Kościół Najświętszej Maryi Panny Wniebowziętej w Mórce

15 sierpnia – wyjazd na mszę odpustową do kościoła w Mórce. Byłem w nim wielokrotnie, również na mszy, ale chętnie go sobie przypomnę w najważniejsze dla parafii i wioski święto.

Ze wszystkich kościołów i kaplic w wioskach w gminie Śrem (Dalewo, Mórka, Błociszewo, Nochowo, Pysząca, Mechlin, Luciny) ten w Mórce podoba mi się chyba najbardziej (w całym powiecie śremskim palmę pierwszeństwa należy przyznać oczywiście drewnianemu kościołowi w Błażejewie). Dlaczego? Jest wprawdzie stary, pochodzi z końca XVI wieku, ale tej dawności, zabytkowości nie widać na pierwszy rzut oka, tak jak nie widać tego, że jest kościołem o konstrukcji szachulcowej (popularnie zwanej murem pruskim) – z zewnątrz bowiem jest oszalowany deskami, a wewnątrz otynkowany.

Wnętrze kościoła w Mórce podoba mi się, chociaż trudno je nazwać cennym. Najcenniejszym obiektem jest ołtarz główny z barokowym obrazem Matki Boskiej z Dzieciątkiem; niestety jest zasłonięty srebrną sukienką z XVIII wieku, nie można go więc obejrzeć w oryginalnej postaci. Do tego dwa ołtarze boczne z obrazami przedstawiającymi Wszystkich Świętych i świętą Annę nauczającą Marię. Malarze nie są znani; podoba mi się obraz w ołtarzu głównym (czy kiedykolwiek będę miał okazję zobaczyć go w pełnej krasie, po zdjęciu sukienki?); dwa w ołtarzach bocznych to chyba dzieła niemieckiej szkoły nazarejczyków z początków XIX wieku; polichromie w prezbiterium i nawie, przedstawiające czterech ewangelistów i ośmioro świętych polskich, bez większej wartości artystycznej, zostały namalowane przez współczesnego artystę Teodora Szukałę. Chyba najciekawszym elementem architektonicznym (nie widziałem go w innych kościołach koło Śremu) jest łuk tęczowy, ale bez zwykle występującej belki tęczowej, tylko koszowy łuk tęczowy, wsparty na dwóch kolumnach toskańskich. Co sprawia więc, że kościół w Mórce cenię najwyżej spośród wiejskich kościołów w gminie Śrem? Pewnie jego ogólny klimat, kameralność połączona z dobrym zharmonizowaniem poszczególnych elementów wystroju.

Kiedy podjeżdżam pod niego po krótkiej jeździe ze Śremu, dokoła kościoła jest już bardzo dużo ludzi – mieszkańców Mórki, okolicznych wiosek, nawet mojego miasta. Spotykam znajomą, która na odpuście sprzedaje kolorową watę cukrową i pop-corn (na odpuście jest łącznie siedem stoisk), po krótkiej rozmowie zostawiam pod jej opieką rower i idę już w kierunku kościoła, w którym wierni odmawiają różaniec przed mszą.

Msze w wiejskich kościółkach mają swój urok, zwłaszcza msze z tak uroczystej okazji, jaką jest odpust. Wszyscy są odświętnie ubrani, na tym tle wyróżniam się moim niedbałym strojem turysty rowerowego. Nie znam żadnego z wiernych, chociaż możliwe, że niektórzy z nich znają mnie – tłumacza ze Śremu, któremu kiedyś zlecali tłumaczenia, obserwację architektury i wyposażenia świątyni mogę łączyć z obserwacją wiernych, duchownych, dzieci. Około dziesięciorga dzieci zasiadło na stopniach ołtarza, potem będą sypać płatki kwiatów podczas procesji, na razie zajmują się swoimi sprawami. Chłopczyk macha ręką do kolegi, dwie dziewczynki z przejęciem plotkują o czymś, trzecia dziewczynka siedzi ze złożonymi rękoma rozmodlona, innemu chłopcu rozwiązała się rewerenda  i trzeba ją poprawić. Mszę prowadzi zaproszony przez księdza proboszcza ksiądz Jacek Markowski z Poznania, który opowiada o Wniebowzięciu Najświętszej Marii Panny, o historii dogmatu; lektorami Pisma Świętego są kobiety, które na równi z ministrantami służą do mszy; jeden z psalmów śpiewa młoda kobieta, która, jak się później okazuje, właśnie wzięła ślub w tym kościele.

