Biblioteka Raczyńskich – Solum Verbum. Reformacja i słowo XVI-XVIII wiek

16 września – pierwszy po wakacyjnej przerwie wyjazd do Biblioteki Raczyńskich w Poznaniu, na wystawę „Solum Verbum – Reformacja i słowo XVI-XVIII wiek”. Po „Stolicach wielkopolskiego protestantyzmu” w Muzeum Okręgowym w Lesznie i „Der Luthereffekt” w Martin-Gropius-Bau w Berlinie to już trzecia wystawa poświęcona protestantyzmowi, którą zwiedzam w tym roku; wysyp wydarzeń kulturalnych z nim związany jest jednak zrozumiały – obchodzimy w tym roku 500-lecie przybicia tez przez Marcina Lutra na drzwiach kościoła w Wittenberdze. Jak na ich tle prezentuje się wystawa w Poznaniu?

Wystawa w Bibliotece Raczyńskich jest oczywiście o wiele mniejsza od ogromnej, bardzo ważnej dla Niemców ekspozycji w Martin-Gropius-Bau, jest też mniejsza od wystawy w Lesznie, które było głównym ośrodkiem protestantyzmu w Wielkopolsce. Z „Der Luthereffekt” w Berlinie nie ma żadnego porównania, to całkiem inna klasa; z wystawą w Lesznie takie porównanie jest możliwe, moim zdaniem wypada ono z korzyścią dla Biblioteki Raczyńskich.

Zaletą jest omówienie na początku wystawy genezy reformacji i głównych zagadnień z nią związanych, czego w Lesznie w ogóle zabrakło. Obie wystawy różnią się też charakterem eksponatów, te na wystawie w Lesznie były bardzo zróżnicowane, oprócz książek i dokumentów były też obrazy, grafiki, narzędzia liturgiczne…, w Poznaniu, zgodnie z charakterem placówki widzimy tylko książki, są to jednak bardzo cenne książki.

Jak zawsze wystawa w Bibliotece Raczyńskich jest rajem dla bibliofila, w tym przypadku również dla… germanisty. Mogę zobaczyć wydania dzieł Lutra, między innymi wydane w 1702 roku „Teutsche Schriften” z obrazkowym życiorysem reformatora, dla mnie najważniejsze jest jednak wydanie jego przekładu Biblii, wprawdzie nie w całości, tylko tomu zawierającego pisma proroków i Nowy Testament. Wydań Biblii jest zresztą o wiele więcej. Skarbem na wystawie jest wydanie Biblii Brzeskiej albo Radziwiłłowskiej (jednego z niewielu zachowanych egzemplarzy, większość nakładów została spalona przez potomka finansującego protestancki przekład w akcie ekspiacji po jego nawróceniu się na katolicyzm), mogę też zobaczyć oryginalne, XVII-wieczne wydanie Biblii Gdańskiej, którą dotychczas znałem tylko z XX-wiecznych przedruków.

Nie tylko wydania Biblii są prezentowane na wystawie, również inne książki religijne jak kancjonały a nawet książki świeckie. Tu największą gratką jest dla mnie możliwość zobaczenia wydanego w 1568 roku „Zwierciadła” Mikołaja Reja – autor był przecież protestantem. I wreszcie dzieło całkiem niezwykłe – pierwsze wydanie (z I połowy XVIII wieku) „Cérémonies et coutumes religieuses…”, nie tyle książki religijnej, co bogato ilustrowanej, opracowanej w duchu oświecenia encyklopedii religii świata. Prezentowane na wystawie ryciny ukazujące nabożeństwa, obrzędy religijne itp. są nie tylko cennym materiałem dla historyka, ale dla każdego zainteresowanego sztuką i dawnymi obyczajami.

Wystawie towarzyszące tablice przedstawiające najważniejszych reformatorów i prekursorów reformacji – od Jana Husa przez Marcina Lutra, Philippa Melanchthona, Kalwina… Ich lektura sprawia mi wprawdzie początkowo trochę kłopotów, dopiero po chwili odkrywam, że one ułożone na kształt współczesnych CV, czyli w odwróconej kolejności chronologicznej, należy je czytać od dołu.

Po zwiedzeniu wystawy „Solum Verbum” w Galerii Atanazego zaglądam jeszcze do Galerii Edwarda w starym gmachu na wystawę fotografii „Przyroda Wielkopolski” Wojciecha Nawrockiego (bardziej interesują mnie wprawdzie pokazywane wraz z fotografiami książki, część z nich mam w swojej biblioteczce), po czym wychodzę już z biblioteki. W planach mam jeszcze wizytę w Teatrze Ósmego Dnia, gdzie według portalu kultura.poznan.pl w ramach imprezy Parking Day ma być dzisiaj o 12 czytany reportaż „Głód” Martina Caparrosa. Wiadomość ta okazuje się dezinformacją, spotkany w teatrze aktor (odbywa się właśnie próba) informuje mnie, że owszem, taka impreza ma odbyć się dzisiaj, ale nie w teatrze, lecz na ulicy Za Bramką. Chyba jednak z niej zrezygnuję i wybiorę się gdzie indziej. Wizyta w teatrze ma jednak swój plus – w Centrum Informacji Miejskiej, które również mieści się w budynku  Arkadii, za jedyne 5 złotych udaje mi się kupić tom „Kroniki Miasta Poznania” opisujący „Podróże poznaniaków” – szukałem go od dawna. Po wyjściu z CIM-u idę już w stronę Starego Rynku.

Józef Czechowicz – „29.VIII – 1924”

Na 29 sierpnia wiersz sprzed 93 lat – „29.VIII – 1924” Józefa Czechowicza. Wyjęty z jego wyboru poezji, który właśnie czytam, po raz pierwszy opublikowany w „Przeglądzie Lubelsko-Kresowym” w maju 1925 roku. Poeta miał tylko 21 lat, kiedy go napisał, a już czuł zbliżającą się jesień życia, której ostatecznie nie zaznał… Zginął w nalocie na Lublin we wrześniu 1939 roku.

Józef Czechowicz – „29.VIII – 1924”

Już na sierpniowych słońc spiekocie
W przepychu las zaczyna wdowieć.
Trochę w szkarłacie, trochę w złocie
Sypie się drzew ostatnia spowiedź.
W tumanach, ciszy, stawów głębi
Słońce przepala się na szarość
I czai się, jak lis w porębie,
Z nieznanych dni przybłęda – starość.
Grzeszę – rdzewieję – liście gubię.
Koniec. Las nie las i łan i nie łan…
Lubię jesiennić tak i lubię
Iść we wrzosowych mgieł ocean…

Kazimiera Iłłakowiczówna

Kazimiera Iłłakowiczówna jest w Poznaniu i Wielkopolsce poetką zarówno bardzo znaną jak i nieznaną. Bardzo znaną, bo każdy o niej słyszał, jak też o muzeum w jej dawnym mieszkaniu w Poznaniu przy ulicy Gajowej (chociaż niewielu je odwiedziło); nieznaną, bo jej wierszy właściwie już się nie czyta, z jednym wyjątkiem – „Rozstrzelano moje serce w Poznaniu”, zawsze przypominanym przy okazji rocznic Poznańskiego Czerwca 1956 roku. Samą Iłłakowiczówną poznaniacy wyobrażają sobie jako starszą zasuszoną panią, którą w dodatku pod koniec życia dotknęło nieszczęście w postaci utraty wzroku. Co może być ciekawego w jej wierszach? Ja też dopiero teraz sięgnąłem do obszernego, liczącego ponad 350 stron wyboru jej poezji.

