Kongres Kobiet

9 września – wyjazd do Poznania na IX Kongres Kobiet. Impreza, do tej pory organizowana w Warszawie, w tym roku przeniosła się do Warszawy; koniecznie muszę skorzystać z okazji, aby zobaczyć ten największy zjazd feministek w Polsce.

Rejestracja rozpoczyna się o 8.30; aby zdążyć, wyjeżdżam więc już o 5.30, jeszcze w ciemnościach. W Poznaniu już na kilkaset metrów przed kompleksem Międzynarodowych Targów Poznańskich widać kobiety (i nielicznych mężczyzn) zmierzające na kongres. Przed wejściem na targi stoi samotna kobieta z wielkimi przewieszonymi przez tułów arkuszami tektury z hasłami skierowanymi do feministek – protestuje przeciwko aborcji, nie wiem, czy z własnej inicjatywy, czy reprezentuje kogoś. W pawilonie nr 15 na targach kłębi się już tłum, jest kilka stanowisk rejestracji, ale ludzi jest tak dużo, że dość długo muszę stać w kolejce. Wreszcie mogę się zarejestrować, otrzymuję identyfikator z napisem „Uczestniczka” :-), komplet materiałów i mogę już iść w kierunku Sali Ziemi.

Jestem po raz pierwszy w Sali Ziemi, największej na poznańskich targach – może pomieścić 2 tysiące widzów. Udaje mi się zająć dość dobre miejsce w IV rzędzie; później sala zapełni się całkowicie, ludzie będą też stali i siedzieli na podłodze, przypominają mi się koncerty i inne imprezy z czasów studenckich… Zdecydowana większość uczestników to kobiety, szacuję, że 98 procent; oznacza to, że tylko co 50. jest mężczyzną. Obok mnie z lewej strony wprawdzie też siedzi starszy mężczyzna (po jakimś czasie wyjdzie, nie zostanie do końca imprezy), a z prawej kobieta w średnim wieku. Ze wschodnim zaśpiewem mówi mi, że jest z Białegostoku; kiedy dowiaduje się, że przyjechałem rowerem ze Śremu, mówi:

– A to tam, gdzie było to zoo, które zostało zlikwidowane z powodu skandalicznych warunków trzymania zwierząt. Słyszałam o tym w mediach.

– Nie. Mówi pani o wiosce Pysząca pod Śremem, w której istniał ośrodek hodowli zwierząt z tygrysami, małpami, antylopami itp. Rzeczywiście został zamknięty. W Śremie też mamy małe zoo w parku, ale ono działa normalnie.

– Myślałam, że to w samym mieście… A ja tu, proszę pana, przyjechałam z Białegostoku, żeby zobaczyć, co te feministki znowu będą wyprawiać. Przedtem jeździłam do Warszawy. Pamiętam koncert w Sali Kongresowej kilka lat temu, na którym pokazano figurę Chrystusa, tę ze Świebodzina, a na jej tle roznegliżowane tancerki, z dekoltem do pasa, zespół nazywał się „Echo”. A jak się to podobało publiczności, jak klaskali… No, niech pan powie, jak można się tak z wiary naśmiewać.

– Mój osobisty stosunek do feminizmu też  jest raczej sceptyczny, ale mimo to przyjechałem do Poznania. Chętnie posłucham, co mówią feministki.

Wreszcie o 9.30 kongres rozpoczyna się, i to od razu od mocnego uderzenia. Na scenę wbiega grupa pań w średnim wieku „Happy Ladies” z Leszna – cheerleaderek 50+, jak przedstawia je moderatorka, które przy wielkim aplauzie publiczności dają popis swoich umiejętności tanecznych. Na szczęście nie tańczą kankana, z wigorem pokazują za to nogi, po krótkim występie schodzą ze sceny. Teraz część oficjalna – na scenę wchodzą Henryka Bochniarz i Magdalena Środa – założycielki Kongresu Kobiet, prezydent Jacek Jaśkowiak dokonuje oficjalnego otwarcia, później wystąpi też Adam Bodnar, Rzecznik Praw Obywatelskich, który będzie mówił o obronie praw kobiet. Zostaje odśpiewany chór Kongresu Kobiet, później Mazurek Dąbrowskiego. Wejścia na scenę stale strzeże dwóch ochroniarzy; zanim wszedłem do pawilonu nr 15, musiałem pokazać, co mam w torbie, widać, że organizatorzy bardzo dbają o bezpieczeństwo, co biorąc pod uwagę uczestników i charakter spotkania jest całkowicie zrozumiałe, nie dochodzi jednak do żadnych incydentów.