Po mszy rozpoczyna się procesja, na której nie zostaję; wykorzystuję okazję, aby jeszcze raz obejrzeć świątynię i główny ołtarz. Łączy się z nim legenda, którą cytuje Zbigniew Szmidt w swoim przewodniku „Powiat śremski”, niestety nie podając źródła:

W miejscu, gdzie w XIX wieku był niewielki stawek zarosły trzciną, zwany przez miejscowych Wsisko, stała przed laty wieś z kościołem. Po pożarze, któremu uległa wieś z kościołem, z którego tylko obraz Matki Boskiej uratować zdołano, zaszła sprzeczka pomiędzy mieszkańcami Bodzyniewa i Mórki, dokąd obraz ten ma być wzięty. Sprzeczkę rozstrzygnął proboszcz: iż kto wpierw z mieszkańców Bodzyniewa i Mórki w pierwsze święto wielkanocne po zjedzeniu święconego będzie na miejscu, gdzie  stał kościół, ten będzie mógł zabrać obraz.

Jak widać, pierwszy był mieszkaniec Mórki.

Odpust

Coroczny odpust przy kościele Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Puławach to jedno z najwcześniejszych moich wspomnień dzieciństwa z początku lat 70. Kościół był położony trochę dalej, „Na Górce”, jak mawiają puławianie, odpust odbywał się natomiast na mojej ulicy Izabeli, praktycznie pod moimi oknami – mieszkałem na parterze bloku numer 5.

Każdego roku dzień 15 sierpnia był wielkim wydarzeniem w życiu dziecka, oczekiwanym i upragnionym. Już od samego rana budziły mnie hałasy na ulicy – handlarze ustawiali i zbijali swoje kramy, rozkładali na nich towary. Po porannych mszach pojawiali się pierwsi kupujący, było ich coraz więcej  i więcej, w końcu koło południa i wczesnym popołudniem cała (wprawdzie niedługa) ulica Izabeli huczała gwarem rozmów, piskami trąbek, wystrzałami – jakże wyraźna jest moja pamięć słuchowa tamtych dni… Ulica zapełniała się, dorosłymi, ale przede wszystkimi dziećmi, które z przejęciem biegały od stoiska do stoiska, ściskając w ręku drobne otrzymane od rodziców, które wydawały na… Na co wydawaliśmy pieniądze? Na watę cukrową, zabawki, różne plastykowe wiatraczki, świecidełka… Nie wiem, co kupowały dziewczynki, nas, chłopców, interesowały przede wszystkim korkowce, czyli pistolety na korki i kapiszony, z którymi biegaliśmy potem po podwórku.

W odpust odwiedzał mnie też kolega ze szkoły, razem chodziliśmy po stoiskach, rozglądaliśmy się i kupowaliśmy nowy zapas korków, które potem ładowaliśmy do naszych pistoletów (przeważnie już mieliśmy je z poprzednich odpustów). Pamiętam szokujące wydarzenie podczas jednego z takich odpustów, kiedy koledze podczas manipulowania przy korkowcu wybuchł korek w rękach – złapał się za twarz, zakrył oczy dłońmi; nie, nie stracił wzroku, skończyło się na jego (i moim) strachu.

A potem przychodziło wielkie sprzątanie wieczorem, chociaż śmieci na ulicy walały się jeszcze następnego dnia, dopóki ich nie uprzątnęły służby oczyszczania miasta. O odpuście długo się pamiętało, i czekało na następny.

Z aspektu religijnego wydarzenia nie rozumiałem chyba nic, nie zdawałem sobie nawet sprawy z religijnego znaczenia słowa „odpust”, dla mnie odpust był po prostu wielkim, wspaniałym jarmarkiem, w ogóle nie kojarzyłem go z odpuszczaniem grzechów. Nasza parafia chyba też zdawała sobie sprawę z całkowitej świeckości tego jarmarku, że nie ma on nic wspólnego z religią, skoro nie zezwalała na budowę kramów tuż przy kościele „Na Górce”. Musiały być one ustawiane właśnie na ulicy Izabeli, aby hałas nie przeszkadzał w nabożeństwach.

Wspomnienia te dotyczą pierwszej połowy lat 70. Później oczywiście też odbywały się tam odpusty, nadal pod oknami naszego mieszkania, już mnie jednak nie interesowały. Czy to ja wyrosłem, czy odpusty stały się inne? Myślę, że i jedno, i drugie. Moi rodzice też potwierdzali, że „odpusty teraz to nie to, co dawniej”. Stały się mniejsze, jakby skurczyły się. Czy nadal odbywają się w Puławach na Izabeli? Z tego, co wiem, tak, chociaż przestały już być taką atrakcją w mieście, jaką były kiedyś.

