Galeria Miejska Arsenał – Łukasz Rusinek „Teledyski animowane”, Dominik Lejman „Płot”

Jak głoszą materiały informacyjne poznańskiej Galerii Miejskiej Arsenał, od 23 czerwca w Arsenale można oglądać podobno pierwszą w Polsce wystawę teledysków zrealizowanych techniką animacji. Nie potrafię zweryfikować, czy jest to rzeczywiście pierwsza wystawa animowanych teledysków w galerii sztuki – moja znajomość tego rodzaju twórczości jest bardzo słaba, teledysków nie oglądam i – aż wstyd powiedzieć – nawet większość piosenek zaprezentowanych na wystawie w Arsenale usłyszałem po raz pierwszy. Jedyny wyjątek to „Kocham wolność” zespołu Chłopcy z Planu Broni, bardzo znany utwór, który ma już kilkanaście lat, znam go więc nawet ja, gustujący w innej muzyce – klasycznej.

Mimo to wystawę animacji Łukasza Rusinka do muzyki takich zespołów i wykonawców jak Frozen Birds, Decapitated czy Pablopavo (wszyscy ci twórcy byli mi do tej pory całkowicie nieznani) obejrzałem z zainteresowaniem, nawet z pewną fascynacją. Filmy Łukasz Rusinka (również dotychczas całkiem mi nieznanego) dobrze korespondują z punkowym i deathmetalowym klimatem tych piosenek. Czy jest zresztą sens recenzować je tutaj? Niech muzyka i animacja przemówią za siebie:

Wystawę „Teledyski animowane” można zobaczyć na parterze Arsenału, gdzie galeria wystawia przeważnie artystów mniej znanych, piętro rezerwując na obszerniejsze, „wartościowsze” wystawy. Cóż więc zobaczymy na piętrze? Tylko jedną pracę – instalację  video „Płot” Dominika Lejmana, której wernisaż odbył się tego samego dnia co „Teledyski animowane”. Przed oczami widza na czterech ścianach dużego pomieszczenia przesuwa się bez końca właśnie… płyt, czyli ogrodzenie z metalowej siatki, praca nie pokazuje niczego więcej. Co artysta miał na myśli, wyjaśnia Marek Wasilewski, nowy dyrektor Arsenału, który w ulotce do wystawy cytuje słowa Marka Bartelika, kuratora weneckiego projektu „Płot”:

„Przez swoją specyfikę seansu spirytystycznego przestrzeń galerii, jako miejsce do wystawiania sztuki, jest także forum dyskusji o samej sztuce. Przy czym słowo >>płot<< nabiera kluczowego znaczenia. >>Płot<< wyznacza granice, podobnie jak >>mur<< czy też >>ściana<<. Tym, co go często odróżnia jest jego iluzoryczność, prowizoryczność, co sugeruje ograniczony potencjał odgradzania, dzielenia, jak również zapewniania ochrony i bezpieczeństwa. W ubiegłym wieku, >>mur<< i >>ściana<< funkcjonowały w formie metafor, służąc jako słowa-klucze do wyrażania podziału Europy na dwie antagonistyczne ideologie (>>mur berliński<<), oraz formalistycznego (estetycznego) modelu obrazu malarskiego w odpowiedzi na tradycyjne zrozumienie jego przestrzeni iluzorycznej jako >>okna<<. Na formalistyczny model artystycznej >>ściany<< nałożona została następnie konwencja >>siatki<< (grid). >>Płot<< odnosi się do konwencji >>siatki na ścianie<<, ale bez zamykania jej w kategoriach dyskursu formalistycznego; proponuje poszerzenie go o dyskurs psychologiczny z percepcją widza, przyjmując więc perspektywę odnoszącą się do kondycji etycznej.”

Hm… W piątek, dzień przed obejrzeniem wystawy w Arsenale, w Radiu Poznań wysłuchałem audycji z udziałem Piotra Bernatowicza, poprzedniego dyrektora Arsenału, w której ten opowiadał o bełkocie krytyki artystycznej, która do opisywania zjawisk artystycznych używa języka w gruncie rzeczy nieniosącego żadnych treści.

Nie wypowiadam się, wolę jednak sztukę video w wydaniu zaproponowanym przez Łukasza Rusinka niż Dominika Lejmana.

Biblioteka Raczyńskich – Józef Stasiński, medale i rzeźby

24 czerwca – po konferencji naukowej „Architektura okresu III Rzeszy w Polsce” w Zamku Cesarskim w Poznaniu pobieżnie zwiedzam jeszcze trzy wystawy w Zamku („Obraz przejściowy” Piotra C. Kowalskiego, „Moment” Rinko Kawauchi w Galerii Fotografii PF i „Figury i geometrie” Marcina Berdyszaka i Sławomira Kuszczaka w galerii Profil – niestety żadna z nich nie zasługuje tu na wzmiankę), zaglądam też do Biblioteki Uniwersyteckiej przy Ratajczaka, gdzie jest akurat wystawa poświęcona przedwojennym rektorom Uniwersytetu Poznańskiego (w tym Heliodorowi Święcickiemu, w gablotach są między innymi dokumenty z jego podpisem, artykuły w prasie medycznej i biografia „Śremianin w rektorskiej todze” Adama Podsiadłego) i przejeżdżam do Biblioteki Raczyńskich na wystawę medali i rzeźb Józefa Stasińskiego w Galerii Atanazego.

Wystawa została zorganizowana z okazji 90. urodzin poznańskiego plastyka, emerytowanego profesora Politechniki Poznańskiej. Jest on autorem prawie dwóch tysięcy medali, których obszerny wybór przedstawiono na wystawie, obok kilku rzeźb. Wystawę podzielono na dwie części. Na lewo od wejścia widzimy medale „oficjalne”, okolicznościowe, bardzo dużo z nich jest poświęconych kolejnym rocznicom pontyfikatu Jana Pawła II, do tego medale upamiętniające innych duchownych i świeckich, m.in. Chopina, Kopernika, Wybickiego… Niestety nie jest to dla mnie twórczość ciekawa, trochę razi bogoojczyźnianą sztampą, brakuje w niej autentycznych emocji.

