedziałem, z jakimi kłopotami wiąże się nauczanie dorosłych), żona, pani T., w szpitalu, gdzie obsługiwała sprzęt diagnostyczny; mieli dwie córki, które chodziły do śremskiego liceum.

Arek mieszkał z rodzicami w niewielkim, niewiele większym od mojej kawalerki mieszkaniu dwa piętra wyżej. Szybko poznałem też jego rodziców. Ojciec Arka, pan Andrzej, kiedyś pracował w Odlewni, jak większość mieszkańców bloku, który był blokiem zakładowym. Był już na rencie (w Odlewni zapadł na pylicę), ale dorabiał sobie, pracując w holenderskim przedsiębiorstwie Karma-Bella w Psarskiem, w którym zajmował się sprawami zaopatrzenia i mnóstwem innych. Ponieważ wykonywałem tłumaczenia dla Karma Belli, mieliśmy częsty kontakt, zachodziłem do ich mieszkania. Arka przeważnie nie było, miał swoje sprawy z kolegami, albo spotykał się z dziewczyną, która też zachodziła do niego na Roweckiego. W kuchni cicho krzątała się tylko mama Arka, dbając o to, aby domownikom niczego nie brakowało; ojciec, pan Andrzej, opowiadał o kłopotach w pracy, których było co niemiara; czasami rozmowa schodziła na politykę, i tę lokalną politykę małego miasteczka, i tę krajową. Pan Andrzej dobrze wspominał czasy PRL, pracę w wielkim zakładzie, nie przeszkadzało mu to, że praca ta zabrała mu zdrowie, teraz zawsze głosował na lewicę. Spotkania te, których pretekstem była na przykład konieczność zaniesienia faktury za tłumaczenie, kontynuowałem również po mojej przeprowadzce z Grota Roweckiego na Chłapowskiego w 2001 roku.

Po studiach Arek znalazł pracę w Gądkach, codziennie dojeżdżał do pracy i nasze kontakty stały się rzadsze. Niemiecki z pewnością przydawał mu się w pracy, w logistyce i obsłudze klientów.

Pewnego dnia pan Andrzej strapiony opowiedział mi o kłopocie, który spadł na jego rodzinę. Podczas rutynowych badań lekarskich u Arka stwierdzono jakieś nieprawidłowości. Dokładniejsze badania wykazały nowotwór. Zaczęło się leczenie, które trwało długo i o którym, chociaż Arek był moim dawnym uczniem, niewiele wiedziałem. Nie sądziłem jednak, że sytuacja wygląda źle – spotykałem się czasami z Arkiem na ulicy i przed moim dawnym blokiem i nie było widać oznak choroby. Oczywiście nie poruszałem z nim tego tematu.

Pod koniec 2012 roku nagle zmarł pan Andrzej, ojciec Arka. Przechodził operację w szpitalu w Śremie. Sam zabieg nie zagrażał życiu, po operacji doszło jednak do nieszczęścia – ataki  kaszlu (pamiątka po pylicy, której nabawił się podczas pracy w Odlewni) spowodowały rozejście się szwów i niemożliwe już do wyleczenia zakażenie rany.

W marcu 2013 roku na słupie ogłoszeniowym w Śremie zobaczyłem nekrolog Arka – chwila, w której prawdziwość, mimo wcześniejszych sygnałów, nie chcemy wierzyć i która tłamsi nas, przydusza całą swoją prawdą do ziemi…

W następną niedzielę, wychodząc po mszy z kościoła na Jezioranach, spotkałem panią T., moją dawną sąsiadkę z bloku przy Grota Roweckiego; zaczęliśmy rozmowę o Arku.

– Powiem panu, że kiedy tego dnia wyszłam z mieszkania i zobaczyłam ten nekrolog, aż mi tchu zabrakło. Od razu zawołałam Staszka, męża, zapytałam: powiedz no, czy ja tu dobrze widzę? Jakie to nieszczęście dla matki, straciła najpierw męża, a teraz syna. A Arek był takim grzecznym chłopcem, zawsze powiedział „dzień dobry”, nie to co inni…

Pan Stanisław, mąż pani T., zmarł niecałe dwa lata później, w grudniu 2015 roku. Pani T., dopiero od niedawna na emeryturze, została sama w domu; pomagała też córkom, które wyszły za mąż, urodziły dzieci (jedna z córek wyemigrowała z mężem do Irlandii). Pewnego dnia, w sierpniu 2016 roku, kiedy w Hali Targowej „Kupiec” w Śremie kupowała ubranka dla wnuczki, zasłabła. Karetka pogotowia jechała aż z Książa (śremska karetka pojechała do innego zdarzenia) i, niestety, przyjechała zbyt późno. Oboje mieli tylko 64 lata. Śremskie media wykorzystały tragedię, znalazły temat, zadając pytanie – dlaczego w Śremie jest tylko jedna karetka?

Praca uniemożliwiła mi wzięcie udziału w pogrzebie, tak jak wcześniej nie byłem na pogrzebie Arka. Praca, czyli tłumaczenia, nauczycielem przestałem być już dawno temu, chociaż takie postaci jak Arek te dawne lekcje ciągle przywodzą mi na myśl…

Jerzy Jurga

Od kiedy znalem Jerzego Jurgę? Chciałoby się powiedzieć: od zawsze, to jest od kiedy zamieszkałem w Śremie, ale przecież nie będzie to prawdą. W każdym razie na charakterystyczną sylwetkę mężczyzny w średnim wieku, z lwią grzywą siwych włosów, spieszącego gdzieś ulicami Śremu, zwróciłem uwagę już w pierwszych latach mojego mieszkania w Śremie. Wkrótce, dzięki mediom i wizytom w Muzeum Śremskim, dowiedziałem się, że jest artystą, że maluje obrazy. Od moich uczniów już na początku lat 90. dowiedziałem się też o klubie „Kerber” przy Zachodniej, kawiarni pod mieszkaniem malarza, którego potoczna nazwa wzięła się od nazwiska Gabrieli Kerber, żony malarza. Nigdy w nim nie byłem, klub był jednak bardzo popularnym, wręcz kultowym miejscem spotkań śremskiej młodzieży.