Od 35 lat nie mieszkam w Puławach. W mojej parafii w Śremie w Wielkopolsce odpustów (w znaczeniu jarmarków) nie ma. Podczas moich wycieczek rowerowych czasami trafiam na odpusty w okolicznych wioskach, na przykład w Śnieciskach na św. Marcina, Wyskoci na św. Andrzeja, Jaszkowie na św. Barbary. W porównaniu z odpustami puławskimi z lat mojego dzieciństwa są to jednak tylko miniodpusty, z kilkoma stoiskami i niewielką liczbą kupujących. I przyczyną tego chyba nie jest tylko chłodna, listopadowa i grudniowa pora roku i mała wielkość parafii…

Muzeum Etnograficzne w Poznaniu – Romanipen, czyli co to znaczy być Romem

Na wystawie „Romowie ≠ Cyganie” w Muzeum Etnograficznym w Poznaniu byłem w sam dzień otwarcia – na wernisażu 8 kwietnia, który też opisałem na tym blogu. Wrażenia miałem wtedy mieszane, raczej negatywne – niechęć wzbudziła we mnie wszechobecna na wystawie poprawność polityczna i jej dydaktyzm, pragnienie wpojenia zwiedzającym za wszelką cenę (również cenę prawdy) tolerancji, nie w dawnym, pierwotnym znaczeniu tego słowa, kiedy tolerancja oznaczała właśnie tylko tolerowanie, tylko nowym, kiedy tolerancja oznacza zakaz wszelkiej krytyki i w istocie promocję jakiegoś zachowania. Mimo to wystawa jest jedną z ważniejszych, które można w tym roku obejrzeć w Poznaniu, postanowiłem więc pojechać do gmachu przy Mostowej po raz drugi, wprawdzie nie tyle na wystawę, co na towarzyszący jej wykład pod tytułem „Romanipen, czyli co to znaczy być Romem” prowadzony przez Witolda Przewoźnego, kuratora i współautora wystawy.

Wyjazd 12 sierpnia o 8 rano – tuż po nocnej burzy, która znowu nawiedziła zachodnią Polskę. Jadąc rowerem, mijam połamane gałęzie, konary, nawet całe drzewa powalone przez wichurę. Śrem tak bardzo nie ucierpiał, na Pomorzu szkody spowodowane nawałnicą były o wiele większe, zginęło tam też pięć osób. Przed budynkiem Muzeum Etnograficznego jestem o 11, do wykładu jeszcze godzina, korzystam więc z okazji, aby zwiedzić położone tuż obok Muzeum Bambrów Poznańskich. Muzeum jest otwarte tylko dwa dni w tygodniu, w piątki i soboty od 10 do 14, a ja ostatnio byłem w nim dawno temu, niewiele więc pamiętam. Mam szczęście, ponieważ muzeum zwiedza właśnie grupa młodzieży, którą oprowadza Aleksander Kubel, brat słynnego Juliusza, autora „Blubrów Starego Marycha”. Aleksandra poznałem w Bibliotece Raczyńskich w grudniu 2016 roku, na promocji „Księcia Szaranka”, czyli dokonanego przez Juliusza Kubla przekładu „Małego księcia” na gwarę poznańską, teraz mogę posłuchać, jak opowiada o poznańskich bambrach, czyli niemieckich osadnikach, którzy przywędrowali do Poznania z Bambergu w XVIII wieku i szybko się spolonizowali. Dużo się zmieniło w muzeum od czasów mojej ostatniej wizyty – nowe eksponaty, na parterze zaaranżowano wnętrza izb z chat bamberskich ze sprzętami domowymi, które tworzą jakby miniaturowy skansen, tyle że pod dachem. Na piętrze zdjęcia, dokumenty (dużo z nich w języku niemieckim), elementy stroju bamberskiego, m.in. ważący 4 kg kornet (ozdobne nakrycie głowy) i rozcięte majtki „piorun trzasł”, bardzo ułatwiające intymną toaletę kobietom noszącym po kilka halek, spódnic, fartuchów. Opiekuna młodzieży (przeważają dziewczęta) pytam, skąd przyjechali, okazuje się, że z Tomaszowa Lubelskiego, w Poznaniu biorą udział w przeglądzie folklorystycznym „Integracje”.

– Kiedy mówimy, że jesteśmy z Tomaszowa, odpowiadają nam „Aha, to koło Lublina”. A my na to: „Nie, to koło Lwowa”. Bo do Lwowa mamy bliżej niż do Lublina. A przed wojną byliśmy w województwie lwowskim.

– Tak, wiem, gdzie jest Tomaszów Lubelski. Pochodzę w Puław, w Wielkopolsce zamieszkałem 30 lat temu.

