Atest

O braku zrozumienia pomiędzy tłumaczem a klientem:

– Dzień dobry! Ile kosztuje u pana tłumaczenie z niemieckiego?
– A co chciałaby pani przetłumaczyć?
– Atest, bardzo krótki.
– Atest? Jaką firmę pani reprezentuje?
– Firmę? Nie, to prywatnie, dla mnie.
– Z jakiej dziedziny techniki jest ten atest?
– To nie jest technika.
– To czego dotyczy ten atest?
– Jest o bólach kręgosłupa. Dzwonię z Niemiec.
– Ach, czyli chce pani przetłumaczyć zaświadczenie lekarskie.
– Tak, tak! Zaświadczenie lekarskie.

A teraz zagadka dla czytających ten tekst: jak jest zaświadczenie lekarskie po niemiecku?

Wielkopolskie Muzeum Wojskowe – Legia Cudzoziemska

16 września – po wystawach „Solum Verbum – Reformacja i słowo XVI-XVIII wiek” i „Przyroda Wielkopolski” w Bibliotece Raczyńskich i „Polki, patriotki, rebeliantki” w Galerii Miejskiej Arsenał decyduję się na zwiedzenie jeszcze jednej wystawy „Legia Cudzoziemska. Polacy w służbie Francji” w Wielkopolskim Muzeum Wojskowym. Nie interesuję się zbytnio Legią Cudzoziemską (jak i w ogóle kwestiami wojskowości); Legię znam tylko z komedii „Flip i Flap w Legii Cudzoziemskiej”, którą widziałem jeszcze w dzieciństwie, jak też z innych filmów, postanawiam jednak zapoznać się z tą wystawą, zwłaszcza że już  nie dawno nie byłem w Wielkopolskim Muzeum Wojskowym – ostatnio odwiedziłem je w styczniu 2016 roku podczas spotkania przy okazji wystawy modeli samolotów.

Obecna wystawa czasowa, jak i poprzednie, zajmuje dwa pierwsze pomieszczenia muzeum. Warunki lokalowe muzeum są takie, jakie są, nie ma tu dużo miejsca, co oznacza konieczność ścieśnienia eksponatów i niestety możliwość przeoczenia ważnych przedmiotów i faktów. Mimo to udaje mi się dość szczegółowo obejrzeć wystawę: bardzo dużo dokumentów, listów w gablotach, na ścianach wiszą reprodukcje plakatów propagandowych i powiększone fotografie; dla zwiedzających najbardziej atrakcyjne są chyba mundury, w tym autentyczne, podarowane przez Polaków służących w Legii, i atrapy broni używanej przez legionistów, w tym słynnego niemieckiego MP40.Wystawa uwzględnia zarówno historię Legii jak i jej współczesność, bo przecież Legia Cudzoziemska nie jest anegdotyczną ciekawostką historyczną, wciąż istnieje i wciąż bierze udział w operacjach wojskowych, w Afryce, Azji (Afganistanie), ale też Europie (byłej Jugosławii).

Minusem wystawy jest brak ogólnego zarysu historii i współczesnego kształtu Legii Cudzoziemskiej. Tylko uważni zwiedzający dostrzegą w jednej z gablot kopię dekretu króla Ludwika Filipa z 1831 roku o powołaniu Legii. W innej gablocie szczegółowo przedstawiono bitwy pod Camerone w Meksyku w 1863 roku (rocznica bitwy, podczas której zginęli prawie wszyscy broniący się przed Meksykanami legioniści, jest świętem Legii Cudzoziemskiej), zabrakło jednak dokładniejszych informacji o innych działaniach wojennych, w których Legia brała udział, np. o wojnie w Indochinach lub wojnie w Algierii. Przydałoby się umieścić takie informacje na oddzielnych planszach, rozumiem jednak, że nie było na to miejsca w muzeum.

Po zwiedzeniu wystawy i chwili zastanowienia postanawiam też zostać na zaplanowanym na godz. 14 wykładzie „Oddziały spadochronowe Legii Cudzoziemskiej”, który prowadzi Krzysztof Schramm, jeden z kuratorów wystawy i kierownik sekcji historycznej Stowarzyszenia Byłych Żołnierzy i Przyjaciół Legii Cudzoziemskiej. Jeszcze na 5 minut przed wykładem myślałem, że będę na nim jednym słuchaczem (jak mi się już wielokrotnie zdarzało w muzeach), nie jest jednak tak źle – razem ze mną zasiadło na przyniesionych krzesłach ponad 10 osób. Mężczyzna siedzący za mną pyta, czy też byłem spadochroniarzem w wojsku i dlatego przyszedłem na wykład. Ależ nie, po prostu przyszedłem się czegoś nowego dowiedzieć.

Wykład Krzysztofa Schramma okazuje się bardzo ciekawy, prelegent jest znakomitym znawcą tematu, opowiada ze swadą, z wykładu mogę się bardzo dowiedzieć o Legii Cudzoziemskiej, chociaż właściwie koncentruje się on tylko na jednym jej oddziale – 2. (i obecnie jedynym w Legii) pułku spadochronowym (2 REP). Dużo się dowiadujemy o początkach oddziałów spadochronowych Legii podczas wojny w Indochinach, o powstaniu kompanii spadochronowej, jej przekształceniu w batalion a później 1. pułk spadochronowy (1 REP), okryty niesławą i rozwiązany po przyłączeniu się do nieudanego puczu gen. Raoula Salana w 1961 roku, o operacji Leopard w Kolwezi w Zairze w 1978 roku, podczas której desant Legii Cudzoziemskiej powstrzymał masakrę białej ludności. Na koniec Krzysztof Schramm przedstawia sylwetki trzech Polaków służących w Legii Cudzoziemskiej: Gastona Ziemskiego (który być może był też instruktorem wojskowym Karola Wojtyły), Mariusza Nowakowskiego (stracił nogę w Sarajewie, poświęcono mu film „Rogate dusze”) i Konrada  Rygla, który poległ w Afganistanie w 2010 r.

Legia Cudzoziemska

Fot. Wielkopolskie Muzeum Wojskowe

Wykład kończy się dyskusją, podczas której jako pierwszy zadaję pytanie:

– W czasach PRL służba w obcych formacjach wojskowych była przestępstwem. Czy coś się zmieniło od tego czasu? Jak to właściwie wygląda od strony prawnej?