Jeszcze w latach 90. miałem okazję bliżej poznać twórczość Jerzego Jurgi, tłumacząc na zlecenie Urzędu Miejskiego lub Muzeum Śremskiego ulotkę czy wpis do jakiegoś katalogu (już tego nie pamiętam) o artyście. To z tego wpisu dowiedziałem się o drugiej jego pasji – konstruowaniu kusz. Kusze nigdy mnie specjalnie nie interesowały, obrazy – tak. Coraz więcej ich odkrywałem w różnych miejscach, w galeriach i podczas wystaw, między innymi w Muzeum Śremskim, gdzie w 2005 roku wziąłem udział w wernisażu dużej wystawy Jerzego Jurgi „Moje obrazy i przyjaciół i znajomych”. Wystawa (pamiętam ją do dzisiaj, zrobiła na mnie duże wrażenie, była jedną z najciekawszych, jakie widziałem w Muzeum) pokazywała Jerzego Jurgę takim, jakim go już znałem, ukazywała też jednak nieznane mi dotąd zakamarki duszy artysty.

Jerzy Jurga nie był bynajmniej artystą zamkniętym w wieży z kości słoniowej. Do 1984 roku pracował jako nauczyciel wychowania plastycznego w śremskim liceum, udzielał się towarzysko, prowadził też wykłady o historii sztuki w Bibliotece Publicznej w Śremie. W styczniu 2007 roku byłem też na jego wykładzie (poświęconym sarmatyzmowi)  w ramach Uniwersytetu Ludzi Ciekawych Świata w Collegium Heliodora Święcickiego, również przy Bibliotece (były to czasy, kiedy często chodziłem na te wykłady, obecnie nie pozwala mi już na to praca); to na nim dowiedziałem się, że biblioteka w Śremie w maju tegoż roku organizuje wyjazd do Drezna, do Galerii Starych Mistrzów w Zwingerze. W planach było też zwiedzanie innych obiektów w Dreźnie, jak odbudowanego po zniszczeniach wojennych kościoła Najświętszej Marii Panny (Frauenkirche). Ponieważ nigdy wcześniej nie byłem w Dreźnie, zapisałem się na wycieczkę. Jednym z jej uczestników i naszym (nieoficjalnym) przewodnikiem był Jerzy Jurga.

Wyjechaliśmy do Drezna 26 maja 2007 roku wczesnym rankiem. W autokarze Jerzy Jurga zastrzegł się, że nie będzie mógł oprowadzić nas galerii (byłoby to zresztą chyba sprzeczne z przepisami, oprowadzanie było zarezerwowane dla pracowników Zwingeru, galerię każdy więc musiał zwiedzać sam), dużo nam jednak opowiedział, na co warto zwrócić uwagę w Galerii Starych Mistrzów. Chlubą galerii jest „Madonna Sykstyńska” Rafaela, magnes przyciągający do Drezna wycieczki z całego świata, galeria może się jednak poszczycić też wieloma innymi sławnymi dziełami, jak „Śpiąca Wenus” Giorgione, „Autoportret z Saskią” Rembrandta…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przed wejściem do Galerii Starych Mistrzów w Dreźnie w maju 2007 roku. Jerzy Jurga z bujną siwą fryzurą stoi (odwrócony w bok) w prawej części zdjęcia; piszący te słowa jest widoczny (w niebieskiej koszuli) bardziej w środku. Fot. Biblioteka Publiczna w Śremie

Wizyta w Dreźnie była raczej nieudana. Spowodował to między innymi ulewny deszcz, który po kilkugodzinnym zwiedzaniu Zwingeru przeszkodził nam pójść do Frauenkirche i obejrzeć inne zabytki. Pobyt w stolicy Saksonii zakończył się więc wizytą w centrum handlowym, potem wróciliśmy do Śremu. W następną sobotę, przypadkiem spotkałem się z Jerzym Jurgą podczas wystawy fotograficznej Galerii Bezdomnej w Muzeum Śremskim. Był ciekawy moich wrażeń:

– I jak się koledze podobała wycieczka do Drezna?

– Cóż, szczerze mówiąc, trochę się rozczarowałem. Preferuję inną sztukę. Dzieła w Galerii Starych Mistrzów nie wywarły na mnie takiego wrażenia. Nawet ta „Madonna Sykstyńska”… Mam w domu album z twórczością Rafaela i powiem panu, że na reprodukcji wydała mi się ładniejsza niż w oryginale.

– Tak, to wynikało też z tego, że w galerii obraz jest za szkłem. Bliki przeszkadzają. A co wywarło na panu największe wrażenie?

– Mała wystawa obrazów Cranacha na górnej kondygnacji. Epoka renesansu, ale obrazy bardzo nietypowe dla niej. Te groteskowe przedstawienia przypominały mi obrazy Boscha…

– Naprawdę? Też na to zwróciłem uwagę. Rzeczywiście niezwykłe… A jaką w ogóle sztukę pan preferuje?

– Bardziej współczesną, dwudziestowieczną.

– Ja też lubię niemiecką sztukę współczesną. Interesowałem się kiedyś twórczością Otto Niemeyera-Holsteina…

– Znam go, też go lubię. W ubiegłym roku, podczas wycieczki rowerowej po wyspie Uznam, zwiedziłem muzeum w jego domu w Lüttenort. Czytałem też jego wspomnienia po niemiecku.

– Co pan powie? – Jerzy Jurga cały się rozpromienił. – Wiesz co, przejdźmy sobie na ty, Jurek jestem. A co jeszcze sądzisz o naszej wycieczce?

– Drezno…, muszę powiedzieć, że samo miasto, jego architektura też mnie rozczarowała. Może to wynik niewłaściwej odbudowy po bombardowaniu w 1945 roku…

– Powiem panu, powiem ci, że architektura niemieckich miast w ogóle jest do d… Z małymi wyjątkami. Ładna architektura jest tylko w małych miasteczkach, takich jak Budziszyn koło Drezna. Ale tak się cieszę, że się zgadaliśmy. Wiesz co? Odwiedź mnie kiedyś w domu na Zachodniej. Kładę się późnej spać, koło drugiej, możesz wpaść, to pogadamy. Wprawdzie teraz jestem dość zajęty, ponieważ przygotowuję wystawę. Wernisaż będzie w lipcu.

