Biblioteka Uniwersytecka – 45 lat filmoznawstwa na UAM w Poznaniu

Wystawę „45 lat filmoznawstwa na UAM w Poznaniu” w gmachu Biblioteki Uniwersyteckiej zwiedziłem 30 grudnia, przy okazji wyjazdu na wystawę poświęconą Romanowi Brandstaetterowi w Bibliotece Raczyńskich. Uniwersytet im. Adama Mickiewicza jest moją dawną uczelnią, dotychczas nie wiedziałem jednak, że oferuje on też studia w zakresie filmoznawstwa i że studia te były kiedyś prowadzone w tym samym budynku (Collegium Novum), w którym studiowałem anglistykę. Potem poznańska polonistyka, w której strukturach jest też filmoznawstwo, przeniosła się do zabytkowego budynku Collegium Maius przy ulicy Fredry.

Mój stosunek do filmu i sztuki filmowej można określić jako specyficzny. Na moich pierwszych studiach (w Warszawie) bardzo interesowałem się filmem, zwłaszcza jego historią. W kinie bywałem trzy lub cztery razy w tygodniu; bardzo często chodziłem na seanse do Iluzjonu Filmoteki Polskiej, który wtedy mieścił się w kinie „Śląsk” na Wspólnej, gdzie mogłem zobaczyć nawet dawne, nieme filmy z taperem przygrywającym na pianinie. Kiedy przyjechałem do Śremu, zaangażowałem się w działalność w Dyskusyjnym Klubie Filmowym przy Odlewni Żeliwa, byłem nawet w jego zarządzie, gdzie decydowałem o doborze repertuaru. DKF „Odlewnik” już dawno nie istnieje, a ja, od kiedy zacząłem prowadzić własną firmę, również przestałem chodzić do kina; w 1995 roku pozbyłem się nawet z domu telewizora, obecnie jestem w kinie tylko przy okazji specjalnych wydarzeń, jak Międzynarodowy Weekend Filmowy w śremskim „Słonku”.

Ta (już miniona) fascynacja filmem częściowo objawiała się też w zainteresowaniach naukowych; czytałem sporo artykułów i książek poświęconych filmowi. Niestety obowiązki zawodowe sprawiają, że szanse na powrót tych zainteresowań nie są duże.

Jak i wcześniejsze wystawy na piętrze Biblioteki Uniwersyteckiej, które dotychczas widziałem, wystawa „45 lat filmoznawstwa na UAM w Poznaniu” jest duża i dobrze przygotowana. Poznajemy historię placówki od jej początków po współczesność – jej obszary zainteresowań, kadrę naukową (w utworzeniu i rozwoju filmoznawstwa na UAM szczególnie zasłużyli się Marek i Małgorzata Hendrykowscy) i przede wszystkim publikacje, bardzo liczne i wartościowe. Wyłożone w gablotach książki i periodyki obejmują zarówno obszerne przekrojowe syntezy historii polskiej kinematografii, filmu dokumentalnego i innych jak i szczegółowe monografie poszczególnych twórców i filmów. Instytut Filmu, Mediów i Sztuk Audiowizualnych UAM wydaje nawet własny periodyk „Images”, również prezentowany na wystawie (mimo tytułu i angielskojęzycznych informacji na okładce, które mogą zmylić zagranicznych odbiorców, zamieszczone w nim artykuły są w języku polskim). Obok „Images” wyłożono pozycje z serii „Klasyka kina” – monografie najwybitniejszych tytułów filmowych polskich i zagranicznych. Wystawę kończą plansze niezwiązane bezpośrednio z filmoznawstwem na UAM – poświęcone twórczości Władysława Ślesickiego, w tym jego filmowi „W pustyni i w puszczy”. Mam nadzieję, że i moja anglistyka doczeka się kiedyś takiej prezentacji.

