Festiwal Słowa w Piosence „Frazy”

4 listopada – po zwiedzeniu dwóch wystaw w Bibliotece Uniwersyteckiej wybieram się na Festiwal Słowa w Piosence „Frazy”, przedtem jednak zaglądam do Biblioteki Raczyńskich. Odbywają się tu dwie wystawy czasowe: „Kto oprócz Hrabala? Kto oprócz Tokarczuk? Czeska i polska literatura w przekładach” w Galerii Atanazego oraz „Lodorosty i bluszczary”, przedstawiająca twórczość dla dzieci Jerzego Ficowskiego. Wystawy są całkiem ciekawe, zwłaszcza ta o polskiej i czeskiej literaturze, z masą informacji o wzajemnej recepcji literatur sąsiadów, niestety zwiedzam je tylko „po łebkach” – na godz. 12 w Scenie na Piętrze przy Masztalarskiej zaplanowano przesłuchania finałowe Ogólnopolskiego Konkursu Piosenki Autorskiej im. Jacka Kaczmarskiego, będącego częścią Festiwalu Słowa w Piosence „Frazy”.

Chociaż mieszkam w Wielkopolsce już 35 lat, jeszcze nigdy nie byłem w sali Sceny na Piętrze. Właścicielem sali jest Estrada Poznańska, odbywają się tu koncerty, spektakle teatralne a dzisiaj konkurs piosenki autorskiej. Jestem punktualny, kilka minut przed godz. 12, czego niestety nie można powiedzieć o organizatorach. Na scenie próbę odbywa jeszcze jakiś zespół, który chyba też bierze udział w konkursie; po godz. 12 wychodzi dyrektor artystyczny festiwalu, Krzysztof Gajda, który przeprasza za opóźnienie – jeszcze nie dojechała jedna z jurorek. Publiczności to nie przeszkadza, zajmuje się własnymi sprawami, frekwencja nie jest zresztą duża; o ile się orientuję, część widzów to też artyści, którzy czekają na swoją kolej. Jestem jedną z nielicznych osób, która to spóźnienie ma organizatorom za złe – mogłem zostać dłużej w Bibliotece Raczyńskich i dokładniej obejrzeć wystawy. Wreszcie koncert rozpoczyna się z półgodzinnym opóźnieniem.

Ogólnopolski Konkurs Piosenki Autorskiej im. Jacka Kaczmarskiego to konkurs amatorski i trochę takie też są przygotowania i same występy jego uczestników. Najpierw trzeba podłączyć sprzęt, głośno skonsultować z akustykiem, co trzeba poprawić w brzmieniu, wszystko to na oczach publiczności (nie szkodzi, taka nieformalna atmosfera ma swój urok), wreszcie można śpiewać. Każdy wykonawca albo zespół wykonuje dwa utwory. Pierwsze dwa występy nie bardzo mi się podobają i już zaczynam utwierdzać się w przekonaniu, że mogłem lepiej zaplanować dzisiejszy dzień, kiedy na scenę wchodzi z gitarą Marcin Gąbka. Jego „Ballada o włosach” i „Frodo” (ta druga piosenka zainspirowana „Władcą pierścieni”), ekspresyjne brzmienie głosu powodują, że decyduję się zostać na konkursie; nie przeszkadza mi nawet to, że w drugiej piosence pieśniarz w połowie zapomniał tekstu i musiał zaczynać od początku. I następni wykonawcy – Monika Kowalczyk, Edyta Górecka, Andriej Kotin, Asia Nawojska, jest nawet lokalny kabaret Klub Szyderców Bis z Jeżyc, wyśpiewujący hymn na część swojej dzielnicy i dowcipnie komentujący wieloletni remont ronda Kaponiera. Pozostałe piosenki wykonywane w konkursie są na najróżniejsze tematy – w każdym razie to nie pop, artyści śpiewają o ważnych dla nich sprawach, to rzeczywiście poezja śpiewana, chociaż może nie najwyższych lotów.

Po godz. 14 Krzysztof Gajda ogłasza 15-minutową przerwę. Czas na zastanowienie. Przesłuchania były zaplanowane do godz. 16, zaczęły się jednak z opóźnieniem, możliwe są jeszcze dalsze poślizgi, skończą się więc pewnie przed 17. To za późno dla mnie, jazda rowerem w ciemnościach nie jest przyjemnością, poza tym chciałbym jeszcze zajrzeć do „Arsenału”, decyduję się więc już opuścić Masztalarską. Może w przyszłym roku będzie okazja wysłuchać całego koncertu?

Biblioteka Uniwersytecka w Poznaniu – Bobkowski. Chuligan wolności

4 listopada – kolejny wyjazd do Poznania. W planie mam udział w koncercie i kilku wystawach, najważniejsza z nich to „Bobkowski. Chuligan wolności” w Bibliotece Uniwersyteckiej przy Ratajczaka. Jak na listopad pogoda dobra. Tylko niewielkie zachmurzenie na słonecznym niebie, na którym dzisiaj widać też szczególnie dużo smug kondensacyjnych pozostawianych przez lecące do i z Europy Zachodniej samoloty. Do tego rześkie powietrze – temperatura rano wynosi 5 stopni, po południu wzrośnie do 12.

Twórczości Andrzeja Bobkowskiego właściwie nie znam. Oczywiście słyszałem o jego „Szkicach piórkiem”, czytałem jednak tylko fragmenty tego dzieła, okazjonalnie cytowane i omawiane np. w „Plusie Minusie”, dodatku kulturalnym „Rzeczypospolitej”, czy innych dodatkach i pismach literackich. Do zwiedzenia wystawy zachęciła mnie też godzinna audycja jej poświęcona w „Spotkaniach z kulturą” w Radiu Poznań, w której Barbara Miczko-Malcher rozmawiała z organizatorami wystawy, literaturoznawcami. Ocena, jaką dobrze mi znana redaktorka radiowa wystawiła wystawie, była bardzo dobra – podobnie jak moja.

Wystawa ciekawie opowiada o życiu i twórczości jednego z najważniejszych antykomunistycznych pisarzy emigracyjnych, jakich mieliśmy w polskiej literaturze. Szczegółowo omówione są nawet dzieciństwo i młodość w przedwojennej Polsce, ilustrowane fragmentami z jego dzienników, które Bobkowski pisał (i ozdabiał własnymi rysunkami) już jako nastolatek ((przyszły pisarz wcale nie był grzecznym dzieckiem, sprawiał kłopoty wychowawcze, nie zdał nawet matury). Już wtedy poznał Barbarę Birtus, z którą na Boże Narodzenie 1938 roku potajemnie wziął w ślub. W marcu 1939 roku wyjechali do Paryża, stamtąd planowali wyemigrować do Argentyny; zanim otrzymali wizę, wybuchła jednak wojna, która wszystko zmieniła.

To w czasie wojny we Francji powstały „Szkice piórkiem” – dziennik pisarza z lat 1940-1944, świadectwo upadku Francji latem 1940 roku, zapis ucieczki rowerem na południe kraju (to najbardziej znana część dziennika – „Biblia rowerzystów”), potem powrotu do Paryża, trudnych lat emigracyjnych. Wydane w 1957 roku „Szkice piórkiem”, których fragmenty są obszernie cytowane na wystawie, pozostają głównym dziełem pisarza, dopiero po jego śmierci, w 1970 roku, wydano „Coco de Oro”, tom szkic i opowiadań pisanych między innymi dla paryskiej kultury, również kilka tomów listów. „Szkice piórkiem”, pisane we Francji, ale poświęcone przecież przede wszystkim Polsce i polskim sprawom, na wystawie przeciwstawione są „Dziennikowi” Witolda Gombrowicza. To porównanie – według autorów wystawy – wypada na korzyść Bobkowskiego. Sam tego nie oceniam. Czytałem i mam swojej biblioteczce cały „Dziennik” Gombrowicza; „Szkiców piórkiem” Bobkowskiego, jak napisałem, nie znam.

W 1948 roku Andrzej Bobkowski wyemigrował z żoną do Gwatemali, gdzie zajął się… modelarstwem lotniczym, literatura zeszła odtąd na dalszy plan w jego życiu, chociaż nadal pisał i publikował w „Kulturze”. W tym swoim nowym zawodzie odniósł zresztą duży sukces, brał udział w zawodach modeli latających, w kręgach gwatemalskich hobbystów modelarzy stał się bardzo popularną postacią. Zmarł w 1961 roku. Żona Barbara, która przeżyła go o 21 lat, położyła duże zasługi w ocaleniu jego spuścizny literackiej i publikacji twórczości.

