Długa Noc Muzeów w Berlinie, 2017

19 sierpnia – po rocznej przerwie znowu wyjazd na Długą Noc Muzeów do Berlina. W ubiegłym roku nie byłem w Berlinie; tyle interesującego się działo we Wrocławiu i innych miastach w Polsce. Przed ostatnią sobotą zastanawiałem się też nad wyjazdem na festiwal „Muzyka w raju”, który właśnie się rozpoczął w Paradyżu. Ostatecznie rozstrzygnęła za mnie pogoda. Pochmurny dzień z możliwością opadów i zachodni wiatr sprawiał, że jazda rowerem do Paradyża w Lubuskiem nie byłaby przyjemnością, zamiast niej wybrałem Berlin.

Wyjazd ze Śremu autobusem do Poznania o ósmej. W wakacyjną sobotę niewielu pasażerów, przed podstawieniem autobusu mam okazję przejrzeć gablotę na dworcu PKS z postaciami zasłużonych śremian. Szkoda, że Towarzystwo Miłośników Ziemi Śremskiej, które zamieszcza różne materiały w gablocie, nie podało źródła tych biogramów – są one skopiowane z Wikipedii, w każdym razie rozpoznaję dwa, poświęcone ks. Piotrowi Wawrzyniakowi i Danielowi Kęszyckiemu, napisałem je… ja sam, dawno temu, kiedy jeszcze zajmowałem się redagowaniem tej encyklopedii. Zresztą nieważne – Wikipedia to dobro wspólne, a już podjeżdża mój autobus.

W Poznaniu kilkanaście minut czasu na przesiadkę na pociąg Eurocity z Warszawy do Berlina. Do mojego wagonu młoda kobieta wprowadza właśnie rower; kiedy oferuję swoją pomoc, okazuje się, że jest Niemką. Miejscówkę ma wprawdzie w sąsiednim wagonie, zapraszam ją jednak do mojego przedziału, miejsca jest dosyć. Oprócz nas dwie Polki i młody mężczyzna również wyglądający na obcokrajowca, o południowych rysach twarzy. Moja nowa znajoma (krótka fryzura i swobodne ubranie upodabniają ją bardziej do chłopca, Niemki zwracają jednak na takie sprawy mniejszą uwagę niż Polki) okazuje się inteligentną kobietą, studiowała kulturoznawstwo, mieszka teraz w Hildesheim („nazywanym Norymbergą północy”, jak mówi, „z powodu dużej liczby domów o konstrukcji szachulcowej”), ale pochodzi z Turyngii. Z zaskoczeniem dowiaduje się, że podczas mojego pierwszego w życiu wyjazdu za granicę (do NRD w 1988 roku) byłem w Steinach i Sonnebergu („To bardzo blisko moich stron rodzinnych”). Teraz właśnie wraca z wyprawy rowerowej wzdłuż całego polskiego wybrzeża Bałtyku, od Szczecina przez Świnoujście do Gdańska i Helu. Rozmawiamy nie tylko o jej wrażeniach z wycieczki, również ogólnie o Polsce, jak też o moich zainteresowaniach i wyprawach rowerowych.

– A które z polskich miast najbardziej się panu podoba? Które jest najbardziej interesujące?

– Chyba Wrocław. W ubiegłym roku byłem tam sześć razy, był to jednak specjalny rok dla tego miasta, Wrocław był Europejską Stolicą Kultury i zorganizowano tam bardzo wiele interesujących imprez.

– Nie Kraków?

– Kraków na pewno jest pięknym i ciekawym miastem, ale jest zbyt daleko ode mnie. Nie mogę pojechać tam na wystawę do muzeum i wrócić tego samego dnia. Ograniczam się do zachodniej Polski.

– Słyszałam też o Zielonej Górze…

– Tak, też tam byłem wielokrotnie. Historycznie to Dolny Śląsk, ale obecnie jest jedną z dwóch stolic województwa lubuskiego. Nazwa województwa pochodzi zresztą od miasta Lebus w Niemczech, koło Frankfurtu nad Odrą.

– Polacy nazwali województwo od niemieckiego miasta?

– Kiedyś to było polskie miasto, nazywało się Lubusz.

– A dzisiaj rzeczywiście jedzie pan do Berlina tylko na Noc Muzeów? Bez noclegu?

– Nie, nigdy nie nocuję, wracam tego samego dnia lub w nocy. Przed Długą Nocą Muzeów chciałbym odwiedzić jeszcze miejsce pamięci muru berlińskiego przy Bernauer Straße, to niedaleko Gesundbrunnen, a od godziny 18 czeka mnie Lange Nacht der Museen.

– Z tego, co pan opowiada, widzę, że robi pan zwariowane rzeczy, i to co weekend…

Nasza rozmowa schodzi też na politykę:

– Jaka jest właściwie przyczyna tego, że Polacy zagłosowali na PiS? Jak to było możliwe, że ta partia wygrała wybory?

– Osobiście nie głosowałem na PiS…

– Tak przypuszczałam.

– …ale nie robię tragedii z tego poparcia dla PiS w społeczeństwie. Wygrana PiS-u w wyborach 2015 roku, to, że zdobył absolutną większość w sejmie, było w dużej mierze kwestią przypadku, tego, że jedna partia lewicowa (Razem) odebrała część głosów drugiej partii lewicowej (Zjednoczonej Lewicy), przez co ta nie weszła do sejmu i straciła potencjalne mandaty na rzecz PiS-u. To dzięki temu PiS ma teraz absolutną większość w sejmie i może uchwalać co chce, nie licząc się z opozycją. Obecnie popularność PiS-u bierze się głównie z programu 500+, o którym pewnie pani słyszała. Opozycja twierdzi, że to przekupywanie społeczeństwa…

– Tak, słyszałam. Ale niemieckie media twierdzą, że demokracja w Polsce jest zagrożona.

– Nie zgadzam się z tym. To zwykła walka polityczna, normalna rzecz w każdym kraju.

Rozmawiamy też o innych, przyjemniejszych sprawach, na przykład o polskiej kuchni, Niemka mówi mi, że bardzo jej smakuje „serwolada ostródzka” („Nie słyszałem, to chyba jakiś lokalny przysmak? W Wielkopolsce też mamy tradycyjne potrawy”). Wreszcie pociąg przejeżdża przez most na Odrze i zatrzymuje się na dworcu we Frankfurcie nad Odrą. Ku mojemu zdziwieniu (zwykle nikt tu się nie dosiada) do pociągu wsiada dużo Niemców, do naszego przedziału również wchodzą dwie zażywne panie w wieku już emerytalnym lub przedemerytalnym. Ruszamy. Nasz pociąg dzisiaj wyjątkowo jedzie nie przez Dworzec Wschodni do Głównego, tylko przez Lichtenberg do Gesundbrunnen. Tuż za Frankfurtem po angielsku odzywa się też młody mężczyzna o południowych rysach twarzy, pytając, jak dojechać na Dworzec Wschodni. Okazuje się, że ma tam przesiadkę na pociąg do Amsterdamu.

– O, to ma pan problem – odpowiadają płynnie po angielsku starsze panie. Nie tylko one, ale cały przedział przechodzi na język Szekspira. – Bo pomiędzy Lichtenbergiem i Dworcem Wschodnim pociągi nie kursują.

– A co się stało? – pytam.

– Remontują tory w Ostkreuz. Pociągi regionalne z Frankfurtu dojeżdżają tylko do Erkner, potem trzeba się kilka razy przesiadać. Ja też jadę tym pociągiem, aby uniknąć przesiadek. Jestem zresztą z Fürstenwalde, musiałam więc cofnąć się do Frankfurtu, ale to i tak lepsze. Musi pan jechać autobusem z Lichtenbergu na Dworzec Wschodni.

Tajemnica popularności naszego Eurocity wśród Niemców we Frankfurcie więc się wyjaśniła. Smętnie zdaje sobie sprawę, że i mnie w drodze powrotnej będzie czekała podróż z przesiadkami. W nocy z soboty na niedzielę nie mam, jak kiedyś, bezpośredniego połączenia z Berlina do Poznania.

W Lichtenbergu pociąg stoi tak długo, że jedna z pań zaczyna się denerwować.

– Jeśli zaraz nie ruszy, nie zdążę w Gesundbrunnen na przesiadkę do Rostocku.

– Będzie miała pani następny – pocieszam.

– Tak. I w szpitalu będę dopiero wieczorem. Jadę do chorej ciotki, która leży w szpitalu w Güstrow. W dodatku mają mnie odebrać, będę więc teraz musiała wszystko pozmieniać.

Na szczęście pociąg w tym momencie rusza, na stacji Berlin Gesundbrunnen jesteśmy zgodnie z planem. Pociąg młodej Niemki do Hanoweru odchodzi z Dworca Głównego, początkowo planowała pojechać tam kolejką miejską S-Bahn, ale kiedy spojrzała na plan Berlina, który zabrałem z domu, zmieniła zdanie, przejdzie ze mną kawałek pieszo, a potem pojedzie rowerem, to niedaleko. Musimy tylko znaleźć Brunnenstraße, którą dojdziemy do Bernauer Straße. Oboje jesteśmy po raz pierwszy w Gesundbrunnen, nie znamy tych okolic, proponuję jednak pójść w kierunku, który okazuje się właściwy.

– Ma pan dobrą orientację w terenie.

– I trochę doświadczenia w jeździe rowerem z mapą. Jest teraz po godzinie 12, nasz cel jest na południu, wystarczy więc iść za słońcem.

Na Bernauer Straße rozstajemy się przy Miejscu Pamięci Muru Berlińskiego. To mój pierwszy cel dzisiejszej wyprawy do Berlina.

* * *

O Miejscu Pamięci Muru Berlińskiego (Gedenkstätte Berliner Mauer) dowiedziałem się w 2008 roku od przygodnie poznanego Niemca podczas mojej wycieczki rowerowej po Meklemburgii – Pomorzu Przednim. Niemiec (spotkanie z nim było bardzo ciekawym i zaskakującym doświadczeniem – okazał się wnukiem Hermanna Mittendorfa, niemieckiego landrata Śremu podczas okupacji), kiedy dowiedział się, że niedawno odwiedziłem Muzeum Muru Berlińskiego przy Checkpoint Charlie na Friedrichstraße, powiedział mi:

– Jeszcze ciekawsze jest miejsce pamięci przy Bernauer Straße. Muzeum przy Checkpoint Charlie jest prywatne i koncentruje się na sensacjach, natomiast miejsce pamięci przy Bernauer Straße jest utrzymywane ze środków publicznych, ma większą wartość informacyjną i jest poważniejsze w charakterze. Jest tam też zachowany fragment muru.

Okazuje się to prawdą. Miejsce pamięci powstało przy ulicy, która przez 28 lat stanowiła granicę pomiędzy wschodnim i zachodnim Berlinem. Z dnia na dzień Bernauer Straße stała się ulicą graniczną, a właściwie – po wschodniej stronie, bo po zachodniej życie toczyło się normalnie – martwą strefą, w której zburzono kamienice i zainstalowano śmiercionośny pas (mur berliński składał się w istocie z kilku rzędów murów, płotów, zasieków itp.), mający uniemożliwić wschodnim berlińczykom przedostanie się na drugą stronę. I tak dochodziło tam jednak do prób ucieczek, nawet podkopów i budowy tuneli, niektóre ucieczki udawały się nie, niektóre kończyły tragicznie.

Zwiedzanie rozpoczynam w zwykły dla siebie sposób, to jest bardzo dokładnie czytając wszystkie plansze (miejsce ma charakter centrum dokumentacyjnego, chociaż zawiera też oryginalne artefakty, jak płaszcz, w którym uciekła jedna z kobiet), reprodukowane na nich dokumenty urzędowe, listy, słucham przemówienia Kennedy’ego ze słynnym zdaniem „Ich bin ein Berliner”, przemówienia Willy’ego Brandta (wtedy burmistrza zachodniego Berlina), wspomnień mieszkańców NRD, którzy zdecydowali się na ucieczkę. Kiedy już dokładnie zapoznałem się z ekspozycją na parterze centrum, na moim zegarku jest 17.30, minęło więc cztery i pół godziny, a do zwiedzenia jest jeszcze ekspozycja na górnej  kondygnacji, obszerniejsza. Czy centrum bierze udział w Długiej Nocy Muzeów? Nie, nigdy nie bierzemy w niej udziału, zamykamy o 18. Trudno, muszę na tym poprzestać, nie wiem, czy kiedykolwiek uda mi się dokładnie zwiedzić całą ekspozycję, przy moim sposobie zwiedzania muzeów musiałoby to trwać 10-12 godzin.

Wychodzę już, bo chciałbym przejść jeszcze drugą stronę ulicy – dotknąć zachowanego fragmentu muru (ma 200 metrów długości), przespacerować się po pustym obecnie porośniętym terenie, strefie śmierci, w której wcześniej buszowały… słynne berlińskie króliki.

* * *

Zaczęła się już Długa Noc Muzeów Przejście pieszo z Bernauer Straße w kierunku Topografii Terroru i Martin-Gropius-Bau, które najbardziej mnie interesują podczas dzisiejszej nocy. Na planie miasta to tylko kawałek, ale nie uwzględniłem wielkości Berlina – przejście zajmuje mi prawie godzinę. Nie szkodzi, idę pierwszy raz tą trasą i po raz pierwszy mogę zobaczyć budowle, o których dotychczas tylko słyszałem – Dworzec Północny z wystawą o dworcach-widmach w podzielonym Berlinie, bardzo duże Muzeum Przyrodnicze, które też bierze udział w dzisiejszej nocy muzeów, przedtem krótki odpoczynek w parku przy Eichendorffstraße, ogromny kompleks budynków szpitala uniwersyteckiego i wydziału medycznego Charité, studio telewizyjne ARD. Coraz więcej ludzi na ulicach, kobiety w chustach, różne rasy, kolory skóry, słychać najróżniejsze języki, po powrocie do Polski mam ochotę powtórzyć znajomym znany dowcip: „Na pewno słyszeliście, że w Polsce jest mniejszość niemiecka, prawda? Otóż powiem wam, że byłem niedawno w Berlinie i tam też jest”. Wreszcie plac Paryski i Brama Brandenburska, dalej wzdłuż Wilhelmstraße (niedaleko stał tu pałac Radziwiłłów, potem zamieniony na Kancelarię Rzeszy, rezydował w niej też Hitler, ale nie odnajduję tego miejsca) na południe, przy Topografii Terroru jestem już po 19.

Topografia Terroru, placówka, do której się wybierałem od początku moich wyjazdów do Berlina, ale którą dopiero teraz udało mi się zobaczyć, to miejsce, w którym do 1945 roku znajdowała się główne siedziba gestapo i SS. Z dawnych budynków nie zostało nic, w ich miejscu stoi duży pawilon wystawowy, obok którego jest również ekspozycja na zewnątrz. Podobnie jak Miejsce Pamięci Muru Berlińskiego, Topografia Terroru jest centrum dokumentacyjnym, nie muzeum, rolę informacyjną spełniają plansze bardzo szczegółowo opisujące historię Niemiec w latach 1933-1945.

