Długa Noc Muzeów w Berlinie, 2017

19 sierpnia – po rocznej przerwie znowu wyjazd na Długą Noc Muzeów do Berlina. W ubiegłym roku nie byłem w Berlinie; tyle interesującego się działo we Wrocławiu i innych miastach w Polsce. Przed ostatnią sobotą zastanawiałem się też nad wyjazdem na festiwal „Muzyka w raju”, który właśnie się rozpoczął w Paradyżu. Ostatecznie rozstrzygnęła za mnie pogoda. Pochmurny dzień z możliwością opadów i zachodni wiatr sprawiał, że jazda rowerem do Paradyża w Lubuskiem nie byłaby przyjemnością, zamiast niej wybrałem Berlin.

Wyjazd ze Śremu autobusem do Poznania o ósmej. W wakacyjną sobotę niewielu pasażerów, przed podstawieniem autobusu mam okazję przejrzeć gablotę na dworcu PKS z postaciami zasłużonych śremian. Szkoda, że Towarzystwo Miłośników Ziemi Śremskiej, które zamieszcza różne materiały w gablocie, nie podało źródła tych biogramów – są one skopiowane z Wikipedii, w każdym razie rozpoznaję dwa, poświęcone ks. Piotrowi Wawrzyniakowi i Danielowi Kęszyckiemu, napisałem je… ja sam, dawno temu, kiedy jeszcze zajmowałem się redagowaniem tej encyklopedii. Zresztą nieważne – Wikipedia to dobro wspólne, a już podjeżdża mój autobus.

W Poznaniu kilkanaście minut czasu na przesiadkę na pociąg Eurocity z Warszawy do Berlina. Do mojego wagonu młoda kobieta wprowadza właśnie rower; kiedy oferuję swoją pomoc, okazuje się, że jest Niemką. Miejscówkę ma wprawdzie w sąsiednim wagonie, zapraszam ją jednak do mojego przedziału, miejsca jest dosyć. Oprócz nas dwie Polki i młody mężczyzna również wyglądający na obcokrajowca, o południowych rysach twarzy. Moja nowa znajoma (krótka fryzura i swobodne ubranie upodabniają ją bardziej do chłopca, Niemki zwracają jednak na takie sprawy mniejszą uwagę niż Polki) okazuje się inteligentną kobietą, studiowała kulturoznawstwo, mieszka teraz w Hildesheim („nazywanym Norymbergą północy”, jak mówi, „z powodu dużej liczby domów o konstrukcji szachulcowej”), ale pochodzi z Turyngii. Z zaskoczeniem dowiaduje się, że podczas mojego pierwszego w życiu wyjazdu za granicę (do NRD w 1988 roku) byłem w Steinach i Sonnebergu („To bardzo blisko moich stron rodzinnych”). Teraz właśnie wraca z wyprawy rowerowej wzdłuż całego polskiego wybrzeża Bałtyku, od Szczecina przez Świnoujście do Gdańska i Helu. Rozmawiamy nie tylko o jej wrażeniach z wycieczki, również ogólnie o Polsce, jak też o moich zainteresowaniach i wyprawach rowerowych.

– A które z polskich miast najbardziej się panu podoba? Które jest najbardziej interesujące?

– Chyba Wrocław. W ubiegłym roku byłem tam sześć razy, był to jednak specjalny rok dla tego miasta, Wrocław był Europejską Stolicą Kultury i zorganizowano tam bardzo wiele interesujących imprez.

– Nie Kraków?

– Kraków na pewno jest pięknym i ciekawym miastem, ale jest zbyt daleko ode mnie. Nie mogę pojechać tam na wystawę do muzeum i wrócić tego samego dnia. Ograniczam się do zachodniej Polski.

– Słyszałam też o Zielonej Górze…

– Tak, też tam byłem wielokrotnie. Historycznie to Dolny Śląsk, ale obecnie jest jedną z dwóch stolic województwa lubuskiego. Nazwa województwa pochodzi zresztą od miasta Lebus w Niemczech, koło Frankfurtu nad Odrą.

– Polacy nazwali województwo od niemieckiego miasta?

– Kiedyś to było polskie miasto, nazywało się Lubusz.

– A dzisiaj rzeczywiście jedzie pan do Berlina tylko na Noc Muzeów? Bez noclegu?

– Nie, nigdy nie nocuję, wracam tego samego dnia lub w nocy. Przed Długą Nocą Muzeów chciałbym odwiedzić jeszcze miejsce pamięci muru berlińskiego przy Bernauer Straße, to niedaleko Gesundbrunnen, a od godziny 18 czeka mnie Lange Nacht der Museen.

– Z tego, co pan opowiada, widzę, że robi pan zwariowane rzeczy, i to co weekend…

Nasza rozmowa schodzi też na politykę:

– Jaka jest właściwie przyczyna tego, że Polacy zagłosowali na PiS? Jak to było możliwe, że ta partia wygrała wybory?

– Osobiście nie głosowałem na PiS…

– Tak przypuszczałam.

– …ale nie robię tragedii z tego poparcia dla PiS w społeczeństwie. Wygrana PiS-u w wyborach 2015 roku, to, że zdobył absolutną większość w sejmie, było w dużej mierze kwestią przypadku, tego, że jedna partia lewicowa (Razem) odebrała część głosów drugiej partii lewicowej (Zjednoczonej Lewicy), przez co ta nie weszła do sejmu i straciła potencjalne mandaty na rzecz PiS-u. To dzięki temu PiS ma teraz absolutną większość w sejmie i może uchwalać co chce, nie licząc się z opozycją. Obecnie popularność PiS-u bierze się głównie z programu 500+, o którym pewnie pani słyszała. Opozycja twierdzi, że to przekupywanie społeczeństwa…

– Tak, słyszałam. Ale niemieckie media twierdzą, że demokracja w Polsce jest zagrożona.

– Nie zgadzam się z tym. To zwykła walka polityczna, normalna rzecz w każdym kraju.

Rozmawiamy też o innych, przyjemniejszych sprawach, na przykład o polskiej kuchni, Niemka mówi mi, że bardzo jej smakuje „serwolada ostródzka” („Nie słyszałem, to chyba jakiś lokalny przysmak? W Wielkopolsce też mamy tradycyjne potrawy”). Wreszcie pociąg przejeżdża przez most na Odrze i zatrzymuje się na dworcu we Frankfurcie nad Odrą. Ku mojemu zdziwieniu (zwykle nikt tu się nie dosiada) do pociągu wsiada dużo Niemców, do naszego przedziału również wchodzą dwie zażywne panie w wieku już emerytalnym lub przedemerytalnym. Ruszamy. Nasz pociąg dzisiaj wyjątkowo jedzie nie przez Dworzec Wschodni do Głównego, tylko przez Lichtenberg do Gesundbrunnen. Tuż za Frankfurtem po angielsku odzywa się też młody mężczyzna o południowych rysach twarzy, pytając, jak dojechać na Dworzec Wschodni. Okazuje się, że ma tam przesiadkę na pociąg do Amsterdamu.

– O, to ma pan problem – odpowiadają płynnie po angielsku starsze panie. Nie tylko one, ale cały przedział przechodzi na język Szekspira. – Bo pomiędzy Lichtenbergiem i Dworcem Wschodnim pociągi nie kursują.

– A co się stało? – pytam.

– Remontują tory w Ostkreuz. Pociągi regionalne z Frankfurtu dojeżdżają tylko do Erkner, potem trzeba się kilka razy przesiadać. Ja też jadę tym pociągiem, aby uniknąć przesiadek. Jestem zresztą z Fürstenwalde, musiałam więc cofnąć się do Frankfurtu, ale to i tak lepsze. Musi pan jechać autobusem z Lichtenbergu na Dworzec Wschodni.

Tajemnica popularności naszego Eurocity wśród Niemców we Frankfurcie więc się wyjaśniła. Smętnie zdaje sobie sprawę, że i mnie w drodze powrotnej będzie czekała podróż z przesiadkami. W nocy z soboty na niedzielę nie mam, jak kiedyś, bezpośredniego połączenia z Berlina do Poznania.

W Lichtenbergu pociąg stoi tak długo, że jedna z pań zaczyna się denerwować.

– Jeśli zaraz nie ruszy, nie zdążę w Gesundbrunnen na przesiadkę do Rostocku.

– Będzie miała pani następny – pocieszam.

– Tak. I w szpitalu będę dopiero wieczorem. Jadę do chorej ciotki, która leży w szpitalu w Güstrow. W dodatku mają mnie odebrać, będę więc teraz musiała wszystko pozmieniać.

Na szczęście pociąg w tym momencie rusza, na stacji Berlin Gesundbrunnen jesteśmy zgodnie z planem. Pociąg młodej Niemki do Hanoweru odchodzi z Dworca Głównego, początkowo planowała pojechać tam kolejką miejską S-Bahn, ale kiedy spojrzała na plan Berlina, który zabrałem z domu, zmieniła zdanie, przejdzie ze mną kawałek pieszo, a potem pojedzie rowerem, to niedaleko. Musimy tylko znaleźć Brunnenstraße, którą dojdziemy do Bernauer Straße. Oboje jesteśmy po raz pierwszy w Gesundbrunnen, nie znamy tych okolic, proponuję jednak pójść w kierunku, który okazuje się właściwy.

– Ma pan dobrą orientację w terenie.

– I trochę doświadczenia w jeździe rowerem z mapą. Jest teraz po godzinie 12, nasz cel jest na południu, wystarczy więc iść za słońcem.

Na Bernauer Straße rozstajemy się przy Miejscu Pamięci Muru Berlińskiego. To mój pierwszy cel dzisiejszej wyprawy do Berlina.

* * *

O Miejscu Pamięci Muru Berlińskiego (Gedenkstätte Berliner Mauer) dowiedziałem się w 2008 roku od przygodnie poznanego Niemca podczas mojej wycieczki rowerowej po Meklemburgii – Pomorzu Przednim. Niemiec (spotkanie z nim było bardzo ciekawym i zaskakującym doświadczeniem – okazał się wnukiem Hermanna Mittendorfa, niemieckiego landrata Śremu podczas okupacji), kiedy dowiedział się, że niedawno odwiedziłem Muzeum Muru Berlińskiego przy Checkpoint Charlie na Friedrichstraße, powiedział mi:

– Jeszcze ciekawsze jest miejsce pamięci przy Bernauer Straße. Muzeum przy Checkpoint Charlie jest prywatne i koncentruje się na sensacjach, natomiast miejsce pamięci przy Bernauer Straße jest utrzymywane ze środków publicznych, ma większą wartość informacyjną i jest poważniejsze w charakterze. Jest tam też zachowany fragment muru.

Okazuje się to prawdą. Miejsce pamięci powstało przy ulicy, która przez 28 lat stanowiła granicę pomiędzy wschodnim i zachodnim Berlinem. Z dnia na dzień Bernauer Straße stała się ulicą graniczną, a właściwie – po wschodniej stronie, bo po zachodniej życie toczyło się normalnie – martwą strefą, w której zburzono kamienice i zainstalowano śmiercionośny pas (mur berliński składał się w istocie z kilku rzędów murów, płotów, zasieków itp.), mający uniemożliwić wschodnim berlińczykom przedostanie się na drugą stronę. I tak dochodziło tam jednak do prób ucieczek, nawet podkopów i budowy tuneli, niektóre ucieczki udawały się nie, niektóre kończyły tragicznie.

Zwiedzanie rozpoczynam w zwykły dla siebie sposób, to jest bardzo dokładnie czytając wszystkie plansze (miejsce ma charakter centrum dokumentacyjnego, chociaż zawiera też oryginalne artefakty, jak płaszcz, w którym uciekła jedna z kobiet), reprodukowane na nich dokumenty urzędowe, listy, słucham przemówienia Kennedy’ego ze słynnym zdaniem „Ich bin ein Berliner”, przemówienia Willy’ego Brandta (wtedy burmistrza zachodniego Berlina), wspomnień mieszkańców NRD, którzy zdecydowali się na ucieczkę. Kiedy już dokładnie zapoznałem się z ekspozycją na parterze centrum, na moim zegarku jest 17.30, minęło więc cztery i pół godziny, a do zwiedzenia jest jeszcze ekspozycja na górnej  kondygnacji, obszerniejsza. Czy centrum bierze udział w Długiej Nocy Muzeów? Nie, nigdy nie bierzemy w niej udziału, zamykamy o 18. Trudno, muszę na tym poprzestać, nie wiem, czy kiedykolwiek uda mi się dokładnie zwiedzić całą ekspozycję, przy moim sposobie zwiedzania muzeów musiałoby to trwać 10-12 godzin.

Wychodzę już, bo chciałbym przejść jeszcze drugą stronę ulicy – dotknąć zachowanego fragmentu muru (ma 200 metrów długości), przespacerować się po pustym obecnie porośniętym terenie, strefie śmierci, w której wcześniej buszowały… słynne berlińskie króliki.

