Teatr Wielki w Poznaniu – „Cyrulik sewilski”

18 listopada – wyjazd ze Śremskim Stowarzyszeniem Przyjaciół Teatru na „Cyrulika sewilskiego” w Teatrze Wielkim w Poznaniu. Jeszcze nigdy nie widziałem tej sztuki na deskach opery. Dawno temu, jeszcze na studiach w Warszawie, widziałem tylko oryginalną, teatralną wersję drugiej części słynnej trylogii o Figarze Beaumarchais’go – „Wesele Figara” w Teatrze Dramatycznym. Sztuka, która – jak twierdzą niektórzy – w XVIII wieku ponoć przyczyniła się do wybuchu rewolucji francuskiej – podobała mi się, przede wszystkim ze względu na występującego w niej Janusza Gajosa, który w przedstawieniu z polotem i humorem zagrał tytułową postać. Wersji operowej Mozarta nie widziałem na scenie nigdy, chociaż mam na płytach całe wykonanie „Le nozze di Figaro”.

„Cyrulik sewilski” Rossiniego popularnością i liczbą wystawień chyba nie dorównuje „Weselu Figara” Mozarta, też należy jednak do żelaznego kanonu spektakli operowych, dzięki wspaniałej muzyce, która podczas przedstawienia często przywodziła mi na myśl utwory Mozarta. Nic dziwnego – Rossini, chociaż żył później niż Mozart i przeważnie zaliczany jest do epoki wczesnego romantyzmu, podobnie jak Schubert jest właściwie kompozytorem dwóch epok: klasycyzmu i romantyzmu, a partytura „Cyrulika sewilskiego”, wspaniałego dzieła z gatunku opery buffa, swoją lekkością i humorem o wiele bardziej przypomina Mozarta i Haydna niż późniejsze XIX-wieczne napuszone opery na przykład Verdiego. „Cyrulik sewilski” jest bardzo dobrą propozycją repertuarową dla wszystkich, którzy dopiero zaczynają się interesować operą.

Do tej wspaniałej muzyki w Poznaniu doszło bardzo dobre wykonanie. Jaromir Trafankowski w roli Figara wprawdzie nie ma tej charyzmy co zapamiętany przeze mnie Janusz Gajos sprzed lat, z rolą poradził sobie jednak bardzo dobrze, podobnie zresztą jak pozostała część obsady: Małgorzata Olejniczak-Worobiej w roli Rozyny, Randall Bills jako hrabia Almaviva, czy Andrzej Ogórkiewicz jako doktor Bartolo. Zaskoczeniem (w pozytywnym sensie tego słowa) była dla mnie drugoplanowa rola Berty granej przez Magdaleny Wilczyńskiej, nie tylko dzięki jej umiejętnościom wokalnym, ale też aktorskim. Wszystko to zrealizowane perfekcyjnie, również pod względem choreograficznym i w scenach zbiorowych – najdłużej w pamięci widzów pozostanie chyba zakończenie pierwszego aktu, zrealizowane z iście musicalowym rozmachem.

Na szczęście „Cyrulik sewilski”, jak zwykle w poznańskiej operze, został wystawiony zgodnie z klasycznym pierwowzorem, bez prób eksperymentowania i uwspółcześniania na siłę klasyki, jak to często ma miejsce w teatrach dramatycznych. Prosta w charakterze, ale przemyślana i udana jest też oprawa scenograficzna Ryszarda Kai, artysty od dawna związanego z Teatrem Wielkim, na którego wielkiej wystawie w „Arsenale” byłem w ubiegłym roku. Wystawiając operę w ten klasyczny sposób, reżyser nie odmówił sobie wprawdzie efektów wyobcowania, tak popularnych w teatrze od czasów Brechta. Już podczas uwertury widzimy na scenie krzątających się pracowników teatru początku XIX wieku, suflerkę wdzięcznie gramolącą się do budki suflera i asystującej potem przez cały czas śpiewakom, panią nalewającą jej herbatę, potem Figara romansującego z charakteryzatorką z boku sceny. Wszystko to, jak i uwydatnienie w scenografii pudelkowości, umowności sceny, na której dzieje się akcja, ma oczywiście za zadanie jeszcze większe podkreślenie konwencji świata opery. Reżyser i twórcy spektaklu puszczają do nas oko, czego wcale nie mamy im za złe. Najważniejsze jest przecież nawiązanie kontaktu pomiędzy aktorami i widzami, czego symbolem stają się samoloty, które artyści w ostatniej scenie składają z kartek partytury i rzucają na widownię. Jeden z tych samolotów trafił do piszącego tę recenzję. Z zaciekawieniem rozwinąłem go już w domu. Nie, nie był to fragment partytury „Cyrulika sewilskiego” tylko nuty piosenki o komarze z II aktu „Borysa Godunowa” Musorgskiego. W każdym razie zostawię go sobie na pamiątkę na mojej półce z płytami w domu.

Festiwal Słowa w Piosence „Frazy”

4 listopada – po zwiedzeniu dwóch wystaw w Bibliotece Uniwersyteckiej wybieram się na Festiwal Słowa w Piosence „Frazy”, przedtem jednak zaglądam do Biblioteki Raczyńskich. Odbywają się tu dwie wystawy czasowe: „Kto oprócz Hrabala? Kto oprócz Tokarczuk? Czeska i polska literatura w przekładach” w Galerii Atanazego oraz „Lodorosty i bluszczary”, przedstawiająca twórczość dla dzieci Jerzego Ficowskiego. Wystawy są całkiem ciekawe, zwłaszcza ta o polskiej i czeskiej literaturze, z masą informacji o wzajemnej recepcji literatur sąsiadów, niestety zwiedzam je tylko „po łebkach” – na godz. 12 w Scenie na Piętrze przy Masztalarskiej zaplanowano przesłuchania finałowe Ogólnopolskiego Konkursu Piosenki Autorskiej im. Jacka Kaczmarskiego, będącego częścią Festiwalu Słowa w Piosence „Frazy”.