Bilans 2017

Kolejny rok wypraw rowerowych za mną. Niestety mniej udany niż poprzedni, między innymi ze względu na niesprzyjającą pogodę. W poprzednim roku byłem sześć razy we Wrocławiu, w tym roku tylko dwa; w 2016 roku imprezy kulturalne we Wrocławiu były też jednak o wiele bardziej interesujące – Wrocław był wtedy Europejską Stolicą Kultury. Dużo ciekawych imprez było za to w Poznaniu. Niestety znowu nie byłem w górach ani nad morzem. Po dwóch latach przerwy udało mi się natomiast znowu pojechać do Niemiec – na Długą Moc Muzeów do Berlina i do Drezna (obie wycieczki bardzo udane).
Styczeń
6 stycznia – Błażejewo, kościół pw. św. Jakuba Apostoła
21 stycznia – Poznań: Muzeum Narodowe (wykład na temat „Święta Jordanu” Teodora Axentowicza)
– Biblioteka Raczyńskich (wystawa dawnych kalendarzy „Po co są dni”)
– Galeria Miejska Arsenał (wystawa „Kruchość materii” Kazimierza Kalkowskiego)
28 stycznia – Rogalin: Galeria Obrazów
Luty
5 lutego – Poznań: Dalineum
12 lutego – Lubiń: kościół pw. Narodzenia Najświętszej Marii Panny
18 lutego – Poznań: Targi Turystyczne Tour Salon
25 lutego – Poznań: Biblioteka Raczyńskich (wystawa „Rocznice powstania wielkopolskiego”)
– Muzeum Archeologiczne (wystawa dawnych butów „Każdy krok zostawia ślad”)
– Galeria Miejska Arsenał (wystawa Jerzego Piotrowicza)
– Muzeum Henryka Sienkiewicza (wernisaż wystawy „Autografy sławnych ludzi”)
Marzec
4 marca – Poznań: Biblioteka Raczyńskich (I Wielkopolskie Forum Pamięci Narodowej)
12 marca – Poznań: Muzeum Narodowe (wystawa „Piotrowicz i goście” i wykład „Piotrowicz – historia sztuki i film”)
19 marca – Kościan: Muzeum Regionalne (wystawa „Bohaterowie 1918-1919” i wystawa fotografii Karola Budzińskiego „Wielkopolska – tu warto być, to warto zobaczyć”); w drodze powrotnej:
– Wizyta w schronisku dla zwierząt w Gaju
25 marca – Poznań: Zamek Cesarski (wystawa „Złe kobiety”)
– Targi Edukacyjne, Targi „Książka dla Dzieci, Młodzieży i Rodziców” i Poznańskie Targi Książki Naukowej i Popularnonaukowej
Kwiecień
1 kwietnia – Poznań: Teatr Muzyczny (Krakowski Salon Poezji Anny Dymnej, „Kwiaty polskie” Juliana Tuwima)
– Biblioteka Raczyńskich (wystawy „Celtyckie odrodzenie” i „Posnaniana 2016”)
– Biblioteka Uniwersytecka (wystawa „Polski Paryż romantyczny”)
8 kwietnia – Poznań: Muzeum Etnograficzne (wernisaż wystawy „Romowie ≠ Cyganie”)
22 kwietnia – Leszno: Teatr Miejski („Zagraj to jeszcze raz, Sam” Woody Allena, wyjazd na spektakl autobusem ze Śremskim Stowarzyszeniem Przyjaciół Teatru)
30 kwietnia – Poznań: udział w nabożeństwie w kościele prawosławnym pw. św. Mikołaja
– Zamek Cesarski (wystawa World Press Photo)
Maj
6 maja – Leszno: Teatr Miejski („Abonament na szczęście”, wyjazd na spektakl autobusem, organizowany przez Bibliotekę Publiczną w Śremie)
13 maja – Leszno: Teatr Miejski („Tajemnica Tomka Sawyera”, wyjazd na spektakl autobusem, organizowany przez Bibliotekę Publiczną w Śremie)
14 maja – Poznań: Akademia Muzyczna (poranek z muzyką akordeonową)
– Muzeum Narodowe (wystawa „A-geometria. Hans Arp i Polska”)
20 maja – Poznań: Noc Muzeów
– Muzeum Narodowe (wystawa grafik „Błędne koło” Janusza Przybylskiego, trzy wykłady o twórczości Przybylskiego i „Błędnym kole” Malczewskiego, dwa wykłady o Poznańskim Towarzystwie Przyjaciół Nauk i Sewerynie Mielżyńskim)
– Muzeum Archeologiczne (spotkanie z prof. Karolem Myśliwcem)
27 maja – Poznań: Muzeum Narodowe (wykład o „Starej Bretonce” Władysława Ślewińskiego)
27 maja – Poznań: Muzeum Henryka Sienkiewicza (wystawa „Moś to był ktoś”)
– Biblioteka Raczyńskich (wystawa „Na poznańską mod(ł)ę. W XIX-wiecznej garderobie”)
– Galeria Miejska Arsenał (Poznańska Wiosna Gitarowa)
Czerwiec
3 czerwca – Ląd: Festiwal Kultury Słowiańskiej i Cysterskiej (udział w konferencji popularnonaukowej „Grody i miasta”)
11 czerwca – Trzemeszno: bazylika pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Po drodze zwiedzanie kościołów w Nekli, Czerniejewie i Pawłowie
15 czerwca – Środa Wlkp.: kolegiata pw. Najświętszej Marii Panny Wniebowziętej
18 czerwca – Wrocław: Pawilon Czterech Kopuł
24 czerwca – Poznań: Zamek Cesarski (udział w konferencji naukowej „Architektura okresu III Rzeszy w Polsce”)
– Biblioteka Raczyńskich (wystawa medali i rzeźb Józefa Stasińskiego)
– Galeria Miejska Arsenał (wystawy „Teledyski animowane” Łukasza Rusinka i „Płot” Dominika Lejmana)
Lipiec
1 lipca – Szreniawa: Muzeum Rolnictwa (wystawy „Przyjaciel wolności, ludu, cnót i prawa. Tadeusz Kościuszko w 200. rocznicę śmierci”, „Pyrlandia w obiektywie artystów” i „Mniejszości narodowe i etniczne w Polsce”)
8 lipca – Kalisz: Muzeum Okręgowe (wystawy „Kulisiewicz i zwierzęta” i „Sport w Kaliszu”)
15 lipca – Dobrzyca: Muzeum Ziemiaństwa (wystawa „Józef Wybicki i jego czasy”)
– Jarocin: festiwal w Jarocinie i zwiedzenie wystawy stałej w Spichlerzu Polskiego Rocka
23 lipca – Jutrosin: kościół pw. św. Elżbiety
30 lipca – Kościan: kościół pw. Najświętszej Marii Panny Wniebowziętej
– Muzeum Regionalne (wystawa „Park Krajobrazowy im. gen. Dezyderego Chłapowskiego w fotografiach Marka Chwistka”)
Sierpień
6 sierpnia – Leszno: Muzeum Okręgowe (wystawy „Stolice wielkopolskiego protestantyzmu. Leszno i Śmigiel. Współistnienie wyznań” i „Z atelier artystów wielkopolskich”)
12 sierpnia – Poznań: Muzeum Etnograficzne (spotkanie „Romanipen, czyli co to znaczy być Romem”)
– Muzeum Bambrów Poznańskich
– Galeria Miejska „Arsenał” (wystawy „Zaćmienie” Izabeli Sitarskiej i „POP – Polska Okładka Płytowa”)
15 sierpnia – Mórka: kościół pw. Najświętszej Marii Panny Wniebowziętej
19 sierpnia – Berlin: Długa Noc Muzeów. Wyjazd pociągiem i autobusem
– Miejsce Pamięci Muru Berlińskiego
– Topografia Terroru
– Martin-Gropius-Bau (wystawy „Der Luthereffekt“, Der ganze Prozess“, grafiki Luciana Freuda)
– Niemieckie Muzeum Szpiegostwa
– Ottobock Science Center
– Max Liebermann Haus (wystawa fotografii Bernarda Larssona)
26 sierpnia – Leszno: Leszno Barock Plus Festival
Wrzesień
2 września – Wrocław: Pałac Królewski (wystawy „Artyści śląscy 1845-1945”, „Nowy poczet władców Polski” i „Kresy południowo-wschodnie na przedwojennej pocztówce”)
9 września – Poznań: Ogólnopolski Kongres Kobiet
16 września – Biblioteka Raczyńskich (wystawa „„Solum Verbum – Reformacja i słowo XVI-XVIII wiek” i wystawa fotografii „Przyroda Wielkopolski” Wojciecha Nawrockiego)
– Galeria Miejska „Arsenał” (wystawa „Polki, patriotki, rebeliantki”)
– Wielkopolskie Muzeum Wojskowe (wystawa „Legia Cudzoziemska. Polacy w służbie Francji” i wykład o wojskach spadochronowych Legii Cudzoziemskiej)
23 września – Poznań: Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny Halina Czerny-Stefańska in memoriam
30 września – Manieczki: spektakl „Kulig” Józefa Wybickiego
30 września – Leszno: Teatr Miejski („Małe zbrodnie małżeńskie”, wyjazd na spektakl autobusem ze Śremskim Stowarzyszeniem Przyjaciół Teatru)
Październik
1 października – Poznań: Muzeum Narodowe (wystawa „Szczeliny wolności”)
7 października – Poznań: Muzeum Sztuk Użytkowych
– Muzeum Historii Miasta Poznania (wystawa Józefa Kaliszana)
8 października – Gostyń: Festiwal Muzyki Oratoryjnej „Musica Sacromontana”
14 października – Miłosław: uroczystość wręczenia Nagrody Kościelskich
21 października – Poznań: Zamek Cesarski (wystawa „Frida Kahlo i Diego Rivera. Polski kontekst”)
– Muzeum Narodowe (wykłady Justyny Borkowskiej o twórczości Witkacego i Grażyny Hałasy o cyklu „Błędne koło” Janusza Przybylskiego)
Listopad
1 listopada – Bnin: cmentarz parafialny
– Kórnik: kościół pw. Wszystkich Świętych
4 listopada – Poznań: Festiwal Słowa w Piosence „Frazy” (przesłuchania finałowe Ogólnopolskiego Konkursu Piosenki Autorskiej im. Jacka Kaczmarskiego)
– Biblioteka Raczyńskich (wystawy „Kto oprócz Hrabala? Kto oprócz Tokarczuk? Czeska i polska literatura w przekładach” i „Lodorosty i bluszczary” Jerzego Ficowskiego)
– Biblioteka Uniwersytecka (wystawy „Bobkowski. Chuligan wolności”, „Kalliope Austria. Kobiety w społeczeństwie, kulturze i nauce” i wystawa poświęcona Aleksandrowi Birkenmajerowi)
– Galeria Miejska „Arsenał” (wystawy „Porozmawiajmy o śmieciach” i „Ryby, kamienie, telewizory” Adriana Kolarczyka i Marii Stożek)
12 listopada – Poznań: udział w nabożeństwie w kościele greckokatolickim pw. Opieki Matki Bożej
18 listopada – Poznań: Teatr Wielki („Cyrulik sewilski, wyjazd na spektakl autobusem ze Śremskim Stowarzyszeniem Przyjaciół Teatru)
25 listopada – Poznań: oprowadzanie po mieście, wycieczka poświęcona mniejszości niemieckiej w Poznaniu
– Biblioteka Raczyńskich (wystawy „Wielkopolscy bibliofile” i „Laboratorium sztuki”)
– Biblioteka Uniwersytecka (wystawa poświęcona Stefanowi Tytusowi Dąbrowskiemu)
– Galeria Miejska „Arsenał” (XPrint Festiwal Książek Fotograficznych, wystawy „The Real World” Martina Parra i „Grimaces of the Weary Village” Rimaldasa Vikšraitisa)
Grudzień
2 grudnia – Drezno: wyjazd autobusem z Biurem Turystycznym Wawrzynowicz na jarmark bożonarodzeniowy
– Kunsthof Dresden przy Görlitzer Straße
– Sklep mleczarski przy Bautzner Straße
– Wystawa grafik i rysunków Käthe Kollwitz w Gabinecie Rycin w Zamku Rezydencyjnym
– Galeria Nowych Mistrzów Albertinum
9 grudnia – Kórnik: Zamek
17 grudnia – Kościan: Muzeum Regionalne (wystawa „Kościańska konspiracja wojskowa 1939-1945”)
26 grudnia – Puławy: Kordegarda (wystawa „Wojciech Weiss – powrót do Puław”), przy okazji wizyty u rodziny
30 grudnia – Poznań: Biblioteka Raczyńskich (wystawa „Widziałem wielu bogów” Romana Brandstaettera)
– Biblioteka Uniwersytecka (wystawa „45 lat filmoznawstwa na UAM w Poznaniu”)
– Galeria Miejska „Arsenał” (wystawy „Punctum. Architektura krytyczna” Jarosława Kozakiewicza i „Hortus” Wojciecha Kołacza)

Biblioteka Publiczna w Śremie – „Tacy byliśmy”

„Tacy byliśmy” to najnowsza wystawa Biblioteki Publicznej w Śremie, którą można oglądać przez całe wakacje w głównej siedzibie biblioteki na Jezioranach. Podtytuł jej brzmi „Lata osiemdziesiąte w Śremie”; w rzeczywistości wystawa wykracza poza te ramy czasowe – obejmuje też początek lat dziewięćdziesiątych. Jej trzon stanowią dokumenty życia społecznego – afisze, plakaty, zaproszenia na wystawy, do tego wycinki prasowe i mnóstwo fotografii z imprez odbywających się wtedy w Śremie.

Sprawy poważne i mniej poważne. Wystawę otwiera obwieszczenie o wprowadzeniu stanu wojennego w 1981 roku, na szczęście złowrogie obwieszczenie równoważą afisze z już wolnej Polski – o wyborach prezydenckich w 1990 roku, o zmianie nazw ulic w tymże roku, kiedy moja dawna ulica Dzierżyńskiego stała się ulicą Grota Roweckiego, a obecna Chłapowskiego zyskała swoją nazwę po przemianowaniu jej z Zawadzkiego, pisma dotyczące tworzących się komitetów telefonizacji Śremu. Szkoda, że zabrakło dokumentów dotyczących utworzenia sieci telewizji kablowej, kiedy śremianie nagle uzyskali dostęp do „aż” sześciu (chyba tyle ich było?) zagranicznych stacji telewizyjnych. Było to bardzo ważne wydarzenie dla miasta – również dla mnie, dopóki w 1995 roku nie pozbyłem się z mieszkania mojego telewizora.

Na wystawie dominują jednak sprawy mniej poważne – jak Wyścig Pokoju, którego jeden z etapów w maju 1989 roku przebiegał przez Śrem, ogłoszenie o seansie bioenergoterapeuty Lecha Lisieckiego w 1991 roku (bilet wstępu kosztował 25 tys. zł), różne druki ulotne, zaproszenia, fotorelacje z imprez kulturalnych, głównie Dni Śremu. W Śremie mieszkam dopiero od 1987 roku, w dużej części tych imprez nie mogłem więc uczestniczyć, ale nawet tych z końca lat 80. i początku lat 90. w większości nie przypominam sobie. Czy moje życie koncentrowało się wtedy na innych sprawach, czy promocja kultury w Śremie wyglądała inaczej? Na Dni Śremu zresztą do dzisiaj nie chodzę, spędzam je przeważnie na rowerze w innych częściach Wielkopolski.