– Tu, w Śremie?

– Nie, w Poznaniu, w galerii „Arsenał”. Ma to być moja retrospektywa, wybieram więc obrazy. To do zobaczenia!

Czy muszę mówić, że nasze przejście z Jerzym Jurgą na ty trwało tylko jeden dzień? Różnica wieku, fakt, że obracaliśmy się w całkiem różnych środowiskach i wreszcie powierzchowność i efemeryczność naszych kontaktów sprawiła, że przy następnym spotkaniu zwracaliśmy się do siebie już jak dotychczas, per „pan”. Rozmowa ta była jednak ważna dla mnie, również z tego powodu, że usłyszałem podczas o niej o wystawie w „Arsenale”.

Retrospektywa Jerzego Jurgi w Galerii Miejskiej „Arsenał” w Poznaniu była jedną z ciekawszych wystaw i jedną z tych, którą najlepiej zapamiętałem z moich licznych wizyt w tej galerii. Pokazano bardzo szeroki przekrój prac – od utrzymanych w ciemnej tonacji barw obrazów abstrakcyjnych z lat 60. przez główny nurt jego twórczości, czyli sztukę przedstawieniową, zdominowaną przez szarość i biel, w której można dopatrzyć się wpływów surrealizmu i sztuki dziecięcej lub prymitywistów, po tak zwane obrazy zapisywane, czyli składające się z małych piktogramów w postaci ludzkich sylwetek i figur geometrycznych. Te ostatnie i obrazy abstrakcyjne z wczesnego okresu twórczości, podobnie jak kusze Jerzego Jurgi, nie przemawiały do mnie, w przeciwieństwie do obrazów figuratywnych, z których część już znałem z wystawy w Muzeum Śremskim. Pociągała mnie w nich zarówno ich forma, chropowata faktura, czasami jeszcze wzmocniona umieszczeniem w nich wypukłych elementów, jak i treść – obrazy Jerzego Jurgi, przepojone pewną melancholią, nawet smutkiem, były dla mnie ekspresją samotności, alienacji człowieka we współczesnym świecie. To wszystko, co tu napiszę o ich treści. Nie będąc krytykiem, nie dokonuję analizy tej sztuki, zresztą nie jest to chyba potrzebne – każdy musi zobaczyć je sam.

Kiedy w 2008 roku zacząłem redagować Wikipedię, jedno z pierwszych haseł, które napisałem, było poświęcone Jerzemu Jurdze. Pisałem w nim o jego twórczości, ale też o życiu prywatnym: o „Kerberze”, o domu w Grodzewie, o należącym kiedyś do malarza, obecnie zrujnowanym „Białym Gościńcu” niedaleko Kotowa nad Wartą, o jego rodzinie, w tym zmarłej krótko wcześniej żonie. Redaktorzy Wikipedii są zwykle anonimowi, artysta wiedział jednak o moim autorstwie, ponieważ o haśle wspomniałem jego synowi – Kubie. Po miesiącu, 23 października 2008 roku, do kasyna przy jednostce wojskowej w Śremie, gdzie jak co dzień właśnie jadłem obiad, na chwilę wszedł Jerzy Jurga, skierował się do mojego stolika i krótko powiedział:

– Panie Matras, moja żona ma na imię Gabriela, nie Grażyna, jak pan napisał, niech pan to poprawi..

Poprawiłem, nie wiedząc, że była to moja ostatnia rozmowa z Jerzym Jurgą. Artysta zmarł 13 lutego 2009 roku. Dowiedziałem się o tym z Internetu, wieczorem tego samego dnia. Natychmiast zaktualizowałem hasło w Wikipedii, po raz ostatni – po moim wycofaniu się z redagowania Wikipedii późniejsze edycje hasła pochodzą od innych redaktorów. Prawie dwa lata później, w grudniu 2009 roku w wielkim pożarze spłonął też „Kerber” przy Zachodniej w Śremie. Skończyła się pewna epoka…

* * *

Postać Jerzego Jurgi, wspomnienie o nim nieoczekiwanie ponownie zaistniało w moim życiu na początku tego roku. 7 stycznia w magazynie informacyjnym „W samo południe” w I programie Polskiego Radia usłyszałem wiadomość o pożarze polskiego klubu – The Polish Place – w Australii. Nadano też krótki wywiad z właścicielką klubu, która wspomniała, że wśród utraconego majątku i dzieł sztuki były też obrazy Jerzego Jurgi. Za pośrednictwem Facebooka postanowiłem skontaktować się z klubem, wysyłając krótką wiadomość:

Dzień dobry!

Piszę do Państwa z Polski. Właśnie usłyszałem w wiadomościach w Polskim Radiu, że spalił się Państwa ośrodek – The Polish Place. Bardzo mi przykro z tego powodu; mam nadzieję, że uda się Państwu go odbudować i wznowić działalność.

Słyszałem też, że podczas pożaru spłonęły obrazy Jerzego Jurgi. Jerzego Jurgę, malarza z mojego miasta Śremu, znałem bardzo dobrze, jestem też autorem artykułu o nim w polskiej Wikipedii. Nie wiedziałem, że posiadali Państwo też jego obrazy. Czy mogę zapytać, w jaki sposób trafiły one do Państwa? Ile obrazów Jerzego Jurgi spłonęło?

Tego samego dnia otrzymałem odpowiedź od pani Anny Sowter, właścicielki klubu:

Witam Pana,

Mieliśmy 9 obrazów Jerzego Jurgi, które spłonęły. Poznaliśmy się dzięki słynnej galerii w Poznaniu przy Starym Rynku. Przepraszam, ale zapomniałam jej nazwę. Ulica chyba Woźna albo Wodna. Wówczas zakupiłam parę jego obrazów, później skontaktowałam się z Jerzym bezpośrednio i zorganizowaliśmy wystawę jego dziel w naszej galerii. Nie pamiętam teraz roku, ale to chyba późne lata 90. Zatrzymaliśmy 6 obrazów i Jerzy dosłał nam dwa następne. Jego żona, Gabrysia jest odpowiedzialna za pomalowanie kwiatów na ścianie i na kominku w sali restauracyjnej w 2003. Bardzo mi tęskno za obojga wybitnym talentem. Obrazy nie były na sprzedaż, były naszą kolekcją w galerii.

