Galeria Miejska „Arsenał” – „Moja mama urodziła się w Poznaniu”. „Zaleszany”

17 lutego – przed wykładem na temat obrazu „Mojżesz przed krzewem gorejącym” Stanisława Kubickiego w Muzeum Narodowym wpadam jeszcze do Biblioteki Raczyńskich, aby zobaczyć, czy są jakieś nowe wystawy. Wystawę poświęconą Leonowi Prauzińskiemu już widziałem, ograniczam się do obejrzenia dziesięciominutowego filmu, w którym synowa i wnuczka malarza opowiadają o jego ostatnich dniach (Leon Prauziński został zamordowany w Poznaniu w Forcie VII) i o wysiedleniu rodziny do Generalnego Gubernatorstwa.

Dwie pozostałe wystawy nie są już tak ciekawe. Wystawa „Co czyta Poznań” w Galerii Edwarda, opracowana na podstawie komputerowej ewidencji wypożyczeń, potwierdza to, co i tak wiadomo: Polacy czytają literaturę lekką, łatwą i przyjemną – wśród wypożyczeń dla dorosłych króluje Katarzyna Michalak, dla dzieci: Martin Widmark (różne „Tajemnice…”) i Nelly mała reporterka. Nie osądzam zresztą jakości tych książek; najważniejsze, że w ogóle czytają…

Wystawa planszowa „Coexist – Poznań i Żydzi” postawiła sobie za cel przedstawienie na kilku planszach 750-letniej historii poznańskich Żydów, co może wydawać się przedsięwzięciem karkołomnym, najważniejsze informacje są jednak zachowane i wystawa może być dobrym punktem wyjścia dla kogoś, kto bliżej się zainteresuje tym tematem. Najciekawsze są dla mnie plansze poświęcone wydanej cztery lata temu książce „Fira. Poznańscy Żydzi. Opowieść o życiu” o mniejszości żydowskiej w Poznaniu przed wojną, bo i wtedy była taka mniejszość, chociaż po I wojnie światowej większość Żydów, identyfikując się bardziej z kulturą niemiecką niż polską, wyjechała do Niemiec.

* * *

Po wykładzie w Muzeum Narodowym ostatni etap dzisiejszej wyprawy – dwie wystawy w Galerii Miejskiej „Arsenał”.

„Moja mama urodziła się w Poznaniu”. „Moja”, czyli mama Bettiny Bereś, krakowskiej artystki, która pod takim tytułem przedstawia niewielką wystawę na parterze „Arsenału”. Ojcem Bettiny jest Jerzy Bereś, wystawę Bettina poświęciła jednak nie jemu, lecz rodzinie matki, również artystki, Marii Pinińskiej-Bereś.

Wystawa zaskakuje od pierwszych eksponatów. Widzimy łoże (właściwe małe łóżko) małżeńskie z wydrukowanymi na poduszkach fotografiami rodziców artystki, obok nich portrety dziadków, z których jeden zginął z rąk NKWD w Charkowie, drugi dożył sędziwego wieku 100 lat, działając w prywatnej inicjatywie. A wszystkie te informacje możemy wyczytać z… haftów na serwetach i poduszkach, takich, jakie kiedyś były popularne na kuchennych makatkach. Takie makatki porozwieszane są zresztą też w innych punktach wystawy, tradycyjny jest nawet „szkolny”, niczym z zeszytu pierwszoklasisty, krój liter. I tylko napisy na tych „makatkach” nie pasują do tradycyjnego obrazu: „Ola, jesteś za mądra”, czy „Do performensu ściągnij buty”. Jest też stół z „półmiskami”, na których wyhaftowano nazwy potraw. Artystka świadomie sięga więc do poetyki kiczu, chociaż wcale nie jest pewne, czemu miałoby to służyć. Obśmianiu drobnomieszczańskich nawyków Polaków? Czy przeciwnie – daniu wyrazu tęsknocie za ciepłem rodzinnego domu? Dwojako można też interpretować olejne obrazy uzupełniające wystawę, ukazujące zwykłe sprzęty domowe.

* * *

Całkiem inna w charakterze jest wystawa na piętrze „Arsenału”, zatytułowana „Zaleszany”. Zaleszany to wioska w powiecie hajnowskim w województwie podlaskim, w której krótko po wojnie, w 1946 roku, doszło do zbrodni – oddział Pogotowia Akcji Specjalnej Narodowego Zjednoczenia Wojskowego (jednego z ugrupowań antykomunistycznego podziemia) pod dowództwem Romualda Rajsa („Burego”) zamordował 16 osób, w tym kobiety i dzieci, wcześniej planując eksterminację całej wioski, zamieszkanej przez Białorusinów. Instalacja Małgorzaty Dmitruk i Leona Tarasewicza, chociaż zajmuje bardzo dużą przestrzeń, jest prosta i ascetyczna. Ściany pokrywają zwyczajne, wzorowane na dziecięcych lub sztuce etno rysunki Małgorzaty Dmitruk, ukazujące głównie drzewa i codzienne życie w wiosce; tylko na jednym rysunku, przedstawieniu masowego grobu, możemy domyślać się tragedii. Z kolei podłoga galerii to dzieło Leona Tarasewicza. Cała podłoga jest wyłożona czarnymi płytami, jakby papą; na podłodze leżą ułożone czarne belki, wyglądające jak pozostałości spalonych domów.

W drugim pomieszczeniu piętra „Arsenału” jest wyświetlany godzinny film dokumentalny „Bohater” Agnieszki Arnold z 2002 roku – opowieść o „Burym”, o jego walce z Niemcami i litewskimi kolaborantami podczas II wojny i świadomej i o zbrodni w Zaleszanach po wojnie. Reżyserka pozwala mówić różnym osobom, zarówno mieszkańcom spalonej wsi, jak i byłym towarzyszom „Burego”, którzy go wyraźnie gloryfikują. Neutralność ta jest oczywiście pozorna. Wiemy, po czyjej stronie opowiada się reżyserka filmu, tak samo, jak wiemy, po czyjej stronie opowiadają się Małgorzata Dmitruk i Leon Tarasewicz – oboje pochodzą z białoruskiej mniejszości narodowej w Polsce.

Nie wiem, czy termin wystawy „Zaleszany” został wybrany przypadkowo – wystawa kończy się 25 lutego, na trzy dni przed Narodowym Dniem Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Jedno jest pewne – za poprzedniego dyrektora „Arsenału”, Piotra Bernatowicza, wystawa taka nie mogłaby dojść do skutku. Nowy dyrektor, Marek Wasilewski, ma całkiem poglądy polityczne i poglądy te są widoczne na wystawach, tak samo jak poglądy Piotra Bernatowicza były widoczne na wystawach organizowanych podczas jego kadencji. W zasadzie nie ma w tym nic złego, dopóki ich przeciwnicy polityczni mają możliwość wypowiadania się na innych forach, chociaż z drugiej strony wolałbym więcej pluralizmu w galerii utrzymywanych ze środków publicznych, czyli przez nas wszystkich. Zastanawiam się, czy ktoś poruszy kwestię Zaleszan podczas Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Mam nadzieję, że tak.

Biblioteka Uniwersytecka w Poznaniu – Nagroda im. Karla Dedeciusa. Ex libris z biblioteką w roli głównej

Dwie najnowsze wystawy w Bibliotece Uniwersyteckiej w Poznaniu poświęcone Nagrodzie im. Karla Dedeciusa i ekslibrisom zobaczyłem w ostatnią sobotę, korzystając z chwili wolnego czasu przed wykładem w Muzeum Narodowym.

