Studio Dono Komedianty Trupa dell’Arte – „Sąsiadka”

20 sierpnia – po dwóch koncertach pierwszego dnia festiwalu Leszno Barok Plus zostaję jeszcze na przedstawieniu teatralnym. W zaimprowizowanym amfiteatrze za synagogą krakowski zespół Studio Dono – Komedianty Trupa dell’Arte przedstawi sztukę „Sąsiadka”. Jest już godzina 22.30, przedstawienie trwa dwie godziny, będę więc musiał wracać rowerem do Śremu w nocy, jestem jednak naprawdę ciekaw przedstawienia, zwłaszcza że jeszcze nigdy nie widziałem komedii dell’arte na scenie. Nie są mi wprawdzie obce sztuki Goldoniego, z których kilka czytałem i widziałem w teatrze, ale chyba to nie jest prawdziwa komedia dell’arte, Goldoni tylko się inspirował tym gatunkiem. No i na pewno do komedii dell’arte nie zaliczymy takich sztuk jak „Szalone nożyczki” czy innych dzieł (albo „dzieł”) współczesnego improv theatre – pokrewieństwo  jest tu bardzo dalekie.

W amfiteatrze przed synagogą mimo późnej pory całkiem sporo widzów, chociaż nie tak dużo jak na właśnie zakończonym koncercie Kayo Nishizimu. Od sąsiadki po prawej stronie dowiaduję się, że w Lesznie właśnie rusza Teatr Miejski. Czy to nie za mały ośrodek na utrzymywanie stałego teatru? Chętnie przyjadę, abym samemu się przekonać, co będzie prezentować leszczyńska scena. Teraz trochę niepokoi nas pogoda – jest ciepło i nie pada, ale prognoza pogody zapowiada deszcze nadciągające od zachodu. Punktualnie o godzinie 22.30 rozpoczyna się przedstawienie.

„Sąsiadka” – tylko troje aktorów (Agnieszka Cianciara-Fröhlich, Jonathan Fröhlich i Łukasz Łęcki) i aż dziewięć postaci na scenie. Aktorzy co chwila przebierają się więc w kulisach, ale przebieranki są też na scenie. Czy jest potrzeba streszczać tu akcję sztuki? „Sąsiadka” jest komedią  napisaną przez twórców spektaklu, ale intryga, ogólny zarys fabuły wzięty jest z oryginalnych komedii dell’arte włoskiego pierwowzoru – jak często w tych komediach chodzi więc o kłopoty miłosne kochanek i kochanków, polowanie na bogatego męża i ucieczkę przed starym prykiem, który chce zniewolić młodą, niewinną dziewczynę. Łatwo przewidzieć wynik tych perypetii, a mimo to widzą czerpią przyjemność z oglądania spektaklu. Czerpią przyjemność i śmieją się, chociaż humor prezentowany na scenie bynajmniej nie pochodzi z „Kabaretu starszych panów”: skatologia sąsiaduje z gonitwami, upadkami, wzajemnym kopaniem się w tylną część ciała itp. – dokładnie tak, jak we włoskim pierwowzorze. Nie mam zresztą nic niczego takim środkom gry aktorskiej – to, co raziło mnie w „Szalonych nożyczkach”, jest zasadnym środkiem artystycznym w komedii dell’arte. Jak zwykle w tym gatunku sztuki, istotną rolę odgrywa też improwizacja: aktorzy wchodzą w dialog z publicznością, komentują jej zachowania. Im bardziej rozwija się sztuka, tym bardziej rośnie mój podziw dla profesjonalizmu aktorów, ale też ich sprawności fizycznej. Czy te liczne gonitwy, upadki nie grożą kontuzjami?

Po spektaklu odpinam rower z zamknięcia, przed odjazdem postanawiam się jednak jeszcze pożegnać z aktorami.

– Dziękuję za bardzo dobry spektakl. Przyjechałem tu ze Śremu rowerem, aby państwa zobaczyć. Teraz czeka mnie trzy godziny jazdy powrotnej.

– Ile?! Mamy nadzieję, że ma pan oświetlenie. Też dziękujemy.

– Tak. Wreszcie chciałem zobaczyć komedię dell’arte na scenie. Dotychczas znałem tylko sztuki Goldoniego, ale przecież to nie jest właściwa komedia dell’arte. Te sztuki były późniejsze.

– Tak, bardzo dobrze, że pan to zauważył – mówi Agnieszka Cianciara-Fröhlich. – Te sztuki były już spisane, nie improwizowane. Goldoni tylko się inspirował komedią dell’arte. Zapraszamy w przyszłym roku, jeśli przyjedziemy do Leszna.

Żegnamy się, muszę już wsiadać na rower, zwłaszcza że zdaję sobie sprawę z nadchodzącego deszczu, w Zielonej Górze i w Paradyżu pewnie już pada. Powrót zwykłą trasą, przez Osieczną i Krzywiń. O tej porze ruch jest na szczęście niewielki, tylko w Jerce przy drodze trwa akurat jakaś większa impreza. W Dalewie zrywa się silny zachodni wiatr; wiem, że oznacza to, że w każdej chwili może zacząć się ulewa, naciskam mocniej na pedały. W Śremie jestem o godz. 3.20 w nocy, na szczęście jeszcze nie zaczęło padać. To był bardzo interesujący, ale też wyczerpujący dzień. Zmęczony przykładam głowę do poduszki…

Leszno Barok Plus Festiwal

20 sierpnia – i jednak nie pojechałem w tym roku – po raz pierwszy od wielu lat – na festiwal „Muzyka w Raju” do Paradyża. Tydzień temu przeszkodził mi silny zachodni wiatr, który zmusił mnie do zmiany planów (zamiast tego pojechałem do Poznania na wystawę Ryszarda Kai); wczoraj kierunek wiatru był sprzyjający, ale zamiast Paradyża postanowiłem pojechać na inny, zaczynający się właśnie 20 sierpnia festiwal muzyki dawnej, na którym jeszcze nie byłem – Leszno Barok Plus.

Wyjazd po południu, aby zdążyć na pierwszy wieczorny koncert o 18. Jazda boczną trasą przez Świerczynę, gdzie chcę przypomnieć sobie zabytkowy kościół. Mam szczęście, jest otwarty, akurat kończy się ślub; na drugi ślub trafiam już w samym Lesznie, w kościele św. Antoniego. Przecinam Aleje Konstytucji 3 Maja i jadę prosto do dawnej synagogi, stąd do wieży ciśnień przy ulicy Poniatowskiego.

Do koncertu jeszcze niecała godzina, mogę więc obejrzeć wieżę (nie jest tak ładna jak ta w Śremie, ale przynajmniej dzisiaj jest zagospodarowana, w przeciwieństwie do niewykorzystywanej wieży w Śremie), porozmawiać o niej z młodym mężczyzną, który wita mnie przy ogrodzeniu i opowiada trochę o budynku. Objeżdżam też najbliższe okolice, których jeszcze nie znam (moje wyjazdy do Leszna z reguły ograniczają się do Muzeum Okręgowego przy pl. Metziga i starówki) i które, jak się zdaje, pełnią funkcję lokalnego „fyrtla” edukacyjnego – dokoła dużo szkół mieszczących się w zabytkowych budynkach. Potem powrót do wieży ciśnień, gdzie można już wejść do środka – zaimprowizowanej sali koncertowej. Mój rozmówca sprzed wieży okazuje się kierownikiem artystycznym festiwalu Leszno Barok Plus – to Mateusz Małecki, który zagra też na skrzypcach w koncercie w wieży. Towarzyszą mu Justyna Krusz na violi da gamba i Ewa Mrowca na klawesynie, a w programie sześć sonat na skrzypce i zespół kameralny Giovanniego Antonia Pandolfi-Mealli, którego twórczość pozostawała mi dotąd całkowicie nieznana.

Leszno Barok Plus - Pandolfi1

Na koncercie w wieży ciśnień…

Barokowy koncert, podczas którego Mateusz Małecki dużo opowiada o twórczości włoskiego kompozytora, jest udany; niewielkie pomieszczenie w wieży ciśnień jest zapełnione, część słuchaczy nie pomieściła się w wieży i słucha muzyki na zewnątrz. Na koniec wyjaśnia się też rola zawieszonej na ścianie kopii pistoletu skałkowego, która od początku chyba wszystkich intrygowała: zimą muzycy planują wydać płytę z sonatami, na której okładce będzie rzeczony pistolet.

Na drugi koncert dzisiejszego dnia o godz. 20 przenosimy się do dawnej synagogi, obecnie Galerii Sztuki Muzeum Okręgowego przy Narutowicza. Japońska pianistka (mieszkająca w Polsce) Kayo Nishizimu wykona tu koncert włoski Jana Sebastiana Bacha, cztery pieśni z cyklu „Lieder ohne Worte” Felixa Mendelssohna-Bartholdy’ego i preludia Chopina.