O wiele ciekawsza jest część po prawej stronie od wejścia, gdzie zgromadzono medale „prywatne”, jak je określił we wstępie kurator wystawy. Medale te ukazują rzeczywiście prywatną sferę życia artysty, między innymi Sylwię – córkę (?) artysty, sportretowaną z kotem, żółwiem, poznającą otaczający ją świat. Są też portrety innych dzieci, niektóre wzruszające, zabawa przeplata się z moralitetem, sprawy błahe z bardzo poważnymi. Dobrym uzupełnieniem tej części są dwie rzeźby z brązu – „Ochroń mnie” (z 1955) i „Dziecko i chleb” (z 1958 roku), obie zdradzające wpływ socrealizmu, ale w gruncie rzeczy szlachetnego socrealizmu. Oglądając te pełne humanistycznego przesłania rzeźby i medale Stasińskiego, miałem zaskakujące skojarzenie z rysunkami Tadeusza Kulisiewicza, chociaż przecież to całkiem odmienne gatunki sztuki…

Wystawie towarzyszą dwa krótkie filmy dokumentalne, w pierwszym artysta opowiada o swoim życiu, w drugim, zatytułowanym „Mała spiżowa brama”, widzimy historię powstania jednego z medali Stasińskiego, upamiętniającego rocznicę powstania Muzeum Historii Miasta Poznania w Ratuszu (z wizerunkiem renesansowego portalu i sklepienia w Wielkiej Sieni na awersie), od fazy projektu do odlania i oczyszczenia gotowego medalu. Moja dawna praca w Odlewni Żeliwa w Śremie sprawiła, że film ten obejrzałem chyba trochę inaczej niż większość zwiedzających przede mną (podczas wizyty w sobotę w Galerii Atanazego byłem, jak zwykle, jedynym zwiedzającym). Brązowe medale odlewa się podobnie jak odlewy żeliwne, mogłem więc rozpoznać poszczególny etapy wykonania modelu, formy, układ wlewowy i inne.

Była to już ostatnia okazja zwiedzenia Galerii Atanazego przed wakacjami. W lipcu i sierpniu Biblioteka Raczyńskich będzie zamknięta, kolejna wizyta w gmachu przy placu Wolności będzie możliwa dopiero we wrześniu.

Zamek Cesarski w Poznaniu – Architektura okresu III Rzeszy w Polsce

24 czerwca – wyjazd do Poznania na konferencję naukową „Architektura okresu III Rzeszy w Polsce”. Według portalu kultura.poznan.pl konferencja w Sali Kominkowej Zamku Cesarskiego ma rozpocząć się o godz. 9, wyjeżdżam więc już o 5.30, chociaż do końca nie wiem, czy zostanę wpuszczony na wykłady. Jest to konferencja naukowa, powinna mieć więc charakter zamknięty? Ale chyba nie – gdyby tak było, ogłoszenie o niej nie pojawiłoby się przecież na stronie miasta Poznania. Po trzygodzinnej jeździe (warunki niezbyt dobre, całkowite zachmurzenie, co chwila pada drobny deszcz) jestem na miejscu. Moje obawy okazują się płonne. Konferencja jest otwarta, mogą w niej wziąć udział wszyscy, chociaż, jak zauważam, w dość niewielkim gronie słuchaczy dominują specjaliści. Jestem też przed czasem, wykłady rozpoczną się o 9.30, na balkonie Sali Kominkowej (która podczas wojny została przebudowana z kaplicy zamkowej na gabinet Hitlera, dla tematu konferencji jesteśmy w miejscu szczególnym), mam więc okazję porozmawiać z jednym z uczestników konferencji – dr. Tomaszem Wiatrem z Wydziału Budownictwa i Inżynierii Środowiska Politechniki Poznańskiej.

Wreszcie zaczyna się spotkanie. Z pięciu wysłuchanych wykładów naprawdę podoba jeden: „Całkowite zniemczenie przestrzeni. Architektura i urbanistyka Kraju Warty w świetle tradycji germanizacji polskich ziem” Aleksandry Paradowskiej. Jest chyba najbardziej atrakcyjny wizualnie – prelegentka oparła swój wykład na propagandowej, obrazkowej mapie Kraju Warty odnalezionej w archiwum w Bydgoszczy, ukazującej nowe życie w Wartheland – mówiąc swobodnie, nie odczytując tekstu, przedstawiła też temat najciekawiej.

Co do pozostałych wykładów – „Na miarę człowieka – architektura nazistowska w Poznaniu” Hanny Grzeszczuk-Brendel, „Wąski niemiecki język wystający w słowiańskiej przestrzeni. Architektura III Rzeszy na Śląsku w kontekście dyskursu granicznego” Karoliny Jary i „Śląsk Austriacki w szponach III Rzeszy” Przemysława Czerneka i „Architektura Krakowa 1939-1944” Żanny Komar – nie kwestionuję wiedzy autorów i dogłębnej analizy tematów – konferencja ma rzeczywiście charakter naukowy, nie popularnonaukowy – tylko dlaczego na polskich (i chyba nie tylko polskich) konferencjach panuje zwyczaj odczytywania przez naukowców gotowego tekstu z kartki zamiast swobodnego dyskursu? Utrudnia to percepcję i sprawia, że temat staje się mniej atrakcyjny. Innym powodem rozczarowania jest to, że temat konferencji trochę odbiega od moich oczekiwań – zamiast o architekturze w jej kontekście estetycznym, wyróżników stylu nazistowskiego, czego się spodziewałem, mówimy głównie o urbanistyce, kształtowaniu przestrzeni. Kwestia przebudowy Zamku Cesarskiego, w którym się teraz znajdujemy, jest na przykład przedstawiona tylko ogólnie, nie ma mowy o jej ideologicznych przyczynach, o estetyce nazistowskiej.

Ciekawsze są dyskusje, które mają miejsce po pierwszych dwóch i trzech kolejnych wykładach, które dalej toczą się podczas przerwy kawowej i które tu przedstawię łącznie. Jako pierwszy zabiera głos Tomasz Wiatr, który, argumentuje że okupacja hitlerowska w Polsce trwała tak krótko, że w warunkach wojennych większość hitlerowskich projektów budowlanych pozostała niezrealizowana. Czy więc nie przeceniamy tego okresu i w pewnym sensie nie gloryfikujemy go? Odpowiadając, Hanna Grzeszczuk-Brendel wskazuje na fakt, że mnóstwo projektów jednak zostało zrealizowanych i że w Kraju Warty budownictwo mieszkaniowe rozwijało się również wtedy, kiedy w starej Rzeszy już je wstrzymano, że zachowało się dużo realizacji z tego okresu.

– To prawda – dopowiadam już w czasie rozmowy podczas przerwy kawowej. W Śremie jest całe osiedle bloków zbudowane dla niemieckich przesiedleńców, które w mowie potocznej jest nazywane „Hajmat”.  Osiedle to swoim charakterem wyróżnia się w krajobrazie miasta, śremianie pamiętają o jego niemieckim pochodzeniu.

Jako drugi uczestnik dyskusji zadaję pytanie, czy w kwaterowaniu Niemców w Poznaniu urzędników z Rzeszy traktowano inaczej od przesiedleńców ze wschodu, np. z Wołynia, czy znad Morza Czarnego; przedstawiciel Instytutu Zachodniego odpowiada później, że w samym Poznaniu tych wołyńskich czy czarnomorskich Niemców nie było zbyt dużo, w Poznaniu osiedlali się głównie reprezentujący wyższą kulturę Niemcy z Rzeszy i Baltendeutsche, a ci ze wschodu trafiali raczej na wieś i małych ośrodków; pokrywałoby się to z moją wiedzą na temat przesiedleń w czasie wojny w Śremie i powiecie śremskim. Sprawę wysiedleń chcę też poruszyć w pytaniu zadanym Karolinie Jarze:

– Dużo wiemy o przymusowych wysiedleniach Polaków do Generalnego Gubernatorstwa z Kraju Warty, gdzie zjawisko to było chyba najpowszechniejsze, oraz z Pomorza. A jak to wyglądało na Śląsku i ziemiach byłego zaboru rosyjskiego i austriackiego (np. Sosnowca i Oświęcimia) włączonych do Górnego Śląska?