Wystawa jest jednak interesująca, zmusza mnie też do spojrzenia innymi oczami na sprawy kultury w moim mieście. Ludyczność, powiedzmy wprost: małomiasteczkowość życia kulturalnego w Śremie jest faktem, którego nie zmienimy. Podobnie zresztą to życie kulturalne wygląda na przykład w Środzie Wielkopolskiej, Kościanie i innych powiatowych miastach Wielkopolski. Dlatego w weekendy z reguły wyjeżdżam do Poznania lub innych miejscowości, gdzie oferta kulturalna jest bogatsza i – przede wszystkim – bardziej odpowiadająca moim zainteresowaniom. Na tym tle zaskakuje poważna tematyka niektórych spotkań w Śremskim Ośrodku Kultury, spotkania z podróżnikami po Australii czy Japonii (w czasach PRL była to niesłychana egzotyka), czy też informacja prasowa o otwarciu 2 lutego 1985 roku Galerii Sztuki Współczesnej prowadzonej przez śremskiego artystę Jerzego Jurgę. Galeria zresztą szybko upadła, o czym na wystawie już się nie dowiadujemy; opowiedział mi o niej kiedyś znajomy, który dużo później też otworzył w naszym mieście galerię dzieł sztuki i antyków (również bez powodzenia). Kultura wysoka również była więc obecna w owym czasie w Śremie, chociaż pewnie pojawiała się tylko z rzadka. Dużym zaskoczeniem było dla mnie odkrycie, że w Śremie w latach 80. wystąpił warszawski Teatr Ochoty ze spektaklem „Adam i Ewa” Marka Twaina z Tomaszem Mędrzakiem i Bożeną Stryjkówną w rolach głównych; spektakl to dla mnie szczególny, ponieważ było to pierwsze przedstawienie teatralne, które widziałem w Warszawie podczas moich studiów.

Największe zaskoczenie czekało mnie jednak na końcu wystawy, kiedy zobaczyłem umowę podpisaną z jednym z mieszkańców mojego miasta o… statystowanie w filmie „Między ustami i brzegiem pucharu” z 1987 roku na podstawie powieści Marii Rodziewiczówny. Był to jeden z pierwszych filmów, które widziałem po mojej przeprowadzce do Śremu, w Dyskusyjnym Klubie Filmowym działającym przy Odlewni Żeliwa. Wiedziałem, że był realizowany między innymi w Racocie, dopiero teraz jednak dowiedziałem się, że wystąpiło w nim kilkudziesięciu śremian – statystów, co, jak sądzę, było dla nich przygodą życia.

Wystawa warta zobaczenia – jako dokument minionego czasu i… katalizator wspomnień.

V Międzynarodowy Weekend Filmowy – Daniel Olbrychski

14 stycznia – udział w V Międzynarodowym Weekendzie Filmowym w Śremie. W tym roku weekend jest poświęcony twórczości Andrzeja Wajdy, a głównym gościem jest Daniel Olbrychski. Jak zwykle praca nie pozwala mi na obejrzenie seansów piątkowych („Człowieka z marmuru” i „Człowieka z żelaza”), do kinoteatru „Słonko” przychodzę dopiero w sobotę. 20 minut przed pierwszym seansem („Ziemią obiecaną”) kino świeci jeszcze pustkami. Z doświadczenia poprzedniej edycji festiwalu wiem, że frekwencja na filmach niestety nie będzie duża; zaskakuje mnie jednak to, że są jeszcze miejsca na spotkanie z Danielem Olbrychskim, które ma odbyć się bezpośrednio po pokazie „Ziemi obiecanej”. Tak małe zainteresowanie spotkaniem z jednym z największych polskich aktorów?

Na seansie jest około 20 widzów. Pojawia się też A., Brytyjka mieszkająca na stałe w Śremie, siadamy obok siebie na widowni. Opowiada mi, że na filmy przyszła również po to, aby podszkolić swój polski, była też wczoraj, pierwszego dnia festiwalu – na „Człowieku z marmuru” było tylko dwóch widzów, na „Człowieku z żelaza” sześciu.

„Ziemię obiecaną” widziałem dotąd tylko raz, w latach 70., i to w telewizji (film zmontowano też jako serial), nigdy w kinie, oglądam więc film jak całkiem nowy obraz, chociaż oczywiście z grubsza znam fabułę. Wielu krytyków uznaje film za najwybitniejsze dzieło Wajdy – z opinią tą, jak ze wszystkimi, można dyskutować, ta epicka opowieść o świecie przemysłowym XIX-wiecznej Łodzi z pewnością jest jednak dziełem wybitnym, jednym z najwybitniejszych w historii polskiej kinematografii, a scena w teatrze jest wręcz arcydziełem kina światowego. Nieoczekiwanie dla mnie film wzbudza we mnie też nostalgię, staje się powrotem do młodości, młodości aktorów, którzy w nim występują, ale też mojej własnej młodości. Od 1995 roku, kiedy to pozbyłem z mieszkania telewizora, moja edukacja filmowa bardzo ucierpiała; niestety powrót do czasów studenckich, kiedy chodziłem do kina trzy, cztery w tygodniu, czy do przełomu lat 80. i 90., kiedy byłem członkiem zarządu dyskusyjnego klubu filmowego w Śremie, jest już raczej niemożliwy.

* * *

Spotkanie z Danielem Olbrychskim rozpoczyna się o godz. 17. Frekwencja o wiele lepsza niż na filmie, większość sali zapełniona, chociaż są wolne miejsca. To już drugi raz w krótkim czasie, kiedy mam okazję zobaczyć aktora – w październiku byłem na spektaklu Krakowskiego Salonu Poezji Anny Dymnej, na którym recytował poezje Jarosława Iwaszkiewicza. Daniel Olbrychski rozpoczyna wieczór od wspomnień ze swojego pierwszego spotkania ze Śremem, które miało miejsce w 1967 roku, kiedy to w PGR w pobliskich Manieczkach i Szołdrach kręcono film „Skok”, w którym występował z Marianem Opanią. Jak się okazuje, wielu śremian pamięta ten film, chociaż minęło już 50 lat od jego premiery. Potem występował na scenie kina „Słonko” w latach 90., na zaproszenie lokalnej grupy teatralnej, pamięta to jeszcze więcej osób, ja niestety nie byłem na tym przedstawieniu, chociaż w pierwszej połowie lat 90. byłem dość częstym gościem w „Słonku”.

Największą wartość mają dla mnie anegdotyczne wspomnienia Daniela Olbrychskiego o Andrzeju Wajdzie, od pierwszego występu aktora w filmie Wajdy – w „Popiołach” w 1965 roku, w którym zagrał Rafała Olbromskiego. Olbrychski był wtedy jeszcze studentem szkoły teatralnej (po pierwszych rolach przerwał studia, ukończył je dopiero w… 2010 roku); wspomnienia aktora o Andrzeju Wajdzie, który pewnego razu odwiedził ich w szkole podczas zajęć i pilnie przypatrywał się najpierw studentkom, a później samemu Olbrychskiemu, czego wynikiem były zdjęcia próbne z samą Polą Raksą (młody Olbrychski był wniebowzięty, że może przed kamerą „wyściskać” najsławniejszą piękność polskiego kina lat 60.) budzą śmiech i aplauz widowni. Potem przyszedł czas na „Wszystko na sprzedaż”, która kręcono niedaleko zabudowań Uniwersytetu Warszawskiego akurat wtedy, kiedy 8 marca 1968 roku milicja pałowała studentów (Olbrychski, jak wspomina, również uczestniczył w zajściach, bo przecież nie dać się spałować milicji w takiej chwili byłoby dyshonorem), w latach 70. „Brzezina” i „Panny z Wilka” na podstawie opowiadań Jarosława Iwaszkiewicza i wiele innych. Jak oblicza sam aktor, łącznie wystąpił w 13 filmach Andrzeja Wajdy – w 10 w rolach głównych i w 3 w epizodach.

Czas na pytania publiczności, których nie ma wiele, ale które są ważne i dużo wnoszą do spotkania. Aktor wprawdzie uchyla się od odpowiedzi na pytanie zadane przez Piotra Hoffmanna, co sądzi o współczesnej sytuacji w Polsce, dużo jednak opowiada o skandalu na wystawie „Naziści” w warszawskiej „Zachęcie”, kiedy zaatakował szablą eksponowane tam fotografie aktorów (również swoją) w nazistowskich mundurach; dużo czasu poświęca też swojej przyjaźni z Władimirem Wysockim i odwiedzinach na jego grobie w Moskwie 40 dni po śmierci barda (był wtedy eskortowany przez funkcjonariuszy KGB), czy nagraniu utworów erotycznych Aleksandra Fredry.

Spotkanie z pewnością udane, należy do tych, które będę długo pamiętał. Bardzo podoba mi się fakt, że Olbrychski nie zlekceważył publiczności; w wypowiedziach aktora słychać było szacunek dla widzów, również tych, którzy mieszkają w takim małym, prowincjonalnym mieście jak Śrem. Spotkanie było też ciekawsze od spektaklu poezji Iwaszkiewicza w Poznaniu, oczywiście dlatego, że tu jego bohaterem był sam aktor i ludzie, których spotykał.

Jak i w Poznaniu nachodzą mnie też refleksje na temat przemijania, upływu czasu. 72-letni Daniel Olbrychski nie jest już tym aktorem, którego przed chwilą widziałem w „Ziemi obiecanej”, którego pamiętam z „Potopu”, „Pana Wołodyjowskiego”, czy „Wesela”. Czas, także kontuzje (aktor szczegółowo opowiedział o wypadku podczas jazdy konno w 1999 roku, który zmiażdżył mu stopę) wywarły swoje piętno na jego fizyczności. Zachował jednak wielki talent aktorski i okazał też podczas spotkania w Śremie, które występem artystycznym przecież nie było, naśladując sposób mówienia Wajdy czy śpiew Wysockiego. Pozostaje jednym z luminarzy polskiej sceny.

Daniel Olbrychski Słonko

Na spotkaniu z Danielem Olbrychskim, w jednym rzędzie ze Zbigniewem Hoppe (stoi Gabriela Wasielewska). Fot.: Piotr Hoffmann.

Animator

9 lipca – mimo jesiennej – w lipcu – pogody (wiatr, zachmurzenie, przelotne opady) wyjazd rowerem do Poznania na Międzynarodowy Festiwal Filmów Animowanych „Animator”. Nie jestem na nim co roku, letnia pora sprawia, że w połowie lipca wybieram przeważnie wycieczki w dalsze trasy, na kilku festiwalach jednak już byłem. Pamiętam, jak w 2010 roku o wizycie na „Animatorze” wspomniałem na lekcji mojej uczennicy – studentce. Roześmiała się i powiedziała:

– Co, na bajki pan pojechał? „Shrek” też był?

