Muzeum Narodowe w Poznaniu – Witkacy

21 października – wyjazd do Muzeum Narodowego w Poznaniu na wykład Justyny Borkowskiej z Akademii Pomorskiej w Słupsku poświęcony twórczości Witkacego. To pierwszy wykład z cyklu „Świat obrazów” w tym roku, w którym biorę udział. Po dwóch latach wykładów poświęconych modernizmowi poznańskie Muzeum Narodowe postanowiło przejść do kolejnej epoki – dwudziestolecia międzywojennego.

Pastele Witkacego znam całkiem dobrze – widziałem je wielokrotnie w muzeach Warszawy, Poznania, Wrocławia, ostatnio we wrześniu 2016 roku, kiedy pojechałem na wystawę „Asymetryczna dama” w Centrum Kultury Zamek we Wrocławiu na Leśnicy. Lubię twórczość plastyczną Witkacego, w przeciwieństwie do jego twórczości literackiej; podobnie jak w przypadku Wyspiańskiego (chociaż to całkiem  inny styl i inna epoka) ich pastele, zwłaszcza portrety, podobają mi się bardziej niż dramaty.

Zainteresowanych wykładem jest bardzo dużo – jeszcze nigdy nie widziałem takiej liczby słuchaczy w Muzeum Narodowym, chociaż wykłady z tego cyklu cieszą się zawsze dużą popularnością. Jestem kilka minut spóźniony i cały czas muszę stać, na szczęście dość blisko ekranu, na którym wyświetlane są przeźrocza. Takie zainteresowanie to jednak nic dziwnego. Mający już wśród swoich współczesnych opinię narkomana, erotomana, dziwaka Witkacy zaciekawia do dzisiaj wszystkich interesujących się sztuką.

Justyna Borkowska przyjechała do nas ze Słupska, miasta, którego Muzeum Pomorza Środkowego może poszczycić się największą kolekcją portretów Witkacego. Stało się jej posiadaczem dość przypadkowo, w drodze zakupu od Michała Białynickiego-Biruli jeszcze w latach 60., od tego czasu kolekcja jest systematycznie powiększana i liczy obecnie już ponad 300 sztuk. Justyna Borkowska koncentruje się w swoim wykładzie tylko na kilku portretach: Zofii Szumanowej i Marii Białynickiej-Biruli, przedstawiając historię ich powstania i opowiadając o Firmie Portretowej Witkacego. Osobowość Witkacego wprawdzie sprawia, że wykład znacznie wykracza kwestie czysto artystyczne. Justyna Borkowska Witkacym zajmuje się naukowo od dawna, swoją pracę magisterską napisała na temat „Witkacy i kobiety”, dużo nam więc opowiada o tych związkach podszytych często perwersyjnym erotyzmem. Artysta może więc był erotomanem, ale czy narkomanem? Prelegentka uważa, że nie, że substancje (peyotl i inne, ich nazwy i wzory chemiczne artysta umieszczał potem na pastelach), które zażywał podczas rysowania służyły mu tylko wywoływania artystycznych wizji. Justyna Borkowska dużo mówi też o relacjach towarzyskich łączących Witkacego z inteligencją Zakopanego i innych miast, jego przyjaźniach z lekarzami.

Po wykładzie dyskusja, długa i ciekawa. Słuchacze (właściwie słuchaczki, panie dominują na spotkaniu) interesują się zwłaszcza relacjami Witkacego z jego żoną, kochankami, m.in. Czesławą Oknińską, z którą 18 września 1939 r. postanowił popełnić samobójstwo (jak wiadomo, Czesława przeżyła, Witkacy nie). Zadawane pytania świadczą o tym, że słuchacze wykładu dużo wiedzą o Witkacym, że nie znaleźli się tu przypadkowo. Mnie bardziej interesuje kwestia narkomanii, poruszam więc tę kwestię w dyskusji:

– Powiedziała pani, że Witkacy nie był narkomanem. Ale na jakiej podstawie możemy to stwierdzić? Czy lekarze, z którymi się przyjaźnił, diagnozowali Witkacego? Objawem narkomanii jest głód narkotykowy, odczuwany przy odstawieniu narkotyków. Czy Witkacy odczuwał taki głód?

– Nie, nie odczuwał. Zresztą sam twierdził, że nie jest narkomanem – odpowiada Justyna Borkowska. – Uważam, że nie był narkomanem również z tego powodu, że narkomani dążą tylko do zaspokojenia swojego nałogu a potem już nie interesują się niczym. Tymczasem Witkacy pod wpływem narkotyków tworzył nowe dzieła, było to dla niego tylko podnietą artystyczną.

Nieoczekiwanie moje pytanie i odpowiedź Justyny Borkowskiej wywołują gwałtowną reakcję innego mężczyzny:

– Proszę pani, każdy narkoman, alkoholik twierdzi, że nie jest narkomanem, alkoholikiem. Tymczasem w nałóg można bardzo łatwo wpaść, nawet jeśli pije się tylko w weekendy. Nie zgodziłbym się z Panią…

Nie rozstrzygniemy tego w tej dyskusji, myślę, że to temat na osobne badania, którymi mogliby zająć się historycy sztuki, literatury, nawet lekarze. W każdym razie Justyna Borkowska pozostaje przy swoim zdaniu i zdradza nam, że swojej pracy doktorskiej, którą również poświęciła Witkacemu, chce udowodnić, że Witkacy był… moralistą. Hm… Jeśli będzie kiedyś okazja, chętnie zapoznam się z wynikami tych badań.

Zamek Cesarski w Poznaniu – Frida Kahlo i Diego Rivera. Polski kontekst

Wystawę „Frida Kahlo i Diego Rivera. Polski kontekst” w Zamku Cesarskim w Poznaniu obejrzałem w ubiegłą sobotę. Wybierałem się na nią już dwa tygodnie temu, wtedy jednak bez powodzenia – „Biletów na dzisiaj już nie ma, proszę pana”. Kiedy po dwóch tygodniach przyjechałem ponownie na dwa wykłady w Muzeum Narodowym, przy okazji, bez większych nadziei, zajrzałem też do Zamku. Przed kasą zastałem tabliczki informujące, że na dzisiaj bilety są wyprzedane, po dłuższym szukaniu na monitorze komputera kasjerka zaproponowała mi jednak bilet na godz. 14. Na 14? Trochę późno, nie dziękuję, rezygnuję.

Kiedy drugi wykład w Muzeum Narodowym, poświęcony twórczości Janusza Przybylskiego, zakończył się o 13.50, w planach miałem już powrót do Śremu, nagły impuls skłonił mnie jednak do zawrócenia do Zamku i szybkiego przejazdu z gmachu przy al. Marcinkowskiego na Święty Marcin. Czy ten bilet na godz. 14 jeszcze jest? Tak, jest, proszę. Okazało się, że mimo ogromnego zainteresowania wystawą i teoretycznego braku biletów można ją zwiedzić bez wcześniejszej rezerwacji.

