Noc Muzeów we Wrocławiu

14 maja – wyjazd do Wrocławia na Noc Muzeów. To już trzecia noc muzeów spędzona przeze mnie w stolicy Dolnego Śląska. Na nocach muzeów w Polsce jestem przeważnie w Poznaniu, dwa razy byłem też w Warszawie i raz w Toruniu.

Wyjazd ze Śremu o godz. 6.15, temperatura około 15 °C (w ciągu dnia będzie znacznie cieplej), niebo zachmurzone, ale w Gostyniu wychodzi słońce. Za Gostyniem wzmaga się też wiatr, na szczęście wieje z północnego zachodu, nie przeszkadza więc, lecz pomaga w jeździe. Pierwszy postój w Krobi, przy Biedronce, gdzie rozlokowało się też targowisko, podobne do tego w Śremie sprzed modernizacji, tylko mniejsze, wśród sprzedających zauważam dużo obcokrajowców, pewnie ze Wschodu.

W Rawiczu zachodzę do obu kościołów („czerwonego” i „białego”, jak mówią rawiczanie), które są otwarte, zaglądam też do muzeum przy rynku. Muzeum, mimo wczesnej pory, jest otwarte, nie widzę jednak nikogo z obsługi, dopiero po chwili wychodzi kobieta.

– Czy muzeum jest już czynne?

– Nie, przyszłam tylko trochę wcześniej, aby wszystko przygotować, mamy dzisiaj Noc Muzeów.

– Ja też jadę rowerem na Noc Muzeów, tyle że do Wrocławia. U państwa jeszcze nie byłem, mimo że tyle razy przejeżdżałem przez Rawicz.

– Może wpadnie pan do nas, kiedy będzie pan wracał?

Niestety nie mogę, będę wracał w nocy i nie przez Rawicz, pozostaje mi więc tylko obejrzeć ekspozycję na parterze ratusza, od pani (kierowniczki muzeum?) otrzymuję też dwa numery samorządowej „Gazety Rawickiej”.

W Żmigrodzie jak zwykle zatrzymuję się koło ruin zamku. Ponieważ jest już około południa, miałem nadzieję, że baszta z małą ekspozycją muzealną i informacją turystyczną będzie otwarta i że uda mi się wreszcie ją zwiedzić, okazuje się jednak, że jest otwierana dopiero o godz. 14, szanse jej zwiedzenia znowu więc odsuwają się w nieokreśloną przyszłość. Przypominam więc sobie tylko miejscowy kościół i przy Dino robię kolejną przerwę na posiłek. Wyjeżdżając z miasta, jak zwykle mijam budynek o dumnej nazwie Zespół Placówek Kultury; tym razem zauważam, że w budynku mieści się też Gminne Centrum Informacji, z ciekawości postanawiam więc je odnaleźć, wchodząc od tyłu do pustego gmachu. Centrum okazuje się jednym pokojem, w którym przy biurku siedzi młoda kobieta.

– O Boże, ale mnie pan przestraszył!

– Jestem turystą. Jadę do Wrocławia i myślałem, że może dostanę u państwa jakieś materiały informacyjne o gminie.

Niestety pani nie ma nic ciekawego, kieruje mnie do informacji turystycznej w baszcie przy zamku Hatzfeldów, którą zostanie otwarta dopiero za dwie godziny, otrzymuję tylko dwie ulotki. Gminne Centrum Informacji w Żmigrodzie zajmuje się chyba trochę innymi informacjami, niż myślałem…

Kościół w Prusicach jest zamknięty, nie mogę więc przypomnieć sobie wspaniałego nagrobka Melchiora Hatzfelda, arcydzieła sztuki barokowej, kieruję się więc dalej, w stronę Trzebnicy. Tym razem rezygnuję z odwiedzin w bazylice św. Jadwigi, którą widziałem już tyle razy, postanawiam jednak zajrzeć do Gminnego Centrum Kultury, w którym jeszcze nigdy nie byłem, mimo że leży przy głównej drodze. Centrum jest otwarte, z plakatu widzę, że na godz. 14 zaplanowano warsztaty samoobrony dla kobiet, prowadzone przez mistrza świata w karate, Dawida Tomaszewskiego; w kawiarence czekają pracownicy centrum i kilka ubranych na biało dziewcząt, ale zainteresowanych warsztatami pań nie widzę, mimo że jest już za kwadrans 14,