Dziewczyna studiowała w prywatnej szkole i miała raczej „dziewczyńskie” zainteresowania… Ale czy takie szukanie powodów jej  reakcji jest konieczne? Większość ludzi kojarzy filmy animowane z „bajkami”, twórczością dla dzieci. Tylko ci, którzy szerzej interesują się sztuką (sztuką wysoką, nie popkulturą), zdają sobie sprawę z tego, że oprócz „bajek” w Polsce i na świecie tworzy się też ogromną ilość poważnych filmów animowanych dla dorosłych, czasami bardzo dorosłych…

O godzinie 10 przed kinem „Muza” na Świętym Marcinie jeszcze niewielu widzów, po zakupie biletów korzystam więc z pół godziny wolnego czasu, aby zajrzeć na plac Wolności. Zaczął się tu akurat jakiś piknik wojskowy, który potrwa do popołudnia. Na placu ustawiono czołgi i inne pojazdy, z okazji szczytu NATO polska armia pręży muskuły, na scenie przemawia generał, podobno są też żołnierze z jednostki w Śremie, na dłuższe zwiedzanie pojazdów i stoisk brakuje jednak czasu, wracam do kina.

Publiczności już całkiem sporo (po południu będzie jeszcze więcej), skład typowy dla tego festiwalu, czyli dominuje młodzież, sądząc po wieku, ubiorze i sposobie zachowania, studenci poznańskich uczelni, którzy mają teraz wakacje; myślę, że również w czasie roku akademickiego to najwierniejsza publiczność „Muzy”.

* * *

Kupuję dziś bilety na trzy pokazy konkursowe – dwa filmów krótkometrażowych i jeden pełnometrażowy. Na dwóch pierwszych seansach zrealizowane najróżniejszymi technikami filmy krótkie, od kilku do kilkunastu minut, polskie i zagraniczne. Pomysły autorów genialne, zwariowane i takie sobie; jak na poprzednich festiwalach, o większości z tych filmów pewnie wkrótce zapomnę; a co pozostanie w mojej pamięci?

„Pod wiatr” szwajcarskiego (szwajcarskich filmów w tym roku obrodziło na festiwalu) twórcy Remo Scherrera – zrealizowana bardzo prostymi, wręcz ascetycznymi środkami opowieść córki o alkoholizmie matki.

„Debiut” Katarzyny Kijek jako przykład autoironicznej metaliteratury (metafilmu?), o męce twórczej autora scenariuszy.

„Mr Sand” Soetkin Verstegen – to wcale nie opowieść o Piaskowym Dziadku z enerdowskiej bajki dla dzieci, tylko o czymś dużo poważniejszym i mało znanym, o zagrożeniach, z jakimi musieli radzić sobie właściciele pierwszych sal kinowych na początku XX wieku.

„Before Love” Igora Kowalowa – piękna pod względem graficznym opowieść; szkoda, że treść nie dorównuje tu w pełni formie.

„Sexy laundry” Izabeli Plucińskiej – ta zrealizowana w technice modeliny komedia o życiu seksualnym pięćdziesięciolatków spotkała się z największym aplauzem widowni, ma chyba dużą szansę na zdobycie nagrody publiczności. Mnie też się podobała :-) .

„Jedziemy autobusem” Sarah Gampel, którą mogę obejrzeć zaraz potem, to całkowita zmiana tonacji. Historia pewnej podróży staje się punktem wyjścia do ukazania najbardziej nierozwiązywalnego konfliktu we współczesnym świecie – konfliktu bliskowschodniego, a jednocześnie rozważań o żydowskości, palestyńskości i… polskości (autorka jest Żydówką mieszkającą w Szwecji, ale urodziła się w Szczecinie).

„Życie seksualne drzew” Joshui Tuthilla – graficznie wysmakowana impresja o związkach człowieka i przyrody, a właściwie jej personifikacji.

* * *

Po filmach krótkometrażowych decyduję się dziś na festiwalu tylko na jeden „feature film” – „Niezłe jaja!” amerykańskiej reżyserki Penny Lane, chociaż przed seansem mam pewne wątpliwości, czy to dobry wybór. Przyczyną jest oczywiście fatalnie przetłumaczony tytuł (lepszym rozwiązaniem byłoby zachowanie oryginalnego – „Nuts!”) jak i niezbyt szczęśliwa, pasująca raczej do „Superekspresu” niż poważnego festiwalu, zapowiedź na stronie internetowej „Animatora”, że „Niezłe jaja!” to opowieść o lekarzu z Kansas, który „wpadł na pomysł, aby leczyć impotencję u mężczyzn przeszczepiając im kozie jądra”.

W istocie „Niezłe jaja!” to film o czymś całkiem innym, o micie amerykańskiego self-made-mana, tu przedstawionego w osobie Johna R. Brinkleya, który w Stanach Zjednoczonych w okresie międzywojennym zrobił ogromną karierę, między innymi rzeczywiście na rzekomym przeszczepianiu mężczyznom kozich jąder, o karierze szarlatana i o tym, co tę karierę umożliwiło, wreszcie o amerykańskim społeczeństwie lat 20 i 30. XX wieku. Historia tak niewiarygodna, że w pierwszych minutach filmu byłem przekonany, że mam tu do czynienia z fikcją stylizowaną na dokument i miałem nawet za złe twórcom filmu brak oryginalności i podążanie śladami Woody Allena, który takie fikcyjne biografie realizował wielokrotnie (najbardziej znany jest „Zelig”, ale też np. „Słodki drań”). Ale nie, John R. Brinkley naprawdę istniał, rzeczywiście twierdził, że potrafi przeszczepiać kozie jądra, omal nie został gubernatorem Kansas i założył własną stację radiową z podobno najpotężniejszym nadajnikiem na świecie, wszystko to aż do zdemaskowania jego działalności na procesie w 1939 roku.

Film wart zobaczenia, z pewnością jak wiele innych na festiwalu, ale na mnie już czas. Po filmie powrót do domu.

IV Międzynarodowy Weekend Filmowy – Jasiek Mela

12 grudnia – wizyta na kolejnym Międzynarodowym Weekendzie Filmowym w „Słonku”. W ubiegłym roku impreza się nie odbyła; szkoda, ponieważ Ewa Kaźmierczak, szefowa Śremskiego Ośrodka Kultury, miała ambitny plan sprowadzenia do Śremu Jana A.P. Kaczmarka. W tym roku weekend odbywa się pod hasłem „Poza horyzonty”, poświęcony jest niepełnosprawności a głównym gościem jest Jasiek Mela.

Na pierwszym filmie, „Moja lewa stopa”,  na sali oprócz mnie jest tylko siedząca w rzędzie za mną para i… szkolna klasa, która przyszła tu z nauczycielką. Film z 1989 r., ale widzę go po raz pierwszy, podoba mi się, dwa Oskary, dla Daniela Day-Lewisa, odtwórcy roli sparaliżowanego malarza Christy Browna, tworzącego obrazy lewą stopą, i Brendy Fricker, grającej jego matkę, jak najbardziej zasłużone, szkoda tylko że w odbiorze przeszkadza nieustanny szelest opakowania chipsów, które konsumuje młodzież za nami. Opiekunka klasy nie reaguje, uwagi moich sąsiadów nie skutkują, zwrócenie uwagi przez pracownika kina pomaga tylko na chwilę.

Na drugim filmie, „Mój biegun”, poprzedzającym spotkanie z Janem Melą, sala jest już pełna. Jak zwykle nie mam biletu, ale mogę wejść, po bokach ustawiono dostawki, poza tym nie wszyscy, którzy wcześniej zarezerwowali miejsca, się pojawili. Film (podczas którego powtarza się problem z chipsami) podoba mi się średnio, ma dużą wartość dokumentalną jako fabularyzowane przedstawienie życia Jaśka Meli do momentu spotkania z Markiem Kamińskim (chociaż właściwie spodziewałem się dokumentalnej relacji z wyprawy na biegun), wybitnym dziełem kinematografii jednak nie jest. Po zakończeniu seansu wychodzę z sali na herbatę do foyer kinoteatru, gdzie już widzę bohatera wieczoru, Jaśka Melę, siedzącego przy stoliku i rozmawiającego ze Zbigniewem Hoppe, animatorem kultury i szefem śremskiego DKF-u. Wypicie filiżanki herbaty staje się okazją do zamienienia kilku słów z celebrytą.

– Poznajcie się – mówi Zbigniew Hoppe – to pan, który też dużo podróżuje, i to rowerem. Jeździ do Poznania i jeszcze dalej, na koncerty, do muzeów…

Opowiadam Jaśkowi Meli w kilku słowach o moich wyjazdach, wizycie w poznańskiej operze na „Dziadku do orzechów” w ubiegłym tygodniu, wyjazdach do Wrocławia (Jasiek zaciekawiony pyta, ile czasu mi to zajmuje). Rozmowa nie trwa długo, za chwilę spotkanie z publicznością, do stolika podchodzi też Katarzyna Baksalary z „Tygodnika Śremskiego” z prośbą o wywiad, usuwamy się więc dyskretnie na bok i kierujemy się już w stronę sali.

Jan Mela (1)

W zaciemnionej sali na spotkaniu, siedzę obok Zbigniewa Hoppe. Fot. Katarzyna Baksalary.

Spotkanie z Jaśkiem Melą jest interesujące i przebiega dynamicznie – na tle kilkuset przesuwających się na ekranie slajdów bohater opowiada o swoim życiu, filmie, który właśnie zobaczyliśmy, rodzinie, trudnych relacjach z ojcem, wreszcie swoich wyprawach. Jeśli na tym polega celebrytyzm, nie mam nic przeciwko niemu, celebryta na scenie śremskiego teatru jest bardzo naturalny i… sympatyczny.

