Biblioteka Publiczna w Śremie – 2+2 Wystawa rodzinna

Na najnowszej wystawie „2+2 Wystawa rodzinna” w Bibliotece Publicznej im. Heliodora Święcickiego w Śremie, na której wernisażu byłem 18 listopada, można zobaczyć prace czterech artystek: Urszuli Brylewskiej-Łukomskiej, Patrycji Łukomskiej, Grażyny Brylewskiej i Magdy Kęskiewicz. Podobieństwo nazwisk nieprzypadkowe, artystki rzeczywiście tworzą rodzinę, a dokładne więzy pokrewieństwa między nimi wszystkim zainteresowanym sztuką i życiem towarzyskim Śremu są dobrze znane.

Przed wystawą znałem tylko twórczość Urszuli Brylewskiej-Łukomskiej, malarki, którą często spotykam na wystawach w Muzeum Śremskim i która w tym roku narysowała mój portret opublikowany w „Gazecie Śremskiej”. Z wystaw w muzeum pamiętam też niektóre prace eksponowane w bibliotece – wszystkie, jak mówi artystka, inspirowane „Dziwnym ogrodem” Józefa Mehoffera. Inspiracje te wprawdzie zostały bardzo przetworzone, to całkiem inna epoka w sztuce i inna też kolorystyka, a właściwie dwie kolorystyki: bieli i szarości oraz czerwieni i zieleni. Ludzkie sylwetki, jakby za mgłą, w niezwyczajnych pozach i strojach, rzeczywiście ewokują postaci jakby z obrazu Mehoffera. To sztuka najbardziej tradycyjna i też najłatwiejsza w odbiorze na wystawie,

Grafiki z cyklu „Zasłyszane” Patrycji Łukomskiej, które można zobaczyć już w drugiej sali wystawy, to całkiem inny rodzaj twórczości. Formalnie to grafiki, ale mnie kojarzą bardziej z poezją konkretną, której kilka wystaw widziałem w Bibliotece Raczyńskich w Poznaniu i Muzeum Współczesnym we Wrocławiu. Artystka, która z pewnością lubi zabawę słowem, postanowiła wykorzystać przypadkowo usłyszane kwestie, łącznie z ich niedoskonałościami językowymi (jak „Noszsz kuchnia Felek”, „Prościuto”) i ująć je w prace graficzne. Sztuka plastyczna czy literatura? Ze względu na przewagę graficznych środków wyrazu jednak bardziej sztuka, ale prace te można też traktować jako refleksję nad skonwencjonalizowaniem, stereotypowością naszego języka.

Prace Grażyny Brylewskiej są na wystawie najtrudniejsze w odbiorze, i one jednak mi się podobały. To kolaże przedmiotów naklejonych na czerpanym papierze, papier na tkaninie, do tego trójwymiarowe obiekty, które można potraktować jako rzeźby. Widać tu wpływ Magdaleny Abakanowicz, widać też fascynację dawnymi technikami produkcji papieru, artystka wspomniała mi o swoich wizytach w Muzeum Papiernictwa w Dusznikach-Zdroju, które też kiedyś odwiedziłem.

„Codziennik (#nomakeup #nofitter)” Magdaleny Kęskiewicz to ostatnia praca prezentowana na wystawie – zbiór fotografii ukazujących artystkę w najróżniejszych pozach, ubraniach i… nastrojach. Nie wiem, czy fotografie te, zgodnie z tytułem, rzeczywiście zostały wykonane bez makijażu (nie jestem kobietą, nie znam się), w każdym razie warto je obejrzeć – na przykład jako stan ducha młodej, wrażliwej artystycznie polskiej kobiety.

Po wystawie „Tacy byliśmy”, którą widziałem w lipcu, to druga wystawa sztuki w śremskiej bibliotece. Mam nadzieję, że wystawy te, podobnie jak w Bibliotece Raczyńskich w Poznaniu, staną się tradycją…

Teatr Wielki w Poznaniu – „Cyrulik sewilski”

18 listopada – wyjazd ze Śremskim Stowarzyszeniem Przyjaciół Teatru na „Cyrulika sewilskiego” w Teatrze Wielkim w Poznaniu. Jeszcze nigdy nie widziałem tej sztuki na deskach opery. Dawno temu, jeszcze na studiach w Warszawie, widziałem tylko oryginalną, teatralną wersję drugiej części słynnej trylogii o Figarze Beaumarchais’go – „Wesele Figara” w Teatrze Dramatycznym. Sztuka, która – jak twierdzą niektórzy – w XVIII wieku ponoć przyczyniła się do wybuchu rewolucji francuskiej – podobała mi się, przede wszystkim ze względu na występującego w niej Janusza Gajosa, który w przedstawieniu z polotem i humorem zagrał tytułową postać. Wersji operowej Mozarta nie widziałem na scenie nigdy, chociaż mam na płytach całe wykonanie „Le nozze di Figaro”.

„Cyrulik sewilski” Rossiniego popularnością i liczbą wystawień chyba nie dorównuje „Weselu Figara” Mozarta, też należy jednak do żelaznego kanonu spektakli operowych, dzięki wspaniałej muzyce, która podczas przedstawienia często przywodziła mi na myśl utwory Mozarta. Nic dziwnego – Rossini, chociaż żył później niż Mozart i przeważnie zaliczany jest do epoki wczesnego romantyzmu, podobnie jak Schubert jest właściwie kompozytorem dwóch epok: klasycyzmu i romantyzmu, a partytura „Cyrulika sewilskiego”, wspaniałego dzieła z gatunku opery buffa, swoją lekkością i humorem o wiele bardziej przypomina Mozarta i Haydna niż późniejsze XIX-wieczne napuszone opery na przykład Verdiego. „Cyrulik sewilski” jest bardzo dobrą propozycją repertuarową dla wszystkich, którzy dopiero zaczynają się interesować operą.

Do tej wspaniałej muzyki w Poznaniu doszło bardzo dobre wykonanie. Jaromir Trafankowski w roli Figara wprawdzie nie ma tej charyzmy co zapamiętany przeze mnie Janusz Gajos sprzed lat, z rolą poradził sobie jednak bardzo dobrze, podobnie zresztą jak pozostała część obsady: Małgorzata Olejniczak-Worobiej w roli Rozyny, Randall Bills jako hrabia Almaviva, czy Andrzej Ogórkiewicz jako doktor Bartolo. Zaskoczeniem (w pozytywnym sensie tego słowa) była dla mnie drugoplanowa rola Berty granej przez Magdaleny Wilczyńskiej, nie tylko dzięki jej umiejętnościom wokalnym, ale też aktorskim. Wszystko to zrealizowane perfekcyjnie, również pod względem choreograficznym i w scenach zbiorowych – najdłużej w pamięci widzów pozostanie chyba zakończenie pierwszego aktu, zrealizowane z iście musicalowym rozmachem.