A zainteresowanie rzeczywiście jest ogromne – przed wejściem do głównej sali wystaw kłębił się już tłum ludzi zainteresowanych Fridą, chyba jeszcze nigdy nie widziałem takich tłumów na wystawie w CK Zamek. Aby zapanować nad tą masą zwiedzających, bilety są sprzedawane na konkretne godziny, mimo to duża liczba ludzi trochę przeszkadza w obejrzeniu wystawy, analizie prac, zwłaszcza w pierwszej sali, tuż po godz. 14, potem to stłoczenie trochę się rozładuje. Ale nie trzeba narzekać, tylko zwiedzać, druga taka okazja zobaczenia prac legendy współczesnej sztuki prawdopodobnie już się nie powtórzy.

Frida Kahlo rzeczywiście jest legendą i prawdziwą ikoną sztuki światowej i z pewnością to jej nazwisko, legenda, film opowiadający o jej życiu, a nie autentyczne zainteresowanie sztuką ściągają do Poznania zwiedzających z całej Polski. Jej mąż Diego Rivera jest już mnie znany; tylko zainteresowani sztuką i kulturą Meksyku znają jego monumentalne murale. Od jego też prac rozpoczynam zwiedzanie wystawy. Niestety eksponowane w Poznaniu obrazy Rivery nie robią na mnie większego wrażenia. Swoją światową sławę artysta zawdzięcza muralom, które tu są eksponowane w formie pokazu slajdów, pokaz ten też jednak nie jest zbyt interesujący; z drugiej strony z pewnością miałbym inne odczucia, gdybym zobaczył je nie tu, w formie wielokrotnie pomniejszonych fotografii, lecz na żywo, jako monumentalne freski namalowane na budynkach.

Twórczość Fridy Kahlo zajmuje większą część pierwszej sali wystawy. To tu znajdziemy jej najbardziej ikoniczne przedstawienia publikowane we wszystkich materiałach promocyjnych wystawy – autoportrety, portrety Fridy z innymi osobami i… niewiele innych tematów. Prace te nawet podobają mi się, aczkolwiek po pewnym czasie nachodzą mnie wątpliwości. Wiem, że egotyzm jest immanentną cechą każdego artysty, ale przecież i Frida nie była aż tak skupiona na sobie, nie malowała tylko siebie, lecz również otaczający ją świat. Prace Kahlo są pełne ekspresji, bardzo podobają mi się takie obrazy jak „Miłosny uścisk wszechświata”, czy „Panna młoda przerażona otwierającym się przed nią życiem”,  monotematyczność pozostałych eksponowanych prac może jednak nużyć, wystawa nie jest dostatecznie reprezentatywna. Niektórzy zwracają też uwagę na jej braki warsztatowe, co staje się zrozumiale, jeśli uświadomimy sobie, że nie miała formalnego wykształcenia w tym kierunku, nie studiowała malarstwa. To mi akurat nie przeszkadza, historia sztuki pełna jest wybitnych postaci tworzących malarstwo naiwne, z drugiej strony Kahlo malarką naiwną nie można nazwać, była raczej samoukiem. Chociaż legenda Kahlo, jej romanse, zarówno z mężczyznami jak i kobietami, jej androgynizm, komunizm, związek z Trockim, cała ta niemająca wiele wspólnego ze sztuką otoczka przysłoniły jej twórczość, to w gruncie rzeczy dobre malarstwo, warte obejrzenia. Na wystawie tylko jedno jest nieporozumieniem – rysunki Kahlo, które niestety nie mają żadnej wartości artystycznej (kilku moich znajomych potrafi lepiej rysować), z ich pokazania można więc było zrezygnować.

W pierwszej sali warto zobaczyć też fotografie Kahlo, te najsłynniejsze, kolorowe, wykonane przez Nickolasa Muraya, i te mniej znane, czarno-białe, wykonane przez innych fotografików (są sugestywnym portretem psychologicznym Fridy, czy prawdziwym – to inna sprawa), archiwalne nagrania filmowe, między innymi z Trockim, nawet slajdy kart dziennika Kahlo. W oddzielnej salce jest wyświetlany godzinny film dokumentalny o życiu i twórczości Fridy Kahlo i Diego Rivery; niestety nie obejrzę go, mój bilet jest ważny tylko dwie godziny, a ja chciałbym zobaczyć też drugą część wystawy.

W salach 102, 103 i 104 prezentowany jest „polski kontekst”, o którym mowa w tytule wystawy. Polski kontekst oznacza tu przede wszystkim prezentację twórczości dwóch artystek związanych z Kahlo i wywodzących się z Polski – urodzonej w Lublinie, w rodzinie żydowskich wędrownych aktorów malarki i graficzki Fanny Rabel oraz pochodzącej z Grajewa (wystawa nie informuje o tym, ale też była chyba Żydówką) fotografki Bernice Kolko, do tego jedno pomieszczenie poświęcone wystawie sztuki meksykańskiej, która odbyła się w Warszawie i w innych miastach w 1955 roku. Tłok tu na szczęście o wiele mniejszy niż w głównej sali z twórczością Kahlo i Rivery, powierzchnia wystawowa większa, a i sama wystawa okazuje się dla mnie ciekawsza.

Fotografie Bernice Kolko oraz grafiki i obrazy Fanny Rabel jeszcze nigdy nie były prezentowane w Polsce, są dla mnie całkowicie nieznane. Kolko przyjaźniła się z Kahlo i zawdzięczamy jej wiele zdjęć malarki, tych ukazujących jej prywatne życie, nie w nierealistycznie upozowanych scenach jak u Muraya, również tych najbardziej przejmujących, jak fotografia Kahlo na łożu śmierci czy z pogrzebu artystki z Riverą niosącym jej trumnę. Najcenniejsze są jednak dla mnie inne zdjęcia Kolko, ukazujące codzienne życie w Meksyku w latach 50. XX wieku: dzieci, ulicznych sprzedawców, biedoty… Mają bardzo dużą wartość dokumentalną i artystyczną, ogląda się je z prawdziwym zaciekawieniem. To samo można powiedzieć o twórczości Fanny Rabel. W szczególności podobają mi się jej grafiki meksykańskich dzieci, ale też scenki rodzajowe, na przykład z teatru, w którym mała Fanny wędrowała w dzieciństwie z rodzicami. Kiedy oglądam te prace, paradoksalnie nachodzi mnie refleksja, że Bernice Kolko i Fanny Rabel były lepszymi artystkami niż Frida Kahlo, ich fotografie i grafiki są cieplejsze, podobają mi się bardziej od obrazów Fridy. Nie można im też zarzucić braków warsztatowych i monotematyczności, jak w przypadku obrazów Kahlo, które widziałem w pierwszej sali.

I wreszcie ostatnia sala poświęcona wystawie sztuki meksykańskiej w Polsce w 1955 roku. Na wystawie tej prezentowano też jeden obraz Kahlo – „Zraniony stół”, największy rozmiarami, jaki namalowała, i dość nietypowy dla jej twórczości, bo namalowany w poetyce surrealizmu. Po wystawie obraz zaginął, podobno powrócił do ZSRR, z którego został wypożyczony, w Zamku widzimy tylko jego pełnowymiarową reprodukcję. Reprodukcja jest czarno-biała, podoba mi się jednak; gdyby oryginał obrazu zachował się, byłby jednym z cenniejszych dzieł surrealizmu. Oprócz reprodukcji „Zranionego stołu” dużo wycinków prasowych z wystawy sprzed 52 lat (drobny druk niestety utrudnia och odczytanie, a szkoda, bo chętnie przeczytałbym, co w epoce socrealizmu prasa pisała o meksykańskiej sztuce), krótki film dokumentalny z wystawy z Andrzejem Łapickim jako lektorem, i niewielki wybór prezentowanej wtedy sztuki. Podobnie jak widzom 52 lata temu najbardziej podobają mi się grafiki (po wystawie wydano wtedy nawet album z meksykańskimi grafikami). Zarówno grafiki jak i obrazy często przeniknięte są duchem socrealizmu i walki z „imperializmem”, surrealistyczny „Zraniony stół” Kahlo chyba niezbyt pasował do tych prac.