Wystawie w Bibliotece Uniwersyteckiej towarzyszą oczywiście książki, nie tylko, a nawet nie przede wszystkim Bobkowskiego i o Bobkowskim, większość eksponowanych pozycji to książki wydane przez „Kulturę” i Instytut Literacki w Paryżu. Mam w domu i czytałem tylko jedną książkę wydaną przez tę oficynę (opowiadania Sławomira Mrożka), z tym większą ciekawością mogę więc teraz zapoznać z tą działalnością wydawniczą – wiele pozycji bardzo cennych, jest nawet pierwszy numer „Kultury”, wydany jeszcze w Rzymie w 1946 roku, są też pierwsze numery paryskie.

Wystawa warta zwiedzenia, dla wszystkich interesujących się literaturą. Jeśli miałbym w niej coś uzupełnić, to w szerszym zakresie ukazałbym te aspekty życia Bobkowskiego we Francji i  Gwatemali, które nie były ściśle związane z literaturą. Praca w fabryce we Francji i przede wszystkim prowadzenie własnej firmy modelarskiej w Gwatemali odgrywały przecież bardzo ważną rolę w jego życiu, a w Gwatemali Bobkowski uważał się chyba przede wszystkim za modelarza, nie za pisarza. Z drugiej strony rozumiem taką optykę – wystawa została przecież zorganizowana w bibliotece, a dla nas, ludzi zainteresowanych literaturą, Andrzej Bobkowski pozostanie przede wszystkim autorem „Szkiców piórkiem”.

Jeszcze tylko krótki rzut oka na dwie inne wystawy w gmachu Biblioteki Uniwersyteckiej. „Kalliope Austria. Kobiety w społeczeństwie, kulturze i nauce” niestety rozczarowuje. Składa się tylko z plansz, przeładowanych tekstem, które trudno się czyta. Brakuje innych eksponatów, choćby książek napisanych przez omawiane bohaterki lub traktujących o nich, czy krótkiego filmu video. Ciekawsza jest wystawa poświęcona Aleksandrowi Birkenmajerowi, dyrektorowi Biblioteki w 1939 roku i w latach 1945-1947. Jest ona jednak bardzo mała, gabloty z książkami i dokumentami podpisanymi przez Aleksandra Birkenmajera są niedostatecznie oświetlone i trudno się z nimi dokładnie zapoznać. Opuszczam gmach, czekają mnie jeszcze inne wystawy i koncert.

Nagroda Kościelskich, 2017

14 października – po trzech latach przerwy (w tym czasie nagroda była wręczana w Szwajcarii) znowu wyjazd do Miłosławia na ceremonię wręczenia Nagrody Kościelskich; w tym roku otrzymała ją Urszula Zajączkowska za tom poezji „Minimum”.  To wydarzenie, które, podobnie jak festiwale Muzyka w Raju i Musica Sacromontana, już na stałe wpisało się w mój kalendarz kulturalny.

Jazda przez Środę Wlkp. i Winną Górę, w Miłosławiu jestem pół godziny przed zaplanowanym na godzinę 12 rozpoczęciem uroczystości. Dużo znajomych twarzy, już przy wejściu wita mnie starsza pani, która mówi, że pamięta mnie z poprzednich lat w Miłosławiu, przyjechała tu z Tadeuszewa koło Środy. W pałacu jest też już mój dobry znajomy, Krzysztof Budzyń, który przyjechał tu ze Śremu samochodem, siadamy razem.

Część oficjalna jak w poprzednich latach – przemówienia burmistrza Miłosławia, starosty wrzesińskiego, dyrektora Departamentu Kultury Urzędu Marszałkowskiego z Poznania (marszałka województwa tym razem nie ma), delegata ambasady Szwajcarii i prezesa Fundacji Kościelskich François Rosseta. To ostatnie podoba mi się najbardziej, chociaż François Rosset opowiada też o rzeczach na pozór całkiem niezwiązanych z tegoroczną laureatką – o Wilhelmie Tellu, o argentyńskim pisarzu Ernesto Sábato i jego spostrzeżeniu, że w historii Szwajcarii zabrakło paradygmatu tragicznego, tak charakterystycznego dla innych narodów. Nareszcie wręczenie nagrody, laudacja i wystąpienie Urszuli Zajączkowskiej.

Niestety nie czytałem żadnych wierzy Urszuli Zajączkowskiej. Krótko przed uroczystością wysłuchałem tylko obszernego wywiadu z poetką w radiowej Dwójce; bardzo mi się podobały jej przemyślenia o życiu roślin, duchowych związkach pomiędzy światem roślin i ludzi, ale to przecież za mało, aby się wypowiadać na temat jej poezji. Takiej możliwości nie dadzą mi teraz też laudacja i przemówienie poetki, jak zwykle w takich warunkach bardzo trudne w odbiorze, pełne odniesień, które co chwila wymagałyby zatrzymania się, namysłu, przeanalizowania ich treści, tak jak głębokiej refleksji, zanurzenia się w świecie poezji wymagałby sam nagrodzony tom wierszy. Ile osób w miłosławskim pałacu w pełni zrozumiało oba wystąpienia po ich jednokrotnym wysłuchaniu? Ja do nie należałem. Być może będzie mi dane przeczytać je kiedyś w druku, wtedy analiza będzie możliwa.

Po części oficjalnej mały bankiet na parterze pałacu, okazja do porozmawiania ze znajomymi, choćby tylko z widzenia. Wszyscy chwalą laudację i odpowiedź poetki, a mnie mimo woli przypomina się przeczytany niedawno „Dziennik” Witolda Gombrowicza i jego uwagi o wieczorach poezji, o spotkaniach dyskusyjnych na tematy filozoficzne, na których słuchamy wierszy nie bardzo ich rozumiejąc, zabieramy głos na różne tematy, jednocześnie nie chcąc zdradzić własnej niewiedzy. Przypadłość ogólnoludzka, i ja nie jestem od niej wolny…

Możliwość tych spotkań, rozmów jest zresztą interesująca i źródłem nieoczekiwanych odkryć. Okazuje się, że z rodziną z Orzechowa, z którą siedzę przy jednym stole, mamy wspólnych znajomych. Dawno temu byłem tłumaczem na ślubie mieszkanki Orzechowa z Hindusem, właśnie tu w Miłosławiu; wspominamy państwa młodych i jedynego gościa z Indii, prześliczną siostrę pana młodego, która była świadkiem na ślubie. Co teraz u nich słychać? Wyjechali, mieszkają chyba w Stanach Zjednoczonych.

* * *

Na godz. 14.15 zaplanowano panel dyskusyjny na temat „Czy można nauczyć pisania?” z udziałem prof. Ingi Iwasiów z Uniwersytetu Szczecińskiego, Magdaleny Kostrzewskiej prowadzącej szkołę „Maszyna do Pisania”, poety Krzysztofa Siwczyka i dziennikarza „Gazety Wyborczej” Piotra Bojarskiego. Panel w tym roku wyjątkowo, z powodu uszkodzenia świątyni w sierpniowych wichurach, nie odbywa się w kościele poewangelickim, tylko w pałacu, ale może to i lepiej – frekwencja jest wyższa niż na ostatnim panelu z udziałem między innymi feministek Sylwii Chutnik i Kai Malanowskiej, na którym byłem trzy lata temu. Każdy z dyskutantów odpowiada na pytanie zadane w temacie panelu zgodnie z charakterem swojej pracy – Inga Iwasiów opowiada o właśnie uruchomionych w październiku na Uniwersytecie Szczecińskim studiach w zakresie kreatywnego pisania, Magdalena Kostrzewska o prowadzonej przez siebie firmie, Piotr Bojarski o tym, jak ważne może być doświadczenie w zawodzie dziennikarza w nauce pisania, również utworów artystycznych. Czasu na dyskusję niestety nie ma dużo, pierwsze pytanie zadaję ja:

– Dziękuję za bardzo interesujące prezentacje, ale od razu powiem, że jestem tu sceptykiem i nie bardzo wierzę w konieczność prowadzenia takich kursów. Przypomina mi to studia w zakresie dziennikarstwa, prowadzone jeszcze w czasach PRL. Jak wiadomo, znakomita większość dziennikarzy nie studiowała dziennikarstwa, czy są więc one potrzebne? Wracając do literatury, przepraszam, ale jeśli spojrzymy na całą 55-letnią historię Nagrody Kościelskich, nie wiem, czy wśród jej laureatów znajdzie się choć jedna osoba, która chodziła na takie kursy pisania. Możemy też spojrzeć na to w szerszej perspektywie geograficznej, na przykład Stanów Zjednoczonych, w których kursy „creative writing” są prowadzone już od kilkudziesięciu lat. Czy wiadomo, jaki procent amerykańskich pisarzy ukończył taki kurs? Może pani profesor Iwasiów, jako pracownik naukowy, będzie mogła odpowiedzieć na to pytanie?