Na szczęście „Cyrulik sewilski”, jak zwykle w poznańskiej operze, został wystawiony zgodnie z klasycznym pierwowzorem, bez prób eksperymentowania i uwspółcześniania na siłę klasyki, jak to często ma miejsce w teatrach dramatycznych. Prosta w charakterze, ale przemyślana i udana jest też oprawa scenograficzna Ryszarda Kai, artysty od dawna związanego z Teatrem Wielkim, na którego wielkiej wystawie w „Arsenale” byłem w ubiegłym roku. Wystawiając operę w ten klasyczny sposób, reżyser nie odmówił sobie wprawdzie efektów wyobcowania, tak popularnych w teatrze od czasów Brechta. Już podczas uwertury widzimy na scenie krzątających się pracowników teatru początku XIX wieku, suflerkę wdzięcznie gramolącą się do budki suflera i asystującej potem przez cały czas śpiewakom, panią nalewającą jej herbatę, potem Figara romansującego z charakteryzatorką z boku sceny. Wszystko to, jak i uwydatnienie w scenografii pudelkowości, umowności sceny, na której dzieje się akcja, ma oczywiście za zadanie jeszcze większe podkreślenie konwencji świata opery. Reżyser i twórcy spektaklu puszczają do nas oko, czego wcale nie mamy im za złe. Najważniejsze jest przecież nawiązanie kontaktu pomiędzy aktorami i widzami, czego symbolem stają się samoloty, które artyści w ostatniej scenie składają z kartek partytury i rzucają na widownię. Jeden z tych samolotów trafił do piszącego tę recenzję. Z zaciekawieniem rozwinąłem go już w domu. Nie, nie był to fragment partytury „Cyrulika sewilskiego” tylko nuty piosenki o komarze z II aktu „Borysa Godunowa” Musorgskiego. W każdym razie zostawię go sobie na pamiątkę na mojej półce z płytami w domu.

Kościół greckokatolicki pw. Opieki Matki Bożej w Poznaniu

12 listopada – wyjazd na nabożeństwo do kościoła greckokatolickiego przy ulicy Toruńskiej w Poznaniu. W przeciwieństwie do cerkwi prawosławnej na Marcelińskiej, o której słyszałem już w latach 90., o jego istnieniu dowiedziałem się rok temu i dopiero teraz udało mi się go odwiedzić. Jazda zwykłą trasą przez Rogalin do ronda Rataje; tam nie skręcam jak zawsze na północny zachód w kierunku mostu Królowej Jadwigi, lecz kieruję się na północ, do ronda Śródka i na wschód. Ulica Toruńska jest boczną Warszawskiej – gdzieś tu niedaleko mieszka Alfred Babczyk, były dyrektor Odlewni Żeliwa w Śremie; zastanawiam się, czy go nie spotkam, ale oczywiście jest to mało prawdopodobne. Ciekawe, czy poznałby mnie po tak wielu latach…

Kościół greckokatolicki (jakiś czas temu w Polskim Radiu słyszałem rozmowę z księdzem rzymskokatolickim, który był przekonany, że to katolicy zamieszkali w Grecji; jakie oceny miał ten ksiądz na zajęciach z historii Kościoła w seminarium?) powstał dość przypadkowo, na skutek misyjnych zapędów katolików na wschodzie Rzeczypospolitej w XVI wieku. Unia brzeska, która miała zjednoczyć katolików i prawosławnych pod wspólnym zwierzchnictwem papieża, była raczej niefortunnym aktem w historii religijnej Polski. Formalnie rzeczywiście zjednoczyła katolików i prawosławnych na kresach państwa; w praktyce grekokatolicy (unici) nawet jeśli już nie byli określani mianem heretyków, dla rzymskich katolików pozostali katolikami „gorszego sortu”, a dla innych prawosławnych stali się odszczepieńcami, zdrajcami. Po rozbiorach w zaborze rosyjskim unitów siłą z powrotem wcielono do Kościoła prawosławnego, grekokatolicy przetrwali tylko w zaborze austriackim. Tam, we wschodniej Galicji, religia greckokatolicka odegrała dużą rolę w rozwoju świadomości narodowej Ukraińców, którzy odtąd mieli jasne kryterium odrębności etnicznej zarówno od rzymskokatolickich „Lachów” jak i prawosławnych „Kacapów”. I tak na przełomie XIX i XX wieku wschodnia Galicja stała się ukraińskim Piemontem. Dla Ukrainy następstwa unii brzeskiej miały więc bardzo pozytywne skutki, dla Polaków – pamiętając o ukraińskim ruchu nacjonalistycznym, ukraińskich terrorystach w II Rzeczypospolitej i wreszcie zbrodniach UPA podczas wojny – niekoniecznie.

Do cerkwi greckokatolickiej przy Toruńskiej przyjeżdżam tuż przed rozpoczęciem nabożeństwa o godz. 10. Cerkiew jest już zapełniona, wiernych jest więcej niż na nabożeństwach prawosławnych w cerkwi przy Marcelińskiej, widzę też dużo młodych i dzieci. Kościół (który architekturą cerkwi w ogóle nie przypomina) jest trochę większy od cerkwi prawosławnej, ma prospekt organowy, ale chyba bez organów, jest tylko trzyosobowy chórek składający się z jednej dorosłej kobiety i dwóch dziewcząt, koło których cały czas stoję podczas nabożeństwa. Jak na nabożeństwie prawosławnym nie ma instrumentów muzycznych, śpiew tylko a capella, wierni w tym śpiewie i modlitwach są jednak bardziej aktywni niż przeważnie milczący prawosławni na Marcelińskiej.