Leszno Barok Plus - Nishimizu1

… i w sali dawnej synagogi (zdjęcia wykonane przez organizatorów festiwalu)

Jestem przyjemnie zaskoczony frekwencją – duża sala (znana mi do tej pory tylko z wystaw) jest zapełniona prawie w całości, wprawdzie niektórzy słuchacze wyjdą w czasie koncertu, znaleźli się tu chyba przypadkiem. Nawiązuję rozmowę z moim sąsiadem – starszym mężczyzną, który siedział obok mnie również na pierwszym koncercie.

– Jestem po raz pierwszy na festiwalu. Wiem, że pierwsza edycja była w ubiegłym roku, ale nie przyjechałem, ponieważ nie było koncertów w soboty, a ja tylko w sobotę mogę przyjechać

– O, koncerty były bardzo piękne – odpowiada mężczyzna – szczególnie ten w kościele św. Mikołaja. Przy kościele św. Krzyża , wie pan, tam, gdzie jest lapidarium i epitafia na ścianie, było z kolei widowisko poetyckie o przemijaniu. Zna pan pewnie historię tego kościoła, że to dawny kościół ewangelicki, na ścianach są puste miejsca po emporach. Niedawno rozmawiałem z proboszczem, proponowałem mu pokrycie tych pustych miejsc freskami…

– Pan jest artystą?

– Nie, ostatni raz malowałem, kiedy byłem w wojsku, moim marzeniem jest jednak wrócić do tego hobby.

Zaczyna się koncert. Kayo Nishizimu mieszka w Polsce już od 29 lat (to tyle samo co ja w Śremie), zajmuje się nie tylko pianistyką, ale jest też tłumaczką języka japońskiego. Opowiada nam o muzyce Bacha, Mendelssohna i Chopina, o homofonii i polifonii w muzyce, o historii powstania Chopinowskich preludiów, których inspiracją był dwuczęściowy cykl preludiów i fug Bacha (szkoda, że pianistka nie wymieniła tytułu tego dzieła: „Das wohltemperierte Klavier”, które dla mnie jest arcydziełem muzyki fortepianowej, mam w domu jego cztery komplety). Wykonaniem wszystkich 24 preludiów Chopina kończy się część muzyczna pierwszego dnia festiwalu.

Jak Leszno Barok Plus Festiwal wypada na tle Paradyża? To całkiem inne festiwale; nie wiem, czy ich porównywanie jest celowe. Magia „Muzyki w Raju” wynika z jej już kilkunastoletniej tradycji, ale też całej jej otoczki: tego, że długie pięcio-, sześciogodzinne koncerty odbywają się w jednym pomieszczeniu paradyskiego kościoła, że od lat przyjeżdżają na niego w dużej mierze ci sami muzycy, ale też ci sami słuchacze z całej Wielkopolski, Lubuskiego i innych regionów kraju (dużo twarzy znam już z widzenia, oni pewnie też mnie znają), którzy w przerwach dzielą się wrażeniami, częstując się paradyskim sernikiem. Nikt też słuchaczom nie wyjaśnia, co to jest homofonia i polifonia, i nikt nie prosi o nieklaskanie pomiędzy częściami utworów, jak jest w Lesznie. Wyjaśnijmy sobie jednak, że to inna klasa wydarzeń muzycznych; Paradyż jest numerem jeden w (historycznej) Wielkopolsce, jedynym festiwalem muzyki dawnej w naszym regionie o renomie ogólnopolskiej, a może i europejskiej, i takim numerem jeden pewnie pozostanie.

Leszno Barok Plus Festiwal natomiast dopiero zaczyna swoją działalność, początki są jednak obiecujące. Jak napisałem, byłem zaskoczony dużą frekwencją na koncertach (w Śremie przyszłyby tylko pojedyncze osoby, chociaż miasto jest tylko dwa razy mniejsze); festiwal się rozwija, tegoroczny jest dłuższy i bogatszy w wydarzenia niż ubiegłoroczny; ma dużą szansę zostania ważnym wydarzeniem na mapie kulturalnej Wielkopolski.

Galeria Miejska „Arsenał” – Co oswaja Ryszard Kaja

13 sierpnia – wyjazd do Poznania z zamiarem zwiedzenia dwóch wystaw: „Nowego pocztu władców Polski” Waldemara Świerzego i „Co oswaja Ryszard Kaja” w Galerii Miejskiej „Arsenał”. Mokro i pochmurnie, ale nie pada, później niebo się przejaśni, jazda zwykłą trasą przez Rogalin. Przed gmachem Biblioteki przy Alejach Marcinkowskiego jestem punktualnie o godz. 10, już kieruję się ku wejściu i… przykra niespodzianka. Okazuje się, że w lipcu i sierpniu Biblioteka w soboty jest zamknięta, obejrzenie wystawy Świerzego nie będzie więc możliwe.

Do otwarcia „Arsenału” jeszcze dwie godziny, co robić przez ten czas? Na portalu kultura.poznan.pl przeczytałem wczoraj, że na dziedzińcu Urzędu Miejskiego o godz. 11 jest dzisiaj gościnne przedstawienie „Jaś i Małgosia” Teatru Polonia z Warszawy z Krystyną Jandą, kiedy jednak podjeżdżam na miejsce, młoda dziewczyna w koszulce Teatru Muzycznego przy bramie rozkłada ręce: wstęp jest bezpłatny, ale za zaproszeniami, których już nie ma. Decyduję się wpaść do Muzeum Powstania Wielkopolskiego, w którym, jak wiem, niedawno zakończyła się wystawa „Chłop potęgą i… kułakiem”. Może zainstalowano już nową wystawę czasową? Rzeczywiście, jak widzę w sali wystaw czasowych, trwają prace nad nową wystawą poświęconą szablom, ale zostanie otwarta dopiero pojutrze. Decyduję się krótko przypomnieć sobie wystawę stałą, na której jestem jedynym zwiedzającym z wyjątkiem starszego małżeństwa z pieskiem. Para jest z Niemiec, okazuje się, że kobieta urodziła się w czasie wojny w Brzeźnie Nowym (Neu Briesen) w powiecie wągrowieckim, teraz mieszkają w Berlinie. Wywiązuje się ciekawa rozmowa, podczas której opowiadam turystom o profilu muzeum, o zawiłościach polskiej historii.

– Tu, w tym pomieszczeniu na dole, w którym teraz jesteśmy, przedstawiony jest Poznań w XIX wieku. Poznań należał wtedy do Prus i Polacy prowadzili walkę z germanizacją.

– Z germanizacją? W Polsce byli chyba Saksończycy? – mówi mężczyzna.

– Saksończycy? Ach, ma pan na myśli dynastię saską. Oni panowali tylko w pierwszej połowie XVIII wieku, ostatni król Polski, Stanisław August Poniatowski, był już Polakiem. W XIX wieku był to zabór pruski.

Przechodzimy do kolejnego pomieszczenia odtwarzającego okopy i podziemne kwatery żołnierzy podczas I wojny światowej. Z głośników rozlega się świst pocisku artyleryjskiego. Kobieta wzdraga się, mówiąc, że przywołuje to jej wspomnienia z dzieciństwa – rok 1945 i ewakuację z Kraju Warty przed następującym frontem. Przechodzimy na górną kondygnację muzeum.

– A tu właściwa ekspozycja muzeum, czyli historia powstania wielkopolskiego. A zaczęło się od tego mężczyzny, którego widzą państwo na obrazie – wskazuję na portret Ignacego Jana Paderewskiego – pianisty i działacza niepodległościowego, który 26 grudnia 1918 roku przyjechał do Poznania. Dało to asumpt do wybuchu powstania następnego dnia.

– Powstania przeciwko Niemcom? – pyta mężczyzna. – Ale armia niemiecka była już rozbita, to było już po zawieszeniu broni w Compiègne.

– Niemcy skapitulowali przed mocarstwami zachodnimi, ale nie zamierzali oddawać swoich ziem wschodnich – wyjaśniam. – Państwo polskie dopiero się tworzyło – wskazuję na zawieszoną mapę – obejmowało wtedy tylko część zaboru rosyjskiego i austriackiego. Polacy w Poznańskiem chcieli się przyłączyć do tych ziem. Potem była jeszcze wojna polsko-radziecka o granicę wschodnią.

– Ach, rozumiem. A jak obecnie przebiega granica wschodnia Polski? Na Bugu? To znaczy, że dużo utraciliście na wschodzie po wojnie. I nie odzyskaliście tego po przełomie na początku lat 90.? Dlaczego nie?

Wyjaśnienie cudzoziemcowi uwarunkowań geopolitycznych naszego kraju nie jest łatwe i chyba nie do końca mi się udaje, ale spotkania takie mogą być ciekawe.

Po zwiedzeniu muzeum (jest już prawie 11) wracam w kierunku bramy prowadzącej na dziedziniec Urzędu Miejskiego, mając nadzieję na zmianę sytuacji „na froncie zaproszeń”, niestety bezskutecznie. W sukurs dziewczynie z Teatru Muzycznego przychodzi stojąca obok starsza kobieta w czerni:

– To jest przedstawienie dla dzieci, proszę pana.

– Wiem, ale ja lubię sztukę dla dzieci.

– To jest przedstawienie dla dzieci, tylko dzieci z rodzicami.

