Bilans 2017

Kolejny rok wypraw rowerowych za mną. Niestety mniej udany niż poprzedni, między innymi ze względu na niesprzyjającą pogodę. W poprzednim roku byłem sześć razy we Wrocławiu, w tym roku tylko dwa; w 2016 roku imprezy kulturalne we Wrocławiu były też jednak o wiele bardziej interesujące – Wrocław był wtedy Europejską Stolicą Kultury. Dużo ciekawych imprez było za to w Poznaniu. Niestety znowu nie byłem w górach ani nad morzem. Po dwóch latach przerwy udało mi się natomiast znowu pojechać do Niemiec – na Długą Moc Muzeów do Berlina i do Drezna (obie wycieczki bardzo udane).
Styczeń
6 stycznia – Błażejewo, kościół pw. św. Jakuba Apostoła
21 stycznia – Poznań: Muzeum Narodowe (wykład na temat „Święta Jordanu” Teodora Axentowicza)
– Biblioteka Raczyńskich (wystawa dawnych kalendarzy „Po co są dni”)
– Galeria Miejska Arsenał (wystawa „Kruchość materii” Kazimierza Kalkowskiego)
28 stycznia – Rogalin: Galeria Obrazów
Luty
5 lutego – Poznań: Dalineum
12 lutego – Lubiń: kościół pw. Narodzenia Najświętszej Marii Panny
18 lutego – Poznań: Targi Turystyczne Tour Salon
25 lutego – Poznań: Biblioteka Raczyńskich (wystawa „Rocznice powstania wielkopolskiego”)
– Muzeum Archeologiczne (wystawa dawnych butów „Każdy krok zostawia ślad”)
– Galeria Miejska Arsenał (wystawa Jerzego Piotrowicza)
– Muzeum Henryka Sienkiewicza (wernisaż wystawy „Autografy sławnych ludzi”)
Marzec
4 marca – Poznań: Biblioteka Raczyńskich (I Wielkopolskie Forum Pamięci Narodowej)
12 marca – Poznań: Muzeum Narodowe (wystawa „Piotrowicz i goście” i wykład „Piotrowicz – historia sztuki i film”)
19 marca – Kościan: Muzeum Regionalne (wystawa „Bohaterowie 1918-1919” i wystawa fotografii Karola Budzińskiego „Wielkopolska – tu warto być, to warto zobaczyć”); w drodze powrotnej:
– Wizyta w schronisku dla zwierząt w Gaju
25 marca – Poznań: Zamek Cesarski (wystawa „Złe kobiety”)
– Targi Edukacyjne, Targi „Książka dla Dzieci, Młodzieży i Rodziców” i Poznańskie Targi Książki Naukowej i Popularnonaukowej
Kwiecień
1 kwietnia – Poznań: Teatr Muzyczny (Krakowski Salon Poezji Anny Dymnej, „Kwiaty polskie” Juliana Tuwima)
– Biblioteka Raczyńskich (wystawy „Celtyckie odrodzenie” i „Posnaniana 2016”)
– Biblioteka Uniwersytecka (wystawa „Polski Paryż romantyczny”)
8 kwietnia – Poznań: Muzeum Etnograficzne (wernisaż wystawy „Romowie ≠ Cyganie”)
22 kwietnia – Leszno: Teatr Miejski („Zagraj to jeszcze raz, Sam” Woody Allena, wyjazd na spektakl autobusem ze Śremskim Stowarzyszeniem Przyjaciół Teatru)
30 kwietnia – Poznań: udział w nabożeństwie w kościele prawosławnym pw. św. Mikołaja
– Zamek Cesarski (wystawa World Press Photo)
Maj
6 maja – Leszno: Teatr Miejski („Abonament na szczęście”, wyjazd na spektakl autobusem, organizowany przez Bibliotekę Publiczną w Śremie)
13 maja – Leszno: Teatr Miejski („Tajemnica Tomka Sawyera”, wyjazd na spektakl autobusem, organizowany przez Bibliotekę Publiczną w Śremie)
14 maja – Poznań: Akademia Muzyczna (poranek z muzyką akordeonową)
– Muzeum Narodowe (wystawa „A-geometria. Hans Arp i Polska”)
20 maja – Poznań: Noc Muzeów
– Muzeum Narodowe (wystawa grafik „Błędne koło” Janusza Przybylskiego, trzy wykłady o twórczości Przybylskiego i „Błędnym kole” Malczewskiego, dwa wykłady o Poznańskim Towarzystwie Przyjaciół Nauk i Sewerynie Mielżyńskim)
– Muzeum Archeologiczne (spotkanie z prof. Karolem Myśliwcem)
27 maja – Poznań: Muzeum Narodowe (wykład o „Starej Bretonce” Władysława Ślewińskiego)
27 maja – Poznań: Muzeum Henryka Sienkiewicza (wystawa „Moś to był ktoś”)
– Biblioteka Raczyńskich (wystawa „Na poznańską mod(ł)ę. W XIX-wiecznej garderobie”)
– Galeria Miejska Arsenał (Poznańska Wiosna Gitarowa)
Czerwiec
3 czerwca – Ląd: Festiwal Kultury Słowiańskiej i Cysterskiej (udział w konferencji popularnonaukowej „Grody i miasta”)
11 czerwca – Trzemeszno: bazylika pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Po drodze zwiedzanie kościołów w Nekli, Czerniejewie i Pawłowie
15 czerwca – Środa Wlkp.: kolegiata pw. Najświętszej Marii Panny Wniebowziętej
18 czerwca – Wrocław: Pawilon Czterech Kopuł
24 czerwca – Poznań: Zamek Cesarski (udział w konferencji naukowej „Architektura okresu III Rzeszy w Polsce”)
– Biblioteka Raczyńskich (wystawa medali i rzeźb Józefa Stasińskiego)
– Galeria Miejska Arsenał (wystawy „Teledyski animowane” Łukasza Rusinka i „Płot” Dominika Lejmana)
Lipiec
1 lipca – Szreniawa: Muzeum Rolnictwa (wystawy „Przyjaciel wolności, ludu, cnót i prawa. Tadeusz Kościuszko w 200. rocznicę śmierci”, „Pyrlandia w obiektywie artystów” i „Mniejszości narodowe i etniczne w Polsce”)
8 lipca – Kalisz: Muzeum Okręgowe (wystawy „Kulisiewicz i zwierzęta” i „Sport w Kaliszu”)
15 lipca – Dobrzyca: Muzeum Ziemiaństwa (wystawa „Józef Wybicki i jego czasy”)
– Jarocin: festiwal w Jarocinie i zwiedzenie wystawy stałej w Spichlerzu Polskiego Rocka
23 lipca – Jutrosin: kościół pw. św. Elżbiety
30 lipca – Kościan: kościół pw. Najświętszej Marii Panny Wniebowziętej
– Muzeum Regionalne (wystawa „Park Krajobrazowy im. gen. Dezyderego Chłapowskiego w fotografiach Marka Chwistka”)
Sierpień
6 sierpnia – Leszno: Muzeum Okręgowe (wystawy „Stolice wielkopolskiego protestantyzmu. Leszno i Śmigiel. Współistnienie wyznań” i „Z atelier artystów wielkopolskich”)
12 sierpnia – Poznań: Muzeum Etnograficzne (spotkanie „Romanipen, czyli co to znaczy być Romem”)
– Muzeum Bambrów Poznańskich
– Galeria Miejska „Arsenał” (wystawy „Zaćmienie” Izabeli Sitarskiej i „POP – Polska Okładka Płytowa”)
15 sierpnia – Mórka: kościół pw. Najświętszej Marii Panny Wniebowziętej
19 sierpnia – Berlin: Długa Noc Muzeów. Wyjazd pociągiem i autobusem
– Miejsce Pamięci Muru Berlińskiego
– Topografia Terroru
– Martin-Gropius-Bau (wystawy „Der Luthereffekt“, Der ganze Prozess“, grafiki Luciana Freuda)
– Niemieckie Muzeum Szpiegostwa
– Ottobock Science Center
– Max Liebermann Haus (wystawa fotografii Bernarda Larssona)
26 sierpnia – Leszno: Leszno Barock Plus Festival
Wrzesień
2 września – Wrocław: Pałac Królewski (wystawy „Artyści śląscy 1845-1945”, „Nowy poczet władców Polski” i „Kresy południowo-wschodnie na przedwojennej pocztówce”)
9 września – Poznań: Ogólnopolski Kongres Kobiet
16 września – Biblioteka Raczyńskich (wystawa „„Solum Verbum – Reformacja i słowo XVI-XVIII wiek” i wystawa fotografii „Przyroda Wielkopolski” Wojciecha Nawrockiego)
– Galeria Miejska „Arsenał” (wystawa „Polki, patriotki, rebeliantki”)
– Wielkopolskie Muzeum Wojskowe (wystawa „Legia Cudzoziemska. Polacy w służbie Francji” i wykład o wojskach spadochronowych Legii Cudzoziemskiej)
23 września – Poznań: Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny Halina Czerny-Stefańska in memoriam
30 września – Manieczki: spektakl „Kulig” Józefa Wybickiego
30 września – Leszno: Teatr Miejski („Małe zbrodnie małżeńskie”, wyjazd na spektakl autobusem ze Śremskim Stowarzyszeniem Przyjaciół Teatru)
Październik
1 października – Poznań: Muzeum Narodowe (wystawa „Szczeliny wolności”)
7 października – Poznań: Muzeum Sztuk Użytkowych
– Muzeum Historii Miasta Poznania (wystawa Józefa Kaliszana)
8 października – Gostyń: Festiwal Muzyki Oratoryjnej „Musica Sacromontana”
14 października – Miłosław: uroczystość wręczenia Nagrody Kościelskich
21 października – Poznań: Zamek Cesarski (wystawa „Frida Kahlo i Diego Rivera. Polski kontekst”)
– Muzeum Narodowe (wykłady Justyny Borkowskiej o twórczości Witkacego i Grażyny Hałasy o cyklu „Błędne koło” Janusza Przybylskiego)
Listopad
1 listopada – Bnin: cmentarz parafialny
– Kórnik: kościół pw. Wszystkich Świętych
4 listopada – Poznań: Festiwal Słowa w Piosence „Frazy” (przesłuchania finałowe Ogólnopolskiego Konkursu Piosenki Autorskiej im. Jacka Kaczmarskiego)
– Biblioteka Raczyńskich (wystawy „Kto oprócz Hrabala? Kto oprócz Tokarczuk? Czeska i polska literatura w przekładach” i „Lodorosty i bluszczary” Jerzego Ficowskiego)
– Biblioteka Uniwersytecka (wystawy „Bobkowski. Chuligan wolności”, „Kalliope Austria. Kobiety w społeczeństwie, kulturze i nauce” i wystawa poświęcona Aleksandrowi Birkenmajerowi)
– Galeria Miejska „Arsenał” (wystawy „Porozmawiajmy o śmieciach” i „Ryby, kamienie, telewizory” Adriana Kolarczyka i Marii Stożek)
12 listopada – Poznań: udział w nabożeństwie w kościele greckokatolickim pw. Opieki Matki Bożej
18 listopada – Poznań: Teatr Wielki („Cyrulik sewilski, wyjazd na spektakl autobusem ze Śremskim Stowarzyszeniem Przyjaciół Teatru)
25 listopada – Poznań: oprowadzanie po mieście, wycieczka poświęcona mniejszości niemieckiej w Poznaniu
– Biblioteka Raczyńskich (wystawy „Wielkopolscy bibliofile” i „Laboratorium sztuki”)
– Biblioteka Uniwersytecka (wystawa poświęcona Stefanowi Tytusowi Dąbrowskiemu)
– Galeria Miejska „Arsenał” (XPrint Festiwal Książek Fotograficznych, wystawy „The Real World” Martina Parra i „Grimaces of the Weary Village” Rimaldasa Vikšraitisa)
Grudzień
2 grudnia – Drezno: wyjazd autobusem z Biurem Turystycznym Wawrzynowicz na jarmark bożonarodzeniowy
– Kunsthof Dresden przy Görlitzer Straße
– Sklep mleczarski przy Bautzner Straße
– Wystawa grafik i rysunków Käthe Kollwitz w Gabinecie Rycin w Zamku Rezydencyjnym
– Galeria Nowych Mistrzów Albertinum
9 grudnia – Kórnik: Zamek
17 grudnia – Kościan: Muzeum Regionalne (wystawa „Kościańska konspiracja wojskowa 1939-1945”)
26 grudnia – Puławy: Kordegarda (wystawa „Wojciech Weiss – powrót do Puław”), przy okazji wizyty u rodziny
30 grudnia – Poznań: Biblioteka Raczyńskich (wystawa „Widziałem wielu bogów” Romana Brandstaettera)
– Biblioteka Uniwersytecka (wystawa „45 lat filmoznawstwa na UAM w Poznaniu”)
– Galeria Miejska „Arsenał” (wystawy „Punctum. Architektura krytyczna” Jarosława Kozakiewicza i „Hortus” Wojciecha Kołacza)