A jednak wciąż jest to twórczość żywa, czasami fascynująca. Fascynujące było na pewno jej życie, całkiem odmienne od stereotypu pedantycznej starszej pani piszącej wiersze ku zbudowaniu naszych serc. Aż dziw, że nikt jeszcze nie nakręcił o tym życiu filmu fabularnego,

Urodzona prawdopodobnie w 1887 roku (dokumenty podają różne daty, sama poetka rzeczywisty rok swoich narodzin zachowywała w tajemnicy), była wnuczką… Tomasza Zana, przyjaciela Adama Mickiewicza, owocem nieślubnego związku Klemensa Zana i Barbary Iłłakowiczówny. We wczesnym dzieciństwie straciła zarówno matkę jak i ojca, była wychowywana najpierw przez wujka, potem arystokratkę-filantropkę Zofię Buynową, która umożliwiła jej wyjście w szeroki świat. Ciekawa świata i buntownicza z natury Kazia trafiła do liceum im. Emilii Plater w Warszawie, potem przyszły studia: w Petersburgu, Genewie, Oksfordzie, Londynie i wreszcie w Krakowie, gdzie na Uniwersytecie Jagiellońskim studiowała anglistykę i polonistykę. Była nie tylko jedną z pierwszych studentek w Polsce, ale też feministką, ateistką i, przynajmniej w deklaracjach, rewolucjonistką: „Ja przecież też jestem przeciw carowi, i w Boga nie wierzę, i do kościoła nie chodzę, i pacierza nie odmawiam” . To w Krakowie na początku XX wieku poznała Józefa Piłsudskiego, wtedy socjalistę, jak też wielu luminarzy Młodej Polski. Sama pisała wiersze od dawna, w 1905 roku zadebiutowała w „Tygodniku Ilustrowanym”.

W 1914 roku, z momentem wybuchu I wojny światowej, przyszedł krach starego świata. W 1915 roku Iłłakowiczówna też poszła na wojnę, nie, nie z bronią w ręku, tylko jako siostra miłosierdzia polskiego oddziału, jednak nie legionów Piłsudskiego, lecz walczącego u boku Rosjan. Codzienny kontakt ze śmiercią, cierpieniem wywarł głębokie piętno na jej psychice i sprawił, że odzyskała wiarę. Również w Rosji zastała ją rewolucja październikowa. Po kilku miesiącach spędzonych w Piotrogrodzie, w 1918 roku wróciła do kraju, dokąd 10 listopada powrócił też Piłsudski. Podobno Iłłakowiczówna natychmiast napisała do niego, że… uczy się strzelać i chce zostać jego adiutantem. Adiutantem nie została, ale dzięki Piłsudskiemu w 1918 roku rozpoczęła pracę w Ministerstwie Spraw Zagranicznych (jako pierwsza kobieta w tej instytucji). Po zamachu majowym marszałek przeniósł ją do Ministerstwa Spraw Wojskowych, Iłłakowiczówna została sekretarką (czy bardziej tu pasuje słowo: „sekretarzem”?) Piłsudskiego. Po śmierci ukochanego wodza wróciła do MSZ, z którym we wrześniu 1939 roku ewakuowała się do Rumunii. Tam, w Klużu, spędziła całą wojnę, do kraju udało jej się wrócić dopiero w 1947 roku. W Poznaniu zamieszkała dość przypadkowo, ściągnął ją tu Jarosław Iwaszkiewicz, który w stolicy Wielkopolski kierował czasopismem „Życie Literackie”. Czasopismo szybko zakończyło swój żywot (potem odrodziło się w Krakowie), Iłłakowiczówna pozostała jednak w stolicy Wielkopolski, gdzie zmarła w 1983 roku, do końca mieszkając w sublokatorskim pokoju na ulicy Gajowej.

* * *

Podróż przez świat poezji Kazimiery Iłłakowiczówny wywołuje różne doznania. Tom jej poezji przeczytałem zaraz po tomie wierszy Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. W okresie międzywojennym poetki były ze sobą często porównywane, co ciekawe, wyżej ceniono Iłłakowiczównę. Trudno porównywać mi obie poetki, Pawlikowska-Jasnorzewska jest dzisiaj z pewnością bardziej popularna, jej wiersze są też atrakcyjniejsze w formie i przez to łatwiejsze. Poetycki świat Iłłakowiczówny był za to rozleglejszy; poetka nie koncentrowała się tak bardzo na miłości i uczuciach jak trzykrotnie zamężna Pawlikowska-Jasnorzewska; może dlatego, że w życiu miała o wiele więcej doświadczeń, pisała przejmujące, mądre wiersze też o innych sprawach.

Nie jest to oczywiście twórczość jednolita. Rażą pierwsze, pisane w młodopolskiej manierze wiersze z tomu „Ikarowe loty”, prawdziwa poetką Iłłakowiczówna staje się dopiero w wydanym w 1917 roku tomie „Trzy struny”, w którym opisuje między innymi swoje przeżycia na wojnie. Lata dwudzieste to już w pełni dojrzały okres w twórczości Iłłakowiczówny, pełen fantastycznych, fantasmagoryjnych obrazów, jak cykl „Lew” z tomu „Śmierć Feniksa” (1922), w którym zwraca się do towarzyszącego jej drapieżnika:

Nie kładź na stole łapy, kiedy piszę,
nie rycz o świcie, kiedy leżę we śnie;
ten szum, co drzewa za oknem kołysze,
jest niczym; z martwych dla nas nic nie wskrześnie
i nic nie przyjdzie do nas, ku nam w gości
z tego, co mogło być… stamtąd, z przeszłości.
Zwierzęca postać lwa w ogóle fascynowała poetkę, w innym tomie „Połów” (1926) powróciła do niej w onirycznej „Batikowej balladzie” w której jak refren powtarzają się słowa:

Na miedzianej osnowie tkacz jedwabiem tka;
miała czarna dziewczyna skrzydlatego lwa
Takie fantastyczne stwory pojawiają się też w innych wierszach. W kolejnych tomikach poetka przetwarzała też wrażenia ze swoich podróży zagranicznych (zaciekawiły mnie zwłaszcza wiersze o Czechosłowacji), wspomnienia z Kresów, wiejskich zaścianków, wiele bardzo ciepłych wierszy poświęciła też prostym, wiejskim służącym w pańskich dworach i mieszkaniach, jak ten „O Hani, co się zabiła”, czy „Marysia i fortepian”.

Wreszcie przyszła tragedia II wojny światowej, osiem lat spędzonych w Siedmiogrodzie, który w 1940 roku został odebrany Rumunii i przyznany Węgrom (Iłłakowiczówna wykorzystała ten czas na naukę zarówno rumuńskiego jak i węgierskiego, tłumaczyła później z tych języków), wiersze o zagładzie Żydów i w 1947 roku powrót do Polski i zamieszkanie w Poznaniu. O stosunku Iłakowiczówny do miasta, w którym przyszło jej mieszkać, świadczy najlepiej tytuł wiersza „W Poznaniu na wygnaniu”. Poznaniacy czczą obecnie jej pamięć (słusznie, była najznakomitszą poetką w Poznaniu); ale nie da się ukryć, że w Poznaniu Iłłakowiczówna czuła się obco, tęskniła za Warszawą. Po latach przyzwyczaiła się chyba jednak do Poznania i Wielkopolski, napisała też wiele innych wierszy im poświęconych. Nie wiem, czy kiedykolwiek odwiedziła Śrem, była na pewno w Rogalinie, któremu poświęciła między innymi ten wiersz, jeden z jej ostatnich:

Kolonia dziecięca w Rogalinie
 
Minęło, przebolało i więcej nie boli…
Tutaj córa Zygmunta gasła w melancholii…
Patrzały na nią dęby szumiąc własną gędźbę,
miłosierne, lecz twarde, i druhy i – sędzie.
I wnuki Krasińskiego przeszły ścieżką tędy,
lecz pomarły jak kwiecie w pełni lata ścięte.
Tedy prawnucząt wieszcza jęło wschodzić plemię.
Przeszły… A na przeszłości stoją – las i ziemia,
i rzeka je opływa, na niej – stadka gęsie.
Taka sama osina listeczkami trzęsie,
malinę osy żółte ssą, jak było dawniej,
na piaszczystych wydmach rosną wrzos i krwawnik.
A wszędzie pod dębami, wśród malin, w alejach,
cóż to pędzi tabunem, co na głos się śmieje,
co w salach zbeszczeszczonych, ze śpiewaniem Roty,
na wonnym, czystym sianie zalega pokotem?!
Migają prędkie nóżki, gryzą białe ząbki,
wybuchają sygnały: dzwoneczki i trąbki.
Patrzą oczy – turkusy, węgle i szafiry,
godne prawnuków wieszcza, dźwięcznej wieszcza liry.
Gdzie spustoszeń obrzydłość zmogła dawną krasę,
dzieci wtargnęły. Setka ich po domu hasa,
wyglądają oknami. Na balkonie – chmara,
zda się, że najpiękniejszy i najczystszy barok!…
Spójrz, Zygmuncie, ten dom i park, i okolice
w imię narodu dzierżą narodu dziedzice.

