Muzeum Regionalne w Kościanie – Karol Budziński

19 marca – po deszczowej i wietrznej sobocie wyjazd do Muzeum Regionalnego w Kościanie, gdzie chcę obejrzeć  nową wystawę stałą „Bohaterowie 1918-1919” i wystawę czasową fotografii Karola Budzińskiego „Wielkopolska – tu warto być, to warto zobaczyć”. W niedzielę deszcz ustał; wiatr wprawdzie osłabł do 5 m/s, ale ponieważ wieje z zachodu, trochę przeszkadza w jeździe.

Młody mężczyzna z obsługi muzeum poznaje mnie z poprzedniej wizyty dwa lata temu, kiedy to przyjechałem, aby zwiedzić wystawę czasową poświęconą powstaniu wielkopolskiemu w grafice. Obecna wystawa jest całkiem inna – nie grafika, lecz fotografia i nie historia, lecz teraźniejszość są jej tematem. Fotografie Karola Budzińskiego (mojego równolatka, urodzonego w 1963 roku) do tej pory w ogóle nie były mi znane i, szczerze mówiąc, nie spodziewałem się wiele po wystawie; tymczasem profesjonalizm i wysoki poziom eksponowanych prac mile mnie zaskoczył. Fotografie Budzińskiego nie są owocem eksperymentów formalnych czy próbowania nowych technik – to fotografia tradycyjna, realistyczna, ale też bardzo dobra w swoim realizmie, w umiejętności kadrowania scen, patrzenia na znane krajobrazy z innej perspektywy. Dużo przedstawionych pejzaży i budowli jest mi znajomych, może z wyjątkiem północnej Wielkopolski, którą znam najsłabiej; odkrywam też tereny położone blisko Śremu, jak Kórnik, Rogalin, Śmiełów. Po dłuższym zwiedzaniu przeze mnie wystawy z górnej kondygnacji schodzi pracownik muzeum, wdajemy się w rozmowę.

– Wystawa bardzo interesująca. W większości z tych miejsc byłem, a przez Rogalin przejeżdżam za każdy razem jadąc do Poznania. Niezwykłe jest to ujęcie dębów rogalińskich – na fotografii wyglądają jak zaczarowany las z „Władcy pierścieni” Tolkiena, a przecież w rzeczywistości są już martwe.

– Warto też zwrócić uwagę na to turkusowe jezioro koło Gosławic w Koninie – mówi mój przewodnik. – Zabarwienie wody to wynik wyrzucanych tam odpadów, przykład degradacji środowiska naturalnego na skutek wydobycia węgla brunatnego. Może pan słyszał, że koło Kościana również planowana jest budowa kopalni.

– Tak, słyszałem, pas wydobycia ma ciągnąć się od Czempinia przez Gostyń po Krobię i Miejską Górkę. Kiedy jadę ze Śremu do Wrocławia, widzę napisy protestujące przeciwko temu pomysłowi: „Jesteśmy rolnikami, nie górnikami”, „Wynocha z naszej ziemi” i inne. Z drugiej strony może to być szansą dla miasta – Konin bardzo się rozwinął dzięki odkryciu złóż węgla brunatnego i budowie elektrowni. W Gosławicach byłem w ubiegłym roku, w tamtejszym Muzeum Okręgowym widziałem tego słonia leśnego, którego też tu widać na zdjęciu, i wystawę o górnictwie na ziemi konińskiej. Warto też zwiedzić klasztor kamedułów w Bieniszewie, o na tym zdjęciu, rzeczywiście leży on w środku lasu, trudno tam dojechać.

Rozmawiamy o wielu innych obiektach przedstawionych na zdjęciach, o południowej fasadzie zamku w Kórniku i dlaczego wygląda ona jak łuk w indyjskim Taj Mahal, o zamku w Gołuchowie przedstawionym w zimowej szacie, też o ludziach i historii tych ziem, między innymi wypędzeniach i przesiedleniach. Kiedy mój rozmówca wspomina o wystawie poświęconej wysiedleniom w Kościanie, opowiadam o Gudrun Everett, córce burmistrza w Dolsku, i jej wspomnieniach w książce „I can’t forget”, którą zrecenzowałem na moim blogu.

W przeciwieństwie do wystaw czasowej nowa wystawa stała „Bohaterowie 1918-1919” nie jest dla mnie już tak ciekawa, może dlatego, że z opowieścią o udziale mieszkańców Kościana w powstaniu wielkopolskim mnie, śremianinowi, trudno jest się identyfikować – nawet jeśli udział ten był większy niż uczestnictwo śremian w tym zrywie niepodległościowym.

Po zwiedzeniu muzeum zachodzę jeszcze do kościańskiej fary – o wiele ładniejszej i kryjącej w sobie cenniejsze wyposażenie niż śremska. Byłem tu już kilkakrotnie, raz nawet pojechałem na mszę, aby ją dokładnie zwiedzić. Chętnie obejrzałbym ją dokładnie jeszcze raz, ale akurat zaczyna się suma o godzinie 12; będę musiał przyjechać tu kiedyś przed mszą.

* * *

Wracając do Śremu, w Gaju skręcam jeszcze do schroniska dla zwierząt, przed którym stoi dużo samochodów. Można wejść na teren schroniska, z której to możliwości – po raz pierwszy – korzystam. Bardzo dużo ludzi przyjechało ze Śremu i innych miejscowości, aby zobaczyć bezdomne psy i… wyjść z nimi na spacer po najbliższej okolicy. Dla wielu obecnych tu rodzin z małymi dziećmi to pewnie próba przed podjęciem poważnej decyzji o adopcji. Większość psów ma już kilka czy kilkanaście lat, w ogrodzonym kojcu są też jednak szczeniaki, bardzo popularne wśród dzieci. Pewnie niedługo będą czekać na adopcję.

Wychodząc, zamieniam jeszcze kilka słów z pracownicą (wolontariuszką?) schroniska.

– Znałem osobiście dr Ludwikę Własińską, założycielkę schroniska i fundacji „Dr Lucy”. Szkoda, że odeszła… A kto teraz opiekuje się schroniskiem?

– Kierowniczką jest nadal Paula Piasecka. Oczywiście dostajemy też dotacje z gminy. Jak pan widzi, teraz, w weekend, mamy mnóstwo ludzi, oglądają psy, zabierają je na spacer. Pod koniec dnia psy mają nawet tego dosyć, chowają się w budach, nie chcą wychodzić. A pan nie chciałby zaadoptować zwierzaka?

– Nie, obawiam się, że nie mam na to warunków – odpowiadam. O pechowej przygodzie z kotem, którego próbowałem przygarnąć dwa lata temu, już nie wspominam. Żegnamy się, jeszcze kilka kilometrów jazdy do Śremu.

Natalka

Było to chyba w czerwcu 1999 roku. Na początku lata postanowiłem pojechać na jeden dzień nad morze – do Świnoujścia. Chciałem przypomnieć sobie miasto, w którym 10 lat wcześniej służyłem w wojsku, a przy okazji powędrować brzegiem morza aż do Ahlbecku po niemieckiej stronie wyspy Uznam. Do Świnoujścia wybrałem się pociągiem, rowerem jeździłem wtedy tylko do Poznania, a w pierwszą naprawdę długą trasę – do Wrocławia – pojechałem 17 lipca tegoż roku; dopiero w późniejszych latach jeździłem rowerem po polskim i niemieckim wybrzeżu.