„Frida Kahlo i Diego Rivera. Polski kontekst” jest bardzo ważną wystawą, może najważniejszą w tym roku w Poznaniu. Na pewno warto ją zobaczyć, choćby po to, aby skonfrontować się z legendą Fridy Kahlo, również po to, aby poznać innych, do tej pory w Polsce całkiem nieznanych twórców. Jeśli chodzi o mnie, w salach poświęconych sztuce Bernice Kolko, Fanny Rabel i wystawie sztuki meksykańskiej z 1955 roku spędziłem więcej czasu niż w sali pierwszej sali Kahlo i Rivery, przeżycia estetyczne w nich były dla mnie ważniejsze. Oczywiście inni mogą mieć odmienne zdanie.

Nagroda Kościelskich, 2017

14 października – po trzech latach przerwy (w tym czasie nagroda była wręczana w Szwajcarii) znowu wyjazd do Miłosławia na ceremonię wręczenia Nagrody Kościelskich; w tym roku otrzymała ją Urszula Zajączkowska za tom poezji „Minimum”.  To wydarzenie, które, podobnie jak festiwale Muzyka w Raju i Musica Sacromontana, już na stałe wpisało się w mój kalendarz kulturalny.

Jazda przez Środę Wlkp. i Winną Górę, w Miłosławiu jestem pół godziny przed zaplanowanym na godzinę 12 rozpoczęciem uroczystości. Dużo znajomych twarzy, już przy wejściu wita mnie starsza pani, która mówi, że pamięta mnie z poprzednich lat w Miłosławiu, przyjechała tu z Tadeuszewa koło Środy. W pałacu jest też już mój dobry znajomy, Krzysztof Budzyń, który przyjechał tu ze Śremu samochodem, siadamy razem.

Część oficjalna jak w poprzednich latach – przemówienia burmistrza Miłosławia, starosty wrzesińskiego, dyrektora Departamentu Kultury Urzędu Marszałkowskiego z Poznania (marszałka województwa tym razem nie ma), delegata ambasady Szwajcarii i prezesa Fundacji Kościelskich François Rosseta. To ostatnie podoba mi się najbardziej, chociaż François Rosset opowiada też o rzeczach na pozór całkiem niezwiązanych z tegoroczną laureatką – o Wilhelmie Tellu, o argentyńskim pisarzu Ernesto Sábato i jego spostrzeżeniu, że w historii Szwajcarii zabrakło paradygmatu tragicznego, tak charakterystycznego dla innych narodów. Nareszcie wręczenie nagrody, laudacja i wystąpienie Urszuli Zajączkowskiej.

Niestety nie czytałem żadnych wierzy Urszuli Zajączkowskiej. Krótko przed uroczystością wysłuchałem tylko obszernego wywiadu z poetką w radiowej Dwójce; bardzo mi się podobały jej przemyślenia o życiu roślin, duchowych związkach pomiędzy światem roślin i ludzi, ale to przecież za mało, aby się wypowiadać na temat jej poezji. Takiej możliwości nie dadzą mi teraz też laudacja i przemówienie poetki, jak zwykle w takich warunkach bardzo trudne w odbiorze, pełne odniesień, które co chwila wymagałyby zatrzymania się, namysłu, przeanalizowania ich treści, tak jak głębokiej refleksji, zanurzenia się w świecie poezji wymagałby sam nagrodzony tom wierszy. Ile osób w miłosławskim pałacu w pełni zrozumiało oba wystąpienia po ich jednokrotnym wysłuchaniu? Ja do nie należałem. Być może będzie mi dane przeczytać je kiedyś w druku, wtedy analiza będzie możliwa.

Po części oficjalnej mały bankiet na parterze pałacu, okazja do porozmawiania ze znajomymi, choćby tylko z widzenia. Wszyscy chwalą laudację i odpowiedź poetki, a mnie mimo woli przypomina się przeczytany niedawno „Dziennik” Witolda Gombrowicza i jego uwagi o wieczorach poezji, o spotkaniach dyskusyjnych na tematy filozoficzne, na których słuchamy wierszy nie bardzo ich rozumiejąc, zabieramy głos na różne tematy, jednocześnie nie chcąc zdradzić własnej niewiedzy. Przypadłość ogólnoludzka, i ja nie jestem od niej wolny…

Możliwość tych spotkań, rozmów jest zresztą interesująca i źródłem nieoczekiwanych odkryć. Okazuje się, że z rodziną z Orzechowa, z którą siedzę przy jednym stole, mamy wspólnych znajomych. Dawno temu byłem tłumaczem na ślubie mieszkanki Orzechowa z Hindusem, właśnie tu w Miłosławiu; wspominamy państwa młodych i jedynego gościa z Indii, prześliczną siostrę pana młodego, która była świadkiem na ślubie. Co teraz u nich słychać? Wyjechali, mieszkają chyba w Stanach Zjednoczonych.

* * *

Na godz. 14.15 zaplanowano panel dyskusyjny na temat „Czy można nauczyć pisania?” z udziałem prof. Ingi Iwasiów z Uniwersytetu Szczecińskiego, Magdaleny Kostrzewskiej prowadzącej szkołę „Maszyna do Pisania”, poety Krzysztofa Siwczyka i dziennikarza „Gazety Wyborczej” Piotra Bojarskiego. Panel w tym roku wyjątkowo, z powodu uszkodzenia świątyni w sierpniowych wichurach, nie odbywa się w kościele poewangelickim, tylko w pałacu, ale może to i lepiej – frekwencja jest wyższa niż na ostatnim panelu z udziałem między innymi feministek Sylwii Chutnik i Kai Malanowskiej, na którym byłem trzy lata temu. Każdy z dyskutantów odpowiada na pytanie zadane w temacie panelu zgodnie z charakterem swojej pracy – Inga Iwasiów opowiada o właśnie uruchomionych w październiku na Uniwersytecie Szczecińskim studiach w zakresie kreatywnego pisania, Magdalena Kostrzewska o prowadzonej przez siebie firmie, Piotr Bojarski o tym, jak ważne może być doświadczenie w zawodzie dziennikarza w nauce pisania, również utworów artystycznych. Czasu na dyskusję niestety nie ma dużo, pierwsze pytanie zadaję ja:

– Dziękuję za bardzo interesujące prezentacje, ale od razu powiem, że jestem tu sceptykiem i nie bardzo wierzę w konieczność prowadzenia takich kursów. Przypomina mi to studia w zakresie dziennikarstwa, prowadzone jeszcze w czasach PRL. Jak wiadomo, znakomita większość dziennikarzy nie studiowała dziennikarstwa, czy są więc one potrzebne? Wracając do literatury, przepraszam, ale jeśli spojrzymy na całą 55-letnią historię Nagrody Kościelskich, nie wiem, czy wśród jej laureatów znajdzie się choć jedna osoba, która chodziła na takie kursy pisania. Możemy też spojrzeć na to w szerszej perspektywie geograficznej, na przykład Stanów Zjednoczonych, w których kursy „creative writing” są prowadzone już od kilkudziesięciu lat. Czy wiadomo, jaki procent amerykańskich pisarzy ukończył taki kurs? Może pani profesor Iwasiów, jako pracownik naukowy, będzie mogła odpowiedzieć na to pytanie?