– Mogę odwrócić pytanie – odpowiada Inga Iwasiów – i wskazać, że wielu wybitnych pisarzy na tych kursach w Stanach Zjednoczonych wykłada na nich, uczy, jak dobrze pisać. Mimo wszystko kursy takie dają dobry warsztat pisarski. Jeśli chodzi o dziennikarzy, to prawda, że większość nie studiowała dziennikarstwa, tylko inne kierunki, w czasach PRL najczęściej polonistykę, mieli więc za sobą akademickie wykształcenie, przygotowanie. Wykształcenie ma jednak często niewiele wspólnego z wykonywaną później pracą. A jeśli ktoś lubi pisać, jeśli się w tym realizuje, dlaczego miałby studiować coś innego? Jeśli miałby później pracować jako dziennikarz, lepiej niech studiuje creative writing.

Na moje pytanie odpowiada też prof. Jerzy Jarzębski członek jury Nagrody Kościelskich:

– Jeśli chodzi o laureatów Nagrody Kościelskich, to rzeczywiście nie ma wśród nich osób, które kończyłyby takie kursy, ale wśród laureatów innych nagród są tacy, na przykład Weronika Murek. To prawda jednak, że naprawdę wybitna literatura musi być oryginalna, a oryginalności na kursach nauczyć się nie da.

Drugie i ostatnie pytanie zadaje, a właściwie podsumowuje dyskusję Krzysztof Budzyń, który przedstawia się też jako piszący, wydawca, redaktor „Śremskiego Notatnika Historycznego”. Wskazując na fakt, że coraz więcej w Polsce piszących, a coraz mniej czytających, nawołuje mimo wszystko do pracy z pasją – pasja jest przecież najważniejsza w naszym życiu.

– Śrem górą – podsumowuje jedna ze słuchaczek panelu, kiedy wychodzimy już z budynku. Może i tak, ale czas już wracać do domu. Na koncercie Anety Lipnickiej i Wielkim Nocnym Czytaniu w Miłosławiu nie zostanę, ponieważ oznaczałoby to powrót w nocy. Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie na tle miłosławskiego pałacu i przez Środę Wlkp. i Zaniemyśl kieruję się w stronę Śremu. Powoli zapada zmierzch, w Lucinach i tak muszę włączyć oświetlenie w moim rowerze.

Józef Wybicki – „Kulig”

Chociaż postacią Józefa Wybickiego interesuję się od dawna, mam w domu wiele książek o nim i jestem nawet autorem poświęconego mu hasła w polskiej Wikipedii, z twórczością autora naszego hymnu narodowego zetknąłem się dość późno. Długo szukałem jego pamiętnika „Życie moje”, którego fragmenty znałem z różnych biografii Wybickiego. Kiedy wreszcie udało mi się kupić jego wznowienie, wydane przez Ossolineum i De Agostini w 2005 roku, natychmiast zasiadłem do lektury i… szybko się rozczarowałem. Oprócz interesujących fragmentów (przeważnie dotyczących młodości Wybickiego, także na przykład jego miłości do Kunegundy Drwęskiej) było w nim mnóstwo dłużyzn i dywagacji politycznych, które w XXI wieku interesują już tylko historyków epoki.

Wybicki to jednak nie tylko pamiętniki. Oprócz Mazurka Dąbrowskiego, którego znają wszyscy Polacy (chociaż większość śpiewa go z błędami) napisał przecież mnóstwo pism politycznych i wreszcie dramatów. Nie są one już wydawane, można je kupić tylko na aukcjach internetowych i właśnie na jednej z takich aukcji, na Allegro, w 2014 roku kupiłem za 6,80 zł jego „Utwory dramatyczne”. Książka, wydana w roku mojego urodzenia (1963), okazała się być w całkiem dobrym stanie, pewnie z tego powodu, że nigdy wcześniej nie była czytana – otrzymałem ją z nierozciętymi kartami. Przyznaję się, że też wtedy nie rozciąłem stron, odłożyłem książkę na półkę i sięgnąłem do niej dopiero w ubiegłą sobotę, 30 września, w dniu, w którym w którym w Manieczkach, niegdyś majątku Wybickiego, Muzeum Śremskie we współpracy z Grupą Odnowy Wsi Manieczki zaplanowały wystawienie jego komedii „Kulig”. Chciałem zobaczyć tę sztukę, obawiałem się jednak, że bez wcześniejszego przeczytania tekstu mogę po prostu mieć problemy z jej zrozumieniem. Chyba słusznie.

„Kulig” jest oświeceniową (wydaną w 1783 roku) komedią z głównym wątkiem miłosnym; ciekawe, czy współcześni autorowi naszego hymnu narodowego zgodziliby się na określenie komedia romantyczna, ale chyba nie – romantyzmu wtedy jeszcze nie znano, był tylko sentymentalizm, prekursor romantyzmu. Wśród postaci scenicznych poznajemy gospodarującego na roli szlachcica Domarosa, jego żonę Gryzeldę, ich sługi, rządcę, plenipotenta, no i oczywiście Rozetę – ładniutką córkę Domarosa, zadurzonego z niej (albo w jej posagu) starościca Kleandra oraz Filusię, pannę służącą Rozety. Opisywanie ich perypetii chyba nie ma tu sensu, zakończenie sztuki łatwo przewidzieć, a jeśli ktoś jest naprawdę ciekaw, może zajrzeć do oryginału.

Po ten materiał sięgnął Andrzej Tomaszewski, nauczyciel polonista z Katolickiego Centrum Edukacji i Kultury w Śremie (wcześniej uczył polskiego w Liceum Ogólnokształcącego im J. Wybickiego przy Poznańskiej), który ze swoimi uczniami zrealizował już kilka amatorskich przedstawień teatralnych. Widziałem z nich dotąd tylko jedno – „Śluby panieńskie” Fredry w sali widowiskowej KCEK; niektórych uczniów z tamtego spektaklu zobaczyłem teraz po raz drugi na polanie przed manieczkowskim dworem, gdzie na zaimprowizowanej scenie na wolnym powietrzu (mieliśmy duże szczęście z pogodą, która po deszczowym okresie tego dnia nam sprzyjała) odegrali przygody Domarosa, Gryzeldy, Rozety, Starościca, Filusia i innych uczestników tytułowego „Kuligu”. Odegrali z zapałem i dużym talentem młodych aktorów, mimo że materiał, z którym mieli do czynienia bynajmniej nie był wdzięczny.

Nie będę udawał, że „Kulig” Wybickiego to klejnot polskiej literatury; niestety po dwustu kilkudziesięciu latach od publikacji to już tylko historia literatury, nie literatura; rzecz, pisana trudno dziś zrozumiałym językiem, jest po prostu martwa, zresztą jak większość twórczości polskiego oświecenia, z której bardzo niewiele utworów zachowało świeżość – można tu wymienić bajki i satyry Krasickiego, z dramatów: „Fircyka w zalotach” Zabłockiego, „Powrót posła” Niemcewicza, czy coś jeszcze? W przeciwieństwie do oświecenia francuskiego, niemieckiego czy angielskiego twórczość polskich pisarzy tego okresu nie wytrzymała próby czasu.

Na szczęście w Manieczkach obejrzeliśmy raczej luźną adaptację „Kuligu”; Andrzej Tomaszewski wybrał z niego tylko fragmenty (w dość dowolnej kolejności) i skrócił sztukę do pół godziny. I słusznie – wystawienie całego pięcioaktowego dramatu trwałoby cztery godziny (albo i dłużej) i byłoby nieznośne nie tylko dla dzieci z Manieczek, które licznie zgromadziły się na przedstawieniu, ale i dla dorosłych. Bardzo dobrym pomysłem było uatrakcyjnienie sztuki przez wprowadzenie do niej prawdziwego kuligu, czyli sań (na kołach) ciągnionych przez konia (w oryginale oczywiście ich nie ma). Dzięki nim sztukę na pewno zapamięta dziecięca widownia, która inaczej raczej niewiele by z niej zrozumiała.

Mariusz Kondziela, dyrektor Muzeum Śremskiego, po przedstawieniu mówił o możliwości organizowania kolejnych spektakli opartych na dramatach Wybickiego. Uważam, że pomysł jest dobry pod warunkiem ich każdorazowej odpowiedniej adaptacji i podejścia do całości z pewnym przymrużeniem oka – jak napisałem, twórczość Wybickiego jest już tylko historią literatury, chociaż dla mieszkańców ziemi śremskiej, ziemi Wybickiego, bardzo ważną historią.