– Dzień dobry, tyle razy przejeżdżałem przez Trzebnicę, ale dopiero dzisiaj jestem u państwa w Centrum. Czy Gminne Centrum Kultury wcześniej znajdowało się w tym samym miejscu?

– Tak, ale kilka miesięcy temu dobudowano nową część, jesteśmy tuż po remoncie. Zapraszam na imprezy. Tu na przykład widzi pan salę imienia pierwszego dyrektora centrum, gdzie odbywają się różne koncerty i spotkania. Mamy też inne sale, kino, kawiarnię.

Odnowiony ośrodek rzeczywiście robi bardzo dobre wrażenie, lepsze niż Śremski Ośrodek Kultury na Mickiewicza, ciekawe, czy mieszkańcy Trzebnicy często korzystają z niego. Biorę jeszcze kolejną gazetę samorządową – grubą (aż 64 strony) „Panoramę Trzebnicką” – i żegnam się z pracownikami. Chciałbym jeszcze zobaczyć Muzeum Regionalne w Trzebnicy, w którym byłem (dawno temu) tylko raz, pamiętam, że było gdzieś przy Rynku, ale nie odnajduję go. Objeżdżam więc tylko „staromiejskie” uliczki Trzebnicy, które tak bardzo przypominają mi uliczki innych miast Dolnego Śląska czy Pomorza Zachodniego. Cudzysłów w słowie „staromiejskie” jest uzasadniony. Do 1945 roku były to rzeczywiście starówki, w czasie ofensywy spalone przez Armię Czerwoną, potem, w czasach PRL, dewastowane i nie konserwowane – obecnie miasta te mają zachowany średniowieczny układ urbanistyczny, ale budynki, które tu wzniesiono, są nowe, nie są zabytkami.

Odcinek z Trzebnicy do Wrocławia jest najłatwiejszy do pokonania: droga rowerowa od Wiszni Małej do Psar i przede wszystkim jazda z górki, z wierzchołków Kocich Gór zjeżdżam w dolinę Odry. Na moście Uniwersyteckim we Wrocławiu jestem o 15.30, po 9 godzinach i 15 minutach jazdy. Za pół godziny zaczyna się Noc Muzeów.

* * *

Pierwsza galeria, do której wchodzę, to Centrum Sztuki WRO przy ul. Widok. Bardzo lubię tę placówkę, która specjalizuje się w sztuce video, również dzięki panującej tu nieformalnej atmosferze.

– Przyjechał pan do nas ze Śremu rowerem? – dziwi się dziewczyna w recepcji. – Niech pan się czegoś napije, tam jest woda. Ale Śrem to też ważne miasto na mapie kultury. Macie na przykład zbiory Dwurnika.

– Nie, to tylko wystawa czasowa w Muzeum Śremskim – uśmiecham się. – Byłem na jej wernisażu 17 kwietnia. Bardziej jednak podobały mi się wystawy Edwarda Dwurnika i jego córki Poli, które widziałem tu, we Wrocławiu, w styczniu. Były dużo bogatsze i bardziej interesujące.

– O, widzę, że pan zorientowany w sztuce.

Może i tak. Przechodzę na ekspozycję, która jest trochę odmienna w charakterze od zwykłego profilu Centrum Sztuki WRO. Sztuki video nie ma tak dużo, z pokazywanych filmów podoba mi się projekt Japonki Aki Inomata, w ramach którego artystka na drukarce 3D wytworzyła znane budowle i panoramy miast w kształcie muszli, które potem zostały zaadaptowane na domy przez… kraby. Najciekawszy dla mnie jest projekt „Autagraph” Hajime Narukawa, przedstawiający mapy świata, w całkiem innym odwzorowaniu niż to, do którego jesteśmy przyzwyczajeni, niezniekształcającym proporcji lądów. Zainteresowanie to z pewnością wynika to też z mojej fascynacji geografią i historią, bo dużą część ekspozycji zajmują mapy historyczne świata, ukazujące rozwój (i upadek) cywilizacji w ciągu dziejów.