– W PRL rzeczywiście tak było – odpowiada Krzysztof Schramm – dużo się jednak zmieniło w latach 90. Polska przystąpiła do NATO, później do Unii Europejskiej. Armia francuska, której częścią jest Legia Cudzoziemska, jest naszym sojusznikiem w ramach NATO, jak można więc ścigać kogoś za służbę w armii sojusznika? Z tego, co wiem, przepis zabraniający służby w obcych armiach nie został uchylony, ale praktycznie nie jest egzekwowany.

Zaraz po moim pytaniu i odpowiedzi na nie Krzysztofa Schramma spotyka zarówno nas słuchaczy jak i prelegenta ogromna niespodzianka. Okazuje się, że w naszym gronie jest były żołnierz Legii Cudzoziemskiej, który przyszedł na wykład i chciałby nam bliżej opowiedzieć o swojej służbie. Przedstawia się jako Kuba Tuszyński, służył właśnie w wojskach spadochronowych, 2 REP, mającym swoją siedzibę na Korsyce (pokazuje nam swoje dokumenty wojskowe), od lat 90. brał udział w operacjach w byłej Jugosławii, Afryce i może nam dużo o nich opowiedzieć. Wykład staje się naprawdę ciekawy, tyle, że jest już 16.30, spotkanie trwa już 2,5 godziny, a ja chciałbym wrócić do Śremu jeszcze za dnia. Z żalem opuszczam wykład. Czeka mnie teraz 3-godzinna jazda rowerem przez Rogalin, niestety w deszczu; w Śremie jestem już po zapadnięciu zmroku.

Galeria Miejska Arsenał – Polki, patriotki, rebeliantki

„Polki, patriotki, rebeliantki”, najnowsza wystawa w Galerii Miejskiej Arsenał, została zorganizowana z okazji odbywającego się po raz pierwszy w Poznaniu Kongresu Kobiet,  wernisaż wystawy odbył się w przeddzień otwarcia Kongresu – 8 września. Chciałem ją zobaczyć właśnie przy okazji wyjazdu na Kongres, ten okazał się jednak tak interesującym wydarzeniem, że nie starczyło już czasu, przełożyłem tę wizytę na kolejną sobotę.

Wystawa ciekawa i z pewnością warta zobaczenia jako bardzo interesujący przekrój współczesnej sztuki feministycznej. Chociaż jest trochę mniejsza, niż się spodziewałem, zajmuje obie kondygnacje Arsenału, zaanektowany został nawet fotoplastikon, w którym można zobaczyć stereofotografie Mateusza Budzisza, Radosława Sto i Barbary Sinicy z ubiegłorocznego czarnego protestu 3 października 2016 roku.

Ciekawe, że moim pierwszym spostrzeżeniem z wystawy było to, że w odróżnieniu od wcześniejszych ekspozycji q Arsenale, na których organizatorzy na „ważniejsze” prace  zwykle rezerwowali piętro, parter przeznaczając na „mniej ważne”, w przypadku tej jest inaczej – prace na parterze są dla mnie bardziej interesujące niż te niektóre na górnej kondygnacji. Jedną artystkę – Martę Frej, której prace, również poświęcone czarnemu protestowi z ubiegłego roku, są na parterze, zresztą już dobrze znam; jej obrazy wykorzystywane w memach widziałem na wystawie „Złe kobiety” w Zamku Cesarskim w marcu tego roku. Obie wystawy, i ta w Zamku, i ta w Arsenale, są zresztą podobne, są manifestem feminizmu, protestem przeciwko odczuwanej przez feministki dyskryminacji i opresji ze strony mężczyzn.

Oprócz tych obrazów-memów Marty Frej uwagę zwraca seria fotograficznych autoportretów Ireny Kalickiej, na których artystka nałożyła sobie na głowę… łby zwierząt: krowy, owcy, dzika… Fotografie robią na oglądającym wstrząsające wrażenie, jeśli ten zda sobie sprawę, że nie są to maski, łby są autentyczne, wzięte z ubojni. Jak do tych prac podeszłyby feministki obrończynie praw zwierząt, które również spotkałem tydzień temu podczas Kongresu? Sztuka kontrowersyjna, sam nie wypowiadam się na ten temat.

Tuż obok tych fotografii wywieszono oprawione w ramę… damskie majtki na biało-czerwonym tle, czyli „Polkę walczącą” Iwony Demko; obok nich stoi „Ściana” Dawida Marszewskiego, czyli zapis video wypowiedzi trzech kobiet pochodzących z mieszanych narodowościowo rodzin, opowiadających o stykaniu się z rasistowskimi postawami w swoim środowisku.

Na górnej kondygnacji prac jest więcej, są one też bardziej zróżnicowane formalnie. Dochodzi też nowy temat, czyli patriotyzm, który z patriotyzmem w słownikowym znaczeniu tego słowa ma wprawdzie mało wspólnego. „Patriotyzm” ten jest przez artystki, jak przez inne środowiska lewicowe, traktowany prześmiewczo i objawia się na przykład instalacją „Kawiorowa patriotka” Agaty Zbylut (suknia na krynolinie, uszyta z biało-czerwonych szalików kibiców), video „Polska burka” Karoliny Mełnickiej, w którym kobieta w stroju muzułmanki (ale o biało-czerwonych barwach), z zasłoniętą twarzą siedzi sama na stadionie, czy „Koronczarką” Ewy Świdzińskiej, czyli koronkowym orłem na tle (zasłoniętej) vaginy. Nie protestuję, szanuję prawo artysty do swobodnej wypowiedzi artystycznej, nawet jeśli te prace naruszają polskie prawo o poszanowaniu symboli narodowych. Swoją drogą ciekaw jestem, czy prokuratura zainteresuje się którąś z tych prac i na podstawie odpowiedniego paragrafu skieruje akt oskarżenia wobec artystki. Raczej w to wątpię.

I wreszcie, prawie na samym końcu ekspozycji chyba najciekawsza praca – „Chór czarownic”. Ten projekt artystyczny Ewy Łowżył, ze słowami  Maliny Prześlugi, ma dopiero rok, został zainspirowany między chęcią przypomnienia faktu spalenia pierwszej czarownicy w Polsce, co miało miejsce na poznańskim Chwaliszewie 500 lat temu. W instalacji video kobiety w różnym wieku, ubrane tylko w halki, bez makijażu, niekryjące defektów swojego ciała i urody, śpiewem protestują przeciwko uciskowi kobiet. Prostota i ekspresja przekazu robią duże wrażenie, zmuszają do zatrzymania się i posłuchania tego, co mają do powiedzenia.