– Mogę odwrócić pytanie – odpowiada Inga Iwasiów – i wskazać, że wielu wybitnych pisarzy na tych kursach w Stanach Zjednoczonych wykłada na nich, uczy, jak dobrze pisać. Mimo wszystko kursy takie dają dobry warsztat pisarski. Jeśli chodzi o dziennikarzy, to prawda, że większość nie studiowała dziennikarstwa, tylko inne kierunki, w czasach PRL najczęściej polonistykę, mieli więc za sobą akademickie wykształcenie, przygotowanie. Wykształcenie ma jednak często niewiele wspólnego z wykonywaną później pracą. A jeśli ktoś lubi pisać, jeśli się w tym realizuje, dlaczego miałby studiować coś innego? Jeśli miałby później pracować jako dziennikarz, lepiej niech studiuje creative writing.

Na moje pytanie odpowiada też prof. Jerzy Jarzębski członek jury Nagrody Kościelskich:

– Jeśli chodzi o laureatów Nagrody Kościelskich, to rzeczywiście nie ma wśród nich osób, które kończyłyby takie kursy, ale wśród laureatów innych nagród są tacy, na przykład Weronika Murek. To prawda jednak, że naprawdę wybitna literatura musi być oryginalna, a oryginalności na kursach nauczyć się nie da.

Drugie i ostatnie pytanie zadaje, a właściwie podsumowuje dyskusję Krzysztof Budzyń, który przedstawia się też jako piszący, wydawca, redaktor „Śremskiego Notatnika Historycznego”. Wskazując na fakt, że coraz więcej w Polsce piszących, a coraz mniej czytających, nawołuje mimo wszystko do pracy z pasją – pasja jest przecież najważniejsza w naszym życiu.

– Śrem górą – podsumowuje jedna ze słuchaczek panelu, kiedy wychodzimy już z budynku. Może i tak, ale czas już wracać do domu. Na koncercie Anety Lipnickiej i Wielkim Nocnym Czytaniu w Miłosławiu nie zostanę, ponieważ oznaczałoby to powrót w nocy. Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie na tle miłosławskiego pałacu i przez Środę Wlkp. i Zaniemyśl kieruję się w stronę Śremu. Powoli zapada zmierzch, w Lucinach i tak muszę włączyć oświetlenie w moim rowerze.

Festiwal Muzyki Oratoryjnej „Musica Sacromontana”, 2017

8 października – po rocznej przerwie kolejny wyjazd na Festiwal Muzyki Oratoryjnej „Musica Sacromontana” na Świętej Górze w Głogówku pod Gostyniem. W ubiegłym roku dwa weekendy na przełomie września i października, podczas których odbywał się festiwal, spędziłem na innych imprezach kulturalnych, w tym roku znowu jestem na „Musica Sacromontana”, chociaż tylko na jednym, niedzielnym koncercie zatytułowanym „Wenecka Noc”. W programie przede wszystkim Vivaldi i jego „Cztery pory roku”  wykonaniu zespołu „Interpreti Veneziani”. Zespół zagrał też „La Follia” tegoż kompozytora i „Le Streghe” Paganiniego, a ich występ poprzedził (jakby w charakterze supportu) krótki koncert 16-letniego gitarzysty Kacpra Dworniczaka.

Prezentacja „Młodych talentów na Świętej Górze” jest bardzo dobrą inicjatywą festiwalu; mam nadzieję, że już na stałe wejdzie do jego programu. O Kacprze Dworniczaku do tej pory nie słyszałem. Jego krótki koncert gitarowy podobał mi się, chociaż można było w sposób trochę bardziej przemyślany dobrać repertuar. Kacper Dworniczak zagrał trzy utwory Fernando Sora, Aleksandra Tansmana i Marka Pasiecznego, tymczasem tytuł całego niedzielnego koncertu na Świętej Górze – „Wenecka Noc” – bardziej skłaniałby do zagrania kilku sonat Paganiniego, którego utwory na gitarę podobają mi się bardziej niż te na skrzypce. Być może jednak młody gitarzysta jeszcze nie ma ich w swoim programie. Jeśli tak jest, warto go uzupełnić.

„Cztery pory roku” Vivaldiego, jeden z najsłynniejszych utworów w dziejach muzyki klasycznej, słyszałem dotychczas na żywo tylko dwukrotnie. Po raz pierwszy w wykonaniu orkiestry „Amadeus” Agnieszki Duczmal w Klubie Odlewnika w Śremie 1 grudnia 1994 roku (byłem wtedy również dziennikarzem „Gazety Śremskiej” i napisałem recenzję z tego koncertu); po raz drugi w maju 2013 roku w klasztornym kościele w Lubiniu, w wykonaniu Wiktora Kuzniecowa i Brassel Quintet. Ten, którego miałem okazję wysłuchać w ubiegłą niedzielę na Świętej Górze, zapadnie mi w pamięci chyba najbardziej.

Jest kilka tego powodów. „Le quattro stagioni” w wykonaniu Interpreti Veneziani zabrzmiały tu nie na dużą orkiestrę jak w przypadku Amadeusa Agnieszki Duczmal, ale i nie na kwintet, jak to było w Lubiniu; zapisany w oryginale kwartet i basso continuo towarzyszące soliście rozrosły się tu do oktetu (czworo skrzypiec, altówka, wiolonczela i klawesyn – basso continuo, którego w Śremie i Lubiniu nie było); to skład optymalny na pomieszczenie takiej wielkości, jakim jest bazylika świętogórska. Ciekawostką było to, że każdą z czterech części zagrał inny skrzypek zespołu, po każdej części rozlegały się też brawa. Brawa te, które raziłyby na innych koncertach, tu nie przeszkadzały – w końcu „Cztery pory roku” nie są jednym utworem, jak wielu sądzi, lecz czterema różnymi koncertami, które przeważnie są wykonywane razem. Brawa były jak najbardziej zasłużone, muzycy pokazali wysoką klasę, do tego należy dodać trochę showmańskie zachowanie włoskich muzyków na scenie, co uatrakcyjniło koncert.

Ale to jeszcze nie koniec festiwalu. Na zakończenie wieczoru organizatorzy zaprosili nas na koncert organowy w wykonaniu Juliana Gembalskiego 21 października. Koncert niezwykły, ponieważ wyremontowane organy zabrzmią w świętogórskiej bazylice na koncercie po raz pierwszy od ponad 150 lat. Warto pojechać…

Muzeum Historii Miasta Poznania – Józef Kaliszan

 

Kiedy usłyszałem o planowanej wystawie Józefa Kaliszana w Muzeum Historii Miasta Poznania, początkowo myślałem, że ma ona jakiś związek z wystawą „Szczeliny wolności” w Muzeum Narodowym, że jest jej kontynuacją – być może dlatego, że o wystawie Kaliszana dowiedziałem się tego samego dnia, w którym zwiedzałem tę najważniejszą obecnie wystawę czasową w głównym gmachu Muzeum Narodowego przy al. Marcinkowskiego. Nie wiem, czy autorzy wystawy „Ślady niepamięci. Józef Kaliszan” w jakikolwiek sposób inspirowali się „Szczelinami wolności”, ale chyba nie, to inne epoka, inny rodzaj twórczości.