Po powrocie do Śremu sprawdzę to w Internecie; opiekun grupy jednak się mylił, przed wojną Tomaszów Lubelski leżał w województwie lubelskim, nie lwowskim, nie jest to jednak istotne. Czas już przejść do Muzeum Etnograficzne, zaraz zacznie się wykład.

* * *

Po wstępie (trochę za długim, trwa 30 minut), podczas którego Witold Przewoźny znowu mówi o potrzebie tolerancji, zrozumienia dla kultury romskiej, przechodzimy do właściwej części wykładu. Romanipen, podstawowe pojęcie w kulturze cygańskiej, Wikipedia definiuje jako „ogół tradycji romskiej, niepisany kodeks postępowania oraz wzajemnych relacji w tradycyjnej społeczności romskiej, nieobejmujący stosunków z gadziami. Składają się nań wszystkie zwyczajowe prawatabu oraz sankcje grożące za ich złamanie”. Wykład jest interesujący, chociaż zbyt ukierunkowany tylko na jeden aspekt romanipen – mageripen, czyli skalanie. Na czym polega skalanie? Czym się różni „bare mageripen” (wielkie skalanie) od „tikne mageripen” (małego skalania)? Jakie konsekwencje grożą Cyganom, którzy dopuścili się skalania? Witold Przewoźny omawia te kwestie bardzo szczegółowo, ja chętnie posłuchałbym też o innych nakazach romanipen, na przykład ten o poszanowaniu języka cygańskiego (poszanowanie to nie uchroniło Cyganów przed stałym przyjmowaniem nowych słów od społeczności, w których żyją, i rozchodzeniem się języków cygańskich – Cygan z Polski nie jest w stanie porozumieć się z Cyganem z Francji) i przede wszystkim obowiązku bycia uczciwym, mówienia prawdy. Jak sam Witold Przewoźny przyznaje, to ostatnie dotyczy tylko relacji wewnątrz społeczności cygańskiej, Cyganie nie mają żadnych skrupułów wobec oszukiwania gadziów, romanipen tego nie zabrania. Na koniec wykładu możemy obejrzeć fotografie wykonane w cygańskim obozowisku w Poznaniu na ulicy Lechickiej. Od lat w bardzo trudnych warunkach mieszkają tam Cyganie, którzy przyjechali tu z Rumunii. Tylko niektórzy pracują, kobiety zajmują się żebractwem na ulicach.

Dyskusja po wykładzie (było niewielu ponad 10 słuchaczy, przyszła też cygańska poetka Róża Łakatosz z mężem, którą widziałem również na wernisażu) okazuje się ciekawsza od samego wykładu. Rozmowę zaczyna młody mężczyzna pytaniem o samoidentyfikację Cyganów. Od kiedy wiedzą, że pochodzą z Indii?

– Bardzo wielu Romów do tej pory tego nie wie – odpowiada Witold Przewoźny – i nie interesuje się tym. Uważają, że to i tak nic to nie zmienia w ich życiu. Charakterystyczne jest, że w języku romskim nie ma kategorii przeszłości i przyszłości, żyją tylko teraźniejszością.

– A skąd taki tytuł: „Romowie ≠ Cyganie”? – pyta drugi mężczyzna.

– O, to temat na oddzielny wykład – odpowiada kurator wystawy i znowu zaczyna opowiadać o potrzebie tolerancji, zrozumienia. – Celem wystawy było zmuszenie ludzi do zastanowienia się, krytycznego stosunku do klisz, stereotypów. Zauważył pan może komentarze przy tych cytowanych stereotypach. Na przykład: „Cyganie nie chcę pracować. A czy ty dałbyś im pracę?”

– Ciekawe pytanie. Może dałbym, gdyby ta praca miała polegać na przykład na  dostarczeniu czegoś. Ale wpuścić ich do domu? Tego bym nie zrobił. Sam pan powiedział, że romanipen nie zakazuje oszukiwania gadziów…

Teraz ja zabieram głos, pytając Witolda Przewoźnego:

– Właśnie. Czy nie sądzi pan, że wystawa ukazuje obraz Cyganów, który ma niewiele wspólnego z rzeczywistością? Wśród tych stereotypów obalanych na wystawie jest też zdanie: „Cyganie kradną. Czy wszyscy?”. Nie, nie wszyscy, ale jest faktem, że przestępczość wśród Cyganów jest o wiele wyższa.

– To nieprawda. Były badania naukowe, które wykazały, że Romowie nie popełniają więcej przestępstw.