* * *

Zaczęła się już Długa Noc Muzeów Przejście pieszo z Bernauer Straße w kierunku Topografii Terroru i Martin-Gropius-Bau, które najbardziej mnie interesują podczas dzisiejszej nocy. Na planie miasta to tylko kawałek, ale nie uwzględniłem wielkości Berlina – przejście zajmuje mi prawie godzinę. Nie szkodzi, idę pierwszy raz tą trasą i po raz pierwszy mogę zobaczyć budowle, o których dotychczas tylko słyszałem – Dworzec Północny z wystawą o dworcach-widmach w podzielonym Berlinie, bardzo duże Muzeum Przyrodnicze, które też bierze udział w dzisiejszej nocy muzeów, przedtem krótki odpoczynek w parku przy Eichendorffstraße, ogromny kompleks budynków szpitala uniwersyteckiego i wydziału medycznego Charité, studio telewizyjne ARD. Coraz więcej ludzi na ulicach, kobiety w chustach, różne rasy, kolory skóry, słychać najróżniejsze języki, po powrocie do Polski mam ochotę powtórzyć znajomym znany dowcip: „Na pewno słyszeliście, że w Polsce jest mniejszość niemiecka, prawda? Otóż powiem wam, że byłem niedawno w Berlinie i tam też jest”. Wreszcie plac Paryski i Brama Brandenburska, dalej wzdłuż Wilhelmstraße (niedaleko stał tu pałac Radziwiłłów, potem zamieniony na Kancelarię Rzeszy, rezydował w niej też Hitler, ale nie odnajduję tego miejsca) na południe, przy Topografii Terroru jestem już po 19.

Topografia Terroru, placówka, do której się wybierałem od początku moich wyjazdów do Berlina, ale którą dopiero teraz udało mi się zobaczyć, to miejsce, w którym do 1945 roku znajdowała się główne siedziba gestapo i SS. Z dawnych budynków nie zostało nic, w ich miejscu stoi duży pawilon wystawowy, obok którego jest również ekspozycja na zewnątrz. Podobnie jak Miejsce Pamięci Muru Berlińskiego, Topografia Terroru jest centrum dokumentacyjnym, nie muzeum, rolę informacyjną spełniają plansze bardzo szczegółowo opisujące historię Niemiec w latach 1933-1945.

Krótkie obejście ekspozycji i chwila zastanowienia. Tematyka wystawa jest interesująca, ale jeśli tu zostanę, do końca nocy muzeów nie zwiedzę już niczego innego – zwiedzę właściwie tylko ekspozycje wewnątrz pawilonu (i to pewnie nie w całości), ponieważ w nocy zapoznanie się z planszami na zewnątrz nie będzie już możliwe (ekspozycja jest nieoświetlona). Ostatecznie rezygnuję z pierwotnego planu, przechodzę do Martin-Gropius-Bau, stojącego tuż obok.

* * *

O Martin-Gropius-Bau usłyszałem po raz pierwszy w 2011 roku, przy okazji wystawy o historii stosunków polsko-niemieckich, która wtedy miała tam miejsce. Wystawy nie widziałem i nie wiem, dlaczego wyobrażałem sobie, że Martin-Gropius-Bau jest jakąś nowoczesną budowlą, jak bardzo dobrze mi znany Pei-Bau, w którym są organizowane wystawy czasowe Niemieckiego Muzeum Historycznego przy Unter den Linden. W rzeczywistości Martin-Gropius-Bau to udany przykład XIX-wiecznej architektury neorenesansowej – nietypowej dla Berlina, bardziej kojarzyłbym ten styl z XIX-wiecznym Paryżem. Od samego początku budynek pełnił też funkcję muzeum i pawilonu wystawowego.

„Der Luthereffekt”, czyli obszerna wystawa poświęcona 500-leciu reformacji, jest główną ekspozycją w Martin-Gropius-Bau, na parterze budynku, na nią też przede wszystkim przyjechałem ze Śremu. Wystawa duża i bardzo atrakcyjna pod względem wizualnym, ale też niosąca mnóstwo ważnych, istotnych dla historii religii (i historii kultury) treści. W pierwszej części omówienie ruchów reformacyjnych z czasów ich początków, czyli XVI wieku, potem rozwój reformacji został przedstawiony na przykładzie czterech krajów: Szwecji, Tanzanii, USA i Korei Południowej. Można mieć wprawdzie wątpliwości, czy takie ograniczenie się jest właściwe, szczególnie w przypadku USA, w których ruchy wywodzące się z protestantyzmu są bardzo liczne i do dzisiaj bardzo aktywne, rozumiem jednak twórców wystawy. Ich celem nie było wyczerpujące przedstawienie tematu (jest to niemożliwe), raczej wskazanie ogólnych kierunków w rozwoju religii, zaproszenie do dalszych samodzielnych poszukiwań. Rozumiem też skoncentrowanie się na prądach wywodzących się bezpośrednio z luteranizmu; w końcu wystawa upamiętnia 500-lecie przybicia przez Lutra słynnych tez do drzwi kościoła w Wittenberdze – wydarzenie bardzo ważne dla Niemców, niezależnie od ich wyznania czy światopoglądu.

Zwracam uwagę na cenne dzieła sztuki ilustrujące wystawę, np. podwójny portret Marcina Lutra i jego żony Katarzyny Bora pędzla Lucasa Cranacha, dawne księgi, dokumenty, ale też przedmioty o całkiem innym charakterze, szczególnie w części wystawy poświęconej Szwecji, jak „skórzaną” armatę, używaną przez Szwedów podczas wojen w XVII wieku, figurę wojownika z zatopionego galeonu „Waza”, a nawet ławę dla nowożeńców ze szwedzkiego kościoła i mającą całkiem inne przeznaczenie „ławę hańby”.

Pozostałe wystawy, na wyższych piętrach Martin-Gropius-Bau, są dla mnie już mniej interesujące, chociaż jest wśród nawet „Der ganze Prozess”, czyli eksponowany (w całości) rękopis „Procesu” Franza Kafki. Cenię twórczość Kafki, nie mam jednak do niej tak emocjonalnego stosunku, aby analizować jego (dość nieczytelny) charakter pisma.

Ciekawsza jest wystawa grafik Luciana Freuda (wnuka słynnego Sigmunda), szczególnie podobają mi się rytowane grubą kreską i wcale nie upiększające portrety, oddające prawdę psychologiczną o modelu; z kolei niewielka wystawa fotograficzna dokumentująca zbrodnie neonazistowskiej organizacji NSU raczej nie jest warta wspomnienia.

* * *

Opuszczam Martin-Gropius-Bau już po północy. W drodze na Dworzec Główny zajrzę jeszcze do Niemieckiego Muzeum Szpiegostwa (muzeum komercyjne, prywatne, jak Muzeum Muru Berlińskiego przy Checkpoint Charlie, raczej niewarte osobnej wizyty) przy Leipziger Platz. Na znajdującą się przy tym samym placu wystawę Salvadora Dalego niestety nie wejdę, kolejka chętnych jest zbyt długa. Potem niewielkie Ottobock Science Center (wystawa protez ludzkich organów) przy Ebertstraße i na sam koniec dwie wystawy w Max Liebermann Haus przy Bramie Brandenburskiej. Wystawa czarno-białych fotografii Bernarda Larssona dokumentująca życie we wschodnim i zachodnim Berlinie w latach 1961-1968 jest ciekawa, nie mam już jednak wystarczająco dużo czasu, aby ją dokładnie obejrzeć.

Chociaż jest już noc, wszędzie po drodze widzę mnóstwo pijanych, bawiących się ludzi, też na pustym placu przed Reichstagiem siedzi jakaś grupka, może pijanych, może narkomanów, nie zwracamy na siebie uwagi; alkohol u Niemców nie wywołuje agresji, w Berlinie czułem się zawsze bezpiecznie, nawet kiedy kilka lat temu w środku nocy zimą szedłem przez pusty park Tiergarten. Przechodzę jeszcze tylko obok Urzędu Kanclerskiego i na Dworzec Główny.

Z powodu remontu torów węzła Ostkreuz muszę jechać do Frankfurtu nad Odrą z przesiadkami. Pociągiem jadę na Dworzec Wschodni, skąd o 2.10 odjeżdża autobus do Erkner. Na Dworcu Wschodnim muszę czekać godzinę. Spacerując wokół niego, widzę dwa szczury, które wyszły z zarośli, szukając jedzenia; one też mnie zauważyły, powoli wycofują się w krzaki. Z Erkner znowu pociągiem do Frankfurtu, w którym jestem przed czwartą w nocy. Przejście opustoszałymi ulicami w kierunku Słubic, po drodze zagaduje mnie mężczyzna, który wysiadł ze mną z pociągu z Erkner.

– Nie wie pan, gdzie można tu napić się kawy? Tu wszystko zamknięte.

– Niestety nie wiem. Nie jestem stąd. Jestem z Polski. Idę do Słubic na autobus.

– To pójdę z panem. Może tam będzie.

– Proszę. Na pewno w Polsce będą otwarte lokale. A co pan tu robi o tak późnej porze?

– Mam tu przesiadkę. Jadę do Eisenhüttenstadt, pociąg mam dopiero o 5.37. Wracam z Berlina z meczu – mężczyzna z dumą pokazuje koszulkę z napisem „Hertha BSC” (oprócz koszulki nic nie ma sobie i widać, że drży z zimna). A do tej granicy daleko?

– Blisko, jakieś 10-15 minut. Był pan już w Polsce?

– Tak, ale my granicę przekraczamy w Gubinie, nie tutaj. Moja siostra wyszła też za mąż za Polaka. On jest z Turku, ale mieszkają w Świnoujściu.

– Z Turku? Znam dobrze i Turek, i Świnoujście.

Mężczyzna wchodzi do otwartego sklepu spożywczego tuż za mostem granicznym (tam chyba nie dostanie kawy?, będzie musiał pójść do pobliskiej stacji paliw), ja idę na ulicę Wojska Polskiego, na dworzec autobusowy. Kiedy docieram na miejsce, niespodzianka – dworca już nie ma, w czasie tych dwóch lat, od kiedy ostatni raz byłem w Słubicach, został przeniesiony w jakieś inne miejsce. Wciąż jest noc, ciemno, obok przechodzi jednak jakaś para i mogę ich zapytać o drogę.

– Niech pan…, niech pan tu skręci w prawo i potem na skrzyżowaniu… Trafi pan – dziewczyna jest pijana, prawie przewraca się na mnie, ale skierowała mnie dobrze. Okazuje się, że nowy dworzec znajduje się na placu Bohaterów, tuż obok budynku urzędu miejskiego i sądu.

Mój autobus do Poznania odjeżdża o 5.45. Prawie cztery godziny jazdy przez Sulęcin, Międzyrzecz, Pniewy, potem w Poznaniu ponad godzina czekania na autobus do Śremu. W domu będę o 12.

Natalka

Było to chyba w czerwcu 1999 roku. Na początku lata postanowiłem pojechać na jeden dzień nad morze – do Świnoujścia. Chciałem przypomnieć sobie miasto, w którym 10 lat wcześniej służyłem w wojsku, a przy okazji powędrować brzegiem morza aż do Ahlbecku po niemieckiej stronie wyspy Uznam. Do Świnoujścia wybrałem się pociągiem, rowerem jeździłem wtedy tylko do Poznania, a w pierwszą naprawdę długą trasę – do Wrocławia – pojechałem 17 lipca tegoż roku; dopiero w późniejszych latach jeździłem rowerem po polskim i niemieckim wybrzeżu.

W przedziale pociągu, który z Poznania odjeżdżał około godziny siódmej, byłem sam, chociaż pociąg był dość zapełniony – dużo ludzi chciało skorzystać z lata i spędzić weekend nad morzem. Po minięciu Szamotuł i Wronek następną stacją był Krzyż, mała miejscowość, ale ważny węzeł przesiadkowy, gdzie zawsze wsiada dużo pasażerów. Pociąg zatrzymał się na stacji, po chwili otworzyły się drzwi, do przedziału wbiegła nastoletnia dziewczyna i szybko zajęła miejsce przy oknie, naprzeciwko mnie. Po chwili weszły dwie kobiety, mężczyzna i dwie dziewczynki, jedna z nich wieku siedmiu lub ośmiu lat, druga mogła być jej młodszą siostrą. Natychmiast po wejściu najmłodsza dziewczynka ogarnęła wzrokiem przedział, konwulsyjnie wykrzywiła twarz i wrzasnęła z wściekłością, głosem słyszalnym chyba w całym wagonie:

– Ja chcę przy oknie!!!

Na nastolatce, która przed chwilą zajęła miejsce naprzeciwko mnie, wrzask nie zrobił żadnego wrażenia; tylko mama dziewczynki, z zatroskaną twarzą, poszła szukać innego przedziału, wolnych miejsc jednak nie było. Moi nowi współpasażerowie zajęli miejsca w przedziale, najmłodsza, ze zrozpaczoną miną, obok mnie. Podniosła wzrok, który spotkał się z moim.

– Chcesz się zamienić na miejsce? – spytałem.

– Chcę.

– To siądź sobie – przesunąłem się i ustąpiłem jej miejsca.

Na twarzy matki pojawiła się ogromna ulga i wyraz szczęścia.

– Co się mówi? No, powiedz panu: dziękuję.

Co zaszło teraz w psychice dziecka? Nie potrafię powiedzieć. Dziewczynka siedziała przy upragnionym oknie jak sparaliżowana, ze mną, obcym mężczyzną, po swojej lewej stronie i rodzicami naprzeciwko. Dopiero kiedy już minęliśmy Krzyż, a może i Choszczno, szok minął; zaczęła się żywo ruszać, biegać po przedziale („Przecież chciałaś przy oknie, dlaczego tak się wiercisz?”, wypominała mama), nawet odpowiadać na moje pytania, chociaż niewiele tej rozmowy było.

– Jak się nazywasz?

– Natalka.

– Skąd jedziesz?

– Z Gorzowa.

– A ile masz lat?

– Pięć.