W przedziale pociągu, który z Poznania odjeżdżał około godziny siódmej, byłem sam, chociaż pociąg był dość zapełniony – dużo ludzi chciało skorzystać z lata i spędzić weekend nad morzem. Po minięciu Szamotuł i Wronek następną stacją był Krzyż, mała miejscowość, ale ważny węzeł przesiadkowy, gdzie zawsze wsiada dużo pasażerów. Pociąg zatrzymał się na stacji, po chwili otworzyły się drzwi, do przedziału wbiegła nastoletnia dziewczyna i szybko zajęła miejsce przy oknie, naprzeciwko mnie. Po chwili weszły dwie kobiety, mężczyzna i dwie dziewczynki, jedna z nich wieku siedmiu lub ośmiu lat, druga mogła być jej młodszą siostrą. Natychmiast po wejściu najmłodsza dziewczynka ogarnęła wzrokiem przedział, konwulsyjnie wykrzywiła twarz i wrzasnęła z wściekłością, głosem słyszalnym chyba w całym wagonie:

– Ja chcę przy oknie!!!

Na nastolatce, która przed chwilą zajęła miejsce naprzeciwko mnie, wrzask nie zrobił żadnego wrażenia; tylko mama dziewczynki, z zatroskaną twarzą, poszła szukać innego przedziału, wolnych miejsc jednak nie było. Moi nowi współpasażerowie zajęli miejsca w przedziale, najmłodsza, ze zrozpaczoną miną, obok mnie. Podniosła wzrok, który spotkał się z moim.

– Chcesz się zamienić na miejsce? – spytałem.

– Chcę.

– To siądź sobie – przesunąłem się i ustąpiłem jej miejsca.

Na twarzy matki pojawiła się ogromna ulga i wyraz szczęścia.

– Co się mówi? No, powiedz panu: dziękuję.

Co zaszło teraz w psychice dziecka? Nie potrafię powiedzieć. Dziewczynka siedziała przy upragnionym oknie jak sparaliżowana, ze mną, obcym mężczyzną, po swojej lewej stronie i rodzicami naprzeciwko. Dopiero kiedy już minęliśmy Krzyż, a może i Choszczno, szok minął; zaczęła się żywo ruszać, biegać po przedziale („Przecież chciałaś przy oknie, dlaczego tak się wiercisz?”, wypominała mama), nawet odpowiadać na moje pytania, chociaż niewiele tej rozmowy było.

– Jak się nazywasz?

– Natalka.

– Skąd jedziesz?

– Z Gorzowa.

– A ile masz lat?

– Pięć.

Więcej od mojej nowej towarzyszki podróży się nie dowiedziałem; zacząłem rozmowę z dorosłymi. Okazało się, że jadą ze mną dwie zaprzyjaźnione rodziny – rodzice z dwiema dziewczynkami i matka z nastolatką. Wesoło było, zwłaszcza, że mężczyzna mimo wczesnej pory już sobie podpił i bez ceregieli przeszedł ze mną na ty.

– Jedziecie z Gorzowa? Chyba trochę smętne nastroje tam teraz panują. Po reformie administracyjnej miasto przestało być województwem.

– Przestało? Jest nadal stolicą województwa, wspólnie z Zieloną Górą. Ale trudno, powiem ci, że inaczej nie można było, i tak uratowaliśmy to, co można było uratować. Chcieli nas przyłączyć do Poznania.

– A jak właściwie gorzowiacy podchodzą do historii swojego miasta? Czy pamiętają o niemieckiej przeszłości, o Landsbergu? Nawet nazwa Gorzów jest dość przypadkowa.

– Może i tak. Ale polską historię też mamy. Może nie sam Gorzów, ale Santok, który leży niedaleko. Gorzów był niemiecki, a Santok zawsze polski. A ty wiesz, jak Gorzów nazywał się zaraz po wojnie, w 1945 roku?

– Wiem – Kobyla Góra – odpowiedziałem.

Mężczyzna spojrzał na mnie zaskoczony.

– O, to ty może też gorzowiak? Miasto ma ponad 120 tysięcy mieszkańców, to wszystkich się nie zna.

– Nie, po prostu interesuje się historią i turystyką, stąd wiem. Jadę z Poznania.

– Z Poznania? Ha, ha, Kaczmarek.

Tymczasem panie, przyjaciółki, rozmawiały o swoich babskich sprawach, historię i politykę samorządową zostawiając nam. Wyciągnęły też wiktuały. Mama dziewczynek szepnęła coś na ucho najmłodszej, ta odwróciła się ku mnie i milcząc poczęstowała mnie tabliczką czekolady.

– To za miejsce – skomentowała mama, uśmiechając się.

Chmury, które za oknem pociągu zaczęły się już gromadzić na niebie, rozwiały się, zapowiadał się piękny, słoneczny dzień. Pożegnaliśmy się w Międzyzdrojach, gdzie obie rodziny wysiadły, ja jechałem dalej do Świnoujścia

Czy Natalka z Gorzowa zapamiętała to zdarzenie? Przypuszczam, że tak. Myślę, że specyfika ludzkiej pamięci, pamięci dzieciństwa, sprawi też, że wspomnienie to, jedno z najwcześniejszych, pozostanie z nią do końca życia. W każdym razie ze mną pozostanie.

Muzeum Narodowe w Poznaniu – Jerzy Piotrowicz

12 marca – wyjazd rowerem do Muzeum Narodowego w Poznaniu na wykład Filipa Lipińskiego z Instytutu Historii Sztuki UAM na temat „Piotrowicz – historia sztuki i film”, także w celu zwiedzenia drugiej wystawy poświęconej Piotrowiczowi; pierwszą (w Galerii Miejskiej „Arsenał”) widziałem dwa tygodnie temu.