Odpowiedziałem:

Dziękuję za informacje. Czy pozwoli Pani, że podzielę się nimi z moimi znajomymi na Facebooku? Jerzy Jurga, chociaż zmarł w 2009 roku, jest dobrze pamiętany w Śremie, był bardzo ważną postacią w życiu kulturalnym naszego miasta.

Na co otrzymałem z Australii odpowiedź:

Oczywiście, uważam Jerzego za jednego z najwybitniejszych artystów w Polsce i Śrem może być bardzo dumny. Wystawa jego obrazów w naszej galerii była wielkim powodzeniem. Na nieszczęście spaliły się książki o Jerzym jak również recenzje w gazetach australijskich o jego twórczości. Ponad 20 obrazów sprzedanych znajduje się w domach Australijczyków i Nowozelandczyków.

Dopiero po tej wymianie korespondencji dowiedziałem się, że Jerzy Jurga był też w Australii i pozostawił tam swoje obrazy. Obrazów, które spłonęły, już nie odzyskamy; na szczęście pozostało ich wiele w Śremie i w Polsce. Pani Anna Sowter miała rację: „Śrem może być bardzo dumny”.

Wspomnienie napisane i opublikowane 24 września  2017 roku – w dniu odsłonięcia pomnika Jerzego Jurgi na śremskiej promenadzie.

Kazimiera

Na 1 września – o tym, jak znajomość historii pomaga w tłumaczeniach i kontaktach z klientami. Wspomnienie sprzed lat…

– Dzień dobry! Przyszłam odebrać tłumaczenie dokumentu.

– Proszę. Pani urodziła się w czasie okupacji, prawda?

– Tak. A skąd pan wie? Tu nie ma mojej daty urodzenia.

– Interesuję się historią. Na drugie imię ma pani Kazimiera. W czasie wojny wszyscy chłopcy narodowości polskiej urodzeni w Kraju Warty otrzymywali na drugie imię Kazimierz, a dziewczynki Kazimiera. W ten sposób władze okupacyjne chciały ich od urodzenia odróżniać od Niemców.

– A, tak rzeczywiście było. Kiedy byłam małą dziewczynką, miałam za złe mamie, że dała mi takie imię, ale mi wytłumaczyła, że inaczej nie mogła…

„Konski w sosie serowo-pieczarkowym”

Scenka z dzisiejszego dnia w restauracji w moim mieście, do której często chodzę na obiad.

W wypisanym kredą na ścianie menu widzę między innymi pozycję: „KONSKI W SOSIE SEROWO-PIECZARKOWYM”.

– Przepraszam, te „konski”… Co to jest?

– Kawałki mięsa.

– Ach, tak. A już myślałem, że to z konia. To się inaczej pisze… Nie, tego nie wezmę. Szare kluski poproszę.

Biblioteka Publiczna w Śremie – „Tacy byliśmy”

„Tacy byliśmy” to najnowsza wystawa Biblioteki Publicznej w Śremie, którą można oglądać przez całe wakacje w głównej siedzibie biblioteki na Jezioranach. Podtytuł jej brzmi „Lata osiemdziesiąte w Śremie”; w rzeczywistości wystawa wykracza poza te ramy czasowe – obejmuje też początek lat dziewięćdziesiątych. Jej trzon stanowią dokumenty życia społecznego – afisze, plakaty, zaproszenia na wystawy, do tego wycinki prasowe i mnóstwo fotografii z imprez odbywających się wtedy w Śremie.

Sprawy poważne i mniej poważne. Wystawę otwiera obwieszczenie o wprowadzeniu stanu wojennego w 1981 roku, na szczęście złowrogie obwieszczenie równoważą afisze z już wolnej Polski – o wyborach prezydenckich w 1990 roku, o zmianie nazw ulic w tymże roku, kiedy moja dawna ulica Dzierżyńskiego stała się ulicą Grota Roweckiego, a obecna Chłapowskiego zyskała swoją nazwę po przemianowaniu jej z Zawadzkiego, pisma dotyczące tworzących się komitetów telefonizacji Śremu. Szkoda, że zabrakło dokumentów dotyczących utworzenia sieci telewizji kablowej, kiedy śremianie nagle uzyskali dostęp do „aż” sześciu (chyba tyle ich było?) zagranicznych stacji telewizyjnych. Było to bardzo ważne wydarzenie dla miasta – również dla mnie, dopóki w 1995 roku nie pozbyłem się z mieszkania mojego telewizora.

Na wystawie dominują jednak sprawy mniej poważne – jak Wyścig Pokoju, którego jeden z etapów w maju 1989 roku przebiegał przez Śrem, ogłoszenie o seansie bioenergoterapeuty Lecha Lisieckiego w 1991 roku (bilet wstępu kosztował 25 tys. zł), różne druki ulotne, zaproszenia, fotorelacje z imprez kulturalnych, głównie Dni Śremu. W Śremie mieszkam dopiero od 1987 roku, w dużej części tych imprez nie mogłem więc uczestniczyć, ale nawet tych z końca lat 80. i początku lat 90. w większości nie przypominam sobie. Czy moje życie koncentrowało się wtedy na innych sprawach, czy promocja kultury w Śremie wyglądała inaczej? Na Dni Śremu zresztą do dzisiaj nie chodzę, spędzam je przeważnie na rowerze w innych częściach Wielkopolski.

