Pałac Królewski we Wrocławiu – Artyści śląscy 1845-1945. Nowy poczet władców Polski

2 września – drugi i chyba ostatni w tym roku wyjazd rowerem do Wrocławia, tym razem do Pałacu Królewskiego na trzy wystawy czasowe: „Artyści śląscy 1845-1945”, „Nowy poczet władców Polski” i „Kresy południowo-wschodnie na przedwojennej pocztówce”.

Wyjazd ze Śremu o 6 rano. Pogoda dość dobra, chociaż rano termometr na moim bloku pokazuje tylko 11 °C, duże zachmurzenie, ale nie pada, północno-zachodni wiatr pomaga też w jeździe. Pierwszy postój w Rawiczu. Kiedy parkuję rower przed „Biedronką”, podchodzi do mnie starszy mężczyzna.

– O, jaki ma pan dobry rower. Musiał dużo kosztować.

– 1500 złotych.

– To na pewno dobrze się nim jeździ. Kupi mi pan trochę ziemniaków i kapusty na obiad?

Tak, kupię. Wchodzimy do sklepu, gdzie mężczyzna kupuje siatkę ziemniaków i dużą główkę kapusty, do tego torebkę pieprzu. Czekając w kolejce do kasy, usiłuję nawiązać rozmowę z mężczyzną, pytam, czy pracuje, czy jest już na emeryturze, ten jednak nie jest skłonny do zwierzeń. Wszystko, co mi ma do powiedzenia, to: „Za komuny było lepiej”. Jak dawno nie słyszałem tego zdania…

Drugi postój w Żmigrodzie, gdzie zachodzę do Gminnego Centrum Informacji (jest otwarte w soboty), nie mają jednak żadnych ciekawych materiałów o mieście. Pani z obsługi („Śrem? To gdzieś koło Leszna?”) radzi mi zajrzeć do baszty przy ruinach zamku Hatzfeldów, gdzie jest informacja turystyczna. Tak, wiem, byłem tam wielokrotnie, ale baszta zawsze była zamknięta, otwierają ją dopiero o 14, a ja przez Żmigród przejeżdżam zawsze przed południem.

– To musi pan kiedyś później wyjechać z domu – radzi mi pani z obsługi.

Może i tak kiedyś zrobię, ale nie przy okazji wyprawy do Wrocławia. Będzie to musiała być specjalna wycieczka tylko do Żmigrodu.

Trzeci postój w Trzebnicy i potem już najprzyjemniejsza część trasy – zjazd z Kocich Gór w dolinę Odry. We Wrocławiu na moście Uniwersyteckim jestem o 14, jak zwykle po 8 godzinach jazdy. Przez Kuźniczą, Rynek i Świdnicką dojeżdżam do Pałacu Królewskiego przy Kazimierza Wielkiego.

* * *

W Pałacu Królewskim najbardziej interesuje mnie wystawa „Artyści śląscy 1845-1945” i na nią kieruję swe pierwsze kroki. Wystawa obejmuje obrazy i rzeźby na dwóch kondygnacjach pałacu; jak mówi pani w kasie, wszystkie z kolekcji muzeum; i stanowi bardzo interesujący przegląd śląskiej i wrocławskiej sztuki z tego okresu. Pierwsza część, ukazująca przeważnie pejzaże Sudetów, jest wprawdzie rozczarowaniem, a właściwie nie rozczarowaniem, spodziewałem się, że taka będzie moja reakcja, ponieważ pejzaże w malarstwie zawsze podobały mi się mniej niż inne przedstawienia. Trudno mi wytłumaczyć tę niechęć, ma ona niewiele wspólnego z wartością artystyczną dzieł, w każdym razie Sudety, moje ukochane góry, w które kiedyś tak często jeździłem (od kilku lat jest przerwa w tych wycieczkach) wolę oglądać, wędrować po nich „na żywo”, nie na malarskim płótnie.

Bardziej interesująca jest górna kondygnacja wystawy. Zaczyna się od widoków Wrocławia, obiektów ikonicznych dla miasta (artyści szczególnie upodobali sobie ratusz) i takich, które już nie istnieją. Obrazy te mają wartość informacyjną jak i artystyczną, wywołują wzruszenie jako ukazanie świata niemieckiej metropolii, świata, którego już nie ma.