W muzeum jestem tuż po otwarciu o godz. 11, do wykładu pozostała jeszcze godzina, mam więc dość dużo czasu, aby zapoznać się z nią przed spotkaniem w salce wykładowej. Wystawa obrazów, grafik i rysunków zmarłego w 1999 roku Jerzego Piotrowicza, a właściwie cały festiwal jego twórczości, bo przecież osobne wystawy są jeszcze prezentowane w galeriach Ego, Garbary 48, FWD i Teatrze Ósmego Dnia, jest drugą w ostatnim czasie, po wystawie Ryszarda Kai, którą widziałem w sierpniu, bardzo obszerną retrospektywą twórczości poznańskich artystów. Obie wystawy bardzo dobre, chociaż jakże inna to twórczość…

Z wystawy Ryszarda Kai pamiętam bardzo duże stłoczenie prac w stosunkowo niewielkich pomieszczeniach „Arsenału”, prac, z których każda przekazywała inne treści – uchwycenie, zrozumienie ich przesłania wymagało skupienia się na pojedynczej pracy. Wystawę „Piotrowicz i goście” w gmachu muzeum przy Alejach Marcinkowskiego zwiedza się inaczej. Nie tylko dlatego, że miejsca tu więcej, jest więc miejsce na oddech; główną różnicą jest repetycja, obsesyjność określonych tematów, do których powracał artysta, powtarzalność ta została bardzo uwydatniona w aranżacji wystawy. Na początku widzimy zbiór autoportretów (i portretów podwójnych, o których niżej), później malarstwo Piotrowicza przemienia się właściwie w historię malarstwa, pełną cytatów i odniesień do znanej nam sztuki, przede wszystkim hiszpańskiej: Velázqueza, Goi, Picassa, ale też van Gogha, Rembrandta i innych. Bardzo częstym motywem jest „Rozstrzelanie powstańców madryckich” Goi, również portret księżnej Alby tegoż artysty; wreszcie cała sala jest poświęcona „Las Meninas” i portretom infantki inspirowanych Velázquezem, „Las Meninas”, eksponowane na wystawie stałej muzeum, jeszcze rok temu były jedynymi znanymi mi obrazami Piotrowicza. Oddzielne pomieszczenie zawiera obrazy i rysunki animalistyczne – małpy, osły i inne zwierzęta przedstawione w ludzkich pozach i przy ludzkich zajęciach. Parafrazy, cytaty, a właściwie coś więcej niż cytaty, ponieważ Piotrowicz nie maluje słynnych dzieł sztuki na nowo, maluje malowanie. Na jego obrazach widzimy na przykład van Gogha malującego pole z krukami (ostatni obraz holenderskiego artysty), czy  Rembrandta przy pracy nad „Strażą nocną”, Picassa w pracowni, w której postaci otaczające malarzy są jednocześnie modelami jak i wytworami jego wyobraźni, schodzącymi z płótna w rzeczywistość.

Do tego dochodzi czysto wizualna atrakcyjność tych obrazów. Piotrowicz malował szerokimi pociągnięciami pędzla, stosując szeroką gamę kolorystyczną – od dzieł monochromatycznych do bardzo żywych, jaskrawych kolorów, które pełnią tu chyba też funkcję alienującą, oddziałują jak efekty wyobcowania w dramatach Brechta.

O tym też opowiada wykład Filipa Lipińskiego, w którym prelegent wchodząc od koncepcji portretu podwójnego jako ilustracji podwójnego znaczenia tego malarstwa (sztuki współczesnej i dialogu z przeszłością) przeprowadza nas przez tematy prac, które możemy zobaczyć na wystawie, również nawiązując do dzieł filmowych poświęconych artystom, jak Picassowi, van Goghowi i Rembrandtowi.

Po wykładzie padają tylko dwa pytania, oba zadane przeze mnie.

– Po obejrzeniu wystawy i na podstawie pana prezentacji rozumiem, że traktuje pan twórczość Piotrowicza jako przykład metamalarstwa. A czy można te obrazy rozpatrywać w kategoriach postmodernizmu? Skoro wszystko zostało już powiedziane, wracajmy do przeszłości?

– Tak – odpowiada Filip Lipiński – to metamalarstwo. Można doszukiwać się tu też postmodernizmu, chociaż postmodernizm ma trochę inne znaczenie. Postmodernizm to zaprzeczenie wartościom, zabawa z formą, tymczasem malarstwo Piotrowicza na pewno nie jest parodią dawnych mistrzów, może pastiszem, na pewno jednak niesie poważne przesłanie na temat roli artysty, nie tyle gotowego dzieła, co procesu samego tworzenia.

– A te małpy, osły i inne zwierzęta? Czy to też wpływ Goi? On też rysował zwierzęta.

– Nie tylko Goya. Motyw małpy oddającej się ludzkim zajęciom był częsty w sztuce; co dzisiaj zaskakujące, w pewnym sensie nawet nobilitował artystę.

Dziękujemy za spotkanie, idę po nim jeszcze raz obejrzeć wystawę. Podobają mi się w zasadzie wszystkie wystawione prace (są też dzieła innych artystów korespondujące z Piotrowiczem, np. Tadeusza Kantora), może z wyjątkiem ostatniej sali, gdzie jest wystawiona martwa natura; obrazy mięsa czy ryb w sztuce nigdy mnie jednak nie pociągały. Znowu trudno mi skupić się na poszczególnych dziełach, wartością tej ekspozycji jest powtarzalność, cykliczność, uwydatniająca zamiary artysty. Z pewnością nie jest to parodia, ale chyba też nie pastisz, który musiałby być bardziej dosłowny. Raczej  dialog z przeszłością i refleksja nad istotą malarstwa i – samego malowania.

Z Puław do Śremu

Po skończeniu studiów germanistycznych na Uniwersytecie Warszawskim w 1987 roku długo nie mogłem znaleźć pracy. Długo, to znaczy dwa miesiące; dzisiejszym absolwentom wydaje się to może krótkim okresem, studia skończyłem jednak w czasach PRL, kiedy bezrobocia – oficjalnie – nie było. A mogłem skorzystać z oferty, którą mój promotor, dr Józef Wiktorowicz, złożył mi zaraz po egzaminie magisterskim, 21 czerwca. Poprosił mnie wtedy do swojego gabinetu i powiedział:

– Gratuluję, zakończył pan właśnie edukację na naszym uniwersytecie. Czy ma pan już sprecyzowane plany co do pracy zawodowej? Chciałbym zaproponować panu stanięcie do konkursu na stanowisko asystenta w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Zielonej Górze. Profesor Eugeniusz Klin poszukuje asystenta w dziedzinie językoznawstwa niemieckiego. Pensja niewielka, ale zapewnione zakwaterowanie w hotelu asystenta.

– Dziękuję – odpowiedziałem – ale nie czuję się  na siłach i uważam, że nie mam predyspozycji do takiej pracy, ani naukowych, ani dydaktycznych.

– O pana zdolnościach dydaktycznych trudno mi coś powiedzieć, ale w zakresie pracy naukowej… Był pan zdolnym studentem.

Odmówiłem. Z pracą naukową rzeczywiście wiązałem nadzieje, kiedy byłem na I i II roku studiów, na V roku już nie. Odczuwałem zmęczenie studiami, chciałem zająć się czymś całkiem innym niż nauką. Zaczęło się więc poszukiwanie pracy.

Po studiach musiałem wrócić do rodzinnych Puław, nie mogłem zostać i pracować w Warszawie z oczywistej przyczyny – nie stać mnie było na wynajęcie mieszkania. Biuro pośrednictwa pracy Uniwersytetu Warszawskiego nie oferowało zresztą dużo propozycji. Mogłem zostać cenzorem w Głównym Urzędzie Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, gdybym miał inne poglądy polityczne lub mniej szacunku dla samego siebie. Rzuciło mi się w oczy ogłoszenie Polskich Kolei Państwowych poszukujące tłumacza, zapewniające mieszkanie służbowe w Warszawie, mężczyzna z biura PKP szybko jednak wyprowadził mnie z błędu – żadne mieszkanie służbowe w stolicy komuś takiemu jak ja nie przysługiwało. Drugie ogłoszenie pochodziło z Lipska nad Biebrzą na Podlasiu, tuż przy wschodniej granicy kraju. Tamtejszy zakład produkcji podzespołów indukcyjnych poszukiwał germanisty, nie pisząc nic o charakterze pracy. Napisałem do nich, nie otrzymałem jednak odpowiedzi.