Kulig

Podczas spektaklu. Fot. Towarzystwo Przyjaciół Ziemi Brodnickiej

Biblioteka Raczyńskich – Solum Verbum. Reformacja i słowo XVI-XVIII wiek

16 września – pierwszy po wakacyjnej przerwie wyjazd do Biblioteki Raczyńskich w Poznaniu, na wystawę „Solum Verbum – Reformacja i słowo XVI-XVIII wiek”. Po „Stolicach wielkopolskiego protestantyzmu” w Muzeum Okręgowym w Lesznie i „Der Luthereffekt” w Martin-Gropius-Bau w Berlinie to już trzecia wystawa poświęcona protestantyzmowi, którą zwiedzam w tym roku; wysyp wydarzeń kulturalnych z nim związany jest jednak zrozumiały – obchodzimy w tym roku 500-lecie przybicia tez przez Marcina Lutra na drzwiach kościoła w Wittenberdze. Jak na ich tle prezentuje się wystawa w Poznaniu?

Wystawa w Bibliotece Raczyńskich jest oczywiście o wiele mniejsza od ogromnej, bardzo ważnej dla Niemców ekspozycji w Martin-Gropius-Bau, jest też mniejsza od wystawy w Lesznie, które było głównym ośrodkiem protestantyzmu w Wielkopolsce. Z „Der Luthereffekt” w Berlinie nie ma żadnego porównania, to całkiem inna klasa; z wystawą w Lesznie takie porównanie jest możliwe, moim zdaniem wypada ono z korzyścią dla Biblioteki Raczyńskich.

Zaletą jest omówienie na początku wystawy genezy reformacji i głównych zagadnień z nią związanych, czego w Lesznie w ogóle zabrakło. Obie wystawy różnią się też charakterem eksponatów, te na wystawie w Lesznie były bardzo zróżnicowane, oprócz książek i dokumentów były też obrazy, grafiki, narzędzia liturgiczne…, w Poznaniu, zgodnie z charakterem placówki widzimy tylko książki, są to jednak bardzo cenne książki.

Jak zawsze wystawa w Bibliotece Raczyńskich jest rajem dla bibliofila, w tym przypadku również dla… germanisty. Mogę zobaczyć wydania dzieł Lutra, między innymi wydane w 1702 roku „Teutsche Schriften” z obrazkowym życiorysem reformatora, dla mnie najważniejsze jest jednak wydanie jego przekładu Biblii, wprawdzie nie w całości, tylko tomu zawierającego pisma proroków i Nowy Testament. Wydań Biblii jest zresztą o wiele więcej. Skarbem na wystawie jest wydanie Biblii Brzeskiej albo Radziwiłłowskiej (jednego z niewielu zachowanych egzemplarzy, większość nakładów została spalona przez potomka finansującego protestancki przekład w akcie ekspiacji po jego nawróceniu się na katolicyzm), mogę też zobaczyć oryginalne, XVII-wieczne wydanie Biblii Gdańskiej, którą dotychczas znałem tylko z XX-wiecznych przedruków.

Nie tylko wydania Biblii są prezentowane na wystawie, również inne książki religijne jak kancjonały a nawet książki świeckie. Tu największą gratką jest dla mnie możliwość zobaczenia wydanego w 1568 roku „Zwierciadła” Mikołaja Reja – autor był przecież protestantem. I wreszcie dzieło całkiem niezwykłe – pierwsze wydanie (z I połowy XVIII wieku) „Cérémonies et coutumes religieuses…”, nie tyle książki religijnej, co bogato ilustrowanej, opracowanej w duchu oświecenia encyklopedii religii świata. Prezentowane na wystawie ryciny ukazujące nabożeństwa, obrzędy religijne itp. są nie tylko cennym materiałem dla historyka, ale dla każdego zainteresowanego sztuką i dawnymi obyczajami.

Wystawie towarzyszące tablice przedstawiające najważniejszych reformatorów i prekursorów reformacji – od Jana Husa przez Marcina Lutra, Philippa Melanchthona, Kalwina… Ich lektura sprawia mi wprawdzie początkowo trochę kłopotów, dopiero po chwili odkrywam, że one ułożone na kształt współczesnych CV, czyli w odwróconej kolejności chronologicznej, należy je czytać od dołu.

Po zwiedzeniu wystawy „Solum Verbum” w Galerii Atanazego zaglądam jeszcze do Galerii Edwarda w starym gmachu na wystawę fotografii „Przyroda Wielkopolski” Wojciecha Nawrockiego (bardziej interesują mnie wprawdzie pokazywane wraz z fotografiami książki, część z nich mam w swojej biblioteczce), po czym wychodzę już z biblioteki. W planach mam jeszcze wizytę w Teatrze Ósmego Dnia, gdzie według portalu kultura.poznan.pl w ramach imprezy Parking Day ma być dzisiaj o 12 czytany reportaż „Głód” Martina Caparrosa. Wiadomość ta okazuje się dezinformacją, spotkany w teatrze aktor (odbywa się właśnie próba) informuje mnie, że owszem, taka impreza ma odbyć się dzisiaj, ale nie w teatrze, lecz na ulicy Za Bramką. Chyba jednak z niej zrezygnuję i wybiorę się gdzie indziej. Wizyta w teatrze ma jednak swój plus – w Centrum Informacji Miejskiej, które również mieści się w budynku  Arkadii, za jedyne 5 złotych udaje mi się kupić tom „Kroniki Miasta Poznania” opisujący „Podróże poznaniaków” – szukałem go od dawna. Po wyjściu z CIM-u idę już w stronę Starego Rynku.

Józef Czechowicz – „29.VIII – 1924”

Na 29 sierpnia wiersz sprzed 93 lat – „29.VIII – 1924” Józefa Czechowicza. Wyjęty z jego wyboru poezji, który właśnie czytam, po raz pierwszy opublikowany w „Przeglądzie Lubelsko-Kresowym” w maju 1925 roku. Poeta miał tylko 21 lat, kiedy go napisał, a już czuł zbliżającą się jesień życia, której ostatecznie nie zaznał… Zginął w nalocie na Lublin we wrześniu 1939 roku.

Józef Czechowicz – „29.VIII – 1924”

Już na sierpniowych słońc spiekocie
W przepychu las zaczyna wdowieć.
Trochę w szkarłacie, trochę w złocie
Sypie się drzew ostatnia spowiedź.
W tumanach, ciszy, stawów głębi
Słońce przepala się na szarość
I czai się, jak lis w porębie,
Z nieznanych dni przybłęda – starość.
Grzeszę – rdzewieję – liście gubię.
Koniec. Las nie las i łan i nie łan…
Lubię jesiennić tak i lubię
Iść we wrzosowych mgieł ocean…

Kazimiera Iłłakowiczówna

Kazimiera Iłłakowiczówna jest w Poznaniu i Wielkopolsce poetką zarówno bardzo znaną jak i nieznaną. Bardzo znaną, bo każdy o niej słyszał, jak też o muzeum w jej dawnym mieszkaniu w Poznaniu przy ulicy Gajowej (chociaż niewielu je odwiedziło); nieznaną, bo jej wierszy właściwie już się nie czyta, z jednym wyjątkiem – „Rozstrzelano moje serce w Poznaniu”, zawsze przypominanym przy okazji rocznic Poznańskiego Czerwca 1956 roku. Samą Iłłakowiczówną poznaniacy wyobrażają sobie jako starszą zasuszoną panią, którą w dodatku pod koniec życia dotknęło nieszczęście w postaci utraty wzroku. Co może być ciekawego w jej wierszach? Ja też dopiero teraz sięgnąłem do obszernego, liczącego ponad 350 stron wyboru jej poezji.

A jednak wciąż jest to twórczość żywa, czasami fascynująca. Fascynujące było na pewno jej życie, całkiem odmienne od stereotypu pedantycznej starszej pani piszącej wiersze ku zbudowaniu naszych serc. Aż dziw, że nikt jeszcze nie nakręcił o tym życiu filmu fabularnego,

Urodzona prawdopodobnie w 1887 roku (dokumenty podają różne daty, sama poetka rzeczywisty rok swoich narodzin zachowywała w tajemnicy), była wnuczką… Tomasza Zana, przyjaciela Adama Mickiewicza, owocem nieślubnego związku Klemensa Zana i Barbary Iłłakowiczówny. We wczesnym dzieciństwie straciła zarówno matkę jak i ojca, była wychowywana najpierw przez wujka, potem arystokratkę-filantropkę Zofię Buynową, która umożliwiła jej wyjście w szeroki świat. Ciekawa świata i buntownicza z natury Kazia trafiła do liceum im. Emilii Plater w Warszawie, potem przyszły studia: w Petersburgu, Genewie, Oksfordzie, Londynie i wreszcie w Krakowie, gdzie na Uniwersytecie Jagiellońskim studiowała anglistykę i polonistykę. Była nie tylko jedną z pierwszych studentek w Polsce, ale też feministką, ateistką i, przynajmniej w deklaracjach, rewolucjonistką: „Ja przecież też jestem przeciw carowi, i w Boga nie wierzę, i do kościoła nie chodzę, i pacierza nie odmawiam” . To w Krakowie na początku XX wieku poznała Józefa Piłsudskiego, wtedy socjalistę, jak też wielu luminarzy Młodej Polski. Sama pisała wiersze od dawna, w 1905 roku zadebiutowała w „Tygodniku Ilustrowanym”.