Refleksja ogólna: po zmianie na stanowisku dyrektora Galerii Miejskiej Arsenał, po tym jak prezydent Jacek Jaśkowiak odwołał z tego stanowiska Piotra Bernatowicza i powołał na nie Marka Wasilewskiego, galeria zmieniła swój profil ideologiczny o 180 stopni. Sympatie prawicowe Piotra Bernatowicza (dobrze pamiętam zorganizowane przez niego „Strategie buntu” czy wystawę monograficzną białoruskiego dysydenta Alexandra Pushinka) ustąpiły miejsca ideologii lewicowej. Czy ma to jakieś znaczenie? W kategoriach artystycznych nie. Ważna jest dla mnie wartość artystyczna dzieł, a nie to, czy propagują one feminizm czy idee narodowe. A w przypadku wystawy „Polki, patriotki, rebeliantki” wartość ta jest wysoka – wystawa jest godna polecenia.



Biblioteka Raczyńskich – Solum Verbum. Reformacja i słowo XVI-XVIII wiek

16 września – pierwszy po wakacyjnej przerwie wyjazd do Biblioteki Raczyńskich w Poznaniu, na wystawę „Solum Verbum – Reformacja i słowo XVI-XVIII wiek”. Po „Stolicach wielkopolskiego protestantyzmu” w Muzeum Okręgowym w Lesznie i „Der Luthereffekt” w Martin-Gropius-Bau w Berlinie to już trzecia wystawa poświęcona protestantyzmowi, którą zwiedzam w tym roku; wysyp wydarzeń kulturalnych z nim związany jest jednak zrozumiały – obchodzimy w tym roku 500-lecie przybicia tez przez Marcina Lutra na drzwiach kościoła w Wittenberdze. Jak na ich tle prezentuje się wystawa w Poznaniu?

Wystawa w Bibliotece Raczyńskich jest oczywiście o wiele mniejsza od ogromnej, bardzo ważnej dla Niemców ekspozycji w Martin-Gropius-Bau, jest też mniejsza od wystawy w Lesznie, które było głównym ośrodkiem protestantyzmu w Wielkopolsce. Z „Der Luthereffekt” w Berlinie nie ma żadnego porównania, to całkiem inna klasa; z wystawą w Lesznie takie porównanie jest możliwe, moim zdaniem wypada ono z korzyścią dla Biblioteki Raczyńskich.

Zaletą jest omówienie na początku wystawy genezy reformacji i głównych zagadnień z nią związanych, czego w Lesznie w ogóle zabrakło. Obie wystawy różnią się też charakterem eksponatów, te na wystawie w Lesznie były bardzo zróżnicowane, oprócz książek i dokumentów były też obrazy, grafiki, narzędzia liturgiczne…, w Poznaniu, zgodnie z charakterem placówki widzimy tylko książki, są to jednak bardzo cenne książki.

Jak zawsze wystawa w Bibliotece Raczyńskich jest rajem dla bibliofila, w tym przypadku również dla… germanisty. Mogę zobaczyć wydania dzieł Lutra, między innymi wydane w 1702 roku „Teutsche Schriften” z obrazkowym życiorysem reformatora, dla mnie najważniejsze jest jednak wydanie jego przekładu Biblii, wprawdzie nie w całości, tylko tomu zawierającego pisma proroków i Nowy Testament. Wydań Biblii jest zresztą o wiele więcej. Skarbem na wystawie jest wydanie Biblii Brzeskiej albo Radziwiłłowskiej (jednego z niewielu zachowanych egzemplarzy, większość nakładów została spalona przez potomka finansującego protestancki przekład w akcie ekspiacji po jego nawróceniu się na katolicyzm), mogę też zobaczyć oryginalne, XVII-wieczne wydanie Biblii Gdańskiej, którą dotychczas znałem tylko z XX-wiecznych przedruków.

Nie tylko wydania Biblii są prezentowane na wystawie, również inne książki religijne jak kancjonały a nawet książki świeckie. Tu największą gratką jest dla mnie możliwość zobaczenia wydanego w 1568 roku „Zwierciadła” Mikołaja Reja – autor był przecież protestantem. I wreszcie dzieło całkiem niezwykłe – pierwsze wydanie (z I połowy XVIII wieku) „Cérémonies et coutumes religieuses…”, nie tyle książki religijnej, co bogato ilustrowanej, opracowanej w duchu oświecenia encyklopedii religii świata. Prezentowane na wystawie ryciny ukazujące nabożeństwa, obrzędy religijne itp. są nie tylko cennym materiałem dla historyka, ale dla każdego zainteresowanego sztuką i dawnymi obyczajami.

Wystawie towarzyszące tablice przedstawiające najważniejszych reformatorów i prekursorów reformacji – od Jana Husa przez Marcina Lutra, Philippa Melanchthona, Kalwina… Ich lektura sprawia mi wprawdzie początkowo trochę kłopotów, dopiero po chwili odkrywam, że one ułożone na kształt współczesnych CV, czyli w odwróconej kolejności chronologicznej, należy je czytać od dołu.

Po zwiedzeniu wystawy „Solum Verbum” w Galerii Atanazego zaglądam jeszcze do Galerii Edwarda w starym gmachu na wystawę fotografii „Przyroda Wielkopolski” Wojciecha Nawrockiego (bardziej interesują mnie wprawdzie pokazywane wraz z fotografiami książki, część z nich mam w swojej biblioteczce), po czym wychodzę już z biblioteki. W planach mam jeszcze wizytę w Teatrze Ósmego Dnia, gdzie według portalu kultura.poznan.pl w ramach imprezy Parking Day ma być dzisiaj o 12 czytany reportaż „Głód” Martina Caparrosa. Wiadomość ta okazuje się dezinformacją, spotkany w teatrze aktor (odbywa się właśnie próba) informuje mnie, że owszem, taka impreza ma odbyć się dzisiaj, ale nie w teatrze, lecz na ulicy Za Bramką. Chyba jednak z niej zrezygnuję i wybiorę się gdzie indziej. Wizyta w teatrze ma jednak swój plus – w Centrum Informacji Miejskiej, które również mieści się w budynku  Arkadii, za jedyne 5 złotych udaje mi się kupić tom „Kroniki Miasta Poznania” opisujący „Podróże poznaniaków” – szukałem go od dawna. Po wyjściu z CIM-u idę już w stronę Starego Rynku.

