Zamek Cesarski w Poznaniu – „Przepych, nadmiar, kicz – pusta forma, czy ukryte znaczenie?”

24 lutego – wycieczka rowerowa do Centrum Kultury „Zamek” w Poznaniu na konferencję naukową „Przepych, nadmiar, kicz – pusta forma, czy ukryte znaczenie?”. Pogoda bardzo zła – cztery stopnie mrozu, odczuwalna temperatura jest jednak o wiele niższa z powodu silnego północnego wiatru, który w dodatku spowalnia jazdę. Już w samym Poznaniu zaczynam poważnie obawiać się odmrożenia rąk, wreszcie po 3,5 godzinach jazdy jestem przed zamkiem. Mam kłopoty z trafieniem na Scenę Nową, na której odbywa się konferencja, jeszcze nigdy tam nie byłem, wreszcie odnajduję ją we wschodniej wieży zamku. W sali niewiele ponad 20 osób, prof. Piotr Korduba wygłasza właśnie referat wprowadzający.

W pierwszej części konferencji mogę wysłuchać trzech referatów: „Luksus w starożytnym Rzymie” Diany Mroczek, „Złote tła w malarstwie bizantyjskim – przepych, czy sposób na realistyczne ukazanie przestrzeni?” Magdaleny Garnczarskiej i „Pełen przepychu turniejowy podręcznik składany w dyplomatycznym podarunku, czyli wyjątkowy przypadek krakowskiego rękopisu „Księgi turniejowej” René d’Anjou” Teresy Kowalskiej. Wszyscy referenci są studentami lub doktorantami; ich prezentacje na szczęście wykraczają poza ramy tytułów, Diana Mroczek dużo więc opowiada o kulturze starożytnego Rzymu, referat Magdaleny Garnczarskiej jest w istocie przeglądem sztuki bizantyńskiej – od jej wczesnego do późnego okresu, dzięki Teresie Kowalskiej mam natomiast okazję zapoznać się z dotąd nieznanym mi bogato iluminowanym rękopisem z kolekcji Izabeli Czartoryskiej w Domu Gotyckim w Puławach.

Podczas dyskusji większość pytań dotyczy sztuki bizantyńskiej, mnie bardziej interesują dwa pozostałe referaty. Zadaję też pierwsze pytanie Dianie Mroczek:

– W referacie mówiła pani o zakazach dotyczących przedmiotów luksusu i zbytku w Rzymie. Rozumiem, że zakazy te wynikały z obiekcji moralnych, ale też obawy przed zbytnią emancypacją plebsu. Czy mam rację? Moje drugie pytanie dotyczy relacji handlowych Rzymu z innymi krajami. Wspomniała pani, że Rzymianie sprowadzali kość słoniową z Afryki i perły z Zatoki Perskiej, relacje te były jednak o wiele szersze, dużo towarów importowano na przykład z Indii. Czy ma pani natomiast jakieś informacje na temat stosunków Rzymu z Chinami?

– Zakazy wynikały głównie z przyczyn moralnych, przynajmniej oficjalnie. Oczywiście kryła się za tym też obawa przez zbytnim wzrostem znaczenia plebsu – odpowiada Diana Mroczek. – Co do pana drugiego pytania, to prawda, że Rzymianie utrzymywali też stosunki z innymi krajami…

– Mamy dowody, że w II wieku rzymskie poselstwo przebywało na dworze w Chinach – wtrąca jeden ze słuchaczy na sali.

– No i chociażby jedwab – dopowiada jeden z organizatorów – który pochodził z Chin.

O posłach wysyłanych przez oba kraje już wcześniej słyszałem, przekonujących dowodów na to, że Rzym i Chiny miały z sobą bezpośrednie kontakty, tak jak w przypadku Indii, dotąd nie znalazłem, pytanie pozostaje więc bez odpowiedzi. Szkoda, bo problem nurtuje mnie od dawna.

Drugie pytanie zadaję Teresie Kowalskiej.

– Puławy to moje miasto rodzinne, interesuje mnie wiec, w jakich dokładnie okolicznościach rękopis „Księgi turniejowej” trafił do rąk księżnej Izabeli Czartoryskiej.

– Znalazł się w Puławach w 1811 roku, ale nie znam szczegółów.

– Czy znalazł się w „Katalogu pamiątek złożonych w Domu Gotyckim w Puławach” napisanym przez Izabelę Czartoryską?

– Tak, i to w pierwszym wydaniu.

Podczas przerwy kawowej mam okazję porozmawiać ze znajomą z Poznania, która, tak jak ja, uczestniczy w różnych imprezach kulturalnych w Poznaniu; zamieniam też kilka słów z Teresą Kowalską, która okazuje się córką dobrze mi znanego Jacka Kowalskiego, na którego koncertach i wykładach byłem kilkakrotnie. Rozmawiamy między innymi o średniowiecznej literaturze francuskiej, o „Godzinkach księcia de Berry”, arcydziele francuskiej sztuki iluminatorskiej XV wieku. Ja widać, córka odziedziczyła zainteresowania po tacie.

Po przerwie kawowej druga część konferencji w referatami: „Między reklamą, wysoką sztuką i… tanim kiczem. Ozdobne winiety zakładów fotograficznych w latach 1870-1918” Rafała Mieczkowskiego, „Estetyka kiczu w twórczości Władysława Hasiora” Magdaleny Chomiak i „Przepych formy jako strategia artystyczna – „Święty kicz”” Iwony Wilczek. Największe kontrowersje (prelegentka z góry zastrzega, ze nie chciałaby nikogo obrazić) może budzić ostatni referat, w którym ukazano przykłady kiczu we współczesnej sztuce sakralnej, ale też „obrazoburcze” przykłady sztuki współczesnej, jak osławione genitalia na krzyżu Doroty Nieznalskiej czy papież przygnieciony meteorytem Maurizio Catellana, wystawiany swego czasu w warszawskiej „Zachęcie”. Mnie wprawdzie bardziej interesują inne kwestie i pierwsze pytanie kieruję do Rafała Mieczkowskiego, który opowiadał o fotografii i winietach.

– Podał pan wiele przykładów sztuki reklamowej, ale lata 1870-1918 to również okres burzliwego rozwoju ideologii nacjonalizmu w Europie. Uwidaczniało się to też tu, w Poznańskiem, w napięciach między ludnością polską i niemiecką. Czy te nacjonalizmy były widoczne też w winietach?

– Tak, były, nawet w nazwach zakładów: „Germania” czy „Teutonia”. Znalazłem nawet winietę jednego zakładu fotograficznego, niestety nie pamiętam nazwy, w której głównym motywem była flaga Cesarstwa Niemieckiego. Określoną wymowę miał też wybór języka reklamy – polskiego lub niemieckiego.

Inne pytania z sali dotyczą referatu Iwony Wilczek, przedstawień Jezusa, Maryi w sztuce. Zabieram głos tylko raz, kiedy zarówno prelegentka jak i jeden z dyskutantów mówią o kwestionowaniu dogmatu o „niepokalanym poczęciu” przez współczesną rzeźbę ukazującą Maryję w ciąży. Muszę to sprostować:

– Przepraszam, ale mówimy chyba o czymś całkiem innym. Dogmat o niepokalanym poczęciu nie dotyczy narodzin Jezusa, tego, czy Maryja była z nim w ciąży, czy nie, ale czegoś całkiem innego. Dogmat ten dotyczy poczęcia i narodzin samej Maryi, nie Jezusa, mówi, że Maryja była wolna od zmazy grzechu pierworodnego. Zdecydowana większość Polaków – katolików rozumie to błędnie.

– Z niepokalanym poczęciem rzeczywiście jest tak, jak mówiłem. Miałem też ochotę zadać pani pytanie na temat kwestii penalizacji współczesnych dzieł sztuki, które można oskarżyć o obrazę uczuć religijnych. Bo przecież bardzo dużo z tych prac, które pani przedstawiła podpada właściwie pod kodeks karny.

– O, to może dobrze, że nie zapytał pan. Bo to rzeczywiście bardzo kontrowersyjny temat.