W 1914 roku, z momentem wybuchu I wojny światowej, przyszedł krach starego świata. W 1915 roku Iłłakowiczówna też poszła na wojnę, nie, nie z bronią w ręku, tylko jako siostra miłosierdzia polskiego oddziału, jednak nie legionów Piłsudskiego, lecz walczącego u boku Rosjan. Codzienny kontakt ze śmiercią, cierpieniem wywarł głębokie piętno na jej psychice i sprawił, że odzyskała wiarę. Również w Rosji zastała ją rewolucja październikowa. Po kilku miesiącach spędzonych w Piotrogrodzie, w 1918 roku wróciła do kraju, dokąd 10 listopada powrócił też Piłsudski. Podobno Iłłakowiczówna natychmiast napisała do niego, że… uczy się strzelać i chce zostać jego adiutantem. Adiutantem nie została, ale dzięki Piłsudskiemu w 1918 roku rozpoczęła pracę w Ministerstwie Spraw Zagranicznych (jako pierwsza kobieta w tej instytucji). Po zamachu majowym marszałek przeniósł ją do Ministerstwa Spraw Wojskowych, Iłłakowiczówna została sekretarką (czy bardziej tu pasuje słowo: „sekretarzem”?) Piłsudskiego. Po śmierci ukochanego wodza wróciła do MSZ, z którym we wrześniu 1939 roku ewakuowała się do Rumunii. Tam, w Klużu, spędziła całą wojnę, do kraju udało jej się wrócić dopiero w 1947 roku. W Poznaniu zamieszkała dość przypadkowo, ściągnął ją tu Jarosław Iwaszkiewicz, który w stolicy Wielkopolski kierował czasopismem „Życie Literackie”. Czasopismo szybko zakończyło swój żywot (potem odrodziło się w Krakowie), Iłłakowiczówna pozostała jednak w stolicy Wielkopolski, gdzie zmarła w 1983 roku, do końca mieszkając w sublokatorskim pokoju na ulicy Gajowej.

* * *

Podróż przez świat poezji Kazimiery Iłłakowiczówny wywołuje różne doznania. Tom jej poezji przeczytałem zaraz po tomie wierszy Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. W okresie międzywojennym poetki były ze sobą często porównywane, co ciekawe, wyżej ceniono Iłłakowiczównę. Trudno porównywać mi obie poetki, Pawlikowska-Jasnorzewska jest dzisiaj z pewnością bardziej popularna, jej wiersze są też atrakcyjniejsze w formie i przez to łatwiejsze. Poetycki świat Iłłakowiczówny był za to rozleglejszy; poetka nie koncentrowała się tak bardzo na miłości i uczuciach jak trzykrotnie zamężna Pawlikowska-Jasnorzewska; może dlatego, że w życiu miała o wiele więcej doświadczeń, pisała przejmujące, mądre wiersze też o innych sprawach.

Nie jest to oczywiście twórczość jednolita. Rażą pierwsze, pisane w młodopolskiej manierze wiersze z tomu „Ikarowe loty”, prawdziwa poetką Iłłakowiczówna staje się dopiero w wydanym w 1917 roku tomie „Trzy struny”, w którym opisuje między innymi swoje przeżycia na wojnie. Lata dwudzieste to już w pełni dojrzały okres w twórczości Iłłakowiczówny, pełen fantastycznych, fantasmagoryjnych obrazów, jak cykl „Lew” z tomu „Śmierć Feniksa” (1922), w którym zwraca się do towarzyszącego jej drapieżnika:

Nie kładź na stole łapy, kiedy piszę,
nie rycz o świcie, kiedy leżę we śnie;
ten szum, co drzewa za oknem kołysze,
jest niczym; z martwych dla nas nic nie wskrześnie
i nic nie przyjdzie do nas, ku nam w gości
z tego, co mogło być… stamtąd, z przeszłości.
Zwierzęca postać lwa w ogóle fascynowała poetkę, w innym tomie „Połów” (1926) powróciła do niej w onirycznej „Batikowej balladzie” w której jak refren powtarzają się słowa:

Na miedzianej osnowie tkacz jedwabiem tka;
miała czarna dziewczyna skrzydlatego lwa
Takie fantastyczne stwory pojawiają się też w innych wierszach. W kolejnych tomikach poetka przetwarzała też wrażenia ze swoich podróży zagranicznych (zaciekawiły mnie zwłaszcza wiersze o Czechosłowacji), wspomnienia z Kresów, wiejskich zaścianków, wiele bardzo ciepłych wierszy poświęciła też prostym, wiejskim służącym w pańskich dworach i mieszkaniach, jak ten „O Hani, co się zabiła”, czy „Marysia i fortepian”.

Wreszcie przyszła tragedia II wojny światowej, osiem lat spędzonych w Siedmiogrodzie, który w 1940 roku został odebrany Rumunii i przyznany Węgrom (Iłłakowiczówna wykorzystała ten czas na naukę zarówno rumuńskiego jak i węgierskiego, tłumaczyła później z tych języków), wiersze o zagładzie Żydów i w 1947 roku powrót do Polski i zamieszkanie w Poznaniu. O stosunku Iłakowiczówny do miasta, w którym przyszło jej mieszkać, świadczy najlepiej tytuł wiersza „W Poznaniu na wygnaniu”. Poznaniacy czczą obecnie jej pamięć (słusznie, była najznakomitszą poetką w Poznaniu); ale nie da się ukryć, że w Poznaniu Iłłakowiczówna czuła się obco, tęskniła za Warszawą. Po latach przyzwyczaiła się chyba jednak do Poznania i Wielkopolski, napisała też wiele innych wierszy im poświęconych. Nie wiem, czy kiedykolwiek odwiedziła Śrem, była na pewno w Rogalinie, któremu poświęciła między innymi ten wiersz, jeden z jej ostatnich:

Kolonia dziecięca w Rogalinie
 
Minęło, przebolało i więcej nie boli…
Tutaj córa Zygmunta gasła w melancholii…
Patrzały na nią dęby szumiąc własną gędźbę,
miłosierne, lecz twarde, i druhy i – sędzie.
I wnuki Krasińskiego przeszły ścieżką tędy,
lecz pomarły jak kwiecie w pełni lata ścięte.
Tedy prawnucząt wieszcza jęło wschodzić plemię.
Przeszły… A na przeszłości stoją – las i ziemia,
i rzeka je opływa, na niej – stadka gęsie.
Taka sama osina listeczkami trzęsie,
malinę osy żółte ssą, jak było dawniej,
na piaszczystych wydmach rosną wrzos i krwawnik.
A wszędzie pod dębami, wśród malin, w alejach,
cóż to pędzi tabunem, co na głos się śmieje,
co w salach zbeszczeszczonych, ze śpiewaniem Roty,
na wonnym, czystym sianie zalega pokotem?!
Migają prędkie nóżki, gryzą białe ząbki,
wybuchają sygnały: dzwoneczki i trąbki.
Patrzą oczy – turkusy, węgle i szafiry,
godne prawnuków wieszcza, dźwięcznej wieszcza liry.
Gdzie spustoszeń obrzydłość zmogła dawną krasę,
dzieci wtargnęły. Setka ich po domu hasa,
wyglądają oknami. Na balkonie – chmara,
zda się, że najpiękniejszy i najczystszy barok!…
Spójrz, Zygmuncie, ten dom i park, i okolice
w imię narodu dzierżą narodu dziedzice.

Muzeum Henryka Sienkiewicza w Poznaniu – Moś to był ktoś

Niestety nie byłem 13 maja na wernisażu najnowszej wystawy „Moś to był ktoś” w Muzeum Literackim Henryka Sienkiewicza w Poznaniu – akurat tego dnia pojechałem do teatru w Lesznie. Szkoda, bo straciłem okazję poznania nie tylko prezydenta Poznania, lecz również Juliusza Sienkiewicza, wnuka Henryka. No i oczywiście przedstawicieli rodziny Mosiów, którzy też przyjechali na wernisaż wystawy poświęconej ich krewnemu – Ignacemu Mosiowi, założycielowi muzeum. Dopiero w ubiegłą sobotę, 27 maja, udało mi się zwiedzić wystawę.