Poznański artysta Józef Kaliszan, chociaż zmarł niedawno, w 2007 roku, jest dzisiaj postacią w dużej mierze zapomnianą; miejmy nadzieję, że obecna wystawa go przypomni. Wystawa nieduża – praktycznie tylko w jednej sali zgromadzono 70 prac artysty: głównie rysunki i grafiki, obrazy, tylko dwie rzeźby („Totemy”), do tego kilka projektów scenograficznych w drugim pomieszczeniu. Jak przyznaje samo Muzeum Narodowe na swojej stronie internetowej, to tylko okruch, fragment twórczości artysty, niestety, w dodatku fragment niereprezentatywny. Józef Kaliszan był przede wszystkim rzeźbiarzem, czego na wystawie nie widać – wspomniane dwa „Totemy” nie wystarczą do zaprezentowania twórczości w tej dziedzinie Na stronie muzeum czytamy też, że Kaliszan był współzałożycielem grupy R-55, której udało się przełamać estetykę socrealistyczną w sztuce, brak jednak informacji, że wcześniej artysta sam tworzył w tej estetyce, malując np. obrazy Ethel i Juliusza Rosenbergów czy Józefa Stalina. Z drugiej strony rozumiem ograniczenia lokalowe muzeum – taka naprawdę przekrojowa wystawa na pewno nie mogłaby zostać przedstawiona w poznańskim ratuszu, wymagałaby o wiele większej powierzchni. Zainteresowanym twórczością Kaliszana musi więc nam wystarczyć to, co możemy obejrzeć na wystawie, której wernisaż miał miejsce 6 października.

Wystawa niewielka, więc moje wrażenia z niej też będą tylko ogólnej natury. O pracach abstrakcyjnych Kaliszana (zaliczam do nich też „Totemy) się nie wypowiadam, moja niechęć do abstrakcji jest już znana czytelnikom tego blogu. Bardziej interesujące były dla mnie projekty scenograficzne do przedstawień w Teatrze im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie; w porównaniu choćby z projektami Ryszarda Kai, które widziałem w „Arsenale”, czy projektami do baletu „Swantewid” na wystawie „Szczeliny wolności” też trudno je uznać za wybitne.

Najciekawsze były dla mnie obrazy i przede wszystkim rysunki i grafiki przedstawieniowe, szczególnie portrety ukazujące konkretnych ludzi, jak portret aktorki, jak i takie, które można uznać za przedstawienia ogólne, symboliczne, alegorie, jak „Zamyślona”, „Obserwator”, „Mieszczanie”. Z jakiegoś powodu prace te przypominały mi rysunki Tadeusza Kulisiewicza, które znam z Centrum Rysunku i Grafiki w Kaliszu – nie wiem, czy z powodu przedstawiania podobnych tematów czy podobieństwa formalnego. Myślę, że chodzi tu raczej o to drugie. Przedstawieniowe rysunki i grafiki Kaliszana przypominają prace Kulisiewicza prostotą kreski i umiejętnością wyrażania głębokich treści zwykłymi, tradycyjnymi środkami – umiejętność we współczesnej sztuce nie tak częsta.

Muzeum Sztuk Użytkowych w Poznaniu

7 października – kolejny wyjazd do Poznania. Pogoda zła, zachmurzenie całkowite, od Wiórka do Starołęki jadę w deszczu – mamy już jesień. Moim dzisiejszym celem wyprawy jest wystawa Fridy Kahlo w Zamku Cesarskim, ale kiedy wchodzę do Zamku, chociaż do otwarcia ekspozycji jest jeszcze ponad godzina, pani w kasie informuje mnie, że na dzisiaj biletów już nie ma. Słyszałem, że wystawa Frudy Kahlo cieszy się ogromną popularnością, ale żeby aż tak? Trudno, może uda się następnym razem, i tak mam na ten wypadek kilka planów B, po krótkim namyśle decyduję się zwiedzić Muzeum Sztuk Użytkowych, w którym jeszcze nie byłem po remoncie.

Muzeum Sztuk Użytkowych na Górze Przemysła, obok Muzeum Instrumentów Muzycznych na Starym Rynku, jest tym z oddziałów Muzeum Narodowego w Poznaniu, które odwiedzam najrzadziej. Ostatnim razem byłem w nim 10 kwietnia 2010 roku – tak w dniu, w którym wydarzyła się katastrofa smoleńska. Wziąłem wtedy udział w spacerze po Poznaniu, podczas którego nasza przewodniczka zaprowadziła nas również do tego muzeum, ale to temat na całkiem inny wpis na tym blogu, który może tu kiedyś opublikuję.

Zaraz potem muzeum zamknięto i rozpoczęto trwającą siedem lat odbudowę (a raczej budowę, bo rekonstrukcją nie można tego nazwać) Zamku Królewskiego, przedsięwzięcie w Poznaniu bardzo kontrowersyjne; spory na temat tego „zamku Gargamela” dopiero niedawno trochę ucichły. Osobiście architektura Zamku Królewskiego mnie nie razi, uważam, że można ją zaakceptować, pod warunkiem, że całego projektu nie będziemy traktować z czołobitnością jako wierne odtworzenie zniszczonego zabytku na podstawie zachowanej dokumentacji, jak to było na przykład w przypadku Zamku Królewskiego w Warszawie ( nie jest to możliwe, bo takiej dokumentacji nie ma), tylko po prostu jako budowlę współczesną o historyzującej architekturze. Celem mojej dzisiejszej wizyty nie jest zresztą roztrząsanie kwestii architektonicznych, tylko zwiedzenie wystawy stałej w Muzeum Sztuk Użytkowych, które po siedmiu latach powróciło do pomieszczeń zamkowych.

Muzeum, jak można było przypuszczać, stało się o wiele większe i nowocześniejsze, jest teraz jednym z najlepiej wyposażonych w Poznaniu. Zajmuje cztery kondygnacje – od Skarbca w piwnicy, gdzie można podziwiać między innymi pukiel włosów Napoleona; przez Salę Przemysła na parterze, w której w multimediach przedstawiono początki zamku (jest nawet hologram z pieczęcią Przemysła II, którą, według autorów wystawy, można uznać za pierwsze oficjalne użycie herbu naszego państwa); potem przez mieszczącą się na parterze, I i II piętrze prezentację sztuki użytkowej od średniowiecza do współczesności (co przeważnie oznacza tu lata 60. XX wieku).

Z mojej ostatniej wizyty przed siedmiu laty pamiętam tylko niektóre eksponaty; poza tym wystawa bardzo się rozrosła (zajmuje teraz 4000 metrów kwadratowych), odbieram więc ją jako całkiem nową. Na ekspozycjach z wcześniejszych epok bardzo dużo uzbrojenia i sztuki sakralnej, potem też na przykład tkaniny, ubiory, sprzęty domowe, zastawy stołowe, wszystko co kojarzymy ze sztuką użytkową, są też jednak eksponaty i kolekcje zaskakujące, np. kunstkamery (gabinety osobliwości) albo przenośne zegarki słoneczne używane jeszcze na początku XIX wieku. Ekspozycja nie ogranicza się do sztuki europejskiej, dużo też wschodniej: perskiej, chińskiej, japońskiej; dzięki zbieraczom od stuleci trafiała ona do Europy.