Wojciech Weiss – Powrót do Puław

W budynku południowej kordegardy pałacu Czartoryskich w Puławach mieszkałem przez pierwsze cztery lata mojego życia, dopóki w 1967 roku nie przeprowadziliśmy się do bloku Instytutu Uprawy, Nawożenia i Gleboznawstwa przy ulicy Izabeli. Właściwie nic nie zapamiętałem z tych pierwszych czterech lat, byłem zbyt mały, aby ówczesny świat trwale odcisnął się w mojej pamięci, a moja wiedza o tych pierwszych czterech latach życia ogranicza się do opowieści rodziców i nielicznych fotografii. Mimo to budynek ten, obecnie siedziba informacji turystycznej, do której czasami zachodzę podczas moich wizyt w Puławach, malowniczo położony nad fosą oddzielającą kompleks pałacowy od ulicy Czartoryskich, do tej pory ma dla mnie szczególne znaczenie.

Od 2013 roku w puławskiej kordegardzie mieści się galeria sztuki – nie, nie w tym samym budynku, w którym spędziłem pierwsze cztery lata mojego życia, tylko jego położonym po północnej stronie od wjazdu do pałacu odpowiedniku, w którym również była siedziba straży pałacowej Czartoryskich. Odwiedziłem tę galerię dopiero teraz – 26 grudnia, chcąc zobaczyć wystawę „Wojciech Weiss – powrót do Puław”.