Bardziej interesowała mnie oczywiście wystawa poświęcona Karlowi Dedeciusowi, a właściwie nagrodzie jego imienia. Karl Dedecius, urodzony w rodzinie należącej do niemieckiej mniejszości narodowej w Łodzi, podczas wojny żołnierz Wehrmachtu, przez kilka lat przebywający w radzieckiej niewoli, po wojnie osiadł w Republice Federalnej Niemiec. W latach 50. zaczął tłumaczyć i wydawać w Niemczech literaturę polską, założył Deutsches Polen-Institut w Darmstadt, wydawał serię „Polnische Bibliothek”. Postać znana każdemu germaniście, mająca ogromne zasługi dla polskiej kultury.

Nie o Karlu Dedeciusie traktuje jednak wystawa, lecz o nagrodzie jego imienia, przyznawanej od 2003 roku co dwa lata; każdorazowo nagrodę otrzymuje po dwóch tłumaczy: literatury polskiej na niemiecki i literatury niemieckiej na polski. W tej drugiej kategorii konkurencja jest chyba większa, ale i literatura polska jest obecna w Niemczech, polskich książek wydaje się tu o wiele więcej niż na przykład w Wielkiej Brytanii czy Francji. Powodem nie jest szczególne umiłowanie polskiej kultury przez Niemców; po prostu w kraju tym wydaje się bardzo dużo przekładów ze wszystkich języków, również tych mniej znanych; taką politykę kulturalną przyjęto po wojnie jako odtrutkę na szowinistyczną ideologię nazizmu.

Wystawa jest ciekawa, chociaż jest bardzo mała i ogranicza się do plansz; większość prezentowanych tłumaczy jest też mi nieznana. Z prasy kulturalnej i audycji w radiowej Dwójce znam tylko Krzysztofa Jachimczaka, Marię Przybyłowską, Krzysztofa Wojnakowskiego i Martina Pollacka (tłumacza m.in. Ryszarda Kapuścińskiego, aczkolwiek najbardziej znana jest jego książka „Śmierć w bunkrze”, będąca rozliczeniem z nazistowską przeszłością jego ojca, rodziny i całej Austrii).

I znajoma twarz na samym końcu wystawy – Eliza Borg, laureatka nagrody w 2017 roku. Panią Elizę Borg poznałem w 1983 roku podczas studiów na warszawskiej germanistyce, kiedy prowadziła z nami zajęcia z praktycznej nauki języka niemieckiego na II roku. Mieliśmy z nią zajęcia tylko przez pół roku, potem naszą grupę przejęła Leni Szumigaj (obie już chyba nie pracują na uczelni, przeszły na emeryturę), pamiętam jednak jej drobną postać do dzisiaj i bez trudu poznałem twarz, nawet jeśli te 35 lat wywarły na niej swoje piętno. Zachowały mi się w pamięci nawet pierwsze prowadzone przez nią zajęcia w naszej grupie. Czy ona poznałaby mnie dzisiaj? – chyba nie, byłem tylko jednym z wielu studentów. Można zastanawiać się nad zagadkami ludzkiej pamięci; wytłumaczeniem jest tu chyba fakt, że byłem wtedy tuż po zmianie uczelni – po pierwszym roku na Uniwersytecie im. Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie przeniosłem się na Uniwersytet Warszawski i zajęcia z PNJN z panią Elizą Borg były pierwszymi na nowej uczelni. Zaskoczeniem jest dla mnie fakt, że według informacji na wystawie debiutem translatorskim Elizy Borg była powieść „Muzeum Ziemi Ojczystej” Siegfrieda Lenza, wydana w 1991 roku. Wydawało mi się, że tłumaczeniem literatury zajmowała się już podczas moich studiów, ale może nie publikowała tego. W każdym razie kameralna, planszowa wystawa w Bibliotece Uniwersyteckiej nieoczekiwanie stała się mnie katalizatorem wspomnień…

* * *

Prezentowana na piętrze w głównej przestrzeni wystawienniczej ekspozycja „Ex libris z biblioteką w roli głównej” jest o tym, o czym informuje jej tytuł. W gablotach zgromadzono ekslibrisy z bibliotek, przeważnie publicznych, są też (wprawdzie w mniejszości) ekslibrisy z prywatnych księgozbiorów. Dominuje Wielkopolska, są też ekslibrisy z Biblioteki Publicznej im. Heliodora Święcickiego w Śremie i okolicznych miejscowości: Dolska, Zaniemyśla, Środy Wielkopolskiej, Kościana. Wystawa nie jest dla mnie tak ciekawa jak ta na parterze, co wynika z moich zainteresowań. Chociaż bardzo lubię grafikę, ekslibris jako środek wyrazu artystycznego nie przemawia do mnie. Kiedy w 2016 roku pojechałem na uroczyste otwarcie Biennale Małej Formy Graficznej i Ekslibrisu w Ostrowie Wielkopolskim, te „małe formy graficzne”, niebędące ekslibrisami, również interesowały mnie bardziej niż same ekslibrisy. Przyczyn należy zapewne doszukiwać się w statycznym charakterze ekslibrisu, który nie jest sztuką narracyjną, nie opowiada żadnej historii i tym samym –według mnie – nie przekazuje ważnych treści, rzecz to jednak do głębszego przemyślenia. Dla tych, którzy lubią ekslibrisy, wystawa będzie interesująca.

Biblioteka Raczyńskich – Leon Prauziński

Z postacią Leona Prauzińskiego po raz pierwszy zetknąłem się bardzo dawno temu, jeszcze w latach 80., chociaż lepiej powiedzieć, że zetknąłem się wtedy z jego pracami, ponieważ sam ich autor był mi wtedy zupełnie nieznany. Mowa oczywiście o słynnych pocztówkach z okresu powstania wielkopolskiego, których reprodukcje często pojawiały się w książkach i artykułach poświęconych powstaniu. Myślę, że większość oglądających je, podobnie jak ja, nie zastanawiała się nad postacią ich twórcy, ani też nad wiarygodnością przedstawionych na nich wydarzeń. Obrazy te i wzorowane na nich pocztówki spełniały po prostu rolę propagandową, ich wartość artystyczna nie była istotna.

Potem, w latach 90., poznałem też nazwisko artysty, a o tym, że Leon Prauziński był malarzem nie tylko powstania wielkopolskiego, dowiedziałem się dopiero w styczniu 2016 roku, podczas wykładu „Obcy mundur – dola taka…” w Wielkopolskim Muzeum Wojskowości, poświęconego służbie Polaków w armii niemieckiej podczas I wojny światowej. Podczas rozmowy z Aliną Sokołowską, kuratorką muzeum, ta zwróciła moją uwagę na wydaną w 1939 roku książkę „W marszu i w bitwie” Adama Ulricha opowiadającą o losach Poznaniaków na froncie zachodnim i później, podczas powstania wielkopolskiego i walk z bolszewikami na wschodzie. Książkę ilustrował właśnie Leon Prauziński, a jego wkład był tak duży, że pojawił się też jako współautor na jej okładce i stronie tytułowej. Książkę tę udało mi się zdobyć w ubiegłym roku, niestety, nie oryginalne, przedwojenne, lecz już powojenne wydanie, w którym oczywiście pominięto wątek wojny polsko-radzieckiej i znacznie ograniczono liczbę ilustracji.