Krótkie obejście ekspozycji i chwila zastanowienia. Tematyka wystawa jest interesująca, ale jeśli tu zostanę, do końca nocy muzeów nie zwiedzę już niczego innego – zwiedzę właściwie tylko ekspozycje wewnątrz pawilonu (i to pewnie nie w całości), ponieważ w nocy zapoznanie się z planszami na zewnątrz nie będzie już możliwe (ekspozycja jest nieoświetlona). Ostatecznie rezygnuję z pierwotnego planu, przechodzę do Martin-Gropius-Bau, stojącego tuż obok.

* * *

O Martin-Gropius-Bau usłyszałem po raz pierwszy w 2011 roku, przy okazji wystawy o historii stosunków polsko-niemieckich, która wtedy miała tam miejsce. Wystawy nie widziałem i nie wiem, dlaczego wyobrażałem sobie, że Martin-Gropius-Bau jest jakąś nowoczesną budowlą, jak bardzo dobrze mi znany Pei-Bau, w którym są organizowane wystawy czasowe Niemieckiego Muzeum Historycznego przy Unter den Linden. W rzeczywistości Martin-Gropius-Bau to udany przykład XIX-wiecznej architektury neorenesansowej – nietypowej dla Berlina, bardziej kojarzyłbym ten styl z XIX-wiecznym Paryżem. Od samego początku budynek pełnił też funkcję muzeum i pawilonu wystawowego.

„Der Luthereffekt”, czyli obszerna wystawa poświęcona 500-leciu reformacji, jest główną ekspozycją w Martin-Gropius-Bau, na parterze budynku, na nią też przede wszystkim przyjechałem ze Śremu. Wystawa duża i bardzo atrakcyjna pod względem wizualnym, ale też niosąca mnóstwo ważnych, istotnych dla historii religii (i historii kultury) treści. W pierwszej części omówienie ruchów reformacyjnych z czasów ich początków, czyli XVI wieku, potem rozwój reformacji został przedstawiony na przykładzie czterech krajów: Szwecji, Tanzanii, USA i Korei Południowej. Można mieć wprawdzie wątpliwości, czy takie ograniczenie się jest właściwe, szczególnie w przypadku USA, w których ruchy wywodzące się z protestantyzmu są bardzo liczne i do dzisiaj bardzo aktywne, rozumiem jednak twórców wystawy. Ich celem nie było wyczerpujące przedstawienie tematu (jest to niemożliwe), raczej wskazanie ogólnych kierunków w rozwoju religii, zaproszenie do dalszych samodzielnych poszukiwań. Rozumiem też skoncentrowanie się na prądach wywodzących się bezpośrednio z luteranizmu; w końcu wystawa upamiętnia 500-lecie przybicia przez Lutra słynnych tez do drzwi kościoła w Wittenberdze – wydarzenie bardzo ważne dla Niemców, niezależnie od ich wyznania czy światopoglądu.

Zwracam uwagę na cenne dzieła sztuki ilustrujące wystawę, np. podwójny portret Marcina Lutra i jego żony Katarzyny Bora pędzla Lucasa Cranacha, dawne księgi, dokumenty, ale też przedmioty o całkiem innym charakterze, szczególnie w części wystawy poświęconej Szwecji, jak „skórzaną” armatę, używaną przez Szwedów podczas wojen w XVII wieku, figurę wojownika z zatopionego galeonu „Waza”, a nawet ławę dla nowożeńców ze szwedzkiego kościoła i mającą całkiem inne przeznaczenie „ławę hańby”.

Pozostałe wystawy, na wyższych piętrach Martin-Gropius-Bau, są dla mnie już mniej interesujące, chociaż jest wśród nawet „Der ganze Prozess”, czyli eksponowany (w całości) rękopis „Procesu” Franza Kafki. Cenię twórczość Kafki, nie mam jednak do niej tak emocjonalnego stosunku, aby analizować jego (dość nieczytelny) charakter pisma.

Ciekawsza jest wystawa grafik Luciana Freuda (wnuka słynnego Sigmunda), szczególnie podobają mi się rytowane grubą kreską i wcale nie upiększające portrety, oddające prawdę psychologiczną o modelu; z kolei niewielka wystawa fotograficzna dokumentująca zbrodnie neonazistowskiej organizacji NSU raczej nie jest warta wspomnienia.

* * *

Opuszczam Martin-Gropius-Bau już po północy. W drodze na Dworzec Główny zajrzę jeszcze do Niemieckiego Muzeum Szpiegostwa (muzeum komercyjne, prywatne, jak Muzeum Muru Berlińskiego przy Checkpoint Charlie, raczej niewarte osobnej wizyty) przy Leipziger Platz. Na znajdującą się przy tym samym placu wystawę Salvadora Dalego niestety nie wejdę, kolejka chętnych jest zbyt długa. Potem niewielkie Ottobock Science Center (wystawa protez ludzkich organów) przy Ebertstraße i na sam koniec dwie wystawy w Max Liebermann Haus przy Bramie Brandenburskiej. Wystawa czarno-białych fotografii Bernarda Larssona dokumentująca życie we wschodnim i zachodnim Berlinie w latach 1961-1968 jest ciekawa, nie mam już jednak wystarczająco dużo czasu, aby ją dokładnie obejrzeć.

Chociaż jest już noc, wszędzie po drodze widzę mnóstwo pijanych, bawiących się ludzi, też na pustym placu przed Reichstagiem siedzi jakaś grupka, może pijanych, może narkomanów, nie zwracamy na siebie uwagi; alkohol u Niemców nie wywołuje agresji, w Berlinie czułem się zawsze bezpiecznie, nawet kiedy kilka lat temu w środku nocy zimą szedłem przez pusty park Tiergarten. Przechodzę jeszcze tylko obok Urzędu Kanclerskiego i na Dworzec Główny.

Z powodu remontu torów węzła Ostkreuz muszę jechać do Frankfurtu nad Odrą z przesiadkami. Pociągiem jadę na Dworzec Wschodni, skąd o 2.10 odjeżdża autobus do Erkner. Na Dworcu Wschodnim muszę czekać godzinę. Spacerując wokół niego, widzę dwa szczury, które wyszły z zarośli, szukając jedzenia; one też mnie zauważyły, powoli wycofują się w krzaki. Z Erkner znowu pociągiem do Frankfurtu, w którym jestem przed czwartą w nocy. Przejście opustoszałymi ulicami w kierunku Słubic, po drodze zagaduje mnie mężczyzna, który wysiadł ze mną z pociągu z Erkner.

– Nie wie pan, gdzie można tu napić się kawy? Tu wszystko zamknięte.

– Niestety nie wiem. Nie jestem stąd. Jestem z Polski. Idę do Słubic na autobus.

– To pójdę z panem. Może tam będzie.

– Proszę. Na pewno w Polsce będą otwarte lokale. A co pan tu robi o tak późnej porze?

– Mam tu przesiadkę. Jadę do Eisenhüttenstadt, pociąg mam dopiero o 5.37. Wracam z Berlina z meczu – mężczyzna z dumą pokazuje koszulkę z napisem „Hertha BSC” (oprócz koszulki nic nie ma sobie i widać, że drży z zimna). A do tej granicy daleko?

– Blisko, jakieś 10-15 minut. Był pan już w Polsce?

– Tak, ale my granicę przekraczamy w Gubinie, nie tutaj. Moja siostra wyszła też za mąż za Polaka. On jest z Turku, ale mieszkają w Świnoujściu.

– Z Turku? Znam dobrze i Turek, i Świnoujście.

Mężczyzna wchodzi do otwartego sklepu spożywczego tuż za mostem granicznym (tam chyba nie dostanie kawy?, będzie musiał pójść do pobliskiej stacji paliw), ja idę na ulicę Wojska Polskiego, na dworzec autobusowy. Kiedy docieram na miejsce, niespodzianka – dworca już nie ma, w czasie tych dwóch lat, od kiedy ostatni raz byłem w Słubicach, został przeniesiony w jakieś inne miejsce. Wciąż jest noc, ciemno, obok przechodzi jednak jakaś para i mogę ich zapytać o drogę.

– Niech pan…, niech pan tu skręci w prawo i potem na skrzyżowaniu… Trafi pan – dziewczyna jest pijana, prawie przewraca się na mnie, ale skierowała mnie dobrze. Okazuje się, że nowy dworzec znajduje się na placu Bohaterów, tuż obok budynku urzędu miejskiego i sądu.

Mój autobus do Poznania odjeżdża o 5.45. Prawie cztery godziny jazdy przez Sulęcin, Międzyrzecz, Pniewy, potem w Poznaniu ponad godzina czekania na autobus do Śremu. W domu będę o 12.

Noc Muzeów w Poznaniu, 2017

20 maja – jak co roku wyjazd na Noc Muzeów. W 2016 roku kalendarz imprez sprawił, że byłem na trzech nocach muzeów – we Wrocławiu, Poznaniu i Śremie, każda odbywała się w innym terminie; w tym roku noce muzeów we Wrocławiu i Poznania są organizowane tego samego dnia, muszę więc dokonać wyboru. Wybieram Poznań, gdzie program wygląda na bardziej interesujący niż we Wrocławiu.

Głównym celem wyprawy jest Muzeum Narodowe, a w nim wystawa prac Janusza Przybylskiego, którego obszerny zbiór grafik, rysunków i kolaży muzeum planuje zakupić w najbliższym czasie od wdowy po artyście. Do muzeum wchodzę po godzinie 17, tuż po rozpoczęciu imprezy, i mam trochę czasu na zapoznanie się z wystawą przed rozpoczęciem pierwszego oprowadzania o godz. 17.30 Wystawa dość duża, większa niż się spodziewałem, w jej centrum cykl „Błędne koło”, będący nawiązaniem do obrazu Malczewskiego. Pierwszy krótki wykład „Twórczość graficzna i rysunkowa Janusza Przybylskiego na tle całej twórczości artysty” Agnieszki Salamon-Radeckiej koncentruje się na technikach artystycznych używanych przez Przybylskiego; bardziej interesują mnie kwestie interpretacyjne dotyczące cyklu, o których opowie Grażyna Hałasa w wykładzie o godz. 19. Wcześniej, o godz. 18, Maria Gołąb opowie jeszcze o pierwowzorze cyklu Przybylskiego, czyli o „Błędnym kole” Malczewskiego.

„Błędne koło” Janusza Przybylskiego, artysty pochodzącego z Poznania, ale nawet tu mało znanego, okazuje się jednym z ciekawszych cykli graficznych i rysunkowych, jakie ostatnio widziałem. Jego tytuł i nawiązanie do obrazu Malczewskiego wydają się wprawdzie trochę naciągane – widać je tylko w jednej pracy. W pozostałych grafikach i rysunkach nie ma nic z Malczewskiego, za to mnóstwo cytatów z innych grafików i malarzy – przede wszystkim Velázqueza z jego „Las Meninas”, „Guerniki” Picassa, „Kaprysów” Goi i innych. Dużą przyjemność sprawia odszukiwanie tych nawiązań, aluzji, motywów ukazanych w całkiem innym świetle sztuki współczesnej. Po zakończeniu wykładu Grażyna Hałasa mówi mi, że to niewielki wybór z cyklu; mam nadzieję, że kolekcja muzeum powiększy się też o inne prace. Szkoda tylko, że ze względów konserwatorskich (światło szkodzi grafikom) nie będą mogły być one wystawiane na ekspozycji stałej.

W przerwie między dwoma wykładami o Przybylskim udaje mi się też wysłuchać fragmentów wykładów poświęconych początkom muzeum: „Okoliczności utworzenia Muzeum Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk im. Mielżyńskich” Tadeusza Grabskiego i „Seweryn Mielżyński – zapomniany człowiek renesansu w burzliwych czasach” Agnieszki Murawskiej. To XIX-wieczna Poznania i Poznańskiego, którą od dawna się interesuję. Tylko dlaczego „zapomniany”? Seweryn Mielżyński, jak i inni Mielżyńscy, jest dobrze pamiętany, przynajmniej przeze mnie, może dzięki związkom emocjonalnym, które łączą mnie z Miłosławiem.

Drugą placówką, którą chcę odwiedzić podczas Nocy Muzeów jest Muzeum Archeologiczne, a w nim spotkanie z egiptologiem i archeologiem prof. Karolem Myśliwcem. Archeologią starożytnego Egiptu raczej się nie interesuję, prelegent jest jednak tak znaną postacią, chyba najsłynniejszym polskim archeologiem (wielokrotnie słuchałem wywiadów radiowych i oglądałem filmy dokumentalne z jego udziałem), że warto go posłuchać. Nie zawiodłem się. Prof. Myśliwiec dobrze znanym mi głosem opowiada o swojej pracy, przede wszystkim wykopaliskach w Sakkarze, fachowe informacje przeplatają się z anegdotami. Na zakończenie wykładu otrzymuję też książkę z jego autografem i dedykacją.

Po wyjściu z Muzeum Archeologicznego zaglądam jeszcze do Galerii Miejskiej „Arsenał”, Pałacu Działyńskich, Zamku Cesarskiego (niestety brak ciekawych wystaw, albo już je widziałem) i do Biblioteki Raczyńskich. Tu ciekawa wystawa o modzie XIX wieku, na zapoznanie się z nią potrzebowałbym jednak przynajmniej godziny i to w spokojniejszej atmosferze niż dzisiaj. O godz. 22 decyduję się zakończyć tę trochę skróconą, ale udaną Noc Muzeów. Powrót do Śremu już pustoszejącymi drogami, w domu jestem o godzinie 1 w nocy.