Wreszcie o godz.10 rozpoczyna się nabożeństwo, podobnie jak na Marcelińskiej przeważnie dla mnie niezrozumiałe. Zbyt słabo znam kościoły wschodnie, aby pojąć wszystkie szczegóły tej liturgii, która właśnie odprawia się przed ołtarzem. Do tego język: liturgia jest odprawiana w języku starocerkiewnosłowiańskim, nie pada ani słowo po polsku, w przeciwieństwie do cerkwi prawosławnej, w której po polsku jest odczytywana ewangelia a potem ogłoszenia parafialne. Tu kazanie i ogłoszenia są w języku ukraińskim, co czyni je dla mnie niezrozumiałymi (zrozumiałbym rosyjski). Dużo gestów i zachowań znanych mi już z cerkwi prawosławnej, jak bardzo częste żegnanie się znakiem krzyża (z prawa na lewo, odwrotnie niż u rzymskich katolików), całowanie świętego obrazu, komunia podawana na łyżeczce prosto do ust, również małym dzieciom, kościoły wschodnie nie znają pojęcia pierwszej komunii. Nabożeństwo trwa godzinę i 10 minut – dłużej niż msza, ale krócej niż prawie dwugodzinne nabożeństwo prawosławne. Po nabożeństwie wierni nie rozchodzą się od razu do domów, czas na rozmowy, towarzyskie spotkania, słychać zarówno język polski jak i ukraiński. Ciekawi mnie, ilu wiernych to potomkowie Łemków i Bojków wysiedlonych z Bieszczad na skutek akcji „Wisła” po wojnie, a ilu to współczesna imigracja ukraińska, trudno to jednak ocenić.

Porównanie nabożeństwa greckokatolickiego z prawosławnym wypada w moich oczach na korzyść cerkwi przy Marcelińskiej. Myślę, że wyjaśnienie leży częściowo w architekturze i wystroju obu budynków. Chociaż cerkiew prawosławna została przebudowana w okresie międzywojennym z dawnej stajni wojskowej i na zewnątrz jest brzydsza od budynku przy Toruńskiej, wewnątrz posiada klimat, którego w cerkwi greckokatolickiej przy Toruńskiej brakuje. Jest ona dawnym kościołem rzymskokatolickim, zbudowanym w okresie międzywojennym, który dopiero w 2013 roku został przekazany grekokatolikom (wcześniej nabożeństwa odbywały się w kościele Przenajdroższej Krwi Pana Jezusa przy ulicy Żydowskiej) i widać to w wyposażeniu. Nie ma w niej ikonostasu, nie ma takiej mnogości ikon jak w cerkwi prawosławnej, człowiek nie czuje związku z sacrum. Nie wiem, czy wyposażenie to zostanie w przyszłości uzupełnione, w świątyni nie ma też na nie dużo miejsca, zobaczymy…

Po nabożeństwie zaglądam jeszcze na wystawy w Galerii Miejskiej „Arsenał” na Starym Rynku i Bibliotece Uniwersyteckiej w Poznaniu, potem powrót do Śremu.

Galeria Miejska „Arsenał” – Porozmawiajmy o śmieciach

Czy zakończona właśnie w poznańskiej Galerii Miejskiej „Arsenał” wystawa „Porozmawiajmy o śmieciach” Hugona Kowalskiego i Marcina Szczeliny była wystawą sztuki? Pytanie to nurtowało mnie od chwili wejścia na piętro „Arsenału”, w którym w dwóch salach zaprezentowano wspomnianą wystawę, a w miarę, jak ją zwiedzałem, odpowiedź brzmiała raz: tak, raz: nie. Już przy wejściu do pierwszej, większej sali (wystawę widziałem 4 listopada, w przedostatni dzień ekspozycji) zwiedzających wita ogromna góra śmieci –instalacja artystyczna, forma sztuki tak popularna wśród współczesnych artystów. Trochę dalej na ścianie monitory z video-art, a więc sztuka, sztuka współczesna? Co w takim razie robią tu zawieszone próbki materiałów budowlanych z opisem ich właściwości? Opisy próbek, koncentrujące się na ich cechach ekologicznych, są bardzo rzeczowe, a przecież nie jesteśmy na Międzynarodowych Targach Poznańskich czy w markecie budowlanym.

Napis w pierwszym pomieszczeniu informuje nas, że wystawę należy zwiedzać od drugiej sali i rzeczywiście taka byłaby chyba właściwa kolejność. Drugie pomieszczenie przedstawia najpierw w datach historię śmieci od starożytności po współczesność. Na szczęście prezentacja nie ogranicza się do plansz, są też artefakty, i to bardzo ciekawe, jak pierwsza puszka po piwie amerykańskiego browaru Krueger czy oryginalnie zapakowana i jeszcze nie rozpakowana paczka pieluszek Pampers z początku lat 60. Jedną ze ścian zajmuje wielka mapa świata przedstawiająca nielegalny handel śmieciami, na innej ścianie widzimy cały skomplikowany proces gromadzenia, segregacji, przetwarzania, utylizacji, recyklingu śmieci. Kolejne video (czy można je nazwać video art?) przedstawia hinduskie kobiety pracujące w trudnych do wyobrażenia warunkach na wysypisku śmieci w Indiach (wystawa jest częściowo owocem wyprawy jej autorów do Bombaju). Dowiadujemy się też o japońskim mieście Kamikatsu, które postawiło sobie za cel stać się „zero waste town”, miastem niegenerującym śmieci, a właściwie segregującym je i poddającym recyklingowi czasami w absurdalny wręcz sposób.

Bardzo dużo ciekawych informacji, o których również ja dowiaduję się po raz pierwszy. Wiemy, że tworzywa sztuczne są produkowane z ropy naftowej, ale ilu zwiedzających wystawę wcześniej wiedziało, że plastykowe butelki z polietylenu (PET), w których napoje znakomita większość z nas kupuje codziennie, są wytwarzane z małych preform, buteleczek, które dopiero strumień sprężonego powietrza rozdmuchuje do pożądanego kształtu? Dwie przykładowe takie preformy zaprezentowano też na wystawie.

Dopiero po zwiedzeniu tego pomieszczenia należy powrócić do pierwszej sali, gdzie prezentowane są możliwe odpowiedzi na zalewającą nas górę śmieci. To właśnie te próbki ekologicznych materiałów budowlanych, które twórcom, na ich prośbę, przesłali producenci. Większość firm, do których Hugon Kowalski i Marcin Szczelina się zwrócili, wprawdzie nie odpowiedziała na ich apel. Listę wszystkich przedsiębiorstw wywieszono na wystawie; szukam wśród nich śremskich firm, nie ma jednak ani Rehau, ani Deforu.