Więcej od mojej nowej towarzyszki podróży się nie dowiedziałem; zacząłem rozmowę z dorosłymi. Okazało się, że jadą ze mną dwie zaprzyjaźnione rodziny – rodzice z dwiema dziewczynkami i matka z nastolatką. Wesoło było, zwłaszcza, że mężczyzna mimo wczesnej pory już sobie podpił i bez ceregieli przeszedł ze mną na ty.

– Jedziecie z Gorzowa? Chyba trochę smętne nastroje tam teraz panują. Po reformie administracyjnej miasto przestało być województwem.

– Przestało? Jest nadal stolicą województwa, wspólnie z Zieloną Górą. Ale trudno, powiem ci, że inaczej nie można było, i tak uratowaliśmy to, co można było uratować. Chcieli nas przyłączyć do Poznania.

– A jak właściwie gorzowiacy podchodzą do historii swojego miasta? Czy pamiętają o niemieckiej przeszłości, o Landsbergu? Nawet nazwa Gorzów jest dość przypadkowa.

– Może i tak. Ale polską historię też mamy. Może nie sam Gorzów, ale Santok, który leży niedaleko. Gorzów był niemiecki, a Santok zawsze polski. A ty wiesz, jak Gorzów nazywał się zaraz po wojnie, w 1945 roku?

– Wiem – Kobyla Góra – odpowiedziałem.

Mężczyzna spojrzał na mnie zaskoczony.

– O, to ty może też gorzowiak? Miasto ma ponad 120 tysięcy mieszkańców, to wszystkich się nie zna.

– Nie, po prostu interesuje się historią i turystyką, stąd wiem. Jadę z Poznania.

– Z Poznania? Ha, ha, Kaczmarek.

Tymczasem panie, przyjaciółki, rozmawiały o swoich babskich sprawach, historię i politykę samorządową zostawiając nam. Wyciągnęły też wiktuały. Mama dziewczynek szepnęła coś na ucho najmłodszej, ta odwróciła się ku mnie i milcząc poczęstowała mnie tabliczką czekolady.

– To za miejsce – skomentowała mama, uśmiechając się.

Chmury, które za oknem pociągu zaczęły się już gromadzić na niebie, rozwiały się, zapowiadał się piękny, słoneczny dzień. Pożegnaliśmy się w Międzyzdrojach, gdzie obie rodziny wysiadły, ja jechałem dalej do Świnoujścia

Czy Natalka z Gorzowa zapamiętała to zdarzenie? Przypuszczam, że tak. Myślę, że specyfika ludzkiej pamięci, pamięci dzieciństwa, sprawi też, że wspomnienie to, jedno z najwcześniejszych, pozostanie z nią do końca życia. W każdym razie ze mną pozostanie.

Tour Salon 2017

18 lutego – jak co roku wyjazd na Targi Turystyczne Tour Salon do Poznania. Pogoda nie najgorsza, temperatura powyżej zera, tylko czasami trochę przeszkadza mżawka. Niestety, zaraz po wyjeździe z domu odkrywam, że nie działa tylne oświetlenie w moim rowerze (przepaliła się żarówka?); będzie to oznaczać konieczność skrócenia pobytu w Poznaniu.

Przy głównym wejściu na targach jestem przed dziesiątą, tuż przed otwarciem, jeszcze tylko kupić bilet (coraz droższy, w tym roku kosztuje już 20 zł) i mogę wejść na teren MTP. Pierwsze wrażenie – targi kurczą się i to już od ładnych paru lat. Nadal bardzo dużo zwiedzających, liczba  wystawców jednak spada z każdą edycją, ich stoiska zajmują też łącznie coraz mniej miejsca. Jak zwykle wystawia się też Śrem, zamieniam kilka słów z pracownicą Śremskiego Ośrodka Małej Przedsiębiorczości, która opiekuje się stoiskiem (przez kilka lat, w latach 90., sam byłem w obsłudze stoiska Śremu na targach); poznaję też osoby na innych stoiskach, np. Saksonii, które od lat są w obsłudze targów.

Obchód stoisk targowych rozlokowanych w dwóch halach w poszukiwaniu ciekawych materiałów, prospektów, map itp. W poprzednich latach z Poznania przywoziłem nawet do 8 kg tych materiałów (po powrocie ważyłem je na mojej łazienkowej wadze); teraz jest tego o wiele mniej, jestem bardziej wybredny w wyborze, do mojej torby wędruje jednak dużo ciekawych wydawnictw. Najcenniejszy z pewnością jest specjalny numer czasopisma „Renowacje i Zabytki” w całości poświęcony powiatowi poznańskiemu – żadnej reklamowej paplaniny, 200 stron rzeczowego opisu z mnóstwem fotografii, kopalnia informacji o powiecie. Na stoisku Lubelskiego udaje mi się też zdobyć przewodnik po Puławach (moim mieście rodzinnym), a na innym szczegółową mapę szlaku rowerowego Poznań – Wrocław (w całości!).

Dotychczas większość czasu na targach Tour Salon spędzałem na odbywającym się równolegle (w innym budynku) festiwalu podróżniczym, w tym roku zmieniam plany, decydując się na spotkania na Scenie Kultury w pasażu pomiędzy pawilonami. O godz. 11 National Inbound Tourism Association of Moldova oferuje prezentację swojego kraju; reprezentująca stowarzyszenie Natasza wygląda na trochę stremowaną, prowadzona po angielsku prezentacja jest jednak ciekawa jako okazja poznania kraju, o którym tak mało wiem. O godz. 12 kolejna prezentacja pod tytułem „W krainie orangutanów – eXtremalne Borneo” Szymona Radzimierskiego. Do jej  wyboru skłonił mnie temat, sam prezenter, o którym dotychczas nie słyszałem, okazuje się bardzo ciekawą postacią. Szymon jest… jedenastoletnim chłopcem, który z rodzicami podróżuje po świecie, a o swojej eskapadzie na Borneo w ubiegłym roku napisał nawet książkę. W 2015 roku na targach Tour Salon z ciekawości poszedłem na spotkanie z Nelą małą reporterką. Sztywny, jakby wyuczony sposób bycia i mówienia Neli, jej brak uroku dziecięcości sprawiły, że szybko je opuściłem. Szymon okazał się całkiem innym dzieckiem – opowiada ze swadą, łatwo nawiązuje kontakt z publicznością; jeśli rodzice właściwie pokierują jego rozwojem, wróżę mu dużą  karierę w świecie mediów.

Na godz. 13.30 na Scenie Kultury zapowiedziano prezentację, które interesowała mnie najbardziej – „Maluchem z kontynentu na kontynent” Arkadego Pawła Fiedlera. Dużo słyszałem o tej podróży maluchem przez Afrykę, Arkady Paweł Fiedler napisał o niej książkę, a i samego malucha można na własne oczy zobaczyć na stoisku Muzeum Arkadego Fiedlera z Puszczykowa, które też się wystawia na targach. Niestety, jeśli zostanę na tej prezentacji, będzie to oznaczać powrót do domu częściowo już po zapadnięciu zmroku, a ja mam zepsute oświetlenie w rowerze. Trzeba wracać do domu.

Pasażer

Do pracy w Niemczech wyjeżdżałem 25 sierpnia 1992 roku. Mnóstwo było spraw do załatwienia z tym związanych – konieczność wzięcia urlopu z odlewni w Śremie, przygotowania, pożegnalne wizyty u znajomych i sąsiadów. Wreszcie na stację kolejową w Śremie, pociągiem do Czempinia, tam przesiadka w kierunku Wrocławia. To z Wrocławia odjeżdżał mój pociąg relacji Warszawa – Monachium, przez Drezno i Norymbergę, w której miałem wysiąść. Podróżnych nie było dużo, w moim przedziale oprócz mnie był tylko mężczyzna, który wysiadł w Bolesławcu, potem podróżowałem sam w przedziale. Jeszcze tylko krótki postój w Zgorzelcu i pociąg przetoczył się przez most na Nysie Łużyckiej, późnym wieczorem wjeżdżając na dworzec w Görlitz – po raz drugi w moim życiu znalazłem się w zjednoczonych Niemczech.

Kontrola paszportowa. W sąsiednim przedziale najpierw cisza, potem głos młodej kobiety: „O rany, to już…?” Gromki śmiech funkcjonariuszy Grenzschutzu – pechowa pasażerka widać usnęła i nie wysiadła w Zgorzelcu, teraz trzeba ją odtransportować do granicy. W moim przedziale kontrola trwała krótko; niemiecki pogranicznik pobieżnie przekartkował mój paszport, na jednej stronie zatrzymał się, rzucił: „Hm, ju es ej…” (tak, byłem kilka miesięcy wcześniej w USA, o czym świadczyła wbita do paszportu wiza) i zwrócił mi go.

Z przejazdu przez Saksonię niewiele zapamiętałem oprócz wielkiej, rozświetlonej hali dworca w Dreźnie (czy był to Dworzec Główny, czy Neustadt?); położyłem się i usiłowałem zasnąć, nie potrafię jednak spać w pociągu. Wreszcie zaczęło szarzeć, rozwidniać się; nagle zmienił się też odgłos kół i bieg pociągu, który zaczął jechać gładko i równo, nie kolebiąc się i nie podskakując na rozjazdach, jak na liniach kolejowych w Polsce i dawnej NRD – wjechaliśmy do zachodnich Niemiec. Za oknem zmienił się też krajobraz – szare miasta i wioski ustąpiły miejsca zadbanym domkom z ogródkami, znalazłem się w innym, pełnym barw świecie.

Pierwszą większą miejscowością w Bawarii był Hof. Pociąg zatrzymał się na stacji i zacząłem wyglądać przez okno; był już ranek. W pewnym momencie do przedziału zajrzał uśmiechnięty starszy pan.

– Guten Morgen! Ist dieser Platz frei?

– Ja, bitte, setzen Sie sich – odpowiedziałem.

Mężczyzna okazał się rozmownym i jowialnym towarzyszem podróży. Od razu zaczął konwersację.

– A pan, sądząc z wymowy, jedzie chyba Drezna?

– Nie, jadę z Polski.

– Ach, z Polski… A ja jadę z Hofu do córki w Norymberdze. Regularnie ją odwiedzam. Jadę przeważnie tym pociągiem, bo taniej. W Intercity musiałbym dopłacić 5 marek. A można wiedzieć, co pan będzie robił w Norymberdze?

Jechałem do pracy, jeszcze dalej, do Pappenheim za Norymbergą, nie widziałem powodu, aby to ukrywać przed mężczyzną. Zaczęliśmy rozmowę o mojej pracy, o Niemczech i Polsce, Niemcach i Polakach…

Byliśmy chyba w połowie trasy pomiędzy Hofem a Norymbergą, kiedy wyraz twarzy mężczyzny powoli się zmienił.

– Bo, wie pan, ja też jestem Polakiem… – cicho powiedział po polsku.

Odwróciłem się ku niemu.

– Tak. Mieszkałem w Jeleniej Górze. W 1972 roku przyjechałem na olimpiadę w Monachium, poprosiłem o azyl i tu zostałem. Pracowałem jako przedstawiciel handlowy, teraz jestem już na emeryturze. Rzeczywiście jadę do córki w Norymberdze, mieszka tam z wnuczkiem, ale ten nie mówi już po polsku…

Mieliśmy jeszcze około 40 minut do Norymbergi. Rozmowa zmieniła charakter, zamieniła się w opowieść o życiu mężczyzny w Niemczech, o 20 latach spędzonych na obcej (czy już nie obcej?) ziemi. Pożegnaliśmy się na dworcu – mój pracodawca już czekał na mnie na peronie.

* * *

Półtora miesiąca pracy, powrót na krótko do Polski i w październiku we Wrocławiu znowu wsiadłem do pociągu zmierzającego z Warszawy do Monachium. Görlitz, Drezno, Chemnitz…, rankiem stanęliśmy na dworcu w Hofie.

– Guten Morgen! Ist dieser Platz frei? – w drzwiach przedziału stał roześmiany mężczyzna, ten sam, którego poznałem przed dwoma miesiącami.

– Tak, proszę, niech pan usiądzie – odpowiedziałem po polsku i odwróciłem się do okna.

– E… – na twarzy mężczyzny pojawił się wyraz zaskoczenia. Nie mógł się już jednak wycofać. Usiadł w kącie przedziału, spoglądając na mnie niepewnie.

Milczeliśmy do samej Norymbergi.

