Kościół greckokatolicki pw. Opieki Matki Bożej w Poznaniu

12 listopada – wyjazd na nabożeństwo do kościoła greckokatolickiego przy ulicy Toruńskiej w Poznaniu. W przeciwieństwie do cerkwi prawosławnej na Marcelińskiej, o której słyszałem już w latach 90., o jego istnieniu dowiedziałem się rok temu i dopiero teraz udało mi się go odwiedzić. Jazda zwykłą trasą przez Rogalin do ronda Rataje; tam nie skręcam jak zawsze na północny zachód w kierunku mostu Królowej Jadwigi, lecz kieruję się na północ, do ronda Śródka i na wschód. Ulica Toruńska jest boczną Warszawskiej – gdzieś tu niedaleko mieszka Alfred Babczyk, były dyrektor Odlewni Żeliwa w Śremie; zastanawiam się, czy go nie spotkam, ale oczywiście jest to mało prawdopodobne. Ciekawe, czy poznałby mnie po tak wielu latach…

Kościół greckokatolicki (jakiś czas temu w Polskim Radiu słyszałem rozmowę z księdzem rzymskokatolickim, który był przekonany, że to katolicy zamieszkali w Grecji; jakie oceny miał ten ksiądz na zajęciach z historii Kościoła w seminarium?) powstał dość przypadkowo, na skutek misyjnych zapędów katolików na wschodzie Rzeczypospolitej w XVI wieku. Unia brzeska, która miała zjednoczyć katolików i prawosławnych pod wspólnym zwierzchnictwem papieża, była raczej niefortunnym aktem w historii religijnej Polski. Formalnie rzeczywiście zjednoczyła katolików i prawosławnych na kresach państwa; w praktyce grekokatolicy (unici) nawet jeśli już nie byli określani mianem heretyków, dla rzymskich katolików pozostali katolikami „gorszego sortu”, a dla innych prawosławnych stali się odszczepieńcami, zdrajcami. Po rozbiorach w zaborze rosyjskim unitów siłą z powrotem wcielono do Kościoła prawosławnego, grekokatolicy przetrwali tylko w zaborze austriackim. Tam, we wschodniej Galicji, religia greckokatolicka odegrała dużą rolę w rozwoju świadomości narodowej Ukraińców, którzy odtąd mieli jasne kryterium odrębności etnicznej zarówno od rzymskokatolickich „Lachów” jak i prawosławnych „Kacapów”. I tak na przełomie XIX i XX wieku wschodnia Galicja stała się ukraińskim Piemontem. Dla Ukrainy następstwa unii brzeskiej miały więc bardzo pozytywne skutki, dla Polaków – pamiętając o ukraińskim ruchu nacjonalistycznym, ukraińskich terrorystach w II Rzeczypospolitej i wreszcie zbrodniach UPA podczas wojny – niekoniecznie.

Do cerkwi greckokatolickiej przy Toruńskiej przyjeżdżam tuż przed rozpoczęciem nabożeństwa o godz. 10. Cerkiew jest już zapełniona, wiernych jest więcej niż na nabożeństwach prawosławnych w cerkwi przy Marcelińskiej, widzę też dużo młodych i dzieci. Kościół (który architekturą cerkwi w ogóle nie przypomina) jest trochę większy od cerkwi prawosławnej, ma prospekt organowy, ale chyba bez organów, jest tylko trzyosobowy chórek składający się z jednej dorosłej kobiety i dwóch dziewcząt, koło których cały czas stoję podczas nabożeństwa. Jak na nabożeństwie prawosławnym nie ma instrumentów muzycznych, śpiew tylko a capella, wierni w tym śpiewie i modlitwach są jednak bardziej aktywni niż przeważnie milczący prawosławni na Marcelińskiej.

Wreszcie o godz.10 rozpoczyna się nabożeństwo, podobnie jak na Marcelińskiej przeważnie dla mnie niezrozumiałe. Zbyt słabo znam kościoły wschodnie, aby pojąć wszystkie szczegóły tej liturgii, która właśnie odprawia się przed ołtarzem. Do tego język: liturgia jest odprawiana w języku starocerkiewnosłowiańskim, nie pada ani słowo po polsku, w przeciwieństwie do cerkwi prawosławnej, w której po polsku jest odczytywana ewangelia a potem ogłoszenia parafialne. Tu kazanie i ogłoszenia są w języku ukraińskim, co czyni je dla mnie niezrozumiałymi (zrozumiałbym rosyjski). Dużo gestów i zachowań znanych mi już z cerkwi prawosławnej, jak bardzo częste żegnanie się znakiem krzyża (z prawa na lewo, odwrotnie niż u rzymskich katolików), całowanie świętego obrazu, komunia podawana na łyżeczce prosto do ust, również małym dzieciom, kościoły wschodnie nie znają pojęcia pierwszej komunii. Nabożeństwo trwa godzinę i 10 minut – dłużej niż msza, ale krócej niż prawie dwugodzinne nabożeństwo prawosławne. Po nabożeństwie wierni nie rozchodzą się od razu do domów, czas na rozmowy, towarzyskie spotkania, słychać zarówno język polski jak i ukraiński. Ciekawi mnie, ilu wiernych to potomkowie Łemków i Bojków wysiedlonych z Bieszczad na skutek akcji „Wisła” po wojnie, a ilu to współczesna imigracja ukraińska, trudno to jednak ocenić.

Porównanie nabożeństwa greckokatolickiego z prawosławnym wypada w moich oczach na korzyść cerkwi przy Marcelińskiej. Myślę, że wyjaśnienie leży częściowo w architekturze i wystroju obu budynków. Chociaż cerkiew prawosławna została przebudowana w okresie międzywojennym z dawnej stajni wojskowej i na zewnątrz jest brzydsza od budynku przy Toruńskiej, wewnątrz posiada klimat, którego w cerkwi greckokatolickiej przy Toruńskiej brakuje. Jest ona dawnym kościołem rzymskokatolickim, zbudowanym w okresie międzywojennym, który dopiero w 2013 roku został przekazany grekokatolikom (wcześniej nabożeństwa odbywały się w kościele Przenajdroższej Krwi Pana Jezusa przy ulicy Żydowskiej) i widać to w wyposażeniu. Nie ma w niej ikonostasu, nie ma takiej mnogości ikon jak w cerkwi prawosławnej, człowiek nie czuje związku z sacrum. Nie wiem, czy wyposażenie to zostanie w przyszłości uzupełnione, w świątyni nie ma też na nie dużo miejsca, zobaczymy…

Po nabożeństwie zaglądam jeszcze na wystawy w Galerii Miejskiej „Arsenał” na Starym Rynku i Bibliotece Uniwersyteckiej w Poznaniu, potem powrót do Śremu.

Biblioteka Uniwersytecka w Poznaniu – Bobkowski. Chuligan wolności

4 listopada – kolejny wyjazd do Poznania. W planie mam udział w koncercie i kilku wystawach, najważniejsza z nich to „Bobkowski. Chuligan wolności” w Bibliotece Uniwersyteckiej przy Ratajczaka. Jak na listopad pogoda dobra. Tylko niewielkie zachmurzenie na słonecznym niebie, na którym dzisiaj widać też szczególnie dużo smug kondensacyjnych pozostawianych przez lecące do i z Europy Zachodniej samoloty. Do tego rześkie powietrze – temperatura rano wynosi 5 stopni, po południu wzrośnie do 12.

Twórczości Andrzeja Bobkowskiego właściwie nie znam. Oczywiście słyszałem o jego „Szkicach piórkiem”, czytałem jednak tylko fragmenty tego dzieła, okazjonalnie cytowane i omawiane np. w „Plusie Minusie”, dodatku kulturalnym „Rzeczypospolitej”, czy innych dodatkach i pismach literackich. Do zwiedzenia wystawy zachęciła mnie też godzinna audycja jej poświęcona w „Spotkaniach z kulturą” w Radiu Poznań, w której Barbara Miczko-Malcher rozmawiała z organizatorami wystawy, literaturoznawcami. Ocena, jaką dobrze mi znana redaktorka radiowa wystawiła wystawie, była bardzo dobra – podobnie jak moja.

Wystawa ciekawie opowiada o życiu i twórczości jednego z najważniejszych antykomunistycznych pisarzy emigracyjnych, jakich mieliśmy w polskiej literaturze. Szczegółowo omówione są nawet dzieciństwo i młodość w przedwojennej Polsce, ilustrowane fragmentami z jego dzienników, które Bobkowski pisał (i ozdabiał własnymi rysunkami) już jako nastolatek ((przyszły pisarz wcale nie był grzecznym dzieckiem, sprawiał kłopoty wychowawcze, nie zdał nawet matury). Już wtedy poznał Barbarę Birtus, z którą na Boże Narodzenie 1938 roku potajemnie wziął w ślub. W marcu 1939 roku wyjechali do Paryża, stamtąd planowali wyemigrować do Argentyny; zanim otrzymali wizę, wybuchła jednak wojna, która wszystko zmieniła.

To w czasie wojny we Francji powstały „Szkice piórkiem” – dziennik pisarza z lat 1940-1944, świadectwo upadku Francji latem 1940 roku, zapis ucieczki rowerem na południe kraju (to najbardziej znana część dziennika – „Biblia rowerzystów”), potem powrotu do Paryża, trudnych lat emigracyjnych. Wydane w 1957 roku „Szkice piórkiem”, których fragmenty są obszernie cytowane na wystawie, pozostają głównym dziełem pisarza, dopiero po jego śmierci, w 1970 roku, wydano „Coco de Oro”, tom szkic i opowiadań pisanych między innymi dla paryskiej kultury, również kilka tomów listów. „Szkice piórkiem”, pisane we Francji, ale poświęcone przecież przede wszystkim Polsce i polskim sprawom, na wystawie przeciwstawione są „Dziennikowi” Witolda Gombrowicza. To porównanie – według autorów wystawy – wypada na korzyść Bobkowskiego. Sam tego nie oceniam. Czytałem i mam swojej biblioteczce cały „Dziennik” Gombrowicza; „Szkiców piórkiem” Bobkowskiego, jak napisałem, nie znam.

W 1948 roku Andrzej Bobkowski wyemigrował z żoną do Gwatemali, gdzie zajął się… modelarstwem lotniczym, literatura zeszła odtąd na dalszy plan w jego życiu, chociaż nadal pisał i publikował w „Kulturze”. W tym swoim nowym zawodzie odniósł zresztą duży sukces, brał udział w zawodach modeli latających, w kręgach gwatemalskich hobbystów modelarzy stał się bardzo popularną postacią. Zmarł w 1961 roku. Żona Barbara, która przeżyła go o 21 lat, położyła duże zasługi w ocaleniu jego spuścizny literackiej i publikacji twórczości.