Przechodzimy do najważniejszej części pierwszego dnia kongresu – trzech paneli dyskusyjnych, które kolejno odbywają się na scenie Sali Ziemi. Najciekawszy jest dla mnie pierwszy: „Gabinet cieni: Polska na peryferiach”, w którym Henryka Bochniarz, Małgorzata Fuszara i Danuta Hübner dyskutują o współczesnym świecie, Europie i miejscu w niej Polski, chociaż, biorąc pod uwagę polityczną przeszłość wszystkich pań, ich działalność w poprzednich rządach, ich poglądy nie są dla nikogo zaskoczeniem. Drugi panel: „Parasolek nie składamy” (biorą w nim udział między innymi Kazimiera Szczuka i Barbara Nowacka z „Twojego Ruchu”) koncentruje się na konkretnych strategiach działań feministycznych; trzeci panel: „Ekofeminizm i ekoterroryzm”, jak sam tytuł wskazuje, skupia na kwestiach ekologicznych, najciekawsza jest dla mnie możliwość zobaczenia w nim Cecylii Malik, znanej artystki, autorki między innymi projektu „Matka Polka na wyrębie”, której fotografie już wcześniej widziałem w galeriach sztuki.

Znanych postaci (lub ich przedstawicieli) na kongresie jest zresztą o wiele więcej. W dyskusji głos zabiera między innymi pełnomocniczka Roberta Biedronia, prezydenta Słupska; przyjechała też Joanna Scheuring-Wielgus z Nowoczesnej, której okrzyk „Precz z dyktaturą mężczyzn” wzbudza pewną wesołość na sali – wszyscy pamiętają jej pomyłkę sprzed roku, kiedy to na demonstracji skandowała „Dość dyktatury kobiet”.

Organizatorzy zadbali o dobre tempo kongresu i jego czasami wręcz hollywoodzką oprawę. Nie zapomnieli też o historii. W pewnym momencie na scenę wchodzi aktorka w sukni do kostek, ale w cylindrze i z różową parasolką i dowcipnie przypomina o zbliżającej się 100. rocznicy uzyskania przez Polki praw wyborczych; kiedy odwraca się, publiczność może zobaczyć narysowane na jej plecach… jajniki. Cóż, jak widać rocznica przyznania kobietom praw wyborczych jest dla feministek ważniejsza niż stulecie odzyskania niepodległości przez Polskę.

Moje ogólne wrażenia z imprezy w Sali Ziemi: bardzo dużo interesujących kwestii wartych przemyślenia, niestety, dużo też zwykłej gadaniny, manipulacji, nienawiści wobec innych opcji politycznych, Kościoła i… zwykłego seksizmu. Uczestniczka jednego z paneli podkreśla wyższość kobiet nad mężczyznami (bo te dążą do porozumienia, w przeciwieństwie do mężczyzn), uczestniczka panelu ekologicznego opowiada o swoim spotkaniu z mężczyzną, który butnie stanął przed nią „w męskim rozkroku”. Jaka byłaby reakcja feministek, gdyby mężczyzna dowodził wyższości mężczyzn nad kobietami, albo zaczął mówić o „damskim rozkroku”? Gdyby był politykiem, mogłoby to oznaczać nawet koniec jego kariery. Dlaczego na kongresie pada tyle słów potępienia dla mizoginii, a nikt nie mówi o mizoandrii? Feministki tyle mówią o męskim szowinizmie, tymczasem szowinizm feministyczny wydaje się o wiele silniejszy, bardziej emocjonalny.