Wystawę „Porozmawiajmy o śmieciach” można uznać za projekt artystyczny, wystawa ta również dobrze mogła być zaprezentowana w muzeum historycznym, muzeum przemysłu, nawet etnograficznym, a jej najwłaściwszym miejscem byłoby chyba Ministerstwo Ochrony Środowiska, Greenpeace, czy inna z tak wielu organizacja ekologiczna. Jest sztuką, ale w równym stopniu jest publicystyką, mówiącą o rzeczach, które artystów interesują, wprost, nie trzeba doszukiwać się jej ukrytego przesłania. I ma prawo taką być.

* * *

Nie wiem, czy druga wystawa którą zobaczyłem tego dnia w „Arsenale” – „Ryby, kamienie, telewizory” Adriana Kolarczyka i Marii Stożek – była jakoś inspirowano pierwszą, ale nie sądzę – ukazujące przypadkowe sceny analogowe fotografie gromadzone i teraz zaprezentowane przez artystów chyba nie zostały znalezione na śmietnikach, lecz kupione na targowiskach i w Internecie od przypadkowych sprzedawców. Niestety nie odnalazłem przesłania tej wystawy, ani wyrażonego wprost, ani w formie aluzyjnej. Próbowałem analizować te fotografie, było to jednak zbyt nużące.

Festiwal Słowa w Piosence „Frazy”

4 listopada – po zwiedzeniu dwóch wystaw w Bibliotece Uniwersyteckiej wybieram się na Festiwal Słowa w Piosence „Frazy”, przedtem jednak zaglądam do Biblioteki Raczyńskich. Odbywają się tu dwie wystawy czasowe: „Kto oprócz Hrabala? Kto oprócz Tokarczuk? Czeska i polska literatura w przekładach” w Galerii Atanazego oraz „Lodorosty i bluszczary”, przedstawiająca twórczość dla dzieci Jerzego Ficowskiego. Wystawy są całkiem ciekawe, zwłaszcza ta o polskiej i czeskiej literaturze, z masą informacji o wzajemnej recepcji literatur sąsiadów, niestety zwiedzam je tylko „po łebkach” – na godz. 12 w Scenie na Piętrze przy Masztalarskiej zaplanowano przesłuchania finałowe Ogólnopolskiego Konkursu Piosenki Autorskiej im. Jacka Kaczmarskiego, będącego częścią Festiwalu Słowa w Piosence „Frazy”.

Chociaż mieszkam w Wielkopolsce już 35 lat, jeszcze nigdy nie byłem w sali Sceny na Piętrze. Właścicielem sali jest Estrada Poznańska, odbywają się tu koncerty, spektakle teatralne a dzisiaj konkurs piosenki autorskiej. Jestem punktualny, kilka minut przed godz. 12, czego niestety nie można powiedzieć o organizatorach. Na scenie próbę odbywa jeszcze jakiś zespół, który chyba też bierze udział w konkursie; po godz. 12 wychodzi dyrektor artystyczny festiwalu, Krzysztof Gajda, który przeprasza za opóźnienie – jeszcze nie dojechała jedna z jurorek. Publiczności to nie przeszkadza, zajmuje się własnymi sprawami, frekwencja nie jest zresztą duża; o ile się orientuję, część widzów to też artyści, którzy czekają na swoją kolej. Jestem jedną z nielicznych osób, która to spóźnienie ma organizatorom za złe – mogłem zostać dłużej w Bibliotece Raczyńskich i dokładniej obejrzeć wystawy. Wreszcie koncert rozpoczyna się z półgodzinnym opóźnieniem.

Ogólnopolski Konkurs Piosenki Autorskiej im. Jacka Kaczmarskiego to konkurs amatorski i trochę takie też są przygotowania i same występy jego uczestników. Najpierw trzeba podłączyć sprzęt, głośno skonsultować z akustykiem, co trzeba poprawić w brzmieniu, wszystko to na oczach publiczności (nie szkodzi, taka nieformalna atmosfera ma swój urok), wreszcie można śpiewać. Każdy wykonawca albo zespół wykonuje dwa utwory. Pierwsze dwa występy nie bardzo mi się podobają i już zaczynam utwierdzać się w przekonaniu, że mogłem lepiej zaplanować dzisiejszy dzień, kiedy na scenę wchodzi z gitarą Marcin Gąbka. Jego „Ballada o włosach” i „Frodo” (ta druga piosenka zainspirowana „Władcą pierścieni”), ekspresyjne brzmienie głosu powodują, że decyduję się zostać na konkursie; nie przeszkadza mi nawet to, że w drugiej piosence pieśniarz w połowie zapomniał tekstu i musiał zaczynać od początku. I następni wykonawcy – Monika Kowalczyk, Edyta Górecka, Andriej Kotin, Asia Nawojska, jest nawet lokalny kabaret Klub Szyderców Bis z Jeżyc, wyśpiewujący hymn na część swojej dzielnicy i dowcipnie komentujący wieloletni remont ronda Kaponiera. Pozostałe piosenki wykonywane w konkursie są na najróżniejsze tematy – w każdym razie to nie pop, artyści śpiewają o ważnych dla nich sprawach, to rzeczywiście poezja śpiewana, chociaż może nie najwyższych lotów.

Po godz. 14 Krzysztof Gajda ogłasza 15-minutową przerwę. Czas na zastanowienie. Przesłuchania były zaplanowane do godz. 16, zaczęły się jednak z opóźnieniem, możliwe są jeszcze dalsze poślizgi, skończą się więc pewnie przed 17. To za późno dla mnie, jazda rowerem w ciemnościach nie jest przyjemnością, poza tym chciałbym jeszcze zajrzeć do „Arsenału”, decyduję się więc już opuścić Masztalarską. Może w przyszłym roku będzie okazja wysłuchać całego koncertu?

Biblioteka Uniwersytecka w Poznaniu – Bobkowski. Chuligan wolności

4 listopada – kolejny wyjazd do Poznania. W planie mam udział w koncercie i kilku wystawach, najważniejsza z nich to „Bobkowski. Chuligan wolności” w Bibliotece Uniwersyteckiej przy Ratajczaka. Jak na listopad pogoda dobra. Tylko niewielkie zachmurzenie na słonecznym niebie, na którym dzisiaj widać też szczególnie dużo smug kondensacyjnych pozostawianych przez lecące do i z Europy Zachodniej samoloty. Do tego rześkie powietrze – temperatura rano wynosi 5 stopni, po południu wzrośnie do 12.