– A na jakiej podstawie metodologicznej były prowadzone te badania? Bo jeśli porównywano liczby bezwzględne, to z pewnością liczba przestępstw popełnionych przez Cyganów jest niższa niż nie-Cyganów. Cyganów w Polsce jest jednak tylko około 20 tysięcy. Gdybyśmy porównali przestępczość w stosunku do liczby ludności, wyniki byłyby całkiem inne. I dlaczego jest to temat tabu? Dlaczego w mediach nie pisze się, że metoda okradania starszych ludzi „na wnuczka” została wymyślona przez Cygana Hossa i że to Cyganie wyspecjalizowali się w tej metodzie oszustwa? Dlaczego nie wolno o tym mówić?

– Ależ wolno. Tu, na tej ścianie, przeznaczyliśmy miejsce na opinie widzów o wystawie. Ściana jest już prawie zapełniona i głosy za i przeciw Cyganom są pół na pół.

Większość słuchaczy już wyszła. Zostałem tylko ja, dwóch mężczyzn i Witold Przewoźny, przyłącza się też strażnik z Muzeum, który wspomina o głośnej kilka lat temu sprawie rzekomej dyskryminacji Cyganów w poznańskich restauracjach.

– Znam dobrze kobietę, która pracowała w tej restauracji – przyznaje kurator. – Rzeczywiście tak było, że do lokalu przychodziła grupa Cyganów ze sprzętem grającym, który ustawiali na cały regulator i nie reagowali na prośby kelnerów o ściszenie. Po prostu prowokowali, czekali, aż ich wyrzucą, po czym w mediach pojawiły się artykuły o dyskryminacji Cyganów i sprawa trafiła do sądu. Taką mają strategię. Strategią jest też doskonała znajomość przepisów dotyczących praw socjalnych, zasiłków z pomocy społecznej. Po przyjeździe do danego kraju od razu wiedzą, dokąd się udać, aby uzyskać zasiłek. Ale czy w ogóle możemy oczekiwać podjęcia pracy przez Cygana? Jeśli jego ojciec nie pracował, jego dziadek, pradziadek również nie, jak mamy przekonać Roma, aby poszedł do pracy?

– Biorąc pod uwagę te wszystkie wewnętrzne konflikty między poszczególnymi społecznościami cygańskimi – Polska Roma, Lowarami, Bergitka Roma, które się nawzajem nienawidzą, gdyby nie ciągłe opieranie się na społecznościach, które ich przyjmują, Cyganie nie przetrwaliby… – zauważa młody mężczyzna.

– Mógł pan to powiedzieć dosadniej – odpowiadam – że Cyganie pasożytują na społecznościach, które ich przyjmują, i to od tysiąca lat.

– No, w zasadzie to prawda… – uśmiecha się Witold Przewoźny.

Wychodzę z Muzeum Etnograficznego o godz. 15, te cztery godziny okazały się ostatecznie ciekawie spędzonym czasem. Muszę jeszcze zajrzeć do Galerii Miejskiej „Arsenał” i do Muzeum Narodowego. Idąc Paderewskiego w kierunku al. Marcinkowskiego mijam żebrzącą Romkę – co najwyżej kilkunastoletnią dziewczynę (dziewczynkę) w długiej różowej spódnicy. Mieszka pewnie na obozowisku przy Lechickiej. Chętnie zamieniłbym z nią kilka słów, zapytał, jak jej się żyje w Polsce, wiem jednak, że dziewczyna prawie na pewno jest pod stałą obserwacją swoich braci albo kogoś innego z rodziny. Próba bliższego kontaktu mogłaby się dla mnie bardzo źle skończyć…

Wystawy „Zaćmienie” Izabeli Sitarskiej i „POP – Polska Okładka Płytowa” w „Arsenale” nie są zbyt ciekawe. Właśnie otwarta wystawa „Szczeliny wolności – sztuka w latach 1945 – 1948/1949” w Muzeum Narodowym z kolei wygląda na bardzo interesującą, jest też jednak bardzo obszerna. Na pewno nie zdążyłbym już jej dzisiaj zwiedzić, muszę zarezerwować sobie na nią inny dzień. Powrót do Śremu.

Muzeum Okręgowe w Lesznie – Stolice wielkopolskiego protestantyzmu. Z atelier artystów wielkopolskich

6 sierpnia – wyjazd do Leszna, na mszę w kościele św. Mikołaja i potem dwie wystawy w Muzeum Okręgowym. To pierwsza wizyta w tym muzeum od grudnia 2015 roku; w 2016 roku wprawdzie byłem w leszczyńskiej synagodze też podczas festiwalu Leszno Barok Plus na koncercie fortepianowym, mam nadzieję, że i w tym roku uda mi się na niego pojechać.