Kongres Kobiet

9 września – wyjazd do Poznania na IX Kongres Kobiet. Impreza, do tej pory organizowana w Warszawie, w tym roku przeniosła się do Warszawy; koniecznie muszę skorzystać z okazji, aby zobaczyć ten największy zjazd feministek w Polsce.

Rejestracja rozpoczyna się o 8.30; aby zdążyć, wyjeżdżam więc już o 5.30, jeszcze w ciemnościach. W Poznaniu już na kilkaset metrów przed kompleksem Międzynarodowych Targów Poznańskich widać kobiety (i nielicznych mężczyzn) zmierzające na kongres. Przed wejściem na targi stoi samotna kobieta z wielkimi przewieszonymi przez tułów arkuszami tektury z hasłami skierowanymi do feministek – protestuje przeciwko aborcji, nie wiem, czy z własnej inicjatywy, czy reprezentuje kogoś. W pawilonie nr 15 na targach kłębi się już tłum, jest kilka stanowisk rejestracji, ale ludzi jest tak dużo, że dość długo muszę stać w kolejce. Wreszcie mogę się zarejestrować, otrzymuję identyfikator z napisem „Uczestniczka” :-), komplet materiałów i mogę już iść w kierunku Sali Ziemi.

Jestem po raz pierwszy w Sali Ziemi, największej na poznańskich targach – może pomieścić 2 tysiące widzów. Udaje mi się zająć dość dobre miejsce w IV rzędzie; później sala zapełni się całkowicie, ludzie będą też stali i siedzieli na podłodze, przypominają mi się koncerty i inne imprezy z czasów studenckich… Zdecydowana większość uczestników to kobiety, szacuję, że 98 procent; oznacza to, że tylko co 50. jest mężczyzną. Obok mnie z lewej strony wprawdzie też siedzi starszy mężczyzna (po jakimś czasie wyjdzie, nie zostanie do końca imprezy), a z prawej kobieta w średnim wieku. Ze wschodnim zaśpiewem mówi mi, że jest z Białegostoku; kiedy dowiaduje się, że przyjechałem rowerem ze Śremu, mówi:

– A to tam, gdzie było to zoo, które zostało zlikwidowane z powodu skandalicznych warunków trzymania zwierząt. Słyszałam o tym w mediach.

– Nie. Mówi pani o wiosce Pysząca pod Śremem, w której istniał ośrodek hodowli zwierząt z tygrysami, małpami, antylopami itp. Rzeczywiście został zamknięty. W Śremie też mamy małe zoo w parku, ale ono działa normalnie.

– Myślałam, że to w samym mieście… A ja tu, proszę pana, przyjechałam z Białegostoku, żeby zobaczyć, co te feministki znowu będą wyprawiać. Przedtem jeździłam do Warszawy. Pamiętam koncert w Sali Kongresowej kilka lat temu, na którym pokazano figurę Chrystusa, tę ze Świebodzina, a na jej tle roznegliżowane tancerki, z dekoltem do pasa, zespół nazywał się „Echo”. A jak się to podobało publiczności, jak klaskali… No, niech pan powie, jak można się tak z wiary naśmiewać.

– Mój osobisty stosunek do feminizmu też  jest raczej sceptyczny, ale mimo to przyjechałem do Poznania. Chętnie posłucham, co mówią feministki.

Wreszcie o 9.30 kongres rozpoczyna się, i to od razu od mocnego uderzenia. Na scenę wbiega grupa pań w średnim wieku „Happy Ladies” z Leszna – cheerleaderek 50+, jak przedstawia je moderatorka, które przy wielkim aplauzie publiczności dają popis swoich umiejętności tanecznych. Na szczęście nie tańczą kankana, z wigorem pokazują za to nogi, po krótkim występie schodzą ze sceny. Teraz część oficjalna – na scenę wchodzą Henryka Bochniarz i Magdalena Środa – założycielki Kongresu Kobiet, prezydent Jacek Jaśkowiak dokonuje oficjalnego otwarcia, później wystąpi też Adam Bodnar, Rzecznik Praw Obywatelskich, który będzie mówił o obronie praw kobiet. Zostaje odśpiewany chór Kongresu Kobiet, później Mazurek Dąbrowskiego. Wejścia na scenę stale strzeże dwóch ochroniarzy; zanim wszedłem do pawilonu nr 15, musiałem pokazać, co mam w torbie, widać, że organizatorzy bardzo dbają o bezpieczeństwo, co biorąc pod uwagę uczestników i charakter spotkania jest całkowicie zrozumiałe, nie dochodzi jednak do żadnych incydentów.

Przechodzimy do najważniejszej części pierwszego dnia kongresu – trzech paneli dyskusyjnych, które kolejno odbywają się na scenie Sali Ziemi. Najciekawszy jest dla mnie pierwszy: „Gabinet cieni: Polska na peryferiach”, w którym Henryka Bochniarz, Małgorzata Fuszara i Danuta Hübner dyskutują o współczesnym świecie, Europie i miejscu w niej Polski, chociaż, biorąc pod uwagę polityczną przeszłość wszystkich pań, ich działalność w poprzednich rządach, ich poglądy nie są dla nikogo zaskoczeniem. Drugi panel: „Parasolek nie składamy” (biorą w nim udział między innymi Kazimiera Szczuka i Barbara Nowacka z „Twojego Ruchu”) koncentruje się na konkretnych strategiach działań feministycznych; trzeci panel: „Ekofeminizm i ekoterroryzm”, jak sam tytuł wskazuje, skupia na kwestiach ekologicznych, najciekawsza jest dla mnie możliwość zobaczenia w nim Cecylii Malik, znanej artystki, autorki między innymi projektu „Matka Polka na wyrębie”, której fotografie już wcześniej widziałem w galeriach sztuki.

Znanych postaci (lub ich przedstawicieli) na kongresie jest zresztą o wiele więcej. W dyskusji głos zabiera między innymi pełnomocniczka Roberta Biedronia, prezydenta Słupska; przyjechała też Joanna Scheuring-Wielgus z Nowoczesnej, której okrzyk „Precz z dyktaturą mężczyzn” wzbudza pewną wesołość na sali – wszyscy pamiętają jej pomyłkę sprzed roku, kiedy to na demonstracji skandowała „Dość dyktatury kobiet”.