AbrahamSolomon-FirstClass-TheMeeting-RevisedVersion

Abraham Solomon „First Class – The Meeting” (1855). Źródło: Wikipedia

Bilans 2016

Zestawienie moich wypraw rowerowych w 2016 roku
Styczeń
1 stycznia – Gostyń: kościół św. Małgorzaty
9 stycznia – Poznań: Biblioteka Raczyńskich (wystawy o Aleksandrze Janta-Połczyńskim oraz „Książka i co dalej… 25 lat”)
– Galeria Miejska Arsenał (wystawy „Awers i rewers” i „Ex katedra”)
16 stycznia – Poznań: Teatr Muzyczny (Krakowski Salon Poezji Anny Dymnej: Jan Nowicki czyta poezje Mariana Hemara)
23 stycznia – Wrocław: Centrum Kultury Zamek na Leśnicy (wystawa twórczości Edwarda Dwurnika), rowerem tylko do Czempinia, dalej, do Wrocławia Mikołajowa, pociągiem
– Muzeum Współczesne Wrocław (wystawa twórczości Poli Dwurnik)
– Muzeum Narodowe we Wrocławiu (wystawa „Kody pamięci” – obrazy Śląska w grafice i rysunku)
30 stycznia – Poznań: Biblioteka Raczyńskich (wystawa „Książka i co dalej… 25 lat”)
– Wielkopolskie Muzeum Wojskowe (spotkanie „Lotnicze opowieści” z Tomaszem Niziołkiem na wystawie „Kruche jak ważki”)
Luty
6 lutego – Gostyń: udział w konwencie fantastyki Gostkon
13 lutego – Poznań: Targi Turystyczne Tour Salon
– Festiwal Podróżniczy Śladami Marzeń
20 lutego – Poznań: Biblioteka Raczyńskich (wystawa o Janie Palachu)
– Muzeum Narodowe (wykład Olgi Gałuszek o portrecie Jana Kasprowicza Fryderyka Pautscha)
27 lutego – Poznań: Muzeum Etnograficzne (Dzień Indonezyjski)
– Galeria Miejska Arsenał (wystawa „Bóg i dziewczyna” Ady Karczmarczyk)
Marzec
5 marca – Poznań: Muzeum Henryka Sienkiewicza
12 marca – Poznań: Biblioteka Raczyńskich (wystawa poświęcona 30-leciu „Czasu Kultury”)
– Muzeum Narodowe (wykład Piotra Szaradowskiego o malarstwie pejzażowym Jana Stanisławskiego)
– Galeria Miejska Arsenał (wystawy Sławomira Kuszczaka i „Nowy obraz / nowe spojrzenie”)
– Muzeum Powstania Wielkopolskiego (wystawa poświęcona 100-leciu wybuchu powstania wielkanocnego w Irlandii)
19 marca – Poznań: Targi Edukacyjne
– Na targach: gala projektu „Szkoła dziedzictwa – Projekt 966” z wykładem Artura Dębskiego „Piękne, dumne i mądre” o postaciach Dobrawy, Regelindy i Sygrydy
Kwiecień
2 kwietnia – Poznań: Palmiarnia (impreza „Global Village”)
– Muzeum Powstania Wielkopolskiego (wystawa poświęcona 100-leciu wybuchu powstania wielkanocnego w Irlandii)
– Zamek Cesarski (wystawa „60 zdań polskich”)
16 kwietnia – Poznań: Muzeum Narodowe (wystawa „Imagines Medii Aevi” i wykład o amerykańskim designerze Davidzie Carsonie)
– Salon Muzyczny Feliksa Nowowiejskiego (koncert gitarowy uczniów studium muzycznego „Świat Gitary”)
– Aula Nova Akademii Muzycznej (koncert „Liebste Clara! Geliebte Clara! Kwartety fortepianowe dla wyjątkowej artystki”)
23 kwietnia – Poznań: Dni Otwarte Szkoły Tłumaczy i Języków Obcych
– Muzeum Historii Miasta Poznania (wystawa „Rok 1966 w Poznaniu. Oficjalnie i zwyczajnie”)
30 kwietnia – Szreniawa: Muzeum Rolnictwa (wystawy „Święty Izydor wołkami orze” i „Wierzbowanie” Antoniego Ruta)
30 kwietnia – Poznań: Zamek Cesarski (wystawa World Press Photo)
– Biblioteka Raczyńskich (wystawa „Posnaniana”)
– Galeria Miejska Arsenał (wystawa „Poza Poznaniem”)
Maj
7 maja – Poznań: Biblioteka Uniwersytecka (Dzień Darmowego Komiksu)
– Teatr Muzyczny: spektakl „Skrzypek na dachu”
14 maja – Wrocław: Noc Muzeów
– Centrum Sztuki WRO
– Muzeum Narodowe (wystawy Zbigniewa Paluszaka, „Druki wrocławskiego Kalamburu”)
– Muzeum Pana Tadeusza
– Galeria Miejska (wystawa „Magical Dreams”)
– Pałac Królewski (wystawy „Arcydzieła malarstwa polskiego przełomu XIX i XX” i „Sztuka prześladowana. Heinrich Tischler i jego wrocławskie środowisko”)
W drodze do Wrocławia:
– Rawicz: muzeum
– Żmigród: Zespół Placówek Kultury
– Trzebnica: Gminne Centrum Kultury
21 maja – Poznań: Noc Muzeów
– Muzeum Narodowe (wystawa grafik z kolekcji Carlosa van Hasselta i Andrzeja Niewęgłowskiego)
– Muzeum Henryka Sienkiewicza (wystawa „Podróże Sienkiewicza”)
– Muzeum Józefa Ignacego Kraszewskiego (wystawa i wykład poświęcone hrabinie Cosel, koncert pieśni romantycznych)
– Galeria Miejska Arsenał (wystawa Marka Sobczyka „Muzeum w cudzysłowie”)
28 maja – Poznań: Biblioteka Raczyńskich (wystawy „Człowiek potrzebuje do życia ogrodów i bibliotek” Elizabeth Blackwell i „Inspirujące ilustracje” Elżbiety Krygwskiej-Butlewskiej)
– Muzeum Narodowe (wystawa Jana Lenicy)
– Muzeum Powstania Wielkopolskiego (wystawa „Chłop potęgą i… kułakiem”)
– Galeria Miejska Arsenał (wystawa ilustracji Katarzyny Bajerowicz)
Czerwiec
4 czerwca – Wrocław: Muzeum Narodowe (wystawa „Modna i już! Moda w PRL”)
11 czerwca – Puszczykowo: Muzeum Arkadego Fiedlera (impreza „Orinoko nad Wartą”)
11 czerwca – Poznań: Aula Nova Akademii Muzycznej (koncert zespołu Archi D’Amore Zelanda)
18 czerwca – Kalisz: spektakl „K. albo wspomnienie z miasta” w Teatrze im. Bogusławskiego
– Muzeum Okręgowe Ziemi Kaliskiej (wystawa „Etnografowie w terenie”)
Po drodze:
– Pleszew: muzeum (wystawa poświęcona życiu muzycznemu w Pleszewie w II połowie XX wieku)
– Gołuchów: Ośrodek Kultury Leśnej (ekspozycja stała i czasowe)
25 czerwca – Poznań: Śluza Katedralna (wystawa „Za kurtyną milczenia” poświęcona Poznańskiemu Czerwcowi)
– Biblioteka Raczyńskich (wystawa „Ślady Czerwca ‘56”)
– Galeria Miejska Arsenał (wystawa „Wańka Wstańka” Jerzego Kaliny, spotkanie z artystą)
– spektakl „Ojczyzna” Krystyny Miłobędzkiej w Teatrze Polskim
Lipiec
2 lipca – Konin: Muzeum Okręgowe (wystawa stała i czasowe, m.in. „Powstanie styczniowe w prasie zagranicznej”)
9 lipca – Poznań: Międzynarodowy Festiwal Filmów Animowanych „Animator”
16 lipca – Wrocław: Pałac Królewski (wystawa stała i dwie czasowe: „Marc Chagall i artyści europejskiej awangardy” i „Sztuka prześladowana – Heinrich Tischler i jego wrocławskie środowisko”)
23 lipca – Szreniawa: Muzeum Rolnictwa (wystawa „Ormianie – historia i kultura”
23 lipca – Poznań: Zamek Cesarski (wystawa „Na balkonie”)
– Nowa Gazownia (wystawa „Słabe fundamenty” Iwony Ogrodzkiej i Karoliny Balcer)
– Brama Poznania (wystawa „Stare obrazki ze zwierzętami”)
30 lipca – Gniezno: Muzeum Początków Państwa Polskiego (wystawy „Miecze Europy” i „Chrzest – św. Wojciech – Polska”)
– Koronacja Królewska (wykłady popularnonaukowe)
Sierpień
6 sierpnia – Kalisz: Centrum Rysunku i Grafiki (wystawa „Kulis na lato – Szlembark” Tadeusza Kulisiewicza)
– Muzeum Okręgowe Ziemi Kaliskiej (wystawa stała i czasowa „Z teatralnego lamusa”)
13 sierpnia – Poznań: Galeria Miejska Arsenał (wystawa „Ryszard Kaja świat oswaja”)
– Muzeum Powstania Wielkopolskiego
20 sierpnia – Leszno: Leszno Barok Plus Festiwal (koncert muzyki Giovanniego Antonia Pandolfi-Mealli w Wieży Ciśnień i koncert fortepianowy Kayo Nishizimu w Synagodze)
20 sierpnia – spektakl „Sąsiadka” Studia Dono Komedianty Trupa dell’Arte podczas Leszno Barok Plus Festiwal
27 sierpnia – Poznań: Galeria Miejska Arsenał (wystawa białoruskiego artysty-dysydenta Alexandra Pushkina)
– Muzeum Powstania Wielkopolskiego (wystawa szabel należących do oficerów II Rzeczpospolitej)
Wrzesień
3 września – Ostrów Wlkp.: Biennale Małej Formy Graficznej i Ekslibrisu
10 września – Wrocław: Centrum Kultury Zamek na Leśnicy (wystawa „Asymetryczna dama” Witkacego)
– Muzeum Współczesne Wrocław (wystawy „Stosunki pracy”, „Found Photos in Detroit” i „Lost and Found”)
17 września – Zielona Góra: galeria BWA (wystawy „Życie artystyczne Zielonej Góry w latach 1945-2016” i „Wielkie mi rzeczy” Pauliny Poczętej)
– spektakl „Szklana menażeria” w Lubuskim Teatrze w Zielonej Górze
24 września – Poznań: Muzeum Henryka Sienkiewicza (wystawa „Quo Vadis w sztuce)
– Biblioteka Raczyńskich (wystawy „Nowy poczet władców Polski” Waldemara Świerzego i „Retrospekcja. Z archiwum Wydawnictwa Poznańskiego)
– Zamek Cesarski (wystawa „Wszyscy jesteśmy migrantami”)
– Akademia Muzyczna (koncert finałowy Letniej Akademii Muzyki Dawnej w Poznaniu)
Październik
8 października – Poznań: Mediations Biennale (wystawy w Muzeum Archidiecezjalnym, Muzeum Narodowym i Centrum Kultury Zamek)
22 października – Poznań: Biblioteka Raczyńskich (wystawy „Świat Dobrawy i Mieszka I” i poświęcona Conradowi Drzewieckiemu)
– Muzeum Narodowe (wykład Agnieszki Skalskiej na temat „Portretu Ireny Solskiej” Stanisława Wyspiańskiego)
29 października – Poznań:Teatr Muzyczny (Krakowski Salon Poezji Anny Dymnej: Daniel Olbrychski czyta poezje Jana Iwaszkiewicza)
– Galeria Miejska Arsenał (wystawa stereofotografii „Diableries”, „Biblia w grafikach Jerzego Piotrowicza”, „Pracownia Otwartych Interpretacji Sztuki” i prace z konkursów im. Marii Dokowicz)
Listopad
5 listopada – Biblioteka Raczyńskich (wystawa ekslibrisów w ramach VII Konkursu na Ekslibris im. Klemensa Raczaka)
– Festiwal Słowa w Piosence „Frazy” (wykład „Literatura i eseistyka czechosłowacka w drukach drugiego obiegu” Dobrochny Dabert)
12 listopada – Wrocław: Centrum Kultury Zamek na Leśnicy (wystawa twórczości Daniela Mroza), rowerem tylko do Czempinia, dalej, do Wrocławia Mikołajowa, pociągiem
– Muzeum Narodowe we Wrocławiu (wystawa Bartholomeusa Strobla)
20 listopada – Poznań: Galeria u Jezuitów (wystawa Ukjese van Kampena)
– Galeria Miejska Arsenał (wystawa „Tkanki”)
– IV Koncert Muzyki Kameralnej
26 listopada – Poznań: Muzeum Henryka Sienkiewicza (wystawa z okazji 100. rocznicy śmierci pisarza)
– Biblioteka Raczyńskich (wystawa „Poznań i Wielkopolska pod zaborem pruskim 1815-1918”)
– Muzeum Narodowe (wykład Małgorzaty Baher poświęcony twórczości Leona Wyczółkowskiego)
Grudzień
3 grudnia – Poznań: Biblioteka Raczyńskich (promocja przekładu „Małego księcia” na gwarę poznańską)
10 grudnia – Poznań: Muzeum Narodowe (wystawa plakatów Uwe Loescha i spotkanie „W poszukiwaniu typograficznych inspiracji” z Marianem Misiakiem)

Katowice_July_2013_126

Graffiti w Katowicach. Źródło: Wikipedia (użytkownik Piotrus)

Muzeum Okręgowe w Koninie

2 lipca – dwa tygodnie po wizycie w Kaliszu kolejny wyjazd do wschodniej Wielkopolski, tym razem do Muzeum Okręgowego w Koninie, które zwiedzałem do tej pory tylko raz, kilkanaście lat temu.

Wyjazd o 4.15 rano, wybieram trasę przez Wrześnię i Słupcę, trasę, którą ostatni raz jechałem też chyba kilkanaście lat temu (do Konina zazwyczaj jeżdżę przez Pyzdry). Przed Wrześnią niespodzianka – przebudowa drogi, pewnie ze względu na wyrosłą tu Specjalną Strefę Ekonomiczną, i objazd przez Chwalibogowo. Pierwszy postój we Wrześni. Chociaż nie ma jeszcze godziny 7, smaruję się kremem przeciwsłonecznym, od Strzałkowa wkładam też czapkę z daszkiem, aby nie dostać porażenia słonecznego, temperatura dojdzie dzisiaj do 30 °C. Po drodze zwiedzam otwarte kościoły w Strzałkowie, Słupcy; szkoda, że sanktuarium w Kawnicach jest zamknięte i znowu nie będę mógł wejść do środka; wreszcie wjeżdżam do Konina.

