Długa Noc Muzeów w Berlinie, 2017

19 sierpnia – po rocznej przerwie znowu wyjazd na Długą Noc Muzeów do Berlina. W ubiegłym roku nie byłem w Berlinie; tyle interesującego się działo we Wrocławiu i innych miastach w Polsce. Przed ostatnią sobotą zastanawiałem się też nad wyjazdem na festiwal „Muzyka w raju”, który właśnie się rozpoczął w Paradyżu. Ostatecznie rozstrzygnęła za mnie pogoda. Pochmurny dzień z możliwością opadów i zachodni wiatr sprawiał, że jazda rowerem do Paradyża w Lubuskiem nie byłaby przyjemnością, zamiast niej wybrałem Berlin.

Wyjazd ze Śremu autobusem do Poznania o ósmej. W wakacyjną sobotę niewielu pasażerów, przed podstawieniem autobusu mam okazję przejrzeć gablotę na dworcu PKS z postaciami zasłużonych śremian. Szkoda, że Towarzystwo Miłośników Ziemi Śremskiej, które zamieszcza różne materiały w gablocie, nie podało źródła tych biogramów – są one skopiowane z Wikipedii, w każdym razie rozpoznaję dwa, poświęcone ks. Piotrowi Wawrzyniakowi i Danielowi Kęszyckiemu, napisałem je… ja sam, dawno temu, kiedy jeszcze zajmowałem się redagowaniem tej encyklopedii. Zresztą nieważne – Wikipedia to dobro wspólne, a już podjeżdża mój autobus.

W Poznaniu kilkanaście minut czasu na przesiadkę na pociąg Eurocity z Warszawy do Berlina. Do mojego wagonu młoda kobieta wprowadza właśnie rower; kiedy oferuję swoją pomoc, okazuje się, że jest Niemką. Miejscówkę ma wprawdzie w sąsiednim wagonie, zapraszam ją jednak do mojego przedziału, miejsca jest dosyć. Oprócz nas dwie Polki i młody mężczyzna również wyglądający na obcokrajowca, o południowych rysach twarzy. Moja nowa znajoma (krótka fryzura i swobodne ubranie upodabniają ją bardziej do chłopca, Niemki zwracają jednak na takie sprawy mniejszą uwagę niż Polki) okazuje się inteligentną kobietą, studiowała kulturoznawstwo, mieszka teraz w Hildesheim („nazywanym Norymbergą północy”, jak mówi, „z powodu dużej liczby domów o konstrukcji szachulcowej”), ale pochodzi z Turyngii. Z zaskoczeniem dowiaduje się, że podczas mojego pierwszego w życiu wyjazdu za granicę (do NRD w 1988 roku) byłem w Steinach i Sonnebergu („To bardzo blisko moich stron rodzinnych”). Teraz właśnie wraca z wyprawy rowerowej wzdłuż całego polskiego wybrzeża Bałtyku, od Szczecina przez Świnoujście do Gdańska i Helu. Rozmawiamy nie tylko o jej wrażeniach z wycieczki, również ogólnie o Polsce, jak też o moich zainteresowaniach i wyprawach rowerowych.

– A które z polskich miast najbardziej się panu podoba? Które jest najbardziej interesujące?

– Chyba Wrocław. W ubiegłym roku byłem tam sześć razy, był to jednak specjalny rok dla tego miasta, Wrocław był Europejską Stolicą Kultury i zorganizowano tam bardzo wiele interesujących imprez.

– Nie Kraków?

– Kraków na pewno jest pięknym i ciekawym miastem, ale jest zbyt daleko ode mnie. Nie mogę pojechać tam na wystawę do muzeum i wrócić tego samego dnia. Ograniczam się do zachodniej Polski.

– Słyszałam też o Zielonej Górze…

– Tak, też tam byłem wielokrotnie. Historycznie to Dolny Śląsk, ale obecnie jest jedną z dwóch stolic województwa lubuskiego. Nazwa województwa pochodzi zresztą od miasta Lebus w Niemczech, koło Frankfurtu nad Odrą.