Trudno. Nie będę dalej przekonywał pani i opowiadał o moich wyjazdach do opery w Poznaniu, teatru w Kaliszu i Opery Wrocławskiej na spektakle z okazji Dnia Dziecka, trzeba jakoś inaczej zagospodarować sobie tę godzinę do otwarcia „Arsenału”. Decyduję się wpaść do Muzeum Archeologicznego i Muzeum Instrumentów Muzycznych.

Dwie wystawy czasowe w Muzeum Archeologicznym (jedna poświęcona wykopaliskom w dawnych osadach indiańskich w Ameryce, druga wczesnośredniowiecznym palatiom w Polsce i Europie) nie są bardzo ciekawe. O Muzeum Instrumentów Muzycznych słyszałem, że poddano je ostatnio przebudowie; niestety, był to tylko remont pomieszczeń i niewielki lifting ekspozycji, niezmieniający ogólnej koncepcji ekspozycji. Od dawna nurtuje mnie pytanie, dlaczego przy wystawianych instrumentach nie zainstalowano multimediów – nagrań audio czy video ukazujących grę na nich i przede wszystkim demonstrujących ich dźwięk. Kolekcja mogłaby być też punktem wyjścia do opowieści o historii budowy instrumentów, ich zasadach działania, różnicach np. pomiędzy fortepianem, pianoforte, klawikordem, klawesynem. Muzeum mogłoby spełniać znaczącą rolę edukacyjną, której obecnie nie spełnia. Wreszcie wybija godzina 12, mogę wejść do pomieszczenia Galerii Miejskiej „Arsenał”.

* * *

Nazwisko Kaja jest dobrze znane poznaniakom, przynajmniej tym interesującym się sztuką i kulturą, przy czym starsze pokolenie kojarzy je chyba przede wszystkim ze Zbigniewem Kają, bardzo aktywnym w latach 50., 60 i jeszcze 70. artystą zajmującym się twórczością plakatową, graficzną, scenograficzną i wieloma innymi dziedzinami sztuki – w styczniu 2014 roku byłem na jego wystawie monograficznej w Muzeum Narodowym w Poznaniu. Tym razem mam okazję zobaczyć wystawę przekrojową twórczości jego syna – Ryszarda.

Pierwsze wrażenie – ogrom wystawy, mnogość eksponatów. Ściany wszystkich trzech pomieszczeń na piętrze „Arsenału” są gęsto pokryte rysunkami, grafikami (monotypiami), projektami scenicznymi, plakatami Ryszarda Kai. Początkowo ma się wrażenie, że nawet zbyt gęsto – pomieszczenia „Arsenału” przypominają mi wystawy w XIX-wiecznych galeriach sztuki, w których obrazy wieszano jeden przy drugim, bez zachowania dostatecznego odstępu, ale ostatecznie nie mam o to pretensji do organizatorów. Powierzchnia wystawowa „Arsenału” jest duża, ale nie bardzo duża, i dzięki takiemu zagęszczeniu udało się pomieścić w niej więcej prac.

Ryszard Kaja znany jest przede wszystkim jako scenograf teatralny i projekty sceniczne (głównie ubiory, kostiumy) dominują na wystawie. Wiem, że dla profesjonalnych scenografów to nic odkrywczego, że to zwykła metoda pracy w tej dziedzinie sztuki, ale dla mnie rysowane na papierze projekty scenografii teatralnych są pewnym fenomenem. Z jednej strony to sztuka czysto użytkowa, notatki sporządzane dla siebie lub twórców spektaklu, które dopiero w rękach teatralnych i operowych krawcowych i rzemieślników przybiorą konkretny, ostateczny kształt uwidaczniający się na scenie; z drugiej strony te rysowane na papierze wizje, z reguły bardzo konkretne, czasami tylko impresje wizji scenografa, można traktować jako autonomiczne dzieła sztuki – można podziwiać je jako dzieła właśnie rysunku, nie kostiumologii. Trudno przy tym o ich precyzyjne zaklasyfikowanie. Oglądając projekty scenografii Ryszarda Kai, zastanawiałem się, czy dałoby się wykorzystać je np. jako ilustracje w książce. Niektóre z pewnością tak, np. projekty kostiumów do „Dam i huzarów” Fredry, w większości przypadków byłoby to chyba jednak niemożliwe – ich miejsce jest w galerii sztuki i właśnie… w teatrze, nie w książce, również z powodu całej otoczki tych rysunków: pisanych na ich marginesach uwag, komentarzy dotyczących materiałów.

Drugą najbardziej widoczna grupą eksponatów są plakaty. Chociaż do tej dziedziny twórczości odnoszę się przeważnie z rezerwą i polską szkołę plakatu uważam za przereklamowaną, prezentowane na wystawie plakaty Ryszarda Kai podobają mi się; w skrótowej formie potrafią ująć ideę przedstawienia czy innego wydarzenia, do którego się odnoszą. Osobną grupę stanowią eksponowane w drugim pomieszczeniu plakaty z serii „Plakat-Polska” wydawane przez Wrocławską Galerię Polskiego Plakatu – w oryginalny i dowcipny sposób reklamujące różne zakątki naszego kraju: niezwykłe połączenie powagi i żartu (ale nieposuwającego się do szyderstwa), sprawiające, że co chwila widz nie jest pewien, czy atrakcje przedstawionej miejscowości lub regionu należy brać serio, czy też artysta puszcza do nas oko.

Wreszcie mnóstwo jest też zwykłych rysunków i prac graficznych niebędących projektami scenicznymi. Dużo z nich zapadnie w mojej pamięci na długo, jak na przykład cykl „Letnie damy” ukazujący w różnym stopniu roznegliżowane damskie postaci, rysunki z powtarzającymi się motywami homoerotycznymi (nie jestem w stanie powiedzieć, czy środowiska LGBT uznałyby artystę za swojego, czy znowu mamy tu do czynienia z żartem, ukrytym szyderstwem), niezwykły cykl „portretów mało-polskich” – jakże prawdziwie oddające charaktery zwykłych, szarych mieszkańców naszego kraju, prace ukazujące jego rodzinę i miejsca, z którymi Ryszard Kaja jest związany: Poznań, Wolsztyn. Z tej ostatniej grupy największe wrażenie sprawił na mnie cykl „Opowieści ciotki Józki” – surrealistyczne, pełne humoru obrazy, które koniecznie trzeba czytać razem właśnie z tymi opowieściami, czyli umieszczonymi również na obrazach zdaniami – podpisami, obnażającymi absurdalność i miałkość naszego życia.

Warstwa tekstowa, słowna w ogóle jest bardzo ważna w twórczości Ryszarda Kai. Chodzi tu nie tylko o uwagi dotyczące strojów w projektach scenograficznych, lecz przede wszystkim podpisy na innych pracach. Również ściany galerii są pokryte odręcznymi uwagami i komentarzami Kai. Komentarze te są bardzo cenne, a byłyby jeszcze cenniejsze, gdyby były czytelniejsze. Niestety charakter pisma Ryszarda Kai jest trudno czytelny, krytycy i historycy sztuki, którzy będą analizować jego prace, będą mieli ciężki orzech do zgryzienia.

Frekwencja na wystawie jest całkiem duża, co jest przyjemnym zaskoczeniem w niestety na ogół świecących pustkami salach „Arsenału”. Co chwila pojawiają się nowi zwiedzający, w tym rodziny z małymi dziećmi.

– Czy nie za poważna to sztuka dla tak małego chłopca? – pytam młodą mamę, która przyszła tu z 4-5 letnim synem.

– Chcę go powoli przyzwyczajać – odpowiada uśmiechając się. – Ta rzeźba z przedstawieniem śmierci tam w rogu na pewno nie jest dla dzieci, ale projekty scenografii teatralnych już mogą się spodobać.

Nawiązuję też rozmowę z kobietą w średnim wieku, która przyszła tu z mężem; z ich rozmów z wnioskuję, że ma dużą wiedzę o sztuce. Wspominam, jak obszerna jest wystawa i że specjalnie przyjechałem na nią rowerem ze Śremu.

– Tak, jest tu około 1000 eksponatów. Artysta chciał nawet ograniczyć tę liczbę, wycofać pewne eksponaty, ale kurator dosłownie wyrywał mu z rąk te prace, twierdząc, że powinny znaleźć się na wystawie. Już drugi raz tu jesteśmy, przyjdziemy jeszcze raz, na szczęście mieszkamy tuż obok, nie mamy tak daleko jak pan.

– W styczniu 2014 roku byłem na wystawie jego ojca, Zbigniewa Kai, w Muzeum Narodowym, ale to była całkiem inna sztuka, chociaż Zbigniew Kaja również był scenografem.