Organizatorzy zadbali o dobre tempo kongresu i jego czasami wręcz hollywoodzką oprawę. Nie zapomnieli też o historii. W pewnym momencie na scenę wchodzi aktorka w sukni do kostek, ale w cylindrze i z różową parasolką i dowcipnie przypomina o zbliżającej się 100. rocznicy uzyskania przez Polki praw wyborczych; kiedy odwraca się, publiczność może zobaczyć narysowane na jej plecach… jajniki. Cóż, jak widać rocznica przyznania kobietom praw wyborczych jest dla feministek ważniejsza niż stulecie odzyskania niepodległości przez Polskę.

Moje ogólne wrażenia z imprezy w Sali Ziemi: bardzo dużo interesujących kwestii wartych przemyślenia, niestety, dużo też zwykłej gadaniny, manipulacji, nienawiści wobec innych opcji politycznych, Kościoła i… zwykłego seksizmu. Uczestniczka jednego z paneli podkreśla wyższość kobiet nad mężczyznami (bo te dążą do porozumienia, w przeciwieństwie do mężczyzn), uczestniczka panelu ekologicznego opowiada o swoim spotkaniu z mężczyzną, który butnie stanął przed nią „w męskim rozkroku”. Jaka byłaby reakcja feministek, gdyby mężczyzna dowodził wyższości mężczyzn nad kobietami, albo zaczął mówić o „damskim rozkroku”? Gdyby był politykiem, mogłoby to oznaczać nawet koniec jego kariery. Dlaczego na kongresie pada tyle słów potępienia dla mizoginii, a nikt nie mówi o mizoandrii? Feministki tyle mówią o męskim szowinizmie, tymczasem szowinizm feministyczny wydaje się o wiele silniejszy, bardziej emocjonalny.

* * *

Panele w Sali Ziemi kończą się o godzinie 14 (nie było przerw, chociaż sesja trwająca od 9.30 do 14 wymagałaby tego). Na 14.30 zaplanowano panele tematyczne w mniejszych salach; korzystam z chwili przerwy, aby zwiedzić stoiska przed Salą Ziemi. Jest ich mnóstwo, atmosfera naprawdę jak na targach poznańskich. Wystawia się miasto Poznań (korzystam z okazji, aby wziąć przewodnik po powiecie poznańskim), firmy kosmetyczne, wydawnictwa, organizacje pomocy dla uchodźców i inne. Młoda dziewczyna zaprasza mnie do złożenia podpisu pod apelem o liberalizację przepisów aborcyjnych. Dziękuję, ale mam inne poglądy w tej sprawie. Niedaleko rozlokowało się środowisko ruchu gejowskiego, które zaprasza mnie na Pride Week i Paradę Równości w Poznaniu.

– Nie popieram państwa ruchu – odpowiadam – ale w moim mieście, Śremie, mieszkała kiedyś jego działaczka: Magdalena Okoniewska, lesbijka, napisała książkę „Mój świat jest kobietą”. Wydała ją kilkanaście lat temu.

– O, to dużo się zmieniło od tego czasu – odpowiada dziewczyna obsługująca stoisko.

Po drugiej stronie z kolei stoisko transseksualistów: przy stoisku młody mężczyzna w sukience, na identyfikatorze ma napisane „Ania”, i druga osoba, trudno powiedzieć, czy to mężczyzna, czy kobieta. Rozmowę zaczynam od tego, że wspominam, że dwa lata temu widziałem film „Mów mi Marianna” Karoliny Bielawskiej, poświęcony tematowi transseksualizmu. Panowie (panie?) na stoisku nie widzieli go, tylko słyszeli o nim.

– Film widziałem podczas festiwalu „Transatlantyk”, kiedy ten jeszcze się odbywał w Poznaniu. Na pokazie była też reżyserka i podczas dyskusji po filmie spytałem ją, czy nie uważa, że istnieje głęboka sprzeczność pomiędzy transseksualizmem a ideologią gender, której jednym z głównych twierdzeń jest, że płeć jest konstruktem kulturowym, nie biologicznym, że nabywa się ją w procesie wychowania, że nie jest uwarunkowana biologicznie. Nie potrafiła mi odpowiedzieć na to pytanie. A co pan, przepraszam, pani, sądzi o tym?

– Bo rzeczywiście jest tu sprzeczność… – odpowiada mężczyzna w sukience.

– Powiem panu, że tego genderu mamy już po dziurki w nosie i najchętniej byśmy o tym zapomnieli – przerywa drugi mężczyzna. – Niech nam po prostu pozwolą być, kim chcemy.

Przechodzę dalej. A co tu robi stoisko Armii Zbawienia? Obecność zwolenników aborcji, gejów i transseksualistów na kongresie feministek doskonale rozumiem, ale organizacja kościelna? Pytam o to dwie dziewczyny, które obsługują stoisko.

– Nie należymy do Kościoła Armii Zbawienia – wyjaśniają – tylko obsługujemy stoisko. – Celem Kościoła jest walka z bezdomnością, wykluczeniem społecznym.

– Ruchy religijne kojarzę jednak z prawicą, a feminizm z lewicą. Czy nie zachodzi tu więc sprzeczność?

– Sądzimy, że Armia Zbawienia stara się raczej zachować neutralność w tych kwestiach.

– Może i tak. Istnieje też w końcu feminizm chrześcijański, chociaż jest to tylko marginalny odłam.

* * *

Z kilkudziesięciu paneli i warsztatów, które są organizowane dzisiaj, podczas pierwszego dnia Kongresu Kobiet, mam czas tylko na jeden. Decyduję się na panel „Co się stało z naszym światem? Demokracja, gender, populizm”. Przyciągnęła mnie do niego przede wszystkim osoba jego moderatorki – Agnieszki Graff, czołowej polskiej feministki, którą bardzo cenię za jej artykuły, między innymi w „Rzeczpospolitej”. W panelu biorą udział między innymi też prof. Magdalena Środa i prof. Przemysław Czapliński z UAM. Zainteresowanie jest bardzo duże. Wszystkie miejsca w sali są zajęte, zainteresowane panelem panie siedzą też na podłodze, ja przychodzę wcześnie, znajduję więc miejsce w pierwszym rzędzie.