Wystawa jest jednak interesująca, zmusza mnie też do spojrzenia innymi oczami na sprawy kultury w moim mieście. Ludyczność, powiedzmy wprost: małomiasteczkowość życia kulturalnego w Śremie jest faktem, którego nie zmienimy. Podobnie zresztą to życie kulturalne wygląda na przykład w Środzie Wielkopolskiej, Kościanie i innych powiatowych miastach Wielkopolski. Dlatego w weekendy z reguły wyjeżdżam do Poznania lub innych miejscowości, gdzie oferta kulturalna jest bogatsza i – przede wszystkim – bardziej odpowiadająca moim zainteresowaniom. Na tym tle zaskakuje poważna tematyka niektórych spotkań w Śremskim Ośrodku Kultury, spotkania z podróżnikami po Australii czy Japonii (w czasach PRL była to niesłychana egzotyka), czy też informacja prasowa o otwarciu 2 lutego 1985 roku Galerii Sztuki Współczesnej prowadzonej przez śremskiego artystę Jerzego Jurgę. Galeria zresztą szybko upadła, o czym na wystawie już się nie dowiadujemy; opowiedział mi o niej kiedyś znajomy, który dużo później też otworzył w naszym mieście galerię dzieł sztuki i antyków (również bez powodzenia). Kultura wysoka również była więc obecna w owym czasie w Śremie, chociaż pewnie pojawiała się tylko z rzadka. Dużym zaskoczeniem było dla mnie odkrycie, że w Śremie w latach 80. wystąpił warszawski Teatr Ochoty ze spektaklem „Adam i Ewa” Marka Twaina z Tomaszem Mędrzakiem i Bożeną Stryjkówną w rolach głównych; spektakl to dla mnie szczególny, ponieważ było to pierwsze przedstawienie teatralne, które widziałem w Warszawie podczas moich studiów.

Największe zaskoczenie czekało mnie jednak na końcu wystawy, kiedy zobaczyłem umowę podpisaną z jednym z mieszkańców mojego miasta o… statystowanie w filmie „Między ustami i brzegiem pucharu” z 1987 roku na podstawie powieści Marii Rodziewiczówny. Był to jeden z pierwszych filmów, które widziałem po mojej przeprowadzce do Śremu, w Dyskusyjnym Klubie Filmowym działającym przy Odlewni Żeliwa. Wiedziałem, że był realizowany między innymi w Racocie, dopiero teraz jednak dowiedziałem się, że wystąpiło w nim kilkudziesięciu śremian – statystów, co, jak sądzę, było dla nich przygodą życia.

Wystawa warta zobaczenia – jako dokument minionego czasu i… katalizator wspomnień.

Czy warto studiować anglistykę?

Wpis zainspirowany niedawnymi dyskusjami w grupie tłumaczy na Facebooku na temat studiów filologicznych i wyboru zawodu.

Miejsce: moje mieszkanie. Czas: ubiegły tydzień, rozmowa z klientem, który przyszedł w sprawie tłumaczenia.

– A ja jeszcze w całkiem innej sprawie… Czy sądzi pan, że warto teraz studiować anglistykę? Bo moja córka się zastanawia nad wyborem kierunku studiów.

– A w której jest klasie?

– Właśnie skończyła naukę. Zdała maturę.

– I jeszcze nie podjęła decyzji? Wie pan, studia filologiczne to jak studia prawnicze. Po ich ukończeniu praktycznie nie ma się zawodu. Można zostać adwokatem, prokuratorem, sędzią, ale w tym celu należy pójść na aplikację, terminować, zdać trudny egzamin. Po samym prawie nie ma się nic. I tak jest z anglistyką. Dlatego wielu anglistów studiuje równolegle inne kierunki studiów. Po samej anglistyce można zostać nauczycielem, ale kandydatów jest bardzo dużo. Z kolei aby zostać prawdziwym, profesjonalnym tłumaczem, po studiach trzeba jeszcze dużo się uczyć, ewentualnie zdać bardzo trudny egzamin na tłumacza przysięgłego…

Dwie refleksje naszły mnie po tej rozmowie:

1. W latach 90., kiedy jeszcze dużo uczyłem angielskiego i niemieckiego, wszyscy moi uczniowie mieli sprecyzowane plany co do ich studiów od początku IV klasy liceum, wielu dużo wcześniej. Oczywiście plany te z reguły weryfikowało życie, czytaj: egzamin wstępny, młodzi ludzie mieli jednak konkretny cel, do którego dążyli. Czy tego celu już nie mają? Jak można zastanawiać się nad wyborem kierunku studiów dopiero po otrzymaniu świadectwa dojrzałości?

2. Chyba w 2000 roku czytałem wywiad z prof. Jackiem Fisiakiem, dyrektorem mojego Instytutu Anglistyki na UAM, w którym ten polecał swój kierunek, z dumą twierdząc, że bezrobotnych anglistów nie ma. Wtedy to była prawda, od wielu lat niestety już tak nie jest. Powody są jasne: wysyp szkół prywatnych, nadprodukcja filologów, ale może też normalizacja sytuacji, która w czasach PRL nie była normalna. W PRL filologie obce były fetyszyzowane, trochę jako namiastka obcego świata, do którego dostęp mieliśmy ograniczony. W Europie Zachodniej czy USA kierunki te również zawsze istniały, ale nie cieszyły się takim nimbem. Powrót do normalności?

Dziadek

We wtorek 16 maja w jadalni „Betania” przy szkole katolickiej w Śremie było wyjątkowo tłoczno. Zaczął się właśnie przegląd piosenki religijnej „Śremsong” i jadalnia pełna była młodzieży, która właśnie przyszła się posilić w przerwie między występami. Wreszcie udało mi się kupić obiad; usiadłem przy stole z młodą mamą i jej córką – obie znane mi od dawna z widzenia.

– No, nareszcie. To chyba z powodu „Śremsongu” ten tłok. Wczoraj byłem na obiedzie w „Ogryzku”, nie wiem więc, czy w „Betanii” też było tak tłoczno jak dzisiaj.

– A ja też śpiewam na „Śremsongu” – pochwaliła się dziewczynka.

– Naprawdę? W jakimś zespole?

– Chodzi do szkoły muzycznej, tu na miejscu – wyjaśniła mama.

– A, rozumiem. A na czym grasz?

– Na skrzypcach.

– Lubię skrzypce, zwłaszcza kiedy grają w kwartetach smyczkowych. A w której jesteś klasie?

– W drugiej.

Dziewczynka spojrzała na mnie i po chwili zapytała:

– Proszę pana, a czy pan jest dziadkiem mojej koleżanki z klasy, Ani?

– Nie, nie jest – powiedziała mama. – Mówiłam ci przecież, że ten pan nie jest dziadkiem Ani. Jedz obiad.