Wystawa wzbudza więc podziw, z drugiej strony zwiedzam ją jednak dość szybko, nie spędzę tu pół dnia, muzeum opuszczam już po około dwóch godzinach. Myślałem, że zostanę na zaplanowanym na godz. 13 wykładzie „Kostium Superwoman”, wykład okazuje się jednak przeglądem projektów współczesnego francuskiego projektanta mody Thierry’ego Muglera; interesuję się historią mody w dawnych wiekach, ale nie jej współczesnością, po 15 minutach wychodzę więc z wykładu.

Jaki jest powód rozczarowania wizytą w muzeum? Nie chodzi tu o aranżację wystawy, która jest przygotowana bardzo profesjonalnie, lecz po prostu o rozbieżność jej tematyki z moimi zainteresowaniami. W dawnym gmachu Muzeum Sztuk Użytkowych też byłem rzadko i jego ekspozycja wtedy też raczej pozostawiała mnie obojętnym. Wydaje się to dziwne, zważywszy, że bardzo lubię zwiedzać zabytkowe zamki, pałace, w których można przecież zobaczyć takie same eksponaty co w Muzeum Sztuk Użytkowych. Rzecz jednak w tym, że eksponaty te są wtedy w ich naturalnym otoczeniu rodowej, magnackiej siedziby, korespondując z historią rodziny i historią pałacu. Wyrwane z tego otoczenia, przeniesione to muzeum, tracą dla mnie swój nimb wyjątkowości. To oczywiście tylko moje odczucie, mimo wszystko warto odwiedzić muzeum jako jedną z najważniejszych placówek kulturalnych w mieście. Wielu poznaniaków i turystów spoza Poznania na pewno się nim zachwyci.

Józef Wybicki – „Kulig”

Chociaż postacią Józefa Wybickiego interesuję się od dawna, mam w domu wiele książek o nim i jestem nawet autorem poświęconego mu hasła w polskiej Wikipedii, z twórczością autora naszego hymnu narodowego zetknąłem się dość późno. Długo szukałem jego pamiętnika „Życie moje”, którego fragmenty znałem z różnych biografii Wybickiego. Kiedy wreszcie udało mi się kupić jego wznowienie, wydane przez Ossolineum i De Agostini w 2005 roku, natychmiast zasiadłem do lektury i… szybko się rozczarowałem. Oprócz interesujących fragmentów (przeważnie dotyczących młodości Wybickiego, także na przykład jego miłości do Kunegundy Drwęskiej) było w nim mnóstwo dłużyzn i dywagacji politycznych, które w XXI wieku interesują już tylko historyków epoki.

Wybicki to jednak nie tylko pamiętniki. Oprócz Mazurka Dąbrowskiego, którego znają wszyscy Polacy (chociaż większość śpiewa go z błędami) napisał przecież mnóstwo pism politycznych i wreszcie dramatów. Nie są one już wydawane, można je kupić tylko na aukcjach internetowych i właśnie na jednej z takich aukcji, na Allegro, w 2014 roku kupiłem za 6,80 zł jego „Utwory dramatyczne”. Książka, wydana w roku mojego urodzenia (1963), okazała się być w całkiem dobrym stanie, pewnie z tego powodu, że nigdy wcześniej nie była czytana – otrzymałem ją z nierozciętymi kartami. Przyznaję się, że też wtedy nie rozciąłem stron, odłożyłem książkę na półkę i sięgnąłem do niej dopiero w ubiegłą sobotę, 30 września, w dniu, w którym w którym w Manieczkach, niegdyś majątku Wybickiego, Muzeum Śremskie we współpracy z Grupą Odnowy Wsi Manieczki zaplanowały wystawienie jego komedii „Kulig”. Chciałem zobaczyć tę sztukę, obawiałem się jednak, że bez wcześniejszego przeczytania tekstu mogę po prostu mieć problemy z jej zrozumieniem. Chyba słusznie.

„Kulig” jest oświeceniową (wydaną w 1783 roku) komedią z głównym wątkiem miłosnym; ciekawe, czy współcześni autorowi naszego hymnu narodowego zgodziliby się na określenie komedia romantyczna, ale chyba nie – romantyzmu wtedy jeszcze nie znano, był tylko sentymentalizm, prekursor romantyzmu. Wśród postaci scenicznych poznajemy gospodarującego na roli szlachcica Domarosa, jego żonę Gryzeldę, ich sługi, rządcę, plenipotenta, no i oczywiście Rozetę – ładniutką córkę Domarosa, zadurzonego z niej (albo w jej posagu) starościca Kleandra oraz Filusię, pannę służącą Rozety. Opisywanie ich perypetii chyba nie ma tu sensu, zakończenie sztuki łatwo przewidzieć, a jeśli ktoś jest naprawdę ciekaw, może zajrzeć do oryginału.

Po ten materiał sięgnął Andrzej Tomaszewski, nauczyciel polonista z Katolickiego Centrum Edukacji i Kultury w Śremie (wcześniej uczył polskiego w Liceum Ogólnokształcącego im J. Wybickiego przy Poznańskiej), który ze swoimi uczniami zrealizował już kilka amatorskich przedstawień teatralnych. Widziałem z nich dotąd tylko jedno – „Śluby panieńskie” Fredry w sali widowiskowej KCEK; niektórych uczniów z tamtego spektaklu zobaczyłem teraz po raz drugi na polanie przed manieczkowskim dworem, gdzie na zaimprowizowanej scenie na wolnym powietrzu (mieliśmy duże szczęście z pogodą, która po deszczowym okresie tego dnia nam sprzyjała) odegrali przygody Domarosa, Gryzeldy, Rozety, Starościca, Filusia i innych uczestników tytułowego „Kuligu”. Odegrali z zapałem i dużym talentem młodych aktorów, mimo że materiał, z którym mieli do czynienia bynajmniej nie był wdzięczny.

Nie będę udawał, że „Kulig” Wybickiego to klejnot polskiej literatury; niestety po dwustu kilkudziesięciu latach od publikacji to już tylko historia literatury, nie literatura; rzecz, pisana trudno dziś zrozumiałym językiem, jest po prostu martwa, zresztą jak większość twórczości polskiego oświecenia, z której bardzo niewiele utworów zachowało świeżość – można tu wymienić bajki i satyry Krasickiego, z dramatów: „Fircyka w zalotach” Zabłockiego, „Powrót posła” Niemcewicza, czy coś jeszcze? W przeciwieństwie do oświecenia francuskiego, niemieckiego czy angielskiego twórczość polskich pisarzy tego okresu nie wytrzymała próby czasu.

Na szczęście w Manieczkach obejrzeliśmy raczej luźną adaptację „Kuligu”; Andrzej Tomaszewski wybrał z niego tylko fragmenty (w dość dowolnej kolejności) i skrócił sztukę do pół godziny. I słusznie – wystawienie całego pięcioaktowego dramatu trwałoby cztery godziny (albo i dłużej) i byłoby nieznośne nie tylko dla dzieci z Manieczek, które licznie zgromadziły się na przedstawieniu, ale i dla dorosłych. Bardzo dobrym pomysłem było uatrakcyjnienie sztuki przez wprowadzenie do niej prawdziwego kuligu, czyli sań (na kołach) ciągnionych przez konia (w oryginale oczywiście ich nie ma). Dzięki nim sztukę na pewno zapamięta dziecięca widownia, która inaczej raczej niewiele by z niej zrozumiała.