Panel nie jest tak widowiskowy jak te, które właśnie skończyły się w Sali Ziemnej, jest chyba jednak ciekawszy, bardziej skupiony na kwestiach merytorycznych. Tytuł dobrze oddaje też jego tematykę; kwestie czysto feministyczne ustępują tym razem ogólnopolitycznym – sytuacji, w jakiej nasz kraj (Przemysław Czapliński zwraca uwagę na to, jak bardzo znaczenie zaimka „nasz” niestety zmieniło się od początku transformacji) znalazł się po zwycięstwie PiS-u, prawdziwym czy rzekomym zagrożeniom dla demokracji; na ich tle kwestia gender, jeszcze dwa lata temu bardzo zapalna, schodzi jakby na drugi plan, chociaż dyskutantki uważają, że kampania przeciwko gender w Polsce nie była przypadkiem, lecz częścią obmyślonego planu mającego doprowadzić do przejęcia władzy przez obecną partię.

Najbardziej podoba mi się wystąpienie prof. Magdaleny Środy, która przedstawia siedem hipotez mających wytłumaczyć sukces wyborczy PiS-u: hipoteza wykluczenia społecznego, hipoteza upodmiotowienia osób, które były dotychczas pomijane w dyskursie politycznym, hipoteza zaborczego Kościoła, który stara się wszystko poddać swej kontroli, jest nawet bardzo optymistyczna dla lewicy i liberałów hipoteza konania prawicy, która w przedśmiertnych konwulsjach stara się jeszcze ostatkiem sił nie poddawać.

Panel trwa tylko półtorej godziny; szkoda, że tak mało czasu przewidziano na dyskusję. Pada tylko kilka pytań, z których ostatnie zadaję ja:

– Mam pytanie do pani profesor Magdaleny Środy. Czy nie sądzi pani, że wśród przedstawionych przez panią hipotez zabrakło jednej, najbardziej prawdopodobnej, mianowicie po prostu słabości obozu lewicowo-liberalnego. Kiedy przysłuchuję się obecnym dyskusjom politycznym w Polsce, stwierdzam, że opozycja po prostu nie ma dobrych argumentów, którymi mogłaby walczyć z PiS-em. Podczas paneli w Sali Ziemi często padało zdanie „za dwa lata wygramy wybory i wtedy…”. Przepraszam, ale obecnie jest to nierealne. Obóz lewicowo-liberalny nie ma szans wygrać przyszłych wyborów, jeśli nie zmieni swojego postępowania.

– Nie mówiłabym tu o słabości opozycji – opowiada Magdalena Środa – raczej o słabości narzędzi, którymi dysponujemy. Chodzi o to, że my nie chcemy zniżać się do takiego poziomu, jaki reprezentuje PiS. Lisicki, zresztą mój dawny student, na okładce „Do Rzeczy” ogłosił niedawno „Hitler był lewakiem”. Nie będziemy stosować takich metod, to poniżej naszej godności.

Nie jestem przekonany; wciąż uważam, że lewica i liberałowie stosują błędną strategię w walce z PiS, a właściwie taktykę, nie strategię, ponieważ strategii w rozumieniu dalekosiężnych, dobrze obmyślanych zamierzeń w ich działaniach w ogóle nie widzę, nie czas jednak na dyskusję. Polscy politycy – i polityczki, których tyle dzisiaj miałem okazję wysłuchać – muszą sami wypracować te skuteczne metody, jeśli chcą powrócić do władzy.

Pałac Królewski we Wrocławiu – Artyści śląscy 1845-1945. Nowy poczet władców Polski

2 września – drugi i chyba ostatni w tym roku wyjazd rowerem do Wrocławia, tym razem do Pałacu Królewskiego na trzy wystawy czasowe: „Artyści śląscy 1845-1945”, „Nowy poczet władców Polski” i „Kresy południowo-wschodnie na przedwojennej pocztówce”.

Wyjazd ze Śremu o 6 rano. Pogoda dość dobra, chociaż rano termometr na moim bloku pokazuje tylko 11 °C, duże zachmurzenie, ale nie pada, północno-zachodni wiatr pomaga też w jeździe. Pierwszy postój w Rawiczu. Kiedy parkuję rower przed „Biedronką”, podchodzi do mnie starszy mężczyzna.

– O, jaki ma pan dobry rower. Musiał dużo kosztować.

– 1500 złotych.

– To na pewno dobrze się nim jeździ. Kupi mi pan trochę ziemniaków i kapusty na obiad?

Tak, kupię. Wchodzimy do sklepu, gdzie mężczyzna kupuje siatkę ziemniaków i dużą główkę kapusty, do tego torebkę pieprzu. Czekając w kolejce do kasy, usiłuję nawiązać rozmowę z mężczyzną, pytam, czy pracuje, czy jest już na emeryturze, ten jednak nie jest skłonny do zwierzeń. Wszystko, co mi ma do powiedzenia, to: „Za komuny było lepiej”. Jak dawno nie słyszałem tego zdania…

Drugi postój w Żmigrodzie, gdzie zachodzę do Gminnego Centrum Informacji (jest otwarte w soboty), nie mają jednak żadnych ciekawych materiałów o mieście. Pani z obsługi („Śrem? To gdzieś koło Leszna?”) radzi mi zajrzeć do baszty przy ruinach zamku Hatzfeldów, gdzie jest informacja turystyczna. Tak, wiem, byłem tam wielokrotnie, ale baszta zawsze była zamknięta, otwierają ją dopiero o 14, a ja przez Żmigród przejeżdżam zawsze przed południem.

– To musi pan kiedyś później wyjechać z domu – radzi mi pani z obsługi.

Może i tak kiedyś zrobię, ale nie przy okazji wyprawy do Wrocławia. Będzie to musiała być specjalna wycieczka tylko do Żmigrodu.

Trzeci postój w Trzebnicy i potem już najprzyjemniejsza część trasy – zjazd z Kocich Gór w dolinę Odry. We Wrocławiu na moście Uniwersyteckim jestem o 14, jak zwykle po 8 godzinach jazdy. Przez Kuźniczą, Rynek i Świdnicką dojeżdżam do Pałacu Królewskiego przy Kazimierza Wielkiego.