Bilans 2016

Zestawienie moich wypraw rowerowych w 2016 roku
Styczeń
1 stycznia – Gostyń: kościół św. Małgorzaty
9 stycznia – Poznań: Biblioteka Raczyńskich (wystawy o Aleksandrze Janta-Połczyńskim oraz „Książka i co dalej… 25 lat”)
– Galeria Miejska Arsenał (wystawy „Awers i rewers” i „Ex katedra”)
16 stycznia – Poznań: Teatr Muzyczny (Krakowski Salon Poezji Anny Dymnej: Jan Nowicki czyta poezje Mariana Hemara)
23 stycznia – Wrocław: Centrum Kultury Zamek na Leśnicy (wystawa twórczości Edwarda Dwurnika), rowerem tylko do Czempinia, dalej, do Wrocławia Mikołajowa, pociągiem
– Muzeum Współczesne Wrocław (wystawa twórczości Poli Dwurnik)
– Muzeum Narodowe we Wrocławiu (wystawa „Kody pamięci” – obrazy Śląska w grafice i rysunku)
30 stycznia – Poznań: Biblioteka Raczyńskich (wystawa „Książka i co dalej… 25 lat”)
– Wielkopolskie Muzeum Wojskowe (spotkanie „Lotnicze opowieści” z Tomaszem Niziołkiem na wystawie „Kruche jak ważki”)
Luty
6 lutego – Gostyń: udział w konwencie fantastyki Gostkon
13 lutego – Poznań: Targi Turystyczne Tour Salon
– Festiwal Podróżniczy Śladami Marzeń
20 lutego – Poznań: Biblioteka Raczyńskich (wystawa o Janie Palachu)
– Muzeum Narodowe (wykład Olgi Gałuszek o portrecie Jana Kasprowicza Fryderyka Pautscha)
27 lutego – Poznań: Muzeum Etnograficzne (Dzień Indonezyjski)
– Galeria Miejska Arsenał (wystawa „Bóg i dziewczyna” Ady Karczmarczyk)
Marzec
5 marca – Poznań: Muzeum Henryka Sienkiewicza
12 marca – Poznań: Biblioteka Raczyńskich (wystawa poświęcona 30-leciu „Czasu Kultury”)
– Muzeum Narodowe (wykład Piotra Szaradowskiego o malarstwie pejzażowym Jana Stanisławskiego)
– Galeria Miejska Arsenał (wystawy Sławomira Kuszczaka i „Nowy obraz / nowe spojrzenie”)
– Muzeum Powstania Wielkopolskiego (wystawa poświęcona 100-leciu wybuchu powstania wielkanocnego w Irlandii)
19 marca – Poznań: Targi Edukacyjne
– Na targach: gala projektu „Szkoła dziedzictwa – Projekt 966” z wykładem Artura Dębskiego „Piękne, dumne i mądre” o postaciach Dobrawy, Regelindy i Sygrydy
Kwiecień
2 kwietnia – Poznań: Palmiarnia (impreza „Global Village”)
– Muzeum Powstania Wielkopolskiego (wystawa poświęcona 100-leciu wybuchu powstania wielkanocnego w Irlandii)
– Zamek Cesarski (wystawa „60 zdań polskich”)
16 kwietnia – Poznań: Muzeum Narodowe (wystawa „Imagines Medii Aevi” i wykład o amerykańskim designerze Davidzie Carsonie)
– Salon Muzyczny Feliksa Nowowiejskiego (koncert gitarowy uczniów studium muzycznego „Świat Gitary”)
– Aula Nova Akademii Muzycznej (koncert „Liebste Clara! Geliebte Clara! Kwartety fortepianowe dla wyjątkowej artystki”)
23 kwietnia – Poznań: Dni Otwarte Szkoły Tłumaczy i Języków Obcych
– Muzeum Historii Miasta Poznania (wystawa „Rok 1966 w Poznaniu. Oficjalnie i zwyczajnie”)
30 kwietnia – Szreniawa: Muzeum Rolnictwa (wystawy „Święty Izydor wołkami orze” i „Wierzbowanie” Antoniego Ruta)
30 kwietnia – Poznań: Zamek Cesarski (wystawa World Press Photo)
– Biblioteka Raczyńskich (wystawa „Posnaniana”)
– Galeria Miejska Arsenał (wystawa „Poza Poznaniem”)
Maj
7 maja – Poznań: Biblioteka Uniwersytecka (Dzień Darmowego Komiksu)
– Teatr Muzyczny: spektakl „Skrzypek na dachu”
14 maja – Wrocław: Noc Muzeów
– Centrum Sztuki WRO
– Muzeum Narodowe (wystawy Zbigniewa Paluszaka, „Druki wrocławskiego Kalamburu”)
– Muzeum Pana Tadeusza
– Galeria Miejska (wystawa „Magical Dreams”)
– Pałac Królewski (wystawy „Arcydzieła malarstwa polskiego przełomu XIX i XX” i „Sztuka prześladowana. Heinrich Tischler i jego wrocławskie środowisko”)
W drodze do Wrocławia:
– Rawicz: muzeum
– Żmigród: Zespół Placówek Kultury
– Trzebnica: Gminne Centrum Kultury
21 maja – Poznań: Noc Muzeów
– Muzeum Narodowe (wystawa grafik z kolekcji Carlosa van Hasselta i Andrzeja Niewęgłowskiego)
– Muzeum Henryka Sienkiewicza (wystawa „Podróże Sienkiewicza”)
– Muzeum Józefa Ignacego Kraszewskiego (wystawa i wykład poświęcone hrabinie Cosel, koncert pieśni romantycznych)
– Galeria Miejska Arsenał (wystawa Marka Sobczyka „Muzeum w cudzysłowie”)
28 maja – Poznań: Biblioteka Raczyńskich (wystawy „Człowiek potrzebuje do życia ogrodów i bibliotek” Elizabeth Blackwell i „Inspirujące ilustracje” Elżbiety Krygwskiej-Butlewskiej)
– Muzeum Narodowe (wystawa Jana Lenicy)
– Muzeum Powstania Wielkopolskiego (wystawa „Chłop potęgą i… kułakiem”)
– Galeria Miejska Arsenał (wystawa ilustracji Katarzyny Bajerowicz)
Czerwiec
4 czerwca – Wrocław: Muzeum Narodowe (wystawa „Modna i już! Moda w PRL”)
11 czerwca – Puszczykowo: Muzeum Arkadego Fiedlera (impreza „Orinoko nad Wartą”)
11 czerwca – Poznań: Aula Nova Akademii Muzycznej (koncert zespołu Archi D’Amore Zelanda)
18 czerwca – Kalisz: spektakl „K. albo wspomnienie z miasta” w Teatrze im. Bogusławskiego
– Muzeum Okręgowe Ziemi Kaliskiej (wystawa „Etnografowie w terenie”)
Po drodze:
– Pleszew: muzeum (wystawa poświęcona życiu muzycznemu w Pleszewie w II połowie XX wieku)
– Gołuchów: Ośrodek Kultury Leśnej (ekspozycja stała i czasowe)
25 czerwca – Poznań: Śluza Katedralna (wystawa „Za kurtyną milczenia” poświęcona Poznańskiemu Czerwcowi)
– Biblioteka Raczyńskich (wystawa „Ślady Czerwca ‘56”)
– Galeria Miejska Arsenał (wystawa „Wańka Wstańka” Jerzego Kaliny, spotkanie z artystą)
– spektakl „Ojczyzna” Krystyny Miłobędzkiej w Teatrze Polskim
Lipiec
2 lipca – Konin: Muzeum Okręgowe (wystawa stała i czasowe, m.in. „Powstanie styczniowe w prasie zagranicznej”)
9 lipca – Poznań: Międzynarodowy Festiwal Filmów Animowanych „Animator”
16 lipca – Wrocław: Pałac Królewski (wystawa stała i dwie czasowe: „Marc Chagall i artyści europejskiej awangardy” i „Sztuka prześladowana – Heinrich Tischler i jego wrocławskie środowisko”)
23 lipca – Szreniawa: Muzeum Rolnictwa (wystawa „Ormianie – historia i kultura”
23 lipca – Poznań: Zamek Cesarski (wystawa „Na balkonie”)
– Nowa Gazownia (wystawa „Słabe fundamenty” Iwony Ogrodzkiej i Karoliny Balcer)
– Brama Poznania (wystawa „Stare obrazki ze zwierzętami”)
30 lipca – Gniezno: Muzeum Początków Państwa Polskiego (wystawy „Miecze Europy” i „Chrzest – św. Wojciech – Polska”)
– Koronacja Królewska (wykłady popularnonaukowe)
Sierpień
6 sierpnia – Kalisz: Centrum Rysunku i Grafiki (wystawa „Kulis na lato – Szlembark” Tadeusza Kulisiewicza)
– Muzeum Okręgowe Ziemi Kaliskiej (wystawa stała i czasowa „Z teatralnego lamusa”)
13 sierpnia – Poznań: Galeria Miejska Arsenał (wystawa „Ryszard Kaja świat oswaja”)
– Muzeum Powstania Wielkopolskiego
20 sierpnia – Leszno: Leszno Barok Plus Festiwal (koncert muzyki Giovanniego Antonia Pandolfi-Mealli w Wieży Ciśnień i koncert fortepianowy Kayo Nishizimu w Synagodze)
20 sierpnia – spektakl „Sąsiadka” Studia Dono Komedianty Trupa dell’Arte podczas Leszno Barok Plus Festiwal
27 sierpnia – Poznań: Galeria Miejska Arsenał (wystawa białoruskiego artysty-dysydenta Alexandra Pushkina)
– Muzeum Powstania Wielkopolskiego (wystawa szabel należących do oficerów II Rzeczpospolitej)
Wrzesień
3 września – Ostrów Wlkp.: Biennale Małej Formy Graficznej i Ekslibrisu
10 września – Wrocław: Centrum Kultury Zamek na Leśnicy (wystawa „Asymetryczna dama” Witkacego)
– Muzeum Współczesne Wrocław (wystawy „Stosunki pracy”, „Found Photos in Detroit” i „Lost and Found”)
17 września – Zielona Góra: galeria BWA (wystawy „Życie artystyczne Zielonej Góry w latach 1945-2016” i „Wielkie mi rzeczy” Pauliny Poczętej)
– spektakl „Szklana menażeria” w Lubuskim Teatrze w Zielonej Górze
24 września – Poznań: Muzeum Henryka Sienkiewicza (wystawa „Quo Vadis w sztuce)
– Biblioteka Raczyńskich (wystawy „Nowy poczet władców Polski” Waldemara Świerzego i „Retrospekcja. Z archiwum Wydawnictwa Poznańskiego)
– Zamek Cesarski (wystawa „Wszyscy jesteśmy migrantami”)
– Akademia Muzyczna (koncert finałowy Letniej Akademii Muzyki Dawnej w Poznaniu)
Październik
8 października – Poznań: Mediations Biennale (wystawy w Muzeum Archidiecezjalnym, Muzeum Narodowym i Centrum Kultury Zamek)
22 października – Poznań: Biblioteka Raczyńskich (wystawy „Świat Dobrawy i Mieszka I” i poświęcona Conradowi Drzewieckiemu)
– Muzeum Narodowe (wykład Agnieszki Skalskiej na temat „Portretu Ireny Solskiej” Stanisława Wyspiańskiego)
29 października – Poznań:Teatr Muzyczny (Krakowski Salon Poezji Anny Dymnej: Daniel Olbrychski czyta poezje Jana Iwaszkiewicza)
– Galeria Miejska Arsenał (wystawa stereofotografii „Diableries”, „Biblia w grafikach Jerzego Piotrowicza”, „Pracownia Otwartych Interpretacji Sztuki” i prace z konkursów im. Marii Dokowicz)
Listopad
5 listopada – Biblioteka Raczyńskich (wystawa ekslibrisów w ramach VII Konkursu na Ekslibris im. Klemensa Raczaka)
– Festiwal Słowa w Piosence „Frazy” (wykład „Literatura i eseistyka czechosłowacka w drukach drugiego obiegu” Dobrochny Dabert)
12 listopada – Wrocław: Centrum Kultury Zamek na Leśnicy (wystawa twórczości Daniela Mroza), rowerem tylko do Czempinia, dalej, do Wrocławia Mikołajowa, pociągiem
– Muzeum Narodowe we Wrocławiu (wystawa Bartholomeusa Strobla)
20 listopada – Poznań: Galeria u Jezuitów (wystawa Ukjese van Kampena)
– Galeria Miejska Arsenał (wystawa „Tkanki”)
– IV Koncert Muzyki Kameralnej
26 listopada – Poznań: Muzeum Henryka Sienkiewicza (wystawa z okazji 100. rocznicy śmierci pisarza)
– Biblioteka Raczyńskich (wystawa „Poznań i Wielkopolska pod zaborem pruskim 1815-1918”)
– Muzeum Narodowe (wykład Małgorzaty Baher poświęcony twórczości Leona Wyczółkowskiego)
Grudzień
3 grudnia – Poznań: Biblioteka Raczyńskich (promocja przekładu „Małego księcia” na gwarę poznańską)
10 grudnia – Poznań: Muzeum Narodowe (wystawa plakatów Uwe Loescha i spotkanie „W poszukiwaniu typograficznych inspiracji” z Marianem Misiakiem)

Katowice_July_2013_126

Graffiti w Katowicach. Źródło: Wikipedia (użytkownik Piotrus)

Noc Muzeów w Poznaniu, 2016

21 maja – tydzień po Nocy Muzeów we Wrocławiu kolejna Noc Muzeów, tym razem w Poznaniu, dokąd zazwyczaj jeżdżę na to wydarzenie – w Poznaniu byłem też na pierwszej Nocy Muzeów w Polsce, w 2003 roku.

Wyjazd w południe, w Poznaniu jestem przed szesnastą, jeszcze przed rozpoczęciem imprezy. Korzystając z czasu, zaglądam do Zamku Cesarskiego, ale ten nie planuje na dzisiejszą noc żadnego interesującego przedstawienia teatralnego, jak było w ubiegłym roku. Dwie wystawy czasowe (w galerii  „Profil” i galerii fotografii PF) nie przykuwają uwagi, a wystawę World Press Photo już zwiedziłem przed trzema tygodniami, kieruję się więc już ku Muzeum Narodowego – zbliża się godzina 17, początek Nocy Muzeów.

Z wydarzeń tej nocy w MNP najbardziej interesuje mnie mała ekspozycja grafik z kolekcji Carlosa van Hasselta i Andrzeja Niewęgłowskiego z Paryża, nowy nabytek muzeum, otrzymany w darze w grudniu 2015 roku. Współczesne grafiki (przeważnie niderlandzkie) nie są arcydziełami, ale wiele z nich reprezentuje wysoka klasę; mam nadzieję, że Muzeum Narodowe w Poznaniu kiedyś zdecyduje się pokazać kolekcję w całości (na wystawie jest tylko wybór). Niestety grafika i rysunek nie mogą być eksponowane na wystawie stałej, są zbyt wrażliwe na światło. O 17.15 dr Paweł Ignaczak prezentuje również krótki wykład o historii kolekcji – ciekawy, szkoda tylko, że liczba słuchaczy nie przekracza dziesięciu osób, może dlatego, że informacji o wykładzie zabrakło w ogólnym programie Nocy Muzeów, wydanym przez organizatorów.


Carlos van Hasselt był wieloletnim dyrektorem Foundation Custodia w Paryżu.

Po wykładzie krótko się waham, czy zostać na pozostałych spotkaniach i wykładach w gmachu przy Alejach Marcinkowskiego, w końcu jednak decyduję się przejechać na Stary Rynek. W Muzeum Henryka Sienkiewicza otwarto dzisiaj wystawę czasową „Podróże Sienkiewicza”. Jest już po wernisażu, mogę więc spokojnie obejrzeć ekspozycję, na którą również wybierałem się od dawna. W domowej biblioteczce mam tylko listy Sienkiewicza z podróży do Ameryki, a przecież podróżował on i do innych regionów świata – Afryki, Europy Zachodniej, ostatnie lata życia spędził zaś w Szwajcarii. Dużo pamiątek, fotografii, map; szczególne wrażenie sprawia na mnie mapa Afryki z 1879 roku z zaznaczonymi murzyńskimi królestwami (kolonialny rozbiór Afryki nastąpił dopiero później, na konferencji berlińskiej w 1885 roku) i… białymi plamami w centralnej części kontynentu. „Białe plamy” w geografii nie są przenośnią, w XIX wieku rzeczywiście tak zaznaczano na mapach obszary jeszcze niepoznane.

Po zwiedzeniu wystawy przejście do drugiego oddziału Biblioteki Raczyńskich – Muzeum Pracowni Józefa Ignacego Kraszewskiego przy ulicy Wronieckiej, w której dotychczas byłem tylko raz, również podczas Nocy Muzeów, na koncercie Jacka Kowalskiego. Na parterze zwiedzam wystawę poświęconą hrabinie Cosel i wysłuchuję wykładu poświęconego nieszczęsnej hrabinie, metresie Augusta II Mocnego, potem zaglądam do sali ekspozycyjnej i pracowni na II piętrze, gdzie w tej chwili jestem jedynym zwiedzającym. Zamieniam kilka słów z panią z obsługi – o koncercie Jacka Kowalskiego, na którym kiedyś tu byłem, o tym, ile w istocie książek napisał Kraszewski, o ilustracjach Andriollego i moich zainteresowaniach grafiką. Potem wracam na parter, aby wysłuchać krótkiego koncertu pieśni romantycznych w wykonaniu Magdaleny Stefaniak (wprawdzie w otoczeniu hrabiny Cosel bardziej pasowałaby chyba muzyka barokowa?), na wykładzie o Auguście II Mocnym już nie zostaję, wracam na Stary Rynek, aby zajrzeć do Galerii Miejskiej „Arsenał”.