Czas na pytania z widowni i bezpośrednią rozmowę. Pytania są dość stereotypowe a niektóre… dziecięce (na widowni jest sporo dzieci): „Czy masz zwierzątko w domu?”, „Czy siostry słały ci łóżko?”, „Czy sztuczna noga nie uwiera cię podczas chodzenia?”. W odpowiedzi na to ostatnie pytanie, Jasiek zdejmuje i demonstruje swoją protezę – dzieci wydają lekki okrzyk grozy (zapamiętają ten moment chyba do końca życia), nie sprawia to jednak wrażenia chęci epatowania nas. „Niepełnosprawni – normalna sprawa” – przypomina się slogan ze społecznej kampanii reklamowej sprzed 15 lat. Jasiek Mela opowiada też o innych niepełnosprawnych, których spotkał w życiu, między innymi o dziewczynie, która urodziła się bez rąk, a jednak była w stanie zjeść z nim – posługując się własnymi nogami – spaghetti w restauracji.

Spotkanie kończy się sesją fotograficzną (chętnych do zrobienia sobie zdjęcia z Jaśkiem Melą jest bardzo dużo) i rozdaniem autografów. Nasz bohater spieszy się do Poznania, aby zdążyć na pociąg do Krakowa (jeden z widzów zaoferował się, że podwiezie go na dworzec), a ja wracam na salę, aby obejrzeć ostatni, również bardzo dobry film wyświetlany tego dnia – „Motyl i skafander”, w o wiele bardziej kameralnej atmosferze (łącznie ze mną jest tylko dziewięciu widzów) i na szczęście tym razem bez chipsów.

„Mów mi Marianna”

8 sierpnia – po kradzieży roweru w ubiegłą sobotę we Wrocławiu okazja do wypróbowania nowego, kupionego w poniedziałek – pierwszy wyjazd moim nowym jednośladem w dłuższą trasę: do Poznania, na Festiwal Transatlantyk, i to w rekordowej temperaturze powyżej 35 stopni. Chyba w takim upale jeszcze nie jechałem na dalsze odległości?

Na Festiwal Transatlantyk jeżdżę od początku jego istnienia, czyli od 2011 roku. Z reguły oglądam tylko dwa filmy; ciekawe, że przeważnie jeden z nich mi się podoba, drugi nie. Tak było w ubiegłym roku, kiedy po dobrym japońskim filmie z gatunku anime „Zrywa się wiatr” obejrzałem nudny niemiecki „Siostry i Schiller”, tak było i w obecnym. Prawie trzygodzinny dokument „Odyseja iracka” trwał dwa razy dłużej niż powinien, był przegadany i niepotrzebnie zrealizowany w technice 3D; drugi dokument – „Mów mi Marianna” – obejrzany w tej samej sali Multikina przy ul. Królowej Jadwigi okazał się o wiele ciekawszy.

Do jego obejrzenia zachęcił mnie też wywiad z reżyserką i autorką scenariusza, Karoliną Bielawską, którego wysłuchałem w radiowej Jedynce na początku czerwca. Karolina Bielawska zajęła się w swoim filmie problemem transseksualizmu, tematem od dawna kontrowersyjnym, wpisującym się też w szerszą i wywołującą mnóstwo emocji problematykę obyczajową homoseksualizmu, gender, ostatnio też zapłodnienia in vitro. Bohaterka filmu – Marianna Klapczyńska, automatyk ruchu, pracująca w warszawskim metrze – była kiedyś Wojciechem Klapczyńskim, mężczyzną żonatym, mającym trójkę dzieci, który jednak nie identyfikował się ze swoją płcią do tego stopnia, że rozpoczął walkę o jej zmianę. W walce tej Marianna zwyciężyła zarówno z swoimi oponentami prawnymi (wygrała w sporze sądowym z rodzicami, którzy z takim wyborem się nie godzili) jak i z biologią (wykonano u niej zabieg neovaginoplastyki), by wkrótce później zapłacić za swoją decyzję ogromną cenę – przeprowadzona kuracja hormonalna doprowadziła do wylewu i paraliżu Marianny, która odtąd musi poruszać się na wózku.

Po seansie część dla mnie i dla innych widzów najważniejsza: spotkanie z samą autorką filmu, prowadzone przez jednego z organizatorów Transatlantyku, możliwość dowiedzenia się więcej o realizacji filmu i poruszonych w nim problemach. Karolina Bielawska opowiada o swojej znajomości z Anną Grodzką, o tym, jak przez posłankę doszło do kontaktu z Marianną Klapczyńska i z jakimi problemami musiała się borykać podczas realizacji filmu. Jego temat powodował, że wiele instytucji odmawiało pomocy: pierwszą reakcją zarządu metra, pracodawcy Marianny, było na przykład stwierdzenie, że „pokazanie, że pracuje u nas cielę z dwoma głowami, nie przysłuży się do poprawy wizerunku metra”; początkowo chętny do wystąpienia w filmie ksiądz, kapelan szpitala, w którym przebywała Marianna, musiał odmówić, kiedy zabronili mu tego przełożeni.

Również ja zabieram głos jako przedostatni w dyskusji:

– Dziękuję za interesujący film, w związku z nim chciałbym zapytać o pani stosunek do gender. Czy nie sądzi pani, że film i w ogóle zjawisko transseksualizmu zaprzecza teoriom gender? Ideologowie gender twierdzą przecież, że płeć można swobodnie kształtować na etapie dzieciństwa, z tego biorą się pomysły w rodzaju ubierania chłopców w przedszkolu w sukienki, tymczasem dramat Marianny jest tego zaprzeczeniem. Pokazuje on, że płeć psychiczna jest czymś wrodzonym, co kształtuje się jeszcze w fazie prenatalnej i czego nie da się zmienić; czasami prowadzi to nawet do tragedii, kiedy płeć psychiczna okazuje się inna niż biologiczna.

– Ale ja w filmie pokazałam tylko dramat człowieka, który boryka się z takimi problemami – odpowiada Karolina Bielawska. – A problemu identyfikacji płciowej nie unikniemy. Jak powiedział lekarz opiekujący się Marianną w filmie, mamy tylko płeć męską i żeńską, nie ma innej możliwości, trzeba się więc określić.

– Ale czy zgadza się pani ze zdaniem, że płeć można swobodnie kształtować?

– Absolutnie nie. Widać to było też w filmie.

Nie jest to odpowiedź na moje pytanie o stosunek gender, nie chcę jednak dalej drążyć tego tematu; widzę też, że moje pytania sprawiają reżyserce pewien dyskomfort.

Po wyjściu z dusznej i rozgrzanej (nie działa klimatyzacja) sali Multikina mam jeszcze okazję zamienić kilka słów z autorką filmu; wspominam, że słuchałem jej wywiadu w radiu i że specjalnie przejechałem rowerem ze Śremu na pokaz. Do rozmowy przyłącza się też kobieta stojąca obok nas:

– Nie zgodziłabym się z panem odnośnie gender. Gender dotyczy czegoś innego.

– A czego?

– Ról społecznych pełnionych przez mężczyzn i kobiety i związanych z tym stereotypów.

Pozostaję przy swoim zdaniu. Znam poglądy radykalnych przedstawicieli (a raczej przedstawicielek) tej ideologii twierdzących, że płeć jest tylko konstruktem społecznym i jest kształtowana przez wychowanie we wczesnym dzieciństwie. Dlaczego nie dostrzega się sprzeczności pomiędzy gender a transseksualizmem, a także gender i „gay liberation movement”, prowadzoną w Polsce od kilkunastu lat promocją homoseksualizmu? Twierdzenia, że orientacja homoseksualna człowieka kształtuje się w jego życiu prenatalnym i dlatego leczenie homoseksualizmu jest niedopuszczalne, nie da się pogodzić z ideologią gender. To jednak temat na bardzo obszerną dyskusję, a przy obecnej polaryzacji w kwestiach politycznych i obyczajowych w Polsce spory w tych kwestiach mają raczej małą szansę na osiągnięcie modus vivendi.

Powrót do Śremu późnym wieczorem w padającym deszczu – upalny dzień zakończył się burzą.

„Almanya – Witajcie w Niemczech”

13 czerwca – po wykładzie w Muzeum Narodowym w Poznaniu szkoda wracać od razu do Śremu, po południu zaplanowałem jeszcze seans filmowy. Wybieram się na film „Almanya – Witajcie w Niemczech” – film i pokaz specjalny, bo odbywający się w ramach festiwalu Ethno Port w Poznaniu, którego tematem przewodnim w tym roku jest migracja.

W Kinie Pałacowym w Zamku Cesarskim kwadrans przed spektaklem jestem dopiero drugim widzem, potem zjawia się więcej osób, sala nie jest jednak zapełniona. Szkoda, bo program spotkania jest ciekawy. Po filmie, który jest pierwszą odsłoną towarzyszącego w tym roku festiwalowi Migracyjnego Dyskusyjnego Klubu Filmowego (drugi film – francuska komedia „Kobiety z 6. piętra” – zostanie wyświetlony następnego dnia, w niedzielę), jak zapowiada prowadząca spotkanie Natalia Bloch z Centrum Badań Migracyjnych UAM, odbędzie się dyskusja z udziałem prof. Elżbiety Gożdziak z Uniwersytetu Georgetown w Waszyngtonie i prof. Michała Buchowskiego z Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej UAM. Jako germanista i zainteresowany problemami współczesnego świata jestem ciekaw zarówno filmu jak i spotkania po nim. Czas więc na zgaszenie świateł i seans.

„Almanya – Witajcie w Niemczech” – saga wielopokoleniowej tureckiej rodziny od 1964 r. żyjącej w Niemczech – jest przykładem dobrego, momentami bardzo dobrego kina. Losy fikcyjnych bohaterów, Hüseyina, milion pierwszego imigranta w Niemczech, jego żony Fatwy, czwórki dzieci, wnuków i innych członków rodziny, są zwierciadłem odbijającym losy całej ogromnej tureckiej społeczności w Niemczech, chwile radosne, ale też troski i nieszczęścia (film zapowiadany przez Natalię Bloch jako komedia jest właściwie tragikomedią), mimo to będącym obrazem ogólnie utrzymanym w ciepłym klimacie i zawierającym mądre humanistyczne przesłanie.