– Jestem z Wrocławia – odpowiada Karolina Jara – i w mojej pracy doktorskiej, którą teraz piszę, a której zarysem był mój dzisiejszy wykład, koncentrowałam się na Dolnym Śląsku, ale oczywiście na Górnym Śląsku wysiedlenia Polaków też miały miejsce.

– Może podzielę się prywatnym wspomnieniem mojej rodziny – dopowiada Przemysław Czernek. – Moi dziadkowie mieszkali w Sosnowcu i też mieli być wysiedleni do Generalnego Gubernatorstwa. Nietrudno wyobrazić sobie ich los, gdyby to nastąpiło; osoby, które nie miały tam rodziny, miały bardzo trudne życie. Na szczęście do tego nie doszło, a to wszystko dzięki SA-manowi, który najpierw kazał im się wynosić, a potem jednak pozwolił im zostać.

W dyskusji na temat referatu Żanny Komar, która opowiadała o Krakowie, pada pytanie o plany nazistowskiej przebudowy również w innych miejscowościach GG, Żanna Komar wspomina o niezrealizowanych planach w Kazimierzu Dolnym.

– Kazimierz Dolny? – pytam. – Dobrze znam to miasteczko i czuję się z nim związany. Na czym miała polegać ta przebudowa?

– To nie miała być przebudowa, raczej budowa konkurencyjnego ośrodka tuż koło niego. Szczegółów nie mogę jednak podać.

Szkoda. Hitlerowskie plany urbanistyczne dotyczące Kazimierza Dolnego, miasteczka leżącego tylko 14 km od moich rodzinnych Puław, bardzo by mnie interesowały, może kiedyś dowiem się o nich więcej.

Podczas dyskusji i rozmów na przerwie dużo też innych ciekawych wypowiedzi, między innymi na temat namiestnika Greisera i jego miasta rodzinnego – Środy Wielkopolskiej (pan z Instytutu Zachodniego jako anegdotę podaje, że w Środzie wskazywano mu już trzy domy, w których rzekomo urodził się Greiser; jego właściwe miejsce urodzenia to niepozorny, również mnie znany niepozorny domek nieopodal kolegiaty) i innych. Mam też okazję poznać często zabierającego głos podczas dyskusji prof. Eugeniusza Cezarego Króla z Warszawy, tłumacza dzienników Josepha Goebbelsa, rozmawiamy między innymi o moich studiach germanistycznych w Warszawie na Browarnej.

O godz. 13.20 rozpoczyna się przerwa obiadowa, po niej jeszcze dwa referaty na temat Gdańska i Prus Wschodnich. Te regiony interesują mnie już mniej, postanawiam więc na tym zakończyć mój udział w konferencji, zwłaszcza że chciałbym zobaczyć jeszcze kilka wystaw w Poznaniu. Opuszczam więc już gabinet Hitlera, udaję się w jaśniejsze strony Poznania.

Pawilon Czterech Kopuł we Wrocławiu

18 czerwca – pierwszy w tym rok wyjazd do Wrocławia. W momencie wyjazdu nawet jeszcze nie znam celu wycieczki, waham się między wystawą malarstwa Zbigniewa Karpińskiego w Pałacu Królewskim i wystawą poświęconą niezależnej wrocławskiej scenie muzycznej lat 80. w Muzeum Współczesnym, zdecyduję później. Pobudka o godz. 2.15, wyjazd o 3.10, jeszcze w nocy, w ciemnościach, chociaż już za Dolskiem się rozwidni – mamy w końcu jeden z najdłuższych dni w roku. Warunki do jazdy dobre – po deszczowej sobocie sucho i ciepło, ale tak wczesnym rankiem jeszcze nie upalnie, w jeździe pomaga północno-zachodni wiatr. Problemem jest tylko to, że długo nigdzie nie mogę zatrzymać się na odpoczynek, jest niedziela i wszystkie sklepy o tej porze są zamknięte. Dopiero w Żmigrodzie na chwilę zatrzymuję się na stacji paliw w centrum miasta, aby coś wypić, potem dłuższy odpoczynek w Trzebnicy. Już we Wrocławiu, kiedy zastanawiam się, dokąd pojechać, przychodzi mi na myśl, że przecież jeszcze nigdy nie byłem w otwartym w ubiegłym roku Pawilonie Czterech Kopuł, który odtąd jest stałym punktem w moich planach, po krótkim namyśle decyduję się zmienić cel podróży.

Na Trzebnickiej skręcam na wschód, w kierunku, jak mi się wydaje, Hali Stulecia; wijący się jak waż, niezrozumiały (a przecież tyle razy już byłem w tym mieście) układ komunikacyjny Wrocławia znowu sprawia mi jednak kłopoty. Gubię drogę, zamiast na południowy jadę na północny wschód, jestem gdzieś na Ołbinie, dopiero młoda kobieta nakierowuje mnie na Ostrów Tumski, stamtąd już znam trasę – ulicami Szczytnicką i Curie-Skłodowskiej do ogrodu zoologicznego i Hali Stulecia, tuż koło niej znajduje się cel mojej podróży. Docieram na miejsce o 11.40, po 8,5 godzinach jazdy.

* * *

Pawilon Czterech Kopuł, zbudowany w 1912 roku, miejsce okolicznościowych wystaw, między innymi Wystawy Ziem Odzyskanych już po przyłączeniu Wrocławia do Polski, w 1948 r., potem długi czas siedziba Wytwórni Filmów Fabularnych (Centrum Technologii Audiowizualnych w budynku tuż obok kontynuuje chyba tradycje wytwórni, niestety nie będę miał czasu zajrzeć do niego), po transformacji ustrojowej niszczejący, wreszcie poddany gruntowemu remontowi, od czerwca 2016 r. oddział Muzeum Narodowego, mieszczący dział polskiej sztuki współczesnej (po 1945 roku) muzeum.

Pierwsze wrażenie – oszałamiające; skojarzenie, które najpierw przychodzi mi na myśl, to Gemäldegalerie, galeria malarstwa przy Kulturforum w Berlinie, która ma podobny układ pomieszczeń – ciąg sal otaczających wewnętrzny dziedziniec; chociaż Pawilon Czterech Kopuł jest od niej mniejszy, różni się też architekturą i charakterem zbiorów – współczesny budynek Gemäldegalerie o dość tradycyjnym wystroju wnętrz kryje w sobie sztukę dawną (do XVIII wieku), Pawilon Czterech Kopuł (dominantę budynku stanowią rzeczywiście cztery symetrycznie rozmieszczone kopuły) to sztuka współczesna; współczesne, bardzo nowoczesne są też wnętrza i aranżacja wystawy.