– Tak, żył w całkiem innych czasach. Ludzie nie zdają sobie sprawy, jak bardzo wrósł w krajobraz Poznania. Jest przecież autorem neonu „Poznańskich Słowików” na budynku Filharmonii Poznańskiej…

Żegnamy się, ja też powoli muszę zbierać się do wyjścia – po trzech godzinach zwiedzania. Kiedy ostatnio spędziłem tyle czasu na monograficznej wystawie sztuki? Chyba we wrześniu 2014 roku, kiedy pojechałem do Wrocławia na „Tauromachię” – wystawę grafik Picassa, Goi i Dalego. Zwiedzałem ją również trzy godziny. I na tamtą, i na tę wystawę warto było poświęcić tyle czasu.

Kuba

Czas – 10 sierpnia. Miejsce – restauracja „Ogryzek” w Śremie, następca „Lawendowego Baru” przy ulicy Chopina, w której się teraz codziennie stołuję.

Po złożeniu zamówienia czekam przy stoliku pod oknem. Jest duża kolejka, trochę więc czasu to zajmie. Po chwili dosiada się mama z małym chłopcem.

Mama: Można? (do chłopca) Siądź sobie obok pana. Poczekamy tu na obiad. Tylko bądź grzeczny i nie przeszkadzaj.

Chłopiec: Ojej, ale tu dużo ludzi…

Mama: Przyszli wszyscy na obiad. Jak ty jesteś głodny, mama też daje ci jeść, ale dzisiaj przyszliśmy tutaj. Zabierzemy obiad i pójdziemy do domu.

Chłopiec: Ja chcę pić. Pepsi…

Mama: Nie możesz pić tak dużo pepsi. To niezdrowe (wraca do kolejki, aby coś jeszcze kupić – jednak pepsi colę dla syna?).

Chłopiec (wpatrując się we mnie): Jak się nazywasz?

Ja: Andrzej. A ty jak się nazywasz?

Chłopiec: Kuba. Kuba K… Ile masz lat?

Ja: Dużo. Jestem starszy od ciebie. A ty ile masz lat?

Chłopiec (wyciąga dłoń i pokazuje trzy palce): Tyle. A niedługo będę miał tyle (wyciąga czwarty palec).

Mama (wraca z kolejki): Kubek, nie kładź nóg na krześle. I nie wierć się tak.

Chłopiec: Mama, my się znamy.

Mama: Znacie się? No tak, siedzisz koło pana, to się znacie.

Kelnerka przynosi i stawia przede mną pierwsze danie.

Chłopiec: Jesz zupę?

Mama: Kubek, mówiłam ci, aby nie zwracał się do obcych po imieniu. To nieładnie.

Ja: Tak. A ty jeszcze musisz trochę poczekać? Co do pepsi, mama ma rację, rzeczywiście może być dla ciebie niezdrowa, chociaż ja ją lubię. Ale dla ciebie lepszy byłby sok.

Chłopiec traci zainteresowanie „nowym kolegą”. Zaczyna wodzić wzrokiem po pomieszczeniu restauracji, bawi się z mamą w odnajdywanie różnych przedmiotów. Tu wisi zegar na ścianie, a gdzie jest drugi? Gdzie są żółte słomki? Wreszcie zamówiony przez mamę obiad na wynos jest gotowy. Pożegnanie.

Muzeum Okręgowe Ziemi Kaliskiej – Tadeusz Kulisiewicz

6 sierpnia – prawie dwa miesiące po pierwszej w tym roku wycieczce do Kalisza drugi wypad rowerowy do tego miasta, tym razem na wystawę Tadeusza Kulisiewicza w Muzeum Okręgowym Ziemi Kaliskiej. Wyjazd o 4.30, zwykłą trasą przez Jarocin i Pleszew, w Kaliszu jestem o 10, po pięciu i pół godzinie jazdy, akurat o godzinie, o której jest otwierane Centrum Rysunku i Grafiki im. Tadeusza Kulisiewicza przy ul. Kolegialnej, jeden z oddziałów muzeum. W Centrum byłem już dwukrotnie, przy okazji wyjazdów do kaliskiego teatru, i znam jego historię; wiem, że zostało otwarte w 1994 r., aby pomieścić zbiory związane z urodzonym w Kaliszu artystą, przekazane miastu w drodze zapisu testamentowego, ale też wyposażenie pracowni przeniesione z Warszawy, gdzie Kulisiewicz mieszkał po wojnie. Podczas tych wizyt widziałem jednak wystawy innych artystów, dopiero teraz mam okazję zapoznać się z twórczością samego Kulisiewicza – kaliskie muzeum organizuje wystawy mu poświęcone każdego lata.

W Centrum Rysunku i Grafiki wita mnie pani, która, jak mówi, pracuje w muzeum jako edukator dopiero od dwóch miesięcy. Po kilkunastu minutach przychodzi też pani kierownik oddziału, we troje jesteśmy jednymi osobami w gmachu. Opowiadam o swoim zainteresowaniu grafiką, o tym, że to już któraś z rzędu wystawa grafiki w tym roku, którą mam okazję zobaczyć (widziałem wystawy Chagalla i Heinricha Tischlera w Pałacu Królewskim we Wrocławiu, wystawę poświęconą powstaniu styczniowemu w zachodnioeuropejskiej grafice prasowej w Koninie i kilka innych), o powszechnym w Polsce nierozumieniu istoty grafiki i myleniu jej z rysunkiem. Mogę dokładnie obejrzeć zrekonstruowaną pracownię artysty, wreszcie samą wystawę.

Wystawa „Kulis na lato – Szlembark” ukazuje prace, które powstały podczas wielokrotnych pobytów artysty w Szlembarku, wiosce w Gorcach, którą Kulisiewicz odwiedzał przez kilkadziesiąt lat – od czasów przedwojennych do późnych lat życia. Wbrew moim oczekiwaniom grafik jest niewiele: tylko trzy drzeworyty z lat 30., reszta ekspozycji to rysunki wykonane różnymi technikami – od ołówkowych przez rysunki piórkiem, tuszem, lawowane. Nie wiedziałem, że drzeworyty Kulisiewicz tworzył tylko przed wojną; kiedy w postaniu warszawskim spłonęła jego pracownia ze wszystkimi matrycami, poświęcił się wyłącznie rysunkowi. Nie szkodzi, lubię również tę formę sztuki.

Wystawa podoba mi się, szczególnie przedstawienia ludzi. Rysunki i drzeworyty ukazują codzienne życie wiejskiej ludności w byłej Galicji: biedę, trudne warunki bytowania, ale też zwykłe postaci chłopów i chłopek ze Szlembarku, jak też i dzieci, które dla artysty były chyba wdzięcznymi modelami. Te dziecięce postaci przemawiają do mnie najbardziej. Pani oprowadzająca mnie po wystawie opowiada o wizycie w Centrum mamy z córką; kiedy ta została poproszona przez mamę o wskazanie rysunku, który jej się najbardziej podoba, wskazała tajemnicze przedstawienie kobiety, przypominające odbicie na Całunie Turyńskim. Rysunek też mi się podoba, o wiele bardziej zapada mi jednak w pamięci prosta scenka rodzajowa dwóch dziewczynek niańczących ich (?) małego braciszka, czy w prosty sposób narysowane główki dziecięce. Prostota, minimalizm kreski, to wyróżnik twórczości Kulisiewicza.

Pejzaże i przedstawienia wiejskich zagród, o ile nie są opatrzone sztafażem w postaci domowników, przemawiają do mnie natomiast już mniej, ale wynika z moich ogólnych predylekcji w sztuce, nie niedoskonałości warsztatu artysty. Ludzie jako temat w sztuce są dla mnie o wiele bardziej interesujący niż krajobrazy.

* * *

Po zwiedzeniu wystawy w Centrum Rysunku i Grafiki (na koniec zostałem obdarowany przez obie panie katalogami z poprzednich wystaw i triennale grafiki „Imprint”, chętnie przeczytam je w drodze powrotnej) przejazd do gmachu głównego Muzeum Okręgowego Ziemi Kaliskiej przy ul. Kościuszki. Chcę tam zobaczyć nową wystawę czasową „Z teatralnego lamusa” (w tym roku mija 215. rocznica rozpoczęcia budowy pierwszego kaliskiego teatru) i bardziej szczegółowo zapoznać się z wystawą stałą.

Wystawa czasowa, na którą składają się rekwizyty i elementy dekoracji teatralnych, jest raczej rozczarowaniem. Być może jedna z przyczyn leży w tym, że żadnego przedstawień, w których ich użyto, nie widziałem (chociaż jestem dość częstym gościem w kaliskim teatrze); myślę jednak, że i same rekwizyty żyją swoim prawdziwym życiem na scenie, nie w muzeum, wyrwane z całego kontekstu spektaklu.

Bardzo szczegółowo zapoznaję się natomiast z wystawą stałą poświęconą archeologii i historii Kalisza (w czerwcu obejrzałem ją tylko pobieżnie). Zwiedzam ją tak powoli, że w pewnym momencie zagląda do mnie Pani z kasy, pewnie zaniepokojona, co tak długo tu robię (znowu jestem jedynym zwiedzającym w muzeum).

– Przepraszam, ale zawsze w ten sposób zwiedzam muzea. Muszę dokładnie wszystko obejrzeć, przeczytać. Zdarzało mi się już zwiedzać muzea przez 12-14 godzin.