Muzeum Henryka Sienkiewicza w Poznaniu – Moś to był ktoś

Niestety nie byłem 13 maja na wernisażu najnowszej wystawy „Moś to był ktoś” w Muzeum Literackim Henryka Sienkiewicza w Poznaniu – akurat tego dnia pojechałem do teatru w Lesznie. Szkoda, bo straciłem okazję poznania nie tylko prezydenta Poznania, lecz również Juliusza Sienkiewicza, wnuka Henryka. No i oczywiście przedstawicieli rodziny Mosiów, którzy też przyjechali na wernisaż wystawy poświęconej ich krewnemu – Ignacemu Mosiowi, założycielowi muzeum. Dopiero w ubiegłą sobotę, 27 maja, udało mi się zwiedzić wystawę.

Wystawa jak zwykle w tej placówce bardzo kameralna, zajmująca tylko jedno pomieszczenie, ale ciekawa. W tym roku obchodzimy 100. rocznicę jednego z najbardziej zasłużonych dla kultury Wielkopolan. Ignacy Moś, urodzony w Ostrzeszowie, uczył się kupiectwa w Ostrowie Wielkopolskim, następnie pracował jako subiekt. Zaskakują przedwojenne zdjęcia Ignacego Mosia, całkiem niepodobne do tych z późnych lat jego życia; na zdjęciach z lat 30., bardzo przystojny, wygląda jak amant filmowy. Dobre czasy wkrótce jednak się skończyły, na początku wojny, jak wielu Wielkopolan, został wysiedlony do Kielc w Generalnym Gubernatorstwie, gdzie w pobliskim Oblęgorku poznał Henryka Józefa Sienkiewicza, syna pisarza. W dowód wdzięczności, jaką Moś mu wtedy okazał, chroniąc go przed gestapo, Henryk Józef podarował mu bibliofilski egzemplarz „Quo Vadis” – pierwszą pozycję w bardzo obszernym zbiorze sienkiewiczianów, które od tego czasu Moś zaczął gromadzić. W 1977 roku Ignacy Moś podarował swoje zbiory miastu Poznań, a w 1978 roku w kamienicy, która w XVI wieku należała do Giovanniego Battisty di Quadro, budowniczego poznańskiego ratusza, otwarto Muzeum Literackie Henryka Sienkiewicza.

Najcenniejszą częścią wystawy są dla mnie archiwalne nagrania filmowe pokazujące rozmowy z Ignacym Mosiem, wspominającym swoje życie, a także moment otwarcia muzeum. Są też inne pamiątki – fotografie, medale i odznaczenia (w tym papieski Order Świętego Sylwestra, Order Uśmiechu), nawet zachowana księga handlowa jego sklepu.

Ignacy Moś zmarł w 2001 roku. Podczas zwiedzania wystawy zacząłem się zastanawiać, czy byłby zadowolony z obecnego kształtu swojego muzeum. Od zakończenia generalnego remontu i ponownego otwarcia w 2014 roku Muzeum Literackie Henryka Sienkiewicza w Poznaniu jest całkiem inną placówką – pełną multimediów, unowocześnioną, o wiele atrakcyjniejszą niż dawniej. Myślę, że tak – o otwartości Ignacego Mosia na nowe pomysły świadczy jego entuzjazm dla hucznego otwarcia muzeum w 1978 roku, kiedy to w pochodzie wystąpili nawet bohaterowie Trylogii w historycznych kostiumach, co możemy zobaczyć w nagraniu filmowym. Jak widać, już wtedy rekonstrukcje historyczne cieszyły się popularnością.

Po krótkim zwiedzeniu opuszczam muzeum. Czekają mnie dzisiaj jeszcze dwie wystawy w Bibliotece Raczyńskich, wykład w Muzeum Narodowym i koncert Poznańskiej Wiosny Gitarowej.

Biblioteka Raczyńskich – Na poznańską mod(ł)ę. W XIX-wiecznej garderobie

Najnowsza wystawa w Galerii Atanazego Biblioteki Raczyńskich w Poznaniu – jak wszystkie w tej galerii – jest interesująca i warta zobaczenia. Przelotnie rzuciłem na nią okiem tydzień temu, podczas Nocy Muzeów, jej temat jest jednak tak ciekawy, że postanowiłem wtedy przeznaczyć osobny weekend na dokładniejsze jej zwiedzenie; plan zrealizowałem już po tygodniu, czyli wczoraj.

Pozorny paradoks, ponieważ modą, jako mężczyzną, nigdy specjalnie się nie interesowałem, chociaż – w przeciwieństwie do wielu moich kolegów ze szkoły podstawowej – zawsze wiedziałem, jaka jest różnica między spódnicą i sukienką :-). Od dawna interesuje mnie natomiast historia mody – jako część historii kultury i najszerzej pojmowanej historii.

Wystawa „Na poznańską mod(ł)ę. W XIX-wiecznej garderobie” opowiada o historii mody w Poznaniu i Poznańskiem, czyli praktycznie o historii mody europejskiej – poznańskie elegantki były na bieżąco z najnowszymi trendami w Paryżu i Londynie i błyskawicznie przyswajały sobie wszelkie nowinki. Ramy czasowe wyznacza tu powszechne pojmowanie XIX wieku jako epoki od schyłku XVIII wieku do pierwszych lat wieku XX (wybuchu I wojny światowej), co w historii Polski pokrywa się z okresem zaborów.

Jak wszystkie wystawy w Bibliotece Raczyńskich „Na poznańską mod(ł)ę” jest zdominowana przez literaturę, chociaż w tym przypadku raczej należałoby powiedzieć – prasę kobiecą i żurnale. Oglądamy w gablotach mnóstwo czasopism z tego okresu, również z I połowy XIX wieku, zadziwia wysoki poziom graficzny kolorowych rycin zdobiących te wydawnictwa. Czasopisma zawierają artykuły o modzie, równie interesujące są ogłoszenia reklamujące zakłady krawieckie, sklepy bławatne itp. Zaprezentowanie samych tych wydawnictw miałoby wprawdzie niewielką wartość poznawczą, gdyby nie zawieszone na ścianach Galerii Atanazego plansze informujące o historii mody od epoki empire do edwardiańskiej, ukazujące wciąż nowe i wychodzące z użycia elementy stroju. Na początku wystawy zamieszczono nawet słowniczek podstawowych pojęć z tego zakresu – rzecz konieczna, jak bardzo jest to potrzebne, potwierdzają nawet moje doświadczenia. Jakiś czas temu, przy okazji dyskusji na Facebooku, postanowiłem przeprowadzić eksperyment i zapytałem sąsiadkę z mojego bloku – młodą kobietę w wieku niewiele ponad 20 lat, która z pewnością interesuje się modą – co to jest krynolina. Nie wiedziała. Inna moja znajoma, kobieta wykształcona i inteligentna, była przekonana, że to jakiś gatunek materiału, z którego kiedyś szyło się suknie. Nawet interesujący się historią mody mylą krynolinę (szeroką spódnicę lub suknię na metalowych obręczach), noszoną w XIX wieku, z XVIII-wiecznym panierem. Na wystawie pojęcia te są wyjaśnione, w zapoznaniu się z historią mody pomaga też materiał ikonograficzny (którego zachował się ogrom, stroje są przecież obecne na wszystkich obrazach, grafikach i fotografiach z tego okresu przedstawiających ludzi) a nawet całe suknie, przypuszczam, że te ostatnie raczej nie są autentycznymi eksponatami, tylko zostały wykonane współcześnie (wypożyczone z teatru?).

Dla mnie najcenniejsze na wystawie pozostają dokumenty pisane, czyli XIX-wieczna prasa będąca zwierciadłem obyczajów sprzed stu kilkudziesięciu lat, a w niej między innymi karykatury wykpiwające ówczesną modę. Na wystawie widzimy rysunki Franciszka Kostrzewskiego, również innych, już zapomnianych karykaturzystów; w prasie pojawiało się też mnóstwo dowcipów na temat mody, na przykład ten, w których właścicielka zakładu kapeluszniczego poleca swojej uczennicy odnieść klientce gotowy kapelusz i nakazuje jej pośpiech, aby zdążyła, zanim ten wyjdzie z mody. Jak widać, niewiele się od tego czasu zmieniło.