– Polacy nazwali województwo od niemieckiego miasta?

– Kiedyś to było polskie miasto, nazywało się Lubusz.

– A dzisiaj rzeczywiście jedzie pan do Berlina tylko na Noc Muzeów? Bez noclegu?

– Nie, nigdy nie nocuję, wracam tego samego dnia lub w nocy. Przed Długą Nocą Muzeów chciałbym odwiedzić jeszcze miejsce pamięci muru berlińskiego przy Bernauer Straße, to niedaleko Gesundbrunnen, a od godziny 18 czeka mnie Lange Nacht der Museen.

– Z tego, co pan opowiada, widzę, że robi pan zwariowane rzeczy, i to co weekend…

Nasza rozmowa schodzi też na politykę:

– Jaka jest właściwie przyczyna tego, że Polacy zagłosowali na PiS? Jak to było możliwe, że ta partia wygrała wybory?

– Osobiście nie głosowałem na PiS…

– Tak przypuszczałam.

– …ale nie robię tragedii z tego poparcia dla PiS w społeczeństwie. Wygrana PiS-u w wyborach 2015 roku, to, że zdobył absolutną większość w sejmie, było w dużej mierze kwestią przypadku, tego, że jedna partia lewicowa (Razem) odebrała część głosów drugiej partii lewicowej (Zjednoczonej Lewicy), przez co ta nie weszła do sejmu i straciła potencjalne mandaty na rzecz PiS-u. To dzięki temu PiS ma teraz absolutną większość w sejmie i może uchwalać co chce, nie licząc się z opozycją. Obecnie popularność PiS-u bierze się głównie z programu 500+, o którym pewnie pani słyszała. Opozycja twierdzi, że to przekupywanie społeczeństwa…

– Tak, słyszałam. Ale niemieckie media twierdzą, że demokracja w Polsce jest zagrożona.

– Nie zgadzam się z tym. To zwykła walka polityczna, normalna rzecz w każdym kraju.

Rozmawiamy też o innych, przyjemniejszych sprawach, na przykład o polskiej kuchni, Niemka mówi mi, że bardzo jej smakuje „serwolada ostródzka” („Nie słyszałem, to chyba jakiś lokalny przysmak? W Wielkopolsce też mamy tradycyjne potrawy”). Wreszcie pociąg przejeżdża przez most na Odrze i zatrzymuje się na dworcu we Frankfurcie nad Odrą. Ku mojemu zdziwieniu (zwykle nikt tu się nie dosiada) do pociągu wsiada dużo Niemców, do naszego przedziału również wchodzą dwie zażywne panie w wieku już emerytalnym lub przedemerytalnym. Ruszamy. Nasz pociąg dzisiaj wyjątkowo jedzie nie przez Dworzec Wschodni do Głównego, tylko przez Lichtenberg do Gesundbrunnen. Tuż za Frankfurtem po angielsku odzywa się też młody mężczyzna o południowych rysach twarzy, pytając, jak dojechać na Dworzec Wschodni. Okazuje się, że ma tam przesiadkę na pociąg do Amsterdamu.

– O, to ma pan problem – odpowiadają płynnie po angielsku starsze panie. Nie tylko one, ale cały przedział przechodzi na język Szekspira. – Bo pomiędzy Lichtenbergiem i Dworcem Wschodnim pociągi nie kursują.

– A co się stało? – pytam.

– Remontują tory w Ostkreuz. Pociągi regionalne z Frankfurtu dojeżdżają tylko do Erkner, potem trzeba się kilka razy przesiadać. Ja też jadę tym pociągiem, aby uniknąć przesiadek. Jestem zresztą z Fürstenwalde, musiałam więc cofnąć się do Frankfurtu, ale to i tak lepsze. Musi pan jechać autobusem z Lichtenbergu na Dworzec Wschodni.

Tajemnica popularności naszego Eurocity wśród Niemców we Frankfurcie więc się wyjaśniła. Smętnie zdaje sobie sprawę, że i mnie w drodze powrotnej będzie czekała podróż z przesiadkami. W nocy z soboty na niedzielę nie mam, jak kiedyś, bezpośredniego połączenia z Berlina do Poznania.