O godzinie 14 następuje przerwa obiadowa. Chętnie zostałbym też na sesji popołudniowej, na której zaplanowano też referat na temat twórczości Ady Karczmarczyk, której ciekawą wystawę „Bóg i dziewczyna” widziałem w „Arsenale” dwa lata temu. Niestety muszę już wracać, chcę zdążyć do Śremu przed zapadnięciem nocy.

Galeria Miejska „Arsenał” – „Moja mama urodziła się w Poznaniu”. „Zaleszany”

17 lutego – przed wykładem na temat obrazu „Mojżesz przed krzewem gorejącym” Stanisława Kubickiego w Muzeum Narodowym wpadam jeszcze do Biblioteki Raczyńskich, aby zobaczyć, czy są jakieś nowe wystawy. Wystawę poświęconą Leonowi Prauzińskiemu już widziałem, ograniczam się do obejrzenia dziesięciominutowego filmu, w którym synowa i wnuczka malarza opowiadają o jego ostatnich dniach (Leon Prauziński został zamordowany w Poznaniu w Forcie VII) i o wysiedleniu rodziny do Generalnego Gubernatorstwa.

Dwie pozostałe wystawy nie są już tak ciekawe. Wystawa „Co czyta Poznań” w Galerii Edwarda, opracowana na podstawie komputerowej ewidencji wypożyczeń, potwierdza to, co i tak wiadomo: Polacy czytają literaturę lekką, łatwą i przyjemną – wśród wypożyczeń dla dorosłych króluje Katarzyna Michalak, dla dzieci: Martin Widmark (różne „Tajemnice…”) i Nelly mała reporterka. Nie osądzam zresztą jakości tych książek; najważniejsze, że w ogóle czytają…

Wystawa planszowa „Coexist – Poznań i Żydzi” postawiła sobie za cel przedstawienie na kilku planszach 750-letniej historii poznańskich Żydów, co może wydawać się przedsięwzięciem karkołomnym, najważniejsze informacje są jednak zachowane i wystawa może być dobrym punktem wyjścia dla kogoś, kto bliżej się zainteresuje tym tematem. Najciekawsze są dla mnie plansze poświęcone wydanej cztery lata temu książce „Fira. Poznańscy Żydzi. Opowieść o życiu” o mniejszości żydowskiej w Poznaniu przed wojną, bo i wtedy była taka mniejszość, chociaż po I wojnie światowej większość Żydów, identyfikując się bardziej z kulturą niemiecką niż polską, wyjechała do Niemiec.

* * *

Po wykładzie w Muzeum Narodowym ostatni etap dzisiejszej wyprawy – dwie wystawy w Galerii Miejskiej „Arsenał”.

„Moja mama urodziła się w Poznaniu”. „Moja”, czyli mama Bettiny Bereś, krakowskiej artystki, która pod takim tytułem przedstawia niewielką wystawę na parterze „Arsenału”. Ojcem Bettiny jest Jerzy Bereś, wystawę Bettina poświęciła jednak nie jemu, lecz rodzinie matki, również artystki, Marii Pinińskiej-Bereś.

Wystawa zaskakuje od pierwszych eksponatów. Widzimy łoże (właściwe małe łóżko) małżeńskie z wydrukowanymi na poduszkach fotografiami rodziców artystki, obok nich portrety dziadków, z których jeden zginął z rąk NKWD w Charkowie, drugi dożył sędziwego wieku 100 lat, działając w prywatnej inicjatywie. A wszystkie te informacje możemy wyczytać z… haftów na serwetach i poduszkach, takich, jakie kiedyś były popularne na kuchennych makatkach. Takie makatki porozwieszane są zresztą też w innych punktach wystawy, tradycyjny jest nawet „szkolny”, niczym z zeszytu pierwszoklasisty, krój liter. I tylko napisy na tych „makatkach” nie pasują do tradycyjnego obrazu: „Ola, jesteś za mądra”, czy „Do performensu ściągnij buty”. Jest też stół z „półmiskami”, na których wyhaftowano nazwy potraw. Artystka świadomie sięga więc do poetyki kiczu, chociaż wcale nie jest pewne, czemu miałoby to służyć. Obśmianiu drobnomieszczańskich nawyków Polaków? Czy przeciwnie – daniu wyrazu tęsknocie za ciepłem rodzinnego domu? Dwojako można też interpretować olejne obrazy uzupełniające wystawę, ukazujące zwykłe sprzęty domowe.

* * *

Całkiem inna w charakterze jest wystawa na piętrze „Arsenału”, zatytułowana „Zaleszany”. Zaleszany to wioska w powiecie hajnowskim w województwie podlaskim, w której krótko po wojnie, w 1946 roku, doszło do zbrodni – oddział Pogotowia Akcji Specjalnej Narodowego Zjednoczenia Wojskowego (jednego z ugrupowań antykomunistycznego podziemia) pod dowództwem Romualda Rajsa („Burego”) zamordował 16 osób, w tym kobiety i dzieci, wcześniej planując eksterminację całej wioski, zamieszkanej przez Białorusinów. Instalacja Małgorzaty Dmitruk i Leona Tarasewicza, chociaż zajmuje bardzo dużą przestrzeń, jest prosta i ascetyczna. Ściany pokrywają zwyczajne, wzorowane na dziecięcych lub sztuce etno rysunki Małgorzaty Dmitruk, ukazujące głównie drzewa i codzienne życie w wiosce; tylko na jednym rysunku, przedstawieniu masowego grobu, możemy domyślać się tragedii. Z kolei podłoga galerii to dzieło Leona Tarasewicza. Cała podłoga jest wyłożona czarnymi płytami, jakby papą; na podłodze leżą ułożone czarne belki, wyglądające jak pozostałości spalonych domów.

W drugim pomieszczeniu piętra „Arsenału” jest wyświetlany godzinny film dokumentalny „Bohater” Agnieszki Arnold z 2002 roku – opowieść o „Burym”, o jego walce z Niemcami i litewskimi kolaborantami podczas II wojny i świadomej i o zbrodni w Zaleszanach po wojnie. Reżyserka pozwala mówić różnym osobom, zarówno mieszkańcom spalonej wsi, jak i byłym towarzyszom „Burego”, którzy go wyraźnie gloryfikują. Neutralność ta jest oczywiście pozorna. Wiemy, po czyjej stronie opowiada się reżyserka filmu, tak samo, jak wiemy, po czyjej stronie opowiadają się Małgorzata Dmitruk i Leon Tarasewicz – oboje pochodzą z białoruskiej mniejszości narodowej w Polsce.

Nie wiem, czy termin wystawy „Zaleszany” został wybrany przypadkowo – wystawa kończy się 25 lutego, na trzy dni przed Narodowym Dniem Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Jedno jest pewne – za poprzedniego dyrektora „Arsenału”, Piotra Bernatowicza, wystawa taka nie mogłaby dojść do skutku. Nowy dyrektor, Marek Wasilewski, ma całkiem poglądy polityczne i poglądy te są widoczne na wystawach, tak samo jak poglądy Piotra Bernatowicza były widoczne na wystawach organizowanych podczas jego kadencji. W zasadzie nie ma w tym nic złego, dopóki ich przeciwnicy polityczni mają możliwość wypowiadania się na innych forach, chociaż z drugiej strony wolałbym więcej pluralizmu w galerii utrzymywanych ze środków publicznych, czyli przez nas wszystkich. Zastanawiam się, czy ktoś poruszy kwestię Zaleszan podczas Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Mam nadzieję, że tak.

Biblioteka Raczyńskich – Leon Prauziński

Z postacią Leona Prauzińskiego po raz pierwszy zetknąłem się bardzo dawno temu, jeszcze w latach 80., chociaż lepiej powiedzieć, że zetknąłem się wtedy z jego pracami, ponieważ sam ich autor był mi wtedy zupełnie nieznany. Mowa oczywiście o słynnych pocztówkach z okresu powstania wielkopolskiego, których reprodukcje często pojawiały się w książkach i artykułach poświęconych powstaniu. Myślę, że większość oglądających je, podobnie jak ja, nie zastanawiała się nad postacią ich twórcy, ani też nad wiarygodnością przedstawionych na nich wydarzeń. Obrazy te i wzorowane na nich pocztówki spełniały po prostu rolę propagandową, ich wartość artystyczna nie była istotna.