Po zwiedzeniu wystawy przejazd do Muzeum Narodowego na placu Powstańców Warszawy, gdzie niestety czeka mnie niemiła niespodzianka – wystawa „Moda w PRL”, którą bardzo chciałem zobaczyć i o której myślałem, że zostanie otwarta właśnie dzisiaj, podczas Nocy Muzeów, będzie dostępna dopiero od 17 maja. Pozostają mi dwie inne wystawy czasowe. Obrazy Zbigniewa Paluszaka, które mogę zobaczyć w ramach obszernego przeglądu twórczości artysty, balansujące na granicy abstrakcji i sztuki przedstawieniowej, jego „wraki”, „drzewa”, „spalone ziemie”, „requiem” podobają mi się, ale artysta, który zaprojektował też winietę „Wieczoru Wrocławia”,  jest ważny chyba głównie dla wrocławian. To jednak nie ta klasa co twórczość Wojciecha Fangora, na którego wystawie w Muzeum Narodowym byłem w ubiegłym roku.

Ciekawsza jest druga wystawa czasowa – „Druki wrocławskiego Kalamburu”, chociaż właściwszym miejscem dla niej byłoby chyba jakieś muzeum literatury lub biblioteka, nie muzeum sztuki? Wystawa jest tym ciekawsza, że o teatrze „Kalambur”, jednym z ważniejszych ośrodków sceny i sztuki alternatywnej w Polsce, wiem bardzo mało, nie byłem na żadnym jego przedstawieniu. Ile osób wie, że „Zaproście mnie do stołu”, najsłynniejsza piosenka wykonywana przez Elżbietę Wojnowską, została napisana przez poetę związanego z „Kalamburem”, Włodzimierza Szymanowicza?

Czas  ruszać dalej – przejazd na na Ołbin, na ulicę Nowowiejską, gdzie mieści się dom Edyty Stein, muzeum, które tak bardzo chcę od dawna zobaczyć. Według programu Nocy Muzeów, który znalazłem w Internecie, placówka bierze  udział w imprezie, może więc wreszcie się uda? Niestety kolejna przykra niespodzianka:

– Mieliśmy dzisiaj imprezę, ale skończyła się o 18 – mówi starszy mężczyzna, który wychodzi mi na powitanie.

– To państwo nie biorą udziału w Nocy Muzeów?

– Nie, to pomyłka w programie, podano tam złą godzinę. Zapraszam w poniedziałek w godzinach pracy biura.

Na tabliczce informacyjnej widzę, że biuro Towarzystwa im. Edyty Stein pracuje od poniedziałku do piątku, wizyta jest więc niemożliwa. Trudno, wracam z Ołbina do centrum, na wrocławski Rynek.

Przed niedawno otwartym Muzeum Pana Tadeusza, kolejnym celu mojej wyprawy, stoi bardzo długa kolejka czekających na wejście, na szczęście ogonek dość szybko się przesuwa. Jak zwykle w takich sytuacjach, kwitnie kolejkowe życie: mam możliwość wysłuchania wspomnień stojących przede mną dwóch pań z czasów ich młodości i pierwszej „Solidarności” (z 1980 roku) i całkiem innej rozmowy dwóch nastolatek za mną. W pewnym momencie do kolejki podchodzi młoda turystka z Belgii, zainteresowana, dlaczego tu stoimy. Kiedy wyjaśniam jej, nie może powstrzymać zdziwienia:

– Miskiwicz? Słyszałam, ale muzeum poświęcone tylko jednemu poematowi? Jeszcze raz, jak brzmi tytuł? „Pan…”?