W Lichtenbergu pociąg stoi tak długo, że jedna z pań zaczyna się denerwować.

– Jeśli zaraz nie ruszy, nie zdążę w Gesundbrunnen na przesiadkę do Rostocku.

– Będzie miała pani następny – pocieszam.

– Tak. I w szpitalu będę dopiero wieczorem. Jadę do chorej ciotki, która leży w szpitalu w Güstrow. W dodatku mają mnie odebrać, będę więc teraz musiała wszystko pozmieniać.

Na szczęście pociąg w tym momencie rusza, na stacji Berlin Gesundbrunnen jesteśmy zgodnie z planem. Pociąg młodej Niemki do Hanoweru odchodzi z Dworca Głównego, początkowo planowała pojechać tam kolejką miejską S-Bahn, ale kiedy spojrzała na plan Berlina, który zabrałem z domu, zmieniła zdanie, przejdzie ze mną kawałek pieszo, a potem pojedzie rowerem, to niedaleko. Musimy tylko znaleźć Brunnenstraße, którą dojdziemy do Bernauer Straße. Oboje jesteśmy po raz pierwszy w Gesundbrunnen, nie znamy tych okolic, proponuję jednak pójść w kierunku, który okazuje się właściwy.

– Ma pan dobrą orientację w terenie.

– I trochę doświadczenia w jeździe rowerem z mapą. Jest teraz po godzinie 12, nasz cel jest na południu, wystarczy więc iść za słońcem.

Na Bernauer Straße rozstajemy się przy Miejscu Pamięci Muru Berlińskiego. To mój pierwszy cel dzisiejszej wyprawy do Berlina.

* * *

O Miejscu Pamięci Muru Berlińskiego (Gedenkstätte Berliner Mauer) dowiedziałem się w 2008 roku od przygodnie poznanego Niemca podczas mojej wycieczki rowerowej po Meklemburgii – Pomorzu Przednim. Niemiec (spotkanie z nim było bardzo ciekawym i zaskakującym doświadczeniem – okazał się wnukiem Hermanna Mittendorfa, niemieckiego landrata Śremu podczas okupacji), kiedy dowiedział się, że niedawno odwiedziłem Muzeum Muru Berlińskiego przy Checkpoint Charlie na Friedrichstraße, powiedział mi:

– Jeszcze ciekawsze jest miejsce pamięci przy Bernauer Straße. Muzeum przy Checkpoint Charlie jest prywatne i koncentruje się na sensacjach, natomiast miejsce pamięci przy Bernauer Straße jest utrzymywane ze środków publicznych, ma większą wartość informacyjną i jest poważniejsze w charakterze. Jest tam też zachowany fragment muru.

Okazuje się to prawdą. Miejsce pamięci powstało przy ulicy, która przez 28 lat stanowiła granicę pomiędzy wschodnim i zachodnim Berlinem. Z dnia na dzień Bernauer Straße stała się ulicą graniczną, a właściwie – po wschodniej stronie, bo po zachodniej życie toczyło się normalnie – martwą strefą, w której zburzono kamienice i zainstalowano śmiercionośny pas (mur berliński składał się w istocie z kilku rzędów murów, płotów, zasieków itp.), mający uniemożliwić wschodnim berlińczykom przedostanie się na drugą stronę. I tak dochodziło tam jednak do prób ucieczek, nawet podkopów i budowy tuneli, niektóre ucieczki udawały się nie, niektóre kończyły tragicznie.