Konin dzieli się jakby na dwie części – współczesną północną, przez którą przeważnie przejeżdżam, i południową starówkę, w której jestem rzadko. Architektura północnej części (ciągnące się blokowiska, ale też nowoczesne budynki użyteczności publicznej) przypomina mi trochę Puławy, miasto, w którym się urodziłem i w którym spędziłem moja młodość. Podobna jest też ich historia. Oba miasta były niewielkimi, chyba trochę zapyziałymi ośrodkami przed wojną i zaraz wojnie, oba po wojnie bardzo się rozwinęły dzięki przemysłowi – w Koninie przez odkrycie złóż węgla brunatnego, Puławy przez budowę zakładów azotowych. Konin zyskał jednak więcej – przemysł tu jest bardziej różnorodny (huta aluminium, elektrownie Konin i Pątnów, kiedyś odlewnia „Fugo”), miasto jest większe od Puław i – ładniejsze, sprawia wrażenie bardziej zadbanego. W rozwoju tym dużą rolę odegrało oczywiście pełnienie przez miasto przez ćwierćwiecze funkcji stolicy województwa. Dawno temu Kora (ta z Maanamu) wyraziła swoją dezaprobatę dla wyglądu polskich miast, mówiąc: „Gdziekolwiek jestem, jestem w Koninie”, mnie jednak Konin się podoba, chociaż przeważnie jestem tu tylko przejazdem.

Tak jest i dzisiaj. Przez ulicę Spółdzielców i Aleje 1 Maja dojeżdżam do ulicy Przemysłowej, którą kieruję się na północ, w stronę Gosławic. Po drodze mijam ulicę prowadzącą do huty aluminium. Mam bardzo dużą ochotę skręcić, aby przynajmniej z zewnątrz zobaczyć zakład, ale na początku ulicy stoi znak zakazu: „wjazd tylko dla pojazdów uprzywilejowanych i kontrolowanych”. Czy konińska huta aluminium jest tak strategicznie ważnym zakładem dla obronności państwa, że nie można się do niej nawet zbliżyć? Trudno, jadę dalej. Po drodze mijam jeszcze wiele innych zakładów (nazwa ulicy Przemysłowej jak najbardziej do niej pasuje), przy drodze cały czas ciągną się tory kolejowe zbudowane z myślą o ich obsłudze i transporcie surowców i towarów (czy linia jest jeszcze użytkowana?), wreszcie przy elektrowni „Konin” (na bramie wielki transparent „pogotowie strajkowe”) skręcam w kierunku Gosławic.

Gosławice były kiedyś osobną wioską, jej włączenie do Konina w 1976 roku (nowe miasta wojewódzkie chętnie wtedy włączały okoliczne wioski do swoich granic, aby zwiększyć swoją liczbę ludności i terytorium) nie zatarło tej odrębności, co jest spowodowane chyba też dużą odległością – około 10 km od centrum miasta. Gosławice wyglądają całkiem inaczej niż reszta Konina, dla turysty są też ciekawe. Po przyjeździe ku mojemu zadowoleniu okazuje się, że jest otwarty kościół św. Andrzeja – odbywa się w nim akurat próba chóru parafialnego. Po raz pierwszy mam okazję wejść do środka i zwiedzić gotycki kościół z XV wieku, ufundowany przez biskupa Andrzeja Łaskarza. Nie przebywam w nim jednak długo, po zwiedzeniu i wysłuchaniu próbki talentu śpiewających dziewcząt z chóru przechodzę na drugą stronę ulicy do głównego celu mojej wyprawy – Muzeum Okręgowego w Koninie w gosławickim zamku.

* * *

– Dzień dobry! Jest pan dzisiaj naszym pierwszym gościem – wita mnie pani w kasie w spichlerzu, tuż przy wejściu.

– Mam nadzieję, że nie ostatnim. Przyjechałem tu rowerem ze Śremu. Do której godziny muzeum jest dzisiaj otwarte?

– Do czternastej.

– A teraz która? – spoglądam na zegarek. – Dwunasta, mam więc tylko dwie godziny. Trochę mało czasu na dokładne zwiedzenie, będę musiał się ograniczać, ale nawet pobieżnie chętnie zapoznam się z ekspozycją. Tylko jeszcze się umyję po podróży w tym upale…

Ekspozycje muzeum znajdują się w trzech budynkach: spichlerzu, zamku i dworku. Wchodząc do pierwszej sali spichlerza, mam uczucie déjà vu. Z pierwszej wizyty przed laty zapamiętałem kości jakiegoś prehistorycznego zwierzęcia, odkopanego w kopalni węgla brunatnego (to jedyne wspomnienie z tamtej wizyty), i właśnie te fragmenty szkieletu widzę teraz po raz kolejny. To kości słonia leśnego, odkopane podczas prac w odkrywce „Jóźwin”. Widzę jednak, że ekspozycja od czasu mojej ostatniej wizyty uległa wielkiemu przeobrażeniu. Przede wszystkim rzuca się w oczy ogromny, naturalnej wielkości model, właściwie rzeźba słonia, który przed tysiącleciami buszował po polskich lasach – przypuszczam, że dla dzieci i wycieczek szkolnych odwiedzających Gosławice to największa atrakcja w muzeum. Rzeźbie tej i kościom towarzyszą szczegółowe objaśnienia ukazujące faunę prehistoryczną (jak poprzednicy dzisiejszych słoni: mamuty i inne), jak i już człowiekowi współczesną – ostatni tur w polskich lasach padł w 1627 roku. W zasadzie nie interesuję się historią naturalną, ale wystawa w konińskim muzeum jest ciekawa, oglądam ją z zainteresowaniem.

Druga część ekspozycji w spichlerzu jest poświęcona górnictwu węgla brunatnego i soli (niedaleko Konina jest też kopalnia soli w Kłodawie). Pamiętam, jak kiedyś specjalnie pojechałem do Kleczewa, aby zobaczyć kopalnię odkrywkową węgla brunatnego. Wielka dziura w ziemi, jaka powstaje w skutek takiej metody wydobycia, chyba na każdym robi ogromne wrażenie i… budzi kontrowersje związane z ochroną środowiska naturalnego, zniszczeniem krajobrazu. Przypominają mi się spory w związku z planowaną budową kopalni węgla brunatnego w pasie od Czempinia przez Gostyń do Krobi i Miejskiej Górki, temat bardzo zapalny w okolicach Śremu. Z drugiej strony po zakończeniu wydobycia tereny te są rekultywowane, a energetyka oparta na węglu brunatnym odgrywa w Polsce ważną rolę…

* * *


Wystawa „Powstanie styczniowe w prasie zagranicznej” była prezentowana także w Kielcach

Wreszcie trzecia kondygnacja spichlerza. Trwa tu akurat wystawa czasowa „Powstanie styczniowe w prasie zagranicznej” z kolekcji Krzysztofa Kura; to wystawa, która w zasadzie dzisiaj ściągnęła mnie do Konina, na jej zwiedzeniu najbardziej mi zależy.

Tytuł wystawy jest trochę mylący, bo jej tematem nie są artykuły prasowe, lecz ilustracje do nich – grafiki (przeważnie drzeworyty) publikowane w zachodnioeuropejskich gazetach obok artykułów donoszących o powstaniu. Grafiką interesuję się od dzieciństwa, stare ryciny lubiłem przeglądać jeszcze wtedy, kiedy grafiki nie odróżniałem od rysunku, a o technikach graficznych miałem blade pojęcie. Do tego dochodzi moje zainteresowanie dawną prasą, paradoksalne zaciekawienie, które odczuwam, czytając XIX- czy XX-wieczne gazety; traktują one przecież o rzeczach już dawno przebrzmiałych, które nie powinny nikogo interesować. W przypadku wystawy w konińskim muzeum dochodzi też inna kwestia, która zawsze mnie ciekawiła – widzenie polskich dziejów oczami obcokrajowców, postrzeganie ich z całkiem innej perspektywy niż ta, w której jesteśmy wychowani i do której jesteśmy przyzwyczajeni.

Takie są też moje odczucia podczas zwiedzania wystawy. W sali po prawej ryciny ilustrujące doniesienia prasowe. Nie mają dużej wartości artystycznej, ale grafika miała też wtedy inną rolę niż obecnie, rolę, które obecnie pełnią dzisiaj fotografie prasowe. Obecnie grafiki te mogą mieć również bardzo dużą wartość dokumentacyjną i ikonograficzną dla historyków, chociaż obawiam się, że w przypadku prasy zagranicznej ich wiarygodność można poddać w wątpliwość. Ile z tych grafik wykonywano na podstawie jakichś wiarygodnych źródeł (np. fotografii lub przynajmniej rysunków, szkiców), a ile było tylko owocem wyobraźni artysty? Chętnie przeczytałbym też fragmenty artykułów prasowych zamieszczonych obok rycin (przynajmniej tych angielskich i niemieckich, francuskiego nie znam), na to już jednak nie ma czasu.

Jeszcze bardziej interesująca jest sala po lewej stronie, gdzie zgromadzono rysunki satyryczne poświęcone powstaniu. Te znowu odpowiadają mojemu zainteresowaniu dawną karykaturą prasową – widziałem wiele wystaw (m.in. w Muzeum Powstania Wielkopolskiego w Poznaniu) jej poświęconych. Zatrzymuję się tu na dłużej, w przypadku każdej satyry należy przecież odczytać podpis i zrozumieć ją, pojąć skomplikowane uwarunkowania europejskiej dyplomacji wobec powstania styczniowego. Nie są to refleksje optymistyczne – patrząc na te satyry, człowiekowi przychodzi na  myśl cytat z bajki Krasickiego o tym, że „wśród serdecznych przyjaciół psy zająca zjadły”. W naszej walce o wolność mieliśmy mnóstwo przyjaciół w Europie Zachodniej, przyjaźń ta jednak była tylko deklaratywna. Mimo tych deklaracji żadne mocarstwo nie było gotowe ryzykować wojny z Rosją, aby nam pomóc. Zdanie prawdziwe nie tylko w 1863 roku…

* * *

Kwadrans po trzynastej na drugie piętro wchodzi pani z muzeum, która przypomina mi, że muzeum jest zamykane o czternastej, a do zwiedzenia jest jeszcze zamek i dworek. Tak, pamiętam.

Siłą rzeczy zamek zwiedzam tylko pobieżnie, chociaż jest duży i mieści w sobie wiele ekspozycji: galerię malarstwa, pradzieje ziemi konińskiej, historię Konina, judaica (na zewnątrz ustawiono też żydowskie macewy), historię biżuterii. Właściwie nie zwiedzam ich, tylko spaceruję korytarzami zamku samotnie, tylko w towarzystwie pana – opiekuna ekspozycji (jestem dzisiaj jedynym zwiedzającym, nikt poza mną nie zawitał do gosławickiego zamku), potem jeszcze krótko zaglądam do skansenu i dworku („Już prawie czternasta, a ja muszę jeszcze wszystko poszyfrować”, mówi pani z ekspozycji, ale wpuszcza mnie), następnie powrót do spichlerza, gdzie jeszcze chcę rzucić okiem na książki sprzedawane w kasie muzeum.

– Już nie zdążył pan do zamku i dworku?

– Zdążyłem, ale obejrzałem je tylko pobieżnie. Przepraszam, ale zawsze tak długo zwiedzam muzea, na muzeum takiej wielkości jak w Koninie potrzebuję przynajmniej 6-8 godzin. Może kiedyś będzie okazja zwiedzić pozostałe ekspozycje szczegółowo… Najbardziej mnie jednak interesowała wystawa „Powstanie styczniowe w prasie europejskiej”, bardzo lubię grafikę, i dla niej tu przyjechałem, a tę wystawę udało mi się zwiedzić.

Może rzeczywiście będę kiedyś miał okazję szczegółowo zwiedzić pozostałe ekspozycje. Do następnej wizyty w Koninie…

Pleszew, Gołuchów, Kalisz

18 czerwca – wyjazd do teatru w Kaliszu. Wyjeżdżam już o szóstej rano, zwykłą trasą przez Jarocin; spektakl dopiero o 16.30, będzie więc dużo czasu na zwiedzenie, a raczej przypomnienie sobie ciekawych obiektów po drodze.

Pierwszy postój w Jarocinie, drugi w Pleszewie. Muzeum Regionalne w Pleszewie, w którym zwykle zatrzymuję się w drodze do Kalisza, zorganizowało nową wystawę czasową, poświęconą życiu muzycznemu w Pleszewie w II połowie XX wieku. Okazuje się, że w czasach PRL życie muzyczne w tym niewielkim (mniejszym od Śremu) mieście było całkiem bogate, ale ograniczało się do zespołów muzyki popularnej, też przygrywających na weselach, całkowity brak muzyki klasycznej, wystawa jest więc raczej rozczarowaniem.

Ostatni przed Kaliszem postój w Gołuchowie, gdzie jak zwykle jadę zobaczyć żubry i inne zwierzęta w zagrodzie, obszerny park i zamek – chyba najpiękniejszy w Wielkopolsce. Chcę jeszcze tylko krótko zajrzeć do sąsiedniego Ośrodka Kultury Leśnej, aby zobaczyć, czy nie ma jakichś nowych wydawnictw o Gołuchowie, kiedy przed ośrodkiem dostrzegam stoiska obsługiwane przez panów i panie w mundurach, wystawiają się administracje lasów, myśliwi – okazuje się, że trwa akurat Festiwal Kultury Leśnej i Łowieckiej. Pani w kasie (również w ubrana w mundur administracji lasów państwowych) informuje mnie, że z okazji festiwalu dzisiaj wstęp do ośrodka jest bezpłatny, postanawiam więc skorzystać z okazji i zatrzymać się w Gołuchowie na trochę dłużej, zwłaszcza że we wnętrzach Ośrodku Kultury Leśnej w Gołuchowie – przebudowanym w XIX wieku przez Izabelę Działyńską z Czartoryskich – byłem dotąd tylko raz, kilkanaście lat temu. Dołączam do wycieczki oprowadzanej przez pracownika ALP.