Potem, w latach 90., poznałem też nazwisko artysty, a o tym, że Leon Prauziński był malarzem nie tylko powstania wielkopolskiego, dowiedziałem się dopiero w styczniu 2016 roku, podczas wykładu „Obcy mundur – dola taka…” w Wielkopolskim Muzeum Wojskowości, poświęconego służbie Polaków w armii niemieckiej podczas I wojny światowej. Podczas rozmowy z Aliną Sokołowską, kuratorką muzeum, ta zwróciła moją uwagę na wydaną w 1939 roku książkę „W marszu i w bitwie” Adama Ulricha opowiadającą o losach Poznaniaków na froncie zachodnim i później, podczas powstania wielkopolskiego i walk z bolszewikami na wschodzie. Książkę ilustrował właśnie Leon Prauziński, a jego wkład był tak duży, że pojawił się też jako współautor na jej okładce i stronie tytułowej. Książkę tę udało mi się zdobyć w ubiegłym roku, niestety, nie oryginalne, przedwojenne, lecz już powojenne wydanie, w którym oczywiście pominięto wątek wojny polsko-radzieckiej i znacznie ograniczono liczbę ilustracji.

Wystawa „Leon Prauziński – malarz Powstania Wielkopolskiego”, którą miałem okazję obejrzeć w Bibliotece Raczyńskich 27 stycznia, stała się dla mnie bardzo dobrą okazją bliższego zapoznania się z twórczością tego do rej pory mi i znanego, i nieznanego artysty. Przyczyna zorganizowania wystawy jest oczywista – w tym roku obchodzimy 100. rocznicę powstania.

Wystawa jest dobrze przygotowana, chociaż zabrakło na niej szerszych informacji biograficznych o życiu artysty, zastępują je zdjęcia (między innymi z okresu jego służby wojskowej) i dokumenty. Prezentowana jest jednak wszystkim jego twórczość – książki ilustrowane przez Leona Prauzińskiego, z oryginalnym wydaniem „W marszu i w bitwie” na czele, ale też na przykład książkami Adolfa Nowaczyńskiego i innymi. Całą ścianę Galerii Atanazego zajmują strony czasopism z artykułami i utworami literackimi (nawet wierszowanymi) z ilustracjami Prauzińskiego. Chętnie przeczytałbym je wszystkie, to wydłużyłoby jednak czas zwiedzania wystawy, a ja spieszę się na wykład w Muzeum Narodowym po drugiej stronie ulicy, przeglądam więc je dość pobieżnie. Na dłużej zatrzymuję się za to przy drugiej ścianie, na której również zawieszono strony przedwojennych czasopism (między innymi „Wielkopolskiej Ilustracji”) z rysunkami Prauzińskiego, ale tym razem poświęconymi innym tematom wziętym z życia codziennego, czasami w ujęciu humorystycznym, czasami poważnym, takim jak nauka dzieci w szkole czy kryzys gospodarczy. Wystawę dopełnia kilka obrazów olejnych Prauzińskiego, na których widać jego fascynację końmi i kawalerią.

Nie będę tu udawał, że Leon Prauziński „wielkim artystą był”, bo na pewno nim nie był, a to, że się o nim pamięta, zawdzięczamy jedynie tematyce jego twórczości i faktowi, że któryś z wydawców, jeszcze przede wojną, chcąc zarobić pieniądze, wpadł na pomysł zreprodukowania obrazów Prauzińskiego na pocztówkach. Poza tym jego obrazy nie wyróżniają się niczym, a rysunki są podobne do tych, jakie w międywojniu tworzyły dziesiątki innych rysowników i karykaturzystów. A jednak wystawę obejrzałem z dużym zainteresowaniem, co ciekawe, nie ze względu słynne pocztówki z powstania, ale właśnie owe rysunki, dokumentujące Polskę, która przeminęła w 1939 roku. Wynika to też z faktu, że w ogóle bardzo interesuję się dawną prasą; lubię przeglądać gazety i oglądać karykatury z końca XIX-wieku i początku XX wieku – świat, którego już nie ma.

Wystawa poświęcona Leonowi Prauzińskiemu jest w Poznaniu pierwszym w tym roku wydarzeniem kulturalnym upamiętniającym 100. rocznicę powstania wielkopolskiego, z pewnością nie ostatnim – z niecierpliwością czekam na kolejne wystawy i przede wszystkim publikacje, spotkania i konferencje poświęcone powstaniu.

Daniel Kęszycki – nowy patron śremskiego mostu

Data 13 grudnia, jakże pamiętna w najnowszej historii Polski, w ubiegłym roku dla śremian nabrała nowego znaczenia. Tegoż dnia 2017 roku na mocy decyzji wojewody wielkopolskiego zmieniono nazwę mostu 23 Stycznia. Most, którego nazwa upamiętniała dotąd datę wyzwolenia Śremu przez Armię Czerwoną, lub, jak chcą inni, narzucenia przemocą obcego nam ustroju, nazywa się odtąd mostem Daniela Kęszyckiego.

Postacią Daniela Kęszyckiego interesowałem się od dawna, usłyszałem o nim już na początku lat 90., niedługo po moim zamieszkaniu w Śremie, jednak dopiero w 2005 roku przeczytałem jego wspomnienia „Z dni powstania wielkopolskiego”. Pod wpływem lektury książki, jak również wstępu do niej pióra syna Daniela – Wojciecha, w 2008 roku napisałem też biogram Daniela Kęszyckiego w Wikipedii. Niniejszy artykuł opiera się na tym biogramie.

Daniel Kęszycki urodził się 1 lipca 1884 r. w Londynie. Jego ojciec, Stefan Kęszycki, syn ziemiańskiego rodu osiadłego w Błociszewie, po udziale w powstaniu styczniowym wyemigrował z kraju; pracował jako lekarz okrętowy na irlandzkim statku, na którym pływał po morzach świata, między innymi Dalekiego Wschodu. Matką Daniela Kęszyckiego była Irlandka Margaret Murphy, która zmarła pięć lat po ślubie. Na przełomie wieków Stefan, który tymczasem dorobił się sporego majątku, przeniósł się do Francji, gdzie ożenił się po raz drugi z Estellą d’Epouville i zakupił rezydencję w Ville d’Avray. Sam Daniel Kęszycki ukończył w stopniu porucznika Królewską Akademię Marynarki Handlowej w Londynie, po kilkuletniej służbie awansował na stopień kapitana. Podobnie jak jego ojciec pływał po morzach i oceanach całego świata.

Po śmierci ojca Daniel na prośbę swojej babki Florentyny przyjechał do Wielkopolski i w 1908 r. objął rodzinny majątek składający się z Błociszewa i Gaju koło Śremu oraz Polwicy w powiecie średzkim. Odbył praktyki rolnicze w dobrach hrabiego Krzysztofa Mielżyńskiego w Brzóstowni i Mchach. Na początku nie identyfikował się z polskością, po polsku mówił słabo, lepiej znał język angielski, niemiecki i francuski, w którym później spisał swoje wspomnienia. Z czasem (podobno pod wpływem lektury Sienkiewicza) obudziły się w nim patriotyczne uczucia. Swoją antypruską postawę okazał między innymi wieszając w swoim pokoju podczas I wojny światowej portret króla Wielkiej Brytanii Jerzego V. Unowocześnił swój majątek, sprowadzał maszyny, ciągniki, podłączył Błociszewo do sieci elektrycznej i telefonicznej.

Kiedy wybuchło powstanie wielkopolskie, Daniel Kęszycki wziął w nim czynny udział. Jeszcze przed wybuchem powstania w Poznaniu 27 grudnia 1918 r. Kęszycki działał w Tajnym Komitecie Obywatelskim, później przekształconym w Powiatową Radę Ludową, który w powiecie śremskim przygotowywał się do objęcia władzy po klęsce militarnej Niemiec. W ramach tych przygotowań w powiecie utworzono Straż Ludową, której Kęszycki został komendantem. Jak wiadomo, po wybuchu powstania 27 grudnia do starć w Śremie jednak nie doszło, ponieważ 30 grudnia niemiecki garnizon w Śremie skapitulował bez walki. Śremską Straż Ludową przekształcono w regularne wojsko powstańcze, tzw. batalion śremski. Za zgodą dowódcy batalionu Stefana Chosłowskiego Daniel Kęszycki złożył komendę Straży Ludowej i w batalionie został dowódcą sekcji czterech ciężkich karabinów maszynowych ze stanem osobowym około 50 żołnierzy. 6 stycznia 1919 r. razem z całym batalionem wyruszył na front, walczył na froncie zachodnim pod Zbąszyniem i Trzcielem, a później w lutym na froncie południowym pod Rawiczem i Miejską Górką.