Napisałem też na inny adres, który mój ojciec znalazł w lokalnym lubelskim dzienniku „Sztandar Ludu” – w jakimś Śremie tamtejsza Odlewnia Żeliwa poszukuje tłumaczy języka angielskiego i niemieckiego, oferuje zakwaterowanie w hotelu pracowniczym, z perspektywą otrzymania mieszkania zakładowego. W liście napisałem, że na mieszkaniu zakładowym na razie mi nie zależy, ale pracą jestem zainteresowany. Również tu odpowiedzi brak.

Pozostało mi szukać pracy w Puławach i województwie lubelskim. Również bez powodzenia. Kiedy pojechałem do biura pośrednictwa pracy Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej (nie byłem jego absolwentem, ale zaczynałem na nim studia na I roku), usłyszałem od pracowników:

– Proszę pana, nasi absolwenci już na początku roku zaklepywali sobie pracę w szkołach, a pan zgłasza się dopiero teraz, latem? Pracy nie ma.

Moją kandydaturą nie była też zainteresowana Fabryka Samochodów Ciężarowych i oddział Ursusa w Lublinie. Zainteresowanie wyraziła jedynie Gromada, proponując mi pracę polegającą na… udzielaniu informacji kolejowej w okienku w ich biurze na Krakowskim Przedmieściu.

W Puławach odprawiła mnie z kwitkiem pani dyrektor hotelu „Izabella” („Proszę popytać w przyszłości, teraz nie mamy wolnych miejsc”) i kierownik oddziału Centralnej Biblioteki Rolniczej, sugerując zwrócenie się do Zakładów Azotowych. Kiedy jednak tam pojechałem, pani z Działu Kadr popatrzyła na mnie zdumionym wzrokiem:

– Ale my jesteśmy zakładem mechanicznym.

– Wiem, ale pomyślałem, że być może potrzebują państwo tłumaczy.

– Nie, nie potrzebujemy.

Intensywne poszukiwania dały skutek dopiero w sierpniu. Biblioteka Pedagogiczna w Lublinie była zainteresowana zatrudnieniem mnie w swoim oddziale w Rykach, tamtejsza pracownica miała odejść na emeryturę. Oznaczało to konieczność codziennych dojazdów autobusem 30 km w jedną stronę, ale czy miałem inne wyjście?

* * *

– Rozlewnia piwa, rozlewnia piwa się odezwała – śmiejąc się, wołała moja mama, machając kopertą, którą właśnie wyciągnęła ze skrzynki na listy. Po prawie dwóch miesiącach na moją kandydaturę odpowiedziała Odlewnia Żeliwa w Śremie, zapraszając mnie na rozmowę. Praca w charakterze tłumacza w przemyśle ciężkim – to brzmiało zdecydowanie lepiej niż praca jako bibliotekarz w Rykach, postanowiłem więc najpierw spróbować tam.

Pociąg relacji Lublin – Szczecin odjeżdżał z Puław po godz. 19. Pani w okienku na stacji poinformowała mnie, o której mam przesiadkę w Jarocinie, kupiłem bilet i wyruszyłem w podróż – podróż w nieznane? W Jarocinie byłem bardzo wczesnym rankiem, praktycznie jeszcze w nocy; dość długo musiałem czekać na pociąg do Śremu.

Kiedy około godziny 6 rano na stację w Jarocinie wtoczył się dymiący parowóz ciągnący dwa wagony, nie mogłem powstrzymać zdziwienia. To takie pociągi jeszcze jeżdżą po polskich torach? Linia w Puławach była już od dawna zelektryfikowana. Z Jarocina do Śremu jechałem godzinę, wdychając dym z parowozu, który przenikał przez zamknięte, ale nieszczelne okna, i spoglądając na krajobraz. Jakie śmieszne nazwy mijanych po drodze stacji – Panienka, Książ (to chyba nie tu znajduje się ten słynny zamek?) i najdziwniejsza z nich, Pysząca. Ale trzeba wysiadać, następna stacja to już Śrem Odlewnia.

Zapytałem młodą kobietę, która wysiadła ze mną, jak dojść do odlewni; podeszliśmy kawałek razem, potem pokierowała mną z uśmiechem.

– To tam, widzi pan wejście? Ja muszę już skręcić, wchodzę główną bramą.

Biurowiec odlewni robił wrażenie swoim ogromem, ale wejście do niego nie rzucało się w oczy. To tu? Tak. Portierka wypisała mi przepustkę, jako miejsce zamieszkania wpisując „Pukawy” (nie protestowałem) i poleciła mi pójść na I piętro, do kierownika działu kadr, Eugeniusza Kościelniaka. Kiedy wszedłem do jego pokoju, zastałem go ze słuchawką przy uchu; gwałtownym gestem wyprosił mnie, proszę czekać. Dopiero po kilkunastu minutach wyszedł i zaprosił mnie do środka, skończyła się właśnie operatywka, telekonferencja, w które brali udział wszyscy kierownicy działów.

Nastąpiła rozmowa, niedługo dołączył  do nas Andrzej Grześkowiak, Główny Odlewnik, mój przyszły kierownik. W Dziale Głównego Odlewnika od niedawna funkcjonowała Biblioteka Techniczna, której prowadzeniem miałem się zająć, do moich obowiązków miało należeć również tłumaczenie tekstów technicznych na potrzeby zakładu. Wynagrodzenie, razem z premią, wynosiło 13 tysięcy złotych (w 1987 roku była to bardzo niska płaca), ale zakład oferował pokój w hotelu pracowniczym tylko za 7 zł dziennie. Czy jestem gotów zająć się taką pracą? Tak, oczywiście. Oprócz germanistyki studiowałem na UW też przez dwa lata bibliotekoznawstwo, którego wprawdzie nie ukończyłem. Lubię tłumaczyć, chociaż będę musiał nauczyć się języka technicznego.

Formalnie do pracy powinien był mnie przyjąć Dyrektor Odlewni, Alfred Babczyk, ale był na urlopie, poszliśmy więc do Dyrektora do Spraw Technicznych, Jana Leśniaka.