Wystawie w Bibliotece Uniwersyteckiej towarzyszą oczywiście książki, nie tylko, a nawet nie przede wszystkim Bobkowskiego i o Bobkowskim, większość eksponowanych pozycji to książki wydane przez „Kulturę” i Instytut Literacki w Paryżu. Mam w domu i czytałem tylko jedną książkę wydaną przez tę oficynę (opowiadania Sławomira Mrożka), z tym większą ciekawością mogę więc teraz zapoznać z tą działalnością wydawniczą – wiele pozycji bardzo cennych, jest nawet pierwszy numer „Kultury”, wydany jeszcze w Rzymie w 1946 roku, są też pierwsze numery paryskie.

Wystawa warta zwiedzenia, dla wszystkich interesujących się literaturą. Jeśli miałbym w niej coś uzupełnić, to w szerszym zakresie ukazałbym te aspekty życia Bobkowskiego we Francji i  Gwatemali, które nie były ściśle związane z literaturą. Praca w fabryce we Francji i przede wszystkim prowadzenie własnej firmy modelarskiej w Gwatemali odgrywały przecież bardzo ważną rolę w jego życiu, a w Gwatemali Bobkowski uważał się chyba przede wszystkim za modelarza, nie za pisarza. Z drugiej strony rozumiem taką optykę – wystawa została przecież zorganizowana w bibliotece, a dla nas, ludzi zainteresowanych literaturą, Andrzej Bobkowski pozostanie przede wszystkim autorem „Szkiców piórkiem”.

Jeszcze tylko krótki rzut oka na dwie inne wystawy w gmachu Biblioteki Uniwersyteckiej. „Kalliope Austria. Kobiety w społeczeństwie, kulturze i nauce” niestety rozczarowuje. Składa się tylko z plansz, przeładowanych tekstem, które trudno się czyta. Brakuje innych eksponatów, choćby książek napisanych przez omawiane bohaterki lub traktujących o nich, czy krótkiego filmu video. Ciekawsza jest wystawa poświęcona Aleksandrowi Birkenmajerowi, dyrektorowi Biblioteki w 1939 roku i w latach 1945-1947. Jest ona jednak bardzo mała, gabloty z książkami i dokumentami podpisanymi przez Aleksandra Birkenmajera są niedostatecznie oświetlone i trudno się z nimi dokładnie zapoznać. Opuszczam gmach, czekają mnie jeszcze inne wystawy i koncert.

Cmentarz w Bninie. Kolegiata Kórnicka

1 listopada – wyjazd na dwa cmentarze w Kórniku i na mszę do kościoła pw. Wszystkich Świętych. Tak dawno nie jechałem tą trasą, że bardzo duży ruch samochodowy na drodze wojewódzkiej do Kórnika jest dla zaskoczeniem, przecież mamy Wszystkich Świętych, dzień wolny od pracy. Chyba że to poznaniacy jadący na groby bliskich w południowej Wielkopolsce i na Dolnym Śląsku wybrali tę trasę, aby uniknąć jazdy zatłoczoną krajową piątką przez Leszno (większość samochodów jedzie od strony Poznania).

Dawno nie byłem na cmentarzu w Bninie… Teraz mogę sobie przypomnieć to niezwykłe miejsce, pusty plac, na którym do 1942 roku stał kościół pw. św. Wojciecha. Kiedy w owym roku doszło do katastrofy budowlanej, zawaliła się wieża, teren został natychmiast otoczony przez gestapo ze Śremu i już nie pozwolono na odbudowę kościoła, zmuszono bninian do jego rozbiórki. Obecnie na pokościelnym placu najbardziej widocznym budynkiem jest kaplica Celichowskich. Najlepiej jest mi znany Zygmunt Celichowski, zarządca Biblioteki Kórnickiej, ale też inni członkowie rodziny bardzo się zasłużyli dla Wielkopolski i Polski: ojciec Zygmunta, Antoni, pedagog, autor podręczników; syn Zygmunta, Witold, wojewoda poznański; drugi syn, Stanisław Celichowski, dowódca kompanii kórnickiej w powstaniu wielkopolskim.

Potem właściwy teren bnińskiego cmentarza, łagodnie opadającego w kierunku zakończenia półwyspu Szyja, otoczonego z trzech stron  Jeziorem Bnińskim. Podobno są tu pochowani ks. Szczepan Janasik, Wojciech Droździk, sekretarz premiera Stanisława Mikołajczyka, Wincenty Flens, ostatni burmistrz Bnina, nie jestem jednak w stanie odnaleźć ich grobów. Po przejściu przez cały cmentarz idę jeszcze do końca półwyspu Szyja. Półwyspowi nadali tę nazwę archeologowie, którzy od dawna prowadzą tu badania; to jedno z najważniejszych stanowisk archeologicznych w Wielkopolsce, z widocznymi jeszcze dzisiaj dwoma grodziskami, śladami dawnych osad. Jestem całkiem sam na półwyspie i mogę go dokładnie obejrzeć, po raz pierwszy od wielu lat, w końcu zawracam (gdybym skręcił tu nogę albo coś innego mi się stało, nikt by mi nie pomógł, nie należy kusić losu) i kieruję się w stronę kórnickiej kolegiaty.

Chociaż mamy 1 listopada, w kościele pw. Wszystkich Świętych w Kórniku nie ma dzisiaj odpustu, ten odbędzie się w najbliższą niedzielę, jak wyjaśnia wiernym ksiądz proboszcz na początku nabożeństwa. Mogę więc tylko wziąć udział w mszy; kazanie na niej głosi ksiądz Łukasz Słociński, który jeszcze niedawno był wikarym w mojej parafii. Po mszy okazja do przypomnienia sobie kościoła, nagrobków Górków, ołtarza św. Anny z obrazem pędzla Mariana Jaroczyńskiego, rzeźby św. Franciszka dłuta Marcina Rożka. Najcenniejsza i dzisiaj najbardziej mnie interesująca kaplica Matki Boskiej Kórnickiej, w której podziemiach pochowano między innymi Teofilę Działyńską (Białą Damę), Tytusa i Jana Działyńskich, jest niestety zagrodzona i niedostępna, trwają jakieś prace remontowe, co widać też na zewnątrz kościoła. Nie mogę też wejść do krypty pod kaplicą Najświętszego Serca Jezusowego, w której pochowano hrabiego Władysława Zamoyskiego, jego matkę generałową Jadwigę Zamoyską i siostrę Marię, kościół jest otoczony rusztowaniami.

Niedaleko kolegiaty jest też drugi kórnicki cmentarz. Tak jak na bnińskim cmentarzu i tu mnóstwo ludzi odwiedzających groby, zapalających znicze, składających kwiaty. Są tu m.in. zbiorowe mogiły powstańców wielkopolskich i rozstrzelanych 20 października 1939 roku. Chętnie odwiedziłbym grób Kajetana Kielisińskiego, którego XIX-wieczne grafiki i rysunki są mi dobrze znane, czy ks. Edmunda Majkowskiego, założyciela Archiwum Archidiecezjalnego w Poznaniu, niestety nie jestem w stanie ich znaleźć, wymagałoby to więcej czasu, specjalnego wyjazdu do Kórnika w spokojniejszych warunkach niż dzisiaj. Powrót do Śremu wciąż zatłoczoną szosą.

Wielkopolskie Muzeum Wojskowe – Legia Cudzoziemska

16 września – po wystawach „Solum Verbum – Reformacja i słowo XVI-XVIII wiek” i „Przyroda Wielkopolski” w Bibliotece Raczyńskich i „Polki, patriotki, rebeliantki” w Galerii Miejskiej Arsenał decyduję się na zwiedzenie jeszcze jednej wystawy „Legia Cudzoziemska. Polacy w służbie Francji” w Wielkopolskim Muzeum Wojskowym. Nie interesuję się zbytnio Legią Cudzoziemską (jak i w ogóle kwestiami wojskowości); Legię znam tylko z komedii „Flip i Flap w Legii Cudzoziemskiej”, którą widziałem jeszcze w dzieciństwie, jak też z innych filmów, postanawiam jednak zapoznać się z tą wystawą, zwłaszcza że już  nie dawno nie byłem w Wielkopolskim Muzeum Wojskowym – ostatnio odwiedziłem je w styczniu 2016 roku podczas spotkania przy okazji wystawy modeli samolotów.

Obecna wystawa czasowa, jak i poprzednie, zajmuje dwa pierwsze pomieszczenia muzeum. Warunki lokalowe muzeum są takie, jakie są, nie ma tu dużo miejsca, co oznacza konieczność ścieśnienia eksponatów i niestety możliwość przeoczenia ważnych przedmiotów i faktów. Mimo to udaje mi się dość szczegółowo obejrzeć wystawę: bardzo dużo dokumentów, listów w gablotach, na ścianach wiszą reprodukcje plakatów propagandowych i powiększone fotografie; dla zwiedzających najbardziej atrakcyjne są chyba mundury, w tym autentyczne, podarowane przez Polaków służących w Legii, i atrapy broni używanej przez legionistów, w tym słynnego niemieckiego MP40.Wystawa uwzględnia zarówno historię Legii jak i jej współczesność, bo przecież Legia Cudzoziemska nie jest anegdotyczną ciekawostką historyczną, wciąż istnieje i wciąż bierze udział w operacjach wojskowych, w Afryce, Azji (Afganistanie), ale też Europie (byłej Jugosławii).

Minusem wystawy jest brak ogólnego zarysu historii i współczesnego kształtu Legii Cudzoziemskiej. Tylko uważni zwiedzający dostrzegą w jednej z gablot kopię dekretu króla Ludwika Filipa z 1831 roku o powołaniu Legii. W innej gablocie szczegółowo przedstawiono bitwy pod Camerone w Meksyku w 1863 roku (rocznica bitwy, podczas której zginęli prawie wszyscy broniący się przed Meksykanami legioniści, jest świętem Legii Cudzoziemskiej), zabrakło jednak dokładniejszych informacji o innych działaniach wojennych, w których Legia brała udział, np. o wojnie w Indochinach lub wojnie w Algierii. Przydałoby się umieścić takie informacje na oddzielnych planszach, rozumiem jednak, że nie było na to miejsca w muzeum.

Po zwiedzeniu wystawy i chwili zastanowienia postanawiam też zostać na zaplanowanym na godz. 14 wykładzie „Oddziały spadochronowe Legii Cudzoziemskiej”, który prowadzi Krzysztof Schramm, jeden z kuratorów wystawy i kierownik sekcji historycznej Stowarzyszenia Byłych Żołnierzy i Przyjaciół Legii Cudzoziemskiej. Jeszcze na 5 minut przed wykładem myślałem, że będę na nim jednym słuchaczem (jak mi się już wielokrotnie zdarzało w muzeach), nie jest jednak tak źle – razem ze mną zasiadło na przyniesionych krzesłach ponad 10 osób. Mężczyzna siedzący za mną pyta, czy też byłem spadochroniarzem w wojsku i dlatego przyszedłem na wykład. Ależ nie, po prostu przyszedłem się czegoś nowego dowiedzieć.

