Biennale Malej Formy Graficznej i Ekslibrisu w Ostrowie Wielkopolskim

3 września – wyjazd do Ostrowa Wielkopolskiego na XVI Międzynarodowe Biennale Małej Formy Graficznej i Ekslibrisu i jednocześnie okazja do przypomnienia sobie tego miasta, które tak rzadko odwiedzam. Chociaż w pobliskim Kaliszu jestem kilka razy w roku (przeważnie w teatrze), w Ostrowie, jeśli nie liczyć przesiadek na dworcu PKP, ostatnio byłem w 2009 roku, przy okazji wycieczki rowerem do Antonina na festiwal „Chopin w barwach jesieni”. Zajechałem wtedy też do Muzeum Miasta Ostrowa Wielkopolskiego, aby zwiedzić wystawę czasową poświęconą chińskiej armii terakotowej, i wtedy właśnie od pracowników muzeum usłyszałem po raz pierwszy o tradycji organizowania biennale w tym mieście. Pamiętałem o imprezie, ale dopiero teraz udało mi się na nią pojechać.

Wernisaż w ostrowskim ratuszu jest zaplanowany na godz. 11, ja w sobotę rano muszę jeszcze trochę popracować i jestem wolny dopiero o 7.30, jazda całą trasę rowerem do Ostrowa nie wchodzi więc w grę, zwłaszcza, że wieje dziś dość silny południowy wiatr. Postanawiam dojechać rowerem tylko do Chociczy i stamtąd dalej pociągiem. Wyjeżdżając ze Śremu, zaglądam jeszcze na półkę book-crossingu na dworcu PKS w Śremie, gdzie znajduję „Ryby śpiewają w Ukajali” i „Zdobywamy Amazonkę” Arkadego Fiedlera. „Ryby…” już mam przeczytane w swojej biblioteczce, a „Zdobywamy Amazonkę” traktuje właściwie o tym samym, to jest o jeszcze przedwojennej podróży Fiedlera do Amazonii, obie książki zamierzam więc zostawić na półce, kiedy na stronach tytułowych dostrzegam dedykację i autograf… Arkadego Fiedlera – tak cenne pozycje muszą się znaleźć w mojej torbie. Dopiero po powrocie orientuję się, że książki zostały wydane w latach 1987 i 1988, Arkady Fiedler (zmarł w 1985 r.) nie mógł więc ich podpisać. Czy to podpis jego syna Arkadego Radosława, czy ktoś sobie zażartował?

Rower powierzam opiece metalowego stojaka na stacji w Chociczy i wsiadam do pociągu do Ostrowa. Na miejscu jestem punktualnie, do budynku ratusza wchodzę kilkanaście minut przed godziną 11. Jestem mile zaskoczony frekwencją: na wernisażu zgromadziło się około dwustu osób, może więcej. Domyślam się, że duża część to artyści, pewnie jest też cała śmietanka towarzyska Ostrowa, z której oczywiście nikogo nie znam. Czas do oficjalnego otwarcia wystawy spędzam na pierwszym, na razie pobieżnym obejrzeniu prac, których też jest bardzo dużo. Na stronie internetowej muzeum przeczytałem, że jest tu 525 grafik – zarówno ekslibrisów jak i małych grafik w formacie do 20 cm – 344 artystów z 40 krajów.

Wreszcie z niewielkim opóźnieniem rozpoczyna się wernisaż biennale. Przemówienia, wręczenie nagród; nagrody i wyróżnienia wręczają m.in. pani prezydent Ostrowa, Beata Klimek, i przewodniczący jury, Andrzej Basaj. Pierwszą nagrodę zdobył Włoch Pietro Paolo Tarasco, drugą i trzecią przyznano Polakom – Ryszardowi Baloniowi i Janowi Szmotlochowi. Grono artystów uczestniczących w biennale jest jednak bardzo kosmopolityczne – pochodzą nie tylko z Polski i całej Europy, ale też z tak odległych krajów jak Japonia, Tajlandia, Argentyna, Puerto Rico… Po przemówieniach i wręczeniu nagród jeszcze wspólne zdjęcie przed ratuszem i wreszcie mogę w spokojniejszej atmosferze obejrzeć wszystkie prace, zanurzyć się w świat sztuki…

* * *

Która to już wystawa grafiki obejrzana przeze mnie w tym roku? Na początku sierpnia byłem w Centrum Rysunku i Grafiki im. Tadeusza Kulisiewicza w Kaliszu, wcześniej widziałem grafiki i rysunki Ryszarda Kai w poznańskim „Arsenale”, grafiki Chagalla, Tischlera w Pałacu Królewskim we Wrocławiu, wystawę XIX-wiecznej grafiki prasowej poświęconej powstaniu styczniowemu w Koninie i kilka innych. Co takiego tkwi w rysunku i grafice, że tak mnie fascynują?