Pawilon Czterech kopuł jest oddziałem Muzeum Narodowego we Wrocławiu, z kolekcji muzeum pochodzą więc eksponaty, z których wiele już widziałem, kiedy znajdowały się one na II piętrze, a potem na poddaszu głównego gmachu muzeum przy placu Powstańców Warszawy. Ekspozycja jest jednak znacznie powiększona – mnóstwo dzieł sztuki, których dotąd nie znałem, a nawet te, które są mi już znane, w nowym otoczeniu nabierają dla mnie nowych znaczeń, każą spoglądać na siebie w nowym świetle, ekspozycja ukazuje o wiele szerszy wycinek z ogromnych zbiorów Muzeum Narodowego, niż było to dotąd możliwe. Tylko tyle z wrażeń, bez szczegółowej recenzji, dzieł sztuki jest zresztą tak dużo, są one tak różnorodne, że szczegółowe opisywanie wystawy stałej mijałoby się z celem.

Pawilon Czterech Kopuł organizuje również czasowe, w sierpniu ubiegłego roku zaczął od mocnego uderzenia w postaci kolekcji z Dworca Hamburskiego w Berlinie z dziełami m.in. Josepha Beuysa, Cy Twombly i Andy’ego Warhola, teraz w czerwcu otwarto wystawę czasową „Nowe horyzonty w nowych mediach – zjawiska sztuki polskiej w latach 1945-1981”. Tytuł mylący, bo prawie wszystkie wystawiane prace to fotografie, „nowych mediów”, czyli sztuki video bardzo mało, co zresztą jest zrozumiałe – video art zaczęła się na dobre rozwijać dopiero w latach 90. A fotografia w 1945 roku przecież wcale nie była nowym medium – została wynaleziona w 1839 roku, a pod koniec XIX wieku istniała już całkowicie dojrzała fotografia portretowa, reportażowa, artystyczna. Nie jest to jednak istotne – wystawa czasowa stanowi po prostym bardzo ciekawy przegląd historii czarno-białej fotografii w PRL, do stanu wojennego, zarówno reportażowej jak i artystycznej. Obok bardzo znanych nazwisk twórców uważanych już za klasyków (jak Adam  Bujak, Edward Hartwig, Fortunata Obrąpalska) nazwiska mnie znane i całkiem mi nieznane – ich zdjęcia to podróż przez świat wyobraźni autorów i świat rzeczywisty którego już nie ma. Do następnego spotkania na wystawie w Pawilonie Czterech Kopuł…

Helmut Kohl

Wczoraj zmarł Helmut Kohl – dla świata polityk, mąż stanu, dla mnie postać kojarząca się z moją młodością, latami studiów, pierwszymi latami pracy… Oczywiście nigdy nie poznałem go osobiście, chociaż czasami szedłem jego śladami. Urząd Kanclerski w Berlinie odwiedziłem tylko raz, w sierpniu 2006 roku, przy okazji dnia otwartych drzwi, które niemiecki rząd regularnie organizuje. Kohl wtedy już dawno odszedł od władzy, w Urzędzie Kanclerskim zasiadała Angela Merkel. Wcześniej, chyba w 1998 roku, Kohl był z wizytą w Poznaniu. Pojechałem tam rowerem, zaszedłem też na Stary Rynek, zamknięty dla ruchu kołowego i otoczony mnóstwem ludzi mających nadzieję zobaczyć kanclerza Niemiec. Wśród nich najbardziej rzucała się w oczy niewielka grupka osób z wielkim, profesjonalnie wykonanym transparentem z napisem: „Die deutsche Minderheit in Posen grüßt Herrn Bundeskanzler Kohl”. Nigdy wcześniej (i nigdy później) nie słyszałem o tej niemieckiej mniejszości w Poznaniu – chyba wolą nie rzucać się w oczy.

Helmut Kohl został kanclerzem Republiki Federalnej Niemiec 1 października 1982 roku, tego samego dnia, w którym rozpoczynałem moje studia germanistyczne na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Szybko zdobył sobie popularność w Polsce stanu wojennego, czego nie można powiedzieć o pozycji, jaką miał w ojczyźnie. Na początku 1983 roku odwiedził nas na wykładzie z historii młody Niemiec, który opowiadał o bieżącej polityce RFN, mówił też o stosunku młodego pokolenia do „kapuścianej głowy” – „Kohlkopf”, jak już wtedy w pewnych środowiskach był określany Kohl. O Kohlu krążyło mnóstwo dowcipów, wiele z nich nawiązywało do jego prawdziwej czy rzekomej nieznajomości języków, na przykład ten, który usłyszałem, studiując germanistykę już na Uniwersytecie Warszawskim:

Kohl postanowił wreszcie nauczyć się jakiegoś języka obcego i wybrał esperanto, ponieważ ktoś mu powiedział, że jest najłatwiejszy.

– Ale mieszkańcy Esperanto się zdziwią, kiedy pojadę do nich na urlop! – powiedział zadowolony z siebie Kohl.

W rządzonej przez CDU, ale w kwestiach obyczajowych, światopoglądowych w gruncie rzeczy zdominowanej przez lewicę Republice Federalnej Niemiec żarty z Kohla należały do dobrego tonu, tak samo jak w Polsce kilka lat temu dowcipy o PiS i Kaczyńskim. Wśród młodych niechęć do Kohla była powszechna, poparcie dla niego byłoby „obciachem”. Pamiętam, jak w 1994 roku, będąc na Targach Odlewniczych GIFA w Düsseldorfie, pojechałem zwiedzić katedrę w Kolonii, a tam w tłumie swobodnie zachowujących się młodych ludzi pod katedrą zobaczyłem też powieszone na ścianie świątyni zdjęcie zwalistego Kohla w polowym mundurze wojskowym (chyba został sfotografowany, kiedy wizytował jakieś manewry), otoczonego przez żołnierzy Bundeswehry. „Welcher Soldat muss nicht in den Krieg?” – brzmiało pytanie pod zdjęciem. „Der dicke“ – dopisywali odpowiedź Niemcy. Młodzi, pacyfistycznie nastawieni, uważający się za wrażliwych na problemy społeczne Niemcy głosowali na Partię Zielonych, ewentualnie na SPD, przecież tylko filistrzy mogą głosować na CDU. Jak to możliwe, że ci „filistrzy” decydowali o polityce RFN przez 16 lat? Helmut Kohl był kanclerzem przez cztery kadencje, dłużej od niego rządził tylko Bismarck.

Czasami zastanawiam się, czy ci wtedy młodzi Niemcy zmienili poglądy, ale chyba nie. Prawdopodobnie nadal wyznają światopogląd datujący się od rewolucji obyczajowej 1968 roku. Rządy Kohla stanowią potwierdzenie tezy politologów, że od lat 80. w Europie i Stanach Zjednoczonych rząd dusz sprawuje lewica, media o nastawieniu głównie lewicowym, władza polityczna we właściwym sensie tego słowa jest jednak w rękach prawicy.