Zwiedzanie rozpoczynam w zwykły dla siebie sposób, to jest bardzo dokładnie czytając wszystkie plansze (miejsce ma charakter centrum dokumentacyjnego, chociaż zawiera też oryginalne artefakty, jak płaszcz, w którym uciekła jedna z kobiet), reprodukowane na nich dokumenty urzędowe, listy, słucham przemówienia Kennedy’ego ze słynnym zdaniem „Ich bin ein Berliner”, przemówienia Willy’ego Brandta (wtedy burmistrza zachodniego Berlina), wspomnień mieszkańców NRD, którzy zdecydowali się na ucieczkę. Kiedy już dokładnie zapoznałem się z ekspozycją na parterze centrum, na moim zegarku jest 17.30, minęło więc cztery i pół godziny, a do zwiedzenia jest jeszcze ekspozycja na górnej  kondygnacji, obszerniejsza. Czy centrum bierze udział w Długiej Nocy Muzeów? Nie, nigdy nie bierzemy w niej udziału, zamykamy o 18. Trudno, muszę na tym poprzestać, nie wiem, czy kiedykolwiek uda mi się dokładnie zwiedzić całą ekspozycję, przy moim sposobie zwiedzania muzeów musiałoby to trwać 10-12 godzin.

Wychodzę już, bo chciałbym przejść jeszcze drugą stronę ulicy – dotknąć zachowanego fragmentu muru (ma 200 metrów długości), przespacerować się po pustym obecnie porośniętym terenie, strefie śmierci, w której wcześniej buszowały… słynne berlińskie króliki.

* * *

Zaczęła się już Długa Noc Muzeów Przejście pieszo z Bernauer Straße w kierunku Topografii Terroru i Martin-Gropius-Bau, które najbardziej mnie interesują podczas dzisiejszej nocy. Na planie miasta to tylko kawałek, ale nie uwzględniłem wielkości Berlina – przejście zajmuje mi prawie godzinę. Nie szkodzi, idę pierwszy raz tą trasą i po raz pierwszy mogę zobaczyć budowle, o których dotychczas tylko słyszałem – Dworzec Północny z wystawą o dworcach-widmach w podzielonym Berlinie, bardzo duże Muzeum Przyrodnicze, które też bierze udział w dzisiejszej nocy muzeów, przedtem krótki odpoczynek w parku przy Eichendorffstraße, ogromny kompleks budynków szpitala uniwersyteckiego i wydziału medycznego Charité, studio telewizyjne ARD. Coraz więcej ludzi na ulicach, kobiety w chustach, różne rasy, kolory skóry, słychać najróżniejsze języki, po powrocie do Polski mam ochotę powtórzyć znajomym znany dowcip: „Na pewno słyszeliście, że w Polsce jest mniejszość niemiecka, prawda? Otóż powiem wam, że byłem niedawno w Berlinie i tam też jest”. Wreszcie plac Paryski i Brama Brandenburska, dalej wzdłuż Wilhelmstraße (niedaleko stał tu pałac Radziwiłłów, potem zamieniony na Kancelarię Rzeszy, rezydował w niej też Hitler, ale nie odnajduję tego miejsca) na południe, przy Topografii Terroru jestem już po 19.

Topografia Terroru, placówka, do której się wybierałem od początku moich wyjazdów do Berlina, ale którą dopiero teraz udało mi się zobaczyć, to miejsce, w którym do 1945 roku znajdowała się główne siedziba gestapo i SS. Z dawnych budynków nie zostało nic, w ich miejscu stoi duży pawilon wystawowy, obok którego jest również ekspozycja na zewnątrz. Podobnie jak Miejsce Pamięci Muru Berlińskiego, Topografia Terroru jest centrum dokumentacyjnym, nie muzeum, rolę informacyjną spełniają plansze bardzo szczegółowo opisujące historię Niemiec w latach 1933-1945.

Krótkie obejście ekspozycji i chwila zastanowienia. Tematyka wystawa jest interesująca, ale jeśli tu zostanę, do końca nocy muzeów nie zwiedzę już niczego innego – zwiedzę właściwie tylko ekspozycje wewnątrz pawilonu (i to pewnie nie w całości), ponieważ w nocy zapoznanie się z planszami na zewnątrz nie będzie już możliwe (ekspozycja jest nieoświetlona). Ostatecznie rezygnuję z pierwotnego planu, przechodzę do Martin-Gropius-Bau, stojącego tuż obok.