Jeśli konkurencję na biennale ograniczyć do ekslibrisu, pierwsza nagroda dla Pietra Paola Tarasco jest w pełni zasłużona – jego ekslibrisy wzbudzają podziw finezyjną kreską, uchwyceniem tematu w kontekście książki. A tematy są częściowo bardzo… ostrowskie. Na jednym z ekslibrisów widzimy ratusz, w którym się obecnie znajdujemy, na drugim pałac myśliwski w Antoninie.

Większe zainteresowanie wzbudzają we mnie jednak inne, zwykłe grafiki. Ogromna ich liczba w zasadzie nie pozwala tu na szczegółową analizę treści i formy, możliwe są tylko spostrzeżenia natury ogólnej. Przeważają techniki metalowe, drzeworytów i linorytów niewiele. Abstrakcji jest mało – ku mojemu zadowoleniu, już wielokrotnie dawałem wyraz na tym blogu mojej niechęci do tego prądu w sztuce. Dominuje sztuka przedstawieniowa – surrealizm, symbolizm, realizm w jego najrozmaitszych, przeważnie metaforycznych odcieniach. Aby metaforę zrozumieć, każdemu z tych małych obrazków należy jednak poświęcić więcej czasu, spróbować pojąć wszelkie odniesienia kulturowe i inne, do których nawiązuje artysta, i – przeczytać podpis pod grafiką. Dużym minusem wystawy jest pominięcie tytułów grafik w podpisach (podane są tylko imiona i nazwiska artystów), a przecież w większości przypadków są one bardzo ważne dla zrozumienia pracy. Sam potrafię przeczytać tylko tytuły polskie, angielskie i niemieckie – w przypadku włoskich, hiszpańskich czy w innych językach mogę się tylko domyślać, „co autor miał na myśli”.

Studiując grafiki, nawiązuję też rozmowy z innymi zwiedzającymi. Praca „Eternal Journey” litewskiej graficzki Taibé Chait przyciąga uwagę zarówno moją jak i stojącej obok mnie pani, która, jak mi mówi, przyjechała na biennale z Łodzi. Zamieniam też kilka słów z japońskim artystą Masaaki Sugitą (zdobył wyróżnienie na biennale), który przeleciał pół świata, aby znaleźć się na wystawie w Ostrowie. Kiedy powracam do prac, które zajęły I miejsce, obok mnie ustawia się też mężczyzna w muszce, który chce je sfotografować.

– Niech no pan spojrzy, ile to kresek trzeba nastawiać, że stworzyć coś takiego… Sam zresztą też uczę tego moich studentów.

– Pan jest artystą? Wykłada pan grafikę na Akademii Sztuk Pięknych? – pytam.

– Nie. Uczę histopatologii na weterynarii. Uważam jednak, że weterynarze powinni umieć rysować tkanki. A grafika to moje hobby, tak samo zbieranie znaczków pocztowych, mam ich ogromną kolekcję…

– Ja zbierałem znaczki tylko wtedy, kiedy byłem dzieckiem. Pamiętam, że bardzo wysoki poziom graficzny reprezentowały znaczki czechosłowackie.

– O tak. My też jednak mieliśmy znakomitych artystów: Czesław Słania, Andrzej Heidrich.

– Słania wyjechał potem do Szwecji. A Andrzeja Heidricha dobrze zna moja koleżanka z Warszawy. W tym roku chciałem pojechać na jego wystawę do Pałacu Królewskiego we Wrocławiu, ale ostatecznie mi się to nie udało.

– Wracając do ekslibrisów, słyszał pan może, że w tym roku mija 500 lat od powstania pierwszego polskiego ekslibrisu. W 1516 roku zaczął w ten sposób oznaczać swoje książki Maciej Drzewicki, biskup włocławski. Z tej okazji chciałbym wydać moją książkę poświęconą historii ekslibrisów. Rozmawiałem już na ten temat z dyrektorem Poczty Polskiej, może się uda.

Życzę mojemu rozmówcy, aby się udało i wracam do zwiedzania wystawy, z której wychodzę o godz. 14.15, po 3,5 godzinach. Idę jeszcze zobaczyć wystawy towarzyszące biennale: grafiki Grażyny Kulikowskiej-Antczak i „500 lat ekslibrisu polskiego” w Galerii Sztuki Współczesnej przy Królowej Jadwigi i grafikę czeską w synagodze przy Raszkowskiej. Po drodze zwiedzam plenerową wystawę na rynku poświęconą Antoniemu Kalinie (wystawa ma również akcent śremski, Kalina w 1867 ukończył gimnazjum śremskie i na zdjęciu jest widoczny budynek poklasztorny franciszkanów, w którym się wtedy mieściło gimnazjum), zaglądam też do konkatedry (monumentalny kościół swoją neoromańską architekturą i polichromią wnętrz przypomina mi trochę kościół w Jutrosinie, jest od niego większy, ale nie ma tej klasy artystycznej) a w synagodze mam też okazję posłuchać czytania „Quo Vadis” w wykonaniu ostrowskiej młodzieży. Powrót pociągiem do Chociczy, gdzie czeka na mnie rower.


Migawki z tegorocznego biennale

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.