Wystawa jak zwykle w tej placówce bardzo kameralna, zajmująca tylko jedno pomieszczenie, ale ciekawa. W tym roku obchodzimy 100. rocznicę jednego z najbardziej zasłużonych dla kultury Wielkopolan. Ignacy Moś, urodzony w Ostrzeszowie, uczył się kupiectwa w Ostrowie Wielkopolskim, następnie pracował jako subiekt. Zaskakują przedwojenne zdjęcia Ignacego Mosia, całkiem niepodobne do tych z późnych lat jego życia; na zdjęciach z lat 30., bardzo przystojny, wygląda jak amant filmowy. Dobre czasy wkrótce jednak się skończyły, na początku wojny, jak wielu Wielkopolan, został wysiedlony do Kielc w Generalnym Gubernatorstwie, gdzie w pobliskim Oblęgorku poznał Henryka Józefa Sienkiewicza, syna pisarza. W dowód wdzięczności, jaką Moś mu wtedy okazał, chroniąc go przed gestapo, Henryk Józef podarował mu bibliofilski egzemplarz „Quo Vadis” – pierwszą pozycję w bardzo obszernym zbiorze sienkiewiczianów, które od tego czasu Moś zaczął gromadzić. W 1977 roku Ignacy Moś podarował swoje zbiory miastu Poznań, a w 1978 roku w kamienicy, która w XVI wieku należała do Giovanniego Battisty di Quadro, budowniczego poznańskiego ratusza, otwarto Muzeum Literackie Henryka Sienkiewicza.

Najcenniejszą częścią wystawy są dla mnie archiwalne nagrania filmowe pokazujące rozmowy z Ignacym Mosiem, wspominającym swoje życie, a także moment otwarcia muzeum. Są też inne pamiątki – fotografie, medale i odznaczenia (w tym papieski Order Świętego Sylwestra, Order Uśmiechu), nawet zachowana księga handlowa jego sklepu.

Ignacy Moś zmarł w 2001 roku. Podczas zwiedzania wystawy zacząłem się zastanawiać, czy byłby zadowolony z obecnego kształtu swojego muzeum. Od zakończenia generalnego remontu i ponownego otwarcia w 2014 roku Muzeum Literackie Henryka Sienkiewicza w Poznaniu jest całkiem inną placówką – pełną multimediów, unowocześnioną, o wiele atrakcyjniejszą niż dawniej. Myślę, że tak – o otwartości Ignacego Mosia na nowe pomysły świadczy jego entuzjazm dla hucznego otwarcia muzeum w 1978 roku, kiedy to w pochodzie wystąpili nawet bohaterowie Trylogii w historycznych kostiumach, co możemy zobaczyć w nagraniu filmowym. Jak widać, już wtedy rekonstrukcje historyczne cieszyły się popularnością.

Po krótkim zwiedzeniu opuszczam muzeum. Czekają mnie dzisiaj jeszcze dwie wystawy w Bibliotece Raczyńskich, wykład w Muzeum Narodowym i koncert Poznańskiej Wiosny Gitarowej.

Biblioteka Raczyńskich – Na poznańską mod(ł)ę. W XIX-wiecznej garderobie

Najnowsza wystawa w Galerii Atanazego Biblioteki Raczyńskich w Poznaniu – jak wszystkie w tej galerii – jest interesująca i warta zobaczenia. Przelotnie rzuciłem na nią okiem tydzień temu, podczas Nocy Muzeów, jej temat jest jednak tak ciekawy, że postanowiłem wtedy przeznaczyć osobny weekend na dokładniejsze jej zwiedzenie; plan zrealizowałem już po tygodniu, czyli wczoraj.

Pozorny paradoks, ponieważ modą, jako mężczyzną, nigdy specjalnie się nie interesowałem, chociaż – w przeciwieństwie do wielu moich kolegów ze szkoły podstawowej – zawsze wiedziałem, jaka jest różnica między spódnicą i sukienką :-). Od dawna interesuje mnie natomiast historia mody – jako część historii kultury i najszerzej pojmowanej historii.

Wystawa „Na poznańską mod(ł)ę. W XIX-wiecznej garderobie” opowiada o historii mody w Poznaniu i Poznańskiem, czyli praktycznie o historii mody europejskiej – poznańskie elegantki były na bieżąco z najnowszymi trendami w Paryżu i Londynie i błyskawicznie przyswajały sobie wszelkie nowinki. Ramy czasowe wyznacza tu powszechne pojmowanie XIX wieku jako epoki od schyłku XVIII wieku do pierwszych lat wieku XX (wybuchu I wojny światowej), co w historii Polski pokrywa się z okresem zaborów.

Jak wszystkie wystawy w Bibliotece Raczyńskich „Na poznańską mod(ł)ę” jest zdominowana przez literaturę, chociaż w tym przypadku raczej należałoby powiedzieć – prasę kobiecą i żurnale. Oglądamy w gablotach mnóstwo czasopism z tego okresu, również z I połowy XIX wieku, zadziwia wysoki poziom graficzny kolorowych rycin zdobiących te wydawnictwa. Czasopisma zawierają artykuły o modzie, równie interesujące są ogłoszenia reklamujące zakłady krawieckie, sklepy bławatne itp. Zaprezentowanie samych tych wydawnictw miałoby wprawdzie niewielką wartość poznawczą, gdyby nie zawieszone na ścianach Galerii Atanazego plansze informujące o historii mody od epoki empire do edwardiańskiej, ukazujące wciąż nowe i wychodzące z użycia elementy stroju. Na początku wystawy zamieszczono nawet słowniczek podstawowych pojęć z tego zakresu – rzecz konieczna, jak bardzo jest to potrzebne, potwierdzają nawet moje doświadczenia. Jakiś czas temu, przy okazji dyskusji na Facebooku, postanowiłem przeprowadzić eksperyment i zapytałem sąsiadkę z mojego bloku – młodą kobietę w wieku niewiele ponad 20 lat, która z pewnością interesuje się modą – co to jest krynolina. Nie wiedziała. Inna moja znajoma, kobieta wykształcona i inteligentna, była przekonana, że to jakiś gatunek materiału, z którego kiedyś szyło się suknie. Nawet interesujący się historią mody mylą krynolinę (szeroką spódnicę lub suknię na metalowych obręczach), noszoną w XIX wieku, z XVIII-wiecznym panierem. Na wystawie pojęcia te są wyjaśnione, w zapoznaniu się z historią mody pomaga też materiał ikonograficzny (którego zachował się ogrom, stroje są przecież obecne na wszystkich obrazach, grafikach i fotografiach z tego okresu przedstawiających ludzi) a nawet całe suknie, przypuszczam, że te ostatnie raczej nie są autentycznymi eksponatami, tylko zostały wykonane współcześnie (wypożyczone z teatru?).

Dla mnie najcenniejsze na wystawie pozostają dokumenty pisane, czyli XIX-wieczna prasa będąca zwierciadłem obyczajów sprzed stu kilkudziesięciu lat, a w niej między innymi karykatury wykpiwające ówczesną modę. Na wystawie widzimy rysunki Franciszka Kostrzewskiego, również innych, już zapomnianych karykaturzystów; w prasie pojawiało się też mnóstwo dowcipów na temat mody, na przykład ten, w których właścicielka zakładu kapeluszniczego poleca swojej uczennicy odnieść klientce gotowy kapelusz i nakazuje jej pośpiech, aby zdążyła, zanim ten wyjdzie z mody. Jak widać, niewiele się od tego czasu zmieniło.

Wreszcie, mówiąc o XIX-wiecznej poznańskiej prasie, nie sposób nie wspomnieć o Marcelim Mottym, którego zna każdy zainteresowany historią Poznania. Marceli Motty to dla mnie przede wszystkim „Przechadzki po mieście”, bezcenne źródło informacji dla historyków XIX-wiecznego Poznania, na wystawie pojawiają się też jednak cytaty z jego drugiego cyklu felietonów – „Listów Wojtusia z Zawad”, publikowanych na łamach „Dziennika Poznańskiego” w latach 1865-1867. Temat mody był w tych „listach” poruszany nader często; a niektóre z tych felietonów, chociaż od lektury książki minęło już wiele lat (wciąż mam ją w swojej biblioteczce), zapamiętałem do dziś. Na przykład fragment tego felietonu, opublikowanego 31 grudnia 1865 roku, opowiadający o niezwykłym śnie panny Mimi.