Wykład Krzysztofa Schramma okazuje się bardzo ciekawy, prelegent jest znakomitym znawcą tematu, opowiada ze swadą, z wykładu mogę się bardzo dowiedzieć o Legii Cudzoziemskiej, chociaż właściwie koncentruje się on tylko na jednym jej oddziale – 2. (i obecnie jedynym w Legii) pułku spadochronowym (2 REP). Dużo się dowiadujemy o początkach oddziałów spadochronowych Legii podczas wojny w Indochinach, o powstaniu kompanii spadochronowej, jej przekształceniu w batalion a później 1. pułk spadochronowy (1 REP), okryty niesławą i rozwiązany po przyłączeniu się do nieudanego puczu gen. Raoula Salana w 1961 roku, o operacji Leopard w Kolwezi w Zairze w 1978 roku, podczas której desant Legii Cudzoziemskiej powstrzymał masakrę białej ludności. Na koniec Krzysztof Schramm przedstawia sylwetki trzech Polaków służących w Legii Cudzoziemskiej: Gastona Ziemskiego (który być może był też instruktorem wojskowym Karola Wojtyły), Mariusza Nowakowskiego (stracił nogę w Sarajewie, poświęcono mu film „Rogate dusze”) i Konrada  Rygla, który poległ w Afganistanie w 2010 r.

Legia Cudzoziemska

Fot. Wielkopolskie Muzeum Wojskowe

Wykład kończy się dyskusją, podczas której jako pierwszy zadaję pytanie:

– W czasach PRL służba w obcych formacjach wojskowych była przestępstwem. Czy coś się zmieniło od tego czasu? Jak to właściwie wygląda od strony prawnej?

– W PRL rzeczywiście tak było – odpowiada Krzysztof Schramm – dużo się jednak zmieniło w latach 90. Polska przystąpiła do NATO, później do Unii Europejskiej. Armia francuska, której częścią jest Legia Cudzoziemska, jest naszym sojusznikiem w ramach NATO, jak można więc ścigać kogoś za służbę w armii sojusznika? Z tego, co wiem, przepis zabraniający służby w obcych armiach nie został uchylony, ale praktycznie nie jest egzekwowany.

Zaraz po moim pytaniu i odpowiedzi na nie Krzysztofa Schramma spotyka zarówno nas słuchaczy jak i prelegenta ogromna niespodzianka. Okazuje się, że w naszym gronie jest były żołnierz Legii Cudzoziemskiej, który przyszedł na wykład i chciałby nam bliżej opowiedzieć o swojej służbie. Przedstawia się jako Kuba Tuszyński, służył właśnie w wojskach spadochronowych, 2 REP, mającym swoją siedzibę na Korsyce (pokazuje nam swoje dokumenty wojskowe), od lat 90. brał udział w operacjach w byłej Jugosławii, Afryce i może nam dużo o nich opowiedzieć. Wykład staje się naprawdę ciekawy, tyle, że jest już 16.30, spotkanie trwa już 2,5 godziny, a ja chciałbym wrócić do Śremu jeszcze za dnia. Z żalem opuszczam wykład. Czeka mnie teraz 3-godzinna jazda rowerem przez Rogalin, niestety w deszczu; w Śremie jestem już po zapadnięciu zmroku.

Pałac Królewski we Wrocławiu – Artyści śląscy 1845-1945. Nowy poczet władców Polski

2 września – drugi i chyba ostatni w tym roku wyjazd rowerem do Wrocławia, tym razem do Pałacu Królewskiego na trzy wystawy czasowe: „Artyści śląscy 1845-1945”, „Nowy poczet władców Polski” i „Kresy południowo-wschodnie na przedwojennej pocztówce”.

Wyjazd ze Śremu o 6 rano. Pogoda dość dobra, chociaż rano termometr na moim bloku pokazuje tylko 11 °C, duże zachmurzenie, ale nie pada, północno-zachodni wiatr pomaga też w jeździe. Pierwszy postój w Rawiczu. Kiedy parkuję rower przed „Biedronką”, podchodzi do mnie starszy mężczyzna.

– O, jaki ma pan dobry rower. Musiał dużo kosztować.

– 1500 złotych.

– To na pewno dobrze się nim jeździ. Kupi mi pan trochę ziemniaków i kapusty na obiad?

Tak, kupię. Wchodzimy do sklepu, gdzie mężczyzna kupuje siatkę ziemniaków i dużą główkę kapusty, do tego torebkę pieprzu. Czekając w kolejce do kasy, usiłuję nawiązać rozmowę z mężczyzną, pytam, czy pracuje, czy jest już na emeryturze, ten jednak nie jest skłonny do zwierzeń. Wszystko, co mi ma do powiedzenia, to: „Za komuny było lepiej”. Jak dawno nie słyszałem tego zdania…

Drugi postój w Żmigrodzie, gdzie zachodzę do Gminnego Centrum Informacji (jest otwarte w soboty), nie mają jednak żadnych ciekawych materiałów o mieście. Pani z obsługi („Śrem? To gdzieś koło Leszna?”) radzi mi zajrzeć do baszty przy ruinach zamku Hatzfeldów, gdzie jest informacja turystyczna. Tak, wiem, byłem tam wielokrotnie, ale baszta zawsze była zamknięta, otwierają ją dopiero o 14, a ja przez Żmigród przejeżdżam zawsze przed południem.

– To musi pan kiedyś później wyjechać z domu – radzi mi pani z obsługi.

Może i tak kiedyś zrobię, ale nie przy okazji wyprawy do Wrocławia. Będzie to musiała być specjalna wycieczka tylko do Żmigrodu.

Trzeci postój w Trzebnicy i potem już najprzyjemniejsza część trasy – zjazd z Kocich Gór w dolinę Odry. We Wrocławiu na moście Uniwersyteckim jestem o 14, jak zwykle po 8 godzinach jazdy. Przez Kuźniczą, Rynek i Świdnicką dojeżdżam do Pałacu Królewskiego przy Kazimierza Wielkiego.

* * *

W Pałacu Królewskim najbardziej interesuje mnie wystawa „Artyści śląscy 1845-1945” i na nią kieruję swe pierwsze kroki. Wystawa obejmuje obrazy i rzeźby na dwóch kondygnacjach pałacu; jak mówi pani w kasie, wszystkie z kolekcji muzeum; i stanowi bardzo interesujący przegląd śląskiej i wrocławskiej sztuki z tego okresu. Pierwsza część, ukazująca przeważnie pejzaże Sudetów, jest wprawdzie rozczarowaniem, a właściwie nie rozczarowaniem, spodziewałem się, że taka będzie moja reakcja, ponieważ pejzaże w malarstwie zawsze podobały mi się mniej niż inne przedstawienia. Trudno mi wytłumaczyć tę niechęć, ma ona niewiele wspólnego z wartością artystyczną dzieł, w każdym razie Sudety, moje ukochane góry, w które kiedyś tak często jeździłem (od kilku lat jest przerwa w tych wycieczkach) wolę oglądać, wędrować po nich „na żywo”, nie na malarskim płótnie.

Bardziej interesująca jest górna kondygnacja wystawy. Zaczyna się od widoków Wrocławia, obiektów ikonicznych dla miasta (artyści szczególnie upodobali sobie ratusz) i takich, które już nie istnieją. Obrazy te mają wartość informacyjną jak i artystyczną, wywołują wzruszenie jako ukazanie świata niemieckiej metropolii, świata, którego już nie ma.

W dalszych pomieszczeniach zdominowanych przez portrety, przedstawienia ludzi, sceny rodzajowe, ekspozycja staje się jeszcze ciekawsza. Odkrywam znakomite dzieła artystów o których nigdy dotąd nie słyszałem, przede wszystkim Maxa Wislicenusa – jego tańce argentyńskie, taniec słowiański, portrety, między kobiet i dzieci, portret Kurta Hauptmanna, wszystkie pełne modernistycznej ekspresji. Bardzo dobrych portretów na wystawie jest zresztą więcej, jak narysowany pastelami akt kobiecy Fritza Erlera, portrety Cyganki i kobiety Artura Wasnera, podwójny portret małżonków z Nysy Łukasza Mrzygłoda (czy artysta uważał się za Polaka czy Niemca, czy po prostu Ślązaka?). Drugim, obok Maxa Wislicenusa, odkryciem jest Walter Eberhard Loch i jego niezwykłe, wywodzące się z ducha ekspresjonizmu przedstawienia ruchu i zgiełku wielkomiejskiego Wrocławia (obraz ulicy w nocy, gra na korcie tenisowym) oraz autoportret i portret innego artysty przy sztalugach.

Rzeźba jest reprezentowana przede wszystkim przez twórczość Theodora von Gosena, jak popiersie młodzieńca z brązowego gipsu, metalowe popiersie Iustitii, drewniane „Skupienie”, ale jest też miniaturka Szermierza, rzeźby, którą zawsze mijam, przejeżdżając obok budynku Uniwersytetu Wrocławskiego.

Wystawę „Kresy południowo-wschodnie na przedwojennej pocztówce” oglądam tylko pobieżnie. Ma z pewnością wartość sentymentalną dla osób, których rodziny wywodzą się z tamtych terenów, ja jednak takiego emocjonalnego związku nie czuję. Chcę jeszcze tylko zobaczyć „Nowy poczet władców Polski”

* * *

Wystawę „Nowy poczet władców Polski. Waldemar Świerzy kontra Jan Matejko” widziałem już we wrześniu 2016 roku w Bibliotece Raczyńskich w Poznaniu. Również opisałem ją na moim blogu, zainteresowani łatwo odnajdą więc na nim opis moich wrażeń. Przypomnę tylko, że chodzi o plon 10-letniej pracy już nieżyjącego plakacisty Waldemara Świerzego, który postanowił zmierzyć się z tematem, którym ponad 100 lat wcześniej zajął się sam mistrz Matejko, czy wizerunkami władców Polski.

Spodziewałem się prostego przeniesienia tej wystawy, tymczasem ku mojemu zaskoczeniu „Nowy poczet władców Polski” eksponowany w Pałacu Królewskim bardzo różni się od tego prezentowanego w Bibliotece Raczyńskich. W Poznaniu była to wystawa planszowa z dużymi reprodukcjami prac Świerżego, porównanymi z rysunkami Matejki. We Wrocławiu na ścianach zawieszono 49 portretów Świerzego oprawionych w ramy. Czy są to więc oryginały? Po przyjrzeniu się im z bardzo bliska stwierdzam, że chyba jednak nie. Świerzy namalował je w technice gwaszu, a faktura tych prac tego nie zdradza, portrety wyglądają też jak reprodukcje. Kiedy pytam o to panią w kasie, nie potrafi mi udzielić odpowiedzi. Oryginałami jest na pewno kilka rysunków z pocztu Jana Matejki przedstawiających pierwszych władców – cały oryginalny poczet znajduje się w kolekcji Muzeum Narodowego we Wrocławiu. Oryginałami są też monety, medale z portretami władców, których w Poznaniu oczywiście też nie było. Ogólnie mówiąc, wystawa wrocławska jest wizualnie o wiele atrakcyjniejsza i staranniej przygotowana od poznańskiej. Samych portretów jest też więcej. W Poznaniu prawdopodobnie ze względu na ograniczenia miejsca z części postaci zrezygnowano.