Nie wiem, czy wcześniej w kordegardzie pokazywano prace artystów tej klasy co Wojciech Weiss; z tego, co wiem, w galerii dotychczas prezentowano prace głównie współczesnych puławskich plastyków. Obrazy, grafiki i rysunki Wojciecha Weissa znam dość dobrze, przede wszystkim z Muzeum Narodowego w Poznaniu i galerii w Rogalinie, widziałem je również w Muzeum Narodowym w Warszawie i Muzeum Narodowym we Wrocławiu. Jest dla mnie jednym z najwybitniejszych malarzy Młodej Polski, chociaż stworzył też wiele ciekawych dzieł w międzywojniu, a jego najsłynniejszy (i ostatni) obraz – „Manifest” z 1950 roku – to czystej wody socrealizm.

Prace – akwarele i rysunki – Wojciecha Weissa pokazywane w kordegardzie są owocem pleneru – pobytu artysty w Puławach w 1918 roku. Rysunki (ołówkowe i węglem) ukazują przede wszystkim drzewa i aleje w puławskim parku. Chociaż to sztuka w pełni realistyczna, można w niej dostrzec, również dzięki jej czarno-białemu kolorytowi, ekspresjonistyczne patrzenie artysty na świat – ekspresję nieujarzmionej do końca przez człowieka natury.

Ciekawsze dla mnie, cieplejsze są akwarele ukazujące architekturę puławskiego parku. Zwiedzającym najbardziej podoba się przedstawienie skąpanej w słońcu kolumnady i podcienia Domu Gotyckiego; dla mnie największe wrażenie wywarł obraz ukrytej za drzewami Świątyni Sybilli.

Pokazywane w niewielkim pomieszczeniu galerii w Puławach prace Wojciecha Weissa wprawdzie nie mają tej klasy artystycznej co widziane przeze mnie w muzeach w Poznaniu i Rogalinie. Są tylko impresjami z jednego z wielu plenerów, w których artysta brał udział; obecnie są własnością wnuczki Weissa, która udostępniła je galerii. O wiele większą wartość mają jego obrazy olejne z okresu Młodej Polski, także pastelowe portrety. Mają jednak wartość sentymentalną – jako obrazy mojego rodzinnego miasta.

Muzeum Regionalne w Kościanie – Kościańska konspiracja wojskowa 1939-1945

17 grudnia – wyjazd na wystawę czasową do muzeum w Kościanie, wyjątkowo w niedzielę, ponieważ sobotę miałem zajętą (zaproszenie na ślub znajomej w Śremie). Ale to i lepiej, dzięki temu po przyjeździe do Kościana jeszcze przed otwarciem muzeum będę miał okazję po raz kolejny przypomnieć sobie miejscową farę. Trafiam akurat na końcówkę mszy; po nabożeństwie widok, który w tym kościele zawsze mnie fascynował – pod epitafiami, w narożach nawy gromadzą się grupki osób, chyba członków parafialnych grup modlitewnych, osobno kobiety i osobno mężczyźni, rozmawiają, przekazują sobie informacje i przede wszystkim dzielą się  opłatkiem i składają sobie życzenia z okazji zbliżających się świąt. W śremskich kościołach takiego zwyczaju nie ma.

W Muzeum Regionalnym w kościańskim ratuszu wita mnie młody mężczyzna, z którym już kilkakrotnie miałem okazję się spotkać – ostatnio na wystawie fotografii z Parku Krajobrazowego im. Dezyderego Chłapowskiego, która była eksponowana w głównej sali wystaw czasowych. Obecna wystawa „Kościańska konspiracja wojskowa 1939-1945” jest mniejsza od tamtej, nie jest pokazywana w głównej sali, lecz w przejściu pomiędzy pomieszczeniami i różni się formą ekspozycji – chociaż na wystawie jest też trochę książek, medali czy nawet książeczka pracy (Arbeitsbuch) należąca do jednego z członków konspiracji, wystawa ma charakter przede wszystkim planszowy. Nie bardzo lubię tej formy prezentacji, w muzeach wolę autentyczne przedmioty, a plansze tylko jako konieczne ich uzupełnienie, objaśnienie, chętnie zapoznam się jednak z wystawą i podzielę się wrażeniami z niej z pracownikiem muzeum.

– Ciekawe… Moje ogólne wrażenie z wystawy jest takie, że działalność konspiracyjna w Kościanie była bardziej rozwinięta niż w Śremie. Więcej nazwisk, organizacji. W Śremie prawie ich nie było, a i dzisiaj znajomość tej tematyki jest raczej powierzchowna. Pamiętam, jakiś czas temu przyszedł do mnie klient mieszkający w Śremie przy ulicy Adamskiego. Kiedy zapytałem go, kim był ten Adamski, odpowiedział, że jakimś muzykiem. Rzeczywiście przed wojną grał na trąbce w orkiestrze harcerskiej, ale zasłużył się przede wszystkim jako konspirator w Związku Walki Zbrojnej; został aresztowany i stracony w więzieniu na Młyńskiej. Może więc i w Śremie była żywa działalność konspiracyjna, tylko mało o niej wiemy. Przydałaby się taka wystawa w Śremie. O pewnych formach ruchu oporu, które były tu w Kościanie, w Śremie w ogóle jednak nie słyszałem, na przykład o skrytkach na broń, materiały wybuchowe itp., które w Kościanie i Czempiniu pozostawiło wycofujące się wojsko, do wykorzystania przez polskich dywersantów, do którego to wykorzystania zresztą nie doszło. W Śremie chyba tego nie mieliśmy.

– Może z tego powodu, że w Śremie była jednostka wojskowa, garnizon – zauważa mężczyzna.

– Możliwe. W pierwszych dniach września w Śremie stacjonował też sztab Wielkopolskiej Brygady Kawalerii, który kierował obroną całej południowo-zachodniej Wielkopolski, w kampanii wrześniowej Śrem odegrał więc trochę inną rolę. Potem, już po zajęciu przez Niemców, w ramach akcji „Tannenberg” doszło do pamiętnej publicznej egzekucji 20 października, która była częściowo następstwem sądu polowego i rozstrzelania w śremskim parku 3 września Niemców z Leszna przez wycofujące się polskie oddziały.

– W Kościanie taka egzekucja odbyła się 23 października, też była odpowiedzią na rzekome zamordowanie Niemca przez Polaków, w rzeczywistości była to niemiecka prowokacja.

– Na jednej z pierwszych plansz widzę tu siedzibę starostwa z podpisem o „znienawidzonym” landracie dr. Liese. Dlaczego znienawidzonym?

– Bardzo negatywnie zapisał się w pamięci miejscowej ludności, również z powodu wspomnianej egzekucji. Pisał nawet do gauleitera Greisera z żądaniami zaostrzenia terroru wobec Polaków. Podobno walczył potem w Afrika-Korps i znalazł się w niewoli w Kanadzie, ale do końca nie wiadomo, co się z nim stało.