Wreszcie, mówiąc o XIX-wiecznej poznańskiej prasie, nie sposób nie wspomnieć o Marcelim Mottym, którego zna każdy zainteresowany historią Poznania. Marceli Motty to dla mnie przede wszystkim „Przechadzki po mieście”, bezcenne źródło informacji dla historyków XIX-wiecznego Poznania, na wystawie pojawiają się też jednak cytaty z jego drugiego cyklu felietonów – „Listów Wojtusia z Zawad”, publikowanych na łamach „Dziennika Poznańskiego” w latach 1865-1867. Temat mody był w tych „listach” poruszany nader często; a niektóre z tych felietonów, chociaż od lektury książki minęło już wiele lat (wciąż mam ją w swojej biblioteczce), zapamiętałem do dziś. Na przykład fragment tego felietonu, opublikowanego 31 grudnia 1865 roku, opowiadający o niezwykłym śnie panny Mimi.

* * *

Marceli Motty – „Listy Wojtusia z Zawad”

Długa i dziwna historia. Otóż śniło mi się, że się z mamą wybieramy na bal ochronkowy do Bazaru. Miałam suknię, boską, powiadam panu; osiemdziesiąt talarków, rien que ça [tylko tyle], ale też warta, tous ce qu’il y a de plus beau [coś najpiękniejszego]; staniczek opadał do pół ramienia, spódnicą można by zakryć całe Gopło, a ogon, ów ogon c’etait mon orguell [był moją dumą], taki długi i taki szeroki!… zwracając głowę, końcam nie widziała i mogłam być pewną, że serdeczna moja przyjaciółka Kamilcia piękniejszego mieć nie będzie. Ubrałam się i stanęłam przed zwierciadłem, gdy nadszedł mój narzeczony; miałam bowiem narzeczonego, nieszczęściem tylko we śnie, un grand brun [wysoki brunet], śliczny chłopiec i baron, ale prawdziwy baron, wielkie faworyty à la anglaise, superieurement ganté [angielską modą, we wspaniałych rękawiczkach]. Kamilcia żółkła z zazdrości… – Ravissante [Zachwycająca], zawołał otwierając drzwi, imcoparable [niezrównana]! ale teraz panie mogą się zabierać; jest blisko jedenasta, a pani Wincentyna, która zawsze ostatnia przybywa, już przed kwadransem jechała; elle mourra de dépit [ona umrze ze zgryzoty], widząc że po niej wchodzimy.

Zabieramy się tedy, siadamy szczęśliwie i jedziemy. Przybywamy pod Bazar; le peuple [lud] stoi we drzwiach, na trotuarach i patrzy. Otwierają drzwiczki, wychodzę na ostatku, a podając rękę au baron, zapuszczam się, aby szybko przebiegnąć sień; lecz zaledwie uszłam cztery kroku, ani rusz dalej, musiałam stanąć. Oglądam się, kto trzyma, aliści ogon zawikłał się o stopień. Le peuple, wystaw sobie pan tę niegodziwość, śmieje się i woła, baron biegnie odhaczyć moją suknię, mais il est myope [ale to krótkowidz], nie może sobie dać rady, a mama już niemal na schodach. Blisko dwie minuty trwają moje tortury, jak wiek długie, nareszcie z pomocą mego Józefa ogon odhaczamy. Założyłam go na rękę, biegniemy i doganiamy mamę na schodach. Mais il y avait foule et on se bousculait [Ale był ścisk i przepychano się], ogon mi wypada i nim się spostrzec mogłam, pociągnęło mnie coś gwałtownie z tyłu; słyszę trzask złowrogi u pasa, obejrzałam się, zakrzykłam! wszystkie fałdy wyrwane, a pan Antoni, ten co ogromny żołądek dźwiga na krótkich nogach, stoi sapiąc na moim ogonie. O byłabym go mogła  przebić sztyletem, bo się śmiał bezecnik całą swoją szeroką twarzą! Ale co było robić, zebrałyśmy z mamą ogon i spódnicę; szczęściem, że pani Seweryna miała numer tuż przy schodach, gdzieśmy się schroniły i gdzie jej bona Szwajcarka bardzo zręcznie i mocno wyrwane fałdy przyszyła do krynoliny. Zagojoną ranę przykryłyśmy piękną szarfą pani Seweryny i tak pocieszone dążymy do sali. W ciemnym przedsionku, grands Dieux [o wielcy bogowie]!, cóż za widok przedstawia się moim oczom! Pan Magnuszewicz stoi en grande tenue [w galowym stroju] w czarnym fraku, z miną surową i ponurą jak Minos, a bok niego dwóch olbrzymich garsonów w białych fartuchach, z ogromnymi nożycami w ręku; na ziemi zaś leżą całe góry jedwabiów, muślinów, tarlatanu i gazy. Zadrżałam, gdy wystąpiwszy ku mnie rzekła powolnym i grobowym głosem: Pani, mam wyższy rozkaz amputowania wszelkich ogonów, krótkich i długich, i niewpuszczania żadnego na salę! Niepodobieństwo, zawołałam, któż śmie targnąć się na moją najpiękniejszą ozdobę; czy byłbyś pan tak okrutny!

Garsony otwierały już nożyce, zalazłam się łzami i to skutkowało, Nożyce opadły, a pan Magnuszewicz wdzięcznie się uśmiechając wpuścił nas na salą. – Tam ciżba i światło, i kwiaty, i muzyka, tańce w najlepszym, a co za triumf dla mnie! Mój ogon byłe jeden jedyny, wszystkie panny były kuso, nawet najdroższej Kamilci widać było niemal całe trzewiczki. Spostrzegłam na wszystkich twarzach zdziwienie i zazdrość; je suis bonne fille [jestem uczciwą dziewczyną], ale mnie to ucieszyło. Nadbiega pan Henryk i bierze mnie do polki; tańczymy przyspieszonym taktem, a mój ogon buja za mną zwycięsko po powietrzu, jak bandera liniowego okrętu. Nagle ciężko mi się robi, słyszę turkot za sobą, patrzę, otóż mój ogon owinął się koło wielkiego oleandru stojącego przy murze i wyciągnął go wraz z ziemią i donicą na środek sali. Tu śmiech złośliwy powstał między kusymi przyjaciółkami; les intimes [przyjaciółki] nadbiegły, aby mi dopomóc i przypatrzyć się z bliska memu zawstydzeniu, a najdroższa Kamilcia uwalniając mi suknią, w dotkliwy sposób litowała się głośno nade mną.

Ale szczęściem ogon mój nie poniósł szwanku i wlokąc go za sobą jak królowa, dumnie wróciłam na moje miejsce. Zagrano niebawem mazurka; stanęłam do koła z panem Ludwikiem; szło wybornie, powiadam panu, zapomniałam o oleandrach i całej botanice; promenady z ogonem wspaniały robiły efekt, a Kamilcia w mej bliskości, uśmiechając się do mnie, miała widocznie rozdąsaną minę. Lecz gdy w krakowskiej figurze porwał mnie naraz pan Ludwik i zaczął okręcać z impetem, zabrzękło coś tuż przy nas i zakrzykło. Potoczyliśmy się oboje, ale mnie pan Ludwik wstrzymał jeszcze zawczasu. Cóż się stało? Widzisz pan, mój ogon nieszczęsny, gdyśmy wirowali wkoło, uniósł się do góry i potężnym zamachem wyrwał tacę z ośmioma szklankami limonady, którą służący niósł przez salą. Szklanki się potłukły, limonada rozlała, a taca uczepiwszy się przemokłego ogona, szła dzwoniąc za mną aż na samo miejsce.

Już byłam au désespoir [w rozpaczy] i wyrzucałam w duszy niewczesną litość panu Magnuszewiczowi, chciałam sama pobiegnąć do przedpokoju i prosić pokornie o amputacją zmoczonego ogona, lecz mama z baronem uspokoili mnie cokolwiek, a gdy muzyka zagrała grzmiącą galopadę, porwał mnie baron, gdym zapomniała o mej biedzie, i puściliśmy się pędem wichru za innymi. Le galop était infernal [Galop był piekielny], powiadam panu, w głowie mi się zakręciło, nie widziałam i nie słyszałam, co się dzieje koło mnie; baron był niezrównany de force et d’adresse [pod względem siły i zręczności]. Naraz przy skręcie, panie, okropność! leżę na ziemi jak długa, a baron pode mną; zrywam się do góry, lecz padam znowu. Baron jęczał straszliwie; nadbiegają ze wszech stron, podnosząc nas; jam zdrowa, ale mon malhereux fiancé [mój nieszczęsny narzeczony], zawikłany we fałdach fatalnego ogona i obręczach krynoliny, padł tak nieszczęśliwie, iż złamał sobie obiedwie długie nogi. Na ten widok przerażający, na krzyk, płacz i zgiełk niesłychany ma tête se perd [straciłam głowę]; wybiegłam z sali jak szalona, nie wiedząc sama, po co i dokąd. W przedpokoju nie było nikogo, tylko owe straszne nożyce leżą przy drzwiach a stole i błyszczą światłem nadziemskim. Oczy moje niepojęta siła zwróciła ku nim, podnoszę jak piórko do góry, rozwieram szeroko i, panie, abomination de la désolation [w skrajnej rozpaczy] jednym cięciem ustrzygam sobie głowę.