Chociaż mieszkam w Wielkopolsce już 35 lat, jeszcze nigdy nie byłem w sali Sceny na Piętrze. Właścicielem sali jest Estrada Poznańska, odbywają się tu koncerty, spektakle teatralne a dzisiaj konkurs piosenki autorskiej. Jestem punktualny, kilka minut przed godz. 12, czego niestety nie można powiedzieć o organizatorach. Na scenie próbę odbywa jeszcze jakiś zespół, który chyba też bierze udział w konkursie; po godz. 12 wychodzi dyrektor artystyczny festiwalu, Krzysztof Gajda, który przeprasza za opóźnienie – jeszcze nie dojechała jedna z jurorek. Publiczności to nie przeszkadza, zajmuje się własnymi sprawami, frekwencja nie jest zresztą duża; o ile się orientuję, część widzów to też artyści, którzy czekają na swoją kolej. Jestem jedną z nielicznych osób, która to spóźnienie ma organizatorom za złe – mogłem zostać dłużej w Bibliotece Raczyńskich i dokładniej obejrzeć wystawy. Wreszcie koncert rozpoczyna się z półgodzinnym opóźnieniem.

Ogólnopolski Konkurs Piosenki Autorskiej im. Jacka Kaczmarskiego to konkurs amatorski i trochę takie też są przygotowania i same występy jego uczestników. Najpierw trzeba podłączyć sprzęt, głośno skonsultować z akustykiem, co trzeba poprawić w brzmieniu, wszystko to na oczach publiczności (nie szkodzi, taka nieformalna atmosfera ma swój urok), wreszcie można śpiewać. Każdy wykonawca albo zespół wykonuje dwa utwory. Pierwsze dwa występy nie bardzo mi się podobają i już zaczynam utwierdzać się w przekonaniu, że mogłem lepiej zaplanować dzisiejszy dzień, kiedy na scenę wchodzi z gitarą Marcin Gąbka. Jego „Ballada o włosach” i „Frodo” (ta druga piosenka zainspirowana „Władcą pierścieni”), ekspresyjne brzmienie głosu powodują, że decyduję się zostać na konkursie; nie przeszkadza mi nawet to, że w drugiej piosence pieśniarz w połowie zapomniał tekstu i musiał zaczynać od początku. I następni wykonawcy – Monika Kowalczyk, Edyta Górecka, Andriej Kotin, Asia Nawojska, jest nawet lokalny kabaret Klub Szyderców Bis z Jeżyc, wyśpiewujący hymn na część swojej dzielnicy i dowcipnie komentujący wieloletni remont ronda Kaponiera. Pozostałe piosenki wykonywane w konkursie są na najróżniejsze tematy – w każdym razie to nie pop, artyści śpiewają o ważnych dla nich sprawach, to rzeczywiście poezja śpiewana, chociaż może nie najwyższych lotów.

Po godz. 14 Krzysztof Gajda ogłasza 15-minutową przerwę. Czas na zastanowienie. Przesłuchania były zaplanowane do godz. 16, zaczęły się jednak z opóźnieniem, możliwe są jeszcze dalsze poślizgi, skończą się więc pewnie przed 17. To za późno dla mnie, jazda rowerem w ciemnościach nie jest przyjemnością, poza tym chciałbym jeszcze zajrzeć do „Arsenału”, decyduję się więc już opuścić Masztalarską. Może w przyszłym roku będzie okazja wysłuchać całego koncertu?

Festiwal Muzyki Oratoryjnej „Musica Sacromontana”, 2017

8 października – po rocznej przerwie kolejny wyjazd na Festiwal Muzyki Oratoryjnej „Musica Sacromontana” na Świętej Górze w Głogówku pod Gostyniem. W ubiegłym roku dwa weekendy na przełomie września i października, podczas których odbywał się festiwal, spędziłem na innych imprezach kulturalnych, w tym roku znowu jestem na „Musica Sacromontana”, chociaż tylko na jednym, niedzielnym koncercie zatytułowanym „Wenecka Noc”. W programie przede wszystkim Vivaldi i jego „Cztery pory roku”  wykonaniu zespołu „Interpreti Veneziani”. Zespół zagrał też „La Follia” tegoż kompozytora i „Le Streghe” Paganiniego, a ich występ poprzedził (jakby w charakterze supportu) krótki koncert 16-letniego gitarzysty Kacpra Dworniczaka.

Prezentacja „Młodych talentów na Świętej Górze” jest bardzo dobrą inicjatywą festiwalu; mam nadzieję, że już na stałe wejdzie do jego programu. O Kacprze Dworniczaku do tej pory nie słyszałem. Jego krótki koncert gitarowy podobał mi się, chociaż można było w sposób trochę bardziej przemyślany dobrać repertuar. Kacper Dworniczak zagrał trzy utwory Fernando Sora, Aleksandra Tansmana i Marka Pasiecznego, tymczasem tytuł całego niedzielnego koncertu na Świętej Górze – „Wenecka Noc” – bardziej skłaniałby do zagrania kilku sonat Paganiniego, którego utwory na gitarę podobają mi się bardziej niż te na skrzypce. Być może jednak młody gitarzysta jeszcze nie ma ich w swoim programie. Jeśli tak jest, warto go uzupełnić.

„Cztery pory roku” Vivaldiego, jeden z najsłynniejszych utworów w dziejach muzyki klasycznej, słyszałem dotychczas na żywo tylko dwukrotnie. Po raz pierwszy w wykonaniu orkiestry „Amadeus” Agnieszki Duczmal w Klubie Odlewnika w Śremie 1 grudnia 1994 roku (byłem wtedy również dziennikarzem „Gazety Śremskiej” i napisałem recenzję z tego koncertu); po raz drugi w maju 2013 roku w klasztornym kościele w Lubiniu, w wykonaniu Wiktora Kuzniecowa i Brassel Quintet. Ten, którego miałem okazję wysłuchać w ubiegłą niedzielę na Świętej Górze, zapadnie mi w pamięci chyba najbardziej.