* * *

W Pałacu Królewskim najbardziej interesuje mnie wystawa „Artyści śląscy 1845-1945” i na nią kieruję swe pierwsze kroki. Wystawa obejmuje obrazy i rzeźby na dwóch kondygnacjach pałacu; jak mówi pani w kasie, wszystkie z kolekcji muzeum; i stanowi bardzo interesujący przegląd śląskiej i wrocławskiej sztuki z tego okresu. Pierwsza część, ukazująca przeważnie pejzaże Sudetów, jest wprawdzie rozczarowaniem, a właściwie nie rozczarowaniem, spodziewałem się, że taka będzie moja reakcja, ponieważ pejzaże w malarstwie zawsze podobały mi się mniej niż inne przedstawienia. Trudno mi wytłumaczyć tę niechęć, ma ona niewiele wspólnego z wartością artystyczną dzieł, w każdym razie Sudety, moje ukochane góry, w które kiedyś tak często jeździłem (od kilku lat jest przerwa w tych wycieczkach) wolę oglądać, wędrować po nich „na żywo”, nie na malarskim płótnie.

Bardziej interesująca jest górna kondygnacja wystawy. Zaczyna się od widoków Wrocławia, obiektów ikonicznych dla miasta (artyści szczególnie upodobali sobie ratusz) i takich, które już nie istnieją. Obrazy te mają wartość informacyjną jak i artystyczną, wywołują wzruszenie jako ukazanie świata niemieckiej metropolii, świata, którego już nie ma.

W dalszych pomieszczeniach zdominowanych przez portrety, przedstawienia ludzi, sceny rodzajowe, ekspozycja staje się jeszcze ciekawsza. Odkrywam znakomite dzieła artystów o których nigdy dotąd nie słyszałem, przede wszystkim Maxa Wislicenusa – jego tańce argentyńskie, taniec słowiański, portrety, między kobiet i dzieci, portret Kurta Hauptmanna, wszystkie pełne modernistycznej ekspresji. Bardzo dobrych portretów na wystawie jest zresztą więcej, jak narysowany pastelami akt kobiecy Fritza Erlera, portrety Cyganki i kobiety Artura Wasnera, podwójny portret małżonków z Nysy Łukasza Mrzygłoda (czy artysta uważał się za Polaka czy Niemca, czy po prostu Ślązaka?). Drugim, obok Maxa Wislicenusa, odkryciem jest Walter Eberhard Loch i jego niezwykłe, wywodzące się z ducha ekspresjonizmu przedstawienia ruchu i zgiełku wielkomiejskiego Wrocławia (obraz ulicy w nocy, gra na korcie tenisowym) oraz autoportret i portret innego artysty przy sztalugach.

Rzeźba jest reprezentowana przede wszystkim przez twórczość Theodora von Gosena, jak popiersie młodzieńca z brązowego gipsu, metalowe popiersie Iustitii, drewniane „Skupienie”, ale jest też miniaturka Szermierza, rzeźby, którą zawsze mijam, przejeżdżając obok budynku Uniwersytetu Wrocławskiego.

Wystawę „Kresy południowo-wschodnie na przedwojennej pocztówce” oglądam tylko pobieżnie. Ma z pewnością wartość sentymentalną dla osób, których rodziny wywodzą się z tamtych terenów, ja jednak takiego emocjonalnego związku nie czuję. Chcę jeszcze tylko zobaczyć „Nowy poczet władców Polski”

* * *

Wystawę „Nowy poczet władców Polski. Waldemar Świerzy kontra Jan Matejko” widziałem już we wrześniu 2016 roku w Bibliotece Raczyńskich w Poznaniu. Również opisałem ją na moim blogu, zainteresowani łatwo odnajdą więc na nim opis moich wrażeń. Przypomnę tylko, że chodzi o plon 10-letniej pracy już nieżyjącego plakacisty Waldemara Świerzego, który postanowił zmierzyć się z tematem, którym ponad 100 lat wcześniej zajął się sam mistrz Matejko, czy wizerunkami władców Polski.

Spodziewałem się prostego przeniesienia tej wystawy, tymczasem ku mojemu zaskoczeniu „Nowy poczet władców Polski” eksponowany w Pałacu Królewskim bardzo różni się od tego prezentowanego w Bibliotece Raczyńskich. W Poznaniu była to wystawa planszowa z dużymi reprodukcjami prac Świerżego, porównanymi z rysunkami Matejki. We Wrocławiu na ścianach zawieszono 49 portretów Świerzego oprawionych w ramy. Czy są to więc oryginały? Po przyjrzeniu się im z bardzo bliska stwierdzam, że chyba jednak nie. Świerzy namalował je w technice gwaszu, a faktura tych prac tego nie zdradza, portrety wyglądają też jak reprodukcje. Kiedy pytam o to panią w kasie, nie potrafi mi udzielić odpowiedzi. Oryginałami jest na pewno kilka rysunków z pocztu Jana Matejki przedstawiających pierwszych władców – cały oryginalny poczet znajduje się w kolekcji Muzeum Narodowego we Wrocławiu. Oryginałami są też monety, medale z portretami władców, których w Poznaniu oczywiście też nie było. Ogólnie mówiąc, wystawa wrocławska jest wizualnie o wiele atrakcyjniejsza i staranniej przygotowana od poznańskiej. Samych portretów jest też więcej. W Poznaniu prawdopodobnie ze względu na ograniczenia miejsca z części postaci zrezygnowano.

Gdybym miał więcej czasu, przestudiowałbym jeszcze raz te pełne psychologizmu i poszukiwania prawdy o człowieku portrety Świerzego, przeczytałbym komentarze historyczne. Niestety czas nagli. Jeszcze tylko spacer po stałej ekspozycji Pałacu Królewskiego (dokładnie zwiedziłem ją tylko raz, podczas Nocy Muzeów w 2009 roku, zaraz po otwarciu, potem już tylko wpadałem na nią przy okazji wystaw czasowych; od tego czasu dużo się na niej zmieniło i musiałbym szczegółowo zapoznać się jeszcze raz, trwałoby to jednak 8-10 godzin, albo i dłużej) i powrót do domu.

Kazimiera

Na 1 września – o tym, jak znajomość historii pomaga w tłumaczeniach i kontaktach z klientami. Wspomnienie sprzed lat…

– Dzień dobry! Przyszłam odebrać tłumaczenie dokumentu.

– Proszę. Pani urodziła się w czasie okupacji, prawda?

– Tak. A skąd pan wie? Tu nie ma mojej daty urodzenia.