Decyzja okazuje się trafna. Moje wspomnienia ze zwiedzania ośrodka kilkanaście lat temu są dość mgliste, pamiętam, że prezentowane w nim zbiory przyrodnicze nie wzbudziły we mnie większego zainteresowania. Ekspozycja została jednak chyba znacznie rozbudowana, poszerzona o nowe elementy i zmodernizowana, ponieważ wnętrz tych i wystawy w takim kształcie w ogóle nie pamiętam. Interesują mnie zwłaszcza apartamenty mieszkalne Izabeli Działyńskiej z Czartoryskich, o której też opowiada nasz przewodnik.

– Izabela Czartoryska? Ona mieszkała też w Sieniawie – mówi jedna z uczestniczek wycieczki – Ja jestem z Sieniawy, więc znam ją.

Nasz przewodnik to potwierdza, zdaje się, że nie ma dostatecznej wiedzy na ten temat, czuję się więc w obowiązku to sprostować.

– To była inna Izabela Czartoryska, żona Adama Kazimierza, mieszkała w Sieniawie i Puławach. Miała syna Adama Jerzego, którego córką była Izabela, ta wyszła za mąż za Jana Działyńskiego i zamieszkała w Gołuchowie, gdzie przebudowała tutejszy zamek w stylu neorenesansu francuskiego. Te dwie Izabele, babka i wnuczka, są często mylone.

– No to mamy całą genealogię przedstawioną – podsumowuje nasz przewodnik. Przechodzimy do kolejnych pomieszczeń.

Na pierwszym pomieszczeń ośrodka, oprócz apartamentów Działyńskich, jest dużo ekspozycji dzieł sztuki, sztuki związanej z lasem, nie tylko w aspekcie ikonograficznym (obrazy i grafiki przedstawiające las) , ale też formalnym – widzimy np. rzeźby wykonane z huby, obrazy z drewnianymi intarsjami, pisanki wykonane z jaj leśnych ptaków, a na koniec wystawę obrazów z kory brzozowej. Nie potrafię określić, ile w tym prawdziwej sztuki, a ile kiczu, niech każdy oglądający zdecyduje sam.

II piętro ma z kolei charakter edukacyjny, przypomina mi trochę Muzeum Rolnictwa w Szreniawie – historia gospodarki leśnej i administracji lasami. Cenne zbiory dokumentalne, najbardziej zaciekawiają mnie dokumenty z nowszych epok, z XIX i XX wieku, w tym okresu okupacji hitlerowskiej.

Z ośrodka wychodzę z myślą, że może warto kiedyś poświęcić jeden wyjazd specjalnie na zwiedzenie Gołuchowa, z którego dobrze znam tylko neorenesansowy zamek i żubry – zaglądam do nich przeważnie w drodze do Kalisza. A przecież Gołuchów to też inne obiekty – kamień św. Jadwigi, przy którym dotąd byłem tylko raz, ośrodek wypoczynkowy nad jeziorem.

Przed Ośrodkiem Kultury Leśnej, w towarzystwie krzyczących pawi, zamieniam też kilka słów z panią, która pytała o Izabelę Czartoryską.

– Skąd pan ma taką wiedzę?

– Teraz mieszkam w Wielkopolsce, ale pochodzę z Puław. A pani jest z Sieniawy? Bardzo chciałbym zobaczyć pałac w Sieniawie i kryptę grobową Czartoryskich.

– Tam się urodziłam, obecnie mieszkam w Olsztynku na Warmii. Przyjechaliśmy tu z wycieczką z Olsztynka. Pałac w Sieniawie był zdewastowany w czasach PRL, ale teraz jest odnowiony.

Żegnamy się, jadę dalej do Kalisza.

W Kaliszu przed spektaklem w teatrze w planie mam tylko wizytę w Muzeum Okręgowym Ziemi Kaliskiej, w którym, podobnie jak w OKL w Gołuchowie, byłem tylko raz, kilkanaście lat temu. Jest godzina 13.30. Chociaż na stronie internetowej widnieje informacja, że muzeum w soboty jest czynne do godz. 17, okazuje się, że informacja jest nieaktualna, muzeum zostanie zamknięte już za godzinę (opiekun strony chyba czegoś nie dopatrzył?). Dla mnie to za mało czasu na dokładne zwiedzenie, ale decyduję się kupić bilet – nie wiadomo, kiedy znowu będę miał czas tu zajrzeć.

Muzeum bardzo tradycyjne, bez multimediów i nowoczesnych form ekspozycji, teraz tak modnych w muzealnictwie, ale interesujące. Dwa obszerne działy – archeologiczny i historii miasta – przedstawiają dość obszernie dzieje podobno najstarszego miasta w Polsce. Jak zwykle, bardziej od archeologii interesuje mnie historia, zwłaszcza nowsze dzieje – XIX i XX wiek. Gdybym miał więcej czasu, chętnie obejrzałbym dokładnie eksponaty, przeczytał eksponowane dokumenty, dawne gazety, świadectwa szkolne, mapy, ale na takie zwiedzanie potrzebowałbym 2-3 godzin, muszę się więc ograniczać.

Najbardziej zaciekawia mnie wystawa czasowa „Etnografowie w terenie”, co jest dla mnie samego pewnym zaskoczeniem, ponieważ etnografią interesuję się w małym stopniu. Wystawa ma jednak inny charakter od ekspozycji etnograficznych, na których zwykle jestem – na podłodze ustawiono tylko kilka artefaktów materialnej kultury ludowej (jak narzędzia gospodarskie), poza tym wystawę zdominowały fotografie, ale nie współczesne, tylko dawne, przeważnie z lat 60. i 70., głównie z Wielkopolski, ale też innych rejonów, i to w takim kształcie, w jakim były wykonywane i gromadzone przez poznańskich etnografów z UAM (przeważnie współpracowników prof. Józefa Burszty), w formie powiększonych reprodukcji kart z kartotek, z opisami, komentarzami itp. W ten sposób przedmiotem wystawy stała się w równej mierze kultura ludowa co dawna fotografia dokumentalna i historia etnografii.

O 14.30 wychodzę z muzeum. Do spektaklu mam jeszcze dwie godziny, które spędzę w Parku Miejskim nad Prosną.

Muzeum Arkadego Fiedlera – Orinoko nad Wartą

11 czerwca – wyjazd do Puszczykowa, do Muzeum Arkadego Fiedlera, na imprezę Orinoko nad Wartą; wybierałem się na nią już rok temu, ale dopiero teraz udało mi się zrealizować plany.

Książki Arkadego Fiedlera czytałem już w szkole podstawowej – „Dywizjon 303” był wtedy lekturą szkolną, W szkole przeczytałem też którąś z jego książek o Madagaskarze (Fiedler napisał kilka reportaży o tej wyspie, nie pamiętam więc tytułu) i powieści dla młodzieży: „Wyspa Robinsona” i „Orinoko”. Później doszły do tego „Dzikie banany”, „Ryby śpiewają w Ukajali”. Nie myślałem wtedy, że po latach, kiedy wejdę w dorosłe życie, zamieszkam tylko 30 km od Puszczykowa i Muzeum Arkadego Fiedlera, że będę wielokrotnie odwiedzał to miejsce i że poznam jego synów – Arkadego Radosława i Marka.

Z tych dawniejszych wypadów do Puszczykowa szczególnie zapamiętałem jeden. Zwiedzając piramidę w ogrodzie przy willi – siedzibie muzeum, spotkałem też małą dziewczynkę, która bawiła się tam w chowanego; wydawało się, jakby była u siebie w domu. Rzeczywiście, kiedy nawiązałem z nią krótką rozmowę, przedstawiła się jako Marysia, wnuczka Arkadego; na zewnątrz czuwał jej tata, Arkady Radosław, wtedy poseł na Sejm Rzeczypospolitej Polskiej, z którym też zamieniłem kilka słów.

Dzisiejsza impreza – Orinoko nad Wartą – ma bogaty program (warsztaty bębniarskie, origami, stroje etno), najbardziej interesują mnie jednak prelekcje na tematy podróżnicze, które zaczną się o godz. 13, wyjeżdżam więc o takiej porze, aby przyjechać do Puszczykowa kilka minut przed ich rozpoczęciem. Chociaż prelekcje i warsztaty jeszcze oficjalnie się nie zaczęły, w kawiarni „Mipetraka” i w ogrodzie jest już całkiem dużo ludzi. Kieruję się w stronę piramidy, z której po chwili wychodzi mężczyzna. Spogląda na mnie zaskoczony, po czym mówi:

– A pan jest…

– Ze Śremu – dopowiadam.

– Tak. Znamy się z Facebooka. Szmidt jestem – wyciąga rękę na powitanie.

Dzięki zdjęciom na tym portalu społecznościowym mój rozmówca rozpoznał mnie natychmiast, mnie z powodu mojej prozopagnozji na pewno by się to nie udało. Wreszcie poznałem więc osobiście znanego wielkopolskiego krajoznawcę, Zbigniewa Szmidta z Poznania, autora kilku przewodników po Śremie, z których wszystkie przeczytałem i wszystkie mam w swojej biblioteczce. Witamy się, Zbigniew Szmidt przedstawia mnie też Arkademu Radosławowi Fiedlerowi, sam niestety spieszy się do Poznania, nie zostanie więc na imprezie. Mam nadzieję, że jeszcze będzie okazja się spotkać.

Korzystając z okazji krótko rozmawiam też z synem słynnego podróżnika, opowiadam o moich wcześniejszych wizytach w muzeum, również tej, która najbardziej zapadła mi w pamięci – okazuje się, że Marysia, córka Arkadego Radosława, ma już 18 lat; a więc to już około 10 lat minęło od czasu tego spotkania…

Czas przejść na wykłady, które również odbywają się w ogrodzie, pod namiotem. Słuchaczy trochę mniej niż na spotkaniach Uniwersytetu Ludzi Ciekawych Świata w Śremie czy wykładach w Muzeum Narodowym w Poznaniu; panuje też inna, swobodniejsza atmosfera, może ze względu na miejsce spotkania i otaczający nas ogród, ale pewnie też dlatego, że prelegenci są młodzi, znają się i nie przykładają wagi do form. I dobrze… Pod namiotem gromadzą się starsi i młodsi, rodzice z dziećmi, przyszła też pani z pieskiem, który na początku się trochę się niecierpliwi a potem zasypia na kolanach właścicielki.

Pierwszy wykład Agnieszki Siejki jest nazwany „Śladami ludzi niezwykłych”, chociaż, jak mówi sama prelegentka, może bardziej pasowałby tytuł „Ludzie, z którymi piłam”. Agnieszka Siejka nie koncentruje się na jednym regionie, po prostu opowiada o ludziach, z którymi się spotkała podczas swoich podróży. Dominuje kierunek wschodni (Kaukaz, Ukraina, Naddniestrze), ale słyszymy też historię bezdomnego, który mieszka w… wieży mostu kolejowego w Toruniu. Chociaż zdawałoby się, że wszystko to zwykli, szarzy ludzie, przymiotnik „niezwykły” jak najbardziej pasuje do bohaterów opowieści; życie jakże wielu z nas obfitowało w niezwykłe momenty…

Drugi wykład – „Herbaciane ogrody u podnóża nepalskich Himalajów” Agaty Ożarowskiej-Nowickiej – nie jest dla mnie już tak interesujący jak pierwszy, bynajmniej nie z tego powodu, że jest nudny (prelegentka jest dobrze przygotowana, jest pasjonatką herbaty), tylko prostu dlatego że bardziej ciekawią mnie losy ludzi niż rzeczy. Kiedy prelegentka pyta słuchaczy, czy znają się na produkcji herbaty, jedna ze słuchaczek odpowiada, że lepiej znają się na jej piciu – zdanie prawdziwe również w moim przypadku. Przed i po wykładzie możemy też skosztować nepalskiej białej herbaty, zaparzanej… na zimno, bez zalewania wrzątkiem.

W planie imprezy są jeszcze trzy wykłady, ale na tym poprzestaję, chciałbym dziś jeszcze pojechać na koncert do Poznania. Tak więc do zobaczenia w Puszczykowie, być może, już w następnym roku.


Orinoko nad Wartą w 2013 roku.

Noc Muzeów we Wrocławiu

14 maja – wyjazd do Wrocławia na Noc Muzeów. To już trzecia noc muzeów spędzona przeze mnie w stolicy Dolnego Śląska. Na nocach muzeów w Polsce jestem przeważnie w Poznaniu, dwa razy byłem też w Warszawie i raz w Toruniu.

Wyjazd ze Śremu o godz. 6.15, temperatura około 15 °C (w ciągu dnia będzie znacznie cieplej), niebo zachmurzone, ale w Gostyniu wychodzi słońce. Za Gostyniem wzmaga się też wiatr, na szczęście wieje z północnego zachodu, nie przeszkadza więc, lecz pomaga w jeździe. Pierwszy postój w Krobi, przy Biedronce, gdzie rozlokowało się też targowisko, podobne do tego w Śremie sprzed modernizacji, tylko mniejsze, wśród sprzedających zauważam dużo obcokrajowców, pewnie ze Wschodu.