Na szczególne wyróżnienie w filmie zasługują bardzo dobry scenariusz (nagroda Deutscher Filmpreis za najlepszy scenariusz 2011 roku jest w pełni zasłużona), podobały mi się też zabiegi formalne, coś, co po niemiecku nazwałbym „Verfremdungseffekte” (efektami wyobcowania), np. sceny, w których język turecki bohaterów jest oddawany przez dialogi niemieckie, podczas gdy język niemiecki Niemców rozmawiających z rodziną brzmi jak jakieś niezrozumiałe narzecze. Jak często zastanawiamy się, jak nasz język brzmi w uszach obcokrajowców, których coraz więcej w naszym kraju?

Po filmie czas na spotkanie. O swoich wrażeniach z życia i pracy w Stanach Zjednoczonych opowiada Elżbieta Goździak (od ponad 30 lat mieszkająca w USA), opiniami dzieli się też Michał Buchowski. Rozmowa dotyka problemów nie tylko Niemiec i USA, również Francji, w której tyle razy dochodziło do zamieszek na tle rasowym w „banlieues”. Wszyscy troje reprezentują poglądy,  które w Stanach Zjednoczonych określono by mianem liberalnych, w amerykańskim rozumieniu tego słowa. W polskich realiach bardziej pasuje określenie „lewica obyczajowa”, określenie, którego wyznacznikami są political correctness, walka z rasizmem i dyskryminacją, albo zjawiskami, które za takie są uważane, i dystans wobec wszelkich nurtów prawicowych. Poglądy, wobec których zachowuję częściowo sceptycyzm, z ciekawością wysłuchuję jednak ludzi reprezentujących inne opcje.

W dyskusji, do której organizatorzy zapraszają następnie wszystkich widzów, jako pierwszy zabiera głos czarnoskóry mężczyzna. Ze zdumieniem poznaję głos, który słyszałem kilka miesięcy temu na antenie Polskiego Radia w audycji poświęconej imigrantom, mężczyzna opowiada też tę samą historię, którą słyszałem wtedy w radiu:

– Może opowiem, jak ja to widzę z perspektywy obcokrajowca od 30 lat mieszkającego w Polsce. Kiedyś w Warszawie spotkałem takiego osiłka, kibica Legii, który zapytał mnie: „A ty co tu robisz?”. Wtedy ja postanowiłem udowodnić mu, kto jest lepszym Polakiem, i zapytałem go, w którym wieku żył Kazimierz Wielki. Odpowiedział, że w XV, pomylił się więc o 100 lat, nie wiedział. I tacy wołają: „Polska tylko dla Polaków”? Moją córkę kiedyś zapytano, jakiej jest narodowości, odpowiedziała, że polskiej. A jakiej może być narodowości, skoro mówi tylko polsku? Nie geny, lecz język, kultura powinny decydować o tożsamości narodowej.

Temat jest tak ciekawy, że i ja postanawiam zabrać głos:

– Dziękuję za ciekawy film. Czy nie uważają jednak państwo, że o pewnych rzeczach tu zapominamy? Pani Bloch wspominała o zamieszkach na przedmieściach Paryża – tam napływ imigrantów wcale nie doprowadził do pozytywnych skutków. Również w filmie można by dostrzec przekłamania. Jednym z wątków jest historia wnuczki Hüseyina, która zachodzi w ciążę ze swoim chłopakiem, Anglikiem. Przecież gdyby doszło do takiej sytuacji w rzeczywistości, mogłoby to się skończyć „Ehrenmord”, zabójstwem honorowym. Z drugiej strony przyznaję, że konfliktów społecznych spowodowanych napływem imigrantów w Niemczech i USA jest mniej niż we Francji. Jak można to wytłumaczyć?

– W każdej kulturze zdarzają się negatywne zjawiska, również w naszej – odpowiada Michał Buchowski. – Nie można jednak potępiać z tego powodu samego zjawiska, które jest nieuchronne. Migracje były zawsze, również na naszym terenie. W instytucie w Poznaniu, którym kieruję, około 30 procent nazwisk ma obce brzmienie, a najnowsza publikacja Centrum Badań Migracyjnych UAM o poznańskich imigrantach pod tytułem „Nie dość użyteczni” jest firmowana nazwiskami trzech autorek: Bloch, Main i Sydow. Co do Francji, to prawda, że tam konflikty te mają o wiele ostrzejszy wymiar niż w Niemczech i USA. Być może powodem jest prowadzona od dziesięcioleci polityka rządu francuskiego, dążąca na siłę do integracji wszystkich imigrantach, nieuznająca mniejszości narodowych i kulturalnych, jak to się robi w Niemczech? Jest faktem, że rasizm jest wciąż żywy – nie rasizm w tradycyjnym znaczeniu tego słowa, ponieważ każda osoba publiczna skompromitowałaby się, gdyby oświadczyła, że jest rasistą, lecz rasizm kulturowy. Wyraża się on w odrzucaniu inności kulturowej i takiej na przykład postawie: kebab tak, meczety nie.

Nie odpowiadam, chociaż wątpliwości pozostają. Czy imigracja zawsze jest dobrem? Czy nie niesie zagrożeń? Czy pozytywnym zjawiskiem był na przykład napływ rumuńskich Cyganów do Polski w latach 90-tych, którzy obecnie masowo emigrują, również z Czech, Słowacji, Bułgarii, do krajów Europy Zachodniej, nie po to, aby pracować, lecz żebrać i utrzymywać się z zasiłków pomocy społecznej? W Europie Zachodniej przestępczość w środowiskach imigranckich również jest o wiele wyższa niż wśród rodzimej ludności. W jednym uczestnicy panelu mają rację – imigracja jest zjawiskiem nieuchronnym, z którym Polska w przyszłości będzie musiała się zmierzyć na o wiele większą skalę niż obecnie.

Na zakończenie organizatorzy zapraszają wszystkich widzów do ściągnięcia pliku PDF z książką „Nie dość użyteczni”. W krótkiej rozmowie przy stoliku panelowym pani Natalia Bloch zaprasza mnie też na pokaz drugiego filmu w niedzielę. Gdybym mieszkał w Poznaniu, chętnie wziąłbym ponownie udział w spotkaniu, to, które właśnie się zakończyło, było bardzo interesujące, niestety teraz czeka mnie powrót rowerem do Śremu, a w niedzielę muszę odpocząć przed kolejnym tygodniem pracy.

„Władca pierścieni”, Śremski Klub Fantastyki

Właśnie skończyłem lekturę „Władcy pierścieni” J.R.R. Tolkiena – mojego kolejnego nabytku ze śremskiego book-crossingu. Druga w moim życiu próba uporania się z tym 1300-stronicowym dziełem zakończyła się sukcesem.

Z „Władcą pierścieni” miałem pierwszy kontakt w liceum. W kilka lat po przeczytaniu, jeszcze jako dziecko, w szkole podstawowej, „Hobbita”, na półce Biblioteki Miejskiej przy ulicy Głębokiej w Puławach odkryłem pierwszy tom Tolkienowskiej sagi w przekładzie Marii Skibniewskiej. Książka już wtedy była w Polsce legendą, była też bardzo trudna do zdobycia, sięgnąłem więc po nią bez wahania. Sięgnąłem i… się rozczarowałem. W przeciwieństwie do „Hobbita”, który mi się ogromnie podobał i który był jedną z najważniejszych lektur mojego dzieciństwa, „Władca pierścieni” był dla mnie nudny, przebrnąłem chyba tylko przez pierwszych 100 stron, w każdym razie nie skończyłem pierwszego tomu. Nie zachwyciła mnie też szczególnie ekranizacja Petera Jacksona (o niej poniżej), którą po latach zobaczyłem w Śremie w kinie „Słonko”. W świetle moich zainteresowań z tamtych lat może wydawać się to zaskakujące, ale i łatwo wytłumaczalne. W starszych klasach szkoły podstawowej i później, w latach licealnych, pasjonowałem się fantastyką naukową, moim ulubionym autorem był Stanisław Lem. Tymczasem książki Tolkiena należą do fantastyki, ale z pewnością nie naukowej, „Władca pierścieni” był jednym z pierwszym dzieł nurtu fantasy, który ani wtedy, ani później specjalnie mnie nie pociągał.

Książka jest jednak tak znana, ma tak duże znaczenie w kulturze (wprawdzie przeważnie popularnej), że po 35 latach sięgnąłem do niej po raz drugi, tym razem w przekładzie Jerzego Łozińskiego. Pierwsze strony i… powtórka sprzed lat. Ekspozycja akcji nie jest mocną stroną powieści, nie wzbudziła we mnie szczególnego zainteresowania. Oparłem się jednak pokusie ponownego odłożenia książki na półkę i… nie pożałowałem. Opis wędrówki Bractwa Pierścienia przez fantastyczne krainy, tajemniczy świat elfów, krasnoludów wciągały mnie coraz bardziej. Wiele scen z książki, jak pobyt w Lothlórien, spotkanie z entami, pozostanie w mojej pamięci pewnie na zawsze. Fascynacja ta ma chyba związek z moimi ogólnymi zainteresowaniami podróżami, opisami egzotycznych krajów, zwłaszcza w aspekcie historycznym. Później w trakcie lektury ta fascynacja zaczęła wprawdzie słabnąć i znowu dość łatwo mogę znaleźć tego przyczyny. Opis wędrówki zamienia się na dalszych kartach „Władcy pierścieni” w sceny bitew, rozstrzygającego starcia z ciemnymi siłami Mordoru, a takie batalistyczne, pełne heroicznych czynów opisy interesują mnie dużo mniej. Książkę przeczytałem jednak do końca, chociaż, przyznaję, przez jej „naukowe” dodatki (A – F), w którym Tolkien uczenie objaśnia genealogię i chronologię Śródziemia, już tylko się prześliznąłem.