– Cieszę się, że zechciał pan pracować u nas – z twarzy dyrektora nie schodził uśmiech. – Myślę, że spodoba się panu u nas. Bo my jesteśmy takimi lokalnymi patriotami, uważamy, że Poznań leży koło Śremu. Czy można wiedzieć, jakie ma pan zainteresowania? Turystyka? To znakomicie, też uważam, nie można poświęcać się wyłącznie pracy. Zamieszka pan na razie w hotelu na Przemysłowej, a z mieszkaniem, kiedy za kilka lat zmieni pan stan cywilny, to zobaczymy…

Po rozmowie, zgodnie z sugestią moich przyszłych przełożonych, poszedłem jeszcze zobaczyć moje miejsce zakwaterowania – standard należących do odlewni trzech hoteli pracowniczych na ulicy Przemysłowej był porównywalny z pokojami w akademikach, w których mieszkałem, ale tu, za symboliczną opłatę,  miałem mieć pokój tylko dla siebie. Droga na Przemysłową i potem na dworzec PKS, z którego autobusem odjeżdżałem do Poznania, była to też okazją do pierwszego poznania miasta, w którym miałem mieszkać i pracować. Miasto nie zrobiło na mnie najlepszego wrażenia – mniejsze, chociaż jakby rozwleczone, i… na pewno brzydsze od moich Puław. Ale nie szkodzi.

Po powrocie do Puław telefonicznie zrezygnowałem z prawie już umówionej pracy w bibliotece w Rykach („Rozumiem. Ale cóż, nasza pracownica, która miała odejść na emeryturę pewnie się ucieszy, bo nadal chciała się zajmować biblioteką”). Nieoczekiwanie otrzymałem też odpowiedź z Lipska nad Biebrzą – okazało się, że producent podzespołów indukcyjnych w rzeczywistości poszukiwał nauczyciela niemieckiego dla miejscowej szkoły, ale oczywiście odpisałem odmownie i ponownie wsiadłem do pociągu, aby od 1 września rozpocząć pracę w Śremie.

Dopiero po kilku tygodniach dowiedziałem się, dlaczego odlewnia odpowiedziała na moją ofertę pracy po tak długim czasie. Powodem był fakt, że w liście napisałem, że nie chcę otrzymać mieszkania zakładowego. Jeśli nie chce, widać nie planuje związać się z nami na  stałe, traktuje tę pracę jako tylko tymczasową. Dopiero kiedy inny kandydat zrezygnował, odlewnia zwróciła się do mnie.

Mieszkanie zakładowe w bloku przy Dzierżyńskiego otrzymałem w 1989 roku, już po powrocie z wojska, i nie musiałem w tym celu zmieniać stanu cywilnego. W 2001 roku już za własne pieniądze kupiłem większe, na Chłapowskiego; wcześniej, w 1994 roku, odszedłem z odlewni. Nie zmieniłem też miasta, które stało się moim miastem, moim Śremem.

Zbigniew Szmidt – „Wielkopolska – dziedzictwo kulturowe”

W ubiegłym roku ukazała się kolejna pozycja albumowa przedstawiająca nasz region – „Wielkopolska – dziedzictwo kulturowe” Zbigniewa Szmidta. Zbigniew Szmidt, znany krajoznawca (autor m.in. przewodników po Śremie) i fotografik, którego zdjęcia pojawiły się w wielu wydawnictwach albumowych, np. „Drewniane kościoły w Wielkopolsce”, tym razem wydał własny album poświęcony regionowi – około 200 fotografii zawierających obiekty z całego województwa wielkopolskiego w jego obecnych granicach, w porządku alfabetycznym i z krótkimi podpisami w języku polskim, angielskim i niemieckim.

Książka niestety nie jest dostępna w wolnej sprzedaży; jest kolportowana przez wydawcę (Związek Parków Krajobrazowych Województwa Wielkopolskiego) i samorząd województwa wielkopolskiego. Ja otrzymałem ją dzięki uprzejmości autora.

Kiedy po raz pierwszy wziąłem album do ręki, jako śremianin od 30 lat poszukałem oczywiście najpierw mojego miasta, poszukałem i nie znalazłem. Zaskoczenie? Nie znalazłem też jednak żadnego obiektu ze stolicy Wielkopolski, Poznania, ani też Gniezna, Leszna czy Piły. Nie ma w książce katedr ani najwspanialszych obiektów architektury sakralnej, jak klasztorów w Lubiniu czy w Lądzie, albo bazyliki w Gostyniu. Zabrakło też tych wielkopolskich rezydencji arystokratycznych, które są  najbardziej znane w kraju: Kórnika, Rogalina z dębami i Szamotuł z basztą Czarnej Halszki. Ze słynnych siedzib rodowych w książce jest tylko zamek w Gołuchowie. Kiedy zapoznałem się z książką w całości, stwierdziłem, że autor przedstawił w niej tylko cztery miasta powiatowe: Kalisz (dwór Gutowskich na Majkowie i drewniany kościół na Zawodziu), Koło (ruiny zamku Kazimierza Wielkiego), Konin (chałupa w muzeum w Gosławicach) i Pleszew (kościół św. Floriana); oprócz Koła nie są to też obiekty turystyczne najbardziej kojarzone z tymi miastami.

Jest za to mnóstwo obiektów znajdujących się w małych miasteczkach i wioskach, o których turyści, nawet z Wielkopolski, często nie słyszeli. Z mojego powiatu śremskiego są to na przykład drewniane kościoły w Gogolewie, Błażejewie i Żabnie, plebania w Dolsku, pałace w Błociszewie, Jaszkowie, Psarskiem, Grzybnie; w całej książce właśnie na architekturze rezydencjonalnej i sakralnej koncentruje się autor. Wybór to oczywiście bardzo subiektywny i wielokrotnie można zadać pytanie, dlaczego wybrano właśnie te, a nie inne obiekty, autor miał jednak do tego pełne prawo. Książka jest więc prywatnym, odautorskim zaproszeniem do odwiedzenia tej mniej znanej Wielkopolski.

Jeśli czegoś żałuję, to pominięcia terenów historycznej Wielkopolskiej, które na skutek zmian administracyjnych znalazły się w innych województwach (np. zamku w Międzyrzeczu, zespołu pocysterskiego w Paradyżu, czy atrakcji turystycznych Pałuk), a także braku wnętrz przedstawionych obiektów. Fotografie przedstawiają tylko ich wygląd zewnętrzny, tymczasem w niektórych przypadkach wyposażenie obiektów (np. polichromie na plebanii w Dolsku lub wnętrze kościoła „Na Pólku” w Bralinie – najładniejszego kościoła drewnianego w Wielkopolsce) jest ciekawsze i piękniejsze niż ich architektura.

Mam nadzieję, że książka Zbigniewa Szmidta znajdzie się również w sprzedaży księgarskiej – jako wydawnictwo albumowe może stanowić cenny podarunek dla wszystkich zainteresowanych Wielkopolską.

Biblioteka Raczyńskich – I Wielkopolskie Forum Pamięci Narodowej

4 marca – wyjazd do Biblioteki Raczyńskich w Poznaniu na I Wielkopolskie Forum Pamięci Narodowej. Forum nosi numer jeden, co znaczy, że organizatorzy planują kolejne, które będą prowadzone w okolicy 1 marca – Dnia Żołnierzy Wyklętych.

