Drezno

2 grudnia – wyjazd z Biurem Podróży Wawrzynowicz na jarmark bożonarodzeniowy do Drezna. To moja czwarta wizyta w tym mieście. Po raz pierwszy pojechałem tam na początku lat 90., kiedy jeszcze pracowałem w Odlewni Żeliwa, na rozmowy handlowe, na które nasz partner biznesowy umówił się z nami… w restauracji na lotnisku w Dreźnie. Z miasta oczywiście wtedy nic nie zobaczyliśmy, bezpośrednio z lotniska wróciliśmy do Śremu. Na pierwszą właściwą wycieczkę do Drezna pojechałem dopiero w 2007 roku, do Galerii Starych Mistrzów w Zwingerze. Wycieczka była raczej nieudana, obrazy nie bardzo mnie interesowały, a deszcz przeszkodził nam w zwiedzeniu innych obiektów. Rok później pojechałem do Drezna na Noc Muzeów, wybierając jednak nie jedno ze słynnych drezdeńskich muzeów, lecz ośrodek dokumentacyjny byłej Stasi na peryferiach miasta, dokąd dojechałem tramwajem. Po zakończeniu imprezy długo musiałem potem iść pieszo w nocy do centrum i czekać na pierwszy pociąg do Görlitz. Tym razem korzystam z okazji i zabieram się ze śremskim Biurem Podróży Wawrzynowicz, które organizuje wyjazd na jarmark bożonarodzeniowy. Jarmark i zakupy wprawdzie mnie nie interesują, chciałbym przypomnieć sobie drezdeńską starówkę i muzea.

Wyjazd o 6 rano, chętnych było tylu, że biuro podstawiło trzy autobusy, w moim są też znajomi, w tym dawna uczennica, która z podlotka zmieniła się w dorosłą młodą kobietę. Naszym pilotem jest Krzysztof z Poznania; nie zna niemieckiego; jak mówi, specjalizuje się w wyjazdach do Hiszpanii i innych krajów południowych, już po przekroczeniu granicy dużo nam jednak opowiada o Dreźnie, Saksonii, dynastii saskiej na tronie polskim, dynastii Wettynów i historii miasta. Z powodu warunków atmosferycznych (po raz pierwszy w tym sezonie widzę padający za okami autobusu śnieg) podróż trwa aż sześć godzin, wreszcie po 12 docieramy do miasta. Nie kierujemy się od razu na Weihnachtsmarkt, nasz pilot chciałby nam najpierw pokazać dzielnicę po prawej stronie Łaby – Neustadt.

Krótki spacer ulicami miasta, a właściwie miejsce, do którego dochodzimy na koniec spaceru, sprawia, że zmieniam zdanie na temat Drezna, zaczynam doceniać jego urodę. Jesteśmy w Kunsthof Dresden przy Görlitzer Straße, na podwórku artystycznym, a właściwie kilku podwórkach połączonych z sobą, każde ukształtowane w inny sposób, domy z ozdobnymi fasadami. Jeden z nich znam już dobrze z Internetu, a teraz mogę go zobaczyć na własne oczy – dom z fantazyjnie ukształtowanymi – na wzór instrumentów muzycznych – rynnami, podobno w czasie ulewy daje to niezwykłe efekty wizualne i akustyczne, dom, który gra podczas deszczu. Potem jeszcze przejście na Bautzner Straße do podobno najpiękniejszego sklepu mleczarskiego na świecie. Tak się reklamuje sklep założony w 1880 roku przez braci Pfund i może to być prawdą. Sklep, cały wyłożony neorenesansowymi ceramicznymi płytkami, sprawia duże wrażenie na odwiedzających go turystach, a jednocześnie prowadzi normalną działalność handlową. Po jego zwiedzeniu znowu wsiadamy do autobusu i przejeżdżamy na lewą stronę Łaby. Jest już godzina 14. Nasz pilot chce jeszcze pokazać zabytki historycznego centrum Drezna, potem dla każdego czas wolny, ja jednak już teraz odłączam się od grupy. Przyjechałem tu w innym celu, a ponieważ muzea są zamykane już o 18, nie mam zbyt dużo czasu. W planach mam zwiedzenie przede wszystkim wystawy grafik i rysunków Käthe Kollwitz w Gabinecie Rycin w Zamku, potem Galerię Nowych Mistrzów w Albertinum.