* * *

O Martin-Gropius-Bau usłyszałem po raz pierwszy w 2011 roku, przy okazji wystawy o historii stosunków polsko-niemieckich, która wtedy miała tam miejsce. Wystawy nie widziałem i nie wiem, dlaczego wyobrażałem sobie, że Martin-Gropius-Bau jest jakąś nowoczesną budowlą, jak bardzo dobrze mi znany Pei-Bau, w którym są organizowane wystawy czasowe Niemieckiego Muzeum Historycznego przy Unter den Linden. W rzeczywistości Martin-Gropius-Bau to udany przykład XIX-wiecznej architektury neorenesansowej – nietypowej dla Berlina, bardziej kojarzyłbym ten styl z XIX-wiecznym Paryżem. Od samego początku budynek pełnił też funkcję muzeum i pawilonu wystawowego.

„Der Luthereffekt”, czyli obszerna wystawa poświęcona 500-leciu reformacji, jest główną ekspozycją w Martin-Gropius-Bau, na parterze budynku, na nią też przede wszystkim przyjechałem ze Śremu. Wystawa duża i bardzo atrakcyjna pod względem wizualnym, ale też niosąca mnóstwo ważnych, istotnych dla historii religii (i historii kultury) treści. W pierwszej części omówienie ruchów reformacyjnych z czasów ich początków, czyli XVI wieku, potem rozwój reformacji został przedstawiony na przykładzie czterech krajów: Szwecji, Tanzanii, USA i Korei Południowej. Można mieć wprawdzie wątpliwości, czy takie ograniczenie się jest właściwe, szczególnie w przypadku USA, w których ruchy wywodzące się z protestantyzmu są bardzo liczne i do dzisiaj bardzo aktywne, rozumiem jednak twórców wystawy. Ich celem nie było wyczerpujące przedstawienie tematu (jest to niemożliwe), raczej wskazanie ogólnych kierunków w rozwoju religii, zaproszenie do dalszych samodzielnych poszukiwań. Rozumiem też skoncentrowanie się na prądach wywodzących się bezpośrednio z luteranizmu; w końcu wystawa upamiętnia 500-lecie przybicia przez Lutra słynnych tez do drzwi kościoła w Wittenberdze – wydarzenie bardzo ważne dla Niemców, niezależnie od ich wyznania czy światopoglądu.

Zwracam uwagę na cenne dzieła sztuki ilustrujące wystawę, np. podwójny portret Marcina Lutra i jego żony Katarzyny Bora pędzla Lucasa Cranacha, dawne księgi, dokumenty, ale też przedmioty o całkiem innym charakterze, szczególnie w części wystawy poświęconej Szwecji, jak „skórzaną” armatę, używaną przez Szwedów podczas wojen w XVII wieku, figurę wojownika z zatopionego galeonu „Waza”, a nawet ławę dla nowożeńców ze szwedzkiego kościoła i mającą całkiem inne przeznaczenie „ławę hańby”.

Pozostałe wystawy, na wyższych piętrach Martin-Gropius-Bau, są dla mnie już mniej interesujące, chociaż jest wśród nawet „Der ganze Prozess”, czyli eksponowany (w całości) rękopis „Procesu” Franza Kafki. Cenię twórczość Kafki, nie mam jednak do niej tak emocjonalnego stosunku, aby analizować jego (dość nieczytelny) charakter pisma.

Ciekawsza jest wystawa grafik Luciana Freuda (wnuka słynnego Sigmunda), szczególnie podobają mi się rytowane grubą kreską i wcale nie upiększające portrety, oddające prawdę psychologiczną o modelu; z kolei niewielka wystawa fotograficzna dokumentująca zbrodnie neonazistowskiej organizacji NSU raczej nie jest warta wspomnienia.