Gdybym miał więcej czasu, przestudiowałbym jeszcze raz te pełne psychologizmu i poszukiwania prawdy o człowieku portrety Świerzego, przeczytałbym komentarze historyczne. Niestety czas nagli. Jeszcze tylko spacer po stałej ekspozycji Pałacu Królewskiego (dokładnie zwiedziłem ją tylko raz, podczas Nocy Muzeów w 2009 roku, zaraz po otwarciu, potem już tylko wpadałem na nią przy okazji wystaw czasowych; od tego czasu dużo się na niej zmieniło i musiałbym szczegółowo zapoznać się jeszcze raz, trwałoby to jednak 8-10 godzin, albo i dłużej) i powrót do domu.

Długa Noc Muzeów w Berlinie, 2017

19 sierpnia – po rocznej przerwie znowu wyjazd na Długą Noc Muzeów do Berlina. W ubiegłym roku nie byłem w Berlinie; tyle interesującego się działo we Wrocławiu i innych miastach w Polsce. Przed ostatnią sobotą zastanawiałem się też nad wyjazdem na festiwal „Muzyka w raju”, który właśnie się rozpoczął w Paradyżu. Ostatecznie rozstrzygnęła za mnie pogoda. Pochmurny dzień z możliwością opadów i zachodni wiatr sprawiał, że jazda rowerem do Paradyża w Lubuskiem nie byłaby przyjemnością, zamiast niej wybrałem Berlin.

Wyjazd ze Śremu autobusem do Poznania o ósmej. W wakacyjną sobotę niewielu pasażerów, przed podstawieniem autobusu mam okazję przejrzeć gablotę na dworcu PKS z postaciami zasłużonych śremian. Szkoda, że Towarzystwo Miłośników Ziemi Śremskiej, które zamieszcza różne materiały w gablocie, nie podało źródła tych biogramów – są one skopiowane z Wikipedii, w każdym razie rozpoznaję dwa, poświęcone ks. Piotrowi Wawrzyniakowi i Danielowi Kęszyckiemu, napisałem je… ja sam, dawno temu, kiedy jeszcze zajmowałem się redagowaniem tej encyklopedii. Zresztą nieważne – Wikipedia to dobro wspólne, a już podjeżdża mój autobus.

W Poznaniu kilkanaście minut czasu na przesiadkę na pociąg Eurocity z Warszawy do Berlina. Do mojego wagonu młoda kobieta wprowadza właśnie rower; kiedy oferuję swoją pomoc, okazuje się, że jest Niemką. Miejscówkę ma wprawdzie w sąsiednim wagonie, zapraszam ją jednak do mojego przedziału, miejsca jest dosyć. Oprócz nas dwie Polki i młody mężczyzna również wyglądający na obcokrajowca, o południowych rysach twarzy. Moja nowa znajoma (krótka fryzura i swobodne ubranie upodabniają ją bardziej do chłopca, Niemki zwracają jednak na takie sprawy mniejszą uwagę niż Polki) okazuje się inteligentną kobietą, studiowała kulturoznawstwo, mieszka teraz w Hildesheim („nazywanym Norymbergą północy”, jak mówi, „z powodu dużej liczby domów o konstrukcji szachulcowej”), ale pochodzi z Turyngii. Z zaskoczeniem dowiaduje się, że podczas mojego pierwszego w życiu wyjazdu za granicę (do NRD w 1988 roku) byłem w Steinach i Sonnebergu („To bardzo blisko moich stron rodzinnych”). Teraz właśnie wraca z wyprawy rowerowej wzdłuż całego polskiego wybrzeża Bałtyku, od Szczecina przez Świnoujście do Gdańska i Helu. Rozmawiamy nie tylko o jej wrażeniach z wycieczki, również ogólnie o Polsce, jak też o moich zainteresowaniach i wyprawach rowerowych.

– A które z polskich miast najbardziej się panu podoba? Które jest najbardziej interesujące?

– Chyba Wrocław. W ubiegłym roku byłem tam sześć razy, był to jednak specjalny rok dla tego miasta, Wrocław był Europejską Stolicą Kultury i zorganizowano tam bardzo wiele interesujących imprez.

– Nie Kraków?

– Kraków na pewno jest pięknym i ciekawym miastem, ale jest zbyt daleko ode mnie. Nie mogę pojechać tam na wystawę do muzeum i wrócić tego samego dnia. Ograniczam się do zachodniej Polski.

– Słyszałam też o Zielonej Górze…

– Tak, też tam byłem wielokrotnie. Historycznie to Dolny Śląsk, ale obecnie jest jedną z dwóch stolic województwa lubuskiego. Nazwa województwa pochodzi zresztą od miasta Lebus w Niemczech, koło Frankfurtu nad Odrą.

– Polacy nazwali województwo od niemieckiego miasta?

– Kiedyś to było polskie miasto, nazywało się Lubusz.

– A dzisiaj rzeczywiście jedzie pan do Berlina tylko na Noc Muzeów? Bez noclegu?

– Nie, nigdy nie nocuję, wracam tego samego dnia lub w nocy. Przed Długą Nocą Muzeów chciałbym odwiedzić jeszcze miejsce pamięci muru berlińskiego przy Bernauer Straße, to niedaleko Gesundbrunnen, a od godziny 18 czeka mnie Lange Nacht der Museen.

– Z tego, co pan opowiada, widzę, że robi pan zwariowane rzeczy, i to co weekend…

Nasza rozmowa schodzi też na politykę:

– Jaka jest właściwie przyczyna tego, że Polacy zagłosowali na PiS? Jak to było możliwe, że ta partia wygrała wybory?

– Osobiście nie głosowałem na PiS…

– Tak przypuszczałam.

– …ale nie robię tragedii z tego poparcia dla PiS w społeczeństwie. Wygrana PiS-u w wyborach 2015 roku, to, że zdobył absolutną większość w sejmie, było w dużej mierze kwestią przypadku, tego, że jedna partia lewicowa (Razem) odebrała część głosów drugiej partii lewicowej (Zjednoczonej Lewicy), przez co ta nie weszła do sejmu i straciła potencjalne mandaty na rzecz PiS-u. To dzięki temu PiS ma teraz absolutną większość w sejmie i może uchwalać co chce, nie licząc się z opozycją. Obecnie popularność PiS-u bierze się głównie z programu 500+, o którym pewnie pani słyszała. Opozycja twierdzi, że to przekupywanie społeczeństwa…

– Tak, słyszałam. Ale niemieckie media twierdzą, że demokracja w Polsce jest zagrożona.

– Nie zgadzam się z tym. To zwykła walka polityczna, normalna rzecz w każdym kraju.

Rozmawiamy też o innych, przyjemniejszych sprawach, na przykład o polskiej kuchni, Niemka mówi mi, że bardzo jej smakuje „serwolada ostródzka” („Nie słyszałem, to chyba jakiś lokalny przysmak? W Wielkopolsce też mamy tradycyjne potrawy”). Wreszcie pociąg przejeżdża przez most na Odrze i zatrzymuje się na dworcu we Frankfurcie nad Odrą. Ku mojemu zdziwieniu (zwykle nikt tu się nie dosiada) do pociągu wsiada dużo Niemców, do naszego przedziału również wchodzą dwie zażywne panie w wieku już emerytalnym lub przedemerytalnym. Ruszamy. Nasz pociąg dzisiaj wyjątkowo jedzie nie przez Dworzec Wschodni do Głównego, tylko przez Lichtenberg do Gesundbrunnen. Tuż za Frankfurtem po angielsku odzywa się też młody mężczyzna o południowych rysach twarzy, pytając, jak dojechać na Dworzec Wschodni. Okazuje się, że ma tam przesiadkę na pociąg do Amsterdamu.

– O, to ma pan problem – odpowiadają płynnie po angielsku starsze panie. Nie tylko one, ale cały przedział przechodzi na język Szekspira. – Bo pomiędzy Lichtenbergiem i Dworcem Wschodnim pociągi nie kursują.

– A co się stało? – pytam.

– Remontują tory w Ostkreuz. Pociągi regionalne z Frankfurtu dojeżdżają tylko do Erkner, potem trzeba się kilka razy przesiadać. Ja też jadę tym pociągiem, aby uniknąć przesiadek. Jestem zresztą z Fürstenwalde, musiałam więc cofnąć się do Frankfurtu, ale to i tak lepsze. Musi pan jechać autobusem z Lichtenbergu na Dworzec Wschodni.

Tajemnica popularności naszego Eurocity wśród Niemców we Frankfurcie więc się wyjaśniła. Smętnie zdaje sobie sprawę, że i mnie w drodze powrotnej będzie czekała podróż z przesiadkami. W nocy z soboty na niedzielę nie mam, jak kiedyś, bezpośredniego połączenia z Berlina do Poznania.

W Lichtenbergu pociąg stoi tak długo, że jedna z pań zaczyna się denerwować.

– Jeśli zaraz nie ruszy, nie zdążę w Gesundbrunnen na przesiadkę do Rostocku.

– Będzie miała pani następny – pocieszam.

– Tak. I w szpitalu będę dopiero wieczorem. Jadę do chorej ciotki, która leży w szpitalu w Güstrow. W dodatku mają mnie odebrać, będę więc teraz musiała wszystko pozmieniać.

Na szczęście pociąg w tym momencie rusza, na stacji Berlin Gesundbrunnen jesteśmy zgodnie z planem. Pociąg młodej Niemki do Hanoweru odchodzi z Dworca Głównego, początkowo planowała pojechać tam kolejką miejską S-Bahn, ale kiedy spojrzała na plan Berlina, który zabrałem z domu, zmieniła zdanie, przejdzie ze mną kawałek pieszo, a potem pojedzie rowerem, to niedaleko. Musimy tylko znaleźć Brunnenstraße, którą dojdziemy do Bernauer Straße. Oboje jesteśmy po raz pierwszy w Gesundbrunnen, nie znamy tych okolic, proponuję jednak pójść w kierunku, który okazuje się właściwy.

– Ma pan dobrą orientację w terenie.

– I trochę doświadczenia w jeździe rowerem z mapą. Jest teraz po godzinie 12, nasz cel jest na południu, wystarczy więc iść za słońcem.

Na Bernauer Straße rozstajemy się przy Miejscu Pamięci Muru Berlińskiego. To mój pierwszy cel dzisiejszej wyprawy do Berlina.