Wystawa „Leon Prauziński – malarz Powstania Wielkopolskiego”, którą miałem okazję obejrzeć w Bibliotece Raczyńskich 27 stycznia, stała się dla mnie bardzo dobrą okazją bliższego zapoznania się z twórczością tego do rej pory mi i znanego, i nieznanego artysty. Przyczyna zorganizowania wystawy jest oczywista – w tym roku obchodzimy 100. rocznicę powstania.

Wystawa jest dobrze przygotowana, chociaż zabrakło na niej szerszych informacji biograficznych o życiu artysty, zastępują je zdjęcia (między innymi z okresu jego służby wojskowej) i dokumenty. Prezentowana jest jednak wszystkim jego twórczość – książki ilustrowane przez Leona Prauzińskiego, z oryginalnym wydaniem „W marszu i w bitwie” na czele, ale też na przykład książkami Adolfa Nowaczyńskiego i innymi. Całą ścianę Galerii Atanazego zajmują strony czasopism z artykułami i utworami literackimi (nawet wierszowanymi) z ilustracjami Prauzińskiego. Chętnie przeczytałbym je wszystkie, to wydłużyłoby jednak czas zwiedzania wystawy, a ja spieszę się na wykład w Muzeum Narodowym po drugiej stronie ulicy, przeglądam więc je dość pobieżnie. Na dłużej zatrzymuję się za to przy drugiej ścianie, na której również zawieszono strony przedwojennych czasopism (między innymi „Wielkopolskiej Ilustracji”) z rysunkami Prauzińskiego, ale tym razem poświęconymi innym tematom wziętym z życia codziennego, czasami w ujęciu humorystycznym, czasami poważnym, takim jak nauka dzieci w szkole czy kryzys gospodarczy. Wystawę dopełnia kilka obrazów olejnych Prauzińskiego, na których widać jego fascynację końmi i kawalerią.

Nie będę tu udawał, że Leon Prauziński „wielkim artystą był”, bo na pewno nim nie był, a to, że się o nim pamięta, zawdzięczamy jedynie tematyce jego twórczości i faktowi, że któryś z wydawców, jeszcze przede wojną, chcąc zarobić pieniądze, wpadł na pomysł zreprodukowania obrazów Prauzińskiego na pocztówkach. Poza tym jego obrazy nie wyróżniają się niczym, a rysunki są podobne do tych, jakie w międywojniu tworzyły dziesiątki innych rysowników i karykaturzystów. A jednak wystawę obejrzałem z dużym zainteresowaniem, co ciekawe, nie ze względu słynne pocztówki z powstania, ale właśnie owe rysunki, dokumentujące Polskę, która przeminęła w 1939 roku. Wynika to też z faktu, że w ogóle bardzo interesuję się dawną prasą; lubię przeglądać gazety i oglądać karykatury z końca XIX-wieku i początku XX wieku – świat, którego już nie ma.

Wystawa poświęcona Leonowi Prauzińskiemu jest w Poznaniu pierwszym w tym roku wydarzeniem kulturalnym upamiętniającym 100. rocznicę powstania wielkopolskiego, z pewnością nie ostatnim – z niecierpliwością czekam na kolejne wystawy i przede wszystkim publikacje, spotkania i konferencje poświęcone powstaniu.

Krakowski Salon Poezji Anny Dymnej – Dorota Segda, Roman Brandstaetter

13 stycznia – pierwszy od kwietnia ubiegłego roku wyjazd na spektakl Krakowskiego Salonu Poezji Anny Dymnej w Teatrze Muzycznym w Poznaniu. Podczas spektaklu Dorota Segda czytać będzie fragmenty „Dębów patriarchy Izaaka” Romana Brandstaettera i Księgi Rodzaju.

Aktorki telewizyjnej i filmowej Doroty Segdy w zasadzie nie znam. Ponieważ od ponad 20 lat nie mam telewizora, nie oglądałem żadnego z seriali, w których występowała; z filmów pełnometrażowych z jej udziałem widziałem tylko jeden, dawno temu – „Ostatni prom”. Do wyjazdu na spektakl skłoniła mnie raczej postać autora czytanego tekstu – Romana Brandstaettera, którego wystawę widziałem dwa tygodnie temu w Bibliotece Raczyńskich. Ponieważ dotąd w ogóle nie znałem jego twórczości, chcę posłuchać jednego z jego opowiadań.

Temperatura w momencie wyjazdu -1 °C, taka utrzyma się też do końca dnia. Na skrzyżowaniu Grunwaldzkiej i Zamenhofa w Śremie wypadek – radiowozy, samochody straży pożarnej i pogotowia ratunkowego zablokowały skrzyżowanie, na którym samochód dostawczy firmy „Dar-Zof” zderzył się z osobowym. Kierowca tego drugiego jest w ciężkim stanie, ratownicy wyciągają go przez tył samochodu; zgromadził się już tłumek gapiów, dziennikarz lokalnej gazety robi zdjęcia. Nie zatrzymuję się długo, jadę dalej w kierunku Poznania, gdzie jestem po trzech godzinach jazdy. Przed teatrem tłumek ludzi, zainteresowanie spektaklem jak zwykle jest duże, udaje mi się jednak kupić bilet w ostatnim rzędzie na balkonie.

„Dęby patriarchy Izaaka” to jeden z wielu utworów Brandstaettera inspirowanych Biblią. Pismu Świętemu autor, Żyd, który podczas pobytu w Palestynie podczas II wojny światowej przeszedł nawrócenie na chrześcijaństwo, poświęcił bardzo dużą część swojej twórczości – powieści, opowiadań, wierszy, dramatów, również przekładów Biblii. Nie znam ani jego najbardziej znanej powieści, tetralogii „Jezus z Nazarethu”, ani innych dzieł, „Dęby patriarchy Izaaka” są pierwszym, z którym mogę się zapoznać, tu w interpretacji Doroty Segdy. Zgodnie z tytułem to opowieść o Izaaku, dla Żydów i chrześcijan postaci biblijnej jakby mniej znanej, stojącej w cieniu swojego ojca Abrahama i syna Jakuba, ale jakże ważnej w Starym Testamencie.

Niestety, to pierwsze spotkanie z twórczością Brandstaettera wywołuje u mnie dość mieszane uczucia. Autor starał się ubrać w kunsztowną literacką formę biblijną opowieść o odwiedzinach wysłanników Jahwe u Abrahama, o narodzinach Izaaka, o ofierze ze swojego syna, którą chciał złożyć Abraham, o poślubieniu przez Izaaka Rebeki, o jego synach Jakubie i Ezawie, wreszcie o podstępnie wyłudzonym od ojca błogosławieństwie dla Jakuba, nie jest to jednak twórczość, która przenika czytelnika czy słuchacza do głębi. Aby dzieło literackie mogło być uznane za wybitne, musi być przede wszystkim oryginalne. Dotyczy to również książek inspirowanych innymi księgami, jak Biblią. Kiedy słuchałem „Dębów…”, przypomniała mi się „Księga apokryfów” Karela Čapka, którą czytałem będąc nastolatkiem. Čapek sięgnął w niej po motywy biblijne, aby opowiedzieć o współczesnym mu świecie, nie gubiąc przy tym uniwersalności przesłania. Tymczasem Brandstaetter nie mówi nic nowego nad to, co jest powiedziane w Biblii, trzyma się wiernie Pisma Świętego; nie ma tu pierwiastków oryginalnych. Niepotrzebny jest też jego dydaktyzm, czasami nachalne wyjaśnianie, co „autor” (czyli sam Bóg) miał na myśli. Historia Izaaka jest lepiej opowiedziana w prostych słowach Księgi Rodzaju, które również możemy usłyszeć na scenie.