Wyjazd ze Śremu po godz. 7. Na rogu Powstańców Wlkp. i Działyńskiego widzę radiowóz, troje policjantów i plastikowy worek z ciałem człowieka na chodniku. Właśnie wydarzyła się jakaś tragedia; kiedy wrócę do Śremu, sprawdzę w Internecie na stronach „Tygodnika Śremskiego” i „Tygodnia Ziemi Śremskiej”, ale tygodniki, zwykle tak łase na sensację, milczą – dziennikarze w weekend zrobili sobie wolne. W Poznaniu jestem przed czasem, zachodzę więc do Biblioteki Filologicznej przy al. Niepodległości i Biblioteki Głównej UAM przy Ratajczaka, potem na plac Wolności, gdzie właśnie swoje stoisko rozkłada Instytut Pamięci Narodowej; na placu można zwiedzić również wystawę plenerową poświęconą sylwetkom żołnierzy wyklętych. Forum w gmachu biblioteki zaczyna się o godz. 11.

Sala w Bibliotece Raczyńskich dość zapełniona, chociaż nie ma tak dużo ludzi jak na promocji „Księcia Szaranka” Juliusza Kubla, na której byłem w grudniu. Sądząc z zasłyszanych rozmów na sali jest dużo naukowców historyków, nauczycieli, muzealników, pojawia się też jednak rekonstrukcyjny oddział żołnierzy wyklętych w mundurach z epoki (broń zostawili chyba w szatni?).

W pierwszym panelu dyskusyjnym, który zaplanowano na godzinę, ale który oczywiście się przedłużył, biorą udział osoby, które dotąd znałem tylko z mediów – prof. Jan Żaryn, Robert Kostro (dyrektor Muzeum Historii Polski), filmowiec Arkadiusz Gołębiewski i adwokat Grzegorz Wąsowski. Dyskusję moderuje Agnieszka Łuczak IPN, z której pracami historycznymi również miałem okazję się zapoznać.

Temat żołnierzy wyklętych – antykomunistycznego podziemia niepodległościowego – dopiero w ostatnich latach stał się modny, niektórzy moi znajomi uważają nawet, że zbyt modny. Ja tak nie uważam – popularyzacji historii, jeśli tylko ta popularyzacja będzie prowadzona w sposób rzetelny i kompetentny, nigdy dość. Półtoragodzinna dyskusja na temat „Co dalej z pamięcią o żołnierzach wyklętych?” ma wprawdzie charakter bardzo ogólny, jak zwykle na takich forach, mogę się jednak dowiedzieć z niej wielu ciekawych rzeczy. Jak zmieniała się pamięć o żołnierzach wyklętych w ostatnich latach, od 2011 roku do dzisiaj? Jaki wpływ na tę pamięć mają uwarunkowania bieżącej polityki: kto jest u władzy i jaką politykę historyczną prowadzi? Jak ta pamięć przedstawia się w filmie i dlaczego jest tak mało dobrych filmów poświęconych tej tematyce?

Po przerwie kawowej 40-minutowy wykład Tomasza Łabuszewskiego na zaplanowany temat „Polskie podziemie niepodległościowe – próba uporządkowania i miejsce w popkulturze”. Opóźnienie spowodowało wprawdzie, że z przedstawienia tej popkultury prelegent zrezygnował (szkoda), wykład jest więc tylko próbą zdefiniowania ram czasowych zjawiska, krótkim opisem głównych nurtów, postaci.

Forum Pamięci Narodowej (1)

W sali wykładowej słuchając uczestników forum…

Zaplanowano dzisiaj jeszcze dwa panele dyskusyjne, forum skończy się pewnie po godz. 16, niestety muszę już wyjść, chcę wrócić do Śremu przed zmierzchem. Ze spotkania wychodzę bogatszy o wiedzę o wielu faktach związanych z podziemiem niepodległościowym, a także pakiet wydawnictw IPN – siedem numerów biuletynu Instytutu, kilka broszur (m.in. o „Ince”) i dwie książki: liczącą 500 stron „Od niepodległości do niepodległości – Historia Polski 1918-1989” i „Wyklęci 1944-1963 – żołnierze podziemia niepodległościowego w latach 1944-1963”. Szczególnie cenna wydaje się ta druga pozycja – ponad 500 stron, ale dużego formatu i w dwóch kolumnach tekstu, należałoby więc chyba liczyć je podwójnie, kopalnia informacji o ruchu antykomunistycznym w okresie wczesnego PRL-u. Tylko kiedy będę miał czas to przeczytać?

Forum Pamięci Narodowej (2)

…i na stoisku Instytutu Pamięci Narodowej przeglądając wydawnictwa. Fot. Biblioteka Raczyńskich

Jeszcze tylko krótka wizyta w galerii „Arsenał” (nowa wystawa „Pion” Mariusza Kruka) i powrót do Śremu. Na Bolesława Krzywoustego, przed rondem Rataje, znowu widzę radiowóz, a na jezdni przewrócony motocykl (bez kierowcy). Również o tym wypadku nie znajdę żadnych informacji w mediach.

Galeria Miejska „Arsenał” – Jerzy Piotrowicz

Najnowsza wystawa w Galerii Miejskiej „Arsenał” w Poznaniu jest częścią szerszego projektu: Festiwalu Jerzego Piotrowicza, zorganizowanego przez Muzeum Narodowe i obejmującego, oprócz wystaw w muzeum i w „Arsenale”, również wystawy w galeriach „Ego”, „Garbary 48” i FWD oraz w Teatrze Ósmego Dnia.

Twórczość Jerzego Piotrowicza nie była mi dotychczas szerzej znana, oprócz jego słynnego obrazu „Las Meninas”, parafrazującego Velázqueza, od lat znajdującego się na ekspozycji stałej Muzeum Narodowego przy Alejach Marcinkowskiego. Dopiero w październiku 2016 roku w „Arsenale”, przy okazji pokazu stereofotografii „Diableries”, zobaczyłem niewielką ekspozycję grafik artysty z motywami biblijnymi jako zapowiedź tegorocznej wystawy. Muzeum Narodowe i „Arsenał” spełniły swoje obietnice – od lutego możemy zwiedzać wystawę.

Wystawa nosi tytuł „Piotrowicz. Arka”; tytułową arkę (wprawdzie tylko jej fragment, ale ogromny i wykonany całkowicie z drewna) możemy zobaczyć w pierwszej sali galerii – Sali Wody i Ziemi. Arka w Biblii uratowała ludzkość przed potopem, ale teraz sama znalazła się jakby na mieliźnie, a raczej na pustyni – wyschniętej, spękanej ziemi, wyobrażonej przez pomalowane drewniane podłoże. Chociaż konstrukcja arki zdominowała pierwsze pomieszczenie wystawy, większość prac to obrazy Piotrowicza, malarstwo nawiązujące do Starego i Nowego Testamentu, ale też z motywami patriotycznymi – zwiedzający dostrzegają na obrazach polskie barwy narodowe, w tragicznym kontekście.

Podobny zabieg został zastosowany w ostatniej sali galerii – Sali Czerwieni i Błękitu, gdzie z sufitu opada do podłogi ogromny ogon smoka (widać też jego szpony), a na ścianach zawieszono obrazy smoka i bestii z Księgi Apokalipsy.