Zdaje się, że właśnie przekroczyłem w życiu pewną granicę… :-)

Muzeum Regionalne w Kościanie – Karol Budziński

19 marca – po deszczowej i wietrznej sobocie wyjazd do Muzeum Regionalnego w Kościanie, gdzie chcę obejrzeć  nową wystawę stałą „Bohaterowie 1918-1919” i wystawę czasową fotografii Karola Budzińskiego „Wielkopolska – tu warto być, to warto zobaczyć”. W niedzielę deszcz ustał; wiatr wprawdzie osłabł do 5 m/s, ale ponieważ wieje z zachodu, trochę przeszkadza w jeździe.

Młody mężczyzna z obsługi muzeum poznaje mnie z poprzedniej wizyty dwa lata temu, kiedy to przyjechałem, aby zwiedzić wystawę czasową poświęconą powstaniu wielkopolskiemu w grafice. Obecna wystawa jest całkiem inna – nie grafika, lecz fotografia i nie historia, lecz teraźniejszość są jej tematem. Fotografie Karola Budzińskiego (mojego równolatka, urodzonego w 1963 roku) do tej pory w ogóle nie były mi znane i, szczerze mówiąc, nie spodziewałem się wiele po wystawie; tymczasem profesjonalizm i wysoki poziom eksponowanych prac mile mnie zaskoczył. Fotografie Budzińskiego nie są owocem eksperymentów formalnych czy próbowania nowych technik – to fotografia tradycyjna, realistyczna, ale też bardzo dobra w swoim realizmie, w umiejętności kadrowania scen, patrzenia na znane krajobrazy z innej perspektywy. Dużo przedstawionych pejzaży i budowli jest mi znajomych, może z wyjątkiem północnej Wielkopolski, którą znam najsłabiej; odkrywam też tereny położone blisko Śremu, jak Kórnik, Rogalin, Śmiełów. Po dłuższym zwiedzaniu przeze mnie wystawy z górnej kondygnacji schodzi pracownik muzeum, wdajemy się w rozmowę.

– Wystawa bardzo interesująca. W większości z tych miejsc byłem, a przez Rogalin przejeżdżam za każdy razem jadąc do Poznania. Niezwykłe jest to ujęcie dębów rogalińskich – na fotografii wyglądają jak zaczarowany las z „Władcy pierścieni” Tolkiena, a przecież w rzeczywistości są już martwe.

– Warto też zwrócić uwagę na to turkusowe jezioro koło Gosławic w Koninie – mówi mój przewodnik. – Zabarwienie wody to wynik wyrzucanych tam odpadów, przykład degradacji środowiska naturalnego na skutek wydobycia węgla brunatnego. Może pan słyszał, że koło Kościana również planowana jest budowa kopalni.

– Tak, słyszałem, pas wydobycia ma ciągnąć się od Czempinia przez Gostyń po Krobię i Miejską Górkę. Kiedy jadę ze Śremu do Wrocławia, widzę napisy protestujące przeciwko temu pomysłowi: „Jesteśmy rolnikami, nie górnikami”, „Wynocha z naszej ziemi” i inne. Z drugiej strony może to być szansą dla miasta – Konin bardzo się rozwinął dzięki odkryciu złóż węgla brunatnego i budowie elektrowni. W Gosławicach byłem w ubiegłym roku, w tamtejszym Muzeum Okręgowym widziałem tego słonia leśnego, którego też tu widać na zdjęciu, i wystawę o górnictwie na ziemi konińskiej. Warto też zwiedzić klasztor kamedułów w Bieniszewie, o na tym zdjęciu, rzeczywiście leży on w środku lasu, trudno tam dojechać.

Rozmawiamy o wielu innych obiektach przedstawionych na zdjęciach, o południowej fasadzie zamku w Kórniku i dlaczego wygląda ona jak łuk w indyjskim Taj Mahal, o zamku w Gołuchowie przedstawionym w zimowej szacie, też o ludziach i historii tych ziem, między innymi wypędzeniach i przesiedleniach. Kiedy mój rozmówca wspomina o wystawie poświęconej wysiedleniom w Kościanie, opowiadam o Gudrun Everett, córce burmistrza w Dolsku, i jej wspomnieniach w książce „I can’t forget”, którą zrecenzowałem na moim blogu.

W przeciwieństwie do wystaw czasowej nowa wystawa stała „Bohaterowie 1918-1919” nie jest dla mnie już tak ciekawa, może dlatego, że z opowieścią o udziale mieszkańców Kościana w powstaniu wielkopolskim mnie, śremianinowi, trudno jest się identyfikować – nawet jeśli udział ten był większy niż uczestnictwo śremian w tym zrywie niepodległościowym.

Po zwiedzeniu muzeum zachodzę jeszcze do kościańskiej fary – o wiele ładniejszej i kryjącej w sobie cenniejsze wyposażenie niż śremska. Byłem tu już kilkakrotnie, raz nawet pojechałem na mszę, aby ją dokładnie zwiedzić. Chętnie obejrzałbym ją dokładnie jeszcze raz, ale akurat zaczyna się suma o godzinie 12; będę musiał przyjechać tu kiedyś przed mszą.

* * *

Wracając do Śremu, w Gaju skręcam jeszcze do schroniska dla zwierząt, przed którym stoi dużo samochodów. Można wejść na teren schroniska, z której to możliwości – po raz pierwszy – korzystam. Bardzo dużo ludzi przyjechało ze Śremu i innych miejscowości, aby zobaczyć bezdomne psy i… wyjść z nimi na spacer po najbliższej okolicy. Dla wielu obecnych tu rodzin z małymi dziećmi to pewnie próba przed podjęciem poważnej decyzji o adopcji. Większość psów ma już kilka czy kilkanaście lat, w ogrodzonym kojcu są też jednak szczeniaki, bardzo popularne wśród dzieci. Pewnie niedługo będą czekać na adopcję.

Wychodząc, zamieniam jeszcze kilka słów z pracownicą (wolontariuszką?) schroniska.

– Znałem osobiście dr Ludwikę Własińską, założycielkę schroniska i fundacji „Dr Lucy”. Szkoda, że odeszła… A kto teraz opiekuje się schroniskiem?