I jeszcze jeden polski ślad – w latach 90. pojechałem do Krzyżowej koło Świdnicy, aby zwiedzić centrum konferencyjne i siedzibę Fundacji „Krzyżowa” dla Porozumienia Europejskiego. Najbardziej interesowała mnie działalność Kręgu z Krzyżowej, kupiłem wtedy m.in. zbiór listów Helmuta von Moltke, w powszechnej świadomości w Polsce Krzyżowa jest jednak kojarzona ze spotkaniem Helmuta Kohla z Tadeuszem Mazowieckiem, symbolem polsko-niemieckiego pojednania. Ile osób w Polsce wie, że to „pojednanie” wtedy wcale nie było pewne, że Kohl odczuwał opory przez ostatecznym uznaniem granicy polsko-niemieckiej na Odrze i Nysie Łużyckiej, między innymi ze względu na protesty Związku Wypędzonych? Do uznania granicy zmusił go ostatecznie prezydent George Bush podczas rokowań przed podpisaniem traktatu „2 + 4”, grożąc, że w przeciwnym wypadku nie wyrazi zgody na zjednoczenie Niemiec. Pewne rzeczy wolimy usuwać z pamięci…

Mimo wszystko Kohl pozostaje – dla Niemców – wielką postacią w historii Niemiec, a to oznacza – również w historii Europy.

Kolegiata Najświętszej Marii Panny Wniebowziętej w Środzie Wielkopolskiej

15 czerwca – w Boże Ciało muzea i placówki kultury zamknięte, decyduję się więc tylko na wyjazd do kolegiaty w Środzie Wielkopolskiej. Ileż to już razy zachodziłem do tego kościoła, chyba dwukrotnie byłem też na mszy, ale dopiero teraz mam okazję dokładnie obejrzeć świątynię. Mam wystarczająco dużo czasu przed mszą o godz. 8.30 i zaraz po mszy (szafarzem komunii na niej jest m.in. ks. Tomasz Agatowski, który był wikariuszem w mojej parafii Najświętszego Serca Jezusa na Jezioranach); na procesji, która w Środzie zaczyna się na rynku, nie zostaję.

Kościół gotycki z wieloma elementami wyposażenia z epoki renesansu. Bryła kościoła gotycka, ale wieża zwieńczona renesansową attyką. Okazała późnogotycka grupa pasyjna na belce tęczowej, ale ołtarz główny to już dzieło renesansu. Obraz przedstawiający Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny w dolnej części ołtarza nie bardzo mi się podoba, jest zresztą nieznanego autorstwa; za to bardzo mi się podoba Madonna z Dzieciątkiem w górnej części ołtarza. Informacja w kościele głosi, że namalował ją niejaki Catharini; po powrocie do Śremu w Internecie nie znajduję jednak żadnego malarza o tym nazwisku, czy to jakaś pomyłka?

Podczas mszy siedzę w pierwszym rzędzie ławek i mam okazję z bliska obejrzeć też późnogotyckie stalle z fundacji biskupa Jana Lubrańskiego. Zabytkowe stalle mają 500 lat, co nie przeszkadza wiernym – przeważnie starszym paniom ze Środy – zasiadać w nich podczas nabożeństwa. Nad stallami dwa obrazy szkoły flamandzkiej: „Podwyższenie krzyża” (niestety zbyt ciemny i trudno na nim z daleka coś zobaczyć) i „Zaparcie się Piotra” (znakomite studium psychologiczne z XVII wieku). Podobają mi się też trzy renesansowe płaskorzeźby ukazujące Boga Ojca, Ducha Świętego i Ostatnią Wieczerzę i renesansowa płyta nagrobna Ambrożego Pampowskiego przy wejściu.

I wreszcie ostatnie odkrycie. Już wcześniej słyszałem o kaplicy Gostomskich w średzkiej kolegiacie, ale dopiero teraz mogę wejść do niej. Renesansowa kaplica z początku XVII wieku, ośmioboczna, bardzo wysoka, z latarnią u szczytu, robi ogromne wrażenie. Wzorowana na kaplicy Zygmuntowskiej na Wawelu, również pełni rolę mauzoleum, chociaż spoczywające w niej osoby są o wiele mniej znakomite niż ostatni królowie z dynastii Jagiellonów: Anna z Ostrorogów Sieniawska i jej córka Urszula Gostomska; miał tu być pochowany też jej mąż Hieronim Gostomski, jednak do tego nie doszło. Obok wspaniałego nagrobka Anny Sieniawskiej przejmujące wrażenie sprawia nagrobek Zygmunta Stadnickiego, młodego chłopca, siostrzeńca Hieronima Gostomskiego i chrześniaka Zygmunta III Wazy. Jedna z najpiękniejszych kaplic w Wielkopolsce…

I do tego ta historia kościoła… Od 1496 do 1792 roku odbywały się w nim sejmiki szlacheckie województw poznańskiego i kaliskiego. W swoich pamiętnikach wspomniał o nich też Józef Wybicki (konserwatywnie nastawiona szlachta omal go wtedy nie zarąbała za jego reformatorskie zapędy). Historia Środy Wielkopolskiej była chyba bogatsza i ciekawsza od historii Śremu, a jeśli porównać śremską farę z głównymi kościołami sąsiednich miast powiatowych (Kościana, Środy, Leszna, nawet Jarocina), porównanie wypadnie na niekorzyść Śremu. Przyczyna jest jasna – chociaż fara w Śremie (pod tym samym wezwaniem co kolegiata w Środzie) też jest kościołem gotyckim, oryginalnego wyposażenia zachowało się niewiele, obecny wystrój pochodzi głównie z końca XIX wieku i późniejszych lat. Aby poczuć prawdziwe tchnienie historii, trzeba pojechać dalej…

Trzemeszno

11 czerwca – kolejna wyprawa Szlakiem Piastowskim przez Środę Wielkopolską i Gniezno w kierunku wschodnim, ale inna od poprzednich. W ubiegłych latach na wycieczki te przeznaczałem soboty, dziś jadę w niedzielę; chcę zobaczyć po drodze kościoły, które w dni powszednie przeważnie są zamknięte. Zaplanowany przystanek końcowy – klasztor i kościół św. Jana w Mogilnie, koło którego tyle razy przejeżdżałem, ale w którego wnętrzu jeszcze nie byłem.

Wyjazd o godzinie 6 rano, pierwszy postój dopiero w Nekli. Kościół otwarty i prawie pusty, dopiero za 20 minut rozpocznie się msza, mogę go więc dokładnie obejrzeć. Już z daleka kościół robi wrażenie swoją dużą kopułą; czy ktoś tu się wzorował na bazylice św. Piotra? Bardziej prawdopodobną inspiracją jest chyba jednak bazylika świętogórska w Głogówku. Na fasadzie nad głównym wejściem pasja wyrzeźbiona przez Władysława Marcinkowskiego. Świątynia neobarokowa z 1901 roku, wyposażenie przeniesiono jednak z wcześniejszego drewnianego kościoła z XVIII wieku – ciekawe i cenne, podoba mi się zwłaszcza XVIII-wieczny (barokowy) obraz „Koronacja Najświętszej Marii Panny”.