Pogoda dość ciepła i wietrzna, jeszcze przed Jerką na poboczu leżą połamane gałęzie drzew, później nawet całe pnie pocięte piłą – rezultat ostatniej wichury, która przeszła także nad Śremem, na szczęście chyba żadne samochody i podróżujący nimi wtedy nie ucierpieli. W leszczyńskiej kolegiacie jestem tuż po 13, akurat na początek mszy, na którą przyjechałem. Kościół św. Mikołaja ma opinię najładniejszego w Lesznie i na pewno takim jest, bogate, barokowe wyposażenie, w tym nagrobek Rafała Leszczyńskiego, ojca  Stanisława, króla Polski, i dziadka Marii Leszczyńskiej, królowej Francji, w kościele (zwiedzałem go już wielokrotnie) brakuje mi w nim jednak tego klimatu, który jest na przykład w farze w Kościanie. Po mszy przejazd do Synagogi na najnowszą wystawę czasową Muzeum Okręgowego.

* * *

Powodem zorganizowania wystawy „Stolice wielkopolskiego protestantyzmu. Leszno i Śmigiel. Współistnienie wyznań” była 500. rocznica wystąpienia Marcina Lutra i reformacji. Prądy reformacyjne były bardzo ważnym zjawiskiem w historii Leszna praktycznie od założenia miasta w XVI wieku, sprzyjali im Leszczyńcy, tak długo, aż w XVII wieku powrócili do katolicyzmu, ale nawet później, aż do końca I wojny światowej, Leszno było miastem protestanckim i – powiedzmy to wprost – niemieckim. Polskim stało się dopiero na skutek ustaleń traktatu wersalskiego.

Wystawa obszerna, zajmuje całą dużą salę synagogi, również jej środek, gdzie umieszczono między innymi sprzęty liturgiczne, a nawet stare, masywne drzwi protestanckiej świątyni z kutego żelaza. Dla mnie najbardziej interesujące są książki, dawne dokumenty i grafiki, których na wystawie jest bardzo dużo. Już na samym początku umieszczono np. miedzioryt przedstawiający Lutra (według Cranacha), trochę dalej wisi ekspresyjny miedzioryt ukazujący Bogusława Leszczyńskiego nieznanego autora, jest nawet grafika mojego ulubionego artysty Daniela Chodowieckiego, na której Rafał Leszczyński upomina na sejmie króla Zygmunta Augusta. Dużo też ciekawych przedstawień miast – śląskich, ale też Torunia, Gdańska, czyli twierdz polskiego protestantyzmu.

Z książek widzimy bardzo cenne, dawne wydania Biblii i innych druków religijnych, nie tylko Biblii Lutra, ale też tłumaczenia polskie – Biblia Brzeska, Biblia Gdańska, jest nawet przepiękne, kolorowe wydanie Biblii Kralickiej, pierwszego przekładu Pisma Świętego na język czeski. Większość książek i dokumentów jest w języku niemieckim, są też jednak druki polskie i czeskie – zaskoczeniem jest dla mnie książka wydana w języku czeskim przez Jana Amosa Komeńskiego, myślałem dotąd, że publikował tylko po łacinie.

Jan Amos Komeński zajmuje na wystawie poczesne miejsce, co jest zrozumiałe, biorąc pod uwagę ogromny wkład tego leszczynianina z wyboru w historię myśli religijnej. Oprócz niego wystawa ukazuje też postaci, o których do tej pory wiedziałem o wiele mniej, lub które w ogóle były mi nieznane, jak np. postać protestanckiej mistyczki Krystyny Poniatowskiej, zmarłej jeszcze przed zakończeniem wojny 30-letniej, która przepowiadała zwycięstwo w niej ewangelików i rychły upadek monarchii Habsburgów (jak wiadomo, przepowiednie te nie ziściły się).

Część ekspozycji poświęcona Śmiglowi jest o wiele mniejsza i koncentruje się na wspólnocie arian, która tam działała w latach 1560-1658 (później część arian przeniosła się do Rakowa, część przyjęła luteranizm). Najwybitniejszym jej przedstawicielem był Eliasz Arciszewski, ojciec urodzonego w Rogalinie Krzysztofa, późniejszego polskiego „konkwistadora” i admirała w służbie holenderskiej.