– Kierowniczką jest nadal Paula Piasecka. Oczywiście dostajemy też dotacje z gminy. Jak pan widzi, teraz, w weekend, mamy mnóstwo ludzi, oglądają psy, zabierają je na spacer. Pod koniec dnia psy mają nawet tego dosyć, chowają się w budach, nie chcą wychodzić. A pan nie chciałby zaadoptować zwierzaka?

– Nie, obawiam się, że nie mam na to warunków – odpowiadam. O pechowej przygodzie z kotem, którego próbowałem przygarnąć dwa lata temu, już nie wspominam. Żegnamy się, jeszcze kilka kilometrów jazdy do Śremu.

Z Puław do Śremu

Po skończeniu studiów germanistycznych na Uniwersytecie Warszawskim w 1987 roku długo nie mogłem znaleźć pracy. Długo, to znaczy dwa miesiące; dzisiejszym absolwentom wydaje się to może krótkim okresem, studia skończyłem jednak w czasach PRL, kiedy bezrobocia – oficjalnie – nie było. A mogłem skorzystać z oferty, którą mój promotor, dr Józef Wiktorowicz, złożył mi zaraz po egzaminie magisterskim, 23 czerwca. Poprosił mnie wtedy do swojego gabinetu i powiedział:

– Gratuluję, zakończył pan właśnie edukację na naszym uniwersytecie. Czy ma pan już sprecyzowane plany co do pracy zawodowej? Chciałbym zaproponować panu stanięcie do konkursu na stanowisko asystenta w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Zielonej Górze. Profesor Eugeniusz Klin poszukuje asystenta w dziedzinie językoznawstwa niemieckiego. Pensja niewielka, ale zapewnione zakwaterowanie w hotelu asystenta.

– Dziękuję – odpowiedziałem – ale nie czuję się  na siłach i uważam, że nie mam predyspozycji do takiej pracy, ani naukowych, ani dydaktycznych.

– O pana zdolnościach dydaktycznych trudno mi coś powiedzieć, ale w zakresie pracy naukowej… Był pan zdolnym studentem.

Odmówiłem. Z pracą naukową rzeczywiście wiązałem nadzieje, kiedy byłem na I i II roku studiów, na V roku już nie. Odczuwałem zmęczenie studiami, chciałem zająć się czymś całkiem innym niż nauką. Zaczęło się więc poszukiwanie pracy.

Po studiach musiałem wrócić do rodzinnych Puław, nie mogłem zostać i pracować w Warszawie z oczywistej przyczyny – nie stać mnie było na wynajęcie mieszkania. Biuro pośrednictwa pracy Uniwersytetu Warszawskiego nie oferowało zresztą dużo propozycji. Mogłem zostać cenzorem w Głównym Urzędzie Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, gdybym miał inne poglądy polityczne lub mniej szacunku dla samego siebie. Rzuciło mi się w oczy ogłoszenie Polskich Kolei Państwowych poszukujące tłumacza, zapewniające mieszkanie służbowe w Warszawie, mężczyzna z biura PKP szybko jednak wyprowadził mnie z błędu – żadne mieszkanie służbowe w stolicy komuś takiemu jak ja nie przysługiwało. Drugie ogłoszenie pochodziło z Lipska nad Biebrzą na Podlasiu, tuż przy wschodniej granicy kraju. Tamtejszy zakład produkcji podzespołów indukcyjnych poszukiwał germanisty, nie pisząc nic o charakterze pracy. Napisałem do nich, nie otrzymałem jednak odpowiedzi.

Napisałem też na inny adres, który mój ojciec znalazł w lokalnym lubelskim dzienniku „Sztandar Ludu” – w jakimś Śremie tamtejsza Odlewnia Żeliwa poszukuje tłumaczy języka angielskiego i niemieckiego, oferuje zakwaterowanie w hotelu pracowniczym, z perspektywą otrzymania mieszkania zakładowego. W liście napisałem, że na mieszkaniu zakładowym na razie mi nie zależy, ale pracą jestem zainteresowany. Również tu odpowiedzi brak.

Pozostało mi szukać pracy w Puławach i województwie lubelskim. Również bez powodzenia. Kiedy pojechałem do biura pośrednictwa pracy Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej (nie byłem jego absolwentem, ale zaczynałem na nim studia na I roku), usłyszałem od pracowników:

– Proszę pana, nasi absolwenci już na początku roku zaklepywali sobie pracę w szkołach, a pan zgłasza się dopiero teraz, latem? Pracy nie ma.

Moją kandydaturą nie była też zainteresowana Fabryka Samochodów Ciężarowych i oddział Ursusa w Lublinie. Zainteresowanie wyraziła jedynie Gromada, proponując mi pracę polegającą na… udzielaniu informacji kolejowej w okienku w ich biurze na Krakowskim Przedmieściu.

W Puławach odprawiła mnie z kwitkiem pani dyrektor hotelu „Izabella” („Proszę popytać w przyszłości, teraz nie mamy wolnych miejsc”) i kierownik oddziału Centralnej Biblioteki Rolniczej, sugerując zwrócenie się do Zakładów Azotowych. Kiedy jednak tam pojechałem, pani z Działu Kadr popatrzyła na mnie zdumionym wzrokiem:

– Ale my jesteśmy zakładem mechanicznym.

– Wiem, ale pomyślałem, że być może potrzebują państwo tłumaczy.

– Nie, nie potrzebujemy.

Intensywne poszukiwania dały skutek dopiero w sierpniu. Biblioteka Pedagogiczna w Lublinie była zainteresowana zatrudnieniem mnie w swoim oddziale w Rykach, tamtejsza pracownica miała odejść na emeryturę. Oznaczało to konieczność codziennych dojazdów autobusem 30 km w jedną stronę, ale czy miałem inne wyjście?

* * *

– Rozlewnia piwa, rozlewnia piwa się odezwała – śmiejąc się, wołała moja mama, machając kopertą, którą właśnie wyciągnęła ze skrzynki na listy. Po prawie dwóch miesiącach na moją kandydaturę odpowiedziała Odlewnia Żeliwa w Śremie, zapraszając mnie na rozmowę. Praca w charakterze tłumacza w przemyśle ciężkim – to brzmiało zdecydowanie lepiej niż praca jako bibliotekarz w Rykach, postanowiłem więc najpierw spróbować tam.