Przystanek drugi – Czerniejewo, w którym dotychczas zatrzymywałem się tylko w pałacu i okalającym go parku, teraz wchodzę (chyba, jak w Nekli, też po raz pierwszy) do wnętrza kościoła leżącego tuż przy głównej trasie. Tablica informacyjna dumnie głosi, że kościół pochodzi z XVI wieku, od tego czasu był jednak tak często przebudowywany i rozbudowany, że z tego pierwotnego gotyku niewiele zostało, świątynia przypomina mi raczej historyzujące budowle z XIX wieku. Wyposażenie mniej cenne niż w Nekli, ciekawe są za to epitafia – między innymi ogromne rozmiarami hrabiów Skórzewskich, właścicieli Czerniejewa, i  Jana Alkiewicza, który poległ w powstaniu styczniowym, wykonane przez Marcina Rożka. W kruchcie tablica upamiętniająca urodzonego w Czerniejewie Onufrego Kopczyńskiego, autora pierwszej gramatyki języka polskiego.

Tuż przed Gnieznem zatrzymuję się jeszcze przy drewnianym kościele w Pawłowie z XVIII wieku. Też otwarty i pusty, wnętrze niestety dość mroczne i teraz nieoświetlone, nie mogę więc mu się dokładnie przyjrzeć, zwracam jednak uwagę na gotycką płaskorzeźbę przedstawiającą św. Annę Samotrzecią. Piękna polichromowana płaskorzeźba robi duże wrażenie; dlaczego tak ceny zabytek pozostaje tu niezabezpieczony?

W Gnieźnie tylko krótki postój, aby coś zjeść i wypić, tym razem nie zwiedzam gnieźnieńskich zabytków, jadę prosto do Trzemeszna.

* * *

W przeciwieństwie do poprzednich kościołów, których wnętrza dziś zwiedziłem po raz pierwszy, w bazylice w Trzemesznie już byłem dwa albo trzy razy, ostatnio jednak tak dawno temu, że chętnie ją sobie przypomnę. O godz. 11.30 zaczęła się msza, wchodzę do świątyni, łamiąc zakaz zwiedzania kościoła podczas nabożeństw, o którym informują tabliczki przy drzwiach wejściowych. Mogę też wysłuchać kazania o Duchu Świętym, które właśnie zaczął wygłaszać ksiądz – nie wiem, czy to miejscowy wikariusz; kazanie jest tak długie i żarliwe, że może to być też jakiś misjonarz, rekolekcjonista. Obchodzę dokoła główną nawę, zerkając na bogate polichromie i sztukaterie; mam nadzieję, że nie przeszkadzam zbytnio wiernym w modlitwie?

Po wyjściu chwila zastanowienia – w planach mam jeszcze zwiedzenie kościołów w Mogilnie. Jest tuż przed godz. 12, a mój pociąg z Mogilna odchodzi o 13.56. Na pewno na niego zdążę, w Mogilnie jednak nie będę miał już czasu niczego zwiedzić; kiedy tak dojadę, kościoły mogą zresztą już być zamknięte. Zmieniam plany, decyduję się zostać i dokładniej zwiedzić Trzemeszno. Po zakończeniu mszy mogę dokładnie obejrzeć bazylikę, nie przeszkadzając nikomu, wreszcie będę mógł też poznać bliżej miasto.

Bazylika w Trzemesznie jest jednym z najcenniejszym obiektów architektury sakralnej w Wielkopolsce. Jest też bardzo stara – po zachodniej stronie nawy, koło chóru muzycznego, odsłonięto dwie romańskie kolumny, obok widać też pozostałości architektury gotyckiej. Obecny kształt architektoniczny kościoła to jednak barok, w XVIII wieku gruntownie przebudował go opat Michał Kosmowski (od XII do XIX wieku w Trzemesznie mieli swoją siedzibę norbertanie). Szczególnie interesują mnie polichromie i sztukaterie, niestety przewodnik „Szlak Piastowski” Włodzimierza Łęckiego, który zabrałem z sobą na wycieczkę, informuje o nich bardzo oględnie, mówiąc jedynie, że polichromie na czaszy kopuły to dzieło Franciszka Smuglewicza, po wojnie odtworzone przez Zofię Wilińską (w 1945 roku kościół został podpalony przez wycofujących się Niemców, w bocznej nawie do dzisiaj można obejrzeć nadtopione, wypalone cegły). Szkoda, bo program ikonograficzny tych przedstawień jest bardzo bogaty – męczeństwo i pogrzeb św. Wojciecha, sceny ze Starego i Nowego Testamentu. Wiele z nich rozpoznaję, jak bitwę Izraelitów z Medianitami czy węże kąsające Izraelitów na pustymi, niektórych scen nie jestem jednak w stanie zidentyfikować. Odróżniają się od nich dwa współczesne monochromatyczne freski przedstawiające Zwiastowanie i Nawiedzenie – duży kontrast z resztą przedstawień, ale pasuje do wnętrza. Do tego dużo epitafiów i tablic na ścianach kościoła – zabytkowych z dawnych wieków (opatów Aleksandra Mieleńskiego i Michała Kosmowskiego) i późniejszych. Te upamiętniają między innymi urodzonego w Trzemesznie Jana Kilińskiego i Hipolita Cegielskiego (urodził się w pobliskich Ławkach), najbardziej przejmujące są jednak dla mnie dwie zawieszone naprzeciw siebie tablice upamiętniające postaci, o których chyba nawet większość trzemeszan nie słyszała: Jacka Strzyżewskiego, pilota RAF-u, który zginął podczas wojny nad Wilhelmshaven (na tablicy błędnie napisano „Wilhelmshafen”) i profesora trzemeszeńskiego gimnazjum w XIX wieku Hermanna Heuschkela – „przyjaciela Polaków”. Sąsiedztwo nader symboliczne…

Po wyjściu z bazyliki jeszcze objazd uliczkami miasta, które jest niewielkie, nieregularnie rozplanowane i… dość brzydkie. Poza kościołem cennych zabytków niewiele, poza alumnatem z XVIII wieku, który później, w XIX wieku, stał się sławnym gimnazjum w Trzemesznie, szkołą, którą można porównać chyba tylko z gimnazjum Marii Magdaleny w Poznaniu – uczyli się w niej Hipolit Cegielski, Stefan Garczyński, bracia Hulewiczowie, Marian Langiewicz, Czesław Łuczak, Jędrzej Śniadecki, Wojciech Trąmpczyński, Jerzy Waldorff… Jak widać, i małe ośrodki mogą odegrać ogromną rolę w nauce.

Festiwal Kultury Słowiańskiej i Cysterskiej w Lądzie, 2017

3 czerwca – po rocznej przerwie znowu wyjazd na już XIII Ogólnopolski Festiwal Kultury Słowiańskiej i Cysterskiej w Lądzie nad Wartą i jednocześnie, po miesiącach jeżdżenia tylko do Poznania, wreszcie pierwszy w tym roku wyjazd w dłuższą trasę.