Na górnej kondygnacji galerii jest akurat nowa wystawa – „Muzeum w cudzysłowie” Marka Sobczyka. Po jej obejrzeniu chcę już wracać do domu, kiedy Piotr Bernatowicz, dyrektor galerii, zaprasza garstkę zwiedzających na oprowadzanie. Chętnie skorzystam, mogę się dużo dowiedzieć o Marku Sobczyku i jego projekcie – parafrazach i nawiązaniach do dzieł znanych polskich i zagranicznych artystów. Po oprowadzaniu mogę też zamienić kilka słów z dyrektorem galerii o moich zainteresowaniach sztuką współczesną, moim ulubionym Muzeum Współczesnym we Wrocławiu. Już wychodząc z galerii, odkrywam, że w galerii „Arsenał” właśnie się kończy spotkanie z Grzegorzem Brzozowiczem, który opowiada o swojej książce „Resortowe dziecko rock’n’rolla”. W ulotce informacyjnej o Nocy Muzeów również nie było mowy o tym spotkaniu. Szkoda, gdybym o nim wiedział, może inaczej zaplanowałbym ten wieczór.

Powrót do domu (w Śremie jestem o północy) z poczuciem, że Noce Muzeów w Poznaniu chyba jednak przegrywają z Nocami Muzeów we Wrocławiu. Nie jest to kwestia złej organizacji ani braku pomysłów (i tu, i tam jest dużo imprez towarzyszących), po prostu we Wrocławiu są ciekawsze muzea i galerie, a prezentowane w nich wystawy są bardziej interesujące od tych w Poznaniu. Poznań jest dobrym miejscem do prowadzenia działalności gospodarczej – artystycznej niekoniecznie.

Noc Muzeów we Wrocławiu

14 maja – wyjazd do Wrocławia na Noc Muzeów. To już trzecia noc muzeów spędzona przeze mnie w stolicy Dolnego Śląska. Na nocach muzeów w Polsce jestem przeważnie w Poznaniu, dwa razy byłem też w Warszawie i raz w Toruniu.

Wyjazd ze Śremu o godz. 6.15, temperatura około 15 °C (w ciągu dnia będzie znacznie cieplej), niebo zachmurzone, ale w Gostyniu wychodzi słońce. Za Gostyniem wzmaga się też wiatr, na szczęście wieje z północnego zachodu, nie przeszkadza więc, lecz pomaga w jeździe. Pierwszy postój w Krobi, przy Biedronce, gdzie rozlokowało się też targowisko, podobne do tego w Śremie sprzed modernizacji, tylko mniejsze, wśród sprzedających zauważam dużo obcokrajowców, pewnie ze Wschodu.

W Rawiczu zachodzę do obu kościołów („czerwonego” i „białego”, jak mówią rawiczanie), które są otwarte, zaglądam też do muzeum przy rynku. Muzeum, mimo wczesnej pory, jest otwarte, nie widzę jednak nikogo z obsługi, dopiero po chwili wychodzi kobieta.

– Czy muzeum jest już czynne?

– Nie, przyszłam tylko trochę wcześniej, aby wszystko przygotować, mamy dzisiaj Noc Muzeów.

– Ja też jadę rowerem na Noc Muzeów, tyle że do Wrocławia. U państwa jeszcze nie byłem, mimo że tyle razy przejeżdżałem przez Rawicz.

– Może wpadnie pan do nas, kiedy będzie pan wracał?

Niestety nie mogę, będę wracał w nocy i nie przez Rawicz, pozostaje mi więc tylko obejrzeć ekspozycję na parterze ratusza, od pani (kierowniczki muzeum?) otrzymuję też dwa numery samorządowej „Gazety Rawickiej”.

W Żmigrodzie jak zwykle zatrzymuję się koło ruin zamku. Ponieważ jest już około południa, miałem nadzieję, że baszta z małą ekspozycją muzealną i informacją turystyczną będzie otwarta i że uda mi się wreszcie ją zwiedzić, okazuje się jednak, że jest otwierana dopiero o godz. 14, szanse jej zwiedzenia znowu więc odsuwają się w nieokreśloną przyszłość. Przypominam więc sobie tylko miejscowy kościół i przy Dino robię kolejną przerwę na posiłek. Wyjeżdżając z miasta, jak zwykle mijam budynek o dumnej nazwie Zespół Placówek Kultury; tym razem zauważam, że w budynku mieści się też Gminne Centrum Informacji, z ciekawości postanawiam więc je odnaleźć, wchodząc od tyłu do pustego gmachu. Centrum okazuje się jednym pokojem, w którym przy biurku siedzi młoda kobieta.

– O Boże, ale mnie pan przestraszył!

– Jestem turystą. Jadę do Wrocławia i myślałem, że może dostanę u państwa jakieś materiały informacyjne o gminie.

Niestety pani nie ma nic ciekawego, kieruje mnie do informacji turystycznej w baszcie przy zamku Hatzfeldów, którą zostanie otwarta dopiero za dwie godziny, otrzymuję tylko dwie ulotki. Gminne Centrum Informacji w Żmigrodzie zajmuje się chyba trochę innymi informacjami, niż myślałem…

Kościół w Prusicach jest zamknięty, nie mogę więc przypomnieć sobie wspaniałego nagrobka Melchiora Hatzfelda, arcydzieła sztuki barokowej, kieruję się więc dalej, w stronę Trzebnicy. Tym razem rezygnuję z odwiedzin w bazylice św. Jadwigi, którą widziałem już tyle razy, postanawiam jednak zajrzeć do Gminnego Centrum Kultury, w którym jeszcze nigdy nie byłem, mimo że leży przy głównej drodze. Centrum jest otwarte, z plakatu widzę, że na godz. 14 zaplanowano warsztaty samoobrony dla kobiet, prowadzone przez mistrza świata w karate, Dawida Tomaszewskiego; w kawiarence czekają pracownicy centrum i kilka ubranych na biało dziewcząt, ale zainteresowanych warsztatami pań nie widzę, mimo że jest już za kwadrans 14,

– Dzień dobry, tyle razy przejeżdżałem przez Trzebnicę, ale dopiero dzisiaj jestem u państwa w Centrum. Czy Gminne Centrum Kultury wcześniej znajdowało się w tym samym miejscu?

– Tak, ale kilka miesięcy temu dobudowano nową część, jesteśmy tuż po remoncie. Zapraszam na imprezy. Tu na przykład widzi pan salę imienia pierwszego dyrektora centrum, gdzie odbywają się różne koncerty i spotkania. Mamy też inne sale, kino, kawiarnię.

Odnowiony ośrodek rzeczywiście robi bardzo dobre wrażenie, lepsze niż Śremski Ośrodek Kultury na Mickiewicza, ciekawe, czy mieszkańcy Trzebnicy często korzystają z niego. Biorę jeszcze kolejną gazetę samorządową – grubą (aż 64 strony) „Panoramę Trzebnicką” – i żegnam się z pracownikami. Chciałbym jeszcze zobaczyć Muzeum Regionalne w Trzebnicy, w którym byłem (dawno temu) tylko raz, pamiętam, że było gdzieś przy Rynku, ale nie odnajduję go. Objeżdżam więc tylko „staromiejskie” uliczki Trzebnicy, które tak bardzo przypominają mi uliczki innych miast Dolnego Śląska czy Pomorza Zachodniego. Cudzysłów w słowie „staromiejskie” jest uzasadniony. Do 1945 roku były to rzeczywiście starówki, w czasie ofensywy spalone przez Armię Czerwoną, potem, w czasach PRL, dewastowane i nie konserwowane – obecnie miasta te mają zachowany średniowieczny układ urbanistyczny, ale budynki, które tu wzniesiono, są nowe, nie są zabytkami.

Odcinek z Trzebnicy do Wrocławia jest najłatwiejszy do pokonania: droga rowerowa od Wiszni Małej do Psar i przede wszystkim jazda z górki, z wierzchołków Kocich Gór zjeżdżam w dolinę Odry. Na moście Uniwersyteckim we Wrocławiu jestem o 15.30, po 9 godzinach i 15 minutach jazdy. Za pół godziny zaczyna się Noc Muzeów.

* * *

Pierwsza galeria, do której wchodzę, to Centrum Sztuki WRO przy ul. Widok. Bardzo lubię tę placówkę, która specjalizuje się w sztuce video, również dzięki panującej tu nieformalnej atmosferze.

– Przyjechał pan do nas ze Śremu rowerem? – dziwi się dziewczyna w recepcji. – Niech pan się czegoś napije, tam jest woda. Ale Śrem to też ważne miasto na mapie kultury. Macie na przykład zbiory Dwurnika.

– Nie, to tylko wystawa czasowa w Muzeum Śremskim – uśmiecham się. – Byłem na jej wernisażu 17 kwietnia. Bardziej jednak podobały mi się wystawy Edwarda Dwurnika i jego córki Poli, które widziałem tu, we Wrocławiu, w styczniu. Były dużo bogatsze i bardziej interesujące.

– O, widzę, że pan zorientowany w sztuce.

Może i tak. Przechodzę na ekspozycję, która jest trochę odmienna w charakterze od zwykłego profilu Centrum Sztuki WRO. Sztuki video nie ma tak dużo, z pokazywanych filmów podoba mi się projekt Japonki Aki Inomata, w ramach którego artystka na drukarce 3D wytworzyła znane budowle i panoramy miast w kształcie muszli, które potem zostały zaadaptowane na domy przez… kraby. Najciekawszy dla mnie jest projekt „Autagraph” Hajime Narukawa, przedstawiający mapy świata, w całkiem innym odwzorowaniu niż to, do którego jesteśmy przyzwyczajeni, niezniekształcającym proporcji lądów. Zainteresowanie to z pewnością wynika to też z mojej fascynacji geografią i historią, bo dużą część ekspozycji zajmują mapy historyczne świata, ukazujące rozwój (i upadek) cywilizacji w ciągu dziejów.

Po zwiedzeniu wystawy przejazd do Muzeum Narodowego na placu Powstańców Warszawy, gdzie niestety czeka mnie niemiła niespodzianka – wystawa „Moda w PRL”, którą bardzo chciałem zobaczyć i o której myślałem, że zostanie otwarta właśnie dzisiaj, podczas Nocy Muzeów, będzie dostępna dopiero od 17 maja. Pozostają mi dwie inne wystawy czasowe. Obrazy Zbigniewa Paluszaka, które mogę zobaczyć w ramach obszernego przeglądu twórczości artysty, balansujące na granicy abstrakcji i sztuki przedstawieniowej, jego „wraki”, „drzewa”, „spalone ziemie”, „requiem” podobają mi się, ale artysta, który zaprojektował też winietę „Wieczoru Wrocławia”,  jest ważny chyba głównie dla wrocławian. To jednak nie ta klasa co twórczość Wojciecha Fangora, na którego wystawie w Muzeum Narodowym byłem w ubiegłym roku.

Ciekawsza jest druga wystawa czasowa – „Druki wrocławskiego Kalamburu”, chociaż właściwszym miejscem dla niej byłoby chyba jakieś muzeum literatury lub biblioteka, nie muzeum sztuki? Wystawa jest tym ciekawsza, że o teatrze „Kalambur”, jednym z ważniejszych ośrodków sceny i sztuki alternatywnej w Polsce, wiem bardzo mało, nie byłem na żadnym jego przedstawieniu. Ile osób wie, że „Zaproście mnie do stołu”, najsłynniejsza piosenka wykonywana przez Elżbietę Wojnowską, została napisana przez poetę związanego z „Kalamburem”, Włodzimierza Szymanowicza?

Czas  ruszać dalej – przejazd na na Ołbin, na ulicę Nowowiejską, gdzie mieści się dom Edyty Stein, muzeum, które tak bardzo chcę od dawna zobaczyć. Według programu Nocy Muzeów, który znalazłem w Internecie, placówka bierze  udział w imprezie, może więc wreszcie się uda? Niestety kolejna przykra niespodzianka:

– Mieliśmy dzisiaj imprezę, ale skończyła się o 18 – mówi starszy mężczyzna, który wychodzi mi na powitanie.

– To państwo nie biorą udziału w Nocy Muzeów?

– Nie, to pomyłka w programie, podano tam złą godzinę. Zapraszam w poniedziałek w godzinach pracy biura.

Na tabliczce informacyjnej widzę, że biuro Towarzystwa im. Edyty Stein pracuje od poniedziałku do piątku, wizyta jest więc niemożliwa. Trudno, wracam z Ołbina do centrum, na wrocławski Rynek.

Przed niedawno otwartym Muzeum Pana Tadeusza, kolejnym celu mojej wyprawy, stoi bardzo długa kolejka czekających na wejście, na szczęście ogonek dość szybko się przesuwa. Jak zwykle w takich sytuacjach, kwitnie kolejkowe życie: mam możliwość wysłuchania wspomnień stojących przede mną dwóch pań z czasów ich młodości i pierwszej „Solidarności” (z 1980 roku) i całkiem innej rozmowy dwóch nastolatek za mną. W pewnym momencie do kolejki podchodzi młoda turystka z Belgii, zainteresowana, dlaczego tu stoimy. Kiedy wyjaśniam jej, nie może powstrzymać zdziwienia:

– Miskiwicz? Słyszałam, ale muzeum poświęcone tylko jednemu poematowi? Jeszcze raz, jak brzmi tytuł? „Pan…”?

Wreszcie możemy wejść. Muzeum Pana Tadeusza nie jest mi całkiem obce, byłem w nim kilka lat temu, przed remontem i modernizacją. Ossolineum, prowadzące muzeum, traktowało je jako muzeum tymczasowe, przygotowując się do otwarcia właściwej placówki, które wreszcie nastąpiło w maju tego roku. Pamiętam jeszcze tamte muzeum, długo czekałem na otwarcie nowego, niestety moje oczekiwania spełniły się tylko częściowo. Nowe muzeum robi wrażenie swoim wyposażeniem technicznym, multimediami, tyle że gdzieś zagubił się jego główny temat, czyli „Pan Tadeusz”. Muzeum opowiada o Mickiewiczu i jego epoce, również ostatnich latach I Rzeczypospolitej, o samym poemacie nie ma dużo informacji. Jest wiele cennych eksponatów, ogromne wrażenie robi na mnie oryginał Konstytucji 3 Maja, autentycznych pamiątek związanych z Mickiewiczem jednak właściwie nie ma (bogatsze pod tym względem jest Muzeum  Adama Mickiewicza w Śmiełowie, 45 km od Śremu). Oczywiście zwiedzający mogą podziwiać prezentowany rękopis poematu otwarty na pierwszej stronie, ale, jak mówi nam sama opiekunka ekspozycji, jest to kopia, oryginał nie może być przez dłuższy czas narażony na działanie światła. Zastanawiam się, czy skopiowano cały poemat, z rozmów z konserwatorami wiem, że takie kopiowanie z reguły ogranicza się do jednej, otwartej dla publiczności, strony manuskryptu, a reszta kopii zawiera puste kartki, ale nie zadaję tego pytania. Kolejne rozczarowanie to fakt, że ekspozycja nie jest duża; z drugiej strony wiem, że muzeum ma też sale wystawowe poświęcone Janowi Nowakowi-Jeziorańskiemu i Władysławowi Bartoszewskiemu (dzisiaj zamknięte) i salę wystaw czasowych. Trzeba będzie kiedyś odwiedzić to muzeum w spokojniejszych warunkach, nie podczas Nocy Muzeów.