– Interesuję się historią. Na drugie imię ma pani Kazimiera. W czasie wojny wszyscy chłopcy narodowości polskiej urodzeni w Kraju Warty otrzymywali na drugie imię Kazimierz, a dziewczynki Kazimiera. W ten sposób władze okupacyjne chciały ich od urodzenia odróżniać od Niemców.

– A, tak rzeczywiście było. Kiedy byłam małą dziewczynką, miałam za złe mamie, że dała mi takie imię, ale mi wytłumaczyła, że inaczej nie mogła…

Józef Czechowicz – „29.VIII – 1924”

Na 29 sierpnia wiersz sprzed 93 lat – „29.VIII – 1924” Józefa Czechowicza. Wyjęty z jego wyboru poezji, który właśnie czytam, po raz pierwszy opublikowany w „Przeglądzie Lubelsko-Kresowym” w maju 1925 roku. Poeta miał tylko 21 lat, kiedy go napisał, a już czuł zbliżającą się jesień życia, której ostatecznie nie zaznał… Zginął w nalocie na Lublin we wrześniu 1939 roku.

Józef Czechowicz – „29.VIII – 1924”

Już na sierpniowych słońc spiekocie
W przepychu las zaczyna wdowieć.
Trochę w szkarłacie, trochę w złocie
Sypie się drzew ostatnia spowiedź.
W tumanach, ciszy, stawów głębi
Słońce przepala się na szarość
I czai się, jak lis w porębie,
Z nieznanych dni przybłęda – starość.
Grzeszę – rdzewieję – liście gubię.
Koniec. Las nie las i łan i nie łan…
Lubię jesiennić tak i lubię
Iść we wrzosowych mgieł ocean…

Leszno Barok Plus Festiwal, 2017

26 sierpnia – i znowu nie pojechałem w tym roku na festiwal „Muzyka w Raju” do Paradyża. W sobotę przed południem musiałem zostać w domu – praca… Ale może to i lepiej, bo w nocy z soboty na niedzielę zapowiadali burze; postanawiam wykorzystać sobotni wieczór na wyjazd na festiwal Leszno Barok Plus – w programie o 18 w kościele ewangelicko-augsburskim koncert muzyki Buxtehudego, Bacha i współczesnej kompozytorki Ewy Fabiańskiej, potem o 21 w plenerze przed Synagogą spektakl „Poza czasem” Teatru Akt.

Przed kościołem ewangelickim w Lesznie (jest niewielki, przypomina mi dawny kościół ewangelicki w Poznaniu na Grunwaldzkiej, zanim nie zbudowano nowego na Obozowej) zjawiam się krótko po piątej; wcale nie jestem pierwszym słuchaczem, tuż przede mną przyszła starsza pani, która zajmuje miejsce z przodu. Artyści odbywają właśnie próbę, z tyłu kościoła siedzi tajemnicza postać w srebrnym, metalizującym kostiumie nawiązującym do baroku, w peruce i w ciemnych okularach.

– Dietrich Buxtehude? – pytam, kiedy obaj wychodzimy na zewnątrz.

Nie, okazuje się, że to sam Jan Sebastian Bach będzie witał pojawiających się gości. W jego postać wcielił się Rafał Śpiewak, znany aktor i performer, występujący w całej Polsce. Podczas rozmowy mówi mi, że zna również Śrem, występował tam kiedyś na jednej z imprez zorganizowanych przez Bibliotekę Publiczną na promenadzie nad Wartą. Rozmawiamy o Śremie („Macie fajnego i bardzo prężnego dyrektora biblioteki”), o muzyce (podobnie jak ja Rafał Śpiewak traktuje tę dziedzinę raczej hobbystycznie, nie jest specjalistą), o programie dzisiejszych i jutrzejszych koncertów.

– Chyba wszystko się uda, prognoza pogody mówi wprawdzie o burzach, te jednak mają się zacząć dopiero po 22.

– To niedobrze, właśnie wtedy będę wracał do Śremu…

Wreszcie zaczyna się koncert. Słuchaczy wita proboszcz parafii Waldemar Gabryś, potem na zaimprowizowaną scenę wchodzi mężczyzna, który opowie nam o prezentowanych utworach. Skąd ja znam ten charakterystyczny głos? To Piotr Matwiejczuk, dziennikarz muzyczny, którego często słyszę w II programie Polskiego Radia, teraz mam okazję poznać go na żywo. Po tych wstępach z zakrystii wchodzą dzisiejsze wykonawczynie:5-osobowy żeński zespół Ensemble Toccante: klawesyn, flet poprzeczny, skrzypce, wiolonczela i wokal.

Kantatę „Singet dem Herrn” Dietricha Buxtehudego (do słów psalmu) słyszę chyba po raz pierwszy, nie mam nawet żadnych płyt z muzyką tego kompozytora, który na przełomie XVII i XVIII wieku był mistrzem dla Bacha, Händla i wielu innych muzyków. Tylko sonata triowa Bacha jest mi znana, w domu mam dwieście kilkadziesiąt płyt z jego muzyką, wszystko, co napisał i co się zachowało, chociaż preferuję inne utwory Bacha, a tego, co napisał na klawesyn, najchętniej słucham na fortepian.

Na koniec najważniejszy (i najobszerniejszy) punkt programu – „Jelińska Stabat Mater” Ewy Fabiańskiej. Jest to prawykonanie nowego utworu muzyki współczesnego (kompozytorka siedzi w pierwszym rzędzie w kościele), kolejne zmierzenie się z tematem, który, jak mówi Piotr Matwiejczuk, w ciągu dziejów zajmował dziesiątki, jeśli nie setki kompozytorów. Jest to prawykonanie, jest rejestrowane i będzie dostępne jako nagranie w Ninotece. Cóż mogę o nim powiedzieć? Podoba mi się, chociaż wolę jednak muzykę baroku – Buxtehudego i Bacha.

Po koncercie kwiaty, sesja fotograficzna…, a ja się zastanawiam, co dalej. Jest 19.20, do spektaklu „Poza czasem” Teatru Akt zostało jeszcze prawie dwie godziny, czy zostać na nim?. Ostatecznie decyduję się na powrót do Śremu – niepokoi mnie ta burza o 22 i wspomnienie ostatnich nawałnic, w dodatku mam kłopoty z oświetleniem roweru. W domu jestem już w nocy, burzy nie było. Może jednak powinienem był zostać na tym spektaklu?

Ensemble Toccante (2)

Po koncercie. Fot. Organizatorzy festiwalu