„Człowiek potrzebuje do życia ogrodów i bibliotek”

28 maja – plany wyjazdu do Muzeum Narodowego we Wrocławiu na wystawę o modzie PRL rozbijają się o niepewną pogodę. Kiedy budzę się po godz. 4, jest jeszcze sucho, ale gdy po 5 wychodzę z moim rowerem przed blok, jak na złość zaczyna padać. Wyjeżdżać czy nie? Ostatecznie pozostaję, zwłaszcza że i wiatr (zmienny, wschodni, ale też południowy) nie bardzo sprzyja tak dalekiej wyprawie, zresztą wystawa i tak będzie jeszcze przed kilka miesięcy. Zamiast tego po siódmej wyjeżdżam do Poznania.

Na miejscu jestem przed godz. 10. Jak zwykle zaglądam do Biblioteki Filologicznej Collegium Novum przy al. Niepodległości, ale na półkach book-crossingu nic interesującego. Potem do Biblioteki Uniwersyteckiej przy Ratajczaka. Trzy tygodnie temu, podczas Dnia Darmowego Komiksu, zauważyłem, że też jest tam book-crossing, a właściwie „aukcja książek” – czytelnicy i sama biblioteka pozbywają się książek, które można kupić za złotówkę. Nie zawiodłem się – na półkach rzeczywiście dużo pozycji, z których wybieram trzy – dwie niemieckie i jedną polską: „Momo” Michaela Endego (jego „Niekończąca się historia” była naszą lekturą na proseminarium literackim na germanistyce, jeszcze zanim powieść zyskała sławę dzięki ekranizacji: „The Neverending Story” Wolfganga Petersena; przy okazji jej omawiania była mowa też o „Momo”, ale książki nie czytałem), „Polens Westarbeit” Rudolfa Neumanna (odpowiadająca moim zainteresowaniom niemiecka monografia o pracy polskich instytucji naukowych i kulturalnych na „Ziemiach Odzyskanych”, spojrzenie na tę kwestię oczami Niemca, tym bardziej ciekawe, że z 1966 roku, sprzed normalizacji stosunków polsko-niemieckich) i „Raport madrycki o przestrzeganiu  praw człowieka i obywatela w Polsce” (wydawnictwo podziemne z 1980 roku, znowu zgodne z moimi zainteresowaniami). Następnie przejazd do Biblioteki Raczyńskich, głównego celu mojej wyprawy.

Wystawy w Galerii Atanazego w Bibliotece Raczyńskich zwiedzam przeważnie sam, jako jedyny w pomieszczeniu. Tak jest i tym razem, ale dzisiaj oprócz mnie w galerii, zazwyczaj niestrzeżonej, jest jeszcze jedna osoba – strażnik z „Solid Security”. Nie dziwię się, wystawa ma trochę inny charakter niż wcześniejsze, które tu widziałem, a eksponaty prezentowane na niej są bardzo cenne. „Człowiek potrzebuje do życia ogrodów i bibliotek” – cytat z Cycerona stał się tytułem i jednocześnie mottem wystawy prezentującej dawne herbarze, zielniki i książki z zakresu botaniki ze zbiorów Biblioteki Raczyńskich.

Botaniką w zasadzie nigdy się nie interesowałem, chyba że uwzględnić tu krótki okres zaraz na początku lat 90., kiedy to w księgarni kupiłem przewodnik do oznaczania roślin i zwierząt i spacerując na przykład nad Jeziorem Grzymisławskim w Śremie próbowałem rozpoznawać rośliny. Nadal mam ten przewodnik w swojej biblioteczce, te przyrodnicze zainteresowania dawno już jednak zarzuciłem, kierując swoją uwagę bardziej ku muzeom, sztuce, historii.

Tematem ekspozycji w Bibliotece Raczyńskich nie jest jednak botanika, lecz dawne książki. Głównym punktem, osią wystawy w zamierzeniu organizatorów jest „Zielnik” Elizabeth Blackwell (na wystawie możemy zobaczyć jego niemiecko-łacińskie wydanie z lat 1754-1773, nie angielski oryginał z początku XVIII wieku). Bogato ilustrowana kolorowymi miedziorytami książka robi rzeczywiście duże wrażenie, ciekawostką są odręczne dopiski, chyba z XIX wieku, po polsku, dokonane ręką byłego właściciela książki. Na wystawie odnajduję też jednak dużo innych pozycji, które każdego bibliofila przyprawią o drżenie serca: starodruki od XVI do XVIII wieku, też książki z początku XIX wieku. Wśród nich „Opera omnia” Hipokratesa w greckim oryginale, wydane w XVI wieku, dzieła Teofrasta, Dioskurydesa… Szczególną uwagę zwracam na dwie pozycje: wydany po polsku „Zielnik” Szymona Syreńskiego z początku XVII wieku i „Dendrografiae” Jana Jonstona. W tym pierwszym próbuję odczytywać opisy roślin (co nie jest łatwe, bo książka, chociaż po polsku, jest wydrukowana frakturą); w „Dendrografiae” mój wzrok przyciągają przede wszystkim wysokiej klasy grafiki, książka interesuje mnie też ze względu na postać autora: Jan Jonston, Szkot z pochodzenia, urodził się w Szamotułach, ale dla mnie jest przede wszystkim mieszkańcem Leszna – leszczynianie pamiętają o nim, postawili mu też pomnik.