– Interesujące… Ja w 2008 roku, podczas wycieczki rowerowej w Niemczech, spotkałem wnuka landrata śremskiego – Hermanna Mittendorfa. Poszukałem wtedy w źródłach, popytałem starszych śremian i okazało się, że zapamiętali go raczej pozytywnie. Po wojnie miał sprawę sądową, groziła mu kara śmierci, ale dzięki wstawiennictwu Polaków uniknął wyroku. Oczywiście wysłałem potem wnukowi do Niemiec informacje o jego dziadku, podziękował i obiecał, że przekaże je rodzinie.

Rozmawiamy jeszcze o wielu innych sprawach; przechodzę do kolejnych plansz, na których jest przedstawiona historii Armii Narodowej, Związku Walki Zbrojnej w Kościanie, sylwetki poszczególnych konspiratorów, w tym członków tak zwanego Paktu Czterech. Na końcu wystawy plansze poświęcone Batalionom Chłopskim i Szarym Szeregom; nie mogło oczywiście zabraknąć Floriana Marciniaka, naczelnika harcerskiej organizacji Szare Szeregi.

– W Śremie też o nim pamiętamy, podobnie jak o Dezyderym Chłapowskim, ma swoją ulicę, ale Kościan ma oczywiście do niego większe prawo, w końcu urodził się w Gorzycach pod Czempiniem, na ziemi kościańskiej.

Na wystawie i rozmowie z pracownikiem muzeum spędzam ponad godzinę. Czy Muzeum Śremskie wpadnie kiedyś na pomysł zorganizowania podobnej wystawy?

Wesele

Jako tłumacz przysięgły już od ponad 20 lat tłumaczę uroczystości zaślubin – w USC i kościele, huczne i skromne, takie, które się długo pamięta, i takie, o których szybko się zapomina. Oto wspomnienie jednej z nich. Z oczywistych powodów nie podaję miejsca ani czasu. Powiem tylko, że było to już jakiś czas temu i – nie w Śremie.

Po załatwieniu wszystkich formalności (złożenie zapewnień o braku przeszkód do zawarcia małżeństwa, o nazwisku noszonym po zawarciu małżeństwa), w których jako tłumacz też musiałem uczestniczyć, przyszedł wreszcie wielki dzień – zaplanowany ślub w USC w X. Nie mam samochodu, jak zwykle poprosiłem więc pannę młodą o podwiezienie mnie ze Śremu.

Młody mężczyzna podjeżdża w sobotę o umówionej godzinie, a nawet kwadrans wcześniej. Nie szkodzi, jestem już gotów. Podczas jazdy rozmawiamy między innymi o moich wycieczkach rowerowych, o ślubie. Ilu będzie gości? Około 50. A z Wielkiej Brytanii? Mój rozmówca nie wie dokładnie, pewnie około 10, rodzice pana młodego w każdym razie nie przyjadą – za daleko i mają trochę kłopotów ze zdrowiem. Po drodze jeszcze zatrzymamy się w jego domu, musi się przebrać.

Zatrzymujemy się w wiejskim gospodarstwie. Na podwórzu stoi samochód z brytyjską rejestracją – zawiezie jednak innych gości; wiem też już, że państwo młodzi pojadą do ślubu maluchem. Przebranie się i przygotowanie zabiera mojemu kierowcy kilkanaście minut, tymczasem na podwórko schodzą inni mieszkańcy domu – starszy mężczyzna i kobieta (rodzice panny młodej?) i młodzież – chłopcy w białych koszulach, młoda dziewczyna. Starszy mężczyzna jest ubrany w garnitur, ale bez krawata. Witamy się.

– Dojedziemy na czas? – pyta. – Bo na drogach chu…, to znaczy kiepsko; wiadomo: żniwa, maszyny rolne.

Zdążymy, mamy wystarczająco dużo czasu. Wsiadamy w pięcioro do samochodu i ruszamy już w kierunku X.

– Ale to szambo u nas śmierdzi – zauważa mężczyzna – idzie chyba na zmianę pogody.

– Pan często uczestniczył w takich ślubach. Wie pan, czy rodzice błogosławią w USC młodej parze? – pyta mnie kobieta, chyba matka panny młodej.

– Błogosławi się przed wyjściem z domu – wyjaśnia mój kierowca.

*

Przed USC jesteśmy rzeczywiście z wystarczającym zapasem czasu. Dużo gości, ale panny młodej jeszcze nie ma. Centralne miejsce zajmuje czerwony maluch, za którym przykucnął znany mi już pan młody, jest w wesołym nastroju i… popija żubra z puszki. Kilka już opróżnionych puszek jest doczepionych do malucha, będą hałasować podczas jazdy. Obok pana młodego stoją dwie kobiety – jedna, o ciemnym kolorze skóry, jest na pewno Brytyjką, druga wylewnie wita się ze mną – również po angielsku.

– Też kiedyś miałem malucha i, proszę mi wierzyć, też był czerwony – zaczynam rozmowę

– O, to może to ten sam? A zauważył pan, że mam fryzurę w stylu Marylin Monroe?

– Niestety nie znam się na tym.

– Ale moja fryzjerka się zna i mi powiedziała. Tak poza tym jestem Polką, nie Angielką, tylko mieszkam w Wielkiej Brytanii – dodaje, przechodząc na polski.

Wchodzę do USC, aby domówić wszystkie sprawy związane ze ślubem, który ma się rozpocząć już za 10 minut. Z dwiema urzędniczkami ustalamy szczegóły tłumaczenia przemówienia i przysięgi małżeńskiej, złożenia podpisów, przystawienia pieczęci. Panny młodej wciąż nie ma, wreszcie jako pierwszy do sali ślubów (jest bardzo mała, na pewno nie pomieści wszystkich 50 gości, którzy się dzisiaj zjawią) wchodzi pan młody. Siada na miejscu panny młodej, urzędniczka prosi mnie, abym taktownie zwrócił mu na to uwagę – panna młoda powinna siedzieć po jego prawej stronie. Po chwili pan młody pyta o toaletę. Kiedy żartobliwie wyjaśniam pani kierownik USC, że pewnie wypił za dużo piwa przy maluchu, jej twarz lekko się zmienia. Po chwili mówi:

– Wie pan, zaskoczył mnie pan tą uwagą o alkoholu. W tej sytuacji nie wiem, czy możemy przyjąć to oświadczenie o zawarciu małżeństwa…

– Ależ nie, nie jest pijany. Oczywiście, że mogą państwo udzielić ślubu.

Większość gości wciąż jest na zewnątrz, do środka zagląda tylko kobieta z około dziesięcioletnim synem.

– Też się uczysz angielskiego? – pochylam się nad nim. – Możesz porozmawiać z panem.

Trochę zawstydzony chłopiec staje przed panem młodym i mówi:

– I don’t speak English.

– Of course, you do. You are speaking English – śmieje się pan młody, w coraz lepszym humorze, po czym… zaprasza mnie na wesele, które odbędzie się zaraz po ślubie. Czemu nie? Jest sobota po południu, a ja dzisiaj już nie mam innych obowiązków.