Na tym tle dużym plusem była sama interpretacja tekstu przez Dorotę Segdę. Pani Dorota ma duży kunszt aktorski, jej interpretacja była pełna ciepła i zadumy nad losami rodziny Abrahama, Izaaka i Jakuba. Słuchałem jej z prawdziwą przyjemnością, samego tekstu Brandstaettera niekoniecznie.

Dorota Segda

Biblioteka Raczyńskich – Roman Brandstaetter

Poświęconą Romanowi Brandstaetterowi wystawę „Widziałem wielu bogów…” w Galerii Atanazego Biblioteki Raczyńskich udało mi się zobaczyć w jej ostatni dzień – 30 grudnia. Podróż rowerem ze Śremu do Poznania w temperaturze oscylującej około 0 °C okazała się tego warta – wystawa była jedną z najciekawszych, jakie w tym roku widziałem w Bibliotece Raczyńskich.

Twórczości Romana Brandstaettera nie znam, co powinno chyba zawstydzać, zważywszy, że był jednym z najwybitniejszych poznańskich pisarzy. Chociaż ta jego poznańskość, podobnie jak w przypadku Kazimiery Iłłakowiczówny, była w dużej mierze wynikiem przypadku i przymusu. Urodzony w żydowskiej rodzinie w Tarnowie, po studiach w Krakowie i Paryżu zamieszkał w Warszawie. Po wybuchu wojny uciekł do Wilna, skąd wyjechał do Palestyny (był już tam wcześniej, w 1935 roku). Po wojnie przez Egipt wyjechał do Włoch, wreszcie w 1948 roku powrócił do Polski. Krótko mieszkał w Poznaniu (w Krakowie, jako mieście „reakcyjnym”, nie mógł się osiedlić, w Warszawie, w stolicy, tym bardziej nie), w 1950 roku przeniósł się do Zakopanego, w 1960 roku powrócił do Poznania, gdzie mieszkał aż do śmierci w 1987 roku.

Te ciągłe wędrówki Brandstaettera zostały dobrze udokumentowane na wystawie, miały też istotne znaczenie dla jego twórczości – fascynacja Ziemią Świętą, Włochami, Asyżem, postacią świętego Franciszka znalazła odbicie w wielu jego dziełach. Mnie oczywiście najbardziej zainteresowały motywy poznańskie na wystawie. Zabawnie brzmi uzasadnienie „zesłania” Brandstaettera do Poznania, oznajmione mu przez Sokorskiego – że Poznań jest miastem endeków i komunistów, pisarz nie będzie więc się tam dobrze czuł. Endeków na pewno, ale komunistów? Sokorski chyba nie znał Poznania, co zresztą historia pokazała już wkrótce, 28 czerwca 1956 roku. Przepowiednia wyobcowania Brandstaettera w Poznaniu sprawdziła się natomiast całkowicie, co znowu jest analogią do życia Kazimiery Iłłakowiczówny. Podobnie jak poetka, Roman Brandstaetter czuł się w Poznaniu jak na wygnaniu, w jednym z listów eksponowanych na wystawie twierdzi, że miasto jest brzydkie i że on sam nie utrzymuje kontaktów z miejscowym środowiskiem literackim. Nie do końca było to prawdą, o czym świadczą inne listy; w życiu literackim Poznania Brandstaetter był chyba jednak rzeczywiście outsiderem, żyjącym we własnym świecie, poświęcającym się przede wszystkim rodzinie i twórczości.

Pisał poezje, dramaty, szkice historycznoliterackie, znany jest przede wszystkim z monumentalnej, czterotomowej powieści „Jezus z Nazarethu”, przełożonej na kilka języków. Również pozostała twórczość Brandstaettera przeniknięta jest chrześcijaństwem i Biblią, przetłumaczył też wiele ksiąg Starego i Nowego Testamentu. Podczas wojny, w Jerozolimie, żydowski pisarz Roman Brandstaetter doznał nawrócenia i stał się pisarzem katolickim, nie przestając przy tym być Żydem.

Wystawa bardzo dobrze zaaranżowana – od intarsjowanego biurka pisarza z lewej strony Galerii Atanazego z leżącymi na nimi książkami przechodzimy do plansz i gablot z jego przedmiotami osobistymi, książkami, dokumentami, oryginałami listów z okresu międzywojennego, wojny i powojennego. Szczególnie interesują mnie listy, chociaż trudno je odczytać, pisarz miał dość nieczytelny charakter pisma, a wśród nich korespondencja pisarza między innymi ze Zbigniewem Herbertem, Melchiorem Wańkowiczem i najciekawsza z nich, z Kazimierą Iłłakowiczówną. Widać w niej wzajemną fascynację, chociaż relacje między obojgiem musiały być trudne. Chyba nigdy nie przeszli na ty, piszą do siebie „Szanowna Pani”, „Szanowny Panie”, admiracja przeplata się w nich z wzajemnymi wyrzutami i pretensjami, które na pewno nie były kokieterią. Cenne są też wspomnienia o Julianie Tuwimie, z którym Brandstaetter spotkał się w kawiarni w Zakopanem w dniu jego śmierci. Zapisane wtedy na kawiarnianej serwetce słowa Tuwima „Dla oszczędności zgaście światłość wiekuistą, gdyby mi miała kiedyś zaświecić” przeszły do legendy.

Minusem wystawy jest przede wszystkim zbyt powierzchowne potraktowanie nawrócenia Brandstaettera. Właściwie nie ma o nim żadnych dokładniejszych informacji, wystawa milczy o jego motywach. A przecież nawrócenie to było nie tylko bardzo doniosłym (najdonioślejszym?) wydarzeniem w życiu Brandstaettera, ale łączyło się też z tragedią dla jego najbliższych. Nawrócenie było przyczyną rozwodu z jego pierwszą żoną, Żydówką Tamarą Karren; później pisarz poślubił Reginę Wiktorównę. Tamara zresztą nadal utrzymywała kontakty z Brandstaetterami; do jakiej gry uczuć musiało dochodzić między tym trojgiem?

Drugim minusem jest zbyt płytkie opisanie relacji z komunistyczną władzą. Jak katolicki pisarz radził sobie w PRL, zwłaszcza w jego pierwszej fazie, w latach stalinowskich? Na wystawie pojawiają się wzmianki o walce z cenzurą, o przemieleniu już wydrukowanych książek; z drugiej strony pisarz był honorowany, otrzymywał odznaczenia. To bardzo zawikłane sprawy stosunków między władzą i twórcami w PRL, na które można było szerzej zwrócić uwagę.

Biblioteka Raczyńskich – Wielkopolscy bibliofile 2017

25 listopada – po dwugodzinnej pieszej wycieczce po Poznaniu nie wracam jeszcze do Śremu, czeka mnie kilka wystaw. Po zwiedzeniu wystawy poświęconej prof. Stefanowi Tytusowi Dąbrowskiemu w Bibliotece Uniwersyteckiej UAM mogę powtórzyć te same uwagi co po obejrzeniu wcześniejszej ekspozycji na temat Aleksandra Birkenmajera. Jest ona zbyt mała, niedostatecznie oświetlona i w ogóle niewłaściwie zaaranżowana. Jeśli Uniwersytet im. Adama Mickiewicza pragnie uhonorować swoich dawnych rektorów i profesorów, może pokusiłby się o zorganizowanie dużej, profesjonalnej wystawy omawiającej łącznie ich postaci, zamiast rozdrabniać się na takie małe ekspozycje?