Mariusz Kondziela, dyrektor Muzeum Śremskiego, po przedstawieniu mówił o możliwości organizowania kolejnych spektakli opartych na dramatach Wybickiego. Uważam, że pomysł jest dobry pod warunkiem ich każdorazowej odpowiedniej adaptacji i podejścia do całości z pewnym przymrużeniem oka – jak napisałem, twórczość Wybickiego jest już tylko historią literatury, chociaż dla mieszkańców ziemi śremskiej, ziemi Wybickiego, bardzo ważną historią.

Kulig

Podczas spektaklu. Fot. Towarzystwo Przyjaciół Ziemi Brodnickiej

Teatr Miejski w Lesznie – „Małe zbrodnie małżeńskie”

Twórczości Erica-Emmanuela Schmitta nie znam dobrze. Po raz pierwszy spotkałem się z nią w 2013 roku, kiedy to pojechałem do Teatru Lubuskiego w Zielonej Górze na monodram będący adaptacją powieści „Pan Ibrahim i kwiaty Koranu”. Sztuka nie wywarła na mnie najlepszego wrażenia i chodzi mi tu nie tyle o jakieś usterki w inscenizacji, grze aktora, ile o sam tekst, który wydał mi się błahy, mało ciekawy. W ubiegłą sobotę miale okazję zobaczyć drugą sztukę autorstwa Schmitta – „Małe zbrodnie małżeńskie”.

Sztuka, też bardzo kameralna, ale tym razem na dwoje aktorów, kobietę i mężczyznę, nie monodram, okazała się ciekawsza od „Pana Ibrahima i kwiatów Koranu”. Na stronie Teatru Miejskiego w Lesznie jest określana jako „połączenie komedii, kryminału, powieści miłosnej” i rzeczywiście taka jest. Tajemniczy jest już sam początek, w którym mężczyzna (Mirosław Zbrojewicz) odzyskuje przytomność w szpitalu witany przez nieznaną mu kobietę (Beata Kawka), która przedstawia się jako jego żona. Mężczyzna usiłuje zrekonstruować, przypomnieć sobie swoje życie, w czym pomaga mu kobieta. Pomaga czy przeszkadza? Które wypowiadane przez nią zdania są prawdziwe, a które fałszywe? Stopniowo odkrywamy coraz to nowe fakty, wydarzenia, warstwy relacji pomiędzy dwojgiem ludzi, do ostatecznej prawdy nie dojdziemy nigdy. Ale przecież nie o to chodzi – szukanie tej prawdy, konfrontowanie różnych racji może być ciekawsze od tego, co w końcu znaleźlibyśmy.

Plusem sztuki jest jej oprawa scenograficzna, bardzo oszczędna, ale zapadająca w pamięć – aktorzy cały czas są jakby na peronie stacji kolejki miejskiej, na której zatrzymują się pociągi; interpretacja takiego rozwiązania scenograficznego chyba nie sprawia widzom trudności? Podobała mi się też gra aktorów, szczególnie Beaty Kawki; Mirosław Zbrojewicz dotrzymywał jej pola, chociaż w pewnych chwilach miał problemy z dykcją i nie mogłem dosłyszeć jego wypowiedzi.

A sama sztuka? Wiem, że Eric-Emmanuel Schmitt nie jest ceniony wśród koneserów literatury i teatru. Jest ogromnie popularny (również w Polsce), ale jest to popularność podejrzana, skłaniająca do przypuszczeń, że autor oferuje nam tylko konfekcję literacką, rzeczy udające prawdziwą, wysoką literaturę, ale w istocie mającą z nią mało wspólnego. Nie wypowiadam się tu definitywnie, za mało znam twórczość pisarza. Wydaje mi się jednak, że mamy tu do czynienia z fenomenem podobnym do powieści Williama Whartona w latach 90., tyle że Wharton zdobył ogromną, dla wielu niezrozumiałą popularność tylko w Polsce, a Schmitt na całym świecie. W obu przypadkach mamy po prostu do czynienia z literaturą łatwą, ale nie rozrywkową. Nawet jeśli nie jest to literatura wybitna, jeśli jej uproszczenia mogą razić, przynosi refleksję i przede wszystkim ciepło, którego tak nam brakuje w codziennym życiu. Nie wiem, jak długo ta popularność Schmitta się utrzyma (popularność Whartona w Polsce dawno minęła), ale nawet jeśli za 20 lat o „Małych zbrodniach małżeńskich” mało kto w teatrze będzie pamiętał, warto zobaczyć sztukę teraz.

Muzeum Narodowe w Poznaniu – Szczeliny wolności

1 października – wyjazd do Muzeum Narodowego w Poznaniu na nową wystawę czasową „Szczeliny wolności”. Wybierałem się na nią już od dawna, a kiedy raz wspomniałem o tym znajomej, ta zapytała:

– Sztuka polska? A z jakich czasów?

– Z lat 1945-1948/1949.

– Nie lubię tego okresu.

– Ale to nie jest socrealizm – wyjaśniłem. – To okres zaraz po wojnie, ale jeszcze przed zadekretowaniem socrealizmu w Polsce. Stąd tytuł „Szczeliny wolności” – szczeliny wolności między okupacją niemiecką a kolejnym zniewoleniem, pełnym poddaniem się pod indoktrynację radziecką.

I rzeczywiście o tym jest ta wystawa, którą po prawie dwóch miesiącach od otwarcia chcę wreszcie zwiedzić. Wybieram niedzielę 1 października, ponieważ na ten dzień na godz. 12 zaplanowano też oprowadzenie kuratorskie – jej kurator, Włodzimierz Nowaczyk, będzie oprowadzał nas po wystawie. Jeszcze o godz. 11 zainteresowanie jest wprawdzie niewielkie, jestem tego dnia pierwszym zwiedzającym w muzeum, mogę w spokoju samotnie przejść po salach i obejrzeć ekspozycję, dopiero później zjawiają się inni zwiedzający, którzy przyszli na oprowadzanie.

Pierwsza część ekspozycji zatytułowana „Czas martwej natury” jest rozczarowaniem. Zgodnie z tytułem zawiera w większości martwe natury namalowane przez artystów tworzących jeszcze w przedwojennej poetyce koloryzmu. Martwej natury w malarstwie nigdy nie lubiłem, pokazywane dzieła nie są zresztą wybitne, moją uwagę zwraca tylko kilka portretów, między innymi Jana Cybisa, Andrzeja Pronaszki a zwłaszcza „Pani przy stole” Wacława Taranczewskiego.