* * *

O Miejscu Pamięci Muru Berlińskiego (Gedenkstätte Berliner Mauer) dowiedziałem się w 2008 roku od przygodnie poznanego Niemca podczas mojej wycieczki rowerowej po Meklemburgii – Pomorzu Przednim. Niemiec (spotkanie z nim było bardzo ciekawym i zaskakującym doświadczeniem – okazał się wnukiem Hermanna Mittendorfa, niemieckiego landrata Śremu podczas okupacji), kiedy dowiedział się, że niedawno odwiedziłem Muzeum Muru Berlińskiego przy Checkpoint Charlie na Friedrichstraße, powiedział mi:

– Jeszcze ciekawsze jest miejsce pamięci przy Bernauer Straße. Muzeum przy Checkpoint Charlie jest prywatne i koncentruje się na sensacjach, natomiast miejsce pamięci przy Bernauer Straße jest utrzymywane ze środków publicznych, ma większą wartość informacyjną i jest poważniejsze w charakterze. Jest tam też zachowany fragment muru.

Okazuje się to prawdą. Miejsce pamięci powstało przy ulicy, która przez 28 lat stanowiła granicę pomiędzy wschodnim i zachodnim Berlinem. Z dnia na dzień Bernauer Straße stała się ulicą graniczną, a właściwie – po wschodniej stronie, bo po zachodniej życie toczyło się normalnie – martwą strefą, w której zburzono kamienice i zainstalowano śmiercionośny pas (mur berliński składał się w istocie z kilku rzędów murów, płotów, zasieków itp.), mający uniemożliwić wschodnim berlińczykom przedostanie się na drugą stronę. I tak dochodziło tam jednak do prób ucieczek, nawet podkopów i budowy tuneli, niektóre ucieczki udawały się nie, niektóre kończyły tragicznie.

Zwiedzanie rozpoczynam w zwykły dla siebie sposób, to jest bardzo dokładnie czytając wszystkie plansze (miejsce ma charakter centrum dokumentacyjnego, chociaż zawiera też oryginalne artefakty, jak płaszcz, w którym uciekła jedna z kobiet), reprodukowane na nich dokumenty urzędowe, listy, słucham przemówienia Kennedy’ego ze słynnym zdaniem „Ich bin ein Berliner”, przemówienia Willy’ego Brandta (wtedy burmistrza zachodniego Berlina), wspomnień mieszkańców NRD, którzy zdecydowali się na ucieczkę. Kiedy już dokładnie zapoznałem się z ekspozycją na parterze centrum, na moim zegarku jest 17.30, minęło więc cztery i pół godziny, a do zwiedzenia jest jeszcze ekspozycja na górnej  kondygnacji, obszerniejsza. Czy centrum bierze udział w Długiej Nocy Muzeów? Nie, nigdy nie bierzemy w niej udziału, zamykamy o 18. Trudno, muszę na tym poprzestać, nie wiem, czy kiedykolwiek uda mi się dokładnie zwiedzić całą ekspozycję, przy moim sposobie zwiedzania muzeów musiałoby to trwać 10-12 godzin.

Wychodzę już, bo chciałbym przejść jeszcze drugą stronę ulicy – dotknąć zachowanego fragmentu muru (ma 200 metrów długości), przespacerować się po pustym obecnie porośniętym terenie, strefie śmierci, w której wcześniej buszowały… słynne berlińskie króliki.

* * *

Zaczęła się już Długa Noc Muzeów Przejście pieszo z Bernauer Straße w kierunku Topografii Terroru i Martin-Gropius-Bau, które najbardziej mnie interesują podczas dzisiejszej nocy. Na planie miasta to tylko kawałek, ale nie uwzględniłem wielkości Berlina – przejście zajmuje mi prawie godzinę. Nie szkodzi, idę pierwszy raz tą trasą i po raz pierwszy mogę zobaczyć budowle, o których dotychczas tylko słyszałem – Dworzec Północny z wystawą o dworcach-widmach w podzielonym Berlinie, bardzo duże Muzeum Przyrodnicze, które też bierze udział w dzisiejszej nocy muzeów, przedtem krótki odpoczynek w parku przy Eichendorffstraße, ogromny kompleks budynków szpitala uniwersyteckiego i wydziału medycznego Charité, studio telewizyjne ARD. Coraz więcej ludzi na ulicach, kobiety w chustach, różne rasy, kolory skóry, słychać najróżniejsze języki, po powrocie do Polski mam ochotę powtórzyć znajomym znany dowcip: „Na pewno słyszeliście, że w Polsce jest mniejszość niemiecka, prawda? Otóż powiem wam, że byłem niedawno w Berlinie i tam też jest”. Wreszcie plac Paryski i Brama Brandenburska, dalej wzdłuż Wilhelmstraße (niedaleko stał tu pałac Radziwiłłów, potem zamieniony na Kancelarię Rzeszy, rezydował w niej też Hitler, ale nie odnajduję tego miejsca) na południe, przy Topografii Terroru jestem już po 19.

Topografia Terroru, placówka, do której się wybierałem od początku moich wyjazdów do Berlina, ale którą dopiero teraz udało mi się zobaczyć, to miejsce, w którym do 1945 roku znajdowała się główne siedziba gestapo i SS. Z dawnych budynków nie zostało nic, w ich miejscu stoi duży pawilon wystawowy, obok którego jest również ekspozycja na zewnątrz. Podobnie jak Miejsce Pamięci Muru Berlińskiego, Topografia Terroru jest centrum dokumentacyjnym, nie muzeum, rolę informacyjną spełniają plansze bardzo szczegółowo opisujące historię Niemiec w latach 1933-1945.

Krótkie obejście ekspozycji i chwila zastanowienia. Tematyka wystawa jest interesująca, ale jeśli tu zostanę, do końca nocy muzeów nie zwiedzę już niczego innego – zwiedzę właściwie tylko ekspozycje wewnątrz pawilonu (i to pewnie nie w całości), ponieważ w nocy zapoznanie się z planszami na zewnątrz nie będzie już możliwe (ekspozycja jest nieoświetlona). Ostatecznie rezygnuję z pierwotnego planu, przechodzę do Martin-Gropius-Bau, stojącego tuż obok.

* * *

O Martin-Gropius-Bau usłyszałem po raz pierwszy w 2011 roku, przy okazji wystawy o historii stosunków polsko-niemieckich, która wtedy miała tam miejsce. Wystawy nie widziałem i nie wiem, dlaczego wyobrażałem sobie, że Martin-Gropius-Bau jest jakąś nowoczesną budowlą, jak bardzo dobrze mi znany Pei-Bau, w którym są organizowane wystawy czasowe Niemieckiego Muzeum Historycznego przy Unter den Linden. W rzeczywistości Martin-Gropius-Bau to udany przykład XIX-wiecznej architektury neorenesansowej – nietypowej dla Berlina, bardziej kojarzyłbym ten styl z XIX-wiecznym Paryżem. Od samego początku budynek pełnił też funkcję muzeum i pawilonu wystawowego.

„Der Luthereffekt”, czyli obszerna wystawa poświęcona 500-leciu reformacji, jest główną ekspozycją w Martin-Gropius-Bau, na parterze budynku, na nią też przede wszystkim przyjechałem ze Śremu. Wystawa duża i bardzo atrakcyjna pod względem wizualnym, ale też niosąca mnóstwo ważnych, istotnych dla historii religii (i historii kultury) treści. W pierwszej części omówienie ruchów reformacyjnych z czasów ich początków, czyli XVI wieku, potem rozwój reformacji został przedstawiony na przykładzie czterech krajów: Szwecji, Tanzanii, USA i Korei Południowej. Można mieć wprawdzie wątpliwości, czy takie ograniczenie się jest właściwe, szczególnie w przypadku USA, w których ruchy wywodzące się z protestantyzmu są bardzo liczne i do dzisiaj bardzo aktywne, rozumiem jednak twórców wystawy. Ich celem nie było wyczerpujące przedstawienie tematu (jest to niemożliwe), raczej wskazanie ogólnych kierunków w rozwoju religii, zaproszenie do dalszych samodzielnych poszukiwań. Rozumiem też skoncentrowanie się na prądach wywodzących się bezpośrednio z luteranizmu; w końcu wystawa upamiętnia 500-lecie przybicia przez Lutra słynnych tez do drzwi kościoła w Wittenberdze – wydarzenie bardzo ważne dla Niemców, niezależnie od ich wyznania czy światopoglądu.

Zwracam uwagę na cenne dzieła sztuki ilustrujące wystawę, np. podwójny portret Marcina Lutra i jego żony Katarzyny Bora pędzla Lucasa Cranacha, dawne księgi, dokumenty, ale też przedmioty o całkiem innym charakterze, szczególnie w części wystawy poświęconej Szwecji, jak „skórzaną” armatę, używaną przez Szwedów podczas wojen w XVII wieku, figurę wojownika z zatopionego galeonu „Waza”, a nawet ławę dla nowożeńców ze szwedzkiego kościoła i mającą całkiem inne przeznaczenie „ławę hańby”.

Pozostałe wystawy, na wyższych piętrach Martin-Gropius-Bau, są dla mnie już mniej interesujące, chociaż jest wśród nawet „Der ganze Prozess”, czyli eksponowany (w całości) rękopis „Procesu” Franza Kafki. Cenię twórczość Kafki, nie mam jednak do niej tak emocjonalnego stosunku, aby analizować jego (dość nieczytelny) charakter pisma.

Ciekawsza jest wystawa grafik Luciana Freuda (wnuka słynnego Sigmunda), szczególnie podobają mi się rytowane grubą kreską i wcale nie upiększające portrety, oddające prawdę psychologiczną o modelu; z kolei niewielka wystawa fotograficzna dokumentująca zbrodnie neonazistowskiej organizacji NSU raczej nie jest warta wspomnienia.

* * *

Opuszczam Martin-Gropius-Bau już po północy. W drodze na Dworzec Główny zajrzę jeszcze do Niemieckiego Muzeum Szpiegostwa (muzeum komercyjne, prywatne, jak Muzeum Muru Berlińskiego przy Checkpoint Charlie, raczej niewarte osobnej wizyty) przy Leipziger Platz. Na znajdującą się przy tym samym placu wystawę Salvadora Dalego niestety nie wejdę, kolejka chętnych jest zbyt długa. Potem niewielkie Ottobock Science Center (wystawa protez ludzkich organów) przy Ebertstraße i na sam koniec dwie wystawy w Max Liebermann Haus przy Bramie Brandenburskiej. Wystawa czarno-białych fotografii Bernarda Larssona dokumentująca życie we wschodnim i zachodnim Berlinie w latach 1961-1968 jest ciekawa, nie mam już jednak wystarczająco dużo czasu, aby ją dokładnie obejrzeć.

Chociaż jest już noc, wszędzie po drodze widzę mnóstwo pijanych, bawiących się ludzi, też na pustym placu przed Reichstagiem siedzi jakaś grupka, może pijanych, może narkomanów, nie zwracamy na siebie uwagi; alkohol u Niemców nie wywołuje agresji, w Berlinie czułem się zawsze bezpiecznie, nawet kiedy kilka lat temu w środku nocy zimą szedłem przez pusty park Tiergarten. Przechodzę jeszcze tylko obok Urzędu Kanclerskiego i na Dworzec Główny.