– O, widzę, że jest pan pasjonatem. Do nas wpadają czasami zwiedzający w niedzielę na pięć minut i jest to rzeczywiście tylko pięć minut, szybko obejdą pomieszczenia i wychodzą. Wkrótce planujemy zresztą remont muzeum. Ekspozycja ma stać się nowoczesna, z multimediami. W tej chwili starsze pokolenie, które nas odwiedza, nie ma nic przeciwko takiej aranżacji wystawy, ale młodsi się nudzą. Tylko, że koszty będą ogromne – 8 milionów złotych, trzeba też będzie wszystkie eksponaty zinwentaryzować, przenieść, oznacza to mnóstwo pracy.

Ekspozycja rzeczywiście jest zaaranżowana w bardzo tradycyjny sposób, jej aranżacja przypomina mi Muzeum Okręgowe w Lesznie, które często odwiedzam; inne muzea we wschodniej Wielkopolsce, które ostatnio zwiedziłem – w Koninie i Turku – są nowocześniejsze, choć nie tak nowoczesne jak np. Muzeum Powstania Warszawskiego. Myślę, że swoje plusy mają zarówno takie nowoczesne muzea jak i tradycyjne, choć pewne zmiany przydałyby się w kaliskim muzeum. Minusem jest na przykład, że większość eksponatów jest niepodpisana, brakuje więc informacji na temat ich historycznego kontekstu.

Gmach główny muzeum w Kaliszu opuszczam po 2 godzinach i 40 minutach zwiedzania. Być może zajrzę tu znowu jesienią, a jeśli nie – to w przyszłym roku.

Muzeum Początków Państwa Polskiego w Gnieźnie, Koronacja Królewska

30 lipca – wyjazd rowerem do Gniezna, do Muzeum Początków Państwa Polskiego, które odwiedzałem już wielokrotnie, i na festiwal „Koronacja Królewska”, na którym jeszcze nie byłem, chociaż odbywa się on od 2005 roku.

Wyjazd o godz. 5.40, najkrótszą i najbezpieczniejszą trasą przez Środę, Giecz, Neklę  i Czerniejewo. Przed budynkiem muzeum jestem o godz. 9.25, po 3 godzinach i 45 minutach jazdy. Chcę dzisiaj zwiedzić przede wszystkim dwie wystawy czasowe: „Miecze Europy” w holu głównym muzeum i „Chrzest – św. Wojciech – Polska” na piętrze. W kasie dowiaduję się, że o godz. 10 dyrektor muzeum będzie też oprowadzał grupę angielskojęzyczną. Może do nich dołączę, tymczasem zaczynam zwiedzanie.

Na planszach wystawy „Miecze Europy” szczegółowo opisano historię mieczy od epoki brązu do czasów nowożytnych, opisom towarzyszy kilkadziesiąt mieczy w gablotach – to oczywiście kopie, nie oryginały. Możemy też dużo dowiedzieć się o tajnikach ich produkcji, również sławnych mieczy ze stali damasceńskiej. To wielka gratka dla miłośników militariów i historii wojskowości; ja, mimo dość częstych wizyt w Wielkopolskim Muzeum Wojskowym w Poznaniu (znam też muzea wojska w Warszawie i Kołobrzegu), mam trochę inne zainteresowania, mogę się jednak dużo dowiedzieć z wystawy, chociaż warstwa językowa objaśnień na planszach pozostawia trochę do życzenia (usterki ortograficzne, zwłaszcza w pisowni obcych nazw, jak „Meinz” zamiast „Mainz”).

Tymczasem zjawia się zapowiadana grupa. Nie jest angielsko-, lecz wielojęzyczna, słyszę włoski, niemiecki, rosyjski i inne języki, wśród zwiedzających jest też porucznik i kapitan w mundurach polskiej marynarki wojennej. Na wystawie są krótko, dyrektor opowiada im m.in. o Excaliburze, mieczu króla Artura, i mieczach krzyżackich spod Grunwaldu, potem grupa schodzi na prezentację 3D w podziemiach.

Kiedy zbliża się pora następnej prezentacji (godz. 10.20), postanawiam zejść i ja, chociaż prezentację pamiętam z poprzednich wizyt (pamięta mnie też pani z obsługi muzeum, wpuszczająca nas do sal). W trzech salach krótkie filmy zrealizowane w technologii 3D (z udziałem m.in. prof. Jerzego Strzelczyka i już nieżyjącej prof. Zofii Kurnatowskiej) opowiadają o wczesnej historii Polski. Po filmach możemy też obejrzeć wystawione w gablotach eksponaty, jak wykopaliska archeologiczne, średniowieczną biżuterię, kopie dokumentów; szkoda, że nie ma więcej czasu na ich obejrzenie, po kilku minutach światła gasną i trzeba przejść do następnego pomieszczenia, prezentacja jest jednak na tyle ciekawa, że warta przypomnienia, zwłaszcza że ostatni raz w muzeum w Gnieźnie byłem chyba przed dwoma laty, na wystawie ikon prawosławnych.

Druga wystawa czasowa „Chrzest – św. Wojciech – Polska”, którą chcę dzisiaj obejrzeć, nawiązuje do 1050. rocznicy chrztu, którą obchodzimy w tym roku. Bardzo dużo eksponatów, główną rolę odgrywa oczywiście kopia Drzwi Gnieźnieńskich (oryginał jest w skarbcu katedry); przed wrotami  próba odtworzenia (w skali 1:1) zarysu rotundy, w której w X wieku pochowano św. Wojciecha, a za Drzwiami gipsowy odlew nagrobka świętego autorstwa Hansa Brandta z XV wieku, który też możemy zobaczyć w katedrze, i kolejna próba rekonstrukcji, tym razem gotyckiej kaplicy, w której kiedyś spoczywał św. Wojciech.

Dużo ciekawych eksponatów, szczególnie interesują mnie stare księgi i dokumenty; nie przeszkadza mi to, że to przeważnie kopie, w których odtworzono pewnie tylko dwie eksponowane strony, reszta kart jest pusta. Są zresztą też oryginalne starodruki, jak kronika Marcina Bielskiego z XVI wieku, na wystawie jest też powszechnie znana karta z kodeksu Matyldy, nie oryginał, tylko XIX-wieczny miedzioryt, przechowywany w Kórniku. Z drugiej strony nie ukrywam pewnego rozczarowania, spowodowanego zapewne faktem, że w kwietniu tego roku odwiedziłem inną wystawę okolicznościową z okazji rocznicy chrztu: „Imagines Medii Aevi” w Muzeum Narodowym w Poznaniu. To jednak różnica klas – poznańska wystawa była większa, a eksponaty cenniejsze niż tu w Gnieźnie.

Gnieźnieńskie muzeum opuszczam po 2,5 godzinach zwiedzania, kierując się już w stronę katedry i starówki. Na placu św. Wojciecha przed katedrą rozłożyło się miasteczko straganowo-namiotowe; rozpoczyna się akurat „Koronacja Królewska” – festyn przypominający dobrze mi znany Festiwal Kultury Słowiańskiej i Cysterskiej w Lądzie nad Wartą. Tylko pobieżnie obchodzę miasteczko, za chwilę z bramy wyruszy korowód historyczny, wiem, że zaplanowano na dzisiaj dużo innych atrakcji, jak „Bitwę o most”, widowisko „Chrzest Polski” i nawet koncert jazzowy w katedrze, mnie, podobnie jak w Lądzie, interesują jednak głównie wykłady, również zorganizowane przez Muzeum Początków Państwa Polskiego, które odbędą się na rynku w Gnieźnie.

Na gnieźnieńskim rynku ciąg dalszy atrakcji Koronacji Królewskiej ze stoiskami itp., na tym tle niewielki namiot, w którym odbędą się wykłady, wypada raczej skromnie. Znowu okazja do porównań – w Lądzie wykłady są prowadzone przez profesorów w Sali Opackiej, przy całkiem dużej frekwencji. Tu wykładowcy młodzi, z frekwencją też gorzej – na razie jestem jedynym słuchaczem, później, na kolejne wykłady, ze świętującego tłumu będą zaglądać też inni zainteresowani.

Na początek Małgorzata Krosna-Korocińska opowiada o średniowiecznych tkaninach. Przed wykładem mam okazję zamienić kilka słów z prelegentką. Okazuje się, że pochodzi z Milanówka, rozmawiamy też o muzeum w Turku (dawnym muzeum tkactwa), które odwiedziłem w ubiegłym roku. Drugi wykład Katarzyny Radziwiłko poświęcony średniowiecznej kuchni jest dla mnie najbardziej interesujący (paradoks, ponieważ sprawom kulinarnym zazwyczaj poświęcam niewiele uwagi). Katarzyna Radziwiłko jest specjalistką od neolitu i opowiada też o początkach rolnictwa w Polsce, do czego nawiązuję w dyskusji na zakończenie wykładu:

– Powiedziała pani, że rolnictwo zaczęło się na Sandomierszczyźnie i że zostało przyniesione przez ludy, które przywędrowały tu z Mezopotamii. Czy nie stoi to w sprzeczności z faktem indoeuropejskiego pochodzenia Polaków i Słowian?