Wreszcie sala ślubów się zapełnia – na samym końcu zjawia się spóźniona panna młoda. W białej sukni i wianku na głowie wygląda prześlicznie. Ojciec zgodnie z nowym, anglosaskim zwyczajem przyprowadza ją panu młodemu, małe dziewczynki w białych sukienkach sypią kwiaty, bo bokach stoją dziewczęta – druhny w długich sukniach o pastelowych barwach, stylizowanych na epokę empire, mają też starannie dobrane fryzury (interesuję się historią mody i potrafię to docenić). Miejsca jest rzeczywiście bardzo mało, wszyscy musimy uważać, aby się wzajemnie nie potrącać, część gości stoi na zewnątrz sali.

Kluczowy moment uroczystości – złożenie przysięgi. Pan młody radzi sobie z nią znakomicie, powtarzając za mną słowa tłumaczenia; pannie młodej załamuje się głos, kiedy ma wymienić imię i nazwisko swojego przyszłego męża – stress, wzruszenie, radość…, wszystko w jednym. Jeszcze tylko obrączki, która na poduszce wręcza mały chłopiec („Brawo, świetnie wykonałeś zadanie”, chwali go ktoś z rodziny), podpisy, pamiątkowe zdjęcia z panią kierowniczką USC i ze mną (fotografem jest młoda kobieta, pewnie też ktoś z rodziny) i możemy wyjść z budynku.

*

Dość często jestem zapraszany na wesela zaraz po ślubie. Kiedy jest to w sobotę i nie mam innych obowiązków, chętnie przyjmuję zaproszenie – jest to w końcu okazja do poznania nowych ludzi, wyrwania się z domu.

Do restauracji, w której odbędzie się wesele, jest kilka kilometrów, zabieram się więc samochodem z parą w średnim wieku, jednymi z gości. Podczas krótkiej jazdy rozmawiamy między innymi o ich córce, która uczy się jeszcze w liceum. Interesuje się angielskim, właśnie zdała egzamin Cambridge, na którym uzyskała najwyższą ocenę, chwali się mama, ale córka chciałaby studiować muzykę (chodzi też do szkoły muzycznej). Tata z kolei chciałby, aby studiowała architekturę. Co jest lepsze?

– Niewielu absolwentów Akademii Muzycznej robi prawdziwą karierę, podobnie jest po Uniwersytecie Plastycznym – odpowiadam. – Aby studiować architekturę, musiałaby z kolei być dobra z rysunku.

– Jest dobra – odpowiada mama. – Ale nie uważa pan, że język byłby najlepszym wyborem? Bo ta muzyka,,,

– Niestety wśród anglistów teraz też jest bezrobocie, zwłaszcza w takich małych ośrodkach jak mój Śrem. Wcale nie jest tak różowo, jak było jeszcze w latach 90. Mogłaby studiować jednocześnie muzykę i anglistykę, obecnie to powszechne. A najlepiej niech idzie za własnymi zainteresowaniami.

– A ja już myślałam, że pomoże mi pan przekonać córkę…

Po przyjechaniu na miejsce musimy jeszcze zaczekać na państwa młodych. Nie znam tu nikogo, jestem więc trochę na uboczu (ktoś z rodziny panny młodej pyta mnie: „A pan jeszcze będzie coś tłumaczył?”, „Zostałem zaproszony na wesele” odpowiadam), nawiązuję jednak rozmowę z kilkoma osobami: rodzicami państwa młodych, dwiema parami małżeńskimi i poznaną już Polką-Angielką („A zauważyłeś, że mam fryzurę w stylu Marylin Monroe?”, pyta właśnie kogoś innego).

– A co trzeba zrobić, aby zostać w Polsce tłumaczem przysięgłym? Skończyć studia? – pyta Polka-Angielka.

– To nie wystarczy. Trzeba zdać bardzo trudny egzamin. Zdaje go tylko 20 procent kandydatów.

– I pan go zdał?  O, jaki pan mądry. To chyba wasza pierwsza córka wychodzi za mąż – Polka-Angielka zwraca się z kolei do rodziców panny młodej.

– Druga. Pierwsza zginęła lata temu w wypadku – zostały nam tylko jej córki, nasze wnuczki, które są dzisiaj druhnami.

– Ach, rzeczywiście, tak mi przykro. No, ale na pewno jest dzisiaj z nami, patrzy na nas z góry. Ale wnuczki bardzo ładne. A ten pani wnuk, też niczego sobie. Ile ma lat?

– 17.

– Chyba trochę za młody dla pani? – zauważam.

– Ha-ha – śmieje się Polka-Angielka. Nie zamierzam… To zresztą byłoby nielegalne.

– Nie byłoby. W Polsce „the age of consent” wynosi 15 lat.

Wreszcie nadjeżdżają państwo młodzi, którzy małuchem z doczepionymi puszkami po piwie objechali chyba całe miasteczko. Prowadzi sam pan młody. Co by się stało, gdyby podczas tej jazdy skontrolowała go policja alkomatem? Trafilibyśmy na nagłówki gazet w całej Polsce, a na pewno w powiecie. Na szczęście do tego nie doszło. Teraz możemy już wejść do restauracji. Pan młody, w szampańskim nastroju, bierze pannę młodą na ręce, chcąc przenieść ją przez próg i… przewraca się z nią na klombie przed lokalem. Nic się nie stało, druga próba kończy się już powodzeniem, możemy wejść do restauracji, w której, wraz z naszym wejściem, z głośników rozlega się „Wiosna” Vivaldiego.

Szampan, życzenia, prezenty. Również ustawiam się w kolejce, aby złożyć życzenia, kiedy nieoczekiwanie podjeżdża też pani kierowniczka USC – okazało się, że zapomniała poprosić mnie o złożenie podpisu i przyłożenie pieczęci na jednym dokumencie („Całe szczęście, że zaprosili pana na to wesele, bo byłby problem”), po uzupełnieniu mogę wrócić na salę), gdzie goście siadają już przy stolikach (każdy ma wyznaczone miejsce).

– Niech pan sobie znajdzie jakieś wolne miejsce – mówi panna młoda. Mężczyzna, który mnie przywiózł ze Śremu (jej brat?) wykazuje większą dbałość, znajduje dla mnie miejsce przy jednym ze stolików, przy okazji proszę go jeszcze o załatwienie sprawy płatności za tłumaczenie, jeszcze nie zostało to załatwione.

– Oczywiście, porozmawiam, Najwyżej to ja panu zapłacę, kiedy będę pana odwoził.

I znowu trafiam w całkiem mi nieznane towarzystwo. Ale nie jest źle, jedną z par przy moim stoliku już poznałem – podwieźli mnie tu z USC. Drugiej pary nie znam (mąż musi jutro, w niedzielę, pracować, nie zostaną więc długo), trzecia para przyjechała na wesele z trójką małych dzieci – najstarszy syn ma pięć lat, najmłodsze dopiero trzy miesiące. Muszą się nimi cały czas zajmować, możemy też jednak porozmawiać. Okazuje się, że żona też jest germanistką, studiowała w prywatnej Wyższej Szkole Języków Obcych w Poznaniu.