Najciekawsza okazała się dla mnie sala przedzielająca sale z malarstwem – Sala Czerni i Bieli, eksponująca grafiki Jerzego Piotrowicza. Wykonane w różnych technikach, łączy je czarno-biała kolorystyka, a z pozostałymi pomieszczeniami wspólne tematy. Szczególnie ciekawe są dla mnie przedstawienia starotestamentowe, np. Jonasza  i wielkiej ryby, i przede wszystkim wizerunki Żydów wędrujących przez pustynię. Zamiast Żydów, jakich byśmy sobie wyobrażali na podstawie nauki o historii starożytnej i hollywoodzkich superprodukcji, widzimy jednak chasydów, Żydów, którzy przed wojną stanowili codzienny widok na ulicach polskich miast i miasteczek w centralnej i wschodniej Polsce. Obrazy wywołujące refleksje na temat przemijania, tragizmu ludzkich losów…

Czeka mnie jeszcze zwiedzenie drugiej wystawy – „Piotrowicz i goście” w Muzeum Narodowym. Może podczas następnej wizyty w Poznaniu?

Muzeum Archeologiczne w Poznaniu – Każdy krok zostawia ślad

Wykopaliska archeologiczne to nie tylko skarby, biżuteria i dawna broń, jak wyobrażają sobie laicy, to przede wszystkim przedmioty codziennego użytku, jak gliniane naczynia, historyczna odzież i… buty. Właśnie średniowiecznym butom poświęcona jest najnowsza wystawa w Muzeum Archeologicznym w Poznaniu.

Buty w muzeach archeologicznych widuję dość często; stosunkowo trwały materiał (skóra i drewno) spowodował, że zachowało się ich dość dużo, po raz pierwszy miałem jednak okazję zobaczyć tak dużą wystawę poświęconą wyłącznie butom. Ekspozycja w Poznaniu to wystawa gościnna przygotowana przez Muzeum Archeologiczne w Gdańsku. Kilkadziesiąt oryginalnych eksponatów uzupełniają tablice informujące o rozwoju produkcji butów i zmieniającej się modzie w średniowieczu.

Pamiętam, jak kiedyś byłem zdziwiony małymi rozmiarami tych butów, jest to jednak zrozumiałe – kilkaset lat temu ludzie byli niżsi; odzież, nawet dawne zbroje wydają nam się dzisiaj małe. Nie w wielkości jednak rzecz, na wystawie są zresztą buty różnych rozmiarów, ciekawsza jest zmieniając się moda. Średniowieczne obuwie kojarzymy przeważnie z butami z długimi nosami, bardzo popularnymi w gotyckiej Europie. W Polsce nazywamy je ciżmami, zaskakuje ich nazwa w zachodniej części kontynentu: poulaines (we Francji) lub cracoves (w Anglii), co pochodzi od… Polski i Krakowa. Czyżbyśmy nadawali ton w europejskiej modzie 500-600 lat temu? Na wystawie jest ukazanych dużo tych butów, jak również innych. Zaciekawiły mnie były dla buty w stylu Tudorów, nie ze względu na same buty, lecz towarzyszącą im, dobrze mi znaną fotografię, przedstawiającą trzewiki koronacyjne Zygmunta Augusta. Trzewiki te są obecnie w kolekcji Muzeum Czartoryskich; kiedy księżna Izabela kupowała je do swojej kolekcji, była przekonana, że to buty królowej Jadwigi. Inne typy butów to mule, pierwowzór dzisiejszych kapci, i patynki – buty na drewnianej podeszwie, nakładane na właściwe buty przy wychodzeniu na ulicę. Tych ostatnich nie ma nawet w polskiej Wikipedii, a przecież na ówczesnych niebrukowanych i niemiłosiernie zabłoconych ulicach pełniły bardzo ważną rolę ochronną.

I tyle ode mnie, mężczyzny nieinteresującego się modą, na temat butów. Osoby chcące wiedzieć więcej, w szczególności panie, zapraszam na wystawę.

Biblioteka Raczyńskich – Rocznice powstania wielkopolskiego

25 lutego – przed wernisażem wystawy „Autografy sławnych ludzi” w Muzeum Literackim Henryka Sienkiewicza mam jeszcze trochę czasu, postanawiam wpaść do gmachu głównego Biblioteki Raczyńskich na wystawę poświęconą rocznicom powstania wielkopolskiego. To już ostatni moment na zwiedzenie wystawy, która dzisiaj jest zamykana.

W Galerii Edwarda w starym gmachu jak zwykle jestem jedynym zwiedzającym. Wystawa wymaga też trochę samoobsługi; aby móc obejrzeć wyłożone wydawnictwa, muszę kolejno sam włączyć oświetlenie gablot, w których są prezentowane książki i plakaty. Jak zwykle są one ciekawe, zwłaszcza dla wszystkich zainteresowanych historią regionu. Książek o powstaniu wydano bardzo dużo, i przed wojną, i po wojnie – z prezentowanych na wystawie książek w swojej biblioteczce wprawdzie mam tylko jedną – „Z dni powstania wielkopolskiego” Daniela Kęszyckiego z Błociszewa. Od dawna poszukuję jego drugiej książki, która, sądząc z tytułu, zainteresowałaby mnie jeszcze bardziej  – „Udział Śremu w powstaniu wielkopolskim”; wydana tylko przed wojną książka jest jednak białym krukiem, tu na wystawie też jej nie ma.

Nad gablotami plakaty i obwieszczenia o obchodach rocznic powstania wielkopolskiego – od czasów przedwojennych do współczesności. Afisze przedwojenne są przeważnie tylko cennymi dokumentami życia społecznego, z jednym wyjątkiem – grafiki poświęconej I rocznicy powstania. Nie wiem, czy to plakat, czy po prostu dzieło stworzone sobie a muzom przez jakiegoś domorosłego artystę, na tle innych zaskakuje jednak… nieporadnością i naiwnością przedstawienia wypadków, które miały miejsce 27 grudnia 1918 roku. Na obrazie widzimy Bazar, gmach Biblioteki Raczyńskich i plac Wolności z prezydium policji, o które według powstańczej legendy (i tylko legendy) miały się toczyć walki, tyle że okolice te wyglądają całkiem inaczej niż w rzeczywistości. Również poznańskiego ratusza, a tym bardziej katedry, przedstawionych na ilustracji, z placu Wolności przecież nie widać. Artysta jednak nie przejmował się takimi szczegółami, ważniejszy dla niego było patriotyczne przedstawienie patosu chwili, o czym świadczy anioł schylający się nad ciałem Franciszka Ratajczaka, uważnego za pierwszą ofiarę powstania. Obraz jest sygnowany, ale odczytanie nazwiska sprawia mi trudności – S. Mackiewicz? Nie słyszałem, ale chętnie zapoznałbym się z innymi dziełami tego, jak przypuszczam, artysty naiwnego.

W gablotach też dużo innych ciekawych pozycji, m.in. o udziale dziewcząt i kobiet w powstaniu, a na początku wystawy bardzo szczegółowe kalendarium, opracowane przez prof. Zdzisława Grota. Mnóstwo informacji, możemy na przykład dowiedzieć się, że powstanie wcale nie zakończyło się w momencie zawarcia rozejmu w Trewirze, walki trwały jeszcze później, chociaż odkrywam też jeden błąd w dacie – przecież rewolucja październikowa rozpoczęła się 7 listopada 1917 roku, a nie 7 października, jak jest napisane w kalendarium.