Z powodu remontu torów węzła Ostkreuz muszę jechać do Frankfurtu nad Odrą z przesiadkami. Pociągiem jadę na Dworzec Wschodni, skąd o 2.10 odjeżdża autobus do Erkner. Na Dworcu Wschodnim muszę czekać godzinę. Spacerując wokół niego, widzę dwa szczury, które wyszły z zarośli, szukając jedzenia; one też mnie zauważyły, powoli wycofują się w krzaki. Z Erkner znowu pociągiem do Frankfurtu, w którym jestem przed czwartą w nocy. Przejście opustoszałymi ulicami w kierunku Słubic, po drodze zagaduje mnie mężczyzna, który wysiadł ze mną z pociągu z Erkner.

– Nie wie pan, gdzie można tu napić się kawy? Tu wszystko zamknięte.

– Niestety nie wiem. Nie jestem stąd. Jestem z Polski. Idę do Słubic na autobus.

– To pójdę z panem. Może tam będzie.

– Proszę. Na pewno w Polsce będą otwarte lokale. A co pan tu robi o tak późnej porze?

– Mam tu przesiadkę. Jadę do Eisenhüttenstadt, pociąg mam dopiero o 5.37. Wracam z Berlina z meczu – mężczyzna z dumą pokazuje koszulkę z napisem „Hertha BSC” (oprócz koszulki nic nie ma sobie i widać, że drży z zimna). A do tej granicy daleko?

– Blisko, jakieś 10-15 minut. Był pan już w Polsce?

– Tak, ale my granicę przekraczamy w Gubinie, nie tutaj. Moja siostra wyszła też za mąż za Polaka. On jest z Turku, ale mieszkają w Świnoujściu.

– Z Turku? Znam dobrze i Turek, i Świnoujście.

Mężczyzna wchodzi do otwartego sklepu spożywczego tuż za mostem granicznym (tam chyba nie dostanie kawy?, będzie musiał pójść do pobliskiej stacji paliw), ja idę na ulicę Wojska Polskiego, na dworzec autobusowy. Kiedy docieram na miejsce, niespodzianka – dworca już nie ma, w czasie tych dwóch lat, od kiedy ostatni raz byłem w Słubicach, został przeniesiony w jakieś inne miejsce. Wciąż jest noc, ciemno, obok przechodzi jednak jakaś para i mogę ich zapytać o drogę.

– Niech pan…, niech pan tu skręci w prawo i potem na skrzyżowaniu… Trafi pan – dziewczyna jest pijana, prawie przewraca się na mnie, ale skierowała mnie dobrze. Okazuje się, że nowy dworzec znajduje się na placu Bohaterów, tuż obok budynku urzędu miejskiego i sądu.

Mój autobus do Poznania odjeżdża o 5.45. Prawie cztery godziny jazdy przez Sulęcin, Międzyrzecz, Pniewy, potem w Poznaniu ponad godzina czekania na autobus do Śremu. W domu będę o 12.

Muzeum Etnograficzne w Poznaniu – Romanipen, czyli co to znaczy być Romem

Na wystawie „Romowie ≠ Cyganie” w Muzeum Etnograficznym w Poznaniu byłem w sam dzień otwarcia – na wernisażu 8 kwietnia, który też opisałem na tym blogu. Wrażenia miałem wtedy mieszane, raczej negatywne – niechęć wzbudziła we mnie wszechobecna na wystawie poprawność polityczna i jej dydaktyzm, pragnienie wpojenia zwiedzającym za wszelką cenę (również cenę prawdy) tolerancji, nie w dawnym, pierwotnym znaczeniu tego słowa, kiedy tolerancja oznaczała właśnie tylko tolerowanie, tylko nowym, kiedy tolerancja oznacza zakaz wszelkiej krytyki i w istocie promocję jakiegoś zachowania. Mimo to wystawa jest jedną z ważniejszych, które można w tym roku obejrzeć w Poznaniu, postanowiłem więc pojechać do gmachu przy Mostowej po raz drugi, wprawdzie nie tyle na wystawę, co na towarzyszący jej wykład pod tytułem „Romanipen, czyli co to znaczy być Romem” prowadzony przez Witolda Przewoźnego, kuratora i współautora wystawy.

Wyjazd 12 sierpnia o 8 rano – tuż po nocnej burzy, która znowu nawiedziła zachodnią Polskę. Jadąc rowerem, mijam połamane gałęzie, konary, nawet całe drzewa powalone przez wichurę. Śrem tak bardzo nie ucierpiał, na Pomorzu szkody spowodowane nawałnicą były o wiele większe, zginęło tam też pięć osób. Przed budynkiem Muzeum Etnograficznego jestem o 11, do wykładu jeszcze godzina, korzystam więc z okazji, aby zwiedzić położone tuż obok Muzeum Bambrów Poznańskich. Muzeum jest otwarte tylko dwa dni w tygodniu, w piątki i soboty od 10 do 14, a ja ostatnio byłem w nim dawno temu, niewiele więc pamiętam. Mam szczęście, ponieważ muzeum zwiedza właśnie grupa młodzieży, którą oprowadza Aleksander Kubel, brat słynnego Juliusza, autora „Blubrów Starego Marycha”. Aleksandra poznałem w Bibliotece Raczyńskich w grudniu 2016 roku, na promocji „Księcia Szaranka”, czyli dokonanego przez Juliusza Kubla przekładu „Małego księcia” na gwarę poznańską, teraz mogę posłuchać, jak opowiada o poznańskich bambrach, czyli niemieckich osadnikach, którzy przywędrowali do Poznania z Bambergu w XVIII wieku i szybko się spolonizowali. Dużo się zmieniło w muzeum od czasów mojej ostatniej wizyty – nowe eksponaty, na parterze zaaranżowano wnętrza izb z chat bamberskich ze sprzętami domowymi, które tworzą jakby miniaturowy skansen, tyle że pod dachem. Na piętrze zdjęcia, dokumenty (dużo z nich w języku niemieckim), elementy stroju bamberskiego, m.in. ważący 4 kg kornet (ozdobne nakrycie głowy) i rozcięte majtki „piorun trzasł”, bardzo ułatwiające intymną toaletę kobietom noszącym po kilka halek, spódnic, fartuchów. Opiekuna młodzieży (przeważają dziewczęta) pytam, skąd przyjechali, okazuje się, że z Tomaszowa Lubelskiego, w Poznaniu biorą udział w przeglądzie folklorystycznym „Integracje”.

– Kiedy mówimy, że jesteśmy z Tomaszowa, odpowiadają nam „Aha, to koło Lublina”. A my na to: „Nie, to koło Lwowa”. Bo do Lwowa mamy bliżej niż do Lublina. A przed wojną byliśmy w województwie lwowskim.

– Tak, wiem, gdzie jest Tomaszów Lubelski. Pochodzę w Puław, w Wielkopolsce zamieszkałem 30 lat temu.

Po powrocie do Śremu sprawdzę to w Internecie; opiekun grupy jednak się mylił, przed wojną Tomaszów Lubelski leżał w województwie lubelskim, nie lwowskim, nie jest to jednak istotne. Czas już przejść do Muzeum Etnograficzne, zaraz zacznie się wykład.

* * *

Po wstępie (trochę za długim, trwa 30 minut), podczas którego Witold Przewoźny znowu mówi o potrzebie tolerancji, zrozumienia dla kultury romskiej, przechodzimy do właściwej części wykładu. Romanipen, podstawowe pojęcie w kulturze cygańskiej, Wikipedia definiuje jako „ogół tradycji romskiej, niepisany kodeks postępowania oraz wzajemnych relacji w tradycyjnej społeczności romskiej, nieobejmujący stosunków z gadziami. Składają się nań wszystkie zwyczajowe prawatabu oraz sankcje grożące za ich złamanie”. Wykład jest interesujący, chociaż zbyt ukierunkowany tylko na jeden aspekt romanipen – mageripen, czyli skalanie. Na czym polega skalanie? Czym się różni „bare mageripen” (wielkie skalanie) od „tikne mageripen” (małego skalania)? Jakie konsekwencje grożą Cyganom, którzy dopuścili się skalania? Witold Przewoźny omawia te kwestie bardzo szczegółowo, ja chętnie posłuchałbym też o innych nakazach romanipen, na przykład ten o poszanowaniu języka cygańskiego (poszanowanie to nie uchroniło Cyganów przed stałym przyjmowaniem nowych słów od społeczności, w których żyją, i rozchodzeniem się języków cygańskich – Cygan z Polski nie jest w stanie porozumieć się z Cyganem z Francji) i przede wszystkim obowiązku bycia uczciwym, mówienia prawdy. Jak sam Witold Przewoźny przyznaje, to ostatnie dotyczy tylko relacji wewnątrz społeczności cygańskiej, Cyganie nie mają żadnych skrupułów wobec oszukiwania gadziów, romanipen tego nie zabrania. Na koniec wykładu możemy obejrzeć fotografie wykonane w cygańskim obozowisku w Poznaniu na ulicy Lechickiej. Od lat w bardzo trudnych warunkach mieszkają tam Cyganie, którzy przyjechali tu z Rumunii. Tylko niektórzy pracują, kobiety zajmują się żebractwem na ulicach.

Dyskusja po wykładzie (było niewielu ponad 10 słuchaczy, przyszła też cygańska poetka Róża Łakatosz z mężem, którą widziałem również na wernisażu) okazuje się ciekawsza od samego wykładu. Rozmowę zaczyna młody mężczyzna pytaniem o samoidentyfikację Cyganów. Od kiedy wiedzą, że pochodzą z Indii?

– Bardzo wielu Romów do tej pory tego nie wie – odpowiada Witold Przewoźny – i nie interesuje się tym. Uważają, że to i tak nic to nie zmienia w ich życiu. Charakterystyczne jest, że w języku romskim nie ma kategorii przeszłości i przyszłości, żyją tylko teraźniejszością.

– A skąd taki tytuł: „Romowie ≠ Cyganie”? – pyta drugi mężczyzna.

– O, to temat na oddzielny wykład – odpowiada kurator wystawy i znowu zaczyna opowiadać o potrzebie tolerancji, zrozumienia. – Celem wystawy było zmuszenie ludzi do zastanowienia się, krytycznego stosunku do klisz, stereotypów. Zauważył pan może komentarze przy tych cytowanych stereotypach. Na przykład: „Cyganie nie chcę pracować. A czy ty dałbyś im pracę?”