– Tak, ludy te osiedliły się na Sandomierszczyźnie, były tam najlepsze warunki glebowe. A Indoeuropejczycy przywędrowali później i już zastali tę kulturę.

Oczywiście; zapomniałem o tym, że wcześniej Europa też była zasiedlona. Dopiero później na ziemiach polskich zamieszkali Celtowie, Germanie, wreszcie Słowianie. Jakże niewiele wiemy o tych najstarszych ludach, które były przed nimi…, używamy tylko ogólnych nazw jak kultura lendzielska,  kultura pucharów lejkowatych itp.

W kolejnym wykładzie Michał Bogacki (dyrektor gnieźnieńskiego muzeum) opowiada o obyczaju pasowania na rycerza – ceremoniał zachował się naszym obrazie średniowiecza i przetrwał w różnych jego odmianach (pasowanie na przedszkolaka, na ucznia) do dzisiaj, chociaż w epoce samego średniowiecza był kultywowany tylko przez cztery stulecia. Zniknął z końcem epoki i końcem stanu rycerskiego.

Chętnie zostałbym na kolejnych prelekcjach (będzie ich dzisiaj jeszcze cztery), niestety, czas nie pozwala, chciałbym wrócić w miarę wcześnie do Śremu. Do zobaczenia, być może, już w przyszłym roku.

Muzeum Rolnictwa w Szreniawie – Ormianie – historia i kultura

23 lipca – wyjazd do Muzeum Rolnictwa w Szreniawie na wystawę poświęconą mniejszości ormiańskiej w Polsce, potem do Poznania. To cały cykl poświęcony mniejszościom w szreniawskim muzeum, staram się na nie regularnie jeździć, chociaż, niestety, nie byłem na wszystkich. A z tematyką Ormian zetknąłem się już w 2009 roku, kiedy to w Muzeum Archidiecezjalnym w Poznaniu zwiedziłem wystawę poświęconą postaci arcybiskupa Józefa Teodorowicza.

W Szreniawie jestem punktualnie o dziesiątej, wraz z otwarciem muzeum. Oprócz mnie jeszcze kilku zwiedzających, w tym małżeństwo oczekujące chyba na możliwość kupienia biletu. Ale dzisiaj, w sobotę, wstęp jest bezpłatny – strażnik z muzeum i ja wyjaśniamy to po angielsku mężczyźnie i kobiecie, którzy, jak się okazuje, nie mówią po polsku – para jest z Holandii. Już po wejściu na teren muzeum nawiązuję z nimi rozmowę, krótko opowiadam o charakterze wystawy stałej, o ekspozycji w poszczególnych pawilonach i na zewnątrz, pokazuję lokomobilę przy wejściu, która sprawia chyba największe wrażenie na wszystkich odwiedzających po raz pierwszy Szreniawę. Następnie rozstajemy się, Holendrzy idą na wystawę stałą, ja na czasową, która jest w spichlerzu, na samym końcu terenu muzeum.

Wystawa „Z widokiem na Ararat. Losy Ormian w Polsce” bardzo się różni od wystawy poświęconej arcybiskupowi Tedorowiczowi, którą widziałem siedem lat temu, chociaż są też punkty wspólne. Ten punkt wspólny to oczywiście religia Ormian, postać Józefa Teodorowicza również jest ukazana na wystawie. Poza tym na planszach przedstawiona jest cała historia państwa ormiańskiego, wykazująca wiele podobieństw do historii Polski. Armenia, wciśnięta pomiędzy rywalizujące ze sobą mocarstwa: Persję i Bizancjum, a później Turcję (w XIX wieku dołączyła się do nich Rosja), wielokrotnie padała ofiarą podbojów i rozbiorów; jeśli zsumować od starożytności wszystkie lata, kiedy była krajem niepodległym, okaże się, że nie ich było ich wiele. Wszystko to było powodem emigracji Ormian z ich ojczyzny, emigracji, która zaczęła się już w średniowieczu, ale trwa do dzisiaj. Niewielu Polaków zdaje sobie sprawę, że nawet w latach 90. ubiegłego wieku do Polski trafiło kilkadziesiąt tysięcy uciekinierów z tego kraju, uwikłanego w wojnę z Azerbejdżanem i borykającego się z problemami ekonomicznymi.

Na wystawie możemy prześledzić losy tej mniejszości, zarówno w dawnej Polsce, jak i II Rzeczpospolitej i współcześnie. Szczególnie ciekawe są dla mnie ostatnie lata I Rzeczypospolitej i okres międzywojenny na Pokuciu; o tym, że do 1945 roku Kuty niedaleko granicy w Rumunią były największym skupiskiem ludności na ziemiach polskich, wiedziałem już z poprzedniej wystawy w Muzeum Archidiecezjalnym. Z poprzedniej wystawy mogę też przypomnieć sobie wystrój katedry ormiańskiej we Lwowie, w czasach ZSRR zamienionej na magazyn, która dopiero po przełomie w latach 90. mogła odzyskać (również dzięki pomocy polskich konserwatorów) dawny blask.

Ormianie to również dzień współczesny. Większość Polaków interesujących się sprawami społeczno-politycznymi słyszała o ks. Tadeuszu Isakowiczu-Zaleskim, duszpasterzu Ormian, osób o ormiańskich korzeniach jest jednak dużo więcej, znanych (podobno są wśród nich też Krzysztof Penderecki i Anna Dymna) i nieznanych, ich fotografie widzimy na planszach.

Wystawa „Z widokiem na Ararat” nie została przygotowana przez muzeum w Szreniawie, pochodzi z warszawskiego Domu Spotkań z Historią, od kilku lat krąży po Polsce. W Szreniawie została uzupełniona o kilka cennych eksponatów, między innymi ludowe stroje ormiańskie i pasy kontuszowe z XVIII wieku, których wyrobem zajmowali się również Ormianie, jak i książki poświęcone tematyce ormiańskiej. Jako filologa zainteresowała mnie też kwestia języka ormiańskiego (są to właściwie dwa języki: wschodnioormiański i zachodnioormiański) i alfabetu o niezwykłym kształcie. W języku tym słyszymy pozdrowienie ormiańskiego duchownego na początku wystawy. Są też inne materiały video; niestety nie zawsze dobrej jakości i słyszalne; szkoda, bo chętnie usłyszałbym, co Ormianie współcześnie mieszkający w Polsce mają nam do powiedzenia. Na wystawie zabrakło mi też szerszego omówienia kwestii współczesnej emigracji z Armenii do Polski. Z drugiej strony może to być zrozumiałe: są to często przybysze przebywający w Polsce nielegalnie, badania w tym zakresie są więc utrudnione.

Po wyjściu z wystaw czasowej zaglądam jeszcze na sąsiednią wystawę sztuki (podobają mi się dwa obrazy Joanny Marcinkowskiej, którą znam już z wystawy w leszczyńskim BWA, może warto bliżej zainteresować się jej malarstwem?), następnie kieruję się ku wyjściu. Po chwili znowu spotykam parę z Holandii.

– I jak się państwu podoba w muzeum?

– Podoba nam się – odpowiada mężczyzna. – Jesteśmy kilka dni w Polsce, jeździmy po różnych miejscach i przypadkiem znaleźliśmy się tutaj. Interesują mnie zwłaszcza maszyny.

– Pan jest rolnikiem z zawodu?

– Nie, ale produkuję części do maszyn rolniczych, ogromnych, nie zmieściłyby się tu w tych pawilonach.

Życzę miłego zwiedzania, ja muszę już opuścić Szreniawę. Drogą krajową nr 5 (niebezpieczną dla rowerzystów) przejeżdżam do Poznania. Najpierw w Zamku Cesarskim zwiedzam wystawę „Na balkonie” (podobnie jak w Szreniawie jestem jedynym zwiedzającym ekspozycję), potem przez starówkę (utrudnienia w ruchu, odbywa się właśnie triathlon Enea Challenge Poznań z konkurencją biegową) przejeżdżam na wystawę „Słabe fundamenty” Iwony Ogrodzkiej i Karoliny Balcer w Nowej Gazowni, wreszcie do Bramy Poznania na  wystawę „Stare obrazki ze zwierzętami” ze zbiorów Biblioteki Polony. Wieczorem powrót do Śremu.

Pałac Królewski we Wrocławiu – Marc Chagall i artyści europejskiej awangardy

16 lipca – kolejny, czwarty w tym roku (w tym trzeci na rowerze) wyjazd do Wrocławia, tym razem na wystawę „Marc Chagall i artyści europejskiej awangardy” w Pałacu Królewskim.