– Ale jak ja nie lubię tego języka…. Na szczęście nie pracuję w tym zawodzie. To znaczy pracuję w niemieckiej firmie, ale nawet teraz, mimo że pracuję z Niemcami, nie polubiłam go. Pan też jest germanistą? Studiował pan na Uniwersytecie Warszawskim? No, ale pan to inna klasa, ja nie mam szans zostać tłumaczką przysięgłą.

Nie rozmawiamy dużo, dzieci bardzo absorbują kobietę, zwłaszcza najmłodsze trzeba co chwilę karmić z butelki. W pewnym momencie z lekko zachmurzoną miną podchodzi do nas młoda kobieta, która cały czas robi zdjęcia na  weselu.

– Wy, a jedno z tych małych powiedziało mi, że dorośli powiedzieli im, że pani fotograf jest modelką. To prawda?

– My? Ależ skąd.

– No, bo już myślałam… Przecież ja nie jestem żadną modelką.

Powracamy do rozmowy przy stole, w której nie udzielam się bardzo, przecież tu nikogo nie znam, rozmowy toczą się o rodzinie, o wcześniejszych weselach, o zaletach i (częściej) wadach krewnych i znajomych. W pewnym momencie goście przy sąsiednim stoliku zajętym chyba przez Anglików (siedzi tam też moja Polka-Angielka) odwracają się w naszą stronę i patrzą na mnie, pewnie stałem się tematem ich rozmowy.

Po szampanie obiad: zupa, drugie danie, wino, od wódki się wymawiam („O, widzę, że pan też tańczy na stole po mocnych alkoholach, tak jak ja”, mówi jedna z moich sąsiadek), przewidziano jeszcze lody, na których jednak już nie zostanę. Zaczynają się tańce, a ja czuję, że już czas na mnie. Żegnam się już z moimi towarzyszami przy stoiku i opuszczam wesele, które szybko się rozkręca i potrwa pewnie do rana. Odwiezie mnie również brat panny młodej, który mnie tu przywiózł. I jeszcze tylko sprawa płatności, już na miejscu w Śremie.

– Myślałem, że już panu zapłacili. Jak to uzgadnialiście? Czy zapłacą panu przelewem?

– Nie, jeszcze nie zapłacili. Ostatnio była płatność gotówką. Myślałem, że pan to załatwił z parą młodą, jak prosiłem o to na początku wesela. Może pan zapytać…

– Teraz nie będę dzwonił. A ta cena uwzględnia też, że pana podwiozłem? No, dobrze, muszę panu zaufać na słowo. Oto należność.

Jeszcze tego samego wieczoru wystawię fakturę za tłumaczenie i – zgodnie z prośbą – prześlę ją e-mailem razem z życzeniami wszystkiego najlepszego pannie młodej.

Zamek w Kórniku

9 grudnia – wyjazd do Zamku w Kórniku; po kilku latach nieobecności chcę sobie przypomnieć wnętrza najsłynniejszego zabytku w okolicach Śremu.

W Zamku w Kórniku po raz pierwszy byłem w 1986 roku. Miałem wtedy praktyki studenckie w Bibliotece Uniwersyteckiej w Poznaniu i nasi opiekunowie postanowili też zawieźć nas do Biblioteki Kórnickiej. Niewiele pamiętam z tej wizyty, oprócz tego, że już po jej zakończeniu, kiedy czekaliśmy na przystanku na rynku na powrotny autobus miejski jadący na rondo Rataje, na przystanek podjechał też autobus PKS ze Śremu do Poznania. Nie przypuszczałem wtedy, że za rok wrócę tu i że zamieszkam właśnie w tym Śremie.

Od 1987 roku byłem częstym gościem w Zamku w Kórniku. Główny korpus pałacu w Rogalinie został właśnie zamknięty na czas trwającego prawie 30 lat remontu, Kórnik był więc atrakcyjniejszy dla turystów, no i miał lepsze połączenia komunikacyjne z Poznaniem i Śremem. Do Kórnika pojechaliśmy też z kolegą ze studiów, który ze swoją dziewczyną odwiedził mnie w Śremie w 1990 roku; zamek podobał mu się, chociaż myślał, że będzie o wiele większy.

Nic dziwnego, że kiedy w latach 90. poszedłem na moje kolejne studia – anglistykę, na IV roku jako temat mojej pracy magisterskiej wybrałem sobie „The Influence of English Architecture on Kórnik Castle”. Pisałem przede wszystkim o okresie przebudowy zamku w stylu neogotyku angielskiego przez Tytusa Działyńskiego w XIX wieku, ale nie mogłem też pominąć wcześniejszych (i późniejszych) epok. Stałem się jakby specjalistą od historii Zamku w Kórniku, bardzo dużo wiedziałem nie tylko o jego architekturze, lecz również o mieszkańcach – Górkach, Działyńskich, Zamoyskich; później, w 2008 roku, o Zamku w Kórniku napisałem też hasło w Wikipedii.

Po ukończeniu studiów w 1999 roku byłem jeszcze kilkakrotnie w zamku, przeważnie jednak tylko jako tłumacz na ślubach, które tu często się odbywają, ostatni raz zwiedzałem go tak dawno temu, że postanowiłem sobie przypomnieć jedną z najsłynniejszych siedzib magnackich w Polsce.

Turystów przyjeżdżających do zamku w Kórniku wita jego świeżo (miesiąc temu) odremontowana elewacja północna. Szarość ustąpiła beżowi; dla wielu kórniczan to kontrowersyjna zmiana, mnie się podoba (odnowioną fasadę widzę po raz pierwszy, podczas mojej ostatniej wizyty w Kórniku 1 listopada była jeszcze zasłonięta rusztowaniami), mam nadzieję, że i pozostałe elewacje zamku zostaną tak pomalowane, oczywiście z wyjątkiem wieży, która jako kontrast musi pozostać nieotynkowana i zachować swój surowy wygląd. Po wejściu do zamku jak zwykle trzeba włożyć kapcie (Kórnik jest jednym z niewielu muzeów w Polsce, gdzie wymóg ten jeszcze się zachował, zabytkowe posadzki jednak tego wymagają) i już można zacząć zwiedzanie.

Sama ekspozycja niewiele się zmieniła od czasu mojej ostatniej wizyty, dużo zmian jest natomiast w opisach poszczególnych pomieszczeń. Dodano aplikację na telefon komórkowy (nie mam komórki, więc z niej nie korzystam), przede wszystkim jednak znacznie rozbudowano opisy sal, przynajmniej na parterze. I bardzo dobrze, jestem ciekaw szczegółów, co przedstawiają poszczególne obrazy, kiedy i z jakich materiałów zbudowano zachowane w zamku meble. Szczegółowe opisy są w sieni, pokoju Jana Działyńskiego i Władysława Zamoyskiego, sypialni Celiny Działyńskiej, salonie i dalszych pomieszczeniach. Szkoda tylko, że opisy te czasami nie pokrywają się z rzeczywistym wyglądem ekspozycji – części eksponatów nie ma, zostały z niej usunięte. Szczególnie brakuje mi obrazów z widokami z Puław, z którymi Działyńscy mieli częste kontakty – Tytus Działyński poślubił przecież wnuczkę Izabeli Czartoryskiej.