Wreszcie możemy wejść. Muzeum Pana Tadeusza nie jest mi całkiem obce, byłem w nim kilka lat temu, przed remontem i modernizacją. Ossolineum, prowadzące muzeum, traktowało je jako muzeum tymczasowe, przygotowując się do otwarcia właściwej placówki, które wreszcie nastąpiło w maju tego roku. Pamiętam jeszcze tamte muzeum, długo czekałem na otwarcie nowego, niestety moje oczekiwania spełniły się tylko częściowo. Nowe muzeum robi wrażenie swoim wyposażeniem technicznym, multimediami, tyle że gdzieś zagubił się jego główny temat, czyli „Pan Tadeusz”. Muzeum opowiada o Mickiewiczu i jego epoce, również ostatnich latach I Rzeczypospolitej, o samym poemacie nie ma dużo informacji. Jest wiele cennych eksponatów, ogromne wrażenie robi na mnie oryginał Konstytucji 3 Maja, autentycznych pamiątek związanych z Mickiewiczem jednak właściwie nie ma (bogatsze pod tym względem jest Muzeum  Adama Mickiewicza w Śmiełowie, 45 km od Śremu). Oczywiście zwiedzający mogą podziwiać prezentowany rękopis poematu otwarty na pierwszej stronie, ale, jak mówi nam sama opiekunka ekspozycji, jest to kopia, oryginał nie może być przez dłuższy czas narażony na działanie światła. Zastanawiam się, czy skopiowano cały poemat, z rozmów z konserwatorami wiem, że takie kopiowanie z reguły ogranicza się do jednej, otwartej dla publiczności, strony manuskryptu, a reszta kopii zawiera puste kartki, ale nie zadaję tego pytania. Kolejne rozczarowanie to fakt, że ekspozycja nie jest duża; z drugiej strony wiem, że muzeum ma też sale wystawowe poświęcone Janowi Nowakowi-Jeziorańskiemu i Władysławowi Bartoszewskiemu (dzisiaj zamknięte) i salę wystaw czasowych. Trzeba będzie kiedyś odwiedzić to muzeum w spokojniejszych warunkach, nie podczas Nocy Muzeów.

Wychodząc z wystawy, zatrzymuję się jeszcze przy stoisku Muzeum Historii Polski, które rozlokowało się na dziedzińcu  kamienicy Pod Złotym Słońcem.

– Bardzo interesuję się historią Polski, ale z tego co wiem państwa muzeum tak naprawdę jeszcze nie działa, nie macie dotąd stałej siedziby.

– Będziemy ją mieli w Warszawie na Cytadeli – odpowiada mężczyzna z obsługi stoiska. – Teraz organizujemy wystawy przeważnie w gmachu Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego.

– Na Dobrej? Studiowałem w Warszawie w latach 80., ale wtedy BUW mieścił się jeszcze w głównym kompleksie uniwersytetu na Krakowskim Przedmieściu.

– Tak, mamy teraz dwa BUW-y, stary i nowy. Wystawy organizujemy też jednak w innych miejscach, stała wystawa jest na przykład w Krzyżowej.

– Ale Krzyżowa chyba nie jest waszym oddziałem? Byłem tam.

– Oczywiście nie. Zarządza tym fundacja, my mamy tylko stałą wystawę.

Rozmawiamy jeszcze przez chwilę o historii, muzeach, mojemu rozmówcy polecam tak dobrze mi znane Niemieckie Muzeum Historyczne przy Unter den Linden w Berlinie, opowiadam o stosunku Niemców do swojej przeszłości, o wystawie poświęconej historii stosunków polsko-niemieckich, na której byłem w 2009 roku. Na koniec otrzymuję dwujęzyczny roczny raport Muzeum Historii Polski z wyszczególnieniem wszystkich wystaw, wydarzeń, projektów.