Całkiem inny charakter ma niewielka boczna sala na parterze, w której ukazano projekty scenografii i kostiumów do wystawionego w Poznaniu w 1948 roku baletu „Swantewit” Piotra Perkowskiego, opartego na mitologii prasłowiańskiej. Konkurs na oprawę scenograficzną baletu wygrała wtedy Maria Jarema, jej nowoczesne projekty nie zostały jednak ostatecznie zrealizowane, w sali można też zobaczyć projekty innych artystów: Wacława Taranczewskiego, Andrzeja Pronaszki, Tadeusza Kantora, Jana Kosińskiego. Jedne awangardowe, inne tradycyjne, podobają mi się właściwie wszystkie; podobnie jak w przypadku Ryszarda Kai, które widziałem w „Arsenale” w ubiegłym roku, odbieram je nie jako projekty scenograficzne, lecz jako autonomiczne dzieła sztuki, bez związku z samym spektaklem.

Na górnej kondygnacji muzeum zaglądam najpierw do niewielkiego pomieszczenia, które okazuje się jednym z najciekawszych na wystawie. Wystawiono tu prace artystów grupy 4F + R (co znaczy: forma, farba, faktura, fantastyka i realizm), między innymi pięć prac Ildefonsa Houwalt, męża bardzo znanej w Śremie Barbary Houwalt. Po raz pierwszy mam okazję zobaczyć jego dzieła w oryginale, nie na reprodukcji – „Parada”, „Pogrzeb”, „Ludożerca”, „Wegetarianin” i „Mała czarna o świcie”, łączące ekspresjonizm z surrealizmem i oniryzmem, bardzo mi się podobają; szkoda, że artysta jest dziś zapomniany i raczej nie ma widoków na jego dużą monograficzną wystawę.

Przejście do kolejnej części ekspozycji zatytułowanej „Wojna/wojna”. Zagadką jest, dlaczego w sztukach pięknych (w przeciwieństwie do literatury) dopiero co zakończona II wojna światowa pozostawiła tak mały ślad, dlaczego stosunkowo rzadko artyści sięgali do tego tematu. Mimo to powstały wtedy dzieła wybitne; w istocie „Wojna/wojna” jest dla mnie najciekawszą częścią wystawy. Na długo zapamiętam przejmujący cykl drzeworytów Jonasza Sterna z lwowskiego getta, surrealistyczne „Schody” Erny Rosenstein, poświęcone zagładzie i jej zmarłym rodziców (dotychczas znałem tylko jej „Masakrę Żydów”, która również jest na wystawie); do tego dwa „Rozstrzelania” Andrzeja Wróblewskiego: bardzo znane „Rozstrzelanie z chłopczykiem” i szkic do „Rozstrzelania z dziewięcioma postaciami”. Bardzo ciekawe są też kolaże fotograficzne Teresy Żarnowerówny, będące ilustracjami do wydanej w Kanadzie w 1944 roku książki „Obrona Warszawy”.

Trzecia i ostatnia część: „Abstrakcja i surrealizm” w zamierzeniu organizatorów wystawy miała być chyba jej najważniejszą, podsumowującą częścią – na końcu sali możemy zobaczyć wielki obraz „Treść uczuciowa rewolucji – Niebo rewolucji wiosną” Andrzeja Wróblewskiego, wykorzystany na plakatach i w materiałach promujących wystawę – moja niechęć do abstrakcji, formalizmu sprawia jednak, że dla mnie nie jest ciekawa, może z wyjątkiem dwóch jeszcze przedwojennych kompozycji Marka Włodarskkiego będących nawiązaniem do awangardy zachodniej (Fernanda Légera) i wschodniej.

Oprowadzanie o godz. 12 nie jest długie. Zapoznający nas z wystawą Włodzimierz Nowaczyk siłą rzeczy koncentruje się tylko na niektórych obrazach, grafikach, rysunkach, rzeźbach, dużo się jednak możemy (nasza  grupa zwiedzających wzrosła tymczasem do wielkości klasy szkolnej) dowiedzieć o artystach i ich pracach. Na koniec zatrzymujemy się przy obrazie Andrzeja Wróblewskiego, który, jak się okazuje, jest dwustronny, na drugiej stronie artysta namalował niewidoczny teraz dworzec na ziemiach odzyskanych. Po zakończeniu oprowadzania pada kilka pytań, mnie szczególnie interesują projekty do baletu „Swantewit”:

– Czy ten balet został ostatecznie wystawiony na scenie? I czyj projekt scenografii ostatecznie wybrano?

– Tak. Wybrano konserwatywny projekt Andrzeja Stopki, którego tu nie ma na wystawie. Ciekawe, że do postaci, które tu widzieliśmy, dodano później inne, np. dziewczynę z sierpem, czy bogacza – prasłowiańskiego „kułaka”. Można domniemywać, że ukazujący prasłowiańską mitologię balet był elementem walki z Kościołem.

– Może chodziło też o podkreślenie słowiańskości, polskości ziem odzyskanych, zwłaszcza Pomorza Zachodniego? Świętowit był czczony na tych terenach.

– Tak, możliwe.

– Wracając do Wróblewskiego – zmieniam temat – dość często malował on dwustronne obrazy. Dwa lata temu byłem na jego monograficznej wystawie w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, na której też pokazano kilka takich obrazów.

– Tak. Pewien francuski krytyk doszukiwał się tu gry z obrazem, ale przyczyna była bardziej prozaiczna – bieda, który zmuszała Wróblewskiego do takiego dwukrotnego wykorzystywania jednego płótna.

Po oprowadzaniu podchodzi do mnie młoda kobieta.

– Pan był na tej wystawie Wróblewskiego? Też ją widziałam.

– Tak. W zasadzie pojechałem wtedy do Warszawy na wystawę Olgi Boznańskiej w Muzeum Narodowym, ale przy okazji zaszedłem też do Muzeum Sztuki Nowoczesnej.

– To tak jak ja. Pojechałyśmy wtedy z koleżanką, ale w Warszawie byłyśmy cały weekend.

– Ja tylko jeden dzień. Wystawa tutaj, w Poznaniu, zresztą podoba mi się, zwłaszcza część poświęcona wojnie i projekty scenografii do „Swentowita”. Odkryłem też obrazy Ildefonsa Houwalt. On i jego żona Barbara byli związani z moim miastem – Śremem.

– Urodzili się tam?

– Nie, ale Barbara Houwalt narysowała i namalowała dużo widoków Śremu, z tego powodu była bardzo promowana przez władze Śremu i Muzeum Śremskie. Szczerze mówiąc te jej pejzaże nie podobają mi się, nie jest to wielka sztuka, przy okazji poznałem też jednak twórczość jej męża Ildefonsa. Do tej pory widziałem jego obrazy tylko na reprodukcjach, tu po raz pierwszy mogę naprawdę je docenić. Ildefons był o wiele lepszym malarzem od Barbary, tworzył naprawdę sztukę wysoką.

Po ponad dwóch godzinach spędzonych w Muzeum Narodowym czas wracać do Śremu. Warto było poświęcić cały dzień na odwiedzenie  wystawy w Poznaniu – z pewnością jednej z najważniejszych ekspozycji w poznańskich muzeach w tym roku.

Z pamiętnika tłumacza

Telefon
– Dzień dobry! Przesłałam panu e-mailem dokument do tłumaczenia. Mogę już przyjść odebrać?
– Tak, zapraszam.
– Adres to ten, co mam przed sobą, czy jakiś inny?
– Nie wiem, jaki adres ma pani przed sobą, w każdym razie mieszkam przy ulicy…
Dlaczego tak wielu moich klientów uważa, że mam zdolności telepatyczne i że wiem, co mój telefoniczny rozmówca ma akurat przed oczami?