Co się potem z ciałem moim na ziemi działo, tego nie wiem, ale naraz jestem duszą i siłą woli chcę się wznieść do góry, gdzie błogo, jasno. Wszakże wola daremna; ciężar jakiś ogromny ciągnie mnie na dół; spojrzałam, panie, a choć dusza, mam jednak i krynolinę, i balową spódnicę, i ów ogon przeklęty, sprawcę nieszczęścia i śmierci. Na tym zaś ogonie, o zgrozo! siedzi sobie wygodnie aż czterech, czterech, panie, zupełnie czarnych z rogami. Pazurami się wpili wszyscy we fałdy i ciągną co mają siły ku dołowi. Chcę krzyczeć, nie mogę, chcę modlić się, nie mogę; spadam i spadam z szaloną szybkością wśród gwiazd, planet i kometów. Jak długom spadała, nie pamiętam, lecz nagle zaśmiało się coś rykliwie koło mnie; przychodzę do siebie z mego odurzenia, oglądam się, jestem wśród strasznej, bezdennej otchłani, gdzie tu i ówdzie migocą krwawe łuny rozpalonych ognisk i błyszczą jaka latarnie lokomotyw okropne ślepie czarnych duchów. Mimo mgły, dymu i ciemności rozpoznać można było wszystko. – Panie, co ja tam widziałam, tego usta ludzkie opowiedzieć niezdolne; ilu tam znajomych, to strach wspomnieć! Ma faiseuse [Moją krawcową] biedaczkę zaraz u bramy szyli rozpalonymi igłami; nieco dalej jęczała moja kuzynka Adelcia, co poszła za oberleitnanta; w jednym z ognisk poznałam twarze różnych panów, którzy grają w karty avec de mineurs [z małoletnimi]; obok w olbrzymim piecu trzeszczały dusze tych, co u nas strwonili majątki i wydali ziemię ojczystą w ręce obce, w innym sąsiednim palili się wszyscy, którzy tutaj, marnując żywot w lenistwie, na nic krajowi się nie przydali; w kilku dalej kotłach smażono panienki polskie wraz z ich mamulkami za ich edukację zagraniczną i pogardzanie ojczystym językiem, a w głębokim dole widziałam z prawdziwą przyjemnością obrzydłego Wojtusia krzyczącego okropnie, bo mu głowniami upalano tę łapę fatalną, która wypisuje na nas toutes ses méchancetés [wszystkie swoje złośliwości].

Nie skończyłabym dzisiaj, niestety, gdybym chciała wszystkich wymienić. Co do mnie, wleczona przez moich czarnych coraz dalej i dalej wzdłuż ognisk i pieców, stanęłam wreszcie przed szerokim otworem, w którego głębi palił się ogień purpurowy, gwałtowniejszy niż w lejarni pana Cegielskiego. Czarni zeskoczyli i schwycili mnie za ręce; natenczas pojawił się piąty i rozpaloną kosą od jednego razu odciął mi powłokę od spódnicy i wrzucił ją w żar kipiący, a rozwinąwszy potem ogromną skórę wołową, na której krwawymi literami był napis: et la morale oú en est-elle? N’aimes point le queues Mamselle [a moralność – gdzież jest ona? Nie chciej więcej mieć ogona]! jest! skinął straszliwą łapę, a czterech czarni unieśli mnie w górę, by wrzucić w ognistą jamę. Natenczas niepohamowamym na wskroś przerażeniem przejęta zerwałam się z całej siły, krzyknęłam okropnie i, panie, zbudziłam się ledwo żywa, a mama na mój krzyk równymi nogami wyskoczyła z łóżka. Nie dziw się pan zatem, si j’éprouve [jeżeli odczuwam] teraz jeszcze des crsispations de nerfs [skurcze nerwowe], a w głowie wszystkie pulsy biją.

Juliusz S. Tym – „Wielkopolska Brygada Kawalerii w kampanii 1939 roku”

Pod koniec 2016 roku warszawskie wydawnictwo Tetragon specjalizujące się w historii wojskowości (w szczególności II wojny światowej) w serii „Monografie” opublikowało kolejną książkę Juliusza S. Tyma – „Wielkopolska Brygada Kawalerii w kampanii 1939 roku”. Autor, obecnie dyrektor Instytutu Strategii Wojskowej Wydziału Wojskowego Akademii Sztuki Wojennej w Warszawie, jest bardzo zasłużonym badaczem wojennych dziejów Polski, autorem kilkudziesięciu książek, w centrum jego zainteresowań są dzieje jednostek broni pancernej i właśnie kawalerii.

Jego najnowsza książka jest monografią walk prowadzonych podczas wojny obronnej w 1939 roku przez jeden z najbardziej znanych oddziałów Wojska Polskiego. O Wielkopolskiej Brygadzie Kawalerii i jej dowódcy gen. Romanie Abrahamie słyszała chyba większość śremian, przynajmniej tych interesujących się historią, przede wszystkim dzięki tablicy umieszczonej na głazie narzutowym przed budynkiem liceum ogólnokształcącego na ulicy Poznańskiej, upamiętniającej pobyt sztabu brygady w budynku w pierwszych dniach września 1939 roku. Niewielu pewnie jednak wie, że w okolicach miasta było rozlokowanych bardzo dużo pododdziałów brygady i że Śrem odgrywał ważną rolę w planowanej obronie Wielkopolski przed niemieckim najeźdźcą.

Autor szczegółowo omawia przebieg działań zbrojnych prowadzonych przez brygadę, poczynając od przygotowań wojennych i mobilizacji. Wielkopolska Brygada Kawalerii, wchodząca w skład Armii „Poznań” (brygadzie podporządkowano również 55. pułk piechoty z Leszna i Rawicza), otrzymała zadanie prowadzenia działań opóźniających i osłaniających stolicę Wielkopolski od południowego zachodu. Pas osłony obejmował cztery odcinki obrony na rzece Warcie – „Rogalin”, „Śrem” (od Góry do Śremu, dowódcą tego odcinka był major Stanisław Sosień z 55. pułku piechoty), „Zaniemyśl” i „Nowe Miasto” – oraz cztery oddziały wydzielone – „Czempiń”, „Leszno”, „Rydzyna” i „Rawicz”. Wokół Śremu skoncentrowano dużą liczbę pododdziałów brygady; sztab i dowództwo, jak wspomniano, mieściły się w budynku śremskiego liceum, skąd gen Abraham miał dowodzić obroną, wyjeżdżając też oczywiście bezpośrednio na pola działań.

Pierwsze dni września w rejonie na południe od Poznania w kierunku Leszna i Rawicza zapisały się pamiętnymi walkami z najeźdźcą, chociaż główne uderzenie sił niemieckich, doborowych jednostek Wehrmachtu, podczas kampanii wrześniowej skierowało się na inne regiony kraju: Pomorze i ziemię łódzką, tworząc kleszcze zaciskające się wokół Polski; przeciwnikami Wielkopolskiej Brygady Kawalerii na wielkopolskim odcinku frontu były natomiast głównie oddziały Landwehry i Grenzschutzu, wspomagane przez niemieckich dywersantów. Najbardziej znany epizod z tego okresu to wypad na niemieckie terytorium drugiego dnia wojny, kiedy to polskie oddziały zajęły wieś Dębowa Łąka (Geyersdorf) i ostrzelały Wschowę; mniej znane jest zajęcie Załęcza (Königsdorf) koło Rawicza i zniszczenie tamże niemieckiej kolumny samochodowej, które miało miejsce również 2 września. Niestety jeszcze tego samego dnia wieczorem gen. Abraham otrzymał w Śremie rozkaz od dowódcy Armii „Poznań” gen. Kutrzeby, nakazujący mu ściągnięcie oddziałów znad granicy na linię Warty. Następnego dnia, 3 września o godz. 12.00, gen. Abraham wydał w Śremie rozkaz operacyjny nr 3, realizujący polecenie przełożonych i oznaczający w praktyce początek wycofywania się polskich oddziałów w kierunku wschodnim. Pozostałe działania zbrojne Wielkopolskiej Brygady Kawalerii, w których jej żołnierze odznaczyli się męstwem i poświęceniem, prowadzone były już w innych regionach kraju: w pamiętnej bitwie nad Bzurą, w Puszczy Kampinoskiej i wreszcie w obronie Warszawy.