Za niecałe dwa lata będziemy obchodzić 100. rocznicę powstania wielkopolskiego. Przypuszczam, że nie tylko Biblioteka Raczyńskich i Wielkopolskie Muzeum Niepodległości w Odwachu przygotują obszerny program związany z tą rocznicą i jednym z najważniejszych wydarzeń w historii Wielkopolski.

Muzeum Henryka Sienkiewicza w Poznaniu – Autografy sławnych ludzi

25 lutego – wyjazd do Muzeum Henryka Sienkiewicza w Poznaniu na wernisaż wystawy „Autografy sławnych ludzi”. Pogoda dobra, nie pada, w dzień będzie słonecznie. Przed budynkiem muzeum na Starym Rynku jestem już o godz. 10, ale nie mogę teraz zwiedzić wystawy, która, jak mi mówi pan z portierni, jest jeszcze montowana, początek wernisażu zaplanowano na godz. 12. Czas ten wykorzystuję na zwiedzenie wystawy poświęconej powstaniu wielkopolskiemu w Bibliotece Raczyńskich i wystawy o średniowiecznych butach w Muzeum Archeologicznym. Przed 12 zjawiam się ponownie w Muzeum Henryka Sienkiewicza.

Co za niespodzianka – wśród gromadzących się gości widzę też dr Danutę Płygawko ze Śremu. A właściwie nie niespodzianka; przypuszczałem, że ją tu zastanę, przecież dr Płygawko jest uznanym autorytetem w dziedzinie korespondencji Sienkiewicza. Rozmawiamy o Sienkiewiczu, innych jej badaniach naukowych, targach Tour Salon, na których byłem tydzień temu… Wreszcie możemy wejść do sali wystaw czasowych muzeum.

Krótka część oficjalna – otwarcie  wystawy, kilka słów o prezentowanych tu dokumentach, jedna z obecnych pań odczytuje dwa wyłożone w gablocie listy Sienkiewicza i zaproszenie na kawę i pączki – wernisaż w Muzeum Henryka Sienkiewicza swoim kameralnym i tylko półformalnym charakterem bardzo różni się od wernisaży na przykład w Muzeum Narodowym, bardziej przypomina mi tego rodzaju spotkania w Muzeum Śremskim.

Po kawie część dla mnie najważniejsza – wykład Karoliny Tomczyk-Kozioł na temat „Kobieta z przeszłością, mężczyzna po przejściach – Róża i Edward Raczyńscy”. Oboje bohaterów wykładu dobrze znam z książek „Rogalin i jego mieszkańcy” i „Pani Róża” Edwarda Raczyńskiego (ich syna), czytałem je jednak tak dawno temu, że chętnie przypomnę sobie jedne z najważniejszych postaci związane z Rogalinem. Edward Aleksander Raczyński (bo to on jest tym mężczyzną po przejściach) jest postacią o wiele mniej znaną niż jego syn – Edward Bernard. Przyczyną tego jest oczywiście dystans historyczny – Edward Bernard, dyplomata, prezydent RP na uchodźstwie w Londynie, zmarł w 1993 roku w wieku 102 lat i jest do dzisiaj dobrze pamiętany, również z uroczystego pogrzebu w Rogalinie. Życie Edwarda Aleksandra, chociaż nie dyplomaty i polityka, było chyba jednak barwniejsze – urodzony z pozamałżeńskiego romansu jego ojca Rogera, który to romans stał się przyczyną wyklęcia Rogera przez stryja Atanazego, w wieku 16 lat chciał walczyć w powstaniu styczniowym, potem żołnierz żuawów papieskich walczący w oddziałami Garibaldiego, wreszcie przedsiębiorca chcący robić interesy (bez powodzenia) w…  Indochinach i Chile. Równie skomplikowane było jego życie uczuciowe – dwukrotnie żonaty, z Marią Krasińską i Różą z Potockich (kobiety były kuzynkami), chociaż teraz, dzięki książce jego syna, pamiętamy głównie o Róży.

Dla mnie Edward Aleksander Raczyński jest wprawdzie przede wszystkim twórcą galerii obrazów w Rogalinie, którą tyle razy odwiedzałem, już sam fakt jej założenia zapewnił mu trwałe miejsce w historii Polski, chociaż sam założyciel (w przeciwieństwie do jego stryjecznego dziadka Atanazego) nie był ekspertem w dziedzinie historii sztuki, raczej amatorem.

Autografy sławnych ludzi

Na wykładzie. Obok mnie – Anna Gruszecka, dyrektor Biblioteki Raczyńskich. Fot.: Muzeum Henryka Sienkiewicza.

Po wykładzie czas na dokładniejsze zapoznanie się z wystawą. Eksponaty (wszystkie oryginalne, nie ma tu kopii) są bardzo cenne – listy i inne dokumenty Henryka Sienkiewicza, Stefana Żeromskiego, Heleny Modrzejewskiej, Józefa Ignacego Kraszewskiego, Stanisława Witkiewicza, Ignacego Jana Paderewskiego, Edwarda Aleksandra Raczyńskiego, Olgi Boznańskiej i innych postaci dotyczą najróżniejszych spraw ze sfery życia prywatnego i publicznego. Jest wśród nich (bardzo zniszczony) skrypt dłużny na 1000 marek, wystawiony po niemiecku we Wrocławiu przez Jana Kasprowicza, jest ozdobny egzemplarz partytury kantaty Noskowskiego, wykonanej podczas odsłonięcia pomnika Słowackiego w Miłosławiu z podpisami uczestników uroczystości, jest nawet przepisany ręką Modrzejewskiej cały tekst sztuki francuskiego dramaturga Octave’a Feuilleta z jej komentarzami i wiele innych. Zwiedzająca ze mną wystawę pani zwraca uwagę na kaligraficzny charakter pisma dokumentów, teraz, w dobie komputerów, już tak się nie pisze. Kiedy dowiaduje się, że jestem ze Śremu, okazuje się, że mamy wspólnych znajomych.

– Macie tam tego historyka, miłośnika książek, bardzo się udziela w życiu społecznym.

– Tak, Krzysztof Budzyń. Ma bardzo duże zasługi w popularyzacji historii Śremu, chociaż jest tylko historykiem amatorem; z wykształcenia jest chemikiem, ma hurtownię i sieć drogerii w Śremie.

– Śrem to w ogóle chyba miasto chemików. Jak się nazywa ten pan, który też prowadzi własną firmę? Perzyński?

– Kajetan Pyrzyński z Mełpina. Nadal prowadzi firmę, chociaż mam wrażenie, że teraz bardziej interesuje go poezja. Pisze wiersze, napisał też poemat ośmiozgłoskowcem o historii Polski, a niedawno ułożył nawet nowy hymn Polski. Może go pani znaleźć w Internecie.

Żegnamy się. Czeka mnie jeszcze wystawa w „Arsenale”, a potem  powrót do Śremu.