Wychodząc z wystawy, zatrzymuję się jeszcze przy stoisku Muzeum Historii Polski, które rozlokowało się na dziedzińcu  kamienicy Pod Złotym Słońcem.

– Bardzo interesuję się historią Polski, ale z tego co wiem państwa muzeum tak naprawdę jeszcze nie działa, nie macie dotąd stałej siedziby.

– Będziemy ją mieli w Warszawie na Cytadeli – odpowiada mężczyzna z obsługi stoiska. – Teraz organizujemy wystawy przeważnie w gmachu Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego.

– Na Dobrej? Studiowałem w Warszawie w latach 80., ale wtedy BUW mieścił się jeszcze w głównym kompleksie uniwersytetu na Krakowskim Przedmieściu.

– Tak, mamy teraz dwa BUW-y, stary i nowy. Wystawy organizujemy też jednak w innych miejscach, stała wystawa jest na przykład w Krzyżowej.

– Ale Krzyżowa chyba nie jest waszym oddziałem? Byłem tam.

– Oczywiście nie. Zarządza tym fundacja, my mamy tylko stałą wystawę.

Rozmawiamy jeszcze przez chwilę o historii, muzeach, mojemu rozmówcy polecam tak dobrze mi znane Niemieckie Muzeum Historyczne przy Unter den Linden w Berlinie, opowiadam o stosunku Niemców do swojej przeszłości, o wystawie poświęconej historii stosunków polsko-niemieckich, na której byłem w 2009 roku. Na koniec otrzymuję dwujęzyczny roczny raport Muzeum Historii Polski z wyszczególnieniem wszystkich wystaw, wydarzeń, projektów.

Kolejna placówka, którą chcę odwiedzić, mieści się bardzo blisko, z tyłu Muzeum Pana Tadeusza, przy ulicy Kiełbaśniczej – to Galeria Miejska, w której akurat odbywa się wystawa „Magical Dreams”. Galeria jest mniejsza i gorzej wyposażona od Galerii Miejskiej „Arsenał” w Poznaniu (nie ma na przykład tak bogatej oferty książek o sztuce współczesnej), ale aktualna wystawa jest interesująca. Pierwsze obrazy wystawy poświęconej realizmowi magicznemu przypominają mi ilustracje do współczesnych książek fantasy, większość prac czerpie z poetyki surrealizmu, wprawdzie nie jest to surrealizm bardzo głęboki, zmuszający do refleksji. Wiele obrazów przypomina mi malowidła Dalego, sztuka to czy kicz?

Ostatnie dzisiaj muzeum to Pałac Królewski. Wystawa stała poświęcona historii Wrocławia jest dzisiaj zamknięta, mogę zobaczyć tylko dwie wystawy czasowe: „Arcydzieła malarstwa polskiego przełomu XIX i XX” oraz „Sztuka prześladowana. Heinrich Tischler i jego wrocławskie środowisko”. Obie są bardzo interesujące. Wśród obrazów rzeczywiście jest wiele znanych mi reprodukcji arcydzieł, m.in. Jacka Malczewskiego, Olgi Boznańskiej, Wojciecha Weissa i wielu innych; druga wystawa to spotkanie z artystą mi do tej pory nieznanym – prześladowanym z powodu żydowskiego pochodzenia Heinrichem Tischlerem, bardzo dobrą sztuką okresu ekspresjonizmu i Neue Sachlichkeit.

Wracając z Pałacu Królewskiego na dworzec, skręcam ku Narodowemu Forum Muzyki, które też bierze udział w Nocy Muzeów. Kiedy ostatni raz przechodziłem obok niego, trwała budowa, teraz budowla stoi w całej okazałości. Niestety, aby je zwiedzić, należało się wcześniej zapisać w Internecie, nie mogę więc wejść do środka. Może kiedyś będę miał okazję przyjechać tu na koncert?

Zbliża się północ, nie mam już pociągu do Poznania przez Leszno i Kościan, muszę więc wracać pociągiem do Gdyni o godz. 0.05, który jedzie przez Ostrów Wlkp. i Jarocin. Stojąc w kolejce po bilety, przysłuchuję się rozmowie stojącej za mną pary; orientuję się, że również byli na Nocy Muzeów, w Muzeum Pana Tadeusza, wrażenia mają podobne do moich, teraz wracają do Poznania. O Nocy Muzeów nawiązuje z nimi rozmowę też stojący za nami chłopak (jedzie do Strzegomia); mimo młodego wieku słychać kresową wymowę, jest trochę podchmielony, ale na wesoło, opowiada o swojej działalności w bractwie rycerskim.

Mój pociąg odjeżdża punktualnie ale do Jarocina przyjeżdża z prawie półtoragodzinnym opóźnieniem, w pociągu mam więc czas na przeczytanie lub przejrzenie wszystkich gazet, ulotek, broszur, które dostałem w Rawiczu, Żmigrodzie, Trzebnicy i Wrocławiu. Nie tylko Noc Muzeów, również sama podróż do Wrocławia była ciekawa i daje powód do refleksji. Jeszcze dziesięć lat byłem przekonany, że Śrem rozwija się szybciej od innych miast w Wielkopolsce, teraz nie jestem już tego pewny. Życie kulturalne na przykład w Gostyniu jest ciekawsze niż w Śremie; dotacje unijne sprawiły, że miasta szybko się rozwijają, powstają nowe obiekty, w których realizuje się nowe projekty. Czy Śrem nie spoczął na laurach?

W Jarocinie jestem przed czwartą. Tymczasem temperatura spadła o kilkanaście stopni, w dodatku od Klęki wzmaga się zachodni wiatr, który bardzo spowalnia jazdę. W domu jestem po wpół do ósmej, po ponad 25 godzinach od wyjazdu. Kąpiel, śniadanie i spać. Spać…

Długa Noc Muzeów – 2015

Po raz pierwszy na Długą Noc Muzeów do Berlina pojechałem w 2006 r. Chciałem wtedy zwiedzić wystawę poświęconą wypędzeniom Niemcom z Polski zorganizowaną w Pałacu Następcy Tronu przez Związek Wypędzonych Eriki Steinbach (gorący temat w owym czasie); kiedy o godz. 18 dotarłem do pałacu przy ulicy Unter den Linden, okazało się jednak, że wystawa w Długiej Nocy Muzeów nie bierze udziału. Poszedłem wtedy do leżącego dokładnie po drugiej stronie ulicy Niemieckiego Muzeum Historycznego i z pewnym zaskoczeniem stwierdziłem, że muzeum wystawia akurat ekspozycję poświęconą temu samemu tematowi: „Ucieczka, wypędzenie, integracja”. Na zwiedzaniu tejże wystawy spędziłem praktycznie całą Noc Muzeów, do godz. 2 w nocy. Było to tak ciekawe doświadczenie, że odtąd regularnie (co pół roku) jeździłem do Berlina na Lange Nacht der Museen, a Niemieckie Muzeum Historyczne stało się jedną z moich ulubionych placówek muzealnych, chociaż paradoksalnie nigdy nie zwiedziłem jego ekspozycji stałej w całości, zawsze bardziej interesowały mnie wystawy czasowe.


Długa Noc Muzeów w Berlinie przed trzema laty

Wyłom w tej tradycji nastąpił w ubiegłym roku. Chyba kłopoty finansowe zmusiły organizatorów do ograniczenia liczby imprez do jednej w roku (wcześniej Noce Muzeów w Berlinie zawsze odbywały się dwa razy w roku: w ostatni weekend sierpnia i ostatni weekend stycznia), a ponieważ przy okazji imprezę przeniesiono na maj i odbyła się ona dokładnie w ten sam dzień, w którym noce muzeów organizowano też w Polsce, stanąłem przed wyborem i ostatecznie zdecydowałem spędzić noc w muzeach w Poznaniu. Na szczęście w tym roku powrócono w Berlinie do tradycji organizowania Lange Nacht der Museen w sierpniu.

29 sierpnia – wyjazd do Poznania autobusem o godz. 6.40, aby zdążyć na Eurocity do Berlina o 8.28. Mimo wczesnej pory pociąg zapełniony; miejsce obok mnie jest wprawdzie puste, dopiero w Zbąszynku dosiada się kobieta – Niemka. Opowiada mi, że mieszka w Norymberdze, przyjechała do Wolsztyna („eine kleine aber schöne Stadt”) do teściowej (dotąd myślałem, że tylko Niemcy mają w Polsce teściowe, nie spotkałem jeszcze Niemki, która wyszła za mąż za Polaka), teraz wraca do domu.

Z kilkuminutowym opóźnieniem pociąg przyjeżdża na Dworzec Wschodni, dalej nie jedzie z powodu remontu torów między Alexanderplatz a dworcem Berlin Zoo, wysiadam i jadę kolejką miejską kilka przystanków do stacji Hackescher Markt, skąd już bardzo blisko na Wyspę Muzealną. Do Niemieckiego Muzeum Historycznego wchodzę o godz. 11.30.

W muzeum jak zwykle interesują mnie wystawy czasowe, największa, zajmująca dwie kondygnacje, to „Homosexualität_en”. Wystawa poświęcona jest historii homoseksualizmu, a właściwie zmieniającemu się w ciągu dziejów stosunku do tego zjawiska; litery „en” w tytule nie oznaczają języka angielskiego, lecz liczbę mnogą, bo rzeczywiście wystawa traktuje o bardzo różnych przejawach tego zjawiska. Pierwsza kondygnacja wystawy początkowo nie bardzo mi się podoba, nagrane na video opowieści o doświadczeniach związanych z coming-outem homoseksualistów, którym towarzyszą różne artefakty występujące w tych wspomnieniach, są zbyt długie i nużące. Potem na szczęście jest ciekawiej: dużo przykładów sztuki homoerotycznej, w tym obrazy Andy’ego Warhola i polskiej malarki Tamary Łempickiej, grafiki, fotografie i swoisty leksykon homoseksualizmu w formie rozwieszonych na metalowych siatkach najróżniejszych eksponatów, często z homoseksualizmem mających mało wspólnego, jak wibratory czy przebrania transwestytów.

II kondygnacja jest poświęcona głównie aspektom prawnym i medycznym homoseksualizmu i jest chyba ciekawsza, bardziej naukowa w charakterze. W specjalnych niszach wyłożonych pianką możemy też wysłuchać argumentów przeciwników homoseksualizmu – tylko dlaczego zostały one tak dobrane, aby argumenty te ośmieszyć? Czy tylko Putin i fanatycy religijni sprzeciwiają się homoseksualizmowi? Wystawa jest ciekawa i profesjonalnie przygotowana, nie jest jednak w stanie zmienić mojego negatywnego stosunku do tego zjawiska. Jeśli homoseksualizm jest wrodzony, jak twierdzą jego obrońcy, dlaczego tak późno (w wieku nastoletnim, często jeszcze później) się objawia? I dlaczego jest tak mało prawdziwych homoseksualistów, bo przecież większość tych, którzy za takich się podają, są w gruncie rzeczy biseksualistami – pociągają ich zarówno mężczyźni jak i kobiety? Wbrew twierdzeniom działaczy gay liberation movement mówiących o czystej miłości dwóch dozgonnie wiernych sobie dorosłych panów (albo, co lepiej brzmi i estetyczniej wygląda: dwóch pań), rzeczywistość wygląda inaczej. Homoseksualizm to też rozwiązłość seksualna, częste zmienianie partnerów (przez to w latach 80-tych homoseksualiści walnie przyczynili się do rozprzestrzenienia się AIDS), orgie w klubach queer, których w Berlinie zatrzęsienie, transwestytyzm (fałszywie przedstawiany jako transseksualizm), o wiele wyższe niż w przypadku osób heteroseksualnych zagrożenie pedofilią. Widać to na wystawie, widać też w numerze magazynu berlińskich homoseksualistów „Siegessäule”, który można wziąć na wystawie i w którym roi się od ogłoszeń klubów oferujących najróżniejsze perwersyjne przyjemności, dla każdego według jego upodobań.

Kolejna wystawa to „Rok 1945 – klęska, wyzwolenie, początek”, jedna z wielu ekspozycji zorganizowanych w związku z 70. rocznicą zakończenia II wojny światowej i ukazująca świat powojenny w 12 krajach Europy (w tym w Polsce). Wystawa wpisuje się w moje zainteresowania, dużo wiem o tym okresie, ale też dużo nowych rzeczy mogę się o nim dowiedzieć, chociaż dla każdego kraju przewidziano stosunkowo niewielką przestrzeń (cała wystawa zajmuje tylko jedną kondygnację). Interesują mnie zwłaszcza mniejsze kraje, o których okupacji i latach zaraz po wojnie tak mało wiemy: zdjęcia filmowe z procesu Quislinga w Norwegii, informacje o tym, jak podczas okupacji funkcjonował rząd w Danii, o terrorze hitlerowskim w Luksemburgu (kto wie, że wojna pochłonęła 2 procent ludności tego małego kraju?), czy o próbach Holendrów powstrzymania rozpadu swojego imperium kolonialnego. Interesujące dla mnie eksponaty mogę znaleźć nawet w części wystawy poświęconej Polsce, np. list do Zofii Nałkowskiej dotyczący pracy naukowej opisującej prześladowania ludności żydowskiej, czy używane w powojennej Warszawie tabletki do odkażania wody. Kiedy stoję przed plakatem nawołującym do głosowania „Trzy razy tak” w referendum w 1946 r., słyszę rozmawiającą za mną grupę Niemców:

– Co znaczy „tak” po polsku? „Dziękuję”?

– Nie – odwracam się. – To znaczy „ja” po niemiecku. Jestem Polakiem, a plakat dotyczy referendum, które zorganizowano w Polsce w 1946 r., aby…

Krótko wyjaśniam Niemcowi sytuację, w jakiej znalazł się nasz kraj zaraz po wojnie, ten komplementuje moją wiedzę historyczną, też dziwi się:

– To specjalnie pan przyjechał z Polski na wystawę? Z nami też jest Polak, poznajcie się.

Rzeczywiście w ich grupie jest młody mężczyzna, jak się okazuje, z Łodzi, obecnie mieszkający w Warszawie, który przyjechał na trzy dni do Berlina i przyszedł też na Noc Muzeów. Język polski, i na wystawach, i na ulicach Berlina, słyszę zresztą dość często.