Nie uważam „Władcy pierścieni” za dzieło genialne, ale teraz, po drugim przeczytaniu, też nie odrzucam go w całości. Myślę, że aby naprawdę zafascynować się tym dziełem, należy interesować się mitologią (celtycką, skandynawską i inną) i wczesnym średniowieczem, a ja takich zainteresowań nie mam. Niewykluczone zresztą, że po trzecim przeczytaniu moje wrażenia z książki byłyby jeszcze inne, że odkryłbym w niej nowe rzeczy, których teraz nie dostrzegłem. Do trzeciej lektury chyba jednak nie dojdzie. Zbyt mamucich rozmiarów to dzieło, a ja mam tyle zaległości lekturowych…

* * *

Lektura „Władcy pierścieni” przywołała u mnie wspomnienia z nie tak dawnych lat. W nocy z 13 na 14 listopada 2008 r., zachęcony reklamą na tablicy ogłoszeń kina „Słonko”, poszedłem na najdłuższy seans filmowy w moim życiu, podczas którego wyświetlono trzy części „Władcy pierścieni”. Ów prawdziwy maraton filmowy (do dzisiaj zachowałem bilet do kina) rozpoczął się o godz. 20.00 i zakończył rankiem o godz. 7.30 (następnego dnia, w piątek, musiałem normalnie pracować) i z pewnością pozostanie w mojej pamięci do końca życia, chociaż nie ze względu na walory artystyczne filmu (efekty specjalne wzbudzały we mnie podziw, ale sam film pod koniec był już trochę nużący), raczej na otoczkę tego wydarzenia. Projekcja filmu była częścią większej imprezy pod nazwą „Dzień Fantastyki” zorganizowanej przez śremską młodzież. W innych wydarzeniach imprezy, które miały miejsce wcześniej tego dnia, nie wziąłem udziału, jako jedyny dorosły w kinie uzyskałem jednak szczegółowe informacje na ich temat od poznanej wtedy miłej licealistki Pauliny Tomczak w rozmowie podczas przerwy pomiędzy poszczególnymi częściami, na których mogliśmy posilić się drożdżówkami i kawą.

Noc z fantastyką 2008

W kinie „Słonko” w przerwie pomiędzy częściami „Władcy pierścieni”, 13/14 listopada 2008 r.

Po dwóch miesiącach, w styczniu 2009 r., przejeżdżając rowerem koło biblioteki przy moście w Śremie, zauważyłem ogłoszenie nieznanego mi Śremskiego Klubu Fantastyki zapraszające wszystkich chętnych na wykład pod tytułem „Mity i legendy Celtów”, który miał poprowadzić Horacy Kondras. Horacego (syna Jerzego Kondrasa, dyrektora śremskiej biblioteki) znałem z dawniejszych lat, o klubie wprawdzie nigdy wcześniej nie słyszałem, ale z ciekawości poszedłem na spotkanie.

Moje pojawienie się na wykładzie w podziemiach biblioteki przy Kilińskiego wywołało pewną konsternację. W niedużym pomieszczeniu, w dość spartańskich warunkach, zastałem Horacego przygotowującego się do wykładu, jego żonę Martę i… kilkunastu nastolatków, którzy spoglądali na mnie z zaskoczeniem i, co tu kryć, skrępowaniem. Co ten facet po czterdziestce robi w naszym gronie? I kim on w ogóle jest? Pięć lat wcześniej przełamanie lodów byłoby pewnie łatwiejsze; chociaż nie pracowałem w szkole, miałem dużo uczniów ze śremskiego liceum i innych szkół, byłem znany wśród młodzieży. Potem, po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej, nawał tłumaczeń zmusił mnie do wycofania się z nauczania i przestałem być postacią znaną w środowisku szkolnym. Wziąłem jednak udział w wykładzie, który był tak interesujący, że poszedłem też na następne: o samurajach w feudalnej Japonii (prowadził go Maciej Jackowski z klasy maturalnej, który chciał studiować japonistykę), o wpływie średniowiecza na literaturę fantasy (prelegentką była już wspomniana Paulina Tomczak, która była chyba ważną osobistością w Śremskim Klubie Fantastyki), o życiu i twórczości J.R.R. Tolkiena, który prowadził Staszek Byszewski ze szkoły podstawowej, najmłodszy, ale traktowany na równych prawach członek klubu. Były też inne spotkania, wykłady na różne tematy, były imprezy plenerowe w Śremie i Grodzewie, w których z powodu obowiązków zawodowych nie brałem udziału, w lutym 2010 r. w „Słonku” zorganizowano też kolejny maraton filmowy (wyświetlono na nim trzy części „Matrixa”), który jednak nie zapadł mi tak w pamięci jak maraton z „Władcą pierścieni”.

Ogólnie spotkania były interesujące, stopniowo znikło też skrępowanie młodzieży powodowane moją obecnością. Był to chyba ciekawy eksperyment socjologiczny, podczas którego i ja, i oni przekonaliśmy się, że młodzi i dorośli mogą wymieniać poglądy na równych prawach, mimo nieuchronnego w takiej sytuacji, uwarunkowanego wiekiem dystansu.

Śremski Klub Fantastyki - Samuraje (1)

Na wykładzie Śremskiego Klubu Fantastyki poświęconym samurajom – 27 lutego 2009 r.

Wszystko to niestety w czasie przeszłym. Wkrótce potem członkowie Śremskiego Klubu Fantastyki zdali maturę i wyjechali na studia, Horacy Kondras z żoną Martą skoncentrowali się na własnej działalności gospodarczej w firmie Fun Faktoria (w eventach i imprezach integracyjnych organizowanych przez firmę nawiązują do dawnych zainteresowań), po Klubie pozostała tylko strona internetowa, nieaktualizowana od 2009 r. Czy któryś z lokalnych historyków pokusi się kiedyś o opisanie tego interesującego rozdziału z życia śremskiej młodzieży? Myślę, że warto.

Dyskusyjny Klub Filmowy

Artykuł napisany przeze mnie w grudniu 2009 r. na prośbę pani Barbary Jahns z Muzeum Śremskiego. Miał być opublikowany na początku 2010 r. w „Gazecie Śremskiej”, w końcu jednak nie doszło do publikacji. Zamieszczam go dopiero teraz na moim blogu, po ponad pięciu latach od napisania. W końcówce artykułu jest konieczna jedna poprawka – szefem śremskiego DKF-u jest obecnie pan Zbigniew Hoppe, nie Arkadiusz Jankowiak.

Celuloidowa edukacja – postscriptum

Spotkanie po latach

Nasi czytelnicy przypominają sobie zapewne dwuczęściowy artykuł „Celuloidowa edukacja” autorstwa Eugeniusza Ferstera, wydrukowany w numerach … i … „Gazety Śremskiej”, z arcyciekawymi wspomnieniami z działalności Dyskusyjnego Klubu Filmowego „Odlewnik”, który jeszcze niemal 20 lat temu działał w naszym mieście. Jak się okazało, oprócz roli poznawczej, artykuł spełnił jeszcze jedną ważną rolę – bezpośrednio przyczynił się do zorganizowania spotkania wspomnieniowego, które miało miejsce w śremskim hotelu „L’Ascada” 15 listopada ubiegłego roku. Kiedy na początku listopada pani Antonina Królikowska, jedna z działaczek dawnego DKF-u, zadzwoniła do mnie z propozycją wzięcia udziału w spotkaniu połączonym ze wspomnieniami i obejrzeniem filmu, od razu z wielką chęcią się zgodziłem. Ja również, będąc niegdyś pracownikiem śremskiej odlewni, byłem członkiem DKF-u, a nawet, nieskromnie się chwaląc, przez krótki czas miałem pewien wpływ na jego repertuar, chociaż była to już końcówka działalności Klubu – przełom lat 80. i 90. ubiegłego (tak, już ubiegłego) wieku.

Moja ówczesna działalność w DKF „Odlewnik” była jakby naturalnym rezultatem moich humanistycznych zainteresowań – nie tylko kinem, ale też teatrem, literaturą i w ogóle sztuką, zainteresowań, których początku należy szukać chyba jeszcze w szkole podstawowej w moich rodzinnych Puławach (Poznaniakiem stałem się dopiero w 1987 roku, po ukończeniu studiów i sprowadzeniu do Śremu). Te humanistyczne zamiłowania towarzyszą mi zresztą przez całe życie, a miłość do filmu okazała się w moim życiu jednym z bardziej burzliwych romansów, o bardzo zmiennych kolejach.

Już we wspomnianych Puławach, będąc uczniem szkoły podstawowej, byłem częstym gościem w miejscowym kinie „Sybilla” (w mieście były też inne sale kinowe, „Sybilla” była jednak największa i jako jedyna przetrwała do dzisiaj). Repertuar, jaki wybierałem, nie wyróżniał się niczym szczególnym na tle czasów – były to lata 70. i jako małego chłopca oczywiście najbardziej interesowały mnie walki japońskich potworów ze słynną Godzillą na czele. Do dzisiaj pamiętam pierwsze „dzieło” z tej serii, jakie zobaczyłem – „Godzilla kontra Hedora” – chociaż, szczerze mówiąc, później, będąc uczniem VII i VIII klasy, już się trochę wstydziłem tych wcześniejszych wyborów. Wtedy, w drugiej połowie lat 70., chodziło się już na „Szczęki” Spielberga, „Płonący wieżowiec”, czy inne tego typu filmy katastroficzne, to znaczy, chodziło się, jeśli pani bileterka przymknęła oko, że człowiek jeszcze nie ma skończonych 15 lat (taka była granica wieku dla tych filmów, o filmach dozwolonych od lat 18 nawet nie było co marzyć).

W ogólniaku (wciąż w moich Puławach) ta fascynacja kinem jakoś minęła. Nawet nie pamiętam, jakie były tego powody, może duże obciążenie nauką, a może kształtowanie się nowych zainteresowań, w tym politycznych (był to czas karnawału „Solidarności”, maturę zdawałem w 1982 roku), a także myślenie już o przyszłych studiach. W każdym razie do zainteresowania kinem powróciłem dopiero wtedy, kiedy już studiowałem na uniwersytecie.