* * *

Panele w Sali Ziemi kończą się o godzinie 14 (nie było przerw, chociaż sesja trwająca od 9.30 do 14 wymagałaby tego). Na 14.30 zaplanowano panele tematyczne w mniejszych salach; korzystam z chwili przerwy, aby zwiedzić stoiska przed Salą Ziemi. Jest ich mnóstwo, atmosfera naprawdę jak na targach poznańskich. Wystawia się miasto Poznań (korzystam z okazji, aby wziąć przewodnik po powiecie poznańskim), firmy kosmetyczne, wydawnictwa, organizacje pomocy dla uchodźców i inne. Młoda dziewczyna zaprasza mnie do złożenia podpisu pod apelem o liberalizację przepisów aborcyjnych. Dziękuję, ale mam inne poglądy w tej sprawie. Niedaleko rozlokowało się środowisko ruchu gejowskiego, które zaprasza mnie na Pride Week i Paradę Równości w Poznaniu.

– Nie popieram państwa ruchu – odpowiadam – ale w moim mieście, Śremie, mieszkała kiedyś jego działaczka: Magdalena Okoniewska, lesbijka, napisała książkę „Mój świat jest kobietą”. Wydała ją kilkanaście lat temu.

– O, to dużo się zmieniło od tego czasu – odpowiada dziewczyna obsługująca stoisko.

Po drugiej stronie z kolei stoisko transseksualistów: przy stoisku młody mężczyzna w sukience, na identyfikatorze ma napisane „Ania”, i druga osoba, trudno powiedzieć, czy to mężczyzna, czy kobieta. Rozmowę zaczynam od tego, że wspominam, że dwa lata temu widziałem film „Mów mi Marianna” Karoliny Bielawskiej, poświęcony tematowi transseksualizmu. Panowie (panie?) na stoisku nie widzieli go, tylko słyszeli o nim.

– Film widziałem podczas festiwalu „Transatlantyk”, kiedy ten jeszcze się odbywał w Poznaniu. Na pokazie była też reżyserka i podczas dyskusji po filmie spytałem ją, czy nie uważa, że istnieje głęboka sprzeczność pomiędzy transseksualizmem a ideologią gender, której jednym z głównych twierdzeń jest, że płeć jest konstruktem kulturowym, nie biologicznym, że nabywa się ją w procesie wychowania, że nie jest uwarunkowana biologicznie. Nie potrafiła mi odpowiedzieć na to pytanie. A co pan, przepraszam, pani, sądzi o tym?

– Bo rzeczywiście jest tu sprzeczność… – odpowiada mężczyzna w sukience.

– Powiem panu, że tego genderu mamy już po dziurki w nosie i najchętniej byśmy o tym zapomnieli – przerywa drugi mężczyzna. – Niech nam po prostu pozwolą być, kim chcemy.

Przechodzę dalej. A co tu robi stoisko Armii Zbawienia? Obecność zwolenników aborcji, gejów i transseksualistów na kongresie feministek doskonale rozumiem, ale organizacja kościelna? Pytam o to dwie dziewczyny, które obsługują stoisko.

– Nie należymy do Kościoła Armii Zbawienia – wyjaśniają – tylko obsługujemy stoisko. – Celem Kościoła jest walka z bezdomnością, wykluczeniem społecznym.

– Ruchy religijne kojarzę jednak z prawicą, a feminizm z lewicą. Czy nie zachodzi tu więc sprzeczność?

– Sądzimy, że Armia Zbawienia stara się raczej zachować neutralność w tych kwestiach.

– Może i tak. Istnieje też w końcu feminizm chrześcijański, chociaż jest to tylko marginalny odłam.