Podczas powstania Daniel Kęszycki również aktywnie działał w Naczelnej Radzie Ludowej w Poznaniu, w której był zwolennikiem walki zbrojnej, przeciwnym polityce ugodowej. Po walkach na froncie w lutym 1919 r. powrócił do Poznania, gdzie w Naczelnej Radzie Ludowej pracował jako tłumacz języka angielskiego, a od 1 marca był też tłumaczem i szefem biura łączności z Misją Międzysojuszniczą, powołaną przez konferencję pokojową w Paryżu, która tego dnia przybyła do Poznania dla zbadania sytuacji społeczno-politycznej w Wielkopolsce.

Zdolności organizacyjne, jakie Daniel Kęszycki wykazał w Poznaniu, sprawiły, że Wojciech Korfanty w 1919 r. zaproponował mu pracę w Centralnym Biurze Informacyjnym w Katowicach. Następnie od 1 kwietnia 1920 r. do 31 marca 1922 r. pełnił funkcję konsula generalnego RP w Opolu, aktywnie działając na rzecz włączenia Górnego Śląska do Polski. Reprezentował Polskę jako delegat rządu wobec Międzysojuszniczej Komisji Plebiscytowej na Górnym Śląsku, ściśle współpracując przy tym z Wojciechem Korfantym. W owym gorącym okresie w historii Górnego Śląska był narażony na napady bojówek niemieckich, nosił też przy sobie kastety, których często musiał używać w obronie własnej. Kiedy Komisja Plebiscytowa planowała niekorzystny dla Polski podział Górnego Śląska, przekazał poufną informację o tym Korfantemu, czego skutkiem było ogłoszenie strajku generalnego i wybuch III powstania śląskiego.

Po powrocie ze Śląska Daniel Kęszycki krótko pełnił urząd Wysokiego Komisarza RP w Wolnym Mieście Gdańsku, po śmierci żony Julii z Ponikiewskich w 1923 r. wycofał się jednak z polityki, powrócił do Błociszewa i zajął się wychowaniem ośmiorga dzieci i prowadzeniem gospodarstwa. Udzielał się na rzecz lokalnej społeczności. Był członkiem Koła Powstańców i Wojaków w Śremie, w Błociszewie i Gaju utworzył oddział „Krakusów”, w którym krzewienie kultury fizycznej łączono z ćwiczeniami wojskowymi, zbudował strzelnicę i hipodrom, w swoim pałacu urządzał amatorskie przedstawienia teatralne. Kęszycki nadal też utrzymywał rozległe stosunki towarzyskie z wybitnymi działaczami politycznymi i osobistościami międzywojennej Polski. Gośćmi w Błociszewie bywali np. Wojciech Korfanty, Janusz Kusociński, Stefan Rowecki (późniejszy dowódca Armii Krajowej), Edward Raczyński (późniejszy prezydent RP w Londynie). W 1933 r. w czasopiśmie „Światowid” opublikował artykuł, w którym polemizował z twierdzeniami niemieckich historyków o niepolskim pochodzeniu Pomorza, przetłumaczył go też na język angielski i francuski i rozesłał do europejskich polityków i gazet.

Daniel Kęszycki zmarł 29 października 1936 r. na zapalenie płuc w poznańskim szpitalu. Został pochowany w mundurze angielskiego marynarza w rodzinnym grobowcu przy kościele w Błociszewie.

Daniel Kęszycki jest autorem wspomnień pisanych w oryginale po francusku, obejmujących lata 1918-1922. Wspomnienia te, będące arcyciekawym źródłem do historii powstania wielkopolskiego i odrodzenia państwa polskiego w byłym zaborze pruskim, obejmują trzy części:

Część I „Wspomnienia z 1919/1922. Księga I. Udział Śremu w powstaniu wielkopolskim’” została wydana w 1932 r. i obejmuje okres od końcowych miesięcy I wojny światowej do lutego 1919 r., kiedy to autor zakończył udział z bronią w ręku w powstaniu wielkopolskim. Niestety po wojnie część ta nie była wznawiana.

Część II to wspomniana już książka „Z dni powstania wielkopolskiego”, wydana dzięki staraniom syna Wojciecha w 2005 r. Część ta koncentruje się na opisie działalności Naczelnej Rady Ludowej w Poznaniu i wizycie Misji Międzysojuszniczej.

Powstała podobno też część III, która miała dotyczyć działalności Kęszyckiego na Górnym Śląsku. Według syna Daniela Kęszyckiego, Wojciecha, rękopis tej części został ukryty przez niego w szybie wentylacyjnym pałacu w Błociszewie w listopadzie 1939 r. i dotychczas nie został odnaleziony.

Postać Daniela Kęszyckiego była do tej pory dobrze znana wszystkim interesującym się historią Śremu, większości śremian nazwisko to chyba jednak niewiele mówiło. Przyczyną był fakt, że jedna z najbardziej zasłużonych postaci dla naszego miasta nie miała dotąd własnej ulicy, jej imieniem nie nazwano też żadnej szkoły czy innej instytucji. Nazwanie śremskiego mostu wypełni tę lukę i sprawi, że Daniel Kęszycki odzyska swoje miejsce w  historii miasta.

Artykuł opublikowany w „Gazecie Śremskiej” ze stycznia/lutego 2018 r.

Muzeum Regionalne w Kościanie – Kościańska konspiracja wojskowa 1939-1945

17 grudnia – wyjazd na wystawę czasową do muzeum w Kościanie, wyjątkowo w niedzielę, ponieważ sobotę miałem zajętą (zaproszenie na ślub znajomej w Śremie). Ale to i lepiej, dzięki temu po przyjeździe do Kościana jeszcze przed otwarciem muzeum będę miał okazję po raz kolejny przypomnieć sobie miejscową farę. Trafiam akurat na końcówkę mszy; po nabożeństwie widok, który w tym kościele zawsze mnie fascynował – pod epitafiami, w narożach nawy gromadzą się grupki osób, chyba członków parafialnych grup modlitewnych, osobno kobiety i osobno mężczyźni, rozmawiają, przekazują sobie informacje i przede wszystkim dzielą się  opłatkiem i składają sobie życzenia z okazji zbliżających się świąt. W śremskich kościołach takiego zwyczaju nie ma.

W Muzeum Regionalnym w kościańskim ratuszu wita mnie młody mężczyzna, z którym już kilkakrotnie miałem okazję się spotkać – ostatnio na wystawie fotografii z Parku Krajobrazowego im. Dezyderego Chłapowskiego, która była eksponowana w głównej sali wystaw czasowych. Obecna wystawa „Kościańska konspiracja wojskowa 1939-1945” jest mniejsza od tamtej, nie jest pokazywana w głównej sali, lecz w przejściu pomiędzy pomieszczeniami i różni się formą ekspozycji – chociaż na wystawie jest też trochę książek, medali czy nawet książeczka pracy (Arbeitsbuch) należąca do jednego z członków konspiracji, wystawa ma charakter przede wszystkim planszowy. Nie bardzo lubię tej formy prezentacji, w muzeach wolę autentyczne przedmioty, a plansze tylko jako konieczne ich uzupełnienie, objaśnienie, chętnie zapoznam się jednak z wystawą i podzielę się wrażeniami z niej z pracownikiem muzeum.