Twórczości Andrzeja Bobkowskiego właściwie nie znam. Oczywiście słyszałem o jego „Szkicach piórkiem”, czytałem jednak tylko fragmenty tego dzieła, okazjonalnie cytowane i omawiane np. w „Plusie Minusie”, dodatku kulturalnym „Rzeczypospolitej”, czy innych dodatkach i pismach literackich. Do zwiedzenia wystawy zachęciła mnie też godzinna audycja jej poświęcona w „Spotkaniach z kulturą” w Radiu Poznań, w której Barbara Miczko-Malcher rozmawiała z organizatorami wystawy, literaturoznawcami. Ocena, jaką dobrze mi znana redaktorka radiowa wystawiła wystawie, była bardzo dobra – podobnie jak moja.

Wystawa ciekawie opowiada o życiu i twórczości jednego z najważniejszych antykomunistycznych pisarzy emigracyjnych, jakich mieliśmy w polskiej literaturze. Szczegółowo omówione są nawet dzieciństwo i młodość w przedwojennej Polsce, ilustrowane fragmentami z jego dzienników, które Bobkowski pisał (i ozdabiał własnymi rysunkami) już jako nastolatek ((przyszły pisarz wcale nie był grzecznym dzieckiem, sprawiał kłopoty wychowawcze, nie zdał nawet matury). Już wtedy poznał Barbarę Birtus, z którą na Boże Narodzenie 1938 roku potajemnie wziął w ślub. W marcu 1939 roku wyjechali do Paryża, stamtąd planowali wyemigrować do Argentyny; zanim otrzymali wizę, wybuchła jednak wojna, która wszystko zmieniła.

To w czasie wojny we Francji powstały „Szkice piórkiem” – dziennik pisarza z lat 1940-1944, świadectwo upadku Francji latem 1940 roku, zapis ucieczki rowerem na południe kraju (to najbardziej znana część dziennika – „Biblia rowerzystów”), potem powrotu do Paryża, trudnych lat emigracyjnych. Wydane w 1957 roku „Szkice piórkiem”, których fragmenty są obszernie cytowane na wystawie, pozostają głównym dziełem pisarza, dopiero po jego śmierci, w 1970 roku, wydano „Coco de Oro”, tom szkic i opowiadań pisanych między innymi dla paryskiej kultury, również kilka tomów listów. „Szkice piórkiem”, pisane we Francji, ale poświęcone przecież przede wszystkim Polsce i polskim sprawom, na wystawie przeciwstawione są „Dziennikowi” Witolda Gombrowicza. To porównanie – według autorów wystawy – wypada na korzyść Bobkowskiego. Sam tego nie oceniam. Czytałem i mam swojej biblioteczce cały „Dziennik” Gombrowicza; „Szkiców piórkiem” Bobkowskiego, jak napisałem, nie znam.

W 1948 roku Andrzej Bobkowski wyemigrował z żoną do Gwatemali, gdzie zajął się… modelarstwem lotniczym, literatura zeszła odtąd na dalszy plan w jego życiu, chociaż nadal pisał i publikował w „Kulturze”. W tym swoim nowym zawodzie odniósł zresztą duży sukces, brał udział w zawodach modeli latających, w kręgach gwatemalskich hobbystów modelarzy stał się bardzo popularną postacią. Zmarł w 1961 roku. Żona Barbara, która przeżyła go o 21 lat, położyła duże zasługi w ocaleniu jego spuścizny literackiej i publikacji twórczości.

Wystawie w Bibliotece Uniwersyteckiej towarzyszą oczywiście książki, nie tylko, a nawet nie przede wszystkim Bobkowskiego i o Bobkowskim, większość eksponowanych pozycji to książki wydane przez „Kulturę” i Instytut Literacki w Paryżu. Mam w domu i czytałem tylko jedną książkę wydaną przez tę oficynę (opowiadania Sławomira Mrożka), z tym większą ciekawością mogę więc teraz zapoznać z tą działalnością wydawniczą – wiele pozycji bardzo cennych, jest nawet pierwszy numer „Kultury”, wydany jeszcze w Rzymie w 1946 roku, są też pierwsze numery paryskie.

Wystawa warta zwiedzenia, dla wszystkich interesujących się literaturą. Jeśli miałbym w niej coś uzupełnić, to w szerszym zakresie ukazałbym te aspekty życia Bobkowskiego we Francji i  Gwatemali, które nie były ściśle związane z literaturą. Praca w fabryce we Francji i przede wszystkim prowadzenie własnej firmy modelarskiej w Gwatemali odgrywały przecież bardzo ważną rolę w jego życiu, a w Gwatemali Bobkowski uważał się chyba przede wszystkim za modelarza, nie za pisarza. Z drugiej strony rozumiem taką optykę – wystawa została przecież zorganizowana w bibliotece, a dla nas, ludzi zainteresowanych literaturą, Andrzej Bobkowski pozostanie przede wszystkim autorem „Szkiców piórkiem”.

Jeszcze tylko krótki rzut oka na dwie inne wystawy w gmachu Biblioteki Uniwersyteckiej. „Kalliope Austria. Kobiety w społeczeństwie, kulturze i nauce” niestety rozczarowuje. Składa się tylko z plansz, przeładowanych tekstem, które trudno się czyta. Brakuje innych eksponatów, choćby książek napisanych przez omawiane bohaterki lub traktujących o nich, czy krótkiego filmu video. Ciekawsza jest wystawa poświęcona Aleksandrowi Birkenmajerowi, dyrektorowi Biblioteki w 1939 roku i w latach 1945-1947. Jest ona jednak bardzo mała, gabloty z książkami i dokumentami podpisanymi przez Aleksandra Birkenmajera są niedostatecznie oświetlone i trudno się z nimi dokładnie zapoznać. Opuszczam gmach, czekają mnie jeszcze inne wystawy i koncert.

Tłumaczenie, którego nie było

3 października – telefon. W słuchawce kobiecy głos:

– Dzień dobry! Pan jest tłumaczem przysięgłym angielskiego? Wychodzę za mąż za obcokrajowca i potrzebuję tłumacza w USC w X. Najpierw do złożenia zapewnień o braku przeszkód do małżeństwa i wszystkich tych formalności. Zależy mi na czasie.

– Oczywiście, możemy to załatwić nawet jutro. Problem w tym, że mieszkam w Śremie i nie mam samochodu, musieliby więc państwo podwieźć mnie do X.

– Nie ma sprawy, przyjedziemy.

4 października w USC w X formalności przebiegają gładko – ustnie tłumaczę dokumenty, złożenie zapewnień, podpisy na dokumentach.