Wyjazd ze Śremu o godz. 6.30 przez Książ, Żerków i Śmiełów. W Śmiełowie Muzeum Adama Mickiewicza jest jeszcze zamknięte, nie mogę więc sobie przypomnieć jego wnętrz, pozostaje mi tylko wspaniała panorama Pradoliny Warszawsko-Berlińskiej ze Wzgórz Żerkowskich. O godz. 10.10, chwila dla mnie szczególna, też po raz pierwszy w tym roku przejeżdżam przez most na Prośnie, aby znaleźć się w byłym zaborze rosyjskim – to również Wielkopolska, ale jakże inna kulturowo. Potem do Pyzdr i wzdłuż Warty przez Ciążeń do Lądu. Piękne krajobrazy; przed Pyzdrami, na łęgach nadwarciańskich, jak na Kanale Ulgi w Śremie, kwitnie firletka, jest jej chyba nawet więcej niż w moim mieście; ciekawe, czy władze Pyzdr też, jak w Śremie, wykorzystują tę roślinę o pięknych kwiatach w celach marketingowych; potem ciągnące się szeroko łęgi między Pyzdrami i Ciążeniem. W Ciążeniu próbuję wejść do pałacu biskupiego, który znam tylko z zewnątrz, wstępu broni jednak pani portierka – odbywają się tu tylko sympozja i inne zamknięte imprezy, pomieszczeń pałacu nie zobaczę, mogę tylko obejrzeć gipsowe rzeźby wykonane niedawno przez studentów Wydziału Pedagogiczno-Artystycznego UAM w Kaliszu i ustawione w holu. Cały czas wieje wschodni wiatr, który przeszkadza w jeździe, w Lądzie jestem dopiero o godz. 12.00, po 5,5 godzinach podróży.

* * *

– Uwaga, proszę państwa, o godz. 12 rozpocznie się zwiedzanie klasztoru. Chętni proszeni są o zgłoszenie się przed furtą – słyszę w głośnikach od razu po przyjeździe na pełen ustawionych namiotów, stoisk, ludzi i gwaru plac przed kościołem. Chyba przyjechałem w odpowiednim momencie? Szybko parkuję rower i dołączam do grupy. Oprowadza nas kleryk Dan, jak głosi napis na identyfikatorze. Dan to jego prawdziwe imię, „od chrztu”, jak  wyjaśnia Dan zaciekawionej pani, która o to pyta. W Lądzie studiuje w seminarium salezjańskim i teraz pokaże nam najważniejsze zakątki klasztoru. W kościele i klasztorze byłem już wielokrotnie i dość dobrze je znam, również podczas tego godzinnego oprowadzania dowiaduję się jednak kilku nowych ciekawych rzeczy, przede wszystkim na temat obrazów i fresków Adama Swacha, którymi artysta bogato ozdobił klasztor i kościół w XVIII wieku. Moje uczucia wobec tej twórczości są mieszane. Z jednej strony wiele z tych prac to dla mnie przykłady barokowego kiczu, nijak się nie mających do dzieł zachodnioeuropejskich artystów z tego okresu, z drugiej strony pewna naiwność bijąca z tych dzieł też może być interesująca – jako manifestacja, prostej, wręcz prostodusznej pobożności Polski czasów saskich.

Z pomieszczeń przypominam sobie dawny kapitularz, również z ciekawymi freskami; niestety znowu nie możemy wejść do najcenniejszego pomieszczenia w Lądzie – oratorium św. Jakuba z XIV-wieczną polichromią i gotyckim ołtarzem. Obawa przed uszkodzeniem tych bardzo cennych zabytków sprawia, że oratorium stale jest zamknięte, można je tylko obejrzeć przez zamknięte drzwi z wyciętymi otworami. Nasza wycieczka kończy się w Sali Opackiej, gdzie na suficie możemy zobaczyć kolejny fresk Swacha (i kolejny jego autoportret wśród przedstawionych postaci) i gdzie za chwilę rozpoczną się wykłady, na które specjalnie tu przyjechałem.

* * *

Tematem tegorocznego festiwalu są „Grody i miasta” i tematowi temu są też poświęcone cztery wykłady w sali Opackiej: „Grody plemion polskich” dr. Jacka Bojarskiego, „Grody i ich znaczenie w państwie piastowskim” dr. Macieja Przybyła, „Powietrze miejskie czyni wolnym” prof. Zbyszka Górczaka i „Przestrzeń średniowiecznego miasta i jej wykorzystywanie” dr. Maurycego Kustry. Bardziej interesują mnie dwa ostatnie wykłady, co wynika z faktu, że historia późnego średniowiecza jest dla mnie ciekawsza niż wczesne dzieje czy prehistoria Polski. Dużo interesujących rzeczy mogę się jednak dowiedzieć ze wszystkich wykładów, nawet na temat Śremu – gród w Śremie jest jednym z najstarszych na ziemiach Wielkopolski. Dlaczego i jak powstawały grody? Dlaczego od XI wieku w Europie Zachodniej, a później na Śląsku i w Wielkopolsce zaczęto lokować miasta? Jak wyglądało ukształtowanie urbanistyczne średniowiecznego miasta? Czym rynek śremski różni się od rynku poznańskiego? Na zakończenie trwających dwie i pół godziny wykładów przewidziano też czas na dyskusję. Pierwsze dwa pytania zadaję ja:

– W dwóch wykładach padła tu słynna  nazwa „Civitas Schinesghe” jako występujące w dokumencie „Dagome iudex” określenie państwa Mieszka, mające odnosić się do Gniezna. Słyszałem jednak hipotezę, że wcale nie chodzi to o Gniezno, lecz o Szczecin.

– Tak, są takie głosy – odpowiada Maciej Przybył – zgadzałoby się to nawet z opisem przebiegu granic w tym dokumencie. Większość historyków uważa jednak, że Schinesghe to Gniezno. Bo co Szczecin robiłby w państwie Mieszka? Oczywiście pewni nie jesteśmy. Sam „Dagome iudex”  jest kopią, odpisem wcześniejszych dokumentów i nazwa ta z pewnością uległa zniekształceniu.

– A inne grody? Na mapie prezentowanej podczas wykładu dr. Bojarskiego zauważyłem, że większość odkrytych grodów leży w zachodniej Polsce: na Pomorzu, w Wielkopolsce i na Śląsku. Wschód kraju jest bardzo słaby reprezentowany. Dlaczego było tam ta mało grodów?

– Grody budowano tam, gdzie było zagrożenie – odpowiada Jacek Bojarski – można też mówić o różnicach kulturowych…

– Tak, to bardzo istotne – dopowiada inny z naukowców. – W historiografii peerelowskiej przyzwyczajono nas do myślenia o państwie Mieszka w tych kategoriach, właśnie od Odry do Bugu. Ale przecież, jeśli się zastanowić, ani Odra, ani Bug nie były poważnymi barierami dla wędrujących wtedy plemion i najeźdźców. Prawdziwą barierą, rzeką, którą trudno było przekroczyć, była dopiero Wisła, a jak pan zauważył, właśnie na wschód od Wisły ta liczba grodów spada. Czy więc nie powinniśmy zrewidować naszego poglądu na temat granicy pomiędzy Słowiańszczyzną Zachodnią i Wschodnią?