Wystawę poświęconą rokowi 1945 zwiedzam przez pięć i pół godziny, do dziewiętnastej. Wreszcie wychodzę z Niemieckiego Muzeum Historycznego, czas zobaczyć też inne placówki – zaplanowałem na dzisiejszą noc wreszcie zwiedzić pozostałe muzea Wyspy Muzealnej. Chociaż tak wiele razy przyjeżdżałem do Berlina, dotychczas byłem tylko w Muzeum Pergamońskim, które zresztą dzisiaj jest zamknięte. Pozostało jeszcze kilka innych interesujących obiektów. Alte Nationalgalerie nie bierze udziału w Długiej Nocy Muzeów (szkoda, bo prezentują akurat wystawę malarstwa impresjonistycznego i ekspresjonistycznego), pierwsze kroki kieruję więc do Neues Museum, w którym można zobaczyć sztukę egipską i prehistoryczną oraz wykopaliska archeologiczne. Archeologią nie interesuję się tak bardzo, tylko pobieżnie przechodzę więc przez pomieszczenia muzealne. W jednym z nich znajduje się popiersie Nefretete, obok Mony Lisy chyba jedno z najsłynniejszych przedstawień kobiecych w sztuce. W przeciwieństwie do Luwru przed Nefretete nie kłębi się jednak tłum zwiedzających, tylko kilkanaście osób, tak że bez trudności mogę podejść do samego popiersia widocznego za (pancernym?) szkłem.

Kolejna placówka to Altes Museum, prezentujące zbiory sztuki greckiej, etruskiej i rzymskiej. Podobnie jak w Neues Museum tylko przechodzę korytarzami, sztuka starożytna nie jest moją pasją. Z muzeów na Wyspie Muzealnej czynne jest jeszcze Bode-Museum, według swojej strony internetowej prezentujące rzeźbę od średniowiecza do końca XVIII wieku, też chętnie do niego zajrzę. Spędzam w nim więcej czasu. Eksponowane tu rzeźby gotyckie podobają mi się umiarkowanie, ciekawszą kolekcję z tej dziedziny ma Muzeum Narodowe we Wrocławiu, interesujące są natomiast rzeźby renesansowe, stosunkowo mało mi znane. Szkoda że wbrew informacjom w katalogach prawie nie ma sztuki okresu klasycyzmu, rzeźby te chyba zostały tymczasowo usunięte, aby zrobić miejsce dla wystawy czasowej.


Kim Seligsohn śpiewała podczas Długiej Nocy Muzeów również dwa lata temu.

Interesujący jest program wydarzeń towarzyszących, w Bode-Museum, , przede wszystkim muzycznych. Najpierw mam okazję wysłuchać koncertu Jaspara Libudy, który gra na czymś, co można nazwać chyba elektrycznym kontrabasem, potem niemiecko-hiszpański chór śpiewa pieśni sefardyjskie i utwory Brahmsa i Mendelssohna, towarzyszy mu śpiewaczka i aktorka Kim Seligsohn z Maxim-Gorki-Theater, śpiewająca niezwykłym, silnym głosem skomponowane przez siebie „Hymne an die Namen”. Koncertu mogę posłuchać również na zewnątrz: na moście Teatralnym przed muzeum śpiewa ballady, akompaniując sobie na gitarze, amerykański piosenkarz Sam King. Idąc brzegiem Szprewy, wracam w kierunku Niemieckiego Muzeum Historycznego. Wszędzie na bulwarze mnóstwo ludzi pijących alkohol, tuż nad rzeką ulokowała się też restauracja z dancingiem, na parkiecie bardzo dużo tańczących przy dźwiękach orkiestry.

Wracam do muzeum  przy Unter den Linden. Ponieważ mam jeszcze trochę czasu do końca imprezy, postanawiam zobaczyć też trzecią wystawę czasową „Alltag Einheit”, poświęconej dniu powszedniemu w Niemczech zaraz po zjednoczeniu. Chyba dobrze, że zostawiłem ją na koniec – na  wystawie też mogę znaleźć interesujące eksponaty, ale początek lat 90-tych w Niemczech i byłej NRD pamiętam jeszcze tak dobrze, że jej wartość poznawcza jest dla mnie mniejsza niż dwóch pozostałych wystaw czasowych. Na zwiedzanie wystawy stałej znowu nie ma czasu, pewnie już nigdy jej nie zobaczę w całości. Z Niemieckiego Muzeum Historycznego wychodzę o godz. 1.30 w nocy, po 14 godzinach spędzonych w berlińskich muzeach.

Pierwszy pociąg do Poznania odjeżdża z dworca Lichtenberg o 6.46, nie mam jednak na niego biletu, zabrakło miejscówek, muszę więc wracać z przesiadkami. Ze stacji Hackescher Markt jadę kolejką miejską do Lichtenbergu. W zapełnionym wagonie siedzę obok trzech pijanych dziewczyn, wszystkie z otwartymi butelkami piwa w rękach. Dziewczyna w krótkich spodenkach siedząca naprzeciwko mnie ma podrapane i posiniaczone nogi. Kiedy koleżanka zwraca jej na to uwagę i mówi, że może za ostro dziś balowała, ta odpowiada, że winien jest… pies, który ją podrapał. Kiedy butelkę piwa usiłuje włożyć do wewnętrznej kieszeni kurtki, butelka wymyka jej się z rąk i spada na i tak już mokrą i lepką od rozlanego alkoholu podłogę. Dziewczyna szybko ją łapie i przykłada do ust, aby jak najmniej piwa się zmarnowało. Cała trójka wysiada przy Warschauer Strasse, ja jadę kilka przystanków dalej.

Z dworca Lichtenberg o 2.47 mam pociąg do Frankfurtu nad Odrą. Główny budynek dworca jest opustoszały, ale na peronach sporo ludzi, przede wszystkim wysiadających z kolejki miejskiej i metra, często pijanych. Jeden z nich, schodząc schodami w przejściu podziemnym, rozpina rozporek i leje na podłogę. W peronowej poczekalni śpi czterech mężczyzn (bezdomnych?). Przed dworcem stoją dwa radiowozy, ale policja nie interweniuje, tylko jednemu bezdomnemu śpiącemu na ławce w głównej hali dworca każą przenieść się w inne miejsce.

Muszę jeszcze kupić bilet w automacie (kasy o tej porze są oczywiście zamknięte), ale ten nie przyjmuje banknotu 20 euro, akceptuje tylko 10 euro, a takiego banknotu nie mam. Kiedy pytam przechodzące dwie dziewczyny, czy mogą mi rozmienić 20 euro, te spłoszone odpowiadają, że nie. Zwracam się w wreszcie do kolejarza, który na peronie czeka chyba na mój pociąg.

– Ha, ha, a prawdziwe to 20 euro? – śmieje się niepewnie, ale rozmienia banknot.

Pociąg z Magdeburga do Frankfurtu przyjeżdża punktualnie, we Frankfurcie jestem o 3.48. Opuszczając dworzec przechodzę obok stojaków dla rowerów; zauważam, że dwa rowery mają przebite opony, a z trzeciego ktoś wykręcił i ukradł tylne koło. Z dworca muszę teraz przejść pieszo do Słubic, opustoszałymi ulicami miasta, tylko przy Bahnhofstrasse z bloku wychodzi mężczyzna ciągnący wózek wyładowany gazetami. Czy roznosiciele gazet rzeczywiście rozpoczynają dzień tak wcześnie? Dopiero na moście granicznym spotykam grupkę młodych Niemców, którzy akurat wracają ze Słubic, też pijani.

– Hallo, Kumpel! – krzyczą z daleka na mój widok. Nie odpowiadam na zaczepki, wdawanie się o tej porze w utarczki słowne nie byłoby rozsądne, zwłaszcza na opustoszałym moście, pod którym płynie Odra. Wreszcie dochodzę do dworca autobusowego w Słubicach. Mój autobus do Poznania odjeżdża o 5.45.

Noc Muzeów w Poznaniu

16 maja – i kolejna Noc Muzeów za mną. W ubiegłym roku Noc Muzeów spędziłem również w Poznaniu, dokąd pojechałem autobusem. Ubiegłoroczna impreza nie była ciekawa, zapamiętałem z niej tylko bardzo dobry spektakl teatru tańca Harakiri Farmers w Zamku Cesarskim, inne wydarzenia nie były warte uwagi. Brak ciekawej oferty, czy to może ja nie zaplanowałem odpowiednio zwiedzania? Bo przecież wydarzeń każdej Nocy Muzeów mnóstwo, rzecz w tym, aby dokonać właściwego wyboru.

W tym roku znowu wyjazd rowerem. W Poznaniu jestem po 16.00, jak zwykle parkuję rower pod moim Wydziałem Anglistyki i idę pieszo do Zamku.

– Dzień dobry. O godz. 17 będzie spotkanie z Wojciechem Jagielskim. Czy można prosić wejściówkę? – pytam. Chciałbym już zarezerwować sobie miejsce.

– Wstęp jest wolny. Nie wydajemy wejściówek – odpowiada pani kasjerka.

Do spotkania z dziennikarzem jeszcze trochę czasu, biegnę więc do Teatru Wielkiego, gdzie o godz. 20 ma rozpocząć się otwarta dla publiczności próba opery „Nabucco”, o której dowiedziałem się na Facebooku od M., otrzymuję jednak taką samą informację – wejściówek nie wydajemy, proszę przyjść przed 20.

Przed Salą Wielką Zamku Cesarskiego czeka  już dość dużo osób. Ustawiam się blisko drzwi i kiedy o 16.50 sala zostaje otwarta, udaje mi się zająć dobre miejsce w pierwszym rzędzie, tuż obok kamerzysty, który będzie filmował całe spotkanie. Sala bardzo szybko się zapełnia, wreszcie organizatorzy przyciągają z holu wielkie poduszki z tworzywa sztucznego, na których mogą usiąść widzowie, dla których zabrakło miejsca, inni siadają na schodach; jeszcze nigdy nie widziałem tak dużej frekwencji w Sali Wielkiej.

– Nie czytałem żadnych książek Wojciecha Jagielskiego – zwracam się do mojej sąsiadki po prawej – ale interesuję reportażem, dlatego tu jestem. Przyjechałem specjalnie na Noc Muzeów ze Śremu.

– O, ja znam jego książki. Właśnie kupiłam jedną w holu, kosztowała tylko 20 złotych.

Moja sąsiadka okazuje się bardzo miłą i interesującą osobą; podobnie jak ja, jest miłośniczką kultury, muzeów, spektakli. Rozmawiamy o wystawach i imprezach w Poznaniu, Wrocławiu, Krakowie; okazuje się, że zna też dobrze moje rodzinne Puławy i okolice: Kazimierz Dolny, Nałęczów.

Wreszcie na scenie pojawia się Wojciech Jagielski, rozmawia z nim Marcin Jaworski. Spotkanie jest ciekawe. Wojciech Jagielski jest tylko trzy lata starszy ode mnie, należymy więc do tego samego pokolenia, mamy nawet częściowo podobne doświadczenia – studia, służba wojskowa, podczas której, tak jak ja, był dowódcą warty. Rozmowa dotyczy jednak przede wszystkim pracy: w telewizji, Polskiej Agencji Prasowej, „Gazecie Wyborczej”, obecnie znowu w PAP. Dużo możemy dowiedzieć się o kulisach pracy dziennikarza, zarówno kiedyś jak i obecnie. Wojciech Jagielski szczególnie dużo opowiada o Republice Południowej Afryki, jak sam przyznaje, jednym z jego ukochanych krajów, jest mowa jednak również o Kaukazie, Afganistanie, Indiach. Na początku spotkania dziennikarz mówiąc o swoich kolegach, wyznaje, że Ryszard Kapuściński był jego inspiracją, ale nie był jego wzorem. Kiedy w drugiej części spotkania możemy zadawać pytania, jeden z widzów prosi o bliższe wyjaśnienie tego zdania.

– Nie chodzi mi o ostatnie z tym związane kontrowersje, czyli o książkę „Kapuściński non-fiction”, raczej ogólnie o podejście Ryszarda Kapuścińskiego do opisywanych tematów – odpowiada Jagielski. – W odpowiedzi na zarzuty o konfabulację Kapuściński twierdził, że wierność szczegółom nie jest istotna, że ważne jest przekazanie ogólnej atmosfery. Nie zgadzam się z tym. To tak, jakbyśmy opisywali mecz piłkarski i zapomnieli podać jego wynik. Szczegóły są istotne.

Nie drążymy więcej tego tematu, chociaż kwestia wierności Kapuścińskiego faktom, jego prawa (i prawa każdego dziennikarza) do konfabulacji, ubarwiania rzeczywistości, mówiąc wprost – zmyślania, jest bardzo interesująca.

Po spotkaniu z Wojciechem Jagielskim idę na wystawę World Press Photo, na które jestem co roku. Jak zwykle mi się podoba, chociaż, też jak zwykle, najciekawsze są dla mnie niekoniecznie te zdjęcia, które zdobyły główne nagrody. Zdjęcie roku autorstwa Madsa Nissena przedstawiające parę gejów z Sankt Petersburga jest ładnie skomponowane i oświetlone, ale na wystawie jest dużo fotografii ciekawszych: wykonane z góry zdjęcie Massimo Sestiniego łodzi z afrykańskimi uchodźcami, przypominające wielką rybę; oczekujący na leżance na zabieg orangutan, widziany obiektywem Sandry Hoyn, jakże zwierzęcy i zarazem jakże ludzki w swoim wyrazie twarzy; targ na bydło w chińskim lesie (zdjęcie Cai Sheng Xiang), kojarzący się z malarstwem Pietera Bruegla. Niektóre zdjęcia są wstrząsające: fotografie sukienek i innych osobistych przedmiotów należących do nigeryjskich dziewcząt porwanych przez Boko Haram, czy ciała ofiar katastrofy malezyjskiego samolotu zestrzelonego nad Ukrainą.

Z Zamku Cesarskiego idę do Teatru Wielkiego na próbę „Nabucco”, przed którym stoi już dość długa kolejka. Przesuwa się szybko, ale kiedy już jestem w środku budynku, zatrzymuje się i portier zamyka wejście do foyer – dziękujemy, widownia jest pełna, więcej osób nie wpuścimy.

– Na piętnaście osób przed wejściem, taki pech – słyszę stojącego za mną młodego mężczyznę. – I to tylko dlatego, że jeszcze do kibla poszliśmy.

W moim przypadku nie wiem, czy pech, czy nie. Próbę „Nabucco” poleciła mi M. na Facebooku. Opery na ogół nie lubię, a Verdiego wprost nie znoszę; z drugiej strony taka otwarta dla publiczności próba mogłaby być ciekawym doświadczeniem. W każdym razie nie ma co czekać. Chociaż ludzie w kolejce stoją jeszcze, widać mając nadzieję, że jednak jakoś wejdą na salę, ja kieruję się w stronę Muzeum Narodowego, gdzie odbywają się dwie interesujące mnie wystawy czasowe.

Na godz. 20 zaplanowano oprowadzanie kuratorskie po wystawie grafiki grupy artystycznej „Bunt”. Zawsze lubiłem ekspresjonizm niemiecki i inspirujących się nim polskich ekspresjonistów z Poznania, teraz też nie jestem rozczarowany. Kurator Agnieszka Salamon-Radecka dokonuje ogólnego wprowadzenia w tematykę wystawy, potem możemy dokładnie obejrzeć prace. Jak zwykle nie podobają mi się prace abstrakcyjne (nigdy nie mogłem się przekonać do tego gatunku sztuki), ale rysunki i grafiki figuratywne Jerzego Hulewicza, Margarete i Stanisława Kubickich, Jana Panieńskiego, Władysława Skotarka, Stefana Szmaja i Jana Jerzego Wronieckiego  przyciągają uwagę, miejscami fascynują, w szczególności przedstawienia ludzi – przyjaciół i znajomych artystów, świętych, nawet bóstw. Wystawa „Bunt” jest dla mnie dobrą okazją poszerzenia mojej wiedzy o sztuce ekspresjonizmu.