Jest kilka tego powodów. „Le quattro stagioni” w wykonaniu Interpreti Veneziani zabrzmiały tu nie na dużą orkiestrę jak w przypadku Amadeusa Agnieszki Duczmal, ale i nie na kwintet, jak to było w Lubiniu; zapisany w oryginale kwartet i basso continuo towarzyszące soliście rozrosły się tu do oktetu (czworo skrzypiec, altówka, wiolonczela i klawesyn – basso continuo, którego w Śremie i Lubiniu nie było); to skład optymalny na pomieszczenie takiej wielkości, jakim jest bazylika świętogórska. Ciekawostką było to, że każdą z czterech części zagrał inny skrzypek zespołu, po każdej części rozlegały się też brawa. Brawa te, które raziłyby na innych koncertach, tu nie przeszkadzały – w końcu „Cztery pory roku” nie są jednym utworem, jak wielu sądzi, lecz czterema różnymi koncertami, które przeważnie są wykonywane razem. Brawa były jak najbardziej zasłużone, muzycy pokazali wysoką klasę, do tego należy dodać trochę showmańskie zachowanie włoskich muzyków na scenie, co uatrakcyjniło koncert.

Ale to jeszcze nie koniec festiwalu. Na zakończenie wieczoru organizatorzy zaprosili nas na koncert organowy w wykonaniu Juliana Gembalskiego 21 października. Koncert niezwykły, ponieważ wyremontowane organy zabrzmią w świętogórskiej bazylice na koncercie po raz pierwszy od ponad 150 lat. Warto pojechać…

Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny Halina Czerny-Stefańska in memoriam

23 września – wyjazd na przesłuchania finałowe IV Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego Halina Czerny-Stefańska in memoriam w Auli Nova w Poznaniu – konkurs odbywa się już po raz czwarty, ale ja będę na nim dopiero po raz pierwszy. Pogoda zła, wyjeżdżam z opóźnieniem o 7.05, ponieważ wcześniej zatrzymał mnie deszcz, który przed siódmą rozpadał się w Śremie. W Sasinowie znowu zaczyna padać, w dodatku już w Poznaniu niepotrzebnie zatrzymałem się na krótki postój przy Biedronce, w rezultacie w Auli Nova jestem z 5-minutowym opóźnieniem, przesłuchania konkursowe rozpoczęły się o 10. „Proszę wejść górnym wejściem, tylko po cichutku”, mówi mi mężczyzna strzegący drzwi. Oczywiście, nie chcę przeszkadzać pianistom ani publiczności.

Na sali tylko około 20 osób, później ta liczba wzrośnie dwukrotnie, do 40, rozpoznaję dwie osoby z dawniejszych imprez kulturalnych, na których byłem w Poznaniu. Wprawdzie po moich wcześniejszych wizytach w Auli Nova spodziewałem się tak małego zainteresowania; z drugiej strony, porównując to z oblężeniem sali Filharmonii Narodowej podczas konkursów chopinowskich w Warszawie, tak niewielka liczba słuchaczy może być zaskoczeniem – to w końcu finały jednego z najważniejszych konkursów pianistycznych w Polsce.

Na fortepianie gra już pierwsza uczestniczka finału – Aleksandra Świgut. Spóźniłem się i nie słyszałem zapowiedzi, na początku nie rozpoznaję więc utworu: sonata Beethovena? Nie, chociaż też epoka klasyczna, to fantazja c-moll Mozarta, potem uczestniczka będzie grać sonatę c-moll Mozarta i scherzo Chopina. Drugi z uczestników, Dong Wan Ha z Korei Południowej, gra sonatę Haydna, Kreisleriana Schumanna i „Rigoletta” Verdiego w parafrazie Liszta, Trzeci pianista, Theo Ranganathan z Indii, ma w programie dwie sonaty: Albana Berga i Brahmsa, wreszcie czwarty, Krzysztof Książek – utwory Debussy’ego i etiudy symfoniczne Schumanna. Nieliczna publiczność słucha w skupieniu, nie przeszkadza pianistom, brawa rozlegają się dopiero na koniec występów, z których każdy trwa od 40 do 50 minut. Największy aplauz otrzymuje Krzysztof Książek.

Znam większość z tych utworów i mam je na płytach, sonat Mozarta nawet dwa komplety. Mam też komplet sonat Haydna i wszystko, co na fortepian napisali Debussy i Schumann; kiedyś bardzo często ich słuchałem, teraz już mniej. Prawie wszystkie dziś wykonane utwory (z wyjątkiem scherza Chopina) słyszę jednak po raz pierwszy na żywo, na koncertach wcale nie jestem tak często, jak chciałbym być. Wrażenia? Bardzo podoba mi się Mozart w wykonaniu Aleksandry Świgut jak i Haydn Dong Wan Ha, ale wynika to chyba z moich ogólnych upodobań, nie umiejętności docenienia kunsztu pianistów. Muzyka klasyczna jest dla mnie po prostu bardziej interesująca niż romantyczna, bardziej interesujący jest też impresjonizm, stąd upodobanie do muzyki Debussy’ego, nawet współczesnej – Albana Berga. Schumanna też lubię, ale wolałbym posłuchać jego Kinderszenen albo miniatur dziecięcych.

Niewiele więcej na temat IV Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego Halina Czerny-Stefańska in memoriam może powiedzieć taki laik w dziedzinie muzyki, jakim jestem, na tym więc wypadałoby zakończyć ten wpis. Laik, bo przecież nie mam wykształcenia muzycznego, nie potrafię o niej fachowo rozmawiać, muzykę odczuwam tylko emocjami. Co jest pocieszające dla wszystkich w takiej sytuacji jak ja, zważywszy, że w Auli Nova spędziłem prawie cztery godziny (pierwsza część przesłuchań zakończyła się o 13.40) i że te cztery godziny były dla mnie przyjemnością.