* * *

Marceli Motty – „Listy Wojtusia z Zawad”

Długa i dziwna historia. Otóż śniło mi się, że się z mamą wybieramy na bal ochronkowy do Bazaru. Miałam suknię, boską, powiadam panu; osiemdziesiąt talarków, rien que ça [tylko tyle], ale też warta, tous ce qu’il y a de plus beau [coś najpiękniejszego]; staniczek opadał do pół ramienia, spódnicą można by zakryć całe Gopło, a ogon, ów ogon c’etait mon orguell [był moją dumą], taki długi i taki szeroki!… zwracając głowę, końcam nie widziała i mogłam być pewną, że serdeczna moja przyjaciółka Kamilcia piękniejszego mieć nie będzie. Ubrałam się i stanęłam przed zwierciadłem, gdy nadszedł mój narzeczony; miałam bowiem narzeczonego, nieszczęściem tylko we śnie, un grand brun [wysoki brunet], śliczny chłopiec i baron, ale prawdziwy baron, wielkie faworyty à la anglaise, superieurement ganté [angielską modą, we wspaniałych rękawiczkach]. Kamilcia żółkła z zazdrości… – Ravissante [Zachwycająca], zawołał otwierając drzwi, imcoparable [niezrównana]! ale teraz panie mogą się zabierać; jest blisko jedenasta, a pani Wincentyna, która zawsze ostatnia przybywa, już przed kwadransem jechała; elle mourra de dépit [ona umrze ze zgryzoty], widząc że po niej wchodzimy.

Zabieramy się tedy, siadamy szczęśliwie i jedziemy. Przybywamy pod Bazar; le peuple [lud] stoi we drzwiach, na trotuarach i patrzy. Otwierają drzwiczki, wychodzę na ostatku, a podając rękę au baron, zapuszczam się, aby szybko przebiegnąć sień; lecz zaledwie uszłam cztery kroku, ani rusz dalej, musiałam stanąć. Oglądam się, kto trzyma, aliści ogon zawikłał się o stopień. Le peuple, wystaw sobie pan tę niegodziwość, śmieje się i woła, baron biegnie odhaczyć moją suknię, mais il est myope [ale to krótkowidz], nie może sobie dać rady, a mama już niemal na schodach. Blisko dwie minuty trwają moje tortury, jak wiek długie, nareszcie z pomocą mego Józefa ogon odhaczamy. Założyłam go na rękę, biegniemy i doganiamy mamę na schodach. Mais il y avait foule et on se bousculait [Ale był ścisk i przepychano się], ogon mi wypada i nim się spostrzec mogłam, pociągnęło mnie coś gwałtownie z tyłu; słyszę trzask złowrogi u pasa, obejrzałam się, zakrzykłam! wszystkie fałdy wyrwane, a pan Antoni, ten co ogromny żołądek dźwiga na krótkich nogach, stoi sapiąc na moim ogonie. O byłabym go mogła  przebić sztyletem, bo się śmiał bezecnik całą swoją szeroką twarzą! Ale co było robić, zebrałyśmy z mamą ogon i spódnicę; szczęściem, że pani Seweryna miała numer tuż przy schodach, gdzieśmy się schroniły i gdzie jej bona Szwajcarka bardzo zręcznie i mocno wyrwane fałdy przyszyła do krynoliny. Zagojoną ranę przykryłyśmy piękną szarfą pani Seweryny i tak pocieszone dążymy do sali. W ciemnym przedsionku, grands Dieux [o wielcy bogowie]!, cóż za widok przedstawia się moim oczom! Pan Magnuszewicz stoi en grande tenue [w galowym stroju] w czarnym fraku, z miną surową i ponurą jak Minos, a bok niego dwóch olbrzymich garsonów w białych fartuchach, z ogromnymi nożycami w ręku; na ziemi zaś leżą całe góry jedwabiów, muślinów, tarlatanu i gazy. Zadrżałam, gdy wystąpiwszy ku mnie rzekła powolnym i grobowym głosem: Pani, mam wyższy rozkaz amputowania wszelkich ogonów, krótkich i długich, i niewpuszczania żadnego na salę! Niepodobieństwo, zawołałam, któż śmie targnąć się na moją najpiękniejszą ozdobę; czy byłbyś pan tak okrutny!

Garsony otwierały już nożyce, zalazłam się łzami i to skutkowało, Nożyce opadły, a pan Magnuszewicz wdzięcznie się uśmiechając wpuścił nas na salą. – Tam ciżba i światło, i kwiaty, i muzyka, tańce w najlepszym, a co za triumf dla mnie! Mój ogon byłe jeden jedyny, wszystkie panny były kuso, nawet najdroższej Kamilci widać było niemal całe trzewiczki. Spostrzegłam na wszystkich twarzach zdziwienie i zazdrość; je suis bonne fille [jestem uczciwą dziewczyną], ale mnie to ucieszyło. Nadbiega pan Henryk i bierze mnie do polki; tańczymy przyspieszonym taktem, a mój ogon buja za mną zwycięsko po powietrzu, jak bandera liniowego okrętu. Nagle ciężko mi się robi, słyszę turkot za sobą, patrzę, otóż mój ogon owinął się koło wielkiego oleandru stojącego przy murze i wyciągnął go wraz z ziemią i donicą na środek sali. Tu śmiech złośliwy powstał między kusymi przyjaciółkami; les intimes [przyjaciółki] nadbiegły, aby mi dopomóc i przypatrzyć się z bliska memu zawstydzeniu, a najdroższa Kamilcia uwalniając mi suknią, w dotkliwy sposób litowała się głośno nade mną.

Ale szczęściem ogon mój nie poniósł szwanku i wlokąc go za sobą jak królowa, dumnie wróciłam na moje miejsce. Zagrano niebawem mazurka; stanęłam do koła z panem Ludwikiem; szło wybornie, powiadam panu, zapomniałam o oleandrach i całej botanice; promenady z ogonem wspaniały robiły efekt, a Kamilcia w mej bliskości, uśmiechając się do mnie, miała widocznie rozdąsaną minę. Lecz gdy w krakowskiej figurze porwał mnie naraz pan Ludwik i zaczął okręcać z impetem, zabrzękło coś tuż przy nas i zakrzykło. Potoczyliśmy się oboje, ale mnie pan Ludwik wstrzymał jeszcze zawczasu. Cóż się stało? Widzisz pan, mój ogon nieszczęsny, gdyśmy wirowali wkoło, uniósł się do góry i potężnym zamachem wyrwał tacę z ośmioma szklankami limonady, którą służący niósł przez salą. Szklanki się potłukły, limonada rozlała, a taca uczepiwszy się przemokłego ogona, szła dzwoniąc za mną aż na samo miejsce.

Już byłam au désespoir [w rozpaczy] i wyrzucałam w duszy niewczesną litość panu Magnuszewiczowi, chciałam sama pobiegnąć do przedpokoju i prosić pokornie o amputacją zmoczonego ogona, lecz mama z baronem uspokoili mnie cokolwiek, a gdy muzyka zagrała grzmiącą galopadę, porwał mnie baron, gdym zapomniała o mej biedzie, i puściliśmy się pędem wichru za innymi. Le galop était infernal [Galop był piekielny], powiadam panu, w głowie mi się zakręciło, nie widziałam i nie słyszałam, co się dzieje koło mnie; baron był niezrównany de force et d’adresse [pod względem siły i zręczności]. Naraz przy skręcie, panie, okropność! leżę na ziemi jak długa, a baron pode mną; zrywam się do góry, lecz padam znowu. Baron jęczał straszliwie; nadbiegają ze wszech stron, podnosząc nas; jam zdrowa, ale mon malhereux fiancé [mój nieszczęsny narzeczony], zawikłany we fałdach fatalnego ogona i obręczach krynoliny, padł tak nieszczęśliwie, iż złamał sobie obiedwie długie nogi. Na ten widok przerażający, na krzyk, płacz i zgiełk niesłychany ma tête se perd [straciłam głowę]; wybiegłam z sali jak szalona, nie wiedząc sama, po co i dokąd. W przedpokoju nie było nikogo, tylko owe straszne nożyce leżą przy drzwiach a stole i błyszczą światłem nadziemskim. Oczy moje niepojęta siła zwróciła ku nim, podnoszę jak piórko do góry, rozwieram szeroko i, panie, abomination de la désolation [w skrajnej rozpaczy] jednym cięciem ustrzygam sobie głowę.