– Ciekawe pytanie. Może dałbym, gdyby ta praca miała polegać na przykład na  dostarczeniu czegoś. Ale wpuścić ich do domu? Tego bym nie zrobił. Sam pan powiedział, że romanipen nie zakazuje oszukiwania gadziów…

Teraz ja zabieram głos, pytając Witolda Przewoźnego:

– Właśnie. Czy nie sądzi pan, że wystawa ukazuje obraz Cyganów, który ma niewiele wspólnego z rzeczywistością? Wśród tych stereotypów obalanych na wystawie jest też zdanie: „Cyganie kradną. Czy wszyscy?”. Nie, nie wszyscy, ale jest faktem, że przestępczość wśród Cyganów jest o wiele wyższa.

– To nieprawda. Były badania naukowe, które wykazały, że Romowie nie popełniają więcej przestępstw.

– A na jakiej podstawie metodologicznej były prowadzone te badania? Bo jeśli porównywano liczby bezwzględne, to z pewnością liczba przestępstw popełnionych przez Cyganów jest niższa niż nie-Cyganów. Cyganów w Polsce jest jednak tylko około 20 tysięcy. Gdybyśmy porównali przestępczość w stosunku do liczby ludności, wyniki byłyby całkiem inne. I dlaczego jest to temat tabu? Dlaczego w mediach nie pisze się, że metoda okradania starszych ludzi „na wnuczka” została wymyślona przez Cygana Hossa i że to Cyganie wyspecjalizowali się w tej metodzie oszustwa? Dlaczego nie wolno o tym mówić?

– Ależ wolno. Tu, na tej ścianie, przeznaczyliśmy miejsce na opinie widzów o wystawie. Ściana jest już prawie zapełniona i głosy za i przeciw Cyganom są pół na pół.

Większość słuchaczy już wyszła. Zostałem tylko ja, dwóch mężczyzn i Witold Przewoźny, przyłącza się też strażnik z Muzeum, który wspomina o głośnej kilka lat temu sprawie rzekomej dyskryminacji Cyganów w poznańskich restauracjach.

– Znam dobrze kobietę, która pracowała w tej restauracji – przyznaje kurator. – Rzeczywiście tak było, że do lokalu przychodziła grupa Cyganów ze sprzętem grającym, który ustawiali na cały regulator i nie reagowali na prośby kelnerów o ściszenie. Po prostu prowokowali, czekali, aż ich wyrzucą, po czym w mediach pojawiły się artykuły o dyskryminacji Cyganów i sprawa trafiła do sądu. Taką mają strategię. Strategią jest też doskonała znajomość przepisów dotyczących praw socjalnych, zasiłków z pomocy społecznej. Po przyjeździe do danego kraju od razu wiedzą, dokąd się udać, aby uzyskać zasiłek. Ale czy w ogóle możemy oczekiwać podjęcia pracy przez Cygana? Jeśli jego ojciec nie pracował, jego dziadek, pradziadek również nie, jak mamy przekonać Roma, aby poszedł do pracy?

– Biorąc pod uwagę te wszystkie wewnętrzne konflikty między poszczególnymi społecznościami cygańskimi – Polska Roma, Lowarami, Bergitka Roma, które się nawzajem nienawidzą, gdyby nie ciągłe opieranie się na społecznościach, które ich przyjmują, Cyganie nie przetrwaliby… – zauważa młody mężczyzna.

– Mógł pan to powiedzieć dosadniej – odpowiadam – że Cyganie pasożytują na społecznościach, które ich przyjmują, i to od tysiąca lat.

– No, w zasadzie to prawda… – uśmiecha się Witold Przewoźny.

Wychodzę z Muzeum Etnograficznego o godz. 15, te cztery godziny okazały się ostatecznie ciekawie spędzonym czasem. Muszę jeszcze zajrzeć do Galerii Miejskiej „Arsenał” i do Muzeum Narodowego. Idąc Paderewskiego w kierunku al. Marcinkowskiego mijam żebrzącą Romkę – co najwyżej kilkunastoletnią dziewczynę (dziewczynkę) w długiej różowej spódnicy. Mieszka pewnie na obozowisku przy Lechickiej. Chętnie zamieniłbym z nią kilka słów, zapytał, jak jej się żyje w Polsce, wiem jednak, że dziewczyna prawie na pewno jest pod stałą obserwacją swoich braci albo kogoś innego z rodziny. Próba bliższego kontaktu mogłaby się dla mnie bardzo źle skończyć…

Wystawy „Zaćmienie” Izabeli Sitarskiej i „POP – Polska Okładka Płytowa” w „Arsenale” nie są zbyt ciekawe. Właśnie otwarta wystawa „Szczeliny wolności – sztuka w latach 1945 – 1948/1949” w Muzeum Narodowym z kolei wygląda na bardzo interesującą, jest też jednak bardzo obszerna. Na pewno nie zdążyłbym już jej dzisiaj zwiedzić, muszę zarezerwować sobie na nią inny dzień. Powrót do Śremu.

Muzeum Okręgowe w Lesznie – Stolice wielkopolskiego protestantyzmu. Z atelier artystów wielkopolskich

6 sierpnia – wyjazd do Leszna, na mszę w kościele św. Mikołaja i potem dwie wystawy w Muzeum Okręgowym. To pierwsza wizyta w tym muzeum od grudnia 2015 roku; w 2016 roku wprawdzie byłem w leszczyńskiej synagodze też podczas festiwalu Leszno Barok Plus na koncercie fortepianowym, mam nadzieję, że i w tym roku uda mi się na niego pojechać.

Pogoda dość ciepła i wietrzna, jeszcze przed Jerką na poboczu leżą połamane gałęzie drzew, później nawet całe pnie pocięte piłą – rezultat ostatniej wichury, która przeszła także nad Śremem, na szczęście chyba żadne samochody i podróżujący nimi wtedy nie ucierpieli. W leszczyńskiej kolegiacie jestem tuż po 13, akurat na początek mszy, na którą przyjechałem. Kościół św. Mikołaja ma opinię najładniejszego w Lesznie i na pewno takim jest, bogate, barokowe wyposażenie, w tym nagrobek Rafała Leszczyńskiego, ojca  Stanisława, króla Polski, i dziadka Marii Leszczyńskiej, królowej Francji, w kościele (zwiedzałem go już wielokrotnie) brakuje mi w nim jednak tego klimatu, który jest na przykład w farze w Kościanie. Po mszy przejazd do Synagogi na najnowszą wystawę czasową Muzeum Okręgowego.

* * *

Powodem zorganizowania wystawy „Stolice wielkopolskiego protestantyzmu. Leszno i Śmigiel. Współistnienie wyznań” była 500. rocznica wystąpienia Marcina Lutra i reformacji. Prądy reformacyjne były bardzo ważnym zjawiskiem w historii Leszna praktycznie od założenia miasta w XVI wieku, sprzyjali im Leszczyńcy, tak długo, aż w XVII wieku powrócili do katolicyzmu, ale nawet później, aż do końca I wojny światowej, Leszno było miastem protestanckim i – powiedzmy to wprost – niemieckim. Polskim stało się dopiero na skutek ustaleń traktatu wersalskiego.

Wystawa obszerna, zajmuje całą dużą salę synagogi, również jej środek, gdzie umieszczono między innymi sprzęty liturgiczne, a nawet stare, masywne drzwi protestanckiej świątyni z kutego żelaza. Dla mnie najbardziej interesujące są książki, dawne dokumenty i grafiki, których na wystawie jest bardzo dużo. Już na samym początku umieszczono np. miedzioryt przedstawiający Lutra (według Cranacha), trochę dalej wisi ekspresyjny miedzioryt ukazujący Bogusława Leszczyńskiego nieznanego autora, jest nawet grafika mojego ulubionego artysty Daniela Chodowieckiego, na której Rafał Leszczyński upomina na sejmie króla Zygmunta Augusta. Dużo też ciekawych przedstawień miast – śląskich, ale też Torunia, Gdańska, czyli twierdz polskiego protestantyzmu.

Z książek widzimy bardzo cenne, dawne wydania Biblii i innych druków religijnych, nie tylko Biblii Lutra, ale też tłumaczenia polskie – Biblia Brzeska, Biblia Gdańska, jest nawet przepiękne, kolorowe wydanie Biblii Kralickiej, pierwszego przekładu Pisma Świętego na język czeski. Większość książek i dokumentów jest w języku niemieckim, są też jednak druki polskie i czeskie – zaskoczeniem jest dla mnie książka wydana w języku czeskim przez Jana Amosa Komeńskiego, myślałem dotąd, że publikował tylko po łacinie.

Jan Amos Komeński zajmuje na wystawie poczesne miejsce, co jest zrozumiałe, biorąc pod uwagę ogromny wkład tego leszczynianina z wyboru w historię myśli religijnej. Oprócz niego wystawa ukazuje też postaci, o których do tej pory wiedziałem o wiele mniej, lub które w ogóle były mi nieznane, jak np. postać protestanckiej mistyczki Krystyny Poniatowskiej, zmarłej jeszcze przed zakończeniem wojny 30-letniej, która przepowiadała zwycięstwo w niej ewangelików i rychły upadek monarchii Habsburgów (jak wiadomo, przepowiednie te nie ziściły się).

Część ekspozycji poświęcona Śmiglowi jest o wiele mniejsza i koncentruje się na wspólnocie arian, która tam działała w latach 1560-1658 (później część arian przeniosła się do Rakowa, część przyjęła luteranizm). Najwybitniejszym jej przedstawicielem był Eliasz Arciszewski, ojciec urodzonego w Rogalinie Krzysztofa, późniejszego polskiego „konkwistadora” i admirała w służbie holenderskiej.

Wystawa bardzo potrzebna i z pewnością dobrze się stało, że Muzeum Okręgowe ją zorganizowało, bez historii protestantyzmu nie sposób zrozumieć historii miasta, jakże innej od historii innych miast wielkopolskich. Niestety wystawa ma dość poważny mankament w postaci braku ogólnego wprowadzenia do niej. Dlaczego Leszno było stolicą wielkopolskiego protestantyzmu? Skąd się tu wzięli protestanci i dlaczego odgrywali tak ważną rolę przez większą część historii miasta, praktycznie aż do 1920 roku, kiedy Leszno wróciło do Polski? Nie znajdujemy odpowiedzi na te pytania. Wystarczyło to krótko objaśnić na jednej lub dwóch planszach, na których opowiedziano by historię braci czeskich, Jednoty, protestantów wyznania ewangelicko-reformowanego, ewangelicko-augsburskiego, wyjaśniono różnice między tymi wyznaniami. Osoby, które nie znają historii Leszna i nie interesują się historią Kościoła, mogą mieć trudności ze zrozumieniem przesłania wystawy.