Drugą część przesłuchań zaplanowano na dzisiaj od godz. 16.30 do 20.20. Nie zostanę na niej, ponieważ oznaczałoby to jazdę rowerem w nocy, decyduję się już na powrót do Śremu. Zaraz po wyjściu z Auli Nova zaczyna padać. Niestety nie jest przelotny letni deszcz, mamy już jesień i, mówiąc językiem meteorologów, opad ma charakter ciągły, co oznacza, że nie przestanie do samego Śremu. Kiedy wrócę do domu, będę miał przemoczone wszystkie części garderoby, a w butach będzie chlupotać woda. Oznacza to kilka dni suszenia rzeczy, ale nie szkodzi. Nie pierwszy to i pewnie nie ostatni raz.


Migawki z konkursu sprzed trzech lat

Leszno Barok Plus Festiwal, 2017

26 sierpnia – i znowu nie pojechałem w tym roku na festiwal „Muzyka w Raju” do Paradyża. W sobotę przed południem musiałem zostać w domu – praca… Ale może to i lepiej, bo w nocy z soboty na niedzielę zapowiadali burze; postanawiam wykorzystać sobotni wieczór na wyjazd na festiwal Leszno Barok Plus – w programie o 18 w kościele ewangelicko-augsburskim koncert muzyki Buxtehudego, Bacha i współczesnej kompozytorki Ewy Fabiańskiej, potem o 21 w plenerze przed Synagogą spektakl „Poza czasem” Teatru Akt.

Przed kościołem ewangelickim w Lesznie (jest niewielki, przypomina mi dawny kościół ewangelicki w Poznaniu na Grunwaldzkiej, zanim nie zbudowano nowego na Obozowej) zjawiam się krótko po piątej; wcale nie jestem pierwszym słuchaczem, tuż przede mną przyszła starsza pani, która zajmuje miejsce z przodu. Artyści odbywają właśnie próbę, z tyłu kościoła siedzi tajemnicza postać w srebrnym, metalizującym kostiumie nawiązującym do baroku, w peruce i w ciemnych okularach.

– Dietrich Buxtehude? – pytam, kiedy obaj wychodzimy na zewnątrz.

Nie, okazuje się, że to sam Jan Sebastian Bach będzie witał pojawiających się gości. W jego postać wcielił się Rafał Śpiewak, znany aktor i performer, występujący w całej Polsce. Podczas rozmowy mówi mi, że zna również Śrem, występował tam kiedyś na jednej z imprez zorganizowanych przez Bibliotekę Publiczną na promenadzie nad Wartą. Rozmawiamy o Śremie („Macie fajnego i bardzo prężnego dyrektora biblioteki”), o muzyce (podobnie jak ja Rafał Śpiewak traktuje tę dziedzinę raczej hobbystycznie, nie jest specjalistą), o programie dzisiejszych i jutrzejszych koncertów.

– Chyba wszystko się uda, prognoza pogody mówi wprawdzie o burzach, te jednak mają się zacząć dopiero po 22.

– To niedobrze, właśnie wtedy będę wracał do Śremu…

Wreszcie zaczyna się koncert. Słuchaczy wita proboszcz parafii Waldemar Gabryś, potem na zaimprowizowaną scenę wchodzi mężczyzna, który opowie nam o prezentowanych utworach. Skąd ja znam ten charakterystyczny głos? To Piotr Matwiejczuk, dziennikarz muzyczny, którego często słyszę w II programie Polskiego Radia, teraz mam okazję poznać go na żywo. Po tych wstępach z zakrystii wchodzą dzisiejsze wykonawczynie:5-osobowy żeński zespół Ensemble Toccante: klawesyn, flet poprzeczny, skrzypce, wiolonczela i wokal.

Kantatę „Singet dem Herrn” Dietricha Buxtehudego (do słów psalmu) słyszę chyba po raz pierwszy, nie mam nawet żadnych płyt z muzyką tego kompozytora, który na przełomie XVII i XVIII wieku był mistrzem dla Bacha, Händla i wielu innych muzyków. Tylko sonata triowa Bacha jest mi znana, w domu mam dwieście kilkadziesiąt płyt z jego muzyką, wszystko, co napisał i co się zachowało, chociaż preferuję inne utwory Bacha, a tego, co napisał na klawesyn, najchętniej słucham na fortepian.

Na koniec najważniejszy (i najobszerniejszy) punkt programu – „Jelińska Stabat Mater” Ewy Fabiańskiej. Jest to prawykonanie nowego utworu muzyki współczesnego (kompozytorka siedzi w pierwszym rzędzie w kościele), kolejne zmierzenie się z tematem, który, jak mówi Piotr Matwiejczuk, w ciągu dziejów zajmował dziesiątki, jeśli nie setki kompozytorów. Jest to prawykonanie, jest rejestrowane i będzie dostępne jako nagranie w Ninotece. Cóż mogę o nim powiedzieć? Podoba mi się, chociaż wolę jednak muzykę baroku – Buxtehudego i Bacha.

Po koncercie kwiaty, sesja fotograficzna…, a ja się zastanawiam, co dalej. Jest 19.20, do spektaklu „Poza czasem” Teatru Akt zostało jeszcze prawie dwie godziny, czy zostać na nim?. Ostatecznie decyduję się na powrót do Śremu – niepokoi mnie ta burza o 22 i wspomnienie ostatnich nawałnic, w dodatku mam kłopoty z oświetleniem roweru. W domu jestem już w nocy, burzy nie było. Może jednak powinienem był zostać na tym spektaklu?