Druga wystawa czasowa to obecny hit Muzeum Narodowego: „Nocny Poznań w blasku neonów”. Mnogość fotografii i przede wszystkim autentycznych neonów reklamowych placówek gastronomicznych, informacyjnych zakładów pracy z czasów PRL (jest nawet neon Milicji Obywatelskiej) rzeczywiście robi wrażenie, jest też dla mnie swego rodzaju podróżą w czasy młodości, w miarę zwiedzania wystawy coraz bardziej ogarniają mnie jednak wątpliwości. Czy rzeczywiście mamy tu do czynienia ze sztuką? Neony są dla mnie czymś, co bibliotekarze nazwaliby dokumentami życia społecznego, tyle że nie w formie papierowej, lecz wypełnionych świecącym gazem rurek. Bardziej odpowiednim miejscem dla nich byłoby Muzeum Historii Miasta Poznania lub Muzeum Sztuk Użytkowych. Z drugiej strony tak duża wystawa chyba nie zmieściłaby się w Ratuszu, a Muzeum Sztuk Użytkowych wciąż czeka na zakończenie budowy Zamku Przemysła, aby wprowadzić się do nowych pomieszczeń, taka wystawa była więc możliwa tylko w przestrzennych salach przy al. Marcinkowskiego.

W planach miałem jeszcze zwiedzenie Muzeum Powstania Wielkopolskiego i oddziałów Muzeum Narodowego i na Starym Rynku, po namyśle postanawiam jednak przełożyć zwiedzenie wystaw czasowych w Odwachu i Ratuszu na następną wizytę w Poznaniu. Zaglądam tylko do Galerii Sztuki Katarzyny Napiórkowskiej, gdzie jest odkrywam niewielką, ale zaskakującą wystawę grafik i rysunków o tematyce erotycznej polskich artystów. Nie wiedziałem, że Antoni Uniechowski, którego ilustracje książkowe pamiętam jeszcze z dzieciństwa, brał na warsztat również tak śmiałe tematy.

I na koniec, już wracając do czekającego na mnie roweru, ostania, całkiem nieplanowana wizyta w… poznańskim squacie u zbiegu Paderewskiego i Szkolnej. Squat chyba nie bierze udziału w Nocy Muzeów, jest jednak otwarty, zaglądam więc do środka malowniczo zdewastowanego pomieszczenia, z mnóstwem graffiti (niektóre dużej wartości artystycznej) na ścianach i mnóstwem butelek po alkoholu; przebywający w budynku mieszkańcy (?) squatu dbają o ciągłe uzupełnianie zapasu pustych butelek. Ale to już temat na całkiem inny, potencjalnie bardzo interesujący artykuł…

Zbliża się godz. 23, czas wsiąść na rower i wracać do Śremu. Tegoroczną edycję Nocy Muzeów mogę na pewno zapisać po stronie plusów.

Długa Noc Muzeów

Wpis po raz pierwszy opublikowany na Facebooku we wrześniu 2013 r.

– Andrzej Matras – fan muzeów – przedstawiła mnie kiedyś na jakimś spotkaniu znajoma. Zdanie niewątpliwie prawdziwe. A jako prawdziwy fan muzeów – również fan nocy muzeów, organizowanych w Polsce od 2003 r., a w Europie od lat 90-tych. Palma pierwszeństwa należy się tu Berlinowi, w którym pierwsza Lange Nacht der Museen odbyła się w 1997 r. Na noce te, organizowane dwa razy w roku, od niedawna w ostatni weekend marca i ostatni weekend sierpnia, jeżdżę do stolicy Niemiec od 2006 r. Wprawdzie w 2012 r. na rok przerwałem tę tradycję, zamiast tego autostopem pojechałem do Poczdamu, aby wreszcie spełnić moje marzenie zobaczenia Sanssouci i poczdamskiego kompleksu pałacowo-parkowego; również w tym roku z powodu pewnego przesytu berlińską imprezą zastanawiałem się, czy nie darować sobie tegorocznej Lange Nacht; ponieważ jednak w maju z powodu tłumaczenia na ślubie i potem zaproszenia na wesele ominęła mnie Noc Muzeów w Polsce, postanowiłem nadrobić zaległości.

31 sierpnia – nadchodzi termin kolejnej imprezy, a ja w Poznaniu wsiadam do pierwszego tego dnia pociągu do Berlina. W tegorocznym rozkładzie jazdy wreszcie wprowadzono poranne połączenie ze stolicą Niemiec, dzięki czemu będę miał więcej czasu na zwiedzanie. W pociągu, mimo wczesnej pory, sporo pasażerów; obsługa oferuje bezpłatną kawę i ciasteczko, które wcześniej w pociągach Euro-City były odpłatne; niestety, zauważam, że i cena biletów wzrosła od mojej ostatniej podróży.

W Berlinie, dokąd przyjeżdżam o godz. 11, jak zwykle wysiadam na Dworcu Wschodnim i przesiadam się do kolejki miejskiej (S-Bahn), którą jadę do stacji Hackescher Markt. Stąd już bardzo blisko na Wyspę Muzealną, której muzeów tym razem jednak nie planuję zwiedzać. Przecinam wyspę i kieruję się w stronę Niemieckiego Muzeum Historycznego przy ulicy Unter den Linden. W muzeum tym byłem już chyba osiem czy dziewięć razy, ale dotąd nie widziałem w całości jego wystawy stałej – zawsze bardziej interesują mnie wystawy czasowe. Tak jest i w tym roku; muzeum prezentuje trzy ekspozycje czasowe korespondujące z moimi zainteresowaniami: „Dookoła świata” (wystawa plakatów o tematyce turystycznej), „Zniszczona różnorodność” (o przemianach w Berlinie pod rządami nazistów w latach 1933-1939) i „Gułag” (zorganizowana przez rosyjski „Memoriał”). Długa Noc Muzeów zaczyna się dopiero o godz. 18, ale muzeum jest normalnie otwarte i mogę już zwiedzać wystawy. Najbardziej podoba mi się ekspozycja o Gułagu, na której są wystawione między innymi oryginalne przedmioty pochodzące z obozów, czy będące własnością więźniów; można też wysłuchać ich relacji z pobytu w obozie, m.in. nagrane po niemiecku fragmenty „Innego świata” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Wystawa plakatu (na której są też plakaty polskie – LOT-u) trochę mnie rozczarowuje, znowu interesująca jest natomiast „Zniszczona różnorodność”. Chyba wbrew zamiarom autorów wystawy najbardziej zaciekawiają mnie nie kwestie związane z represjami nazistowskimi, ale inne, czasami całkiem nieoczekiwane aspekty, np. życie artystyczne i towarzyskie w Berlinie tuż przed objęciem władzy przez Hitlera. W związku z emigracją ludności żydowskiej na wystawie mogę też zobaczyć autentyczny kolejowy rozkład jazdy z 1936 r. i dowiedzieć się na przykład, o której godzinie odjeżdżały wtedy pociągi z Berlina do Landsbergu, Schneidemühl i Neu-Bentschen (czyli Gorzowa, Piły i Zbąszynka).

Na koniec czeka mnie niespodzianka. Po wyjściu z ekspozycji „Zniszczona różnorodność” podchodzi do mnie uśmiechnięta młoda kobieta i prosi o odpowiedź na kilka pytań – przeprowadza ankietę na temat wystawy. Chętnie się zgadzam, od razu wyjaśniam, że przyjechałem specjalnie na Noc Muzeów z Polski, rozmawiamy więc nie tylko o właśnie obejrzanej wystawie, ale też o moich pasjach i podróżach w Polsce.
– A skąd pan tak dobrze zna niemiecki? – słyszę dobrze znane pytanie, zadawane przy okazji większości moich rozmów z Niemcami, czasami rzeczywiście szczerze wypowiedziany komplement, w większości przypadków będące chyba jednak tylko przejawem kurtuazji. Daje to asumpt do rozmowy o mojej pracy, podwójnym wykształceniu germanisty i anglisty; przy okazji okazuje się, że ojciec młodej kobiety jest prokuratorem i też ma często kontakt z tłumaczami.
– A który język bardziej pan lubi? Czy woli Pan posługiwać się niemieckim czy angielskim?
– Nie wiem, chyba jednak niemieckim, dłużej się go uczę, mam też więcej tłumaczeń z tego języka.
– Tak właśnie myślałam, sądząc po pana znajomości języka – odpowiada z uśmiechem kobieta i po chwili widać, jak się rumieni trochę zmieszana, zdając sobie sprawę z popełnionego faux pas. Czy nie odbiorę tego jako stwierdzenia: „Z niemieckim nieźle sobie pan daje radę, ale z angielskim pewnie już trochę gorzej?”
Nie jestem wcale urażony i nie daję po sobie poznać, że zauważyłem ten zgrzyt, po rozmowie uprzejmie się żegnamy. Czas na mnie, zwłaszcza, że zbliża się godz. 18 i zaraz zacznie się właściwa impreza, na którą przyjechałem.

Nie zostaję w Niemieckim Muzeum Historycznym, Długą Noc Muzeów planuję spędzić w Charlottenburgu – dzielnicy w zachodniej części miasta, w której jeszcze nie byłem. Na Unter den Linden przez chwilę zastanawiam się, czy skręcić w prawo w kierunku dworca Friedrichstrasse, czy w lewo w kierunku Alexanderplatz, wreszcie skręcam w lewo, co okazuje się dobrym wyborem.

W drodze na dworzec przechodzę obok kościoła Mariackiego (Marienkirche), jednego z najstarszych i najbardziej znanych w Berlinie. Dawno w nim nie byłem, postanawiam więc przypomnieć sobie jego wnętrza – kościół również bierze udział w Długiej Nocy Muzeów. Przy okazji czeka mnie niespodzianka. Z powodu jego wezwania (Marienkirche, czyli Najświętszej Marii Panny) zawsze dotąd myślałem, że to kościół katolicki, dopiero teraz widzę, że należy do parafii ewangelickiej. Zaraz po wejściu widzę przebrane w historyczne stroje dzieci ze szkoły ewangelickiej w Berlinie, które opowiadają zwiedzającym o wyposażeniu kościoła, różnicach między religiami itp. Świątynia jest z pewnością zabytkiem sztuki wysokiej klasy, nie tak jednak wysokiej jak np. kościół Mariacki w Krakowie, nie zatrzymuję się więc w nim na dłużej, czekają mnie też inne placówki biorące udział w Lange Nacht.

Przed kościołem odbywa się właśnie festyn prezentujący różne grupy etniczne i religie Berlina, nie tylko chrześcijańskie. Swoje stoiska mają różne Kościoły prawosławne, wschodnie (np. chrześcijanie z Syrii); Europejczycy, Afrykanie i Azjaci najróżniejszych ras i kolorów skóry zachęcają do kupowania na ich stoiskach pamiątek i oferują swoje narodowe potrawy. Od rana nie jadłem nie ciepłego, zatrzymuję się więc przy stoisku chińskim i proszę o porcję słodko-kwaśnej chińskiej zupy i makaronu, który widzę obok na patelni. Zupa kosztuje mnie 1 euro, a makaron? – Może go pan wziąć za darmo – mówi z uśmiechem Chinka, która serwuje potrawy, z czego oczywiście korzystam. Dwudaniowy obiad za 1 euro? To cztery razy taniej niż w kawiarence w naszej parafii na Jezioranach, w której jeszcze do niedawna byłem codziennym gościem. Ponieważ przy stolikach brakuje już miejsc, siadam na stopniach prowadzących do kościoła, aby zjeść posiłek. Kiedy zabieram się do drugiego dania, wyjaśnia się, dlaczego było za darmo – makaron jest zimny, Chińczycy po prostu pozbyli się resztek potrawy, której i tak już nie mogliby sprzedać. Mimo to kończę mój późny obiad i wybieram się w dalszą drogę.

Już chcę się skierować w stronę dworca Alexanderplatz, gdy widzę Czerwony Ratusz, siedzibę władz miasta, i uświadamiam sobie, że mimo tylu moich wizyt w stolicy Niemiec, jeszcze nigdy w nim nie byłem. Ratusz też bierze udział w Nocy Muzeów; nie wiem, kiedy będę miał okazję ponownie wejść do niego, postanawiam więc również go zwiedzić. Ratusz robi wrażeniem swoim ogromem, zarówno zewnątrz jak i wewnątrz swoimi reprezentacyjnymi salami, z okazji Lange Nacht der Museen przygotowano też sporo atrakcji. W chyba największej sali ratusza odbywa się koncert muzyki tureckiej, w innej wystawa… papierowych sukienek wykonanych z planów miasta przez uczniów jednej z berlińskich szkół. Główną atrakcją w zamierzeniu organizatorów jest chyba jednak wystawa prezentów, które burmistrz Berlina Klaus Wowereit otrzymał od różnych polityków z całego świata, oraz prezentowane wpisy gości burmistrza w księdze pamiątkowej. Widzę podarunki i autografy m.in. Władimira Putina, Baracka Obamy i wielu innych.

Dla mnie największą atrakcją jest możliwość zobaczenia wybranych pomieszczeń w ratuszu, w tym sali pomieszczeń Senatu (czyli zarządu miasta), która wygląda podobnie jak sala posiedzeń Urzędu Miejskiego w Śremie, i, na koniec, sekretariatu i gabinetu samego burmistrza. W gabinecie mogę zobaczyć biurko i fotel, przy którym pracuje Klaus Wowereit, w szafach stoją zdjęcia i autografy gości burmistrza (w tym brytyjskiej królowej Elżbiety II z księciem Filipem), znowu widać prezenty, z których najbardziej niezwykły jest dla mnie duży drewniany koń, podobny do dziecięcego konia na biegunach, jak wyjaśnia nam pełniący dyżur urzędnik, podarunek od Związku Aktorów. Gabinet niewątpliwie robi wrażenie, przede wszystkim swoją wielkością, gdybym miał jednak oceniać według kryteriów estetycznych, wyżej postawiłbym chyba gabinet burmistrza Śremu, tak jak i polskie mieszkania są z reguły przytulniejsze i urządzone z większym smakiem niż mieszkania niemieckie.

Po wyjściu z ratusza czas wreszcie ruszać do głównego celu mojej wyprawy, na Alexanderplatz wsiadam więc do kolejki S-Bahn i jadę do stacji Charlottenburg, gdzie muszę się przesiąść do linii metra. W pociągu S-Bahn jeszcze bardziej niż na ulicy widać kosmopolityczny charakter Berlina – w wagonach ludzie wszystkich ras, słychać różne języki. Obok mnie siedzi młoda dziewczyna studiująca podręcznik gramatyki angielskiej. Mam ochotę zapytać, czy mogę jej pomóc w wyjaśnieniu jakiegoś zagadnienia, w końcu jednak rezygnuję – może spojrzy na mnie jak na jakiegoś podrywacza w złym guście?  – poza tym podróż pociągiem trwa zbyt krótko.