* * *

Po zwiedzeniu wystawy w Synagodze przejazd do gmachu głównego muzeum przy placu Metziga na wystawę „Z atelier artystów wielkopolskich”. Zgodnie z tytułem prezentowani są artyści wielkopolscy, ze szczególnym uwzględnieniem leszczyńskich, których dzieła znajdują się w kolekcji muzeum. Prace o bardzo różnej wartości, większość artystów jest mi nieznana, chociaż trafiają się nazwiska wybitne i dzieła interesujące. Do takich należy portret Zofii Dziurzyńskiej-Rosińskiej pędzla Hieronima Maliny, promujący wystawę na jej plakacie, rzeźba księżnej Czartoryskiej dłuta Władysława Marcinkowskiego czy „Posiłek” Alfreda Lenicy. Z nazwisk mniej znanych zwracam uwagę na przykład na autoportret Adama Hanytkiewicza czy „Rokitę na wierzbie” W. Boguckiego. Chociaż nie gustuję w tego typu sztuce, podobają mi się nawet niektóre starsze obrazy malowane przez Niemców, jak autoportret leszczyńskiego malarza Heinricha Steinbacha w stroju króla kurkowego z XIX wieku, czy obraz ulicy we Wschowie pędzla niejakiego A. Bergera (chyba nigdy się nie dowiem, kim byli..).

Niewielka wystawa nie tworzy jakiegoś logicznego ciągu, nie ma układu chronologicznego, ani tematycznego. Jest tylko ciągiem impresji, zaproszeniem do podróży w świecie portretów, pejzaży, scenek rodzajowych, w czasie której możemy też natknąć się na interesujące dzieła.

Muzeum Regionalne w Kościanie – Park Krajobrazowy im. gen. D. Chłapowskiego w fotografiach Marka Chwistka

30 lipca – po mszy w kościele farnym w Kościanie decyduję się odwiedzić jeszcze Muzeum Regionalne na rynku. Szczególnie interesuje mnie nowa wystawa czasowa „Park Krajobrazowy im. gen. Dezyderego Chłapowskiego w fotografiach Marka Chwistka”. Słyszałem o niej już kilka miesięcy temu i już wtedy zakonotowałem ją sobie w moich planach. Na stronie internetowej muzeum zakładka „Wystawy czasowe” wprawdzie jest pusta, może się więc już skończyła? Na szczęście nie – młody mężczyzna z obsługi muzeum (pamięta mnie z poprzednich wystaw) otwiera pomieszczenie i zaprasza mnie do jej zwiedzenia.

Wystawa fotograficzna Marka Chwistka przypomina mi ostatnią wystawę czasową, którą widziałem w kościańskim muzeum w marcu tego roku – wystawę fotografii Karola Budzińskiego. Różni się od niej tym, że podczas gdy Karol Budziński ukazał na zdjęciach całą Wielkopolskę, Marek Chwistek ograniczył się do Parku Krajobrazowego im. gen. Chłapowskiego. Parku mnie jako śremianinowi bardzo dobrze znanego, przecież zaczyna się on zaledwie kilka kilometrów na zachód od mojego Śremu. Turew, Rąbiń, Las Rąbiński, Wyskoć… – miejsca te odwiedzałem już na początku lat 90. i do dzisiaj je odwiedzam. Dzisiaj, jadąc ze Śremu do Kościana, również przejeżdżałem przez park.

Fotografie Marka Chwistka przypominają mi zdjęcia Karola Budzińskiego również pod względem formalnym – to wysmakowana fotografia reäalistyczna, unikająca eksperymentów, koncentrująca się na ukazaniu piękna przyrody, przede wszystkim fauny, ale też zabytkowej architektury. Na zdjęciach możemy zobaczyć pałac Chłapowskiego w Turwi z dobudowaną do niego kaplicą, kościół w Rąbiniu (z tego, co wiem, wciąż w remoncie, ale już odbywają się w nim msze), kościół w Wyskoci, pałac w Kopaszewie. Na wystawie zabrakło wprawdzie kilku znaczących obiektów – przede wszystkim kaplicy w stylu zakopiańskim w Lesie Rąbińskim, upamiętniającej tragiczne polowanie w 1909 roku (pisałem o nim w innym miejscu mojego bloga), bardzo popularnej wśród śremian, chociaż msze odbywają się w niej tylko raz w roku, 3 maja; poza tym nekropolii Chłapowskich w Rąbiniu, gdzie pochowano też Joannę Grudzińską, wielką księżną łowicką, żonę wielkiego księcia Konstantego; kopaszewską drogę krzyżową, upamiętniającą samobójczą śmierć Zofii Koźmianowej, córki Dezyderego Chłapowskiego. Nie wiem, czy opuszczenia te były świadome; przypuszczam, że Marka Chwistka w fotografii pociąga bardziej uroda przyrody, nie aspekty kulturowe, które mnie z kolei bardziej interesują.

Nawiązuję też rozmowę z pracownikiem muzeum, który, jak się okazuje, bardzo dużo wie o Chłapowskim – pisał o nim pracę magisterską, studiując historię.

– Ja też się interesuję Chłapowskim – odpowiadam – choćby z tego powodu, że w Śremie mieszkam przy ulicy Chłapowskiego. Dla śremian, podobnie jak dla mieszkańców Kościana, Chłapowski jest ważną postacią. W domu mam wprawdzie tylko jedną jego biografię, dość starą, napisaną przez Zdzisława Grota.

– Grot koncentruje się w niej na pracy organicznej, jeśli interesują pana bardziej jego dokonania wojskowe, polecam inne biografie.

– Tak. W czasie wojen napoleońskich był oficerem ordynansowym Napoleona. Potem w czasie powstania listopadowego awansowano go na generała. Wprawdzie po przegranej kampanii na Litwie musiał przejść z wojskiem do Prus. A po wyjściu z więzienia zajął się pracą na roli w swoich majątkach…

Postać bardzo ciekawa, poza Wielkopolską raczej mało znana, chociaż dużo dla jej popularyzacji zrobili poznańscy historycy, a nawet dziennikarz Stefan Bratkowski, autor scenariusza serialu „Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy”, w którym Dezydery Chłapowski jest jedną z głównych postaci.

Żegnam się z muzeum, do następnej wystawy. Powrót do Śremu – drogami wiodącymi przez park krajobrazowy, którego zdjęcia właśnie widziałem.

Biblioteka Publiczna w Śremie – „Tacy byliśmy”

„Tacy byliśmy” to najnowsza wystawa Biblioteki Publicznej w Śremie, którą można oglądać przez całe wakacje w głównej siedzibie biblioteki na Jezioranach. Podtytuł jej brzmi „Lata osiemdziesiąte w Śremie”; w rzeczywistości wystawa wykracza poza te ramy czasowe – obejmuje też początek lat dziewięćdziesiątych. Jej trzon stanowią dokumenty życia społecznego – afisze, plakaty, zaproszenia na wystawy, do tego wycinki prasowe i mnóstwo fotografii z imprez odbywających się wtedy w Śremie.

Sprawy poważne i mniej poważne. Wystawę otwiera obwieszczenie o wprowadzeniu stanu wojennego w 1981 roku, na szczęście złowrogie obwieszczenie równoważą afisze z już wolnej Polski – o wyborach prezydenckich w 1990 roku, o zmianie nazw ulic w tymże roku, kiedy moja dawna ulica Dzierżyńskiego stała się ulicą Grota Roweckiego, a obecna Chłapowskiego zyskała swoją nazwę po przemianowaniu jej z Zawadzkiego, pisma dotyczące tworzących się komitetów telefonizacji Śremu. Szkoda, że zabrakło dokumentów dotyczących utworzenia sieci telewizji kablowej, kiedy śremianie nagle uzyskali dostęp do „aż” sześciu (chyba tyle ich było?) zagranicznych stacji telewizyjnych. Było to bardzo ważne wydarzenie dla miasta – również dla mnie, dopóki w 1995 roku nie pozbyłem się z mieszkania mojego telewizora.

Na wystawie dominują jednak sprawy mniej poważne – jak Wyścig Pokoju, którego jeden z etapów w maju 1989 roku przebiegał przez Śrem, ogłoszenie o seansie bioenergoterapeuty Lecha Lisieckiego w 1991 roku (bilet wstępu kosztował 25 tys. zł), różne druki ulotne, zaproszenia, fotorelacje z imprez kulturalnych, głównie Dni Śremu. W Śremie mieszkam dopiero od 1987 roku, w dużej części tych imprez nie mogłem więc uczestniczyć, ale nawet tych z końca lat 80. i początku lat 90. w większości nie przypominam sobie. Czy moje życie koncentrowało się wtedy na innych sprawach, czy promocja kultury w Śremie wyglądała inaczej? Na Dni Śremu zresztą do dzisiaj nie chodzę, spędzam je przeważnie na rowerze w innych częściach Wielkopolski.

Wystawa jest jednak interesująca, zmusza mnie też do spojrzenia innymi oczami na sprawy kultury w moim mieście. Ludyczność, powiedzmy wprost: małomiasteczkowość życia kulturalnego w Śremie jest faktem, którego nie zmienimy. Podobnie zresztą to życie kulturalne wygląda na przykład w Środzie Wielkopolskiej, Kościanie i innych powiatowych miastach Wielkopolski. Dlatego w weekendy z reguły wyjeżdżam do Poznania lub innych miejscowości, gdzie oferta kulturalna jest bogatsza i – przede wszystkim – bardziej odpowiadająca moim zainteresowaniom. Na tym tle zaskakuje poważna tematyka niektórych spotkań w Śremskim Ośrodku Kultury, spotkania z podróżnikami po Australii czy Japonii (w czasach PRL była to niesłychana egzotyka), czy też informacja prasowa o otwarciu 2 lutego 1985 roku Galerii Sztuki Współczesnej prowadzonej przez śremskiego artystę Jerzego Jurgę. Galeria zresztą szybko upadła, o czym na wystawie już się nie dowiadujemy; opowiedział mi o niej kiedyś znajomy, który dużo później też otworzył w naszym mieście galerię dzieł sztuki i antyków (również bez powodzenia). Kultura wysoka również była więc obecna w owym czasie w Śremie, chociaż pewnie pojawiała się tylko z rzadka. Dużym zaskoczeniem było dla mnie odkrycie, że w Śremie w latach 80. wystąpił warszawski Teatr Ochoty ze spektaklem „Adam i Ewa” Marka Twaina z Tomaszem Mędrzakiem i Bożeną Stryjkówną w rolach głównych; spektakl to dla mnie szczególny, ponieważ było to pierwsze przedstawienie teatralne, które widziałem w Warszawie podczas moich studiów.

Największe zaskoczenie czekało mnie jednak na końcu wystawy, kiedy zobaczyłem umowę podpisaną z jednym z mieszkańców mojego miasta o… statystowanie w filmie „Między ustami i brzegiem pucharu” z 1987 roku na podstawie powieści Marii Rodziewiczówny. Był to jeden z pierwszych filmów, które widziałem po mojej przeprowadzce do Śremu, w Dyskusyjnym Klubie Filmowym działającym przy Odlewni Żeliwa. Wiedziałem, że był realizowany między innymi w Racocie, dopiero teraz jednak dowiedziałem się, że wystąpiło w nim kilkudziesięciu śremian – statystów, co, jak sądzę, było dla nich przygodą życia.

Wystawa warta zobaczenia – jako dokument minionego czasu i… katalizator wspomnień.