Ensemble Toccante (2)

Po koncercie. Fot. Organizatorzy festiwalu

Spichlerz Polskiego Rocka w Jarocinie

Chociaż mieszkam tak blisko Jarocina, na festiwalu w Jarocinie byłem tylko dwukrotnie. I nawet te słowa: „byłem na festiwalu w Jarocinie” to zbyt dużo powiedziane. Nigdy nie byłem tam na koncertach, po prostu byłem w mieście, kiedy festiwal się odbywał. Po raz pierwszy pojechałem tam z ciekawości ze Śremu w 1988 czy 1989 roku. Przyjechałem przed południem, zobaczyłem więc niewiele oprócz zaspanych uczestników festiwalu, dochodzących do siebie w miasteczku namiotowym po koncertowej nocy, i pustego o tej porze amfiteatru. Po raz drugi zajechałem do Jarocina w ubiegłą sobotę, wracając z Muzeum Ziemiaństwa w Dobrzycy. Przez Jarocin przejeżdżałem też rankiem tego dnia, jadąc w kierunku Dobrzycy, ale o godz. 10 festiwalowego klimatu nie można było jeszcze poczuć na ulicach. Wracałem o godz. 15, do końca nie wiedząc, czy pojadę prosto do Śremu, czy też skręcę na rynek w Jarocinie. Ostatecznie wybrałem to drugie i wybór okazał się dobry.

Już na rogu Poznańskiej i Świętego Ducha napotykam tłumek młodych ludzi idących od strony parku w kierunku centrum. Wiem, że w parku też są zaplanowane koncerty, kieruję się jednak w stronę rynku, serca miasta, gdzie jest pewnie ciekawiej. Na wznoszącej się ulicy Świętego Ducha sklep z alkoholem oferuje piwo po 2 złote, a trochę dalej grupka młodzieży usypuje… portret Czesława Niemena z kolorowego piasku. Portret zresztą mi się podoba, szkoda, że będzie miał tak krótki żywot. Cały rynek, na którym ustawiono jedną ze scen (jeszcze pustą, koncerty rozpoczną się dopiero za półtorej godziny), jest opanowany przez młodzież – rozmawiającą, jedzącą i pijącą piwo. Tłumek wokół stoiska z pamiątkowymi gadżetami, młodzież kupuje przede wszystkim festiwalowe koszulki. Niedaleko wielki wybór płyt analogowych, płyt CD nigdzie nie widzę. O wiele mniejsze zainteresowanie jest stoiskiem z wyłożonymi książkami o Jarocinie – przewodnikami, ale też naukową monografią Róży Kąsinowskiej o pałacu Radolińskich. Trochę dalej można spotkać się z „żywymi książkami” – różne osoby, między ksiądz, policjantka, nosiciel wirusa HIV, mogą opowiedzieć o swoim życiu, jeśli ktoś będzie chciał ich wysłuchać. Chętnie skorzystałbym z okazji, moim głównym celem jest dzisiaj jednak Spichlerz Polskiego Rocka, najnowszy oddział Muzeum Regionalnego w Jarocinie.

Spichlerz Polskiego Rocka, otwarty w dawnym magazynie zbożowym, działa od 2014 roku; leży przy głównej trasie, mijam go więc zawsze, kiedy przejeżdżam przez Jarocin, dopiero teraz jednak postanawiam go zwiedzić. Przed spichlerzem i w środku dużo młodych ludzi pijących piwo (w środku jest barek), obsługa sprzedaje też bilety na koncerty, ja kieruję się na II i III kondygnację spichlerza, gdzie znajduje się ekspozycja.

Muzeum Regionalne w Jarocinie znałem dotychczas tylko z jego głównej siedziby w ratuszu i w Skarbczyku, dość tradycyjnych w tematyce i sposobie prezentacji ekspozycji, po Spichlerzu nie spodziewałem się więc wiele, przypuszczałem, że to jakaś niewielka wystawa dokumentująca historię festiwali w Jarocinie. Przypuszczenia okazują się całkiem nietrafne. Spichlerz Polskiego Rocka to obszerna, profesjonalnie zrealizowana ekspozycja, nieustępująca nowoczesnym muzeom otwieranym obecnie w dużych miastach Polski. Nie ogranicza się wcale do Jarocina, jak myślałem; przedstawiona jest cała historia polskiego rocka od początku lat 60. do współczesności, w multimediach, nagraniach audio i video, wycinkach prasowych, fotografiach itp. Lata 60. to dla mnie prehistoria, lata 70. dzieciństwo, kiedy muzyką rockową się nie interesowałem. Właściwie w moim życiu było tylko kilka lat, kiedy (też dość umiarkowanie) interesowałem się rockiem, był to początek lat 80., okres stanu wojennego, kiedy komunistyczna władza postanowiła użyć muzyki rockowej jako wentylu bezpieczeństwa dla mogącej sprawiać problemy młodzieży („jeśli mają wychodzić na ulice, niech lepiej chodzą na koncerty”). Zainteresowanie to minęło, jeszcze zanim skończyłem studia, obecnie słucham całkiem innej muzyki, nazwiska wykonawców i nazwy zespołów, którzy są przedstawieni na wystawie, są mi więc właściwie nieznane, albo inaczej: słyszałem o nich, ale byłoby mi trudno przyporządkować ich do konkretnych piosenek i stylów muzycznych.