Głównym celem dzisiejszej wyprawy do Poznania jest jednak inna wystawa: „Wielkopolscy bibliofile”, zorganizowana przez Wielkopolskie Towarzystwo Przyjaciół Książki i eksponowana w Galerii Edwarda Biblioteki Raczyńskich. Impreza jest cykliczna, to już jej XIV edycja, dla mnie dopiero pierwsza. O wystawie dowiedziałem się przypadkiem od mojego śremskiego znajomego Krzysztofa Budzynia, który również jest członkiem towarzystwa i który też prezentuje na niej swoje prace.

Niestety, jak zwykle w Galerii Edwarda zainteresowanie nie jest duże. Jestem jedynym zwiedzającym, przed zwiedzeniem muszę też sam powkładać wtyczki do gniazdek, aby oświetlić gabloty. Trud jest wart tego – ekspozycja, która się ukazuje moim oczom po włączeniu oświetleniu, jest bardzo interesująca.

Już w pierwszej gablocie na antresoli widzimy bezcenne zabytkowe oprawy książek z XVI, XVII i XVIII wieku, między innymi z superekslibrisem Jean-Paula Bignona, bibliotekarza króla Francji Ludwika XIV, wystawiane przez Arkadiusza Wagnera. W sąsiedniej gablocie ks. Szczepan Szymendera prezentuje książki związane ze Stanisławem Leszczyńskim, m.in. czterotomowe wydanie jego dzieł filozoficznych z XVIII wieku. Ksiądz Szymendera zajął też jeszcze jedną gablotę prezentującą mowy żałobne i kazania pogrzebowe, m.in. poświęcone pamięci Władysława Zamoyskiego z Kórnika. Kórnikowi i Bninowi poświęcona jest też gablota mojego znajomego Kazimierza Krawiarza z Kórnika, a drugi znajomy, już wspomniany Krzysztof Budzyń prezentuje pozycje wydane przez swoje wydawnictwo Bin-Comu – książki i komplet numerów „Śremskiego Notatnika Historycznego”. W wielu z tych numerów są moje artykuły – recenzje, więc nie wypada dłużej się przy nich zatrzymywać :-).

Moje zainteresowania historią XX wieku sprawiają, że najciekawsze są dla mnie gabloty Krzysztofa Kłopockiego i Anny Łazuki-Witek. Ten pierwszy przedstawia postać Janiny Kłopockiej (swojej babci?), malarki, graficzki, twórczyni m.in. znaku Rodła; Anna Łazuka-Witek prezentuje dokumenty Polskiej Macierzy Szkolnej w Wielkiej Brytanii, której sekretarką była na przełomie lat 80. i 90.

Wystawa bardzo interesująca, niestety, muszę zadać pytanie – dlaczego tak mało, a właściwie w ogóle nie rozpropagowana? Informacji o wystawie nie ma ani na stronie internetowej Biblioteki Raczyńskich, ani w jej drukowanym programie wydarzeń na listopad. Jak napisałem, dowiedziałem się o niej przypadkiem od znajomego, Krzysztofa Budzynia, który również bierze w niej udział. Gdyby nie on, nie miałbym żadnej możliwości dowiedzenia się o niej, ponieważ o wystawie praktycznie głucho w Internecie. Najgorsze jest to, że również na samej wystawie brak informacji. Nie jest podane, że jest to wystawa Wielkopolskiego Towarzystwa Przyjaciół Książki; gabloty nie są opisane; nie wiadomo, kto prezentuje swoje zbiory i co one dokładnie ukazują. Informacje o osobach biorących udział w wystawie zaczerpnąłem ze strony internetowej towarzystwa, nigdzie indziej nie ma żadnych danych. Szkoda, zwłaszcza że to już XIV edycja wystawy. Miejmy nadzieję, że na XV edycji będzie lepiej.

Festiwal Słowa w Piosence „Frazy”

4 listopada – po zwiedzeniu dwóch wystaw w Bibliotece Uniwersyteckiej wybieram się na Festiwal Słowa w Piosence „Frazy”, przedtem jednak zaglądam do Biblioteki Raczyńskich. Odbywają się tu dwie wystawy czasowe: „Kto oprócz Hrabala? Kto oprócz Tokarczuk? Czeska i polska literatura w przekładach” w Galerii Atanazego oraz „Lodorosty i bluszczary”, przedstawiająca twórczość dla dzieci Jerzego Ficowskiego. Wystawy są całkiem ciekawe, zwłaszcza ta o polskiej i czeskiej literaturze, z masą informacji o wzajemnej recepcji literatur sąsiadów, niestety zwiedzam je tylko „po łebkach” – na godz. 12 w Scenie na Piętrze przy Masztalarskiej zaplanowano przesłuchania finałowe Ogólnopolskiego Konkursu Piosenki Autorskiej im. Jacka Kaczmarskiego, będącego częścią Festiwalu Słowa w Piosence „Frazy”.

Chociaż mieszkam w Wielkopolsce już 35 lat, jeszcze nigdy nie byłem w sali Sceny na Piętrze. Właścicielem sali jest Estrada Poznańska, odbywają się tu koncerty, spektakle teatralne a dzisiaj konkurs piosenki autorskiej. Jestem punktualny, kilka minut przed godz. 12, czego niestety nie można powiedzieć o organizatorach. Na scenie próbę odbywa jeszcze jakiś zespół, który chyba też bierze udział w konkursie; po godz. 12 wychodzi dyrektor artystyczny festiwalu, Krzysztof Gajda, który przeprasza za opóźnienie – jeszcze nie dojechała jedna z jurorek. Publiczności to nie przeszkadza, zajmuje się własnymi sprawami, frekwencja nie jest zresztą duża; o ile się orientuję, część widzów to też artyści, którzy czekają na swoją kolej. Jestem jedną z nielicznych osób, która to spóźnienie ma organizatorom za złe – mogłem zostać dłużej w Bibliotece Raczyńskich i dokładniej obejrzeć wystawy. Wreszcie koncert rozpoczyna się z półgodzinnym opóźnieniem.

Ogólnopolski Konkurs Piosenki Autorskiej im. Jacka Kaczmarskiego to konkurs amatorski i trochę takie też są przygotowania i same występy jego uczestników. Najpierw trzeba podłączyć sprzęt, głośno skonsultować z akustykiem, co trzeba poprawić w brzmieniu, wszystko to na oczach publiczności (nie szkodzi, taka nieformalna atmosfera ma swój urok), wreszcie można śpiewać. Każdy wykonawca albo zespół wykonuje dwa utwory. Pierwsze dwa występy nie bardzo mi się podobają i już zaczynam utwierdzać się w przekonaniu, że mogłem lepiej zaplanować dzisiejszy dzień, kiedy na scenę wchodzi z gitarą Marcin Gąbka. Jego „Ballada o włosach” i „Frodo” (ta druga piosenka zainspirowana „Władcą pierścieni”), ekspresyjne brzmienie głosu powodują, że decyduję się zostać na konkursie; nie przeszkadza mi nawet to, że w drugiej piosence pieśniarz w połowie zapomniał tekstu i musiał zaczynać od początku. I następni wykonawcy – Monika Kowalczyk, Edyta Górecka, Andriej Kotin, Asia Nawojska, jest nawet lokalny kabaret Klub Szyderców Bis z Jeżyc, wyśpiewujący hymn na część swojej dzielnicy i dowcipnie komentujący wieloletni remont ronda Kaponiera. Pozostałe piosenki wykonywane w konkursie są na najróżniejsze tematy – w każdym razie to nie pop, artyści śpiewają o ważnych dla nich sprawach, to rzeczywiście poezja śpiewana, chociaż może nie najwyższych lotów.