Padają też inne pytania – o Powidz, podobno najstarsze miasto w Wielkopolsce (lokowane w 1243 roku), o średniowieczne odżywianie… Jest już jednak godz. 15.45, a godz. 16.29 odjeżdża mój pociąg powrotny ze Słupcy. Jeśli chcę na niego zdążyć, to już najwyższy czas, aby pożegnać się z festiwalem. Wśród tłumów zwiedzających i uczestników festiwalu (wielu w średniowiecznych zbrojach i z mieczami u boku), namiotów i kramów kieruję się ku wyjściu.

Poznańska Wiosna Gitarowa

Na koncercie Poznańskiej Wiosny Gitarowej 27 maja znalazłem się dość przypadkowo. Po wizycie na wystawach w Bibliotece Raczyńskich i wykładzie w Muzeum Narodowym zajrzałem też do Galerii Miejskiej „Arsenał”, gdzie odkryłem, że za kilkanaście minut, o godz. 13, rozpoczną się koncerty konkursu, o którym wcześnie słyszałem, ale na którym jeszcze nie byłem. Już za chwilę wystąpią najmłodsi uczestnicy, po południu będą grać też starsi i zespoły. Trzeba zostać i posłuchać.

Bardzo lubię gitarę – klasyczną. Pamiętam, jak wiele lat temu wybrałem się na festiwal gitarowy do Mosiny, spodziewając się hiszpańskich klasyków; zamiast tego, ku memu rozczarowaniu, ze sceny na gitarach elektrycznych popłynęła ostra muzyka rockowa. Tu takie rozczarowanie mi nie grozi, występujące dzieci i młodzież grają na gitarach akustycznych. Po oficjalnym otwarciu rozpoczynają grę najmłodsi uczestnicy, niektórzy chyba nawet w wieku przedszkolnym, starsi tymczasem ćwiczą w innych pomieszczeniach „Arsenału”.

Jestem pełen podziwu dla zapału i zaangażowania młodych wykonawców. Niektórych zjada wprawdzie trema i nie są w stanie dokończyć występu. Niestety młody, dziecięcy wiek ogranicza też dobór repertuaru, który są w stanie zagrać – nie jest to ani Paganini, ani Rodrigo. Po pewnym czasie decyduję się więc zwiedzić Biennale Grafiki Studenckiej na piętrze „Arsenału”, które niestety też jest raczej rozczarowaniem. Dominuje abstrakcja, dobrej sztuki figuratywnej niewiele. Na pewno nie są to dzieła tej klasy co na Biennale Małej Formy Graficznej i Ekslibrisu w Ostrowie Wielkopolskiej, na którym byłem w ubiegłym roku, ale też twórczość ta ma inny charakter – przeważają prace dużych rozmiarów.

Na schodach i zapleczu „Arsenału” tymczasem ćwiczy starsza młodzież. To już całkiem inna muzyka, finezyjna i o bardziej rozbudowanej fakturze. Może zostać na ich koncertach? Druga część Poznańskiej Wiosny Muzycznej zacznie się jednak o godz. 15.30 i skończy o 18, potem jeszcze koncert laureatów, a ja chcę wcześniej wrócić do domu. Rezygnuję. Musi mi wystarczyć muzyka z płyt.

Muzeum Henryka Sienkiewicza w Poznaniu – Moś to był ktoś

Niestety nie byłem 13 maja na wernisażu najnowszej wystawy „Moś to był ktoś” w Muzeum Literackim Henryka Sienkiewicza w Poznaniu – akurat tego dnia pojechałem do teatru w Lesznie. Szkoda, bo straciłem okazję poznania nie tylko prezydenta Poznania, lecz również Juliusza Sienkiewicza, wnuka Henryka. No i oczywiście przedstawicieli rodziny Mosiów, którzy też przyjechali na wernisaż wystawy poświęconej ich krewnemu – Ignacemu Mosiowi, założycielowi muzeum. Dopiero w ubiegłą sobotę, 27 maja, udało mi się zwiedzić wystawę.

Wystawa jak zwykle w tej placówce bardzo kameralna, zajmująca tylko jedno pomieszczenie, ale ciekawa. W tym roku obchodzimy 100. rocznicę jednego z najbardziej zasłużonych dla kultury Wielkopolan. Ignacy Moś, urodzony w Ostrzeszowie, uczył się kupiectwa w Ostrowie Wielkopolskim, następnie pracował jako subiekt. Zaskakują przedwojenne zdjęcia Ignacego Mosia, całkiem niepodobne do tych z późnych lat jego życia; na zdjęciach z lat 30., bardzo przystojny, wygląda jak amant filmowy. Dobre czasy wkrótce jednak się skończyły, na początku wojny, jak wielu Wielkopolan, został wysiedlony do Kielc w Generalnym Gubernatorstwie, gdzie w pobliskim Oblęgorku poznał Henryka Józefa Sienkiewicza, syna pisarza. W dowód wdzięczności, jaką Moś mu wtedy okazał, chroniąc go przed gestapo, Henryk Józef podarował mu bibliofilski egzemplarz „Quo Vadis” – pierwszą pozycję w bardzo obszernym zbiorze sienkiewiczianów, które od tego czasu Moś zaczął gromadzić. W 1977 roku Ignacy Moś podarował swoje zbiory miastu Poznań, a w 1978 roku w kamienicy, która w XVI wieku należała do Giovanniego Battisty di Quadro, budowniczego poznańskiego ratusza, otwarto Muzeum Literackie Henryka Sienkiewicza.

Najcenniejszą częścią wystawy są dla mnie archiwalne nagrania filmowe pokazujące rozmowy z Ignacym Mosiem, wspominającym swoje życie, a także moment otwarcia muzeum. Są też inne pamiątki – fotografie, medale i odznaczenia (w tym papieski Order Świętego Sylwestra, Order Uśmiechu), nawet zachowana księga handlowa jego sklepu.

Ignacy Moś zmarł w 2001 roku. Podczas zwiedzania wystawy zacząłem się zastanawiać, czy byłby zadowolony z obecnego kształtu swojego muzeum. Od zakończenia generalnego remontu i ponownego otwarcia w 2014 roku Muzeum Literackie Henryka Sienkiewicza w Poznaniu jest całkiem inną placówką – pełną multimediów, unowocześnioną, o wiele atrakcyjniejszą niż dawniej. Myślę, że tak – o otwartości Ignacego Mosia na nowe pomysły świadczy jego entuzjazm dla hucznego otwarcia muzeum w 1978 roku, kiedy to w pochodzie wystąpili nawet bohaterowie Trylogii w historycznych kostiumach, co możemy zobaczyć w nagraniu filmowym. Jak widać, już wtedy rekonstrukcje historyczne cieszyły się popularnością.

Po krótkim zwiedzeniu opuszczam muzeum. Czekają mnie dzisiaj jeszcze dwie wystawy w Bibliotece Raczyńskich, wykład w Muzeum Narodowym i koncert Poznańskiej Wiosny Gitarowej.