Tych szczegółowych opisów niestety zabrakło na górnej kondygnacji – przede wszystkim w Sali Mauretańskiej, w której Tytus Działyński urządził bibliotekę, a jego syn Jan muzeum, i która przecież jest największym, najważniejszym i najwspanialszym pomieszczeniem zamku. Opisana jest broń i inne eksponaty (jak porcelana miśnieńska) w gablotach, brakuje jednak opisów wielu innych cennych eksponatów, które się tu znajdują. Nie są podpisane obrazy, nie ma też na przykład informacji, że przed wystawionym tu cennym srebrnym ołtarzem żołnierze składali przysięgę na placu Wolności podczas powstania wielkopolskiego. Przydałoby się to wszystko uzupełnić.

Największe wzruszenie budzi we mnie wprawdzie nie Sala Mauretańska, lecz niewielkie pomieszczenie obok, w którym wystawiono osobiste pamiątki po dawnych właścicielach i ich rodzinie – bransoleta z kosmyka włosów Klaudyny Potockiej, odlew dłoni zmarłego Jana Działyńskiego, szczątki tarczy herbowej rozbitej jego pogrzebie (był ostatnim z rodu). Na górnej kondygnacji zwiedzam też wystawę czasową „Działyńscy i Zamoyscy – wielkopolskie rody w walce o niepodległość”. Otwarta cztery dni temu wystawa ma charakter planszowy, nie ma eksponatów, ale jest bardzo rzetelnie przygotowana i zawiera dużo informacji również mnie wcześniej nieznanych.

Kórnik muszę porównać w tym miejscu z Rogalinem, który dokładnie zwiedziłem dwa lata temu, po zakończeniu trwającego 28 lat remontu. Wtedy, w 2015 roku, wnętrza pałacu w Rogalinie podobały mi się bardziej od Kórnika, teraz muszę znowu zmienić zdanie. Przewaga Kórnika polega na autentyczności ekspozycji i zbiorów, wnętrza zamku w dużej mierze zachowały swój przedwojenny wygląd i przede wszystkim widzimy te same przedmioty, które należały do Działyńskich i Zamoyskich. Rogalin jest tylko rekonstrukcją, bardzo niewiele elementów jego wyposażenia jest oryginalna.

Po trzygodzinnym zwiedzaniu zamku powrót do Śremu – niestety w padającym śniegu.

Drezno

2 grudnia – wyjazd z Biurem Podróży Wawrzynowicz na jarmark bożonarodzeniowy do Drezna. To moja czwarta wizyta w tym mieście. Po raz pierwszy pojechałem tam na początku lat 90., kiedy jeszcze pracowałem w Odlewni Żeliwa, na rozmowy handlowe, na które nasz partner biznesowy umówił się z nami… w restauracji na lotnisku w Dreźnie. Z miasta oczywiście wtedy nic nie zobaczyliśmy, bezpośrednio z lotniska wróciliśmy do Śremu. Na pierwszą właściwą wycieczkę do Drezna pojechałem dopiero w 2007 roku, do Galerii Starych Mistrzów w Zwingerze. Wycieczka była raczej nieudana, obrazy nie bardzo mnie interesowały, a deszcz przeszkodził nam w zwiedzeniu innych obiektów. Rok później pojechałem do Drezna na Noc Muzeów, wybierając jednak nie jedno ze słynnych drezdeńskich muzeów, lecz ośrodek dokumentacyjny byłej Stasi na peryferiach miasta, dokąd dojechałem tramwajem. Po zakończeniu imprezy długo musiałem potem iść pieszo w nocy do centrum i czekać na pierwszy pociąg do Görlitz. Tym razem korzystam z okazji i zabieram się ze śremskim Biurem Podróży Wawrzynowicz, które organizuje wyjazd na jarmark bożonarodzeniowy. Jarmark i zakupy wprawdzie mnie nie interesują, chciałbym przypomnieć sobie drezdeńską starówkę i muzea.

Wyjazd o 6 rano, chętnych było tylu, że biuro podstawiło trzy autobusy, w moim są też znajomi, w tym dawna uczennica, która z podlotka zmieniła się w dorosłą młodą kobietę. Naszym pilotem jest Krzysztof z Poznania; nie zna niemieckiego; jak mówi, specjalizuje się w wyjazdach do Hiszpanii i innych krajów południowych, już po przekroczeniu granicy dużo nam jednak opowiada o Dreźnie, Saksonii, dynastii saskiej na tronie polskim, dynastii Wettynów i historii miasta. Z powodu warunków atmosferycznych (po raz pierwszy w tym sezonie widzę padający za okami autobusu śnieg) podróż trwa aż sześć godzin, wreszcie po 12 docieramy do miasta. Nie kierujemy się od razu na Weihnachtsmarkt, nasz pilot chciałby nam najpierw pokazać dzielnicę po prawej stronie Łaby – Neustadt.

Krótki spacer ulicami miasta, a właściwie miejsce, do którego dochodzimy na koniec spaceru, sprawia, że zmieniam zdanie na temat Drezna, zaczynam doceniać jego urodę. Jesteśmy w Kunsthof Dresden przy Görlitzer Straße, na podwórku artystycznym, a właściwie kilku podwórkach połączonych z sobą, każde ukształtowane w inny sposób, domy z ozdobnymi fasadami. Jeden z nich znam już dobrze z Internetu, a teraz mogę go zobaczyć na własne oczy – dom z fantazyjnie ukształtowanymi – na wzór instrumentów muzycznych – rynnami, podobno w czasie ulewy daje to niezwykłe efekty wizualne i akustyczne, dom, który gra podczas deszczu. Potem jeszcze przejście na Bautzner Straße do podobno najpiękniejszego sklepu mleczarskiego na świecie. Tak się reklamuje sklep założony w 1880 roku przez braci Pfund i może to być prawdą. Sklep, cały wyłożony neorenesansowymi ceramicznymi płytkami, sprawia duże wrażenie na odwiedzających go turystach, a jednocześnie prowadzi normalną działalność handlową. Po jego zwiedzeniu znowu wsiadamy do autobusu i przejeżdżamy na lewą stronę Łaby. Jest już godzina 14. Nasz pilot chce jeszcze pokazać zabytki historycznego centrum Drezna, potem dla każdego czas wolny, ja jednak już teraz odłączam się od grupy. Przyjechałem tu w innym celu, a ponieważ muzea są zamykane już o 18, nie mam zbyt dużo czasu. W planach mam zwiedzenie przede wszystkim wystawy grafik i rysunków Käthe Kollwitz w Gabinecie Rycin w Zamku, potem Galerię Nowych Mistrzów w Albertinum.

* * *

Prace, przede wszystkim grafiki i rysunki Käthe Kollwitz znam z reprodukcji w książkach od dawna, to jest od czasów PRL i NRD, od czasu moich studiów germanistycznych w latach 80. Artystka, chociaż zmarła w 1945 roku, jeszcze przed zakończeniem wojny, została bardzo wcześnie „zaanektowana” przez władze NRD – jej ukazujące kapitalistyczny wyzysk, opowiadające się po stronie biedoty, robotników i Rosji radzieckiej prace bardzo odpowiadały rzecznikom „jedynie słusznej ideologii” tego czasu. W 2006 roku, podczas pierwszy Długiej Nocy Muzeów w Berlinie, w której wziąłem udział, zobaczyłem też jej rzeźbę przedstawiającą matkę opłakującą syna w budynku Nowego Odwachu (Neue Wache) przy ulicy Unter den Linden, który dla Niemców ma takie samo symboliczne znaczenie jak dla Polaków Grób Nieznanego Żołnierza (w czasach NRD odbywały się tu uroczyste zmiany warty). Teraz chciałbym wreszcie zobaczyć jej grafiki i rysunku w oryginale.