Mimo to wystawa jest dla mnie bardzo interesująca, nie tylko jako źródło wiedzy o muzyce, ale też socjologiczne, o przemianach polskiej młodzieży. Szczególnie chętnie posłuchałbym piosenek zespołów undergroundowych i punkowych (jest wśród nich Siekiera z moich Puław), które mają osobne pomieszczenia na wystawie, brak jednak na to czasu. Zbyt czasochłonne byłoby też dokładne przeczytanie wszystkich reprodukowanych wycinków prasowych. Jest wśród nich słynne oskarżenie Czesława Niemena o obnażenie się na scenie w Radomsku, muzyk podał później gazetę do sądu o zniesławienie i wygrał sprawę. Czesław Niemen w ogóle zajmuje dużo miejsca na ekspozycji, na III kondygnacji Spichlerza jest kolekcja zdjęć muzyka, wykonanych przez profesjonalnych fotografów, o dużej wartości artystycznej. Towarzyszą im pamiątki po innych muzykach – między innymi suknia Anji Orthodox, w której ta występowała w Jarocinie, buty-glany kiedyś należące do… już nawet nie pamiętam jakiej piosenkarki. Obszernie jest też oczywiście przedstawiona historia festiwalu w Jarocinie – plakaty, materiały prasowe, drukowane chałupniczymi metodami wydawnictwa; kapitalnym pomysłem było też zawieszenie tablicy peronowej z nazwą stacji „Jarocin” i położenie fragmentu drewnianej kładki, po której podróżni przyjeżdżający koleją do Jarocina przechodzili do miasta, znanych z filmów i zdjęć z festiwalu.

Ogólna refleksja podczas zwiedzania wystawy: być może źle dzisiaj zaplanowałem dzień. Dobrzyca mogła poczekać. Powinienem zatrzymać się w Jarocinie, cały dzień spędzić na festiwalu, porozmawiać z „żywymi książkami”, innymi uczestnikami i organizatorami, zarezerwować dużo więcej czasu na zwiedzenie Spichlerza (jestem w nim tylko godzinę, tymczasem na zwiedzenie takiego muzeum potrzebuję co najmniej 4-5 godzin), na koniec może nawet pójść na jakiś koncert. Może za rok, na następnym festiwalu…

Poznańska Wiosna Gitarowa

Na koncercie Poznańskiej Wiosny Gitarowej 27 maja znalazłem się dość przypadkowo. Po wizycie na wystawach w Bibliotece Raczyńskich i wykładzie w Muzeum Narodowym zajrzałem też do Galerii Miejskiej „Arsenał”, gdzie odkryłem, że za kilkanaście minut, o godz. 13, rozpoczną się koncerty konkursu, o którym wcześnie słyszałem, ale na którym jeszcze nie byłem. Już za chwilę wystąpią najmłodsi uczestnicy, po południu będą grać też starsi i zespoły. Trzeba zostać i posłuchać.

Bardzo lubię gitarę – klasyczną. Pamiętam, jak wiele lat temu wybrałem się na festiwal gitarowy do Mosiny, spodziewając się hiszpańskich klasyków; zamiast tego, ku memu rozczarowaniu, ze sceny na gitarach elektrycznych popłynęła ostra muzyka rockowa. Tu takie rozczarowanie mi nie grozi, występujące dzieci i młodzież grają na gitarach akustycznych. Po oficjalnym otwarciu rozpoczynają grę najmłodsi uczestnicy, niektórzy chyba nawet w wieku przedszkolnym, starsi tymczasem ćwiczą w innych pomieszczeniach „Arsenału”.

Jestem pełen podziwu dla zapału i zaangażowania młodych wykonawców. Niektórych zjada wprawdzie trema i nie są w stanie dokończyć występu. Niestety młody, dziecięcy wiek ogranicza też dobór repertuaru, który są w stanie zagrać – nie jest to ani Paganini, ani Rodrigo. Po pewnym czasie decyduję się więc zwiedzić Biennale Grafiki Studenckiej na piętrze „Arsenału”, które niestety też jest raczej rozczarowaniem. Dominuje abstrakcja, dobrej sztuki figuratywnej niewiele. Na pewno nie są to dzieła tej klasy co na Biennale Małej Formy Graficznej i Ekslibrisu w Ostrowie Wielkopolskiej, na którym byłem w ubiegłym roku, ale też twórczość ta ma inny charakter – przeważają prace dużych rozmiarów.

Na schodach i zapleczu „Arsenału” tymczasem ćwiczy starsza młodzież. To już całkiem inna muzyka, finezyjna i o bardziej rozbudowanej fakturze. Może zostać na ich koncertach? Druga część Poznańskiej Wiosny Muzycznej zacznie się jednak o godz. 15.30 i skończy o 18, potem jeszcze koncert laureatów, a ja chcę wcześniej wrócić do domu. Rezygnuję. Musi mi wystarczyć muzyka z płyt.

Akademia Muzyczna w Poznaniu – Poranek z muzyką akordeonową

14 maja – wyjazd do Akademii Muzycznej w Poznaniu na poranek z muzyką akordeonową w auli im. Stefana Stuligrosza. „Afisz” wcześniej informował, że koncert odbędzie się o godz. 12, na szczęście przed wyjazdem sprawdziłem w Internecie – okazało się, że został przeniesiony na godz. 10.30, trzeba więc wcześniej wyjechać ze Śremu.

Tylko raz byłem na koncercie akordeonowym, dawno temu, na zamku w Kórniku. Wrażenie nie było zbyt dobre – zamiast oczekiwanej muzyki klasycznej usłyszałem rozrywkową, właściwie kicz, który powodował pewien dysonans w zabytkowych wnętrzach zamku. Tak, bo na akordeonie można grać też muzykę klasyczną. Kilka lat temu chciałem nawet specjalnie pojechać do Poznania na koncert, na którym były grane „Wariacje Goldbergowskie” Bacha w wykonaniu na akordeon, niestety czas mi na to nie pozwolił. W domu mam za to około 10 płyt Astora Piazzolli, argentyńskiej legendy bandoneonu, mniejszej wersji akordeonu. Czy jest to muzyka poważna? Można dyskutować, ale słucham ich z przyjemnością.