– Tak się cieszę, że wszystko sprawnie poszło. A na naszym ślubie też pan będzie tłumaczył? Za miesiąc, 3 listopada o godz. 13.30.

– Tak, oczywiście. Wcześniej prześlę też angielski tekst przysięgi małżeńskiej, aby pani przyszły mąż mógł się jej nauczyć na pamięć.

Zgodnie z obietnicą 24 października wysyłam e-mailem tekst przysięgi. Przyszła panna młoda potwierdza odbiór i dziękuje.

3 listopada, piątek. Już od rana uprzedzam klientów, że przez część dnia będę nieobecny. Prasuję koszulę i ubranie, przygotowuję dokument potwierdzający moje uprawnienia, pieczęć, powtarzam sobie tekst przemówienia w USC. Od 10 dni nie mam jednak kontaktu z panną młodą ani jej przyszłym mężem. Dzisiaj też się nie odzywają. Wreszcie o 12.30 dzwonię do USC w X.

– Tak, ślub dzisiaj jest, nie został odwołany – potwierdza urzędniczka.

O 12.40 dzwonię na komórkę panny młodej. Ta nie odbiera, ale po kilku minutach oddzwania.

– Pan do mnie dzwonił?

– Tak. Jestem tłumaczem. Czy dzisiejszy ślub jest aktualny?

– Tak, jest aktualny.

– Ale, jak pani wie, ja mieszkam w Śremie i nie mam samochodu. Musieliby mi państwo zapewnić transport. Możemy nie zdążyć na 13.30.

– Oddzwonię do pana – panna młoda rozłącza się.

Czekam w białej koszuli i pod krawatem, jednocześnie wykorzystując czas na nadrabianie zaległości z tłumaczeniami pisemnymi. Wreszcie o 13.40 decyduję się zadzwonić do USC w X.

– Tak, właśnie odbywa się jakiś ślub. Tak, to ten z obcokrajowcem.

Czyli jestem wolny, mogę iść na obiad. Po obiedzie nie mogę się oprzeć, muszę wysłać ten e-mail do panny młodej:

„Oczywiście miała Pani prawo zrezygnować z moich usług i  nająć innego tłumacza, dobry obyczaj nakazywał jednak poinformować mnie o tym. Poświęciłem dużo czasu na przygotowanie się do tego ślubu i specjalnie rozplanowałem sobie dzień pracy – jak widać, zupełnie niepotrzebnie. Życzę Pani wszystkiego dobrego na nowej drodze życia. AM.”

Cmentarz w Bninie. Kolegiata Kórnicka

1 listopada – wyjazd na dwa cmentarze w Kórniku i na mszę do kościoła pw. Wszystkich Świętych. Tak dawno nie jechałem tą trasą, że bardzo duży ruch samochodowy na drodze wojewódzkiej do Kórnika jest dla zaskoczeniem, przecież mamy Wszystkich Świętych, dzień wolny od pracy. Chyba że to poznaniacy jadący na groby bliskich w południowej Wielkopolsce i na Dolnym Śląsku wybrali tę trasę, aby uniknąć jazdy zatłoczoną krajową piątką przez Leszno (większość samochodów jedzie od strony Poznania).

Dawno nie byłem na cmentarzu w Bninie… Teraz mogę sobie przypomnieć to niezwykłe miejsce, pusty plac, na którym do 1942 roku stał kościół pw. św. Wojciecha. Kiedy w owym roku doszło do katastrofy budowlanej, zawaliła się wieża, teren został natychmiast otoczony przez gestapo ze Śremu i już nie pozwolono na odbudowę kościoła, zmuszono bninian do jego rozbiórki. Obecnie na pokościelnym placu najbardziej widocznym budynkiem jest kaplica Celichowskich. Najlepiej jest mi znany Zygmunt Celichowski, zarządca Biblioteki Kórnickiej, ale też inni członkowie rodziny bardzo się zasłużyli dla Wielkopolski i Polski: ojciec Zygmunta, Antoni, pedagog, autor podręczników; syn Zygmunta, Witold, wojewoda poznański; drugi syn, Stanisław Celichowski, dowódca kompanii kórnickiej w powstaniu wielkopolskim.

Potem właściwy teren bnińskiego cmentarza, łagodnie opadającego w kierunku zakończenia półwyspu Szyja, otoczonego z trzech stron  Jeziorem Bnińskim. Podobno są tu pochowani ks. Szczepan Janasik, Wojciech Droździk, sekretarz premiera Stanisława Mikołajczyka, Wincenty Flens, ostatni burmistrz Bnina, nie jestem jednak w stanie odnaleźć ich grobów. Po przejściu przez cały cmentarz idę jeszcze do końca półwyspu Szyja. Półwyspowi nadali tę nazwę archeologowie, którzy od dawna prowadzą tu badania; to jedno z najważniejszych stanowisk archeologicznych w Wielkopolsce, z widocznymi jeszcze dzisiaj dwoma grodziskami, śladami dawnych osad. Jestem całkiem sam na półwyspie i mogę go dokładnie obejrzeć, po raz pierwszy od wielu lat, w końcu zawracam (gdybym skręcił tu nogę albo coś innego mi się stało, nikt by mi nie pomógł, nie należy kusić losu) i kieruję się w stronę kórnickiej kolegiaty.

Chociaż mamy 1 listopada, w kościele pw. Wszystkich Świętych w Kórniku nie ma dzisiaj odpustu, ten odbędzie się w najbliższą niedzielę, jak wyjaśnia wiernym ksiądz proboszcz na początku nabożeństwa. Mogę więc tylko wziąć udział w mszy; kazanie na niej głosi ksiądz Łukasz Słociński, który jeszcze niedawno był wikarym w mojej parafii. Po mszy okazja do przypomnienia sobie kościoła, nagrobków Górków, ołtarza św. Anny z obrazem pędzla Mariana Jaroczyńskiego, rzeźby św. Franciszka dłuta Marcina Rożka. Najcenniejsza i dzisiaj najbardziej mnie interesująca kaplica Matki Boskiej Kórnickiej, w której podziemiach pochowano między innymi Teofilę Działyńską (Białą Damę), Tytusa i Jana Działyńskich, jest niestety zagrodzona i niedostępna, trwają jakieś prace remontowe, co widać też na zewnątrz kościoła. Nie mogę też wejść do krypty pod kaplicą Najświętszego Serca Jezusowego, w której pochowano hrabiego Władysława Zamoyskiego, jego matkę generałową Jadwigę Zamoyską i siostrę Marię, kościół jest otoczony rusztowaniami.