Wystawa bardzo potrzebna i z pewnością dobrze się stało, że Muzeum Okręgowe ją zorganizowało, bez historii protestantyzmu nie sposób zrozumieć historii miasta, jakże innej od historii innych miast wielkopolskich. Niestety wystawa ma dość poważny mankament w postaci braku ogólnego wprowadzenia do niej. Dlaczego Leszno było stolicą wielkopolskiego protestantyzmu? Skąd się tu wzięli protestanci i dlaczego odgrywali tak ważną rolę przez większą część historii miasta, praktycznie aż do 1920 roku, kiedy Leszno wróciło do Polski? Nie znajdujemy odpowiedzi na te pytania. Wystarczyło to krótko objaśnić na jednej lub dwóch planszach, na których opowiedziano by historię braci czeskich, Jednoty, protestantów wyznania ewangelicko-reformowanego, ewangelicko-augsburskiego, wyjaśniono różnice między tymi wyznaniami. Osoby, które nie znają historii Leszna i nie interesują się historią Kościoła, mogą mieć trudności ze zrozumieniem przesłania wystawy.

* * *

Po zwiedzeniu wystawy w Synagodze przejazd do gmachu głównego muzeum przy placu Metziga na wystawę „Z atelier artystów wielkopolskich”. Zgodnie z tytułem prezentowani są artyści wielkopolscy, ze szczególnym uwzględnieniem leszczyńskich, których dzieła znajdują się w kolekcji muzeum. Prace o bardzo różnej wartości, większość artystów jest mi nieznana, chociaż trafiają się nazwiska wybitne i dzieła interesujące. Do takich należy portret Zofii Dziurzyńskiej-Rosińskiej pędzla Hieronima Maliny, promujący wystawę na jej plakacie, rzeźba księżnej Czartoryskiej dłuta Władysława Marcinkowskiego czy „Posiłek” Alfreda Lenicy. Z nazwisk mniej znanych zwracam uwagę na przykład na autoportret Adama Hanytkiewicza czy „Rokitę na wierzbie” W. Boguckiego. Chociaż nie gustuję w tego typu sztuce, podobają mi się nawet niektóre starsze obrazy malowane przez Niemców, jak autoportret leszczyńskiego malarza Heinricha Steinbacha w stroju króla kurkowego z XIX wieku, czy obraz ulicy we Wschowie pędzla niejakiego A. Bergera (chyba nigdy się nie dowiem, kim byli..).

Niewielka wystawa nie tworzy jakiegoś logicznego ciągu, nie ma układu chronologicznego, ani tematycznego. Jest tylko ciągiem impresji, zaproszeniem do podróży w świecie portretów, pejzaży, scenek rodzajowych, w czasie której możemy też natknąć się na interesujące dzieła.

Muzeum Regionalne w Kościanie – Park Krajobrazowy im. gen. D. Chłapowskiego w fotografiach Marka Chwistka

30 lipca – po mszy w kościele farnym w Kościanie decyduję się odwiedzić jeszcze Muzeum Regionalne na rynku. Szczególnie interesuje mnie nowa wystawa czasowa „Park Krajobrazowy im. gen. Dezyderego Chłapowskiego w fotografiach Marka Chwistka”. Słyszałem o niej już kilka miesięcy temu i już wtedy zakonotowałem ją sobie w moich planach. Na stronie internetowej muzeum zakładka „Wystawy czasowe” wprawdzie jest pusta, może się więc już skończyła? Na szczęście nie – młody mężczyzna z obsługi muzeum (pamięta mnie z poprzednich wystaw) otwiera pomieszczenie i zaprasza mnie do jej zwiedzenia.

Wystawa fotograficzna Marka Chwistka przypomina mi ostatnią wystawę czasową, którą widziałem w kościańskim muzeum w marcu tego roku – wystawę fotografii Karola Budzińskiego. Różni się od niej tym, że podczas gdy Karol Budziński ukazał na zdjęciach całą Wielkopolskę, Marek Chwistek ograniczył się do Parku Krajobrazowego im. gen. Chłapowskiego. Parku mnie jako śremianinowi bardzo dobrze znanego, przecież zaczyna się on zaledwie kilka kilometrów na zachód od mojego Śremu. Turew, Rąbiń, Las Rąbiński, Wyskoć… – miejsca te odwiedzałem już na początku lat 90. i do dzisiaj je odwiedzam. Dzisiaj, jadąc ze Śremu do Kościana, również przejeżdżałem przez park.