W auli im. Stefana Stuligrosza niewielu słuchaczy, około 20 osób, duża część z tego to uczestnicy koncertu i pracownicy uczelni. Prowadząca koncert prof. Teresa Adamowicz-Kaszuba (w Akademii Muzycznej specjalizuje się w muzyce akordeonowej) przeprasza za przesunięcie godziny i wyjaśnia, że jest to spowodowane pierwszymi komuniami, które dzisiaj odbywają się w Poznaniu. Nie bardzo rozumiem tego wyjaśnienia, muzycy grający na koncercie (wszyscy są studentami Akademii, tylko jeden jest już absolwentem) na pewno nie mają dzieci w wieku komunijnym. Z drugiej strony to dobrze. Zdążę jeszcze na wykład poświęcony sztuce Hansa Arpa w Muzeum Narodowym o godz. 12.

Z siedmiu pozycji przewidzianych w programie usłyszymy sześć; niestety jednemu z wykonawców odmówił posłuszeństwa akordeon, a zamiana instrumentów, które różnią się układem klawiatury i właściwościami, jest niemożliwa. Jako pierwsza wystąpi Kinga Brosławska-Zawadzka, która wykona preludium i fugę d-moll Jana Sebastiana Bacha z pierwszego tomu „Das wohltemperierte Klavier” a potem własną kompozycję „Enigma”. Wrażenie bardzo dobre – uwielbiam „Das wohltemperierte Klavier”, mam w domu cztery komplety (po cztery płyty) nagrań tego cyklu, ale jeszcze nigdy nie słyszałem go na akordeon. Interesująca jest też „Enigma”, inspirowana złamaniem kodu niemieckiej maszyny szyfrujących przez poznańskich matematyków.

„Botany play” Torbjörna Lundquista w wykonaniu Sławomira Kandziory okazuje się muzyką programową – w sześciu krótkich fragmentach słyszymy muzyczne przedstawienia słonecznika, jałowca, kaktusa, ostu, wierzby płaczącej i szeleszczących traw. Podoba mi się też „Ispaniada” Władysława Zołotariowa w wykonaniu Krzysztofa Klorka (kompozytor rosyjski, ale tematy, jak tytuł wskazuje, hiszpańskie) i transkrypcja koncertu na orkiestrę smyczkową Grażyny Bacewicz, który gra trio złożone ze Sławomira Kandziory, Pawła Sławińskiego i Krzysztofa Klorka.

Dwa ostatnie utwory należą już raczej do muzyki popularnej: znana „Francuska ballada” Wiktora Nowikowa (gra Michał Chołka) i „Paryż-Moskwa” Francka Angelisa (duet: Łukasz Nowakowski i Michał Chołka).

Wnioski? „Das wohltemperierte Klavier” brzmi lepiej na fortepian, a koncert na orkiestrę smyczkową Bacewicz w wykonaniu na oryginalne instrumenty, transkrypcje na inne instrumenty, również akordeon, również dają jednak ciekawe rezultaty. Instrument ten, tak kojarzony z muzyką  popularną, wręcz jarmarczną, przecież też ma bardzo duże możliwości melodyczne, dynamiczne…


Preludium i fuga D-dur Bacha w wykonaniu na akordeon (w Poznaniu grane były preludium i fuga f-moll, również z DWK Bacha).

Teatr Miejski w Lesznie – „Tajemnica Tomka Sawyera”

„Przygody Tomka Sawyera” i „Przygody Hucka” Marka Twaina przeczytałem, jak wszyscy, w dzieciństwie i były to lektury, które pamięta się przez całe życie. W II połowie XIX wieku Mark Twain napisał książkę dla chłopców, która, jak się okazało, zyskała znaczenie ponadczasowe. Dla chłopców? Po „Tomka Sawyera” chętnie sięgają też dziewczęta; kiedy studiowałem anglistykę, znajoma powiedziała mi, że czyta obie części przygód Tomka i Hucka w każde wakacje. Właśnie na anglistyce miałem też okazję powrócić do „Przygód Hucka” – powieść, uważana za jedną najważniejszych w historii literatury amerykańskiej, była naszą lekturą. Nawiasem mówiąc, jakież było moje zdziwienie, kiedy stwierdziłem wtedy, że „The Adventures of Huckleberry Finn” w oryginale są napisane slangiem (narratorem jest sam Huck Finn), co trochę utrudniało jej zrozumienie.

„Tajemnica Tomka Sawyera” wystawiona w Teatrze Miejskim w Lesznie jest oparta na tej powieści, chociaż oczywiście, jak każda adaptacja, jest tylko wyborem z wielu przygód, jakie przeżywają Tomek, jego koledzy Huck i Joe i ich sympatie: rywalizujące z sobą Becky i Amy. Mamy też inne postacie z powieści – przede wszystkim ciotkę Polly, miejscowego pijaczka Muffa Pottera i czarny charakter, który w spektaklu z powieściowego Indianina Joe został zamieniony (z przyczyn poprawności politycznej?) na Mr Blacka. Mamy wreszcie tytułową tajemnicę, o której tu oczywiście nic tu nie wspomnę – ci, którzy książkę czytali, wiedzą, o co chodzi, a tym, którzy nie czytali, nie chcę psuć zabawy.

„Tajemnica Tomka Sawyera” jest musicalem dla dzieci, który z przyjemnością obejrzą też dorośli. Oprawa muzyczna została przygotowana bardzo dobrze, co nie dziwi, biorąc pod uwagę, że muzykę do spektaklu napisał Sławomir Wierzcholski, lider zespołu „Nocna Zmiana Bluesa”. Blues rzeczywiście dominuje na scenie, chociaż nie tylko, spektakl jest po prostu bardzo dobrym musicalem. Podobała mi się też choreografia, przygotowanie taneczne aktorów, którzy dają na scenie popis bardzo wysokiej sprawności fizycznej. Spektakl jest dynamiczny, nie sposób się na nim nudzić.