Co się potem z ciałem moim na ziemi działo, tego nie wiem, ale naraz jestem duszą i siłą woli chcę się wznieść do góry, gdzie błogo, jasno. Wszakże wola daremna; ciężar jakiś ogromny ciągnie mnie na dół; spojrzałam, panie, a choć dusza, mam jednak i krynolinę, i balową spódnicę, i ów ogon przeklęty, sprawcę nieszczęścia i śmierci. Na tym zaś ogonie, o zgrozo! siedzi sobie wygodnie aż czterech, czterech, panie, zupełnie czarnych z rogami. Pazurami się wpili wszyscy we fałdy i ciągną co mają siły ku dołowi. Chcę krzyczeć, nie mogę, chcę modlić się, nie mogę; spadam i spadam z szaloną szybkością wśród gwiazd, planet i kometów. Jak długom spadała, nie pamiętam, lecz nagle zaśmiało się coś rykliwie koło mnie; przychodzę do siebie z mego odurzenia, oglądam się, jestem wśród strasznej, bezdennej otchłani, gdzie tu i ówdzie migocą krwawe łuny rozpalonych ognisk i błyszczą jaka latarnie lokomotyw okropne ślepie czarnych duchów. Mimo mgły, dymu i ciemności rozpoznać można było wszystko. – Panie, co ja tam widziałam, tego usta ludzkie opowiedzieć niezdolne; ilu tam znajomych, to strach wspomnieć! Ma faiseuse [Moją krawcową] biedaczkę zaraz u bramy szyli rozpalonymi igłami; nieco dalej jęczała moja kuzynka Adelcia, co poszła za oberleitnanta; w jednym z ognisk poznałam twarze różnych panów, którzy grają w karty avec de mineurs [z małoletnimi]; obok w olbrzymim piecu trzeszczały dusze tych, co u nas strwonili majątki i wydali ziemię ojczystą w ręce obce, w innym sąsiednim palili się wszyscy, którzy tutaj, marnując żywot w lenistwie, na nic krajowi się nie przydali; w kilku dalej kotłach smażono panienki polskie wraz z ich mamulkami za ich edukację zagraniczną i pogardzanie ojczystym językiem, a w głębokim dole widziałam z prawdziwą przyjemnością obrzydłego Wojtusia krzyczącego okropnie, bo mu głowniami upalano tę łapę fatalną, która wypisuje na nas toutes ses méchancetés [wszystkie swoje złośliwości].

Nie skończyłabym dzisiaj, niestety, gdybym chciała wszystkich wymienić. Co do mnie, wleczona przez moich czarnych coraz dalej i dalej wzdłuż ognisk i pieców, stanęłam wreszcie przed szerokim otworem, w którego głębi palił się ogień purpurowy, gwałtowniejszy niż w lejarni pana Cegielskiego. Czarni zeskoczyli i schwycili mnie za ręce; natenczas pojawił się piąty i rozpaloną kosą od jednego razu odciął mi powłokę od spódnicy i wrzucił ją w żar kipiący, a rozwinąwszy potem ogromną skórę wołową, na której krwawymi literami był napis: et la morale oú en est-elle? N’aimes point le queues Mamselle [a moralność – gdzież jest ona? Nie chciej więcej mieć ogona]! jest! skinął straszliwą łapę, a czterech czarni unieśli mnie w górę, by wrzucić w ognistą jamę. Natenczas niepohamowamym na wskroś przerażeniem przejęta zerwałam się z całej siły, krzyknęłam okropnie i, panie, zbudziłam się ledwo żywa, a mama na mój krzyk równymi nogami wyskoczyła z łóżka. Nie dziw się pan zatem, si j’éprouve [jeżeli odczuwam] teraz jeszcze des crsispations de nerfs [skurcze nerwowe], a w głowie wszystkie pulsy biją.

Juliusz S. Tym – „Wielkopolska Brygada Kawalerii w kampanii 1939 roku”

Pod koniec 2016 roku warszawskie wydawnictwo Tetragon specjalizujące się w historii wojskowości (w szczególności II wojny światowej) w serii „Monografie” opublikowało kolejną książkę Juliusza S. Tyma – „Wielkopolska Brygada Kawalerii w kampanii 1939 roku”. Autor, obecnie dyrektor Instytutu Strategii Wojskowej Wydziału Wojskowego Akademii Sztuki Wojennej w Warszawie, jest bardzo zasłużonym badaczem wojennych dziejów Polski, autorem kilkudziesięciu książek, w centrum jego zainteresowań są dzieje jednostek broni pancernej i właśnie kawalerii.

Jego najnowsza książka jest monografią walk prowadzonych podczas wojny obronnej w 1939 roku przez jeden z najbardziej znanych oddziałów Wojska Polskiego. O Wielkopolskiej Brygadzie Kawalerii i jej dowódcy gen. Romanie Abrahamie słyszała chyba większość śremian, przynajmniej tych interesujących się historią, przede wszystkim dzięki tablicy umieszczonej na głazie narzutowym przed budynkiem liceum ogólnokształcącego na ulicy Poznańskiej, upamiętniającej pobyt sztabu brygady w budynku w pierwszych dniach września 1939 roku. Niewielu pewnie jednak wie, że w okolicach miasta było rozlokowanych bardzo dużo pododdziałów brygady i że Śrem odgrywał ważną rolę w planowanej obronie Wielkopolski przed niemieckim najeźdźcą.

Autor szczegółowo omawia przebieg działań zbrojnych prowadzonych przez brygadę, poczynając od przygotowań wojennych i mobilizacji. Wielkopolska Brygada Kawalerii, wchodząca w skład Armii „Poznań” (brygadzie podporządkowano również 55. pułk piechoty z Leszna i Rawicza), otrzymała zadanie prowadzenia działań opóźniających i osłaniających stolicę Wielkopolski od południowego zachodu. Pas osłony obejmował cztery odcinki obrony na rzece Warcie – „Rogalin”, „Śrem” (od Góry do Śremu, dowódcą tego odcinka był major Stanisław Sosień z 55. pułku piechoty), „Zaniemyśl” i „Nowe Miasto” – oraz cztery oddziały wydzielone – „Czempiń”, „Leszno”, „Rydzyna” i „Rawicz”. Wokół Śremu skoncentrowano dużą liczbę pododdziałów brygady; sztab i dowództwo, jak wspomniano, mieściły się w budynku śremskiego liceum, skąd gen Abraham miał dowodzić obroną, wyjeżdżając też oczywiście bezpośrednio na pola działań.

Pierwsze dni września w rejonie na południe od Poznania w kierunku Leszna i Rawicza zapisały się pamiętnymi walkami z najeźdźcą, chociaż główne uderzenie sił niemieckich, doborowych jednostek Wehrmachtu, podczas kampanii wrześniowej skierowało się na inne regiony kraju: Pomorze i ziemię łódzką, tworząc kleszcze zaciskające się wokół Polski; przeciwnikami Wielkopolskiej Brygady Kawalerii na wielkopolskim odcinku frontu były natomiast głównie oddziały Landwehry i Grenzschutzu, wspomagane przez niemieckich dywersantów. Najbardziej znany epizod z tego okresu to wypad na niemieckie terytorium drugiego dnia wojny, kiedy to polskie oddziały zajęły wieś Dębowa Łąka (Geyersdorf) i ostrzelały Wschowę; mniej znane jest zajęcie Załęcza (Königsdorf) koło Rawicza i zniszczenie tamże niemieckiej kolumny samochodowej, które miało miejsce również 2 września. Niestety jeszcze tego samego dnia wieczorem gen. Abraham otrzymał w Śremie rozkaz od dowódcy Armii „Poznań” gen. Kutrzeby, nakazujący mu ściągnięcie oddziałów znad granicy na linię Warty. Następnego dnia, 3 września o godz. 12.00, gen. Abraham wydał w Śremie rozkaz operacyjny nr 3, realizujący polecenie przełożonych i oznaczający w praktyce początek wycofywania się polskich oddziałów w kierunku wschodnim. Pozostałe działania zbrojne Wielkopolskiej Brygady Kawalerii, w których jej żołnierze odznaczyli się męstwem i poświęceniem, prowadzone były już w innych regionach kraju: w pamiętnej bitwie nad Bzurą, w Puszczy Kampinoskiej i wreszcie w obronie Warszawy.

Książka Juliusza S. Tyma jest bardzo rzetelnie opracowaną monografią tych działań, jej wartość naukową podnoszą liczne przypisy, bibliografia, skorowidze nazwisk i nazw geograficznych, w książce jest nawet podana szczegółowa obsada personalna brygady (według stanu na 31 sierpnia 1939 roku). Książka jest cennym źródłem zarówno dla zawodowych historyków jak i zwykłych pasjonatów historii, również regionu śremskiego – monografia szczegółowo opisuje rozlokowanie i ruchy wojsk w pierwszych dniach września 1939 roku nie tylko w samym Śremie, lecz również mniejszych miejscowościach powiatu.

Jako śremianinowi jednej rzeczy w książce atoli mi zabrakło – szczegółowego przedstawienia kulis egzekucji 10 niemieckich dywersantów, skazanych na śmierć przez sąd polowy brygady i rozstrzelanych 3 września na obrzeżach obecnego parku im. Powstańców Wielkopolskich. Książka poświęca temu wydarzeniu zaledwie pięć linijek tekstu, a przecież, biorąc pod uwagę jego reperkusje (wykorzystanie propagandowe przez Niemców w celu usprawiedliwienia egzekucji Polaków na śremskim rynku 20 października i później w Zbrudzewie), było to ważne wydarzenie w dziejach miasta. Od dawna czekam na to, aby któryś z historyków zajął się tym tematem i gruntownie zbadał, co w Śremie zaszło 3 września – zachowało się chyba dość materiałów źródłowych? Książka Juliusza S. Tyma niestety na to pytanie nie daje odpowiedzi.