– Ciekawe… Moje ogólne wrażenie z wystawy jest takie, że działalność konspiracyjna w Kościanie była bardziej rozwinięta niż w Śremie. Więcej nazwisk, organizacji. W Śremie prawie ich nie było, a i dzisiaj znajomość tej tematyki jest raczej powierzchowna. Pamiętam, jakiś czas temu przyszedł do mnie klient mieszkający w Śremie przy ulicy Adamskiego. Kiedy zapytałem go, kim był ten Adamski, odpowiedział, że jakimś muzykiem. Rzeczywiście przed wojną grał na trąbce w orkiestrze harcerskiej, ale zasłużył się przede wszystkim jako konspirator w Związku Walki Zbrojnej; został aresztowany i stracony w więzieniu na Młyńskiej. Może więc i w Śremie była żywa działalność konspiracyjna, tylko mało o niej wiemy. Przydałaby się taka wystawa w Śremie. O pewnych formach ruchu oporu, które były tu w Kościanie, w Śremie w ogóle jednak nie słyszałem, na przykład o skrytkach na broń, materiały wybuchowe itp., które w Kościanie i Czempiniu pozostawiło wycofujące się wojsko, do wykorzystania przez polskich dywersantów, do którego to wykorzystania zresztą nie doszło. W Śremie chyba tego nie mieliśmy.

– Może z tego powodu, że w Śremie była jednostka wojskowa, garnizon – zauważa mężczyzna.

– Możliwe. W pierwszych dniach września w Śremie stacjonował też sztab Wielkopolskiej Brygady Kawalerii, który kierował obroną całej południowo-zachodniej Wielkopolski, w kampanii wrześniowej Śrem odegrał więc trochę inną rolę. Potem, już po zajęciu przez Niemców, w ramach akcji „Tannenberg” doszło do pamiętnej publicznej egzekucji 20 października, która była częściowo następstwem sądu polowego i rozstrzelania w śremskim parku 3 września Niemców z Leszna przez wycofujące się polskie oddziały.

– W Kościanie taka egzekucja odbyła się 23 października, też była odpowiedzią na rzekome zamordowanie Niemca przez Polaków, w rzeczywistości była to niemiecka prowokacja.

– Na jednej z pierwszych plansz widzę tu siedzibę starostwa z podpisem o „znienawidzonym” landracie dr. Liese. Dlaczego znienawidzonym?

– Bardzo negatywnie zapisał się w pamięci miejscowej ludności, również z powodu wspomnianej egzekucji. Pisał nawet do gauleitera Greisera z żądaniami zaostrzenia terroru wobec Polaków. Podobno walczył potem w Afrika-Korps i znalazł się w niewoli w Kanadzie, ale do końca nie wiadomo, co się z nim stało.

– Interesujące… Ja w 2008 roku, podczas wycieczki rowerowej w Niemczech, spotkałem wnuka landrata śremskiego – Hermanna Mittendorfa. Poszukałem wtedy w źródłach, popytałem starszych śremian i okazało się, że zapamiętali go raczej pozytywnie. Po wojnie miał sprawę sądową, groziła mu kara śmierci, ale dzięki wstawiennictwu Polaków uniknął wyroku. Oczywiście wysłałem potem wnukowi do Niemiec informacje o jego dziadku, podziękował i obiecał, że przekaże je rodzinie.

Rozmawiamy jeszcze o wielu innych sprawach; przechodzę do kolejnych plansz, na których jest przedstawiona historii Armii Narodowej, Związku Walki Zbrojnej w Kościanie, sylwetki poszczególnych konspiratorów, w tym członków tak zwanego Paktu Czterech. Na końcu wystawy plansze poświęcone Batalionom Chłopskim i Szarym Szeregom; nie mogło oczywiście zabraknąć Floriana Marciniaka, naczelnika harcerskiej organizacji Szare Szeregi.

– W Śremie też o nim pamiętamy, podobnie jak o Dezyderym Chłapowskim, ma swoją ulicę, ale Kościan ma oczywiście do niego większe prawo, w końcu urodził się w Gorzycach pod Czempiniem, na ziemi kościańskiej.

Na wystawie i rozmowie z pracownikiem muzeum spędzam ponad godzinę. Czy Muzeum Śremskie wpadnie kiedyś na pomysł zorganizowania podobnej wystawy?

Biblioteka Raczyńskich – Wielkopolscy bibliofile 2017

25 listopada – po dwugodzinnej pieszej wycieczce po Poznaniu nie wracam jeszcze do Śremu, czeka mnie kilka wystaw. Po zwiedzeniu wystawy poświęconej prof. Stefanowi Tytusowi Dąbrowskiemu w Bibliotece Uniwersyteckiej UAM mogę powtórzyć te same uwagi co po obejrzeniu wcześniejszej ekspozycji na temat Aleksandra Birkenmajera. Jest ona zbyt mała, niedostatecznie oświetlona i w ogóle niewłaściwie zaaranżowana. Jeśli Uniwersytet im. Adama Mickiewicza pragnie uhonorować swoich dawnych rektorów i profesorów, może pokusiłby się o zorganizowanie dużej, profesjonalnej wystawy omawiającej łącznie ich postaci, zamiast rozdrabniać się na takie małe ekspozycje?

Głównym celem dzisiejszej wyprawy do Poznania jest jednak inna wystawa: „Wielkopolscy bibliofile”, zorganizowana przez Wielkopolskie Towarzystwo Przyjaciół Książki i eksponowana w Galerii Edwarda Biblioteki Raczyńskich. Impreza jest cykliczna, to już jej XIV edycja, dla mnie dopiero pierwsza. O wystawie dowiedziałem się przypadkiem od mojego śremskiego znajomego Krzysztofa Budzynia, który również jest członkiem towarzystwa i który też prezentuje na niej swoje prace.

Niestety, jak zwykle w Galerii Edwarda zainteresowanie nie jest duże. Jestem jedynym zwiedzającym, przed zwiedzeniem muszę też sam powkładać wtyczki do gniazdek, aby oświetlić gabloty. Trud jest wart tego – ekspozycja, która się ukazuje moim oczom po włączeniu oświetleniu, jest bardzo interesująca.

Już w pierwszej gablocie na antresoli widzimy bezcenne zabytkowe oprawy książek z XVI, XVII i XVIII wieku, między innymi z superekslibrisem Jean-Paula Bignona, bibliotekarza króla Francji Ludwika XIV, wystawiane przez Arkadiusza Wagnera. W sąsiedniej gablocie ks. Szczepan Szymendera prezentuje książki związane ze Stanisławem Leszczyńskim, m.in. czterotomowe wydanie jego dzieł filozoficznych z XVIII wieku. Ksiądz Szymendera zajął też jeszcze jedną gablotę prezentującą mowy żałobne i kazania pogrzebowe, m.in. poświęcone pamięci Władysława Zamoyskiego z Kórnika. Kórnikowi i Bninowi poświęcona jest też gablota mojego znajomego Kazimierza Krawiarza z Kórnika, a drugi znajomy, już wspomniany Krzysztof Budzyń prezentuje pozycje wydane przez swoje wydawnictwo Bin-Comu – książki i komplet numerów „Śremskiego Notatnika Historycznego”. W wielu z tych numerów są moje artykuły – recenzje, więc nie wypada dłużej się przy nich zatrzymywać :-).

Moje zainteresowania historią XX wieku sprawiają, że najciekawsze są dla mnie gabloty Krzysztofa Kłopockiego i Anny Łazuki-Witek. Ten pierwszy przedstawia postać Janiny Kłopockiej (swojej babci?), malarki, graficzki, twórczyni m.in. znaku Rodła; Anna Łazuka-Witek prezentuje dokumenty Polskiej Macierzy Szkolnej w Wielkiej Brytanii, której sekretarką była na przełomie lat 80. i 90.

Wystawa bardzo interesująca, niestety, muszę zadać pytanie – dlaczego tak mało, a właściwie w ogóle nie rozpropagowana? Informacji o wystawie nie ma ani na stronie internetowej Biblioteki Raczyńskich, ani w jej drukowanym programie wydarzeń na listopad. Jak napisałem, dowiedziałem się o niej przypadkiem od znajomego, Krzysztofa Budzynia, który również bierze w niej udział. Gdyby nie on, nie miałbym żadnej możliwości dowiedzenia się o niej, ponieważ o wystawie praktycznie głucho w Internecie. Najgorsze jest to, że również na samej wystawie brak informacji. Nie jest podane, że jest to wystawa Wielkopolskiego Towarzystwa Przyjaciół Książki; gabloty nie są opisane; nie wiadomo, kto prezentuje swoje zbiory i co one dokładnie ukazują. Informacje o osobach biorących udział w wystawie zaczerpnąłem ze strony internetowej towarzystwa, nigdzie indziej nie ma żadnych danych. Szkoda, zwłaszcza że to już XIV edycja wystawy. Miejmy nadzieję, że na XV edycji będzie lepiej.