W dalszych pomieszczeniach zdominowanych przez portrety, przedstawienia ludzi, sceny rodzajowe, ekspozycja staje się jeszcze ciekawsza. Odkrywam znakomite dzieła artystów o których nigdy dotąd nie słyszałem, przede wszystkim Maxa Wislicenusa – jego tańce argentyńskie, taniec słowiański, portrety, między kobiet i dzieci, portret Kurta Hauptmanna, wszystkie pełne modernistycznej ekspresji. Bardzo dobrych portretów na wystawie jest zresztą więcej, jak narysowany pastelami akt kobiecy Fritza Erlera, portrety Cyganki i kobiety Artura Wasnera, podwójny portret małżonków z Nysy Łukasza Mrzygłoda (czy artysta uważał się za Polaka czy Niemca, czy po prostu Ślązaka?). Drugim, obok Maxa Wislicenusa, odkryciem jest Walter Eberhard Loch i jego niezwykłe, wywodzące się z ducha ekspresjonizmu przedstawienia ruchu i zgiełku wielkomiejskiego Wrocławia (obraz ulicy w nocy, gra na korcie tenisowym) oraz autoportret i portret innego artysty przy sztalugach.

Rzeźba jest reprezentowana przede wszystkim przez twórczość Theodora von Gosena, jak popiersie młodzieńca z brązowego gipsu, metalowe popiersie Iustitii, drewniane „Skupienie”, ale jest też miniaturka Szermierza, rzeźby, którą zawsze mijam, przejeżdżając obok budynku Uniwersytetu Wrocławskiego.

Wystawę „Kresy południowo-wschodnie na przedwojennej pocztówce” oglądam tylko pobieżnie. Ma z pewnością wartość sentymentalną dla osób, których rodziny wywodzą się z tamtych terenów, ja jednak takiego emocjonalnego związku nie czuję. Chcę jeszcze tylko zobaczyć „Nowy poczet władców Polski”

* * *

Wystawę „Nowy poczet władców Polski. Waldemar Świerzy kontra Jan Matejko” widziałem już we wrześniu 2016 roku w Bibliotece Raczyńskich w Poznaniu. Również opisałem ją na moim blogu, zainteresowani łatwo odnajdą więc na nim opis moich wrażeń. Przypomnę tylko, że chodzi o plon 10-letniej pracy już nieżyjącego plakacisty Waldemara Świerzego, który postanowił zmierzyć się z tematem, którym ponad 100 lat wcześniej zajął się sam mistrz Matejko, czy wizerunkami władców Polski.

Spodziewałem się prostego przeniesienia tej wystawy, tymczasem ku mojemu zaskoczeniu „Nowy poczet władców Polski” eksponowany w Pałacu Królewskim bardzo różni się od tego prezentowanego w Bibliotece Raczyńskich. W Poznaniu była to wystawa planszowa z dużymi reprodukcjami prac Świerżego, porównanymi z rysunkami Matejki. We Wrocławiu na ścianach zawieszono 49 portretów Świerzego oprawionych w ramy. Czy są to więc oryginały? Po przyjrzeniu się im z bardzo bliska stwierdzam, że chyba jednak nie. Świerzy namalował je w technice gwaszu, a faktura tych prac tego nie zdradza, portrety wyglądają też jak reprodukcje. Kiedy pytam o to panią w kasie, nie potrafi mi udzielić odpowiedzi. Oryginałami jest na pewno kilka rysunków z pocztu Jana Matejki przedstawiających pierwszych władców – cały oryginalny poczet znajduje się w kolekcji Muzeum Narodowego we Wrocławiu. Oryginałami są też monety, medale z portretami władców, których w Poznaniu oczywiście też nie było. Ogólnie mówiąc, wystawa wrocławska jest wizualnie o wiele atrakcyjniejsza i staranniej przygotowana od poznańskiej. Samych portretów jest też więcej. W Poznaniu prawdopodobnie ze względu na ograniczenia miejsca z części postaci zrezygnowano.

Gdybym miał więcej czasu, przestudiowałbym jeszcze raz te pełne psychologizmu i poszukiwania prawdy o człowieku portrety Świerzego, przeczytałbym komentarze historyczne. Niestety czas nagli. Jeszcze tylko spacer po stałej ekspozycji Pałacu Królewskiego (dokładnie zwiedziłem ją tylko raz, podczas Nocy Muzeów w 2009 roku, zaraz po otwarciu, potem już tylko wpadałem na nią przy okazji wystaw czasowych; od tego czasu dużo się na niej zmieniło i musiałbym szczegółowo zapoznać się jeszcze raz, trwałoby to jednak 8-10 godzin, albo i dłużej) i powrót do domu.