Książka Juliusza S. Tyma jest bardzo rzetelnie opracowaną monografią tych działań, jej wartość naukową podnoszą liczne przypisy, bibliografia, skorowidze nazwisk i nazw geograficznych, w książce jest nawet podana szczegółowa obsada personalna brygady (według stanu na 31 sierpnia 1939 roku). Książka jest cennym źródłem zarówno dla zawodowych historyków jak i zwykłych pasjonatów historii, również regionu śremskiego – monografia szczegółowo opisuje rozlokowanie i ruchy wojsk w pierwszych dniach września 1939 roku nie tylko w samym Śremie, lecz również mniejszych miejscowościach powiatu.

Jako śremianinowi jednej rzeczy w książce atoli mi zabrakło – szczegółowego przedstawienia kulis egzekucji 10 niemieckich dywersantów, skazanych na śmierć przez sąd polowy brygady i rozstrzelanych 3 września na obrzeżach obecnego parku im. Powstańców Wielkopolskich. Książka poświęca temu wydarzeniu zaledwie pięć linijek tekstu, a przecież, biorąc pod uwagę jego reperkusje (wykorzystanie propagandowe przez Niemców w celu usprawiedliwienia egzekucji Polaków na śremskim rynku 20 października i później w Zbrudzewie), było to ważne wydarzenie w dziejach miasta. Od dawna czekam na to, aby któryś z historyków zajął się tym tematem i gruntownie zbadał, co w Śremie zaszło 3 września – zachowało się chyba dość materiałów źródłowych? Książka Juliusza S. Tyma niestety na to pytanie nie daje odpowiedzi.

Biblioteka Raczyńskich – „Celtyckie odrodzenie”

1 kwietnia – przy okazji wyjazdu na spektakl „Kwiatów polskich” w Teatrze Muzycznym w Poznaniu postanawiam odwiedzić też Bibliotekę Raczyńskich, gdzie chcę zobaczyć dwie najnowsze wystawy: „Celtyckie odrodzenie” w Galerii Atanazego i „Posnaniana 2016” w Galerii Edwarda. Do gmachu biblioteki wchodzę (jako pierwszy – nie czytelnik, bo czytelnikiem poznańskiej biblioteki niestety nie jestem, tylko zwiedzający) zaraz po otwarciu o godzinie 10. Spektakl odbędzie się dopiero o 12, mam więc dość dużo czasu na zwiedzenie wystaw.

„Celtyckie odrodzenie” to monograficzna wystawa poświęcona ruchowi odrodzenia narodowego, a właściwie tylko aspektowi kulturalnemu tego ruchu, w Irlandii na przełomie XIX i XX wieku. Kultura celtycka od dawna cieszy się w Polsce zainteresowaniem, co pamiętam jeszcze z okresu moich studiów anglistycznych. Ta jej popularność wśród moich kolegów na studiach była wtedy wprawdzie dla mnie pewną zagadką, dla mnie ciekawsza była kultura anglosaska – angielska i amerykańska; kultura celtycka była zawsze na obrzeżu moich zainteresowań, z jednym wyjątkiem – cyklu legend arturiańskich, które w pełni zostały przejęte i zasymilowane przez kulturę angielską. Nieznane jednak też może przyciągać; z tym większym zainteresowaniem obejrzałem wystawę.

Z pisarzy przedstawionych na wystawie znałem dotychczas tylko Williama Butlera Yeatsa, który też zajmuje na niej najwięcej miejsca. Nic dziwnego, to jedyny laureat literackiej Nagrody Nobla w tym gronie, jego wiersze drukowane w „Literaturze na Świecie” pamiętam jeszcze z czasów licealnych. Ostatnie słowa jednego z jego wierszy („Cast a cold Eye / On Life, on Death / Horseman pass by”) wyryto też na grobie Yeatsa. Szkoda, że na wystawie nie zacytowano wiersza w całości w przekładzie Ludmiły Mariańskiej:

Tu, gdzie Ben Bulben łysy łeb obnażył,
Yeats leży w Drumcliff na cmentarzu.
Przy drodze wiekowy krzyż stoi,
Utarty napis marmuru nie zdobi;
Tylko na głazie wapiennym tej treści
Wyryto słowa, które sam kazał umieścić:
Tak samo chłodno spójrz
Na życie i na śmierć
Nie wstrzymuj konia, jedź!
Wystawa daje jednak wgląd też w inne aspekty życia pisarza – jego działalność polityczną (już po odzyskaniu niepodległości Yeats zasiadał w senacie irlandzkim) i animatorską na rzecz odrodzenia kultury irlandzkiej: był między innymi współzałożycielem Abbey Theatre, sceny bardzo zasłużonej dla Irlandii. Drugim założycielem tego teatru był John Millington Synge, w przeciwieństwie do Yeatsa dotychczas w ogóle mi nieznany, autor dramatów, poezji i opisów wysp Aran u zachodniego wybrzeża Irlandii, na których do XX wieku zachowała się pierwotna kultura celtycka. Trzecią wielką postacią, które założyły Abbey Theatre, była Lady Gregory, jedyna kobieta w tym gronie, autorka wielu dramatów i przede wszystkim opracowań irlandzkich legend i folkloru. Jej książki wyłożono też w gablotach na lewo od wejścia Galerii Atanazego, w zakątku poświęconym irlandzkim baśniom i legendom.

Wystawa „Celtyckie odrodzenie” jest niewielka, ale warta zobaczenia, przede wszystkim przez tych, którzy pasjonują się kulturą irlandzką. Jedyne zastrzeżenia miałbym do tłumaczeń. W wielu przypadkach angielskie cytaty w ogóle nie zostały przetłumaczone (znajomość angielskiego w Polsce jest coraz szersza, ale nie powszechna, tłumaczenia by się przydały), zdarzają się też pomyłki. 15 marca 1852 roku nie miały miejsca „urodziny” Lady Gregory, rzeczownik ten bardzo rzadko jest używany w tym znaczeniu, całą tablicę chronologii celtyckiego odrodzenia należałoby przeredagować pod względem językowym.

* * *

W Galerii Edwarda (w starym gmachu Biblioteki) wystawa pokonkursowa „Posnaniana 2016”. Nagrody im. Józefa Łukaszewicza (XIX-wiecznego historyka i pierwszego dyrektora Biblioteki Raczyńskich) są przyznawane już od 1999 roku; w tym roku laureatami zostali: Piotr Grzelczak za „Poznański Czerwiec 1956. Walka o pamięć w latach 1956-1989”, Alicja Przybyszewska za książkę „Etyczny utylitarysta. Edmund Rygier w Teatrze Polskim w Poznaniu (1896-1908)” i Tomasz Sikorski za „Bal maskowy. Wojciech Bąk 1907-1961. Biografia pisarza”. W gablotach wyeksponowano jednak dużo innych ciekawych pozycji, nie tylko tych nominowanych do nagrody. Dominuje historia i szeroko pojmowana humanistyka, z chęcią zapoznałbym się np. z książką „Podpatrywanie miasta. Miasto w socjologii poznańskiej 1920-2000” pod redakcją Stanisława Lisieckiego, czy najnowszymi tomami „Kroniki Miasta Poznania”, zwłaszcza tym poświęconym Puszczykowu. Dużo też książek popularnonaukowych, jak „Klęska gauleitera. Sensacje z kraju Warty” Leszka Adamczewskiego, a nawet powieści (np. „Niziołkowie z ulicy Pamiątkowej” Małgorzaty Klunder); niestety brak czasu prawdopodobnie nie pozwoli mi na przeczytanie żadnej z nich.