Po Poznaniu – Niemcy w Poznaniu

25 listopada – wyjazd do Poznania na spacer zorganizowany przez Grupę Przewodników PoPoznaniu.pl. Chociaż mieszkam w Wielkopolsce już 30 lat, dotychczas tylko trzykrotnie wziąłem udział w takich spacerach (organizowanych przez różne instytucje). Do końca życia nie zapomnę pierwszego spaceru, nie dlatego, że był tak interesujący, lecz dlatego, że miał on miejsce… 10 kwietnia 2010 roku, w dniu katastrofy smoleńskiej, wydarzenie, które kiedyś opiszę na moim blogu. Drugi i trzeci spacer odbyły się po poznańskich scenach teatralnych i Ogrodzie Botanicznym, a temat dzisiejszego brzmi: „Jak obcy obok siebie”. Te zagadkowe słowa to cytat z książki „Poznań pod panowaniem pruskim” niemieckiego autora Moritza Jaffego, który w 1909 roku napisał: „W istocie Niemcy i Polacy w ciasnym obszarze dzisiejszego Poznania przechodzą jako obcy obok siebie”. Słowa te rzeczywiście odzwierciedlają stosunki panujące pomiędzy Niemcami i Polakami w XIX-wiecznym Poznaniu. I taki jest też temat dzisiejszego spaceru.

Trochę się spóźniłem, na Starym Rynku zjawiam się 3 minuty po godzinie 10, kiedy przewodniczka – Katarzyna Tymek – już rozpoczęła opowiadanie o niemieckiej mniejszości w Poznaniu. Chociaż tytuł wycieczki wzięty jest z Jaffego, cofamy się w czasie aż do założenia miasta w 1253 roku, kiedy to na lewym brzegu Warty osadzono niemieckich kolonistów, którymi kierował pierwszy wójt Poznania Tomasz z Gubina. Zakładanie miast na prawie magdeburskim było wtedy powszechne (w tym samym roku miała miejsce też lokacja Śremu), a pierwszymi osadnikami byli z reguły Niemcy.

Potem przechodzimy do pomnika Bamberki, przy którym Katarzyna Tymek opowiada o bambrach – już za dwa lata, w 2019 roku, będziemy obchodzić trzechsetną rocznicę sprowadzenia niemieckich osadników z Bambergu do Poznania. Wiara katolicka (warunek ich osiedlenia w mieście) i uczestnictwo w mszach razem z polską ludnością spowodowały ich szybką polonizację, dzisiaj o niemieckim pochodzeniu świadczą już tylko nazwiska i często zachowana pamięć o tradycjach rodzinnych.

Ze Starego Rynku idziemy w kierunku placu Wolności, przedtem zatrzymujemy się przy zachowanych murach miejskich przy ulicy Ludgardy i zaglądamy na ulicę Podgórną, przy której w niepozornej pomarańczowej kamieniczce w 1847 roku urodził się prezydent Niemiec Paul von Hindenburg. Do 1945 roku wisiała tu poświęcona mu tablica pamiątkowa, obecnie też wisi tablica, ale upamiętniająca kogoś całkiem innego – Karola Marcinkowskiego, który mieszkał w tym samym budynku i zmarł na rok przed narodzinami Hindenburga. Dużo możemy się o nim dowiedzieć na Alejach Marcinkowskiego, następnym przystanku wycieczki, o jego uwięzieniu w twierdzy w Świdnicy za udział w powstaniu listopadowym i zasługach w walce z epidemią cholery.

Na placu Wolności Katarzyna Tymek opowiada o polskich i niemieckich budowlach otaczających plac: Bazarze, Bibliotece Raczyńskich, Arkadii (kiedyś teatrze niemieckim) i Muzeum Narodowym (kiedyś Muzeum im. Cesarza Fryderyka). Potem przechodzimy na dziedziniec Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk (byłem na nim już wielokrotnie, za każdym razem jestem jednak pod wrażeniem niezwykłej atmosfery i spokoju tego miejsca, leżącego przecież w środku miasta), później do Dzielnicy Cesarskiej – Collegium Maius, kościół Najświętszego Zbawiciela przy ulicy Fredry (do 1945 roku kościół ewangelicki pw. św. Pawła), plac Mickiewicza z otaczającymi go budynkami i wreszcie wnętrza Zamku Cesarskiego, w których kończy się nasza wycieczka.

Wycieczka bardzo ciekawa, z pewnością najbardziej udana ze wszystkich czterech spacerów po Poznaniu, w których do tej pory wziąłem udział. Katarzyna Tymek opowiada przystępnie, mając na uwadze również osoby, które niewiele wiedzą o historii Poznania, widać jednak, że ma dużą wiedzę historyczną, podając szczegóły z historii Poznania, o których i ja dotąd nie wiedziałem, na przykład czym były w średniowieczu ortyle (z niemieckiego „Urteil” – wyrok) czy wilkierze („Willkür” – samowola), albo jakie kłopoty władze miejskie mieli z panami susiającymi na drzewa przy Alejach Marcinkowskiego. Jeszcze krótka rozmowa na zakończenie wycieczki.

– Dziękuję za bardzo ciekawe oprowadzanie. Przyjechałem tu specjalnie ze Śremu rowerem, aby wziąć udział w wycieczce. Wprawdzie miałbym jedną uwagę. Obok Collegium Maius opowiadała pani o budynkach szachulcowych i z muru pruskiego. Wydaje mi się, że to jest to samo, tyle że konstrukcja szachulcowa jest nazwą fachową, a mur pruski potoczną.

– Nie, to nie jest to samo. W konstrukcji szachulcowej przestrzenie między belkami są wypełniane gliną z sieczką, a w murze pruskim cegłami.

Sprawdzę to w domu. Rzeczywiście nasza przewodniczka miała rację. Moja pomyłka wynika prawdopodobnie z faktu, że te dwie konstrukcje są często mylone, a właściwie z tego, że wszystkie budynki o takim charakterystycznym wyglądzie fasady nazywa się murem pruskim, nawet jeśli w istocie są konstrukcjami szachulcowymi. Na zakończenie również dowiedziałem się więc czegoś nowego.

Kościół greckokatolicki pw. Opieki Matki Bożej w Poznaniu

12 listopada – wyjazd na nabożeństwo do kościoła greckokatolickiego przy ulicy Toruńskiej w Poznaniu. W przeciwieństwie do cerkwi prawosławnej na Marcelińskiej, o której słyszałem już w latach 90., o jego istnieniu dowiedziałem się rok temu i dopiero teraz udało mi się go odwiedzić. Jazda zwykłą trasą przez Rogalin do ronda Rataje; tam nie skręcam jak zawsze na północny zachód w kierunku mostu Królowej Jadwigi, lecz kieruję się na północ, do ronda Śródka i na wschód. Ulica Toruńska jest boczną Warszawskiej – gdzieś tu niedaleko mieszka Alfred Babczyk, były dyrektor Odlewni Żeliwa w Śremie; zastanawiam się, czy go nie spotkam, ale oczywiście jest to mało prawdopodobne. Ciekawe, czy poznałby mnie po tak wielu latach…

Kościół greckokatolicki (jakiś czas temu w Polskim Radiu słyszałem rozmowę z księdzem rzymskokatolickim, który był przekonany, że to katolicy zamieszkali w Grecji; jakie oceny miał ten ksiądz na zajęciach z historii Kościoła w seminarium?) powstał dość przypadkowo, na skutek misyjnych zapędów katolików na wschodzie Rzeczypospolitej w XVI wieku. Unia brzeska, która miała zjednoczyć katolików i prawosławnych pod wspólnym zwierzchnictwem papieża, była raczej niefortunnym aktem w historii religijnej Polski. Formalnie rzeczywiście zjednoczyła katolików i prawosławnych na kresach państwa; w praktyce grekokatolicy (unici) nawet jeśli już nie byli określani mianem heretyków, dla rzymskich katolików pozostali katolikami „gorszego sortu”, a dla innych prawosławnych stali się odszczepieńcami, zdrajcami. Po rozbiorach w zaborze rosyjskim unitów siłą z powrotem wcielono do Kościoła prawosławnego, grekokatolicy przetrwali tylko w zaborze austriackim. Tam, we wschodniej Galicji, religia greckokatolicka odegrała dużą rolę w rozwoju świadomości narodowej Ukraińców, którzy odtąd mieli jasne kryterium odrębności etnicznej zarówno od rzymskokatolickich „Lachów” jak i prawosławnych „Kacapów”. I tak na przełomie XIX i XX wieku wschodnia Galicja stała się ukraińskim Piemontem. Dla Ukrainy następstwa unii brzeskiej miały więc bardzo pozytywne skutki, dla Polaków – pamiętając o ukraińskim ruchu nacjonalistycznym, ukraińskich terrorystach w II Rzeczypospolitej i wreszcie zbrodniach UPA podczas wojny – niekoniecznie.