Wyjazd o 3.50 rano. Pierwszy postój w Rawiczu, kolejny w Prusicach, gdzie chcę przypomnieć sobie nagrobek Melchiora Hatzfelda w tamtejszym kościele. Niestety kościół zamknięty, tylko przed świątynią na trawniku wyleguje się popielaty kot (własność proboszcza?), nie boi się mnie, daje się wziąć na ręce i domaga się pieszczot. Ostatni przed Wrocławiem postój  w Trzebnicy, gdzie podczas odpoczynku zagaduje mnie starszy mężczyzna, pytając o aptekę. Niestety nie jestem stąd, odpowiadam; jak się okazuje, on też nie, przyjechał do syna autobusem z Hrubieszowa. Z Hrubieszowa? Miałem kiedyś koleżankę na studiach z Trzeszczan, a z Grabowca pochodził drugi kolega i mój wychowawca w liceum. Mężczyzna z kresowym zaśpiewem opowiada mi o losach swojego ojca, który podczas wojny był w AK, ciekawe, ale muszę się już żegnać i jechać dalej. Wreszcie wjeżdżam do Wrocławia; na moście Uniwersyteckim jestem o godz. 11.45, po prawie 8 godzinach jazdy. Stąd przez Rynek (gdzie na chwilę zaglądam do informacji turystycznej), ulicą Świdnicką i Kazimierza  Wielkiego do Pałacu Królewskiego.

* * *

Możliwość obejrzenia wystawy „Marc Chagall i artyści europejskiej awangardy” zawdzięczamy muzeum artysty w Witebsku; to z jego kolekcji pochodzi kilkadziesiąt grafik (głównie litografii), które możemy zobaczyć we Wrocławiu. Ekspozycja nie jest duża (zajmuje łącznie chyba pięć pomieszczeń), ale bardzo cenna i z pewnością warta zobaczenia. Dominuje oczywiście Marc Chagall, ale oprócz niego tacy artyści jak Georges Braque, Fernand Léger, Henri Matisse, Joan Miró, Pablo Picasso i inni. Największe wrażenie robi oczywiście Marc Chagall, artysta powszechnie znany i lubiany, nawet przez osoby, które rzadko mają kontakt ze sztuką. Tu możemy zobaczyć tylko kilkanaście jego kolorowych litografii, ale każda z nich jest mistrzowska w wykonaniu, prawdziwie oddaje tematykę prac Chagalla, jego fascynacje na przykład cyrkiem, białoruską i rosyjską prowincją i… wywołuje uśmiech na twarzy oglądającego. Dzieła Chagalla są pełne wewnętrznego ciepła, nawet kiedy ukazują ludzi biednych, borykających się z losem.

Z innych grafik podobają mi się prace Fernanda Légera i Henri Matisse’a, co wynika z mojego dawnego upodobania do twórczości tych właśnie artystów. Bardzo lubię też grafiki Picassa (w 2014 roku specjalnie pojechałem na wystawę „Tauromachia” w Muzeum Architektury, aby je zobaczyć), ale na obecnej wystawie jest tylko grafika tego artysty, w dodatku raczej nieudana. Miłym zaskoczeniem są natomiast akwaforty „Japońskie bajki” Salvadora Dalego, również pokazywane na wystawie. Niezbyt lubię Dalego, ale te prace, inspirowane japońskimi drzeworytami, podobają mi się, bardzo różnią się od jego – moim zdaniem – pretensjonalnych i balansujących na krawędzi kiczu obrazów.

Wystawę kończą trzy współczesne obrazy, których inspiracją miała być twórczość Chagalla (sympatyczne naśladownictwo, ale czy ich anonimowi, przypuszczam, że białoruscy twórcy nie pomyśleli o tym, że sygnowanie ich prac „Marc Chagall” nie jest właściwe? – kopie innych twórców wykonywane przez polskich plastyków nie są sygnowane) i kilka filmów poświęconych artyście, które oglądam w całości.

* * *

Po zwiedzeniu wystawy „Marc Chagall i artyści europejskiej awangardy” postanawiam przypomnieć sobie drugą wystawę czasową „Sztuka prześladowana – Heinrich Tischler i jego wrocławskie środowisko” (widziałem ja w czasie Nocy Muzeów, ale prace, zwłaszcza grafiki Tischlera są tak interesujące, że warto zobaczyć je jeszcze raz, w spokojniejszych warunkach), po czym decyduję się na przypomnienie sobie ekspozycji stałej w Pałacu Królewskim, poświęconej historii miasta. Widziałem ją tylko raz, podczas Nocy Muzeów w maju 2009 roku, krótko po jej otwarciu, wrażenia z tamtej wizyty również można przeczytać na tym blogu. Wrażenia były to mieszane – z jednej strony podziw wywoływał rozmach wystawy, jej wielkość i mnogość zgromadzonych eksponatów, z drugiej strony moje zastrzeżenia budził brak dostatecznych informacji objaśniających procesy historyczne zachodzące w 1000-letniej historii Wrocławia.

Jak się okazuje, dużo się zmieniło od tamtej wizyty sprzed siedmiu lat. Ekspozycja zachowała swój dawny układ, ale na szczęście uzupełniono ją szczegółowymi opisami, w tym tablicami krótko opisującymi w trzech językach charakter przemian dziejowych. Doszło też wiele nowych multimediów i zwykłych eksponatów – największe wrażenie, przynajmniej na zwykłych turystach, sprawia chyba… przedwojenny wrocławski tramwaj, który kiedyś kursował z Biskupina na lotnisko. Po przejściu kilku sal dawne zastrzeżenia znikają, wystawa stała jest teraz bardzo profesjonalnie przygotowana, o wiele ciekawsza niż np. Muzeum Historii Miasta Poznania, no, ale i historia Wrocławia jest ciekawsza i bogatsza od historii Poznania. Gdybym chciał zwiedzić wystawę w sposób, w jaki zwykle to czynię, oglądając dokładnie eksponaty, czytając opisy, dokumenty itp., musiałbym spędzić w muzeum cały dzień – od jego otwarcia o godz. 10 do zamknięcia o godz. 18 – a obawiam się, że i tak wszystkiego bym nie zobaczył. Dzisiaj zostało mi tylko dwie godziny, czeka na mnie powrotny pociąg do Czempinia, zwiedzanie jest więc dość pobieżne. Może uda się następnym razem? Tak więc do następnej wizyty we Wrocławiu…

Witold Kordos – „Sześć lat wojennej tułaczki”

Lipiec 2016 roku to ważna data w historii śremskiego ruchu wydawniczego – w tym miesiącu pojawiła się pierwsza pozycja w od dawna zapowiadanej serii „Biblioteka Śremskiego Notatnika Historycznego” – „Sześć lat wojennej tułaczki” Witolda Kordosa. Witold Kordos (urodzony w 1933 r.) jest dobrze znany w śremskim środowisku pedagogicznym przede wszystkim jako nauczyciel geografii w Szkole Podstawowej nr 2 (uczył także w innych szkołach w powiecie) i Gminny Dyrektor Szkół w gminie  Brodnica w latach 1978-1989. Starsze pokolenie śremian bardzo dobrze pamięta też jego matkę: Jadwigę Kordos, również nauczycielkę w Szkole Podstawowej nr 1, potem Szkole Podstawowej nr 2, a osoby związane z Odlewnią Żeliwa w Śremie jego młodszego brata – Jacka, wieloletniego pracownika tego zakładu.

„Sześć lat wojennej tułaczki” to wspomnienia autora z okresu II wojny światowej, która wybuchła, kiedy miał 6 lat. To obraz wojny jednak nie w Śremie, lecz na… Białorusi, gdzie  autor wtedy mieszkał z rodziną. Dla niektórych może to być zaskakujące, ale Jadwiga Kordosowa, tak bardzo związana z naszym miastem, urodziła się w 1908 roku w Oberhausen w Niemczech, do Śremu przyjechała z matką i rodzeństwem dopiero po śmierci ojca, a swoją pierwszą pracę zawodową jako nauczycielka podjęła w 1928 roku nie w Wielkopolsce, lecz na należącym wówczas do Polski Polesiu – w województwie poznańskim nie było wtedy wolnych etatów dla nauczycieli. Tamże, w wiejskiej szkole w Łoktyszach  w powiecie łuninieckim, niedaleko ówczesnej granicy ze Związkiem Radzieckim, spotkała swojego przyszłego męża, Teofila Kordosa, który był kierownikiem jej szkoły, i na tymże Polesiu we wrześniu 1939 roku zastała ją wojna. Do Polski i Śremu Jadwiga Kordosowa wraz z Witoldem i Jackiem wróciła dopiero w sierpniu 1945 roku, w ramach akcji repatriacyjnej.

„Sześć lat wojennej tułaczki” to wspomnienia z tych lat, tym bardziej ciekawe, że przedstawiają obraz świata Poznaniakom mało znanego. Okupacja na Polesiu miała całkiem inny charakter niż w Kraju Warty, inaczej się też zaczęła – od najazdu wojsk nie niemieckich, lecz radzieckich 17 września 1939 r. Autor dużo miejsca poświęca opisowi białoruskiej wsi „za pierwszego Sowieta”, jak mówią kresowiacy, komunistycznej indoktrynacji, ciągłego zagrożenia wywózką na Sybir lub do Kazachstanu (na liście osób przewidzianych do deportacji w 1941 roku była też rodzina Kordosów, przeszkodził temu atak niemiecki 22 czerwca).