* * *

I, w drodze do Teatru Muzycznego, jeszcze krótka wizyta w Bibliotece Uniwersyteckiej przy Ratajczaka. Tam bardzo ciekawa wystawa „Polski Paryż romantyczny”, m.in. z pierwodrukami „Pana Tadeusza”, „Kordiana”, „Nie-boskiej komedii”, ale też listami, zaproszeniami na bale, ulotnymi drukami i innymi dokumentami życia społecznego; trochę dalej na parterze planszowa wystawa poświęcona Jamesowi Joyce’owi. Wiem, że na piętrze Biblioteki jest wystawa XXII Poznańskiego Przeglądu Książki Naukowej, niestety muszę zrezygnować z jej zwiedzenia, już niedługo rozpocznie się spektakl, na który przyjechałem do Poznania.

Krakowski Salon Poezji Anny Dymnej – „Kwiaty polskie”

1 kwietnia – kolejny wyjazd do Teatru Muzycznego w Poznaniu na spektakl Krakowskiego Salonu Poezji Anny Dymnej. Tym razem Anna Cieślak z Teatru Polskiego w Warszawie czyta „Kwiaty polskie” Juliana Tuwima.

Frekwencja mniejsza niż na ostatnim spotkaniu z Danielem Olbrychskim, na którym byłem (na spektakl z Piotrem Fronczewskim w ogóle nie udało mi się dostać biletu), są jeszcze miejsca, ale też i Anna Cieślak nie jest taką sławą jak Olbrychski czy Fronczewski. Sława recytowanego utworu nie pomaga, publiczność przychodzi na aktorów, nie wiersze.

W swojej domowej biblioteczce mam zarówno pełen tekst „Kwiatów polskich” jak i obszerny, prawie 400-stronicowy wybór „Poezji” Juliana Tuwima, mój stosunek do tej twórczości jest jednak niejednoznaczny. Poezja Juliana Tuwima, przed wojną i zaraz po wojnie uważana za genialną, wiele straciła na swoim blasku. Chociaż Tuwim, a raczej wiele jego wierszy, wciąż jest pamiętany, duża część tej twórczości jest już martwa, w przeciwieństwie do innych poetów dwudziestolecia: Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, Bolesława Leśmiana, Jana Lechonia, czy nawet Władysława Broniewskiego. Habent sua fata libelli…

Ale przejdźmy do samego spektaklu. Anna Cieślak, ubrana na scenie – jakżeby inaczej? – we wzorzystą białą sukienkę w kwiaty, jest utalentowaną młodą aktorką, która potrafi pozyskać sobie publiczność. Przyczynia się do tego jej ciepły głos, umiejętność nawiązania kontaktu z widownią, brak pretensjonalności, od której nie są wolni niektórzy starsi i bardziej znani aktorzy. Zresztą wbrew temu, co mogliśmy usłyszeć we wstępie przed spektaklem, Anna Cieślak nie jest debiutantką, na scenie występuje już od 2004 roku, mogliśmy ją też zobaczyć w wielu filmach, jak „Karol. Człowiek, który został papieżem”, „General Nil”, i serialach. Do pełnego profesjonalizmu aktorce wprawdzie trochę jeszcze brakuje – mam na myśli kiksy i pomyłki w czytaniu tekstu, których jak na godzinny spektakl było trochę zbyt dużo, Anna Cieślak z pewnością pokazała jednak wysoką klasę aktorską.

A same „Kwiaty polskie”? Umocniły się moje przemyślenia z wcześniejszych lektur Tuwima: z czteroczęściowego spektaklu (przeplatanego utworami na harfę w wykonaniu Natalii Różańskiej) podobała mi się część ostatnia. Na jej początku usłyszeliśmy znany wszystkim (chociaż nie wszyscy wiedzą, że to z „Kwiatów polskich”) fragment „Czy pamiętasz, jak ze mną tańczyłeś walca”, czyli „Grande Valse Brilliante”, rozsławiony przez piosenkę Ewy Demarczyk, następnie przejmujące „Nie miałem serca dla Warszawy” i „Potem”. Przyczyną mojego szczególnego upodobania do tych wersów jest oczywiście ich humanistyczny wymiar, fragmenty te opowiadają o ludziach, są bezpośrednim odbiciem przeżyć Tuwima, w przeciwieństwie do trzech pierwszych części spektaklu, opowiadających o kwiatach, zapachach i poezji, które były dla mnie zbyt estetyzujące i jako takie nie mogły wzbudzić wzruszenia. Szkoda, że zamiast nich nie wybrano innych fragmentów poematu, np. tych poświęconych rewolucji 1905 roku, czy wspomnieniom z Łodzi i Inowłodza.

Kolejne spotkania Salonu dopiero 13 maja (wiersze Jeremiego Przybory) i 20 maja (poezje Wojciecha Bąka będą czytać Andrzej Seweryn i Maria Seweryn). Z chęcią pojechałbym zwłaszcza na ten drugi spektakl; czy mi się uda – zobaczymy.

Anna Cieślak

W oczekiwaniu na autograf. Widać tylko moje okulary, czoło i sweter :-). Fot. Teatr Muzyczny w Poznaniu.

Zamek Cesarski w Poznaniu – „Złe kobiety”

25 marca – wyjazd do Poznania na Targi Edukacyjne i nową wystawę w Centrum Kultury „Zamek”. Na Targach Edukacyjnych byłem już wielokrotnie; zwykle najbardziej interesują mnie imprezy towarzyszące targom: spotkania, konferencje organizowane przez Ośrodek Doskonalenia Nauczycieli. W tym roku też takie są, ich tematyka – programowanie – całkowicie mija się jednak z moimi zainteresowaniami, ograniczam się więc do zwiedzania stoisk i ekspozycji. Obejście wszystkich stoisk szkół i uczelni zajmuje się mi tylko 40 minut, więcej czasu (godzinę) spędzam na odbywających się obok targach „Książka dla Dzieci, Młodzieży i Rodziców” i Poznańskich Targach Książki Naukowej i Popularnonaukowej. Te ostatnie zostały tu przeniesione z Collegium Maius; nowe miejsce chyba im bardziej służy – więcej zwiedzających, połączenie z innymi wydarzeniami. Obie imprezy odbywają się pod jednym dachem – naukowe monografie mieszają się z baśniami i innymi książkami dla dzieci; odkrywam mnóstwo ciekawych pozycji, jak biografię Atanazego Raczyńskiego, listy Karola Marcinkowskiego, nie kupuję jednak żadnej, nieprzeczytane książki, które czekają swojej kolejki na lekturę, można już u mnie liczyć w dziesiątki. Zatrzymuję się też na promocji „Bajek filozoficznych” Michela Piquemala, która odbywa się właśnie na głównej scenie; najwięcej czasu spędzam natomiast na pokonkursowej wystawie „Salonu Ilustratorów” – ilustracje prezentowane tu w oryginale robią o wiele większe wrażenie niż w książkach, z pewnością rozwijają wrażliwość dziecka na sztukę. Chętnie zatrzymałbym się przy nich na dłużej, muszę już jednak opuścić teren targów – idę na wystawę do Zamku.

* * *

„Złe kobiety” – najnowsza wystawa w głównej sali ekspozycyjnej Zamku Cesarskiego o tytule jak najbardziej przemyślanym i – celowo dwuznacznym. Tytuł od razu zdradza feministyczne przesłanie wystawy, czego potwierdzenie znajdujemy tuż przy wejściu w postaci wstępu napisanego przez czołową polską feministkę, Sylwię Chutnik. Tylko 22 procent profesorów w polskich uczelniach artystycznych to kobiety, chociaż studentki stanowią w nich aż 77 procent studiujących. Dlaczego? – pyta Sylwia Chutnik. Dalej rozważania na temat feminizmu, który – według niej – jest czymś wstydliwym, czego się wypieramy, jest jak beknięcie przy stole. To ostatnie zdanie wzbudza mnie wątpliwości. Skąd ten pomysł? W środowisku, w którym Sylwia Chutnik się obraca, środowisku „Gazety Wyborczej” i poprawności politycznej, feminizm na pewno nie jest traktowany jak bekanie. Z potępieniem spotyka się raczej postawa odwrotna – wszelka krytyka feminizmu. Pomińmy jednak na razie te rozważania, przejdźmy do samej sztuki.