* * *

Opuszczam Martin-Gropius-Bau już po północy. W drodze na Dworzec Główny zajrzę jeszcze do Niemieckiego Muzeum Szpiegostwa (muzeum komercyjne, prywatne, jak Muzeum Muru Berlińskiego przy Checkpoint Charlie, raczej niewarte osobnej wizyty) przy Leipziger Platz. Na znajdującą się przy tym samym placu wystawę Salvadora Dalego niestety nie wejdę, kolejka chętnych jest zbyt długa. Potem niewielkie Ottobock Science Center (wystawa protez ludzkich organów) przy Ebertstraße i na sam koniec dwie wystawy w Max Liebermann Haus przy Bramie Brandenburskiej. Wystawa czarno-białych fotografii Bernarda Larssona dokumentująca życie we wschodnim i zachodnim Berlinie w latach 1961-1968 jest ciekawa, nie mam już jednak wystarczająco dużo czasu, aby ją dokładnie obejrzeć.

Chociaż jest już noc, wszędzie po drodze widzę mnóstwo pijanych, bawiących się ludzi, też na pustym placu przed Reichstagiem siedzi jakaś grupka, może pijanych, może narkomanów, nie zwracamy na siebie uwagi; alkohol u Niemców nie wywołuje agresji, w Berlinie czułem się zawsze bezpiecznie, nawet kiedy kilka lat temu w środku nocy zimą szedłem przez pusty park Tiergarten. Przechodzę jeszcze tylko obok Urzędu Kanclerskiego i na Dworzec Główny.

Z powodu remontu torów węzła Ostkreuz muszę jechać do Frankfurtu nad Odrą z przesiadkami. Pociągiem jadę na Dworzec Wschodni, skąd o 2.10 odjeżdża autobus do Erkner. Na Dworcu Wschodnim muszę czekać godzinę. Spacerując wokół niego, widzę dwa szczury, które wyszły z zarośli, szukając jedzenia; one też mnie zauważyły, powoli wycofują się w krzaki. Z Erkner znowu pociągiem do Frankfurtu, w którym jestem przed czwartą w nocy. Przejście opustoszałymi ulicami w kierunku Słubic, po drodze zagaduje mnie mężczyzna, który wysiadł ze mną z pociągu z Erkner.

– Nie wie pan, gdzie można tu napić się kawy? Tu wszystko zamknięte.

– Niestety nie wiem. Nie jestem stąd. Jestem z Polski. Idę do Słubic na autobus.

– To pójdę z panem. Może tam będzie.

– Proszę. Na pewno w Polsce będą otwarte lokale. A co pan tu robi o tak późnej porze?

– Mam tu przesiadkę. Jadę do Eisenhüttenstadt, pociąg mam dopiero o 5.37. Wracam z Berlina z meczu – mężczyzna z dumą pokazuje koszulkę z napisem „Hertha BSC” (oprócz koszulki nic nie ma sobie i widać, że drży z zimna). A do tej granicy daleko?

– Blisko, jakieś 10-15 minut. Był pan już w Polsce?

– Tak, ale my granicę przekraczamy w Gubinie, nie tutaj. Moja siostra wyszła też za mąż za Polaka. On jest z Turku, ale mieszkają w Świnoujściu.

– Z Turku? Znam dobrze i Turek, i Świnoujście.

Mężczyzna wchodzi do otwartego sklepu spożywczego tuż za mostem granicznym (tam chyba nie dostanie kawy?, będzie musiał pójść do pobliskiej stacji paliw), ja idę na ulicę Wojska Polskiego, na dworzec autobusowy. Kiedy docieram na miejsce, niespodzianka – dworca już nie ma, w czasie tych dwóch lat, od kiedy ostatni raz byłem w Słubicach, został przeniesiony w jakieś inne miejsce. Wciąż jest noc, ciemno, obok przechodzi jednak jakaś para i mogę ich zapytać o drogę.

– Niech pan…, niech pan tu skręci w prawo i potem na skrzyżowaniu… Trafi pan – dziewczyna jest pijana, prawie przewraca się na mnie, ale skierowała mnie dobrze. Okazuje się, że nowy dworzec znajduje się na placu Bohaterów, tuż obok budynku urzędu miejskiego i sądu.

Mój autobus do Poznania odjeżdża o 5.45. Prawie cztery godziny jazdy przez Sulęcin, Międzyrzecz, Pniewy, potem w Poznaniu ponad godzina czekania na autobus do Śremu. W domu będę o 12.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.