Po godz. 14 Krzysztof Gajda ogłasza 15-minutową przerwę. Czas na zastanowienie. Przesłuchania były zaplanowane do godz. 16, zaczęły się jednak z opóźnieniem, możliwe są jeszcze dalsze poślizgi, skończą się więc pewnie przed 17. To za późno dla mnie, jazda rowerem w ciemnościach nie jest przyjemnością, poza tym chciałbym jeszcze zajrzeć do „Arsenału”, decyduję się więc już opuścić Masztalarską. Może w przyszłym roku będzie okazja wysłuchać całego koncertu?

Biblioteka Uniwersytecka w Poznaniu – Bobkowski. Chuligan wolności

4 listopada – kolejny wyjazd do Poznania. W planie mam udział w koncercie i kilku wystawach, najważniejsza z nich to „Bobkowski. Chuligan wolności” w Bibliotece Uniwersyteckiej przy Ratajczaka. Jak na listopad pogoda dobra. Tylko niewielkie zachmurzenie na słonecznym niebie, na którym dzisiaj widać też szczególnie dużo smug kondensacyjnych pozostawianych przez lecące do i z Europy Zachodniej samoloty. Do tego rześkie powietrze – temperatura rano wynosi 5 stopni, po południu wzrośnie do 12.

Twórczości Andrzeja Bobkowskiego właściwie nie znam. Oczywiście słyszałem o jego „Szkicach piórkiem”, czytałem jednak tylko fragmenty tego dzieła, okazjonalnie cytowane i omawiane np. w „Plusie Minusie”, dodatku kulturalnym „Rzeczypospolitej”, czy innych dodatkach i pismach literackich. Do zwiedzenia wystawy zachęciła mnie też godzinna audycja jej poświęcona w „Spotkaniach z kulturą” w Radiu Poznań, w której Barbara Miczko-Malcher rozmawiała z organizatorami wystawy, literaturoznawcami. Ocena, jaką dobrze mi znana redaktorka radiowa wystawiła wystawie, była bardzo dobra – podobnie jak moja.

Wystawa ciekawie opowiada o życiu i twórczości jednego z najważniejszych antykomunistycznych pisarzy emigracyjnych, jakich mieliśmy w polskiej literaturze. Szczegółowo omówione są nawet dzieciństwo i młodość w przedwojennej Polsce, ilustrowane fragmentami z jego dzienników, które Bobkowski pisał (i ozdabiał własnymi rysunkami) już jako nastolatek ((przyszły pisarz wcale nie był grzecznym dzieckiem, sprawiał kłopoty wychowawcze, nie zdał nawet matury). Już wtedy poznał Barbarę Birtus, z którą na Boże Narodzenie 1938 roku potajemnie wziął w ślub. W marcu 1939 roku wyjechali do Paryża, stamtąd planowali wyemigrować do Argentyny; zanim otrzymali wizę, wybuchła jednak wojna, która wszystko zmieniła.

To w czasie wojny we Francji powstały „Szkice piórkiem” – dziennik pisarza z lat 1940-1944, świadectwo upadku Francji latem 1940 roku, zapis ucieczki rowerem na południe kraju (to najbardziej znana część dziennika – „Biblia rowerzystów”), potem powrotu do Paryża, trudnych lat emigracyjnych. Wydane w 1957 roku „Szkice piórkiem”, których fragmenty są obszernie cytowane na wystawie, pozostają głównym dziełem pisarza, dopiero po jego śmierci, w 1970 roku, wydano „Coco de Oro”, tom szkic i opowiadań pisanych między innymi dla paryskiej kultury, również kilka tomów listów. „Szkice piórkiem”, pisane we Francji, ale poświęcone przecież przede wszystkim Polsce i polskim sprawom, na wystawie przeciwstawione są „Dziennikowi” Witolda Gombrowicza. To porównanie – według autorów wystawy – wypada na korzyść Bobkowskiego. Sam tego nie oceniam. Czytałem i mam swojej biblioteczce cały „Dziennik” Gombrowicza; „Szkiców piórkiem” Bobkowskiego, jak napisałem, nie znam.

W 1948 roku Andrzej Bobkowski wyemigrował z żoną do Gwatemali, gdzie zajął się… modelarstwem lotniczym, literatura zeszła odtąd na dalszy plan w jego życiu, chociaż nadal pisał i publikował w „Kulturze”. W tym swoim nowym zawodzie odniósł zresztą duży sukces, brał udział w zawodach modeli latających, w kręgach gwatemalskich hobbystów modelarzy stał się bardzo popularną postacią. Zmarł w 1961 roku. Żona Barbara, która przeżyła go o 21 lat, położyła duże zasługi w ocaleniu jego spuścizny literackiej i publikacji twórczości.

Wystawie w Bibliotece Uniwersyteckiej towarzyszą oczywiście książki, nie tylko, a nawet nie przede wszystkim Bobkowskiego i o Bobkowskim, większość eksponowanych pozycji to książki wydane przez „Kulturę” i Instytut Literacki w Paryżu. Mam w domu i czytałem tylko jedną książkę wydaną przez tę oficynę (opowiadania Sławomira Mrożka), z tym większą ciekawością mogę więc teraz zapoznać z tą działalnością wydawniczą – wiele pozycji bardzo cennych, jest nawet pierwszy numer „Kultury”, wydany jeszcze w Rzymie w 1946 roku, są też pierwsze numery paryskie.

Wystawa warta zwiedzenia, dla wszystkich interesujących się literaturą. Jeśli miałbym w niej coś uzupełnić, to w szerszym zakresie ukazałbym te aspekty życia Bobkowskiego we Francji i  Gwatemali, które nie były ściśle związane z literaturą. Praca w fabryce we Francji i przede wszystkim prowadzenie własnej firmy modelarskiej w Gwatemali odgrywały przecież bardzo ważną rolę w jego życiu, a w Gwatemali Bobkowski uważał się chyba przede wszystkim za modelarza, nie za pisarza. Z drugiej strony rozumiem taką optykę – wystawa została przecież zorganizowana w bibliotece, a dla nas, ludzi zainteresowanych literaturą, Andrzej Bobkowski pozostanie przede wszystkim autorem „Szkiców piórkiem”.

Jeszcze tylko krótki rzut oka na dwie inne wystawy w gmachu Biblioteki Uniwersyteckiej. „Kalliope Austria. Kobiety w społeczeństwie, kulturze i nauce” niestety rozczarowuje. Składa się tylko z plansz, przeładowanych tekstem, które trudno się czyta. Brakuje innych eksponatów, choćby książek napisanych przez omawiane bohaterki lub traktujących o nich, czy krótkiego filmu video. Ciekawsza jest wystawa poświęcona Aleksandrowi Birkenmajerowi, dyrektorowi Biblioteki w 1939 roku i w latach 1945-1947. Jest ona jednak bardzo mała, gabloty z książkami i dokumentami podpisanymi przez Aleksandra Birkenmajera są niedostatecznie oświetlone i trudno się z nimi dokładnie zapoznać. Opuszczam gmach, czekają mnie jeszcze inne wystawy i koncert.