„Złe kobiety” są bardzo dobrą (chociaż niewielką) wystawą, jedną z lepszych, jakie ostatnio widziałem w Poznaniu. Już przy wejściu w jej klimat wprowadza nas video „Postulate” Aleksandry Ska, ukazujące piękną, nagą kobietę, stojącą przy oknie i drapiącą palcami o szybę (słyszymy jednak drażniący pisk pocieranego o szkło styropianu), jakby pragnącą wydostać się na zewnątrz. W kolejnym video – „Sumo” – Katarzyna Górna ukazuje kobiety, o ciałach wcale już nie pięknych i młodych, przybierające pozycje jak japońscy zawodnicy tej sztuki walki. Wezwanie do walki o swoje prawa czy autoironia? Tuż obok „Mdłości” Beaty Białeckiej – oprócz memów Marty Frej jedyny obraz na wystawie, ukazujący kobietę wymiotującą… barankiem, takim, jakiego znamy z wielkanocnych koszyczków. Nie musimy się głowić nad interpretacją obrazu – podpis pod nim wyjaśnia, że chodzi o próby zwymiotowania boskiego pierwiastka. Memy Marty Frej to najbardziej znane dzieła na wystawie – szeroko publikowane w mediach, powstały przed czarnym protestem 3 października 2016 roku. Mają jasno określoną wymowę publicystyczną, na pewno podobają się publiczności, tak jak wzorowana na kościelnej dowcipna chorągiew „Puszczamy się, kiedy chcemy” tejże artystki.

Na uwagę zasługuje też dużo innych prac, jak instalacja „Ana-suromai” Iwony Demko, nawiązujący do dawnego gestu podniesienia spódnicy i obnażenia waginy przez kobietę. Starożytny obyczaj, mający prawdopodobnie sakralne znaczenie, posłużył tu całkiem innej, współczesnej ideologii. Obok instalacji wiszą „Autoportrety” Macieja Osiki, jedynego mężczyzny w tym gronie; to rzeczywiście autoportrety artysty, tyle że Maciej Osika sfotografował się na nich w… kobiecym makijażu, ubraniu i fryzurze. Jako pasjonata historii zaciekawia mnie instalacja „PatRIOTki” Anny Leśniak, nawiązująca do udziału kobiet w polskich organizacjach socjalistycznych i anarchistycznych (powiedzmy wprost: terrorystycznych) na przełomie XIX i XX wieku. Fotografiom (są to współczesne zdjęcia, do których pozują modelki, nie autentyczne) patriotek towarzyszą trzy wirujące suknie – biała, czerwona i czarna – z ukrytymi atrapami broni i granatów.

I jeszcze na samym końcu sali video „Walka” Zuzanny Janin, w którym autorka stacza na ringu walkę z zawodowym bokserem wagi ciężkiej. Podpis pod pracą głosi, że widać tu dominację kobiety, dłuższe przyjrzenie się filmowi zdradza jednak coś innego. O ile artystka rzeczywiście angażuje się w walkę, jej przeciwnik zdaje się tylko markować uderzenia, oszczędza kobietę. Przecież gdyby naprawdę chciał, mógłby zabić ją jednym ciosem. Czy taki był zamysł artystki? W niezamierzony sposób video pokazało całkiem inny aspekt feminizmu i rzekomej „walki płci”.

Powracam do pierwszego pomieszczenia i wstępu Sylwii Chutnik. Poglądy feministki nie są dla mnie nowe, coś bardzo podobnego, tyle że w kontekście literatury, usłyszałem od niej trzy lata temu, na spotkaniu w Miłosławiu podczas wręczenia Nagrody Kościelskich. Parytety, parytety… parytetów feministki domagają się od dawna. Tylko dlaczego, domagając się parytetu dla profesorek, Sylwia Chutnik nie dostrzega braku parytetu wśród studentów? Chłopcy, którzy chcą studiować na uczelniach artystycznych, mogliby uskarżać się na mniejsze szanse, skoro jest ich tylko 23 procent. Nie skarżą się jednak, nie domagają się, aby przyjmowano po połowie chłopców i dziewczęta (jak kiedyś było w akademiach medycznych), akceptują fakt, że o przyjęciu decydują zdolności, prezentowane prace. A że później udział kobiet wśród wyższej kadry naukowej spada? Podobne zjawisko jest na filologiach. Studia te są bardzo sfeminizowane, pamiętam, że około 80 procent studiujących na anglistyce i germanistyce stanowiły studentki, na polonistyce czy rusycystyce było ich jeszcze więcej, ponad 90 procent. Wśród profesorów na tych kierunkach z kolei udział mężczyzn jest wyższy, niż wynikałoby to z rozkładu płci wśród studentów. Feministki uznają to za przejaw dyskryminacji; dlaczego nie dopuszczają myśli, że mężczyźni, którzy robią kariery naukowe, są po prostu statystycznie zdolniejsi, bardziej kreatywni, oryginalni?

Zbigniew Szmidt – „Wielkopolska – dziedzictwo kulturowe”

W ubiegłym roku ukazała się kolejna pozycja albumowa przedstawiająca nasz region – „Wielkopolska – dziedzictwo kulturowe” Zbigniewa Szmidta. Zbigniew Szmidt, znany krajoznawca (autor m.in. przewodników po Śremie) i fotografik, którego zdjęcia pojawiły się w wielu wydawnictwach albumowych, np. „Drewniane kościoły w Wielkopolsce”, tym razem wydał własny album poświęcony regionowi – około 200 fotografii zawierających obiekty z całego województwa wielkopolskiego w jego obecnych granicach, w porządku alfabetycznym i z krótkimi podpisami w języku polskim, angielskim i niemieckim.

Książka niestety nie jest dostępna w wolnej sprzedaży; jest kolportowana przez wydawcę (Związek Parków Krajobrazowych Województwa Wielkopolskiego) i samorząd województwa wielkopolskiego. Ja otrzymałem ją dzięki uprzejmości autora.

Kiedy po raz pierwszy wziąłem album do ręki, jako śremianin od 30 lat poszukałem oczywiście najpierw mojego miasta, poszukałem i nie znalazłem. Zaskoczenie? Nie znalazłem też jednak żadnego obiektu ze stolicy Wielkopolski, Poznania, ani też Gniezna, Leszna czy Piły. Nie ma w książce katedr ani najwspanialszych obiektów architektury sakralnej, jak klasztorów w Lubiniu czy w Lądzie, albo bazyliki w Gostyniu. Zabrakło też tych wielkopolskich rezydencji arystokratycznych, które są  najbardziej znane w kraju: Kórnika, Rogalina z dębami i Szamotuł z basztą Czarnej Halszki. Ze słynnych siedzib rodowych w książce jest tylko zamek w Gołuchowie. Kiedy zapoznałem się z książką w całości, stwierdziłem, że autor przedstawił w niej tylko cztery miasta powiatowe: Kalisz (dwór Gutowskich na Majkowie i drewniany kościół na Zawodziu), Koło (ruiny zamku Kazimierza Wielkiego), Konin (chałupa w muzeum w Gosławicach) i Pleszew (kościół św. Floriana); oprócz Koła nie są to też obiekty turystyczne najbardziej kojarzone z tymi miastami.

Jest za to mnóstwo obiektów znajdujących się w małych miasteczkach i wioskach, o których turyści, nawet z Wielkopolski, często nie słyszeli. Z mojego powiatu śremskiego są to na przykład drewniane kościoły w Gogolewie, Błażejewie i Żabnie, plebania w Dolsku, pałace w Błociszewie, Jaszkowie, Psarskiem, Grzybnie; w całej książce właśnie na architekturze rezydencjonalnej i sakralnej koncentruje się autor. Wybór to oczywiście bardzo subiektywny i wielokrotnie można zadać pytanie, dlaczego wybrano właśnie te, a nie inne obiekty, autor miał jednak do tego pełne prawo. Książka jest więc prywatnym, odautorskim zaproszeniem do odwiedzenia tej mniej znanej Wielkopolski.

Jeśli czegoś żałuję, to pominięcia terenów historycznej Wielkopolskiej, które na skutek zmian administracyjnych znalazły się w innych województwach (np. zamku w Międzyrzeczu, zespołu pocysterskiego w Paradyżu, czy atrakcji turystycznych Pałuk), a także braku wnętrz przedstawionych obiektów. Fotografie przedstawiają tylko ich wygląd zewnętrzny, tymczasem w niektórych przypadkach wyposażenie obiektów (np. polichromie na plebanii w Dolsku lub wnętrze kościoła „Na Pólku” w Bralinie – najładniejszego kościoła drewnianego w Wielkopolsce) jest ciekawsze i piękniejsze niż ich architektura.

Mam nadzieję, że książka Zbigniewa Szmidta znajdzie się również w sprzedaży księgarskiej – jako wydawnictwo albumowe może stanowić cenny podarunek dla wszystkich zainteresowanych Wielkopolską.