Główny trzon książki stanowi jednak opis okupacji niemieckiej w latach 1941-1944 i te partie wywierają na czytelniku największe wrażenie. Niewielu Polaków zdaje sobie sprawę, że terror hitlerowski na Białorusi był o wiele ostrzejszy niż w Polsce, nie tylko w Kraju Warty, lecz również w Generalnym Gubernatorstwie. Wkrótce po wkroczeniu na te ziemie Niemcy wymordowali ludność żydowską, w ramach walki z oddziałami partyzanckimi pacyfikowano też ludność cywilną – zniszczono kilka tysięcy osiedli, a kilkaset wiosek spalono, mordując wszystkich ich mieszkańców (interesujący się kinematografią pamiętają, że tragedię tę ukazał m.in. Elem Klimow w swoim filmie „Idź i patrz” z 1985 roku).

Wszystko to opisuje Witold Kordos – hitlerowski terror, zagładę Żydów w Wielkich Czuczewicach, gdzie mieszkał wtedy z matką i bratem, przede wszystkim jednak formujący się zaraz po wkroczeniu Niemców i później coraz bardziej rosnący w siłę ruch oporu. Radziecka partyzantka na Białorusi była bardzo silna, co sprawiało, że Niemcy ograniczali się do kontrolowania większych ośrodków, bali się wchodzić do lasu, gdzie rządzili już partyzanci. Z partyzantami współpracowała też Jadwiga Kordosowa, tłumacząc dla nich niemieckie meldunki i korespondencję. Nie mogąc sobie poradzić z leśnymi oddziałami latem, Niemcy zorganizowali wielką obławę na nie w styczniu 1943 roku. Przed Niemcami musieli kryć się nie tylko partyzanci, lecz również ludność cywilna, a opis zimowej wędrówki przez poleskie lasy i bagna jest jednym z najciekawszych w książce.

Książkę uzupełniają liczne fotografie dokumentujące życie rodziny przed wojną i po wojnie (w czasie wojny oczywiście nie było możliwości robienia zdjęć), przypisy a także dwa indeksy (osobowy i geograficzny), co ułatwi jej lekturę historykom, którzy będą chcieli wykorzystać ją jako materiał źródłowy. Czy czegoś w niej zabrakło? Myślę, że przede wszystkim mapy ukazującej miejsca, w których przebywała rodzina Kordosów. O ile każdy wykształcony Polak wie, gdzie leży Brześć nad Bugiem i Polesie, o tyle o Łunińcu (nie mówiąc już o wioskach w tym powiecie) słyszało niewielu. Może warto taką mapę dodać w ewentualnym kolejnym wydaniu książki?

Animator

9 lipca – mimo jesiennej – w lipcu – pogody (wiatr, zachmurzenie, przelotne opady) wyjazd rowerem do Poznania na Międzynarodowy Festiwal Filmów Animowanych „Animator”. Nie jestem na nim co roku, letnia pora sprawia, że w połowie lipca wybieram przeważnie wycieczki w dalsze trasy, na kilku festiwalach jednak już byłem. Pamiętam, jak w 2010 roku o wizycie na „Animatorze” wspomniałem na lekcji mojej uczennicy – studentce. Roześmiała się i powiedziała:

– Co, na bajki pan pojechał? „Shrek” też był?

Dziewczyna studiowała w prywatnej szkole i miała raczej „dziewczyńskie” zainteresowania… Ale czy takie szukanie powodów jej  reakcji jest konieczne? Większość ludzi kojarzy filmy animowane z „bajkami”, twórczością dla dzieci. Tylko ci, którzy szerzej interesują się sztuką (sztuką wysoką, nie popkulturą), zdają sobie sprawę z tego, że oprócz „bajek” w Polsce i na świecie tworzy się też ogromną ilość poważnych filmów animowanych dla dorosłych, czasami bardzo dorosłych…

O godzinie 10 przed kinem „Muza” na Świętym Marcinie jeszcze niewielu widzów, po zakupie biletów korzystam więc z pół godziny wolnego czasu, aby zajrzeć na plac Wolności. Zaczął się tu akurat jakiś piknik wojskowy, który potrwa do popołudnia. Na placu ustawiono czołgi i inne pojazdy, z okazji szczytu NATO polska armia pręży muskuły, na scenie przemawia generał, podobno są też żołnierze z jednostki w Śremie, na dłuższe zwiedzanie pojazdów i stoisk brakuje jednak czasu, wracam do kina.

Publiczności już całkiem sporo (po południu będzie jeszcze więcej), skład typowy dla tego festiwalu, czyli dominuje młodzież, sądząc po wieku, ubiorze i sposobie zachowania, studenci poznańskich uczelni, którzy mają teraz wakacje; myślę, że również w czasie roku akademickiego to najwierniejsza publiczność „Muzy”.

* * *

Kupuję dziś bilety na trzy pokazy konkursowe – dwa filmów krótkometrażowych i jeden pełnometrażowy. Na dwóch pierwszych seansach zrealizowane najróżniejszymi technikami filmy krótkie, od kilku do kilkunastu minut, polskie i zagraniczne. Pomysły autorów genialne, zwariowane i takie sobie; jak na poprzednich festiwalach, o większości z tych filmów pewnie wkrótce zapomnę; a co pozostanie w mojej pamięci?

„Pod wiatr” szwajcarskiego (szwajcarskich filmów w tym roku obrodziło na festiwalu) twórcy Remo Scherrera – zrealizowana bardzo prostymi, wręcz ascetycznymi środkami opowieść córki o alkoholizmie matki.

„Debiut” Katarzyny Kijek jako przykład autoironicznej metaliteratury (metafilmu?), o męce twórczej autora scenariuszy.

„Mr Sand” Soetkin Verstegen – to wcale nie opowieść o Piaskowym Dziadku z enerdowskiej bajki dla dzieci, tylko o czymś dużo poważniejszym i mało znanym, o zagrożeniach, z jakimi musieli radzić sobie właściciele pierwszych sal kinowych na początku XX wieku.

„Before Love” Igora Kowalowa – piękna pod względem graficznym opowieść; szkoda, że treść nie dorównuje tu w pełni formie.

„Sexy laundry” Izabeli Plucińskiej – ta zrealizowana w technice modeliny komedia o życiu seksualnym pięćdziesięciolatków spotkała się z największym aplauzem widowni, ma chyba dużą szansę na zdobycie nagrody publiczności. Mnie też się podobała :-) .

„Jedziemy autobusem” Sarah Gampel, którą mogę obejrzeć zaraz potem, to całkowita zmiana tonacji. Historia pewnej podróży staje się punktem wyjścia do ukazania najbardziej nierozwiązywalnego konfliktu we współczesnym świecie – konfliktu bliskowschodniego, a jednocześnie rozważań o żydowskości, palestyńskości i… polskości (autorka jest Żydówką mieszkającą w Szwecji, ale urodziła się w Szczecinie).

„Życie seksualne drzew” Joshui Tuthilla – graficznie wysmakowana impresja o związkach człowieka i przyrody, a właściwie jej personifikacji.

* * *

Po filmach krótkometrażowych decyduję się dziś na festiwalu tylko na jeden „feature film” – „Niezłe jaja!” amerykańskiej reżyserki Penny Lane, chociaż przed seansem mam pewne wątpliwości, czy to dobry wybór. Przyczyną jest oczywiście fatalnie przetłumaczony tytuł (lepszym rozwiązaniem byłoby zachowanie oryginalnego – „Nuts!”) jak i niezbyt szczęśliwa, pasująca raczej do „Superekspresu” niż poważnego festiwalu, zapowiedź na stronie internetowej „Animatora”, że „Niezłe jaja!” to opowieść o lekarzu z Kansas, który „wpadł na pomysł, aby leczyć impotencję u mężczyzn przeszczepiając im kozie jądra”.

W istocie „Niezłe jaja!” to film o czymś całkiem innym, o micie amerykańskiego self-made-mana, tu przedstawionego w osobie Johna R. Brinkleya, który w Stanach Zjednoczonych w okresie międzywojennym zrobił ogromną karierę, między innymi rzeczywiście na rzekomym przeszczepianiu mężczyznom kozich jąder, o karierze szarlatana i o tym, co tę karierę umożliwiło, wreszcie o amerykańskim społeczeństwie lat 20 i 30. XX wieku. Historia tak niewiarygodna, że w pierwszych minutach filmu byłem przekonany, że mam tu do czynienia z fikcją stylizowaną na dokument i miałem nawet za złe twórcom filmu brak oryginalności i podążanie śladami Woody Allena, który takie fikcyjne biografie realizował wielokrotnie (najbardziej znany jest „Zelig”, ale też np. „Słodki drań”). Ale nie, John R. Brinkley naprawdę istniał, rzeczywiście twierdził, że potrafi przeszczepiać kozie jądra, omal nie został gubernatorem Kansas i założył własną stację radiową z podobno najpotężniejszym nadajnikiem na świecie, wszystko to aż do zdemaskowania jego działalności na procesie w 1939 roku.

Film wart zobaczenia, z pewnością jak wiele innych na festiwalu, ale na mnie już czas. Po filmie powrót do domu.