Druga wystawa w Bibliotece Raczyńskich to „Inspirujące ilustracje” Elżbiety Krygowskiej-Butlewskiej. Zbliża się Dzień Dziecka, który z reguły spędzam w teatrze na przedstawieniu dla dzieci. W tym roku do teatru chyba niestety nie pojadę, mogę za to obejrzeć ilustracje do książek dla dzieci. Prace Elżbiety Krygowskiej-Butlewskiej podobają mi się, nie tylko dlatego, że bardzo lubię sztukę dla dzieci. Jak wszystkie ilustracje w tego typu książkach, są proste w przekazie, po drugim i trzecim przyjrzeniu się ujawniają też jednak głębsze treści, zapraszają do myślenia…

O 11.30 przejście z Biblioteki Raczyńskich na drugą stroną al. Marcinkowskiego, do Muzeum Narodowego, gdzie dzisiaj chcę zobaczyć tylko małą wystawę Jana Lenicy, którą zorganizowano podczas Nocy Muzeów tydzień temu. Obejrzenie jej zajmuje mi tylko chwilę. Plakaty Jana Lenicy (jest ich tylko cztery) nie bardzo mi się podobają, ale wynika to chyba z mojej ogólnej niechęci do, moim zdaniem, przereklamowanej polskiej szkoły plakatu; dłużej zatrzymuję się przy ilustracjach książkowych i karykaturach. Są ciekawsze, nie jest ich jednak dużo; mam nadzieję, że Muzeum Narodowe w Poznaniu urządzi kiedyś monograficzną wystawę Jana Lenicy, ma przecież dużo jego prac w swoich zbiorach.

Po wyjściu z Muzeum Narodowego przejazd na Stary Rynek, do Muzeum Powstania Wielkopolskiego, na wystawę czasową plakatów i karykatur z okresu socrealizmu „Chłop potęgą i… kułakiem”. Plakaty nie są zbyt interesujące, bardziej ciekawią mnie karykatury, nie tylko ośmieszające „kułaków”, również chłoszczące „sługusów imperializmu” (niektóre z nich już znam), rysowane między innymi przez takich artystów jak Szymon Kobyliński, Jerzy Zaruba, Maja Berezowska. Jakże wielu w latach 50. dopadło ukąszenie heglowskie… Nie osądzam ich, ważne jest to, co robili później, nie w czasach stalinowskich.

Kiedy o godz. 12 wychodzę z Muzeum Powstania Wielkopolskiego w Odwachu, trwa akurat pokaz reprezentacyjnego oddziału ułanów miasta Poznania. Pada komenda i spod Odwachu na objazd Starego Rynku rusza cały oddział, cały z wyjątkiem jednego ułana, któremu koń najwidoczniej się znarowił. Nie chce ruszyć, gwałtownie rusza łbem, aż nagle wśród zgromadzonych widzów rozlega się szmer przerażenia. Nieposłuszny koń zrzucił jeźdźca na ziemię i teraz kłusem oddala się z miejsca. Na szczęście po chwili chwyta go kobieta z tłumu i oddaje konia ułanowi, któremu nic się stało. Rozlegają się brawa. Gdyby był tu dziennikarz, o historii tej przeczytalibyśmy w „Głosie Wielkopolskim” lub usłyszelibyśmy w Radiu „Merkury”, ale chyba nie ma tu przedstawicieli mediów? I dobrze, niech scena ta po prostu pozostanie w pamięci widzów, rozgłos niepotrzebny.

Ostatnia placówka kulturalna, którą dziś odwiedzam, to Galeria Miejska „Arsenał”, w której, również z okazji Dnia Dziecka, otwarto wystawę ilustratorki Katarzyny Bajerowicz. Wiem, że o godz. 13 ma odbyć się też spotkanie z artystką i warsztaty rysowania. Prace Katarzyny Bajerowicz, podobnie jak Elżbiety Krygowskiej-Butlewskiej, podobają mi się, widzę wśród nich ilustracje do książek z czasów mojego dzieciństwa, jak „Karampuk” Ludwika Jerzego Kerna, czy „Krabat” Otfrieda Preusslera, najciekawsze są jednak eksponowane w drugiej części wystawy prace niebędące ilustracjami, lecz „malowane dla własnej przyjemności” – akwarele i rysunki tuszem, m.in. te przedstawiające „mysz – cichą lokatorkę zeszytu” i… cichą bohaterkę zwykłego życia.

Niestety spotkania z artystką o godz. 13 nie będzie. Jak informuje mnie pan z obsługi galerii, w zapowiedzi w Internecie wkradł się błąd i spotkanie w rzeczywistości odbędzie się o godz. 14. Musiałbym czekać jeszcze ponad godzinę, rezygnuję więc i wracam już do domu.

Bilans dnia: w czasie mojego pobytu w Poznaniu odwiedziłem dwie biblioteki, dwa muzea i jedną galerię, zwiedziłem pięć wystaw i kupiłem trzy książki. Koszt: trzy złote za książki i cztery złote za kupno czegoś do zjedzenia i picia w Biedronce i Lidlu. Tanie podróżowanie jest możliwe…

2 Komentarze

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.