* * *

Z kilkudziesięciu paneli i warsztatów, które są organizowane dzisiaj, podczas pierwszego dnia Kongresu Kobiet, mam czas tylko na jeden. Decyduję się na panel „Co się stało z naszym światem? Demokracja, gender, populizm”. Przyciągnęła mnie do niego przede wszystkim osoba jego moderatorki – Agnieszki Graff, czołowej polskiej feministki, którą bardzo cenię za jej artykuły, między innymi w „Rzeczpospolitej”. W panelu biorą udział między innymi też prof. Magdalena Środa i prof. Przemysław Czapliński z UAM. Zainteresowanie jest bardzo duże. Wszystkie miejsca w sali są zajęte, zainteresowane panelem panie siedzą też na podłodze, ja przychodzę wcześnie, znajduję więc miejsce w pierwszym rzędzie.

Panel nie jest tak widowiskowy jak te, które właśnie skończyły się w Sali Ziemnej, jest chyba jednak ciekawszy, bardziej skupiony na kwestiach merytorycznych. Tytuł dobrze oddaje też jego tematykę; kwestie czysto feministyczne ustępują tym razem ogólnopolitycznym – sytuacji, w jakiej nasz kraj (Przemysław Czapliński zwraca uwagę na to, jak bardzo znaczenie zaimka „nasz” niestety zmieniło się od początku transformacji) znalazł się po zwycięstwie PiS-u, prawdziwym czy rzekomym zagrożeniom dla demokracji; na ich tle kwestia gender, jeszcze dwa lata temu bardzo zapalna, schodzi jakby na drugi plan, chociaż dyskutantki uważają, że kampania przeciwko gender w Polsce nie była przypadkiem, lecz częścią obmyślonego planu mającego doprowadzić do przejęcia władzy przez obecną partię.

Najbardziej podoba mi się wystąpienie prof. Magdaleny Środy, która przedstawia siedem hipotez mających wytłumaczyć sukces wyborczy PiS-u: hipoteza wykluczenia społecznego, hipoteza upodmiotowienia osób, które były dotychczas pomijane w dyskursie politycznym, hipoteza zaborczego Kościoła, który stara się wszystko poddać swej kontroli, jest nawet bardzo optymistyczna dla lewicy i liberałów hipoteza konania prawicy, która w przedśmiertnych konwulsjach stara się jeszcze ostatkiem sił nie poddawać.

Panel trwa tylko półtorej godziny; szkoda, że tak mało czasu przewidziano na dyskusję. Pada tylko kilka pytań, z których ostatnie zadaję ja:

– Mam pytanie do pani profesor Magdaleny Środy. Czy nie sądzi pani, że wśród przedstawionych przez panią hipotez zabrakło jednej, najbardziej prawdopodobnej, mianowicie po prostu słabości obozu lewicowo-liberalnego. Kiedy przysłuchuję się obecnym dyskusjom politycznym w Polsce, stwierdzam, że opozycja po prostu nie ma dobrych argumentów, którymi mogłaby walczyć z PiS-em. Podczas paneli w Sali Ziemi często padało zdanie „za dwa lata wygramy wybory i wtedy…”. Przepraszam, ale obecnie jest to nierealne. Obóz lewicowo-liberalny nie ma szans wygrać przyszłych wyborów, jeśli nie zmieni swojego postępowania.

– Nie mówiłabym tu o słabości opozycji – opowiada Magdalena Środa – raczej o słabości narzędzi, którymi dysponujemy. Chodzi o to, że my nie chcemy zniżać się do takiego poziomu, jaki reprezentuje PiS. Lisicki, zresztą mój dawny student, na okładce „Do Rzeczy” ogłosił niedawno „Hitler był lewakiem”. Nie będziemy stosować takich metod, to poniżej naszej godności.

Nie jestem przekonany; wciąż uważam, że lewica i liberałowie stosują błędną strategię w walce z PiS, a właściwie taktykę, nie strategię, ponieważ strategii w rozumieniu dalekosiężnych, dobrze obmyślanych zamierzeń w ich działaniach w ogóle nie widzę, nie czas jednak na dyskusję. Polscy politycy – i polityczki, których tyle dzisiaj miałem okazję wysłuchać – muszą sami wypracować te skuteczne metody, jeśli chcą powrócić do władzy.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.