Niedaleko kolegiaty jest też drugi kórnicki cmentarz. Tak jak na bnińskim cmentarzu i tu mnóstwo ludzi odwiedzających groby, zapalających znicze, składających kwiaty. Są tu m.in. zbiorowe mogiły powstańców wielkopolskich i rozstrzelanych 20 października 1939 roku. Chętnie odwiedziłbym grób Kajetana Kielisińskiego, którego XIX-wieczne grafiki i rysunki są mi dobrze znane, czy ks. Edmunda Majkowskiego, założyciela Archiwum Archidiecezjalnego w Poznaniu, niestety nie jestem w stanie ich znaleźć, wymagałoby to więcej czasu, specjalnego wyjazdu do Kórnika w spokojniejszych warunkach niż dzisiaj. Powrót do Śremu wciąż zatłoczoną szosą.

Arek

Arka poznałem w lutym 1993 roku, wkrótce po moim powrocie z nieudanego półrocznego pobytu w Niemczech. Wróciłem wtedy do pracy w Odlewni Żeliwa, jednocześnie próbując ponownie rozkręcić moją szkołę języków obcych, którą zawiesiłem na czas wyjazdu. Pewnego dnia ktoś zapukał do moich drzwi. W drzwiach stał młody chłopiec.

– Dzień dobry, jestem pana sąsiadem, mieszkam w tej klatce na III piętrze. Czy mógłbym uczyć się u pana niemieckiego?

Oczywiście. Chętnie przyjąłem jednego z pierwszych uczniów mojej szkoły, przecież dopiero szukałem klientów. Arek chodził do III klasy liceum ogólnokształcącego w Śremie i, jak mi powiedział, interesował się niemieckim. Interesował się? To chyba za mało powiedziane. Był bardzo dobry z tego języka, tak dobry, że miałem trudności z dobraniem dla niego odpowiedniego podręcznika. Ostatecznie, już w IV klasie, przeważnie przerabialiśmy artykuły prasowe z niemieckich gazet, które kupowałem w Poznaniu. Naturalnie przygotowywałem też Arka do matury. Tuż po zdanym egzaminie ustnym (była to dawna matura, w 1994 roku, jeszcze przed reformą edukacji) zadzwoniła do mnie koleżanka, germanistka Anna Słowińska, i roześmiana powiedziała:

– Słuchaj, ten Arek jest niesamowity. Z panią Marią Kilian w komisji nie mogłyśmy się nadziwić. Na przykład kiedy powiedział, że czasownik „marschieren” w Perfekcie łączy się z z „haben”, ale może też łączyć się z „sein” i jaka jest różnica…

To prawda, sam mu wyjaśniałem tę różnicę.

Wbrew moim (nigdy niewypowiedzianym) oczekiwaniom i nadziejom Arek nie poszedł na germanistykę, zdecydował się na studia ekonomiczne. Wybór był chyba jednak dobry. Mimo jego pasji do języka nie bardzo wyobrażałem sobie Arka zainteresowanego literaturą, przesiadującego w książkach; wolał pograć w piłkę na podwórku przed moim blokiem.

Przy Grota Roweckiego mieszkałem w kawalerce na parterze. Naprzeciwko mnie mieszkali państwo T. – mąż pracował w Odlewni (chciał kiedyś uczyć się u mnie niemieckiego, ale się wymówiłem, wiedziałem, z jakimi kłopotami wiąże się nauczanie dorosłych), żona, pani T., w szpitalu, gdzie obsługiwała sprzęt diagnostyczny; mieli dwie córki, które chodziły do śremskiego liceum.

Arek mieszkał z rodzicami w niewielkim, niewiele większym od mojej kawalerki mieszkaniu dwa piętra wyżej. Szybko poznałem też jego rodziców. Ojciec Arka, pan Andrzej, kiedyś pracował w Odlewni, jak większość mieszkańców bloku, który był blokiem zakładowym. Był już na rencie (w Odlewni zapadł na pylicę), ale dorabiał sobie, pracując w holenderskim przedsiębiorstwie Karma-Bella w Psarskiem, w którym zajmował się sprawami zaopatrzenia i mnóstwem innych. Ponieważ wykonywałem tłumaczenia dla Karma Belli, mieliśmy częsty kontakt, zachodziłem do ich mieszkania. Arka przeważnie nie było, miał swoje sprawy z kolegami, albo spotykał się z dziewczyną, która też zachodziła do niego na Roweckiego. W kuchni cicho krzątała się tylko mama Arka, dbając o to, aby domownikom niczego nie brakowało; ojciec, pan Andrzej, opowiadał o kłopotach w pracy, których było co niemiara; czasami rozmowa schodziła na politykę, i tę lokalną politykę małego miasteczka, i tę krajową. Pan Andrzej dobrze wspominał czasy PRL, pracę w wielkim zakładzie, nie przeszkadzało mu to, że praca ta zabrała mu zdrowie, teraz zawsze głosował na lewicę. Spotkania te, których pretekstem była na przykład konieczność zaniesienia faktury za tłumaczenie, kontynuowałem również po mojej przeprowadzce z Grota Roweckiego na Chłapowskiego w 2001 roku.

Po studiach Arek znalazł pracę w Gądkach, codziennie dojeżdżał do pracy i nasze kontakty stały się rzadsze. Niemiecki z pewnością przydawał mu się w pracy, w logistyce i obsłudze klientów.

Pewnego dnia pan Andrzej strapiony opowiedział mi o kłopocie, który spadł na jego rodzinę. Podczas rutynowych badań lekarskich u Arka stwierdzono jakieś nieprawidłowości. Dokładniejsze badania wykazały nowotwór. Zaczęło się leczenie, które trwało długo i o którym, chociaż Arek był moim dawnym uczniem, niewiele wiedziałem. Nie sądziłem jednak, że sytuacja wygląda źle – spotykałem się czasami z Arkiem na ulicy i przed moim dawnym blokiem i nie było widać oznak choroby. Oczywiście nie poruszałem z nim tego tematu.

Pod koniec 2012 roku nagle zmarł pan Andrzej, ojciec Arka. Przechodził operację w szpitalu w Śremie. Sam zabieg nie zagrażał życiu, po operacji doszło jednak do nieszczęścia – ataki  kaszlu (pamiątka po pylicy, której nabawił się podczas pracy w Odlewni) spowodowały rozejście się szwów i niemożliwe już do wyleczenia zakażenie rany.