Kolejna placówka, którą chcę odwiedzić, mieści się bardzo blisko, z tyłu Muzeum Pana Tadeusza, przy ulicy Kiełbaśniczej – to Galeria Miejska, w której akurat odbywa się wystawa „Magical Dreams”. Galeria jest mniejsza i gorzej wyposażona od Galerii Miejskiej „Arsenał” w Poznaniu (nie ma na przykład tak bogatej oferty książek o sztuce współczesnej), ale aktualna wystawa jest interesująca. Pierwsze obrazy wystawy poświęconej realizmowi magicznemu przypominają mi ilustracje do współczesnych książek fantasy, większość prac czerpie z poetyki surrealizmu, wprawdzie nie jest to surrealizm bardzo głęboki, zmuszający do refleksji. Wiele obrazów przypomina mi malowidła Dalego, sztuka to czy kicz?

Ostatnie dzisiaj muzeum to Pałac Królewski. Wystawa stała poświęcona historii Wrocławia jest dzisiaj zamknięta, mogę zobaczyć tylko dwie wystawy czasowe: „Arcydzieła malarstwa polskiego przełomu XIX i XX” oraz „Sztuka prześladowana. Heinrich Tischler i jego wrocławskie środowisko”. Obie są bardzo interesujące. Wśród obrazów rzeczywiście jest wiele znanych mi reprodukcji arcydzieł, m.in. Jacka Malczewskiego, Olgi Boznańskiej, Wojciecha Weissa i wielu innych; druga wystawa to spotkanie z artystą mi do tej pory nieznanym – prześladowanym z powodu żydowskiego pochodzenia Heinrichem Tischlerem, bardzo dobrą sztuką okresu ekspresjonizmu i Neue Sachlichkeit.

Wracając z Pałacu Królewskiego na dworzec, skręcam ku Narodowemu Forum Muzyki, które też bierze udział w Nocy Muzeów. Kiedy ostatni raz przechodziłem obok niego, trwała budowa, teraz budowla stoi w całej okazałości. Niestety, aby je zwiedzić, należało się wcześniej zapisać w Internecie, nie mogę więc wejść do środka. Może kiedyś będę miał okazję przyjechać tu na koncert?

Zbliża się północ, nie mam już pociągu do Poznania przez Leszno i Kościan, muszę więc wracać pociągiem do Gdyni o godz. 0.05, który jedzie przez Ostrów Wlkp. i Jarocin. Stojąc w kolejce po bilety, przysłuchuję się rozmowie stojącej za mną pary; orientuję się, że również byli na Nocy Muzeów, w Muzeum Pana Tadeusza, wrażenia mają podobne do moich, teraz wracają do Poznania. O Nocy Muzeów nawiązuje z nimi rozmowę też stojący za nami chłopak (jedzie do Strzegomia); mimo młodego wieku słychać kresową wymowę, jest trochę podchmielony, ale na wesoło, opowiada o swojej działalności w bractwie rycerskim.

Mój pociąg odjeżdża punktualnie ale do Jarocina przyjeżdża z prawie półtoragodzinnym opóźnieniem, w pociągu mam więc czas na przeczytanie lub przejrzenie wszystkich gazet, ulotek, broszur, które dostałem w Rawiczu, Żmigrodzie, Trzebnicy i Wrocławiu. Nie tylko Noc Muzeów, również sama podróż do Wrocławia była ciekawa i daje powód do refleksji. Jeszcze dziesięć lat byłem przekonany, że Śrem rozwija się szybciej od innych miast w Wielkopolsce, teraz nie jestem już tego pewny. Życie kulturalne na przykład w Gostyniu jest ciekawsze niż w Śremie; dotacje unijne sprawiły, że miasta szybko się rozwijają, powstają nowe obiekty, w których realizuje się nowe projekty. Czy Śrem nie spoczął na laurach?

W Jarocinie jestem przed czwartą. Tymczasem temperatura spadła o kilkanaście stopni, w dodatku od Klęki wzmaga się zachodni wiatr, który bardzo spowalnia jazdę. W domu jestem po wpół do ósmej, po ponad 25 godzinach od wyjazdu. Kąpiel, śniadanie i spać. Spać…

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.