Pociąg relacji Lublin – Szczecin odjeżdżał z Puław po godz. 19. Pani w okienku na stacji poinformowała mnie, o której mam przesiadkę w Jarocinie, kupiłem bilet i wyruszyłem w podróż – podróż w nieznane? W Jarocinie byłem bardzo wczesnym rankiem, praktycznie jeszcze w nocy; dość długo musiałem czekać na pociąg do Śremu.

Kiedy około godziny 6 rano na stację w Jarocinie wtoczył się dymiący parowóz ciągnący dwa wagony, nie mogłem powstrzymać zdziwienia. To takie pociągi jeszcze jeżdżą po polskich torach? Linia w Puławach była już od dawna zelektryfikowana. Z Jarocina do Śremu jechałem godzinę, wdychając dym z parowozu, który przenikał przez zamknięte, ale nieszczelne okna, i spoglądając na krajobraz. Jakie śmieszne nazwy mijanych po drodze stacji – Panienka, Książ (to chyba nie tu znajduje się ten słynny zamek?) i najdziwniejsza z nich, Pysząca. Ale trzeba wysiadać, następna stacja to już Śrem Odlewnia.

Zapytałem młodą kobietę, która wysiadła ze mną, jak dojść do odlewni; podeszliśmy kawałek razem, potem pokierowała mną z uśmiechem.

– To tam, widzi pan wejście? Ja muszę już skręcić, wchodzę główną bramą.

Biurowiec odlewni robił wrażenie swoim ogromem, ale wejście do niego nie rzucało się w oczy. To tu? Tak. Portierka wypisała mi przepustkę, jako miejsce zamieszkania wpisując „Pukawy” (nie protestowałem) i poleciła mi pójść na I piętro, do kierownika działu kadr, Eugeniusza Kościelniaka. Kiedy wszedłem do jego pokoju, zastałem go ze słuchawką przy uchu; gwałtownym gestem wyprosił mnie, proszę czekać. Dopiero po kilkunastu minutach wyszedł i zaprosił mnie do środka, skończyła się właśnie operatywka, telekonferencja, w które brali udział wszyscy kierownicy działów.

Nastąpiła rozmowa, niedługo dołączył  do nas Andrzej Grześkowiak, Główny Odlewnik, mój przyszły kierownik. W Dziale Głównego Odlewnika od niedawna funkcjonowała Biblioteka Techniczna, której prowadzeniem miałem się zająć, do moich obowiązków miało należeć również tłumaczenie tekstów technicznych na potrzeby zakładu. Wynagrodzenie, razem z premią, wynosiło 13 tysięcy złotych (w 1987 roku była to bardzo niska płaca), ale zakład oferował pokój w hotelu pracowniczym tylko za 7 zł dziennie. Czy jestem gotów zająć się taką pracą? Tak, oczywiście. Oprócz germanistyki studiowałem na UW też przez dwa lata bibliotekoznawstwo, którego wprawdzie nie ukończyłem. Lubię tłumaczyć, chociaż będę musiał nauczyć się języka technicznego.

Formalnie do pracy powinien był mnie przyjąć Dyrektor Odlewni, Alfred Babczyk, ale był na urlopie, poszliśmy więc do Dyrektora do Spraw Technicznych, Jana Leśniaka.

– Cieszę się, że zechciał pan pracować u nas – z twarzy dyrektora nie schodził uśmiech. – Myślę, że spodoba się panu u nas. Bo my jesteśmy takimi lokalnymi patriotami, uważamy, że Poznań leży koło Śremu. Czy można wiedzieć, jakie ma pan zainteresowania? Turystyka? To znakomicie, też uważam, nie można poświęcać się wyłącznie pracy. Zamieszka pan na razie w hotelu na Przemysłowej, a z mieszkaniem, kiedy za kilka lat zmieni pan stan cywilny, to zobaczymy…

Po rozmowie, zgodnie z sugestią moich przyszłych przełożonych, poszedłem jeszcze zobaczyć moje miejsce zakwaterowania – standard należących do odlewni trzech hoteli pracowniczych na ulicy Przemysłowej był porównywalny z pokojami w akademikach, w których mieszkałem, ale tu, za symboliczną opłatę,  miałem mieć pokój tylko dla siebie. Droga na Przemysłową i potem na dworzec PKS, z którego autobusem odjeżdżałem do Poznania, była to też okazją do pierwszego poznania miasta, w którym miałem mieszkać i pracować. Miasto nie zrobiło na mnie najlepszego wrażenia – mniejsze, chociaż jakby rozwleczone, i… na pewno brzydsze od moich Puław. Ale nie szkodzi.

Po powrocie do Puław telefonicznie zrezygnowałem z prawie już umówionej pracy w bibliotece w Rykach („Rozumiem. Ale cóż, nasza pracownica, która miała odejść na emeryturę pewnie się ucieszy, bo nadal chciała się zajmować biblioteką”). Nieoczekiwanie otrzymałem też odpowiedź z Lipska nad Biebrzą – okazało się, że producent podzespołów indukcyjnych w rzeczywistości poszukiwał nauczyciela niemieckiego dla miejscowej szkoły, ale oczywiście odpisałem odmownie i ponownie wsiadłem do pociągu, aby od 1 września rozpocząć pracę w Śremie.

Dopiero po kilku tygodniach dowiedziałem się, dlaczego odlewnia odpowiedziała na moją ofertę pracy po tak długim czasie. Powodem był fakt, że w liście napisałem, że nie chcę otrzymać mieszkania zakładowego. Jeśli nie chce, widać nie planuje związać się z nami na  stałe, traktuje tę pracę jako tylko tymczasową. Dopiero kiedy inny kandydat zrezygnował, odlewnia zwróciła się do mnie.

Mieszkanie zakładowe w bloku przy Dzierżyńskiego otrzymałem w 1989 roku, już po powrocie z wojska, i nie musiałem w tym celu zmieniać stanu cywilnego. W 2001 roku już za własne pieniądze kupiłem większe, na Chłapowskiego; wcześniej, w 1994 roku, odszedłem z odlewni. Nie zmieniłem też miasta, które stało się moim miastem, moim Śremem.