W Rawiczu zachodzę do obu kościołów („czerwonego” i „białego”, jak mówią rawiczanie), które są otwarte, zaglądam też do muzeum przy rynku. Muzeum, mimo wczesnej pory, jest otwarte, nie widzę jednak nikogo z obsługi, dopiero po chwili wychodzi kobieta.

– Czy muzeum jest już czynne?

– Nie, przyszłam tylko trochę wcześniej, aby wszystko przygotować, mamy dzisiaj Noc Muzeów.

– Ja też jadę rowerem na Noc Muzeów, tyle że do Wrocławia. U państwa jeszcze nie byłem, mimo że tyle razy przejeżdżałem przez Rawicz.

– Może wpadnie pan do nas, kiedy będzie pan wracał?

Niestety nie mogę, będę wracał w nocy i nie przez Rawicz, pozostaje mi więc tylko obejrzeć ekspozycję na parterze ratusza, od pani (kierowniczki muzeum?) otrzymuję też dwa numery samorządowej „Gazety Rawickiej”.

W Żmigrodzie jak zwykle zatrzymuję się koło ruin zamku. Ponieważ jest już około południa, miałem nadzieję, że baszta z małą ekspozycją muzealną i informacją turystyczną będzie otwarta i że uda mi się wreszcie ją zwiedzić, okazuje się jednak, że jest otwierana dopiero o godz. 14, szanse jej zwiedzenia znowu więc odsuwają się w nieokreśloną przyszłość. Przypominam więc sobie tylko miejscowy kościół i przy Dino robię kolejną przerwę na posiłek. Wyjeżdżając z miasta, jak zwykle mijam budynek o dumnej nazwie Zespół Placówek Kultury; tym razem zauważam, że w budynku mieści się też Gminne Centrum Informacji, z ciekawości postanawiam więc je odnaleźć, wchodząc od tyłu do pustego gmachu. Centrum okazuje się jednym pokojem, w którym przy biurku siedzi młoda kobieta.

– O Boże, ale mnie pan przestraszył!

– Jestem turystą. Jadę do Wrocławia i myślałem, że może dostanę u państwa jakieś materiały informacyjne o gminie.

Niestety pani nie ma nic ciekawego, kieruje mnie do informacji turystycznej w baszcie przy zamku Hatzfeldów, którą zostanie otwarta dopiero za dwie godziny, otrzymuję tylko dwie ulotki. Gminne Centrum Informacji w Żmigrodzie zajmuje się chyba trochę innymi informacjami, niż myślałem…

Kościół w Prusicach jest zamknięty, nie mogę więc przypomnieć sobie wspaniałego nagrobka Melchiora Hatzfelda, arcydzieła sztuki barokowej, kieruję się więc dalej, w stronę Trzebnicy. Tym razem rezygnuję z odwiedzin w bazylice św. Jadwigi, którą widziałem już tyle razy, postanawiam jednak zajrzeć do Gminnego Centrum Kultury, w którym jeszcze nigdy nie byłem, mimo że leży przy głównej drodze. Centrum jest otwarte, z plakatu widzę, że na godz. 14 zaplanowano warsztaty samoobrony dla kobiet, prowadzone przez mistrza świata w karate, Dawida Tomaszewskiego; w kawiarence czekają pracownicy centrum i kilka ubranych na biało dziewcząt, ale zainteresowanych warsztatami pań nie widzę, mimo że jest już za kwadrans 14,

– Dzień dobry, tyle razy przejeżdżałem przez Trzebnicę, ale dopiero dzisiaj jestem u państwa w Centrum. Czy Gminne Centrum Kultury wcześniej znajdowało się w tym samym miejscu?

– Tak, ale kilka miesięcy temu dobudowano nową część, jesteśmy tuż po remoncie. Zapraszam na imprezy. Tu na przykład widzi pan salę imienia pierwszego dyrektora centrum, gdzie odbywają się różne koncerty i spotkania. Mamy też inne sale, kino, kawiarnię.

Odnowiony ośrodek rzeczywiście robi bardzo dobre wrażenie, lepsze niż Śremski Ośrodek Kultury na Mickiewicza, ciekawe, czy mieszkańcy Trzebnicy często korzystają z niego. Biorę jeszcze kolejną gazetę samorządową – grubą (aż 64 strony) „Panoramę Trzebnicką” – i żegnam się z pracownikami. Chciałbym jeszcze zobaczyć Muzeum Regionalne w Trzebnicy, w którym byłem (dawno temu) tylko raz, pamiętam, że było gdzieś przy Rynku, ale nie odnajduję go. Objeżdżam więc tylko „staromiejskie” uliczki Trzebnicy, które tak bardzo przypominają mi uliczki innych miast Dolnego Śląska czy Pomorza Zachodniego. Cudzysłów w słowie „staromiejskie” jest uzasadniony. Do 1945 roku były to rzeczywiście starówki, w czasie ofensywy spalone przez Armię Czerwoną, potem, w czasach PRL, dewastowane i nie konserwowane – obecnie miasta te mają zachowany średniowieczny układ urbanistyczny, ale budynki, które tu wzniesiono, są nowe, nie są zabytkami.

Odcinek z Trzebnicy do Wrocławia jest najłatwiejszy do pokonania: droga rowerowa od Wiszni Małej do Psar i przede wszystkim jazda z górki, z wierzchołków Kocich Gór zjeżdżam w dolinę Odry. Na moście Uniwersyteckim we Wrocławiu jestem o 15.30, po 9 godzinach i 15 minutach jazdy. Za pół godziny zaczyna się Noc Muzeów.

* * *

Pierwsza galeria, do której wchodzę, to Centrum Sztuki WRO przy ul. Widok. Bardzo lubię tę placówkę, która specjalizuje się w sztuce video, również dzięki panującej tu nieformalnej atmosferze.

– Przyjechał pan do nas ze Śremu rowerem? – dziwi się dziewczyna w recepcji. – Niech pan się czegoś napije, tam jest woda. Ale Śrem to też ważne miasto na mapie kultury. Macie na przykład zbiory Dwurnika.

– Nie, to tylko wystawa czasowa w Muzeum Śremskim – uśmiecham się. – Byłem na jej wernisażu 17 kwietnia. Bardziej jednak podobały mi się wystawy Edwarda Dwurnika i jego córki Poli, które widziałem tu, we Wrocławiu, w styczniu. Były dużo bogatsze i bardziej interesujące.

– O, widzę, że pan zorientowany w sztuce.

Może i tak. Przechodzę na ekspozycję, która jest trochę odmienna w charakterze od zwykłego profilu Centrum Sztuki WRO. Sztuki video nie ma tak dużo, z pokazywanych filmów podoba mi się projekt Japonki Aki Inomata, w ramach którego artystka na drukarce 3D wytworzyła znane budowle i panoramy miast w kształcie muszli, które potem zostały zaadaptowane na domy przez… kraby. Najciekawszy dla mnie jest projekt „Autagraph” Hajime Narukawa, przedstawiający mapy świata, w całkiem innym odwzorowaniu niż to, do którego jesteśmy przyzwyczajeni, niezniekształcającym proporcji lądów. Zainteresowanie to z pewnością wynika to też z mojej fascynacji geografią i historią, bo dużą część ekspozycji zajmują mapy historyczne świata, ukazujące rozwój (i upadek) cywilizacji w ciągu dziejów.

Po zwiedzeniu wystawy przejazd do Muzeum Narodowego na placu Powstańców Warszawy, gdzie niestety czeka mnie niemiła niespodzianka – wystawa „Moda w PRL”, którą bardzo chciałem zobaczyć i o której myślałem, że zostanie otwarta właśnie dzisiaj, podczas Nocy Muzeów, będzie dostępna dopiero od 17 maja. Pozostają mi dwie inne wystawy czasowe. Obrazy Zbigniewa Paluszaka, które mogę zobaczyć w ramach obszernego przeglądu twórczości artysty, balansujące na granicy abstrakcji i sztuki przedstawieniowej, jego „wraki”, „drzewa”, „spalone ziemie”, „requiem” podobają mi się, ale artysta, który zaprojektował też winietę „Wieczoru Wrocławia”,  jest ważny chyba głównie dla wrocławian. To jednak nie ta klasa co twórczość Wojciecha Fangora, na którego wystawie w Muzeum Narodowym byłem w ubiegłym roku.

Ciekawsza jest druga wystawa czasowa – „Druki wrocławskiego Kalamburu”, chociaż właściwszym miejscem dla niej byłoby chyba jakieś muzeum literatury lub biblioteka, nie muzeum sztuki? Wystawa jest tym ciekawsza, że o teatrze „Kalambur”, jednym z ważniejszych ośrodków sceny i sztuki alternatywnej w Polsce, wiem bardzo mało, nie byłem na żadnym jego przedstawieniu. Ile osób wie, że „Zaproście mnie do stołu”, najsłynniejsza piosenka wykonywana przez Elżbietę Wojnowską, została napisana przez poetę związanego z „Kalamburem”, Włodzimierza Szymanowicza?

Czas  ruszać dalej – przejazd na na Ołbin, na ulicę Nowowiejską, gdzie mieści się dom Edyty Stein, muzeum, które tak bardzo chcę od dawna zobaczyć. Według programu Nocy Muzeów, który znalazłem w Internecie, placówka bierze  udział w imprezie, może więc wreszcie się uda? Niestety kolejna przykra niespodzianka:

– Mieliśmy dzisiaj imprezę, ale skończyła się o 18 – mówi starszy mężczyzna, który wychodzi mi na powitanie.

– To państwo nie biorą udziału w Nocy Muzeów?

– Nie, to pomyłka w programie, podano tam złą godzinę. Zapraszam w poniedziałek w godzinach pracy biura.

Na tabliczce informacyjnej widzę, że biuro Towarzystwa im. Edyty Stein pracuje od poniedziałku do piątku, wizyta jest więc niemożliwa. Trudno, wracam z Ołbina do centrum, na wrocławski Rynek.

Przed niedawno otwartym Muzeum Pana Tadeusza, kolejnym celu mojej wyprawy, stoi bardzo długa kolejka czekających na wejście, na szczęście ogonek dość szybko się przesuwa. Jak zwykle w takich sytuacjach, kwitnie kolejkowe życie: mam możliwość wysłuchania wspomnień stojących przede mną dwóch pań z czasów ich młodości i pierwszej „Solidarności” (z 1980 roku) i całkiem innej rozmowy dwóch nastolatek za mną. W pewnym momencie do kolejki podchodzi młoda turystka z Belgii, zainteresowana, dlaczego tu stoimy. Kiedy wyjaśniam jej, nie może powstrzymać zdziwienia:

– Miskiwicz? Słyszałam, ale muzeum poświęcone tylko jednemu poematowi? Jeszcze raz, jak brzmi tytuł? „Pan…”?

Wreszcie możemy wejść. Muzeum Pana Tadeusza nie jest mi całkiem obce, byłem w nim kilka lat temu, przed remontem i modernizacją. Ossolineum, prowadzące muzeum, traktowało je jako muzeum tymczasowe, przygotowując się do otwarcia właściwej placówki, które wreszcie nastąpiło w maju tego roku. Pamiętam jeszcze tamte muzeum, długo czekałem na otwarcie nowego, niestety moje oczekiwania spełniły się tylko częściowo. Nowe muzeum robi wrażenie swoim wyposażeniem technicznym, multimediami, tyle że gdzieś zagubił się jego główny temat, czyli „Pan Tadeusz”. Muzeum opowiada o Mickiewiczu i jego epoce, również ostatnich latach I Rzeczypospolitej, o samym poemacie nie ma dużo informacji. Jest wiele cennych eksponatów, ogromne wrażenie robi na mnie oryginał Konstytucji 3 Maja, autentycznych pamiątek związanych z Mickiewiczem jednak właściwie nie ma (bogatsze pod tym względem jest Muzeum  Adama Mickiewicza w Śmiełowie, 45 km od Śremu). Oczywiście zwiedzający mogą podziwiać prezentowany rękopis poematu otwarty na pierwszej stronie, ale, jak mówi nam sama opiekunka ekspozycji, jest to kopia, oryginał nie może być przez dłuższy czas narażony na działanie światła. Zastanawiam się, czy skopiowano cały poemat, z rozmów z konserwatorami wiem, że takie kopiowanie z reguły ogranicza się do jednej, otwartej dla publiczności, strony manuskryptu, a reszta kopii zawiera puste kartki, ale nie zadaję tego pytania. Kolejne rozczarowanie to fakt, że ekspozycja nie jest duża; z drugiej strony wiem, że muzeum ma też sale wystawowe poświęcone Janowi Nowakowi-Jeziorańskiemu i Władysławowi Bartoszewskiemu (dzisiaj zamknięte) i salę wystaw czasowych. Trzeba będzie kiedyś odwiedzić to muzeum w spokojniejszych warunkach, nie podczas Nocy Muzeów.

Wychodząc z wystawy, zatrzymuję się jeszcze przy stoisku Muzeum Historii Polski, które rozlokowało się na dziedzińcu  kamienicy Pod Złotym Słońcem.

– Bardzo interesuję się historią Polski, ale z tego co wiem państwa muzeum tak naprawdę jeszcze nie działa, nie macie dotąd stałej siedziby.