Nagroda Kościelskich, 2017

14 października – po trzech latach przerwy (w tym czasie nagroda była wręczana w Szwajcarii) znowu wyjazd do Miłosławia na ceremonię wręczenia Nagrody Kościelskich; w tym roku otrzymała ją Urszula Zajączkowska za tom poezji „Minimum”.  To wydarzenie, które, podobnie jak festiwale Muzyka w Raju i Musica Sacromontana, już na stałe wpisało się w mój kalendarz kulturalny.

Jazda przez Środę Wlkp. i Winną Górę, w Miłosławiu jestem pół godziny przed zaplanowanym na godzinę 12 rozpoczęciem uroczystości. Dużo znajomych twarzy, już przy wejściu wita mnie starsza pani, która mówi, że pamięta mnie z poprzednich lat w Miłosławiu, przyjechała tu z Tadeuszewa koło Środy. W pałacu jest też już mój dobry znajomy, Krzysztof Budzyń, który przyjechał tu ze Śremu samochodem, siadamy razem.

Część oficjalna jak w poprzednich latach – przemówienia burmistrza Miłosławia, starosty wrzesińskiego, dyrektora Departamentu Kultury Urzędu Marszałkowskiego z Poznania (marszałka województwa tym razem nie ma), delegata ambasady Szwajcarii i prezesa Fundacji Kościelskich François Rosseta. To ostatnie podoba mi się najbardziej, chociaż François Rosset opowiada też o rzeczach na pozór całkiem niezwiązanych z tegoroczną laureatką – o Wilhelmie Tellu, o argentyńskim pisarzu Ernesto Sábato i jego spostrzeżeniu, że w historii Szwajcarii zabrakło paradygmatu tragicznego, tak charakterystycznego dla innych narodów. Nareszcie wręczenie nagrody, laudacja i wystąpienie Urszuli Zajączkowskiej.

Niestety nie czytałem żadnych wierzy Urszuli Zajączkowskiej. Krótko przed uroczystością wysłuchałem tylko obszernego wywiadu z poetką w radiowej Dwójce; bardzo mi się podobały jej przemyślenia o życiu roślin, duchowych związkach pomiędzy światem roślin i ludzi, ale to przecież za mało, aby się wypowiadać na temat jej poezji. Takiej możliwości nie dadzą mi teraz też laudacja i przemówienie poetki, jak zwykle w takich warunkach bardzo trudne w odbiorze, pełne odniesień, które co chwila wymagałyby zatrzymania się, namysłu, przeanalizowania ich treści, tak jak głębokiej refleksji, zanurzenia się w świecie poezji wymagałby sam nagrodzony tom wierszy. Ile osób w miłosławskim pałacu w pełni zrozumiało oba wystąpienia po ich jednokrotnym wysłuchaniu? Ja do nie należałem. Być może będzie mi dane przeczytać je kiedyś w druku, wtedy analiza będzie możliwa.

Po części oficjalnej mały bankiet na parterze pałacu, okazja do porozmawiania ze znajomymi, choćby tylko z widzenia. Wszyscy chwalą laudację i odpowiedź poetki, a mnie mimo woli przypomina się przeczytany niedawno „Dziennik” Witolda Gombrowicza i jego uwagi o wieczorach poezji, o spotkaniach dyskusyjnych na tematy filozoficzne, na których słuchamy wierszy nie bardzo ich rozumiejąc, zabieramy głos na różne tematy, jednocześnie nie chcąc zdradzić własnej niewiedzy. Przypadłość ogólnoludzka, i ja nie jestem od niej wolny…

Możliwość tych spotkań, rozmów jest zresztą interesująca i źródłem nieoczekiwanych odkryć. Okazuje się, że z rodziną z Orzechowa, z którą siedzę przy jednym stole, mamy wspólnych znajomych. Dawno temu byłem tłumaczem na ślubie mieszkanki Orzechowa z Hindusem, właśnie tu w Miłosławiu; wspominamy państwa młodych i jedynego gościa z Indii, prześliczną siostrę pana młodego, która była świadkiem na ślubie. Co teraz u nich słychać? Wyjechali, mieszkają chyba w Stanach Zjednoczonych.

* * *

Na godz. 14.15 zaplanowano panel dyskusyjny na temat „Czy można nauczyć pisania?” z udziałem prof. Ingi Iwasiów z Uniwersytetu Szczecińskiego, Magdaleny Kostrzewskiej prowadzącej szkołę „Maszyna do Pisania”, poety Krzysztofa Siwczyka i dziennikarza „Gazety Wyborczej” Piotra Bojarskiego. Panel w tym roku wyjątkowo, z powodu uszkodzenia świątyni w sierpniowych wichurach, nie odbywa się w kościele poewangelickim, tylko w pałacu, ale może to i lepiej – frekwencja jest wyższa niż na ostatnim panelu z udziałem między innymi feministek Sylwii Chutnik i Kai Malanowskiej, na którym byłem trzy lata temu. Każdy z dyskutantów odpowiada na pytanie zadane w temacie panelu zgodnie z charakterem swojej pracy – Inga Iwasiów opowiada o właśnie uruchomionych w październiku na Uniwersytecie Szczecińskim studiach w zakresie kreatywnego pisania, Magdalena Kostrzewska o prowadzonej przez siebie firmie, Piotr Bojarski o tym, jak ważne może być doświadczenie w zawodzie dziennikarza w nauce pisania, również utworów artystycznych. Czasu na dyskusję niestety nie ma dużo, pierwsze pytanie zadaję ja:

– Dziękuję za bardzo interesujące prezentacje, ale od razu powiem, że jestem tu sceptykiem i nie bardzo wierzę w konieczność prowadzenia takich kursów. Przypomina mi to studia w zakresie dziennikarstwa, prowadzone jeszcze w czasach PRL. Jak wiadomo, znakomita większość dziennikarzy nie studiowała dziennikarstwa, czy są więc one potrzebne? Wracając do literatury, przepraszam, ale jeśli spojrzymy na całą 55-letnią historię Nagrody Kościelskich, nie wiem, czy wśród jej laureatów znajdzie się choć jedna osoba, która chodziła na takie kursy pisania. Możemy też spojrzeć na to w szerszej perspektywie geograficznej, na przykład Stanów Zjednoczonych, w których kursy „creative writing” są prowadzone już od kilkudziesięciu lat. Czy wiadomo, jaki procent amerykańskich pisarzy ukończył taki kurs? Może pani profesor Iwasiów, jako pracownik naukowy, będzie mogła odpowiedzieć na to pytanie?

– Mogę odwrócić pytanie – odpowiada Inga Iwasiów – i wskazać, że wielu wybitnych pisarzy na tych kursach w Stanach Zjednoczonych wykłada na nich, uczy, jak dobrze pisać. Mimo wszystko kursy takie dają dobry warsztat pisarski. Jeśli chodzi o dziennikarzy, to prawda, że większość nie studiowała dziennikarstwa, tylko inne kierunki, w czasach PRL najczęściej polonistykę, mieli więc za sobą akademickie wykształcenie, przygotowanie. Wykształcenie ma jednak często niewiele wspólnego z wykonywaną później pracą. A jeśli ktoś lubi pisać, jeśli się w tym realizuje, dlaczego miałby studiować coś innego? Jeśli miałby później pracować jako dziennikarz, lepiej niech studiuje creative writing.

Na moje pytanie odpowiada też prof. Jerzy Jarzębski członek jury Nagrody Kościelskich:

– Jeśli chodzi o laureatów Nagrody Kościelskich, to rzeczywiście nie ma wśród nich osób, które kończyłyby takie kursy, ale wśród laureatów innych nagród są tacy, na przykład Weronika Murek. To prawda jednak, że naprawdę wybitna literatura musi być oryginalna, a oryginalności na kursach nauczyć się nie da.