Studia na germanistyce na Uniwersytecie Warszawskim były dość absorbujące, ale nie na tyle, aby nie korzystać z bogatej oferty kulturalnej, jaką oferowała stolica. Kiedy już szczegółowo zorientowałem się, jaki repertuar oferują poszczególne kina (jak we wszystkich dużych miastach, panowała tu częściowa specjalizacja), regularnie śledziłem program kin w warszawskiej prasie, aby nie przegapić co bardziej interesujących pozycji. Oglądałem wszystkie filmy, które były akurat popularne, najbardziej ceniłem sobie jednak ambitniejszy repertuar, wyświetlany w kinach studyjnych. Szybko odkryłem na przykład już nieistniejące Kino Dobrych Filmów „Wiedza” w Pałacu Kultury i Nauki, w którym seanse były poprzedzane prelekcjami, uczenie wyjaśniającymi, o co w danym filmie chodzi. Najważniejszym kinem był jednak dla mnie Iluzjon Filmoteki Polskiej, który za czasów moich studiów mieścił się najpierw kinie „Polonia” na Marszałkowskiej (obecnie Krystyna Janda prowadzi w nim swój prywatny teatr), a potem w kinie „Śląsk” (w swojej historii Iluzjon kilkakrotnie zmieniał siedzibę, obecnie mieści się w gmachu Biblioteki Narodowej w Warszawie). Było to swoiste muzeum sztuki filmowej i jedyne kino w Polsce, które mogło wyświetlać filmy zagraniczne, na które licencja już wygasła. Korzystano z tego przywileju pełną garścią – w Iluzjonie zobaczyłem na przykład po raz pierwszy „Przeminęło z wiatrem” i „Kleopatrę” z Liz Taylor w roli tytułowej, wyświetlano też jednak mnóstwo innych tytułów, będących prawdziwymi perełkami sztuki filmowej. Były też filmy nieme – do dzisiaj pamiętam seans, na którym wyświetlano amerykański obraz „Narodziny narodu” z 1915 roku z autentycznym taperem przygrywającym na pianinie. Obfitość repertuaru w warszawskich kinach naprawdę przyprawiała o ból głowy – w latach studiów były okresy, w których do kina chodziłem cztery razy w tygodniu. „To już chyba przesada”, powiedział kiedyś mój kolega, z którym dzieliłem pokój w akademiku, kiedy dowiedział się o tym ode mnie, dla mnie jednak tak częste chodzenie na seanse było naprawdę czymś naturalnym.


„Narodziny narodu” z 1915 r. widziałem (z muzyką na żywo) w warszawskim Iluzjonie podczas moich germanistycznych studiów.

Ale cóż, podobno najpiękniejszy okres w życiu, jakim są studia, się skończył i musiałem znaleźć sobie jakieś zajęcie. Ponieważ nie znalazłem pracy w rodzinnych Puławach i całym województwie lubelskim, „wyemigrowałem” w 1987 roku do Śremu i stałem się Poznaniakiem.

Wbrew temu, czego można byłoby się spodziewać, przeprowadzka z ponad półtoramilionowej Warszawy do 26-tysięcznego wtedy Śremu nie była dla mnie specjalnie frustrującym przeżyciem. Szczerze mówiąc, pod koniec studiów miałem już pewien przesyt Warszawą i osiedlenie się w mniejszym mieście przyjąłem nawet z zadowoleniem. Zwłaszcza, że i tu rozwijało się życie kulturalne – z radością odkryłem, że w moim zakładzie – śremskiej Odlewni – działa Dyskusyjny Klub Filmowy „Odlewnik”.

Do DKF-u wciągnął mnie Bogumił (Boguś) Marek, z którym razem pracowałem w jednym dziale. Początki może nie były bardzo interesujące. Byłem tylko zwykłym widzem, część filmów wyświetlanych na projekcjach w Klubie Odlewnika już widziałem w kinach w Warszawie, jak np. monumentalny, czterogodzinny fresk filmowy „Dawno temu w Ameryce” Sergio Leone (był to chyba najdłuższy obraz, jaki pojawił się w śremskim DKF-ie). Nowym doświadczeniem były wyjazdy do ośrodka wypoczynkowego Odlewni w Ostrowiecznie, gdzie oglądaliśmy filmy na video. Stopniowo coraz bardziej wciągałem się w działalność Klubu. Ważnym momentem był mój powrót z wojska w 1989 roku, kiedy to okazało się, że mogę naprawdę aktywnie uczestniczyć w życiu Klubu. Boguś Marek, który do tej pory był odpowiedzialny za wyjazdy do Okręgowego Przedsiębiorstwa Rozpowszechniania Filmów w Poznania w celu rezerwowania kopii filmów na seanse, wyjechał do pracy do Iraku i wtedy wspólnie z zarządem Klubu ustaliliśmy, że ja mógłbym go zastąpić. Przez pewien czas decydowałem więc o repertuarze DKF-u. Starałem się sprowadzać nowości, pamiętałem też jednak o moich fascynacjach Iluzjonem, raz w miesiącu prezentując czarno-białe filmy archiwalne, czasami nawet przedwojenne. Niestety, ta część programu chyba najmniej odpowiadała widzom, którzy woleli oglądać współczesne filmy. Odpowiadanie za poziom artystyczny Klubu w ogóle wymagało dość dużej dozy kompromisu. Od początku wiedziałem, że pewne filmy są zbyt nowatorskie formalnie lub po prostu za trudne, aby je pokazywać w śremskim DKF-ie. Cóż, Odlewnia w Śremie to nie klub studencki w Warszawie i trzeba było się z tym pogodzić.

Niestety, były to również ostatnie lata działalności Klubu. W Polsce upadł komunizm; a powszechna euforia, jaka zapanowała w społeczeństwie w czerwcu 1989 roku, chyba przesłoniła wtedy nam wszystkim fakt, że wychodzenie z zapaści gospodarczej będzie bardzo trudne, że będzie trwało kilka lat i że państwowe przedsiębiorstwa już nie będą zainteresowane utrzymywaniem w swoich strukturach różnych przedsięwzięć kulturalnych, sportowych itp. Kiedy pod koniec 1989 roku zostałem przeniesiony z Działu Technologicznego do Działu Eksportu Odlewni, wkrótce straciłem możliwość wyjazdów do Poznania w celu ustalania repertuaru. Mój nowy kierownik stwierdził, że moją powinnością jest dobre wykonywanie obowiązków handlowca, a nie bawienie się w DKF – cóż, miał rację. A potem przyszedł kres samego DKF-u – Odlewnia już po prostu nie chciała finansować działalności kulturalnej i innej, niezwiązanej bezpośrednio z produkcją, i Klub, podobnie jak później ośrodek sportowy i odlewniana stołówka, padł ofiarą przemian ustrojowych, na które wszyscy, paradoksalnie, z takim utęsknieniem czekaliśmy.

O takich i innych rzeczach z nostalgią rozmawialiśmy podczas spotkania w „L’Ascadzie” 15 listopada. Z byłych klubowiczów zebrało się nas 19 osób. Wielu ważnych postaci w historii Klubu już nie ma wśród nas – przede wszystkim świętej pamięci Romana Michalczyka, który za moich czasów pełnił funkcję prezesa. Nestorką na spotkaniu była pani Sobora, żona operatora odpowiedzialnego za aparaturę kinową w Klubie Odlewnika. Wspomnienia dawnych lat były bardzo miłe – dla mnie też pouczające, ponieważ, jako że członkiem Klubu stałem się dopiero pod koniec jego działalności, wielu faktów i ciekawostek po prostu nie znałem. Spotkanie było połączone z obiadem, a o strawę duchową zadbał pan Andrzej Mrozek, też działacz Klubu, a obecnie śremianom znany chyba najbardziej jako teść piłkarza Grzegorza Rasiaka, dzięki któremu mogliśmy zobaczyć wyświetlony z płyty DVD film „Pianistka” Michaela Haneke.

A co się stało z moją miłością do filmu po likwidacji DKF-u? Wstyd powiedzieć, ale nie było z nią najlepiej. Do kina „Słonko” chodziłem sporadycznie, duże obciążenie pracą we własnej firmie spowodowało, że w 1995 roku pozbyłem się również z domu telewizora. Przez pewien czas oglądałem filmy na płytach DVD, i z tego jednak z powodu braku czasu musiałem zrezygnować. Obecnie w kinie jestem od święta i tylko przy specjalnych okazjach, chociaż wtedy potrafię spędzić w sali kinowej nawet kilkanaście godzin. W listopadzie 2009 roku całą sobotę i niedzielę spędziłem na festiwalu Off-Cinema w Poznaniu. W 2008 roku uczestniczyłem w całonocnym maratonie filmowym w śremskim „Słonku” zorganizowanym przez Śremski Klub Fantastyki – przez prawie dwanaście godzin oglądaliśmy trzy części „Władcy pierścieni” według Tolkiena. Z wyjątkiem takich specjalnych okazji, praktycznie nie oglądam już filmów.

A DKF w Śremie? Ależ wciąż istnieje i prężnie działa, już nie przy Odlewni, ale w kinie „Słonko” – interesujące i ambitne filmy można zobaczyć w każdy wtorek. Oczywiście nie jest to kontynuacja naszego odlewnianego DKF-u, lecz niezależna, późniejsza inicjatywa grona młodzieży ze śremskiego liceum i Śremskiego Ośrodka Kultury. Trzeba przyznać, że wykonują dobrą robotę. Szef tego klubu, pan Arkadiusz Jankowiak, co rusz zaprasza mnie na seanse, niestety we wtorki wieczorem zawsze pracuję. Może jednak kiedyś znowu nawiążę mój dawny romans z filmem?


Ponad czterogodzinny film „Dawno temu w Ameryce” nie był najdłuższym, jaki widziałem, był jednak na pewno jednym z najważniejszych…