Do cerkwi greckokatolickiej przy Toruńskiej przyjeżdżam tuż przed rozpoczęciem nabożeństwa o godz. 10. Cerkiew jest już zapełniona, wiernych jest więcej niż na nabożeństwach prawosławnych w cerkwi przy Marcelińskiej, widzę też dużo młodych i dzieci. Kościół (który architekturą cerkwi w ogóle nie przypomina) jest trochę większy od cerkwi prawosławnej, ma prospekt organowy, ale chyba bez organów, jest tylko trzyosobowy chórek składający się z jednej dorosłej kobiety i dwóch dziewcząt, koło których cały czas stoję podczas nabożeństwa. Jak na nabożeństwie prawosławnym nie ma instrumentów muzycznych, śpiew tylko a capella, wierni w tym śpiewie i modlitwach są jednak bardziej aktywni niż przeważnie milczący prawosławni na Marcelińskiej.

Wreszcie o godz.10 rozpoczyna się nabożeństwo, podobnie jak na Marcelińskiej przeważnie dla mnie niezrozumiałe. Zbyt słabo znam kościoły wschodnie, aby pojąć wszystkie szczegóły tej liturgii, która właśnie odprawia się przed ołtarzem. Do tego język: liturgia jest odprawiana w języku starocerkiewnosłowiańskim, nie pada ani słowo po polsku, w przeciwieństwie do cerkwi prawosławnej, w której po polsku jest odczytywana ewangelia a potem ogłoszenia parafialne. Tu kazanie i ogłoszenia są w języku ukraińskim, co czyni je dla mnie niezrozumiałymi (zrozumiałbym rosyjski). Dużo gestów i zachowań znanych mi już z cerkwi prawosławnej, jak bardzo częste żegnanie się znakiem krzyża (z prawa na lewo, odwrotnie niż u rzymskich katolików), całowanie świętego obrazu, komunia podawana na łyżeczce prosto do ust, również małym dzieciom, kościoły wschodnie nie znają pojęcia pierwszej komunii. Nabożeństwo trwa godzinę i 10 minut – dłużej niż msza, ale krócej niż prawie dwugodzinne nabożeństwo prawosławne. Po nabożeństwie wierni nie rozchodzą się od razu do domów, czas na rozmowy, towarzyskie spotkania, słychać zarówno język polski jak i ukraiński. Ciekawi mnie, ilu wiernych to potomkowie Łemków i Bojków wysiedlonych z Bieszczad na skutek akcji „Wisła” po wojnie, a ilu to współczesna imigracja ukraińska, trudno to jednak ocenić.

Porównanie nabożeństwa greckokatolickiego z prawosławnym wypada w moich oczach na korzyść cerkwi przy Marcelińskiej. Myślę, że wyjaśnienie leży częściowo w architekturze i wystroju obu budynków. Chociaż cerkiew prawosławna została przebudowana w okresie międzywojennym z dawnej stajni wojskowej i na zewnątrz jest brzydsza od budynku przy Toruńskiej, wewnątrz posiada klimat, którego w cerkwi greckokatolickiej przy Toruńskiej brakuje. Jest ona dawnym kościołem rzymskokatolickim, zbudowanym w okresie międzywojennym, który dopiero w 2013 roku został przekazany grekokatolikom (wcześniej nabożeństwa odbywały się w kościele Przenajdroższej Krwi Pana Jezusa przy ulicy Żydowskiej) i widać to w wyposażeniu. Nie ma w niej ikonostasu, nie ma takiej mnogości ikon jak w cerkwi prawosławnej, człowiek nie czuje związku z sacrum. Nie wiem, czy wyposażenie to zostanie w przyszłości uzupełnione, w świątyni nie ma też na nie dużo miejsca, zobaczymy…

Po nabożeństwie zaglądam jeszcze na wystawy w Galerii Miejskiej „Arsenał” na Starym Rynku i Bibliotece Uniwersyteckiej w Poznaniu, potem powrót do Śremu.

Biblioteka Uniwersytecka w Poznaniu – Bobkowski. Chuligan wolności

4 listopada – kolejny wyjazd do Poznania. W planie mam udział w koncercie i kilku wystawach, najważniejsza z nich to „Bobkowski. Chuligan wolności” w Bibliotece Uniwersyteckiej przy Ratajczaka. Jak na listopad pogoda dobra. Tylko niewielkie zachmurzenie na słonecznym niebie, na którym dzisiaj widać też szczególnie dużo smug kondensacyjnych pozostawianych przez lecące do i z Europy Zachodniej samoloty. Do tego rześkie powietrze – temperatura rano wynosi 5 stopni, po południu wzrośnie do 12.

Twórczości Andrzeja Bobkowskiego właściwie nie znam. Oczywiście słyszałem o jego „Szkicach piórkiem”, czytałem jednak tylko fragmenty tego dzieła, okazjonalnie cytowane i omawiane np. w „Plusie Minusie”, dodatku kulturalnym „Rzeczypospolitej”, czy innych dodatkach i pismach literackich. Do zwiedzenia wystawy zachęciła mnie też godzinna audycja jej poświęcona w „Spotkaniach z kulturą” w Radiu Poznań, w której Barbara Miczko-Malcher rozmawiała z organizatorami wystawy, literaturoznawcami. Ocena, jaką dobrze mi znana redaktorka radiowa wystawiła wystawie, była bardzo dobra – podobnie jak moja.

Wystawa ciekawie opowiada o życiu i twórczości jednego z najważniejszych antykomunistycznych pisarzy emigracyjnych, jakich mieliśmy w polskiej literaturze. Szczegółowo omówione są nawet dzieciństwo i młodość w przedwojennej Polsce, ilustrowane fragmentami z jego dzienników, które Bobkowski pisał (i ozdabiał własnymi rysunkami) już jako nastolatek ((przyszły pisarz wcale nie był grzecznym dzieckiem, sprawiał kłopoty wychowawcze, nie zdał nawet matury). Już wtedy poznał Barbarę Birtus, z którą na Boże Narodzenie 1938 roku potajemnie wziął w ślub. W marcu 1939 roku wyjechali do Paryża, stamtąd planowali wyemigrować do Argentyny; zanim otrzymali wizę, wybuchła jednak wojna, która wszystko zmieniła.

To w czasie wojny we Francji powstały „Szkice piórkiem” – dziennik pisarza z lat 1940-1944, świadectwo upadku Francji latem 1940 roku, zapis ucieczki rowerem na południe kraju (to najbardziej znana część dziennika – „Biblia rowerzystów”), potem powrotu do Paryża, trudnych lat emigracyjnych. Wydane w 1957 roku „Szkice piórkiem”, których fragmenty są obszernie cytowane na wystawie, pozostają głównym dziełem pisarza, dopiero po jego śmierci, w 1970 roku, wydano „Coco de Oro”, tom szkic i opowiadań pisanych między innymi dla paryskiej kultury, również kilka tomów listów. „Szkice piórkiem”, pisane we Francji, ale poświęcone przecież przede wszystkim Polsce i polskim sprawom, na wystawie przeciwstawione są „Dziennikowi” Witolda Gombrowicza. To porównanie – według autorów wystawy – wypada na korzyść Bobkowskiego. Sam tego nie oceniam. Czytałem i mam swojej biblioteczce cały „Dziennik” Gombrowicza; „Szkiców piórkiem” Bobkowskiego, jak napisałem, nie znam.