Z zespołu występującego na scenie szczególną uwagę zwróciłem na panie, co w moim przypadku – mężczyzny – jest chyba naturalne? :-) Zarówno Katarzyna Kanabus (Becky), Julia Szewczyk (Amy) jak i Danuta Błażejczyk w roli ciotki Polly prezentują bardzo dobre umiejętności aktorskie i wokalne; z Danutą Błażejczyk, pochodzącą z moich rodzinnych Puław, dzięki uprzejmości Iwony Kondras ze śremskiej biblioteki miałem okazję zamienić kilka słów na scenie po spektaklu – okazało się, że mamy wspólnych znajomych. Kobiety i dziewczęta na widowni większą uwagę zwracały pewnie na mężczyzn: Macieja Dybowskiego (w roli Tomka) i Karola Osentowskiego (Huck), którzy .też zagrali bardzo dobrze.

Warto wybrać się na „Tajemnicę Tomka Sawyera” – nie tylko na Dzień Dziecka.

Łazienki

Drugi weekend maja 1987 roku pozostałem w Warszawie. Byłem sam w moim pokoju w domu studenckim na „Żwirkach”, moi dwaj współlokatorzy, studenci prawa, wyjechali do domów. Kończyły się moje studia na germanistyce. Zajęć miałem już niewiele, gotowa była też praca magisterska, w której porównywałem prasę zachodnioniemiecką i enerdowską, pozostało ją tylko oddać do przepisania na maszynie i oprawy. Zacząłem już uczyć się do egzaminu magisterskiego, który chciałem zdać w czerwcu. Oznaczało to konieczność powtórzenia przedmiotów z pięciu lat: cała gramatyka opisowa, strukturalna, konfrontatywna, historyczna, seminarium magisterskie z semantyki, ogrom materiału, ale jak długo można ślęczeć w akademiku nad notatkami z ubiegłych lat i książkami?

Nie chciało mi się schodzić na dół do sali telewizyjnej, na studiach w ogóle mało oglądałem telewizji. Nie miałem też radia – krótko wcześniej mój współlokator przypadkiem złamał antenę w moim radiomagnetofonie i oddałem go do naprawy. Sobotę 9 maja spędziłem głównie w moim pokoju, w niedzielę postanowiłem pojechać do Łazienek, na koncert chopinowski.

Mieszkając w Warszawie, w Łazienkach byłem wielokrotnie, moja znajomość parku była jednak dość powierzchowna, ograniczała się do spaceru alejami, koło pływających po stawach białych łabędzi i przemykających obok spacerowiczów wiewiórek. Chyba tylko raz byłem we wnętrzach Pałacu na Wyspie, inne budowle znałem tylko z zewnątrz, Zamek Ujazdowski do dzisiaj znam tylko z fotografii.

Przez cztery lata studiów w Warszawie nie byłem też ani razu na koncertach chopinowskich, sławnych w całej Polsce, które od lat odbywają się pod pomnikiem Chopina. Czas to nadrobić, przecież niedługo wyjadę ze stolicy i może już nigdy nie będę miał okazji ich posłuchać.

Dzień był ciepły i słoneczny. Wokół amifiteatralnie położonego pomnika Chopina zgromadziło się dość dużo słuchaczy, chociaż spodziewałem się ich większej liczby. Nie było rozgardiaszu, ludzie rozmawiali przyciszonymi głosami, w parku śpiewały ptaki. Nie przysłuchiwałem się rozmowom, czekałem tylko na koncert.

Nikt z organizatorów nie zapowiedział pianistki, koncertu ani jego programu. Pianistka w długiej, ciemnej sukni po prostu wyszła na scenę i zaczęła grać.

Co sprawia, że muzyka fortepianowa tak silnie oddziałuje na mnie, jak i na bardzo wielu ludzi? Fortepian jest jednym z moich ulubionych instrumentów. Dwa lata wcześniej, kiedy byłem na II czy III roku studiów, przeżywałem krótką fascynację klawesynem, teraz jego brzmienie jest dla mnie zbyt metaliczne, drażniące. Uwielbiam orkiestry smyczkowe, ale nie lubię słuchać skrzypiec solo, które dopiero w kwartecie, zrównoważone altówką i wiolonczelą, dają czasami niebiańskie wrażenia estetyczne. Fortepian, obok gitary, jest jednym z nielicznych instrumentów, których potrafię słuchać godzinami, kiedy grają solo.

Nad Łazienkami popłynęła muzyka Chopina – mazurki, preludia, nokturny… Polskość zaklęta w nuty, kwintesencja romantyzmu. I to miejsce… Pomnik Chopina nad taflą wody, piękna wiosenna pogoda nadawały koncertowi aurę odświętności, a przy tym harmonii. Tylko dlaczego wszystkie utwory w tonacji mollowej? Dlaczego ewokują tak smutną atmosferę?

* * *

W poniedziałek rano poszedłem po zapałki do kiosku „Ruchu” po drugiej stronie ulicy Żwirki i Wigury, przy której mieścił się mój akademik. Mężczyzna przede mną chciał kupić gazetę, ale gazet już nie było.

– Panie, dzisiaj gazety kupowali nawet tacy, co nigdy gazet nie kupują – powiedział kioskarz – po tym wypadku…

– Wypadku? – spytałem. – Coś się stało?

Kioskarz spojrzał na mnie.

– W sobotę w Lesie Kabackim rozbił się samolot do Nowego Jorku. Wszyscy zginęli.

Po weekendzie wrócili moi współlokatorzy z pokoju. Do jednego z nich wpadli koledzy z roku, rozmowa zeszła też na katastrofę w Kabatach.

– A ja to chyba ostatni w Polsce dowiedziałem się o tym – powiedział jeden z nich. – Dopiero w sobotę po południu kumpel po mi o tym powiedział i usłyszałem o tym w wiadomościach.

Nie odpowiedziałem.

Napisane w 30. rocznicę katastrofy polskiego iła w Lesie Kabackim.