Drugie i ostatnie pytanie zadaje, a właściwie podsumowuje dyskusję Krzysztof Budzyń, który przedstawia się też jako piszący, wydawca, redaktor „Śremskiego Notatnika Historycznego”. Wskazując na fakt, że coraz więcej w Polsce piszących, a coraz mniej czytających, nawołuje mimo wszystko do pracy z pasją – pasja jest przecież najważniejsza w naszym życiu.

– Śrem górą – podsumowuje jedna ze słuchaczek panelu, kiedy wychodzimy już z budynku. Może i tak, ale czas już wracać do domu. Na koncercie Anety Lipnickiej i Wielkim Nocnym Czytaniu w Miłosławiu nie zostanę, ponieważ oznaczałoby to powrót w nocy. Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie na tle miłosławskiego pałacu i przez Środę Wlkp. i Zaniemyśl kieruję się w stronę Śremu. Powoli zapada zmierzch, w Lucinach i tak muszę włączyć oświetlenie w moim rowerze.

Józef Wybicki – „Kulig”

Chociaż postacią Józefa Wybickiego interesuję się od dawna, mam w domu wiele książek o nim i jestem nawet autorem poświęconego mu hasła w polskiej Wikipedii, z twórczością autora naszego hymnu narodowego zetknąłem się dość późno. Długo szukałem jego pamiętnika „Życie moje”, którego fragmenty znałem z różnych biografii Wybickiego. Kiedy wreszcie udało mi się kupić jego wznowienie, wydane przez Ossolineum i De Agostini w 2005 roku, natychmiast zasiadłem do lektury i… szybko się rozczarowałem. Oprócz interesujących fragmentów (przeważnie dotyczących młodości Wybickiego, także na przykład jego miłości do Kunegundy Drwęskiej) było w nim mnóstwo dłużyzn i dywagacji politycznych, które w XXI wieku interesują już tylko historyków epoki.

Wybicki to jednak nie tylko pamiętniki. Oprócz Mazurka Dąbrowskiego, którego znają wszyscy Polacy (chociaż większość śpiewa go z błędami) napisał przecież mnóstwo pism politycznych i wreszcie dramatów. Nie są one już wydawane, można je kupić tylko na aukcjach internetowych i właśnie na jednej z takich aukcji, na Allegro, w 2014 roku kupiłem za 6,80 zł jego „Utwory dramatyczne”. Książka, wydana w roku mojego urodzenia (1963), okazała się być w całkiem dobrym stanie, pewnie z tego powodu, że nigdy wcześniej nie była czytana – otrzymałem ją z nierozciętymi kartami. Przyznaję się, że też wtedy nie rozciąłem stron, odłożyłem książkę na półkę i sięgnąłem do niej dopiero w ubiegłą sobotę, 30 września, w dniu, w którym w którym w Manieczkach, niegdyś majątku Wybickiego, Muzeum Śremskie we współpracy z Grupą Odnowy Wsi Manieczki zaplanowały wystawienie jego komedii „Kulig”. Chciałem zobaczyć tę sztukę, obawiałem się jednak, że bez wcześniejszego przeczytania tekstu mogę po prostu mieć problemy z jej zrozumieniem. Chyba słusznie.

„Kulig” jest oświeceniową (wydaną w 1783 roku) komedią z głównym wątkiem miłosnym; ciekawe, czy współcześni autorowi naszego hymnu narodowego zgodziliby się na określenie komedia romantyczna, ale chyba nie – romantyzmu wtedy jeszcze nie znano, był tylko sentymentalizm, prekursor romantyzmu. Wśród postaci scenicznych poznajemy gospodarującego na roli szlachcica Domarosa, jego żonę Gryzeldę, ich sługi, rządcę, plenipotenta, no i oczywiście Rozetę – ładniutką córkę Domarosa, zadurzonego z niej (albo w jej posagu) starościca Kleandra oraz Filusię, pannę służącą Rozety. Opisywanie ich perypetii chyba nie ma tu sensu, zakończenie sztuki łatwo przewidzieć, a jeśli ktoś jest naprawdę ciekaw, może zajrzeć do oryginału.

Po ten materiał sięgnął Andrzej Tomaszewski, nauczyciel polonista z Katolickiego Centrum Edukacji i Kultury w Śremie (wcześniej uczył polskiego w Liceum Ogólnokształcącego im J. Wybickiego przy Poznańskiej), który ze swoimi uczniami zrealizował już kilka amatorskich przedstawień teatralnych. Widziałem z nich dotąd tylko jedno – „Śluby panieńskie” Fredry w sali widowiskowej KCEK; niektórych uczniów z tamtego spektaklu zobaczyłem teraz po raz drugi na polanie przed manieczkowskim dworem, gdzie na zaimprowizowanej scenie na wolnym powietrzu (mieliśmy duże szczęście z pogodą, która po deszczowym okresie tego dnia nam sprzyjała) odegrali przygody Domarosa, Gryzeldy, Rozety, Starościca, Filusia i innych uczestników tytułowego „Kuligu”. Odegrali z zapałem i dużym talentem młodych aktorów, mimo że materiał, z którym mieli do czynienia bynajmniej nie był wdzięczny.

Nie będę udawał, że „Kulig” Wybickiego to klejnot polskiej literatury; niestety po dwustu kilkudziesięciu latach od publikacji to już tylko historia literatury, nie literatura; rzecz, pisana trudno dziś zrozumiałym językiem, jest po prostu martwa, zresztą jak większość twórczości polskiego oświecenia, z której bardzo niewiele utworów zachowało świeżość – można tu wymienić bajki i satyry Krasickiego, z dramatów: „Fircyka w zalotach” Zabłockiego, „Powrót posła” Niemcewicza, czy coś jeszcze? W przeciwieństwie do oświecenia francuskiego, niemieckiego czy angielskiego twórczość polskich pisarzy tego okresu nie wytrzymała próby czasu.

Na szczęście w Manieczkach obejrzeliśmy raczej luźną adaptację „Kuligu”; Andrzej Tomaszewski wybrał z niego tylko fragmenty (w dość dowolnej kolejności) i skrócił sztukę do pół godziny. I słusznie – wystawienie całego pięcioaktowego dramatu trwałoby cztery godziny (albo i dłużej) i byłoby nieznośne nie tylko dla dzieci z Manieczek, które licznie zgromadziły się na przedstawieniu, ale i dla dorosłych. Bardzo dobrym pomysłem było uatrakcyjnienie sztuki przez wprowadzenie do niej prawdziwego kuligu, czyli sań (na kołach) ciągnionych przez konia (w oryginale oczywiście ich nie ma). Dzięki nim sztukę na pewno zapamięta dziecięca widownia, która inaczej raczej niewiele by z niej zrozumiała.

Mariusz Kondziela, dyrektor Muzeum Śremskiego, po przedstawieniu mówił o możliwości organizowania kolejnych spektakli opartych na dramatach Wybickiego. Uważam, że pomysł jest dobry pod warunkiem ich każdorazowej odpowiedniej adaptacji i podejścia do całości z pewnym przymrużeniem oka – jak napisałem, twórczość Wybickiego jest już tylko historią literatury, chociaż dla mieszkańców ziemi śremskiej, ziemi Wybickiego, bardzo ważną historią.

Kulig

Podczas spektaklu. Fot. Towarzystwo Przyjaciół Ziemi Brodnickiej