Wystawa zorganizowana w drezdeńskim Zamku z okazji 150. rocznicy urodzin Käthe Kollwitz jest rzetelnie przygotowana, niestety pozostawia też pewien niedosyt. Jest duża, ale nie tak duża, jak myślałem. Są wprawdzie pojedyncze prace z jej najsłynniejszych cykli: „Tkaczy” (ilustracji do dramatu Hauptmanna) i „Wojny chłopskiej”, reszta prac wydaje mi się jednak dość przypadkowo dobrana. Brakuje wielu znanych prac, które poruszały moje uczucia już w latach studiów. Ta dość negatywna ocena wystawy wyjaśnia się, kiedy zdaję sobie sprawę, że jej twórcy wykorzystali prace tylko z kolekcji Gabinetu Rycin w Dreźnie, wprawdzie bardzo bogatej, ale nieobejmującej całości ogromnego dorobku artystki. Dlaczego nie wypożyczono prac z innych muzeów i nie zorganizowano wielkiej, przekrojowej wystawy? Drugim problemem jest nadmierne skoncentrowanie się w podpisach prac na kwestiach technicznych związanych z grafiką, objaśnianie metod ich tworzenia, technicznych różnic pomiędzy poszczególnymi wariantami grafik itp. To naturalne zjawisko, kwestie te zawsze są uwypuklane na wystawach graficznych, w przypadku prac Käthe Kollwitz wolałbym jednak koncentrację na aspektach estetycznych, ideowych, nie warsztatowych.

Pozytywnym zaskoczeniem są natomiast prace dotąd całkowicie mi nieznanej południowoafrykańskiej artystki Marlene Dumas (od dawna mieszkającej w Amsterdamie), eksponowane pod tytułem „Hope and Fear”, obok grafik i rysunków Käthe Kollwitz. Wystawa bardzo niewielka, zajmująca tylko jedno pomieszczenie, a w nim trzy cykle akwareli: „Jesus Grizzly”, „Rejects” i „Blindfolded”, to tego kilka pojedynczych prac wyłożonych na stole – łatwy do odczytania protest przeciwko dyskryminacji, odrzuceniu…

* * *

Budynek Albertinum nad Łabą pełnił kiedyś funkcję arsenału i podobnie jak arsenał w Berlinie w XIX wieku został przekształcony w muzeum – obecnie mieści Galerię Nowych Mistrzów (Galeria Starych Mistrzów jest w Zwingerze), czyli obrazy i rzeźby od romantyzmu do współczesności, przy czym już na miejscu stwierdzam, że periodyzację tę należy traktować dość umownie – w budynku zastaję też sztukę starszą, sięgającą nawet głębokiej starożytności.

W zasadzie nie lubię malarstwa romantycznego i realistycznego XIX wieku i ocena ta znajduje swoje potwierdzenie podczas oglądania wystawy. Nie przekonują mnie nawet obrazy tak ikonicznego dla Niemców i Niemiec malarza jak Caspar David Friedrich. Ciekawiej robi się pod koniec XIX wieku i w XX wieku, kiedy realizm ustępuje miejsca modernizmowi. Bardzo dużo znanych mi i słynnych nazwisk – Picasso, van Gogh, Gauguin, Monet, Touluse-Lautrec, do tego niemieccy ekspresjoniści z „Die Brücke” z Ernstem Ludwigiem Kirchnerem, Oskar Kokoschka, Otto Dix, malarze kierunku Neue Sachlichkeit i wielu innych. Sztuka konceptualna i abstrakcyjna epoki powojennej nie robi już na mnie wrażenia, poprzedni okres kilkudziesięciu lat pomiędzy końcem XIX wieku i II wojną światową jest jednak tak ciekawy, że absolutnie nie żałuję, że wybrałem to muzeum.

Oprócz Galerii Nowych Mistrzów na II piętrze w budynku Albertinum jeszcze trzy mniejsze ciągi pomieszczeń na I piętrze i na parterze – Sala Klingera, Sala Mozaikowa i Sala Rzeźb. Maxa Klingera  znałem dotąd tylko z jego grafik, których dużą wystawę widziałem dawno temu w Muzeum Narodowym w Poznaniu. Bardzo ciekawa Sala Klingera zawiera nie tylko jego prace, lecz ogólnie sztukę fin de siècle’u. W Sali Rzeźb stoją między innymi posągi Rodina, w tym projekt słynnego „Myśliciela” Rodina. Wreszcie kilka sal o zagadkowych nazwach „Schaudepot” i Studiendepot”, co można przetłumaczyć jako „magazyn pokazowy” i „magazyn naukowy”. Domyślam się, że to eksponaty z muzealnych magazynów, które dyrekcja Staatliche Kunstsammlungen w Dreźnie postanowiła częściowo udostępnić publiczności. Uczyniła to wprawdzie w formie quasi prowizorycznej: eksponaty, od starożytnego Egiptu i Asyrii po XX wiek, stoją gęsto obok siebie, jakby upchane, w gablotach, brakuje szczegółowych opisów, ale i one mogą być ciekawe, mają dużą wartość historyczną i artystyczną.

W Albertinum spędzam trzy godziny, aż do zamknięcia muzeum. W atrium trwają właśnie przygotowania do wielkiego bankietu na kilkaset osób (z okazji adwentu?) Commerzbanku, kelnerzy uwijają się, ustawiając na stołach sztućce i naczynia. Na koniec wizyty odkrywam też, że w budynku muzeum odbyło się dzisiaj przedstawienie (w wersji audio, ze słuchawkami) miejscowego teatru, zwiedzenie wystawy stałej Galerii Nowych Mistrzów było jednak chyba lepszym wyborem.

W planach na dzisiejszy wieczór miałem też zwiedzenie kościoła Marii Panny (Frauenkirche); niestety, na miejscu okazuje się, że z powodu koncertu (w niedzielę koncert będzie retransmitowany na całe Niemcy, przed gmachem świątyni stoją wozy transmisyjne telewizji ZDF) kościół jest zamknięty. Na telebimie ja i tłumy uczestniczące w jarmarku bożonarodzeniowym  na placu przed kościołem możemy za to zobaczyć transmisję live – koncert w pierwszy dzień adwentu rozpoczyna się od Bacha, potem słyszymy m.in. Mozarta, Haydna, widzimy wnętrza odbudowanej 12 lat temu świątyni. Może kiedyś uda mi się wejść do kościoła i zobaczyć je na własne oczy. Nie zostaję do końca koncertu, chcę jeszcze pochodzić wśród straganów na jarmarku, potem kieruję się już w stronę autobusu. Odjeżdżamy o godz. 20, w Śremie będziemy o pierwszej w nocy.