W 1948 roku Andrzej Bobkowski wyemigrował z żoną do Gwatemali, gdzie zajął się… modelarstwem lotniczym, literatura zeszła odtąd na dalszy plan w jego życiu, chociaż nadal pisał i publikował w „Kulturze”. W tym swoim nowym zawodzie odniósł zresztą duży sukces, brał udział w zawodach modeli latających, w kręgach gwatemalskich hobbystów modelarzy stał się bardzo popularną postacią. Zmarł w 1961 roku. Żona Barbara, która przeżyła go o 21 lat, położyła duże zasługi w ocaleniu jego spuścizny literackiej i publikacji twórczości.

Wystawie w Bibliotece Uniwersyteckiej towarzyszą oczywiście książki, nie tylko, a nawet nie przede wszystkim Bobkowskiego i o Bobkowskim, większość eksponowanych pozycji to książki wydane przez „Kulturę” i Instytut Literacki w Paryżu. Mam w domu i czytałem tylko jedną książkę wydaną przez tę oficynę (opowiadania Sławomira Mrożka), z tym większą ciekawością mogę więc teraz zapoznać z tą działalnością wydawniczą – wiele pozycji bardzo cennych, jest nawet pierwszy numer „Kultury”, wydany jeszcze w Rzymie w 1946 roku, są też pierwsze numery paryskie.

Wystawa warta zwiedzenia, dla wszystkich interesujących się literaturą. Jeśli miałbym w niej coś uzupełnić, to w szerszym zakresie ukazałbym te aspekty życia Bobkowskiego we Francji i  Gwatemali, które nie były ściśle związane z literaturą. Praca w fabryce we Francji i przede wszystkim prowadzenie własnej firmy modelarskiej w Gwatemali odgrywały przecież bardzo ważną rolę w jego życiu, a w Gwatemali Bobkowski uważał się chyba przede wszystkim za modelarza, nie za pisarza. Z drugiej strony rozumiem taką optykę – wystawa została przecież zorganizowana w bibliotece, a dla nas, ludzi zainteresowanych literaturą, Andrzej Bobkowski pozostanie przede wszystkim autorem „Szkiców piórkiem”.

Jeszcze tylko krótki rzut oka na dwie inne wystawy w gmachu Biblioteki Uniwersyteckiej. „Kalliope Austria. Kobiety w społeczeństwie, kulturze i nauce” niestety rozczarowuje. Składa się tylko z plansz, przeładowanych tekstem, które trudno się czyta. Brakuje innych eksponatów, choćby książek napisanych przez omawiane bohaterki lub traktujących o nich, czy krótkiego filmu video. Ciekawsza jest wystawa poświęcona Aleksandrowi Birkenmajerowi, dyrektorowi Biblioteki w 1939 roku i w latach 1945-1947. Jest ona jednak bardzo mała, gabloty z książkami i dokumentami podpisanymi przez Aleksandra Birkenmajera są niedostatecznie oświetlone i trudno się z nimi dokładnie zapoznać. Opuszczam gmach, czekają mnie jeszcze inne wystawy i koncert.

Cmentarz w Bninie. Kolegiata Kórnicka

1 listopada – wyjazd na dwa cmentarze w Kórniku i na mszę do kościoła pw. Wszystkich Świętych. Tak dawno nie jechałem tą trasą, że bardzo duży ruch samochodowy na drodze wojewódzkiej do Kórnika jest dla zaskoczeniem, przecież mamy Wszystkich Świętych, dzień wolny od pracy. Chyba że to poznaniacy jadący na groby bliskich w południowej Wielkopolsce i na Dolnym Śląsku wybrali tę trasę, aby uniknąć jazdy zatłoczoną krajową piątką przez Leszno (większość samochodów jedzie od strony Poznania).

Dawno nie byłem na cmentarzu w Bninie… Teraz mogę sobie przypomnieć to niezwykłe miejsce, pusty plac, na którym do 1942 roku stał kościół pw. św. Wojciecha. Kiedy w owym roku doszło do katastrofy budowlanej, zawaliła się wieża, teren został natychmiast otoczony przez gestapo ze Śremu i już nie pozwolono na odbudowę kościoła, zmuszono bninian do jego rozbiórki. Obecnie na pokościelnym placu najbardziej widocznym budynkiem jest kaplica Celichowskich. Najlepiej jest mi znany Zygmunt Celichowski, zarządca Biblioteki Kórnickiej, ale też inni członkowie rodziny bardzo się zasłużyli dla Wielkopolski i Polski: ojciec Zygmunta, Antoni, pedagog, autor podręczników; syn Zygmunta, Witold, wojewoda poznański; drugi syn, Stanisław Celichowski, dowódca kompanii kórnickiej w powstaniu wielkopolskim.

Potem właściwy teren bnińskiego cmentarza, łagodnie opadającego w kierunku zakończenia półwyspu Szyja, otoczonego z trzech stron  Jeziorem Bnińskim. Podobno są tu pochowani ks. Szczepan Janasik, Wojciech Droździk, sekretarz premiera Stanisława Mikołajczyka, Wincenty Flens, ostatni burmistrz Bnina, nie jestem jednak w stanie odnaleźć ich grobów. Po przejściu przez cały cmentarz idę jeszcze do końca półwyspu Szyja. Półwyspowi nadali tę nazwę archeologowie, którzy od dawna prowadzą tu badania; to jedno z najważniejszych stanowisk archeologicznych w Wielkopolsce, z widocznymi jeszcze dzisiaj dwoma grodziskami, śladami dawnych osad. Jestem całkiem sam na półwyspie i mogę go dokładnie obejrzeć, po raz pierwszy od wielu lat, w końcu zawracam (gdybym skręcił tu nogę albo coś innego mi się stało, nikt by mi nie pomógł, nie należy kusić losu) i kieruję się w stronę kórnickiej kolegiaty.

Chociaż mamy 1 listopada, w kościele pw. Wszystkich Świętych w Kórniku nie ma dzisiaj odpustu, ten odbędzie się w najbliższą niedzielę, jak wyjaśnia wiernym ksiądz proboszcz na początku nabożeństwa. Mogę więc tylko wziąć udział w mszy; kazanie na niej głosi ksiądz Łukasz Słociński, który jeszcze niedawno był wikarym w mojej parafii. Po mszy okazja do przypomnienia sobie kościoła, nagrobków Górków, ołtarza św. Anny z obrazem pędzla Mariana Jaroczyńskiego, rzeźby św. Franciszka dłuta Marcina Rożka. Najcenniejsza i dzisiaj najbardziej mnie interesująca kaplica Matki Boskiej Kórnickiej, w której podziemiach pochowano między innymi Teofilę Działyńską (Białą Damę), Tytusa i Jana Działyńskich, jest niestety zagrodzona i niedostępna, trwają jakieś prace remontowe, co widać też na zewnątrz kościoła. Nie mogę też wejść do krypty pod kaplicą Najświętszego Serca Jezusowego, w której pochowano hrabiego Władysława Zamoyskiego, jego matkę generałową Jadwigę Zamoyską i siostrę Marię, kościół jest otoczony rusztowaniami.

Niedaleko kolegiaty jest też drugi kórnicki cmentarz. Tak jak na bnińskim cmentarzu i tu mnóstwo ludzi odwiedzających groby, zapalających znicze, składających kwiaty. Są tu m.in. zbiorowe mogiły powstańców wielkopolskich i rozstrzelanych 20 października 1939 roku. Chętnie odwiedziłbym grób Kajetana Kielisińskiego, którego XIX-wieczne grafiki i rysunki są mi dobrze znane, czy ks. Edmunda Majkowskiego, założyciela Archiwum Archidiecezjalnego w Poznaniu, niestety nie jestem w stanie ich znaleźć, wymagałoby to więcej czasu, specjalnego wyjazdu do Kórnika w spokojniejszych warunkach niż dzisiaj. Powrót do Śremu wciąż zatłoczoną szosą.