* * *

Prace, przede wszystkim grafiki i rysunki Käthe Kollwitz znam z reprodukcji w książkach od dawna, to jest od czasów PRL i NRD, od czasu moich studiów germanistycznych w latach 80. Artystka, chociaż zmarła w 1945 roku, jeszcze przed zakończeniem wojny, została bardzo wcześnie „zaanektowana” przez władze NRD – jej ukazujące kapitalistyczny wyzysk, opowiadające się po stronie biedoty, robotników i Rosji radzieckiej prace bardzo odpowiadały rzecznikom „jedynie słusznej ideologii” tego czasu. W 2006 roku, podczas pierwszy Długiej Nocy Muzeów w Berlinie, w której wziąłem udział, zobaczyłem też jej rzeźbę przedstawiającą matkę opłakującą syna w budynku Nowego Odwachu (Neue Wache) przy ulicy Unter den Linden, który dla Niemców ma takie samo symboliczne znaczenie jak dla Polaków Grób Nieznanego Żołnierza (w czasach NRD odbywały się tu uroczyste zmiany warty). Teraz chciałbym wreszcie zobaczyć jej grafiki i rysunku w oryginale.

Wystawa zorganizowana w drezdeńskim Zamku z okazji 150. rocznicy urodzin Käthe Kollwitz jest rzetelnie przygotowana, niestety pozostawia też pewien niedosyt. Jest duża, ale nie tak duża, jak myślałem. Są wprawdzie pojedyncze prace z jej najsłynniejszych cykli: „Tkaczy” (ilustracji do dramatu Hauptmanna) i „Wojny chłopskiej”, reszta prac wydaje mi się jednak dość przypadkowo dobrana. Brakuje wielu znanych prac, które poruszały moje uczucia już w latach studiów. Ta dość negatywna ocena wystawy wyjaśnia się, kiedy zdaję sobie sprawę, że jej twórcy wykorzystali prace tylko z kolekcji Gabinetu Rycin w Dreźnie, wprawdzie bardzo bogatej, ale nieobejmującej całości ogromnego dorobku artystki. Dlaczego nie wypożyczono prac z innych muzeów i nie zorganizowano wielkiej, przekrojowej wystawy? Drugim problemem jest nadmierne skoncentrowanie się w podpisach prac na kwestiach technicznych związanych z grafiką, objaśnianie metod ich tworzenia, technicznych różnic pomiędzy poszczególnymi wariantami grafik itp. To naturalne zjawisko, kwestie te zawsze są uwypuklane na wystawach graficznych, w przypadku prac Käthe Kollwitz wolałbym jednak koncentrację na aspektach estetycznych, ideowych, nie warsztatowych.

Pozytywnym zaskoczeniem są natomiast prace dotąd całkowicie mi nieznanej południowoafrykańskiej artystki Marlene Dumas (od dawna mieszkającej w Amsterdamie), eksponowane pod tytułem „Hope and Fear”, obok grafik i rysunków Käthe Kollwitz. Wystawa bardzo niewielka, zajmująca tylko jedno pomieszczenie, a w nim trzy cykle akwareli: „Jesus Grizzly”, „Rejects” i „Blindfolded”, to tego kilka pojedynczych prac wyłożonych na stole – łatwy do odczytania protest przeciwko dyskryminacji, odrzuceniu…

* * *

Budynek Albertinum nad Łabą pełnił kiedyś funkcję arsenału i podobnie jak arsenał w Berlinie w XIX wieku został przekształcony w muzeum – obecnie mieści Galerię Nowych Mistrzów (Galeria Starych Mistrzów jest w Zwingerze), czyli obrazy i rzeźby od romantyzmu do współczesności, przy czym już na miejscu stwierdzam, że periodyzację tę należy traktować dość umownie – w budynku zastaję też sztukę starszą, sięgającą nawet głębokiej starożytności.