W Charlottenburgu przesiadam się do metra (kiedy ostatnio jechałem berlińskim metrem? – chyba jeszcze w latach 90-tych). Czekając na peronie stacji, widzę kobietę ubraną w zasłaniającą całe ciało czarną burkę, widać tylko jej oczy, oczywiście nie jest sama, lecz w towarzystwie męskich członków rodziny. Jadę tylko dwa przystanki, wysiadam przy Richard-Wagner-Platz (na ścianach stacji umieszczono mozaiki ze scenami z oper kompozytora), kiedy idę w kierunku wyjścia, mija mnie starszy, brodaty mężczyzna, podśpiewując sobie „Oh Kindergeld, oh Kindergeld, Mama ist wieder schwanger”. Już po powrocie do Śremu sprawdzam w Google, skąd mogą pochodzić te słowa, ale nic nie znajduję, widać miałem do czynienia z własną twórczością sympatycznego oryginała.

Jeszcze tylko niecały kilometr pieszo i jestem na miejscu. Charlottenburg – największy pałac w Berlinie, otoczony dużym, chyba interesującym, ale teraz niestety zamkniętym parkiem, przed pałacem stoi dobrze mi znany z fotografii pomnik Fryderyka Wilhelma (Wielkiego Elektora), podobno najwybitniejszego brandenburskiego władcy. Sam pałac, zwłaszcza po zwiedzeniu poczdamskiej rezydencji Fryderyka II w ubiegłym roku, jednak mnie rozczarowuje, duże wrażenie robi jedynie sala z kilkoma tysiącami eksponatów z chińskiej porcelany. W pałacowej kaplicy za godzinę zacznie się koncert, jednak mam zbyt mało czasu, aby na nim zostać, spieszę się do innych muzeów.

W planie mam jeszcze zwiedzenie Bröhan-Museum (muzeum secesji i art deco) i Sammlung Scharf-Gerstenberg (sztuki surrealistycznej), znajdujących się bardzo blisko pałacu, praktycznie po drugiej stronie ulicy. Kiedy zbliżam się do Bröhan-Museum, widzę jednak otwartą jeszcze jedną placówkę – nieznane mi dotąd Museum Berggruen, którego zwiedzania nie planowałem. Postanawiam zajrzeć do środka i okazuje się to strzałem w dziesiątkę. Muzeum wystawia kilkaset obrazów i grafik przede wszystkim Pabla Picassa, ale też Paula Klee, Henri Matisse’a, Paula Cezanne’a – artystów, których lubię i cenię, zwłaszcza Picassa i Klee. Jest dużo zwiedzających, ale nie ma tłoku, muzeum zostało w tym roku rozbudowane o nowe skrzydło i całkiem zmieniły się też warunki ekspozycji. Jest dużo miejsca na eksponaty, czasami na ścianie wisi tylko jeden obraz lub grafika, co pozwala na skupienie i niezakłócony odbiór dzieła. Tylko niektóre z obrazów i grafik są mi znane z reprodukcji, większość widzę po raz pierwszy, co zwiększa doznania estetyczne. Całość może wprawić w oszołomienie, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę wartość materialną ekspozycji. Ile mogą być warte te wszystkie prace? Miliard euro? Więcej? Mimo to nie widać specjalnych zabezpieczeń. W porównaniu z poznańskim Muzeum Narodowym warunki ekspozycji są raczej kameralne, obrazy można obejrzeć z bliska, obsługa interweniuje tylko wtedy, kiedy ktoś wodzi palcem kilka centymetrów od dzieła.

Po wyjściu z Museum Berggruen wystawa w Bröhan-Museum jest rozczarowaniem. Lubię secesję, ale placówka ma charakter bardziej muzeum sztuki użytkowej, podobnego do tego w Poznaniu na Górze Przemysła, za którą tą sztuką nigdy nie przepadałem. Rozczarowaniem jest też Sammlung Scharf-Gerstenberg. Surrealizm kojarzył mi się dotąd z całkiem innymi pracami, niż te, które widzę na wystawie. Podobają mi się jedynie grafiki artystów, których można uznać za prekursorów surrealizmu, nie twórców właściwego nurtu: Maxa Klingera (na którego wystawie w poznańskim Muzeum Narodowym byłem 20 lat temu i którą tę wystawę do dzisiaj pamiętam) i Francisco Goyi. Ale może to tylko dowód mojego niewyrobienia artystycznego i braku wrażliwości?

Miłym zaskoczeniem jest natomiast kolekcja gipsowych odlewów antycznych rzeźb położona tuż obok muzeum surrealistów, do której początkowo też się nie wybierałem. Placówka, prowadzona przez Wolny Uniwersytet w Berlinie, posiada mnóstwo odlewów starożytnych rzeźb, w tym bardzo znanych, jak Grupa Laokoona, czy Byk Farnezyjski. Odlewy są oczywiście współczesne i nie mają wartości zabytkowej, stoją ciasno stłoczone obok siebie, można nawet je dotknąć i lekko w nie popukać; co prawda robię to jak w znanym niegdyś dowcipie o Amerykaninie i Rosjaninie, którzy chwalili się, jaka to u nich panuje demokracja, to znaczy dotykam i pukam, kiedy nikt mnie nie widzi. Ten brak wartości zabytkowej nie przekreśla jednak faktu, że wiele rzeźb jest po prostu pięknych, jest to jak przeglądanie luksusowego albumu z reprodukcjami dzieł sztuki, tyle że tu dzieła sztuki mamy w skali jeden do jednego i w trzech wymiarach. Tak więc wizyta w kolekcji odlewów staje się udanym zwieńczeniem Długiej Nocy Muzeów, nocy która dla mnie trwała 14,5 godziny, od 11.30 do 2.00 nad ranem.

Po zakończeniu imprezy jadę nocnym autobusem na dworzec Zoo, który pamiętam jeszcze z lat 90-tych. Autobusem jedzie też jakaś polska rodzina, która wraca z imprezy, nie chcę już jednak zaczynać rozmowy. Z dworca Zoo muszę przejechać pociągiem na Dworzec Główny, gdzie będę czekał na pociąg z Amsterdamu, który według rozkładu jazdy o godz. 4.30 odjeżdża do Warszawy. Z reguły wracam z Berlina tym pociągiem, niestety z reguły ma on też opóźnienie. Wydaje się, że tak jest i w tym roku, zamiast 4.30 na elektronicznej tablicy w hali dworca pojawia się godzina 5.43. Początkowo myślę, że to z powodu prac budowlanych na torach, które w Niemczech wciąż są modernizowane, dopiero po powrocie do Polski dowiaduję się, że od września zmienił się rozkład jazdy i że pociąg przyjechał tym razem planowo.

Tak więc pozostaje mi czekać. Berliński Dworzec Główny pamiętam jeszcze z 2006 roku, roku jego otwarcia. Wtedy, po zakończeniu pierwszej Długiej Nocy Muzeów w środku nocy w ogromnym i opustoszałym gmachu dworca byłem praktycznie sam, nie licząc kolejarzy i różnych służb sprzątających, utrzymania i ochrony dworca. Zamknięte były też wszystkie sklepiki, bary itp. Teraz, po 7 latach od jego wybudowania, jest trochę lepiej. Otwarty jest McDonald i kilka innych barów sprzedających kanapki i napoje, jest też więcej pasażerów czekających na pociąg, chociaż daleko do takiego ruchu jak na dworcach Zoo, Friedrichstrasse czy Alexanderplatz, na których życie toczy się całą noc.

Z drugiej strony ławki, na której siedzę, przysiadają się dwie dziewczyny. Mają sobie dużo do powiedzenia, nie krępują się moją obecnością, ja zresztą jestem i tak zbyt zmęczony, aby przysłuchiwać się ich paplaninie. Po jakimś czasie z dolnego poziomu dworca (berliński Dworzec Główny ma kilka poziomów, krzyżują się tu linie kolejowe z zachodu na wschód i z północy na południe) słychać dźwięki saksofonu. Na peronie gra jakiś mężczyzna, jest przy tym filmowany profesjonalną kamerą przez drugiego. Nie wiem, czy są z telewizji lub jakiejś wytwórni filmowej, czy to prywatny projekt grającego muzyka; jest w każdym razie jasne, że tak wczesną porę na koncert wybrali ze względu na pustkę na peronie.

O 5.40 wreszcie przyjeżdża mój pociąg i po 2,5-godzinnej podróży jestem w Poznaniu. Mogę jeszcze zdążyć na autobus, który odjeżdża z Poznania do Wrocławia o godz. 8.40 i po 50 minutach jestem w Śremie. Tak więc do następnej Nocy Muzeów!

Noc Muzeów, Harakiri Farmers – „I wanna be someone great”

Wpis po raz pierwszy opublikowany na Facebooku w maju 2014 r.

17 maja – Noc Muzeów w Poznaniu. Gdyby nie jedno wydarzenie, nie bardzo udana w porównaniu z poprzednimi imprezami. W ubiegłym roku z powodu obowiązków zawodowych (tłumaczenia na ślubie i później wesela) w maju nie mogłem uczestniczyć w Nocy Muzeów w Polsce, zamiast tego w sierpniu pojechałem na Lange Nacht der Museen w Berlinie, chyba najbardziej udaną Noc Muzeów w moim życiu. Kto chce, może na Facebooku przeczytać moje wrażenia z Berlina (wpis z 8 września 2013 r.). Dwa lata temu byłem na (całkiem interesującej) Nocy Muzeów we Wrocławiu, teraz znowu kolej na Poznań.

Najbardziej ciekawi mnie festiwal Metamorphoses, trwający aż dwa lata (!) na trzech scenach – w Brukseli, Paryżu i w Zamku Cesarskim w Poznaniu. O godz. 16 w Zamku czeka mnie pierwsze wydarzenie, video „Nikt nie uśmiecha się serdeczniej niż przyjazny duch” Clotilde Amprimoz. Bardzo lubię sztukę video, niestety półgodzinny film okazuje się niewypałem. Wiersz „Orfeusz i Eurydyka” Czesława Miłosza nie jest trudny w odbiorze podczas lektury; recytowany na tle wnętrz poznańskiego zamku, brukselskiej ulicy i innych miejsc, w połączeniu z innymi tekstami, okazuje się jednak zbyt hermetyczny, a raczej zbyt hermetyczne jest to połączenie poezji i filmu. Wierzę w humanistyczne przesłanie, którym zapewne kierowała się autorka filmu, moja reakcja, jak też reakcja innych widzów, nie są jednak pozytywne, oklaski po projekcji nie są głośne.

Po filmie czas na decyzję: czy skierować się do Muzeów Instrumentów Muzycznych na Starym Rynku, gdzie odbędzie cykl wykładów (połączonych z koncertem) poświęconych muzyce Carla Philippa Emanuela Bacha, którego 300-setną rocznicę urodzin właśnie obchodzimy, czy do Galerii Malarstwa i Rzeźby na al. Marcinkowskiego. Za twórczością C.P.E. Bacha nie przepadam, zdecydowanie wolę jego ojca – Jana Sebastiana, wybieram więc. Galerię Malarstwa i Rzeźby, a w niej dwa wykłady poświęconemu ukazaniu przyrody w polskim malarstwie XIX-wiecznym i portretowi stanisławowskiemu.

Tematy ciekawe, ich przedstawienie przez pracownice muzeum mogłoby być jednak bardziej interesujące. Wolę dobrze przygotowane prelekcje w ramach cykli „Świat obrazów” czy „Art forum” w tejże Galerii, z projekcjami przezroczy, szczegółowo omawiające przedstawione zagadnienia, niż miotanie się podczas wykładu od obrazu do obrazu w tłumach zwiedzających podczas Nocy Muzeów. Poza tym w Muzeum Narodowym byłem już tak wiele razy, że obrazy na ekspozycji stałej już dobrze znam, a żadnej wystawy czasowej akurat nie ma.

Z Galerii Malarstwa i Rzeźby powrót do Zamku Cesarskiego na kolejne wydarzenie w ramach festiwalu „Metamorphoses”. O godz. 21 spektakl teatru tańca „I wanna be someone great” w wykonaniu zespołu Harakiri Farmers.

Tak jak całą sztukę współczesną, bardzo lubię też taniec współczesny; wielokrotnie byłem na przedstawieniach Polskiego Teatru Tańca Ewy Wycichowskiej, dwukrotnie pojechałem nawet na Noc z Polskim Teatrem Tańca w poznańskiej Szkole Baletowej. Nie jestem wprawdzie żadnym znawcą tego gatunku sztuki, nie mogę rozmawiać o estetyce tańca tak jak o np. estetyce literatury. Czy mogę więc ocenić widziane przeze mnie przedstawienie? Chyba tak. Większość widzów na spektaklach baletowych nie jest specjalistami, nie potrafi rozmawiać o tańcu używając fachowych wyrażeń, potrafi go jednak odbierać emocjami; tak jak większość słuchaczy muzyki i bywalców koncertów nie zna nut ani teorii muzyki, ale nie przeszkadza im to w jej odbiorze. Na spotkaniu z Ewą Wycichowską, na którym kiedyś byłem w Śremie, dyrektor PTT powiedziała zresztą: „O tańcu nie należy mówić, taniec trzeba tańczyć”.

Według materiałów informacyjnych festiwalu przedstawienie „I wanna be someone great” (17 maja miała miejsce jego premiera polska, premiera światowa była trzy tygodnie wcześniej w Brukseli) opowiada o Leni Riefenstahl, słynnej reżyserce filmowej w nazistowskich Niemczech. Wierzę twórcom spektaklu, że życie Riefenstahl było rzeczywiście inspiracją dla spektaklu, chociaż gdybym nie przeczytał tej informacji, na pewno bym tego nie odgadł. Jedynym niemieckim akcentem w spektaklu jest piosenka „Wir sind die Welt, wir sind die Kinder” śpiewana na koniec przedstawienia, czyli słynny przebój „We are the world, we are the children”, napisany przez Michaela Jacksona, w tłumaczeniu na język niemiecki. Innych rozpoznawalnych na pierwszy rzut oka odniesień do jakichkolwiek historycznych postaci czy wydarzeń w spektaklu nie ma.

Mimo to przedstawienie intryguje, a miejscami fascynuje. Intryguje już od pierwszej sceny, w której Dominika Knapik (założycielka Harakiri Farmers i autorka choreografii przedstawienia), odgrywając niezdarność początkującej tancerki, zmaga się własnym ciałem i spadającym jej z głowy diademem, później, kiedy dołączają do niej pozostałe tancerki, Helena Ganjalyan i Dorota Wacek, coraz bardziej fascynuje tańcem, doskonale harmonizującym z muzyką, scenografią i projekcjami video towarzyszącymi przedstawieniu. Tańcem bardzo często wyzywającym, pełnym symbolicznych scen, jak tej, w której tancerki zmagają się ze swoimi butami na wysokim obcasie, siadają na podłodze jedna za drugą, jakby wychodząc ze swoich łon (czy też okazując w ten sposób swą zaborczość?), czy odwrócone tyłem do widowni, jednocześnie spoglądają na nią przekręconymi nienaturalnie głowami. Nie podejmuje się dokonywać literackiej interpretacji tych scen, wystarczy dla mnie to, że będę je długo pamiętał, że była dla mnie fascynujące. Ewa Wycichowska miała rację: „O tańcu nie należy mówić, taniec trzeba tańczyć”.

Był to dla mnie pierwszy kontakt z zespołem Harakiri Farmers, mam nadzieję, że nie ostatni. Życzę zespołowi wszystkiego najlepszego na jego artystycznej drodze.