W marcu 2013 roku na słupie ogłoszeniowym w Śremie zobaczyłem nekrolog Arka – chwila, w której prawdziwość, mimo wcześniejszych sygnałów, nie chcemy wierzyć i która tłamsi nas, przydusza całą swoją prawdą do ziemi…

W następną niedzielę, wychodząc po mszy z kościoła na Jezioranach, spotkałem panią T., moją dawną sąsiadkę z bloku przy Grota Roweckiego; zaczęliśmy rozmowę o Arku.

– Powiem panu, że kiedy tego dnia wyszłam z mieszkania i zobaczyłam ten nekrolog, aż mi tchu zabrakło. Od razu zawołałam Staszka, męża, zapytałam: powiedz no, czy ja tu dobrze widzę? Jakie to nieszczęście dla matki, straciła najpierw męża, a teraz syna. A Arek był takim grzecznym chłopcem, zawsze powiedział „dzień dobry”, nie to co inni…

Pan Stanisław, mąż pani T., zmarł niecałe dwa lata później, w grudniu 2015 roku. Pani T., dopiero od niedawna na emeryturze, została sama w domu; pomagała też córkom, które wyszły za mąż, urodziły dzieci (jedna z córek wyemigrowała z mężem do Irlandii). Pewnego dnia, w sierpniu 2016 roku, kiedy w Hali Targowej „Kupiec” w Śremie kupowała ubranka dla wnuczki, zasłabła. Karetka pogotowia jechała aż z Książa (śremska karetka pojechała do innego zdarzenia) i, niestety, przyjechała zbyt późno. Oboje mieli tylko 64 lata. Śremskie media wykorzystały tragedię, znalazły temat, zadając pytanie – dlaczego w Śremie jest tylko jedna karetka?

Praca uniemożliwiła mi wzięcie udziału w pogrzebie, tak jak wcześniej nie byłem na pogrzebie Arka. Praca, czyli tłumaczenia, nauczycielem przestałem być już dawno temu, chociaż takie postaci jak Arek te dawne lekcje ciągle przywodzą mi na myśl…

Muzeum Narodowe w Poznaniu – Janusz Przybylski

21 października – po pierwszym wykładzie Justyny Borkowskiej poświęconym Witkacemu zostaję jeszcze w Muzeum Narodowym w Poznaniu na drugim, tym razem Grażyny Hałasy na temat cyklu „Błędne koło” Janusza Przybylskiego. Z tłumu słuchaczy na Witkacym została nas tylko garstka – około 10 osób, ale też i artysta będący przedmiotem wykładu jest o wiele mniej znany niż Witkacy.

Postać Janusza Przybylskiego i jego cykl „Błędne koło” poznałem dopiero w maju tego roku, podczas Nocy Muzeów, w czasie której muzeum zaprezentowało kilkanaście niedawno zakupionych prac artysty. Wystawa była niewielka i nie trwała długo (światło szkodzi grafikom, nie mogą więc być pokazywane na ekspozycji stałej), była jednak jedną z najciekawszych wystaw podczas tegorocznej Nocy Muzeów w Poznaniu. Dzisiejszy kameralny wykład jest jej przypomnieniem, jednocześnie będąc szerszą prezentacją twórczości mało znanego artysty. Urodzony w Poznaniu, studiował w warszawskiej ASP pod kierunkiem Aleksandra Kobzdeja, autora słynnego obrazu „Podaj cegłę”, który po odwilży zwrócił się ku abstrakcji. W duchu abstrakcji tworzył początkowo też Janusz Przybylski, szybko, jeszcze w latach 60. zwrócił się jednak ku sztuce figuratywnej. Na jednym ze slajdów na wykładzie widzimy m.in. jego pracę powstałą w Puławach w 1966 roku. Później przyszły kolejne dzieła przeniknięte groteską, zdeformowanym realizmem, wreszcie, w drugiej połowie lat 70. cykl „Błędne koło”.

Tytuł „Błędne koło” to oczywiste nawiązanie do obrazu Jacka Malczewskiego, który jest na wystawie stałej w poznańskim Muzeum Narodowym. Mnóstwo też cytatów z dzieł innych malarzy i grafików: „Las Meninas” Velázqueza, „Guerniki” Picassa, „Kaprysów” Goi i innych. Wtedy, w maju, widziałem tylko niewielką część cyklu, teraz, na slajdach, mogę ich zobaczyć o wiele więcej. Grażyna Hałasa szczegółowo opowiada nam o konotacjach tych prac, nawiązaniach do poszczególnych dzieł Picassa, Goi, różnych możliwościach interpretacji.

Po wykładzie dyskusja, w której z naszej niewielkiej grupki tylko ja biorę udział.

– Czy jest możliwość zgromadzenia wszystkich tych prac na wystawie w Poznaniu? Chętnie zobaczyłbym je na żywo.

– Niestety nie. Prace są rozproszone w całej Polsce i zgromadzenie ich w jednym miejscu graniczy z niemożliwością.

– Może więc udałoby się zorganizować przynajmniej jakąś przekrojową wystawę Przybylskiego, podobną do obecnej wystawy Józefa Kaliszana w Muzeum Historii Miasta Poznania w Ratuszu, w ramach przypominania poznańskich plastyków?

– Może…, ale decyzja nie należy do mnie. Byłoby to bardzo pracochłonne przedsięwzięcie.

– Zainteresował mnie też wątek puławski. Puławy to moje miasto rodzinne. Wiem, że w 1966 roku w Zakładach Azotowych w Puławach zorganizowano sympozjum „Sztuka w zmieniającym się świecie”. W 2013 roku byłem w Muzeum Współczesnym we Wrocławiu na wystawie, na której przypomniano to sympozjum i artystów prezentujących wtedy swoje prace. Przypuszczam, że był wśród nich też Przybylski. Czy to z tego sympozjum pochodzi ta praca?

– Możliwe, ale nie znam tu szczegółów.

Cóż, majowa wystawa Przybylskiego w Muzeum Narodowym musi więc na razie wystarczyć. Ze względów konserwatorskich grafiki te rzeczywiście nigdy nie trafią wystawę stałą. Pozostaje nam tylko nadzieję, że kiedyś, w perspektywie kilku lat, uda się zorganizować większą wystawę artysty.

Opuszczam już budynek muzeum. Czeka mnie jeszcze zwiedzenie wystawy „Frida Kahlo i Diego Rivera. Polski kontekst” w Zamku Cesarskim, potem powrót do Śremu.