W zasadzie nie lubię malarstwa romantycznego i realistycznego XIX wieku i ocena ta znajduje swoje potwierdzenie podczas oglądania wystawy. Nie przekonują mnie nawet obrazy tak ikonicznego dla Niemców i Niemiec malarza jak Caspar David Friedrich. Ciekawiej robi się pod koniec XIX wieku i w XX wieku, kiedy realizm ustępuje miejsca modernizmowi. Bardzo dużo znanych mi i słynnych nazwisk – Picasso, van Gogh, Gauguin, Monet, Touluse-Lautrec, do tego niemieccy ekspresjoniści z „Die Brücke” z Ernstem Ludwigiem Kirchnerem, Oskar Kokoschka, Otto Dix, malarze kierunku Neue Sachlichkeit i wielu innych. Sztuka konceptualna i abstrakcyjna epoki powojennej nie robi już na mnie wrażenia, poprzedni okres kilkudziesięciu lat pomiędzy końcem XIX wieku i II wojną światową jest jednak tak ciekawy, że absolutnie nie żałuję, że wybrałem to muzeum.

Oprócz Galerii Nowych Mistrzów na II piętrze w budynku Albertinum jeszcze trzy mniejsze ciągi pomieszczeń na I piętrze i na parterze – Sala Klingera, Sala Mozaikowa i Sala Rzeźb. Maxa Klingera  znałem dotąd tylko z jego grafik, których dużą wystawę widziałem dawno temu w Muzeum Narodowym w Poznaniu. Bardzo ciekawa Sala Klingera zawiera nie tylko jego prace, lecz ogólnie sztukę fin de siècle’u. W Sali Rzeźb stoją między innymi posągi Rodina, w tym projekt słynnego „Myśliciela” Rodina. Wreszcie kilka sal o zagadkowych nazwach „Schaudepot” i Studiendepot”, co można przetłumaczyć jako „magazyn pokazowy” i „magazyn naukowy”. Domyślam się, że to eksponaty z muzealnych magazynów, które dyrekcja Staatliche Kunstsammlungen w Dreźnie postanowiła częściowo udostępnić publiczności. Uczyniła to wprawdzie w formie quasi prowizorycznej: eksponaty, od starożytnego Egiptu i Asyrii po XX wiek, stoją gęsto obok siebie, jakby upchane, w gablotach, brakuje szczegółowych opisów, ale i one mogą być ciekawe, mają dużą wartość historyczną i artystyczną.

W Albertinum spędzam trzy godziny, aż do zamknięcia muzeum. W atrium trwają właśnie przygotowania do wielkiego bankietu na kilkaset osób (z okazji adwentu?) Commerzbanku, kelnerzy uwijają się, ustawiając na stołach sztućce i naczynia. Na koniec wizyty odkrywam też, że w budynku muzeum odbyło się dzisiaj przedstawienie (w wersji audio, ze słuchawkami) miejscowego teatru, zwiedzenie wystawy stałej Galerii Nowych Mistrzów było jednak chyba lepszym wyborem.

W planach na dzisiejszy wieczór miałem też zwiedzenie kościoła Marii Panny (Frauenkirche); niestety, na miejscu okazuje się, że z powodu koncertu (w niedzielę koncert będzie retransmitowany na całe Niemcy, przed gmachem świątyni stoją wozy transmisyjne telewizji ZDF) kościół jest zamknięty. Na telebimie ja i tłumy uczestniczące w jarmarku bożonarodzeniowym  na placu przed kościołem możemy za to zobaczyć transmisję live – koncert w pierwszy dzień adwentu rozpoczyna się od Bacha, potem słyszymy m.in. Mozarta, Haydna, widzimy wnętrza odbudowanej 12 lat temu świątyni. Może kiedyś uda mi się wejść do kościoła i zobaczyć je na własne oczy. Nie zostaję do końca koncertu, chcę jeszcze pochodzić wśród straganów na jarmarku, potem kieruję się już w stronę autobusu. Odjeżdżamy o godz. 20, w Śremie będziemy o pierwszej w nocy.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.