– Będziemy ją mieli w Warszawie na Cytadeli – odpowiada mężczyzna z obsługi stoiska. – Teraz organizujemy wystawy przeważnie w gmachu Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego.

– Na Dobrej? Studiowałem w Warszawie w latach 80., ale wtedy BUW mieścił się jeszcze w głównym kompleksie uniwersytetu na Krakowskim Przedmieściu.

– Tak, mamy teraz dwa BUW-y, stary i nowy. Wystawy organizujemy też jednak w innych miejscach, stała wystawa jest na przykład w Krzyżowej.

– Ale Krzyżowa chyba nie jest waszym oddziałem? Byłem tam.

– Oczywiście nie. Zarządza tym fundacja, my mamy tylko stałą wystawę.

Rozmawiamy jeszcze przez chwilę o historii, muzeach, mojemu rozmówcy polecam tak dobrze mi znane Niemieckie Muzeum Historyczne przy Unter den Linden w Berlinie, opowiadam o stosunku Niemców do swojej przeszłości, o wystawie poświęconej historii stosunków polsko-niemieckich, na której byłem w 2009 roku. Na koniec otrzymuję dwujęzyczny roczny raport Muzeum Historii Polski z wyszczególnieniem wszystkich wystaw, wydarzeń, projektów.

Kolejna placówka, którą chcę odwiedzić, mieści się bardzo blisko, z tyłu Muzeum Pana Tadeusza, przy ulicy Kiełbaśniczej – to Galeria Miejska, w której akurat odbywa się wystawa „Magical Dreams”. Galeria jest mniejsza i gorzej wyposażona od Galerii Miejskiej „Arsenał” w Poznaniu (nie ma na przykład tak bogatej oferty książek o sztuce współczesnej), ale aktualna wystawa jest interesująca. Pierwsze obrazy wystawy poświęconej realizmowi magicznemu przypominają mi ilustracje do współczesnych książek fantasy, większość prac czerpie z poetyki surrealizmu, wprawdzie nie jest to surrealizm bardzo głęboki, zmuszający do refleksji. Wiele obrazów przypomina mi malowidła Dalego, sztuka to czy kicz?

Ostatnie dzisiaj muzeum to Pałac Królewski. Wystawa stała poświęcona historii Wrocławia jest dzisiaj zamknięta, mogę zobaczyć tylko dwie wystawy czasowe: „Arcydzieła malarstwa polskiego przełomu XIX i XX” oraz „Sztuka prześladowana. Heinrich Tischler i jego wrocławskie środowisko”. Obie są bardzo interesujące. Wśród obrazów rzeczywiście jest wiele znanych mi reprodukcji arcydzieł, m.in. Jacka Malczewskiego, Olgi Boznańskiej, Wojciecha Weissa i wielu innych; druga wystawa to spotkanie z artystą mi do tej pory nieznanym – prześladowanym z powodu żydowskiego pochodzenia Heinrichem Tischlerem, bardzo dobrą sztuką okresu ekspresjonizmu i Neue Sachlichkeit.

Wracając z Pałacu Królewskiego na dworzec, skręcam ku Narodowemu Forum Muzyki, które też bierze udział w Nocy Muzeów. Kiedy ostatni raz przechodziłem obok niego, trwała budowa, teraz budowla stoi w całej okazałości. Niestety, aby je zwiedzić, należało się wcześniej zapisać w Internecie, nie mogę więc wejść do środka. Może kiedyś będę miał okazję przyjechać tu na koncert?

Zbliża się północ, nie mam już pociągu do Poznania przez Leszno i Kościan, muszę więc wracać pociągiem do Gdyni o godz. 0.05, który jedzie przez Ostrów Wlkp. i Jarocin. Stojąc w kolejce po bilety, przysłuchuję się rozmowie stojącej za mną pary; orientuję się, że również byli na Nocy Muzeów, w Muzeum Pana Tadeusza, wrażenia mają podobne do moich, teraz wracają do Poznania. O Nocy Muzeów nawiązuje z nimi rozmowę też stojący za nami chłopak (jedzie do Strzegomia); mimo młodego wieku słychać kresową wymowę, jest trochę podchmielony, ale na wesoło, opowiada o swojej działalności w bractwie rycerskim.

Mój pociąg odjeżdża punktualnie ale do Jarocina przyjeżdża z prawie półtoragodzinnym opóźnieniem, w pociągu mam więc czas na przeczytanie lub przejrzenie wszystkich gazet, ulotek, broszur, które dostałem w Rawiczu, Żmigrodzie, Trzebnicy i Wrocławiu. Nie tylko Noc Muzeów, również sama podróż do Wrocławia była ciekawa i daje powód do refleksji. Jeszcze dziesięć lat byłem przekonany, że Śrem rozwija się szybciej od innych miast w Wielkopolsce, teraz nie jestem już tego pewny. Życie kulturalne na przykład w Gostyniu jest ciekawsze niż w Śremie; dotacje unijne sprawiły, że miasta szybko się rozwijają, powstają nowe obiekty, w których realizuje się nowe projekty. Czy Śrem nie spoczął na laurach?

W Jarocinie jestem przed czwartą. Tymczasem temperatura spadła o kilkanaście stopni, w dodatku od Klęki wzmaga się zachodni wiatr, który bardzo spowalnia jazdę. W domu jestem po wpół do ósmej, po ponad 25 godzinach od wyjazdu. Kąpiel, śniadanie i spać. Spać…

Palmiarnia Poznańska – Global Village

2 kwietnia – kolejny wyjazd rowerem do Poznania. W planie jak zwykle kilka imprez, z których dopiero na miejscu dokonam wyboru; jak zwykle, niektóre wybory okażą się trafne, niektóre nie.

Wystawa w Muzeum Powstania Wielkopolskiego poświęcona setnej rocznicy powstania wielkanocnego w Irlandii częściowo mi się podoba, częściowo okazuje się rozczarowaniem. Przy okazji takich wystaw często przeszkadza mi brak pogłębionych informacji, skupianie się na artefaktach, eksponatach zamiast przekazywaniu wiedzy; tu jest jakby odwrotnie – wystawę zdominowały informacyjne plansze w zielonym kolorze szczegółowo opisujące przebieg powstania, eksponatów mało. Trochę to nużące dla kogoś, kto nie jest pasjonatem historii Irlandii; z drugiej strony dzięki temu na wystawie odnajduję wątki powstania, których dotąd nie znałem, jak np. historię Konstancji Markiewicz, irlandzkiej patriotki, która wyszła za mąż za polskiego emigranta (małżeństwo nie było szczęśliwie), a w 1916 r. stała się jednym z dowódców powstania.

Druga wystawa – „60 zdań polskich” w Zamku Cesarskim – okazuje się niewypałem. Przedstawienie kolekcji cytatów, które wrosły w polską kulturę, z komentarzami Jerzego Bralczyka, było potencjalnie ciekawym pomysłem, autorom wystawy zabrakło jednak koncepcji – pomysł powieszenia kartek ze zdaniami i komentarzami na ścianie galerii, do tego instalacja video z tymiż zdaniami i komentarzami wygłaszanymi przez prof. Bralczyka, w zamierzeniu nowatorski, tu się nie sprawdza; uwagi prof. Bralczyka wolałbym przeczytać w jakiejś książce lub artykule, nad którymi mógłbym się bardziej skupić.

* * *

Z Zamku przejazd do Palmiarni Poznańskiej. Obiekt uznawany jest za jedną z największych atrakcji turystycznych Poznania, dotąd byłem tam jednak tylko raz, dawno temu. Palmiarnia z pewnością jest rajem dla zainteresowanych biologią, też małych dzieci, moje zainteresowania kierują się jednak w całkiem inne obszary – historii, sztuki, literatury. Powodem dzisiejszej wizyty jest impreza zorganizowana w Palmiarni przez AIESEC – „Global Village – w jeden dzień dokoła świata”, podczas której 20 wolontariuszy z 15 krajów ma opowiadać o swoich krajach.

Wydarzenie okazuje się najciekawsze ze wszystkich, na których dzisiaj byłem. Wśród tropikalnej roślinności (temperatura w Palmiarni też przywodzi na myśl tropiki) rozlokowały się małe stoiska (przy każdym stoi najczęściej dwoje młodych ludzi), począwszy od Malezji, przez Indonezję, Chiny, Gwatemalę i inne kraje. Można poczęstować się lokalnymi potrawami, są też organizowane konkursy dla zwiedzających, których jest całkiem dużo, również dzieci. Nie mają problemu z porozumiewaniem się z wolontariuszami po angielsku – wśród młodego, nawet najmłodszego pokolenia w Polsce znajomość angielskiego jest już powszechna. Ze znajomością innych krajów jest wprawdzie gorzej. Na pytanie o stolicę Chin grupie dzieci, obok których stoję, udaje się odpowiedzieć tylko dzięki ściądze w postaci telefonu komórkowego, od razu znają za to nazwę słynnego zwierzęcia z tego kraju, czyli pandy.

Najdłużej zatrzymuję się przy stoisku z Iranu, przy którym stoi dwoje młodych ludzi, ubranych po europejsku (dziewczyna nie nosi chusty, ma odsłonięte włosy), otoczonych grupką zainteresowanych dziewczyn.

– Jakie są tradycje w Iranie? – pyta jedna z nich.

– Tradycje? Zależy, o co pytacie. Jest mnóstwo odmiennych tradycji i różnic w porównaniu z krajami Zachodu. Na przykład gdybym w domu w Iranie zaoferował wam jakiś poczęstunek – mężczyzna demonstrując wyciąga rękę – za pierwszym i drugim razem należałoby odmówić, dopiero za trzecim razem go przyjąć.

– A religie?

– Oficjalną religią jest islam, ale uznawane są też chrześcijaństwo, judaizm i zoroastrianizm.

– To dawna religia Iranu, pochodząca z czasów sprzed podboju muzułmańskiego w VII wieku – wyjaśniam, widząc niezrozumienie dziewczyn. – Jej twórcą był Zarastustra.

– A skąd pan to wie?

– Interesuję się światem i innymi kulturami.

Po przejściu grupy dalej mam też okazję samemu porozmawiać z Irańczykami.

– Jestem z Iranu, ale przyjechałem tu wczoraj prosto z Paryża, daje się więc trochę we znaki zmęczenie. W dodatku ta wysoka temperatura, chociaż w Iranie byłoby jeszcze goręcej.

– Iran otwiera się teraz na świat, może i Polacy będą mieli częściej okazję zwiedzać ten kraj. Kiedyś interesowałem się historią stosunków polsko-irańskich, na przykład pobytem armii Andersa w tym kraju podczas II wojny światowej.

– O, widzę, że rzeczywiście dużo pan wie – odpowiada Irańczyk. – Młodzież, której o tym wspominam, nie słyszała o tej historii. Rzeczywiście Polacy byli u nas w latach 1942-1943, po ewakuacji ze Związku Radzieckiego. Ja też trochę znam Polskę. Niedawno byłem w Szprotawie i pojechaliśmy do Żagania, gdzie podczas wojny był obóz jeniecki.

– To zna pan też film „Wielka ucieczka” i historię, o której opowiada.

– Oczywiście. Byłem też w tym obozie, w którym mordowano Żydów – Aszewice.

– Aszewice? Ach, Auschwitz, Oświęcim.

– Tak, Oświęcim, po persku mówimy Aszewice…

Rozmowa jest bardzo ciekawa, chętnie zadałbym też inne pytania, np. dlaczego towarzyszka Irańczyka nie nosi chusty; obawiam się jednak, że pytanie takie byłoby już nietaktowne; żegnamy się i przechodzę na sąsiednie stoisko – niedaleko rozlokowała się Etiopia, przy stoisku młodych czarnoskórych ludzi, również otoczonych grupką zwiedząjących..

– Dzień dobry! Etiopię znam tylko z reportażu „Cesarz” Ryszarda Kapuścińskiego, ale nie wiem, czy ten tytuł wam coś mówi…

– Oczywiście, znam książkę. Etiopia jest bardzo interesującym krajem. Czy wie pan, że kawa pochodzi z Etiopii? Arabowie przejęli ją od nas i rozpowszechnili na świecie.

– A czy też mógłbym się napić? – pytam, widząc kilka opróżnionych małych filiżanek na stole.

– Ha, ha, chętnie, ale już nam się skończyła. Częstowaliśmy każdego, kto nas odwiedzał. Mogę za to pokazać pismo amharskie, którego używamy.

– Tak, widzę napis na talerzu przed nami. Co tu jest napisane?

– „Smacznego” po amharsku.

– To pismo jest podobne do dawnego pisma gruzińskiego – zauważa stojąca obok mnie dziewczyna. – W historii Gruzji pismo zmieniało się trzy razy.

– Niektórzy uważają, że współczesne pismo gruzińskie jest podobne do makaronu – mówię.

– Tak, też to słyszałam.

– Pani jest z Gruzji? – pytam po angielsku.

– Tak, ale mieszkam tutaj. Studiuję w Poznaniu.

– Mam znajomą, która ma gruzińskie korzenie, mieszka w Warszawie, jest poetką.

– O, to ciekawe. Jesteś Polak? – dziewczyna przechodzi na polski.

– Tak, przyjechałem tu rowerem ze Śremu, aby wziąć udział w tym spotkaniu.

Czuję, że dziewczyna (jest blondynką, nie wygląda na Gruzinkę) ma chęć zawrzeć ze mną bliższą znajomość, ale poprzestaję na tej uprzejmej wymianie zdań. Jeszcze tylko krótki obchód po stoiskach, przyjrzenie się egzotycznym roślinom i czas na powrót do domu.