Fotografie Marka Chwistka przypominają mi zdjęcia Karola Budzińskiego również pod względem formalnym – to wysmakowana fotografia reäalistyczna, unikająca eksperymentów, koncentrująca się na ukazaniu piękna przyrody, przede wszystkim fauny, ale też zabytkowej architektury. Na zdjęciach możemy zobaczyć pałac Chłapowskiego w Turwi z dobudowaną do niego kaplicą, kościół w Rąbiniu (z tego, co wiem, wciąż w remoncie, ale już odbywają się w nim msze), kościół w Wyskoci, pałac w Kopaszewie. Na wystawie zabrakło wprawdzie kilku znaczących obiektów – przede wszystkim kaplicy w stylu zakopiańskim w Lesie Rąbińskim, upamiętniającej tragiczne polowanie w 1909 roku (pisałem o nim w innym miejscu mojego bloga), bardzo popularnej wśród śremian, chociaż msze odbywają się w niej tylko raz w roku, 3 maja; poza tym nekropolii Chłapowskich w Rąbiniu, gdzie pochowano też Joannę Grudzińską, wielką księżną łowicką, żonę wielkiego księcia Konstantego; kopaszewską drogę krzyżową, upamiętniającą samobójczą śmierć Zofii Koźmianowej, córki Dezyderego Chłapowskiego. Nie wiem, czy opuszczenia te były świadome; przypuszczam, że Marka Chwistka w fotografii pociąga bardziej uroda przyrody, nie aspekty kulturowe, które mnie z kolei bardziej interesują.

Nawiązuję też rozmowę z pracownikiem muzeum, który, jak się okazuje, bardzo dużo wie o Chłapowskim – pisał o nim pracę magisterską, studiując historię.

– Ja też się interesuję Chłapowskim – odpowiadam – choćby z tego powodu, że w Śremie mieszkam przy ulicy Chłapowskiego. Dla śremian, podobnie jak dla mieszkańców Kościana, Chłapowski jest ważną postacią. W domu mam wprawdzie tylko jedną jego biografię, dość starą, napisaną przez Zdzisława Grota.

– Grot koncentruje się w niej na pracy organicznej, jeśli interesują pana bardziej jego dokonania wojskowe, polecam inne biografie.

– Tak. W czasie wojen napoleońskich był oficerem ordynansowym Napoleona. Potem w czasie powstania listopadowego awansowano go na generała. Wprawdzie po przegranej kampanii na Litwie musiał przejść z wojskiem do Prus. A po wyjściu z więzienia zajął się pracą na roli w swoich majątkach…

Postać bardzo ciekawa, poza Wielkopolską raczej mało znana, chociaż dużo dla jej popularyzacji zrobili poznańscy historycy, a nawet dziennikarz Stefan Bratkowski, autor scenariusza serialu „Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy”, w którym Dezydery Chłapowski jest jedną z głównych postaci.

Żegnam się z muzeum, do następnej wystawy. Powrót do Śremu – drogami wiodącymi przez park krajobrazowy, którego zdjęcia właśnie widziałem.

Kościół NMP Wniebowziętej w Kościanie

30 lipca – wyjazd na mszę w kościele farnym w Kościanie. Zaglądałem do niego wielokrotnie, ostatni raz w marcu tego roku, raz byłem w nim nawet na mszy , było to jednak jakieś sześć czy siedem lat temu – dostatecznie długi czas, aby chcieć sobie przypomnieć wystrój najcenniejszego zabytku w Kościanie. Jazda zwykłą trasą, przez Stary Gołębin, w którym na kilku minut zaglądam też do miejscowego kościoła – jest otwarty, za chwilę rozpocznie się w nim msza, ale nie zatrzymuję się tu na długo, spieszę się do Kościana, w którym jestem wpół do dziewiątej, pół godziny przed mszą, dość dużo czasu, aby zwiedzić farę, potem, po mszy, zresztą też będzie czas na dokładne obejrzenie kościoła. Na mszy jak zwykle siadam w pierwszym rzędzie, na wprost ołtarza.

Główny ołtarz sprawia rzeczywiście ogromne wrażenie – swoimi rozmiarami i po prostu pięknem. Późnorenesansowy (z 1621 roku), kilkukondygnacyjny, z wielką ilością dekoracji i przedstawień postaci (w środku figura Maryi jako Regina Coeli, późnogotycka, jeszcze o 100 lat starsza od ołtarza, po jej bokach św. Jan Chrzciciel i św. Jan Ewangelista) i scen z Nowego Testamentu. Te ostatnie są dla mnie najciekawsze, anegdotyczność w sztuce, opowiadanie historii przez dzieła sztuki, zawsze mnie pociągały – rozpoznaję Zwiastowanie, Nawiedzenie, Ucieczkę do Egiptu, Jezusa nauczającego w świątyni i inne.

Najstarszy (i chyba najcenniejszy) obiekt w kościele znajduje się na lewo o głównego ołtarza – gotycki tryptyk Mistrza z Gościszowic przedstawiający Zaśnięcie Ducha Świętego. Pamiętam, że jeszcze kilka lat temu był w renowacji, teraz można go bez przeszkód podziwiać. Pozostałe ołtarze nie są tak interesujące (chociaż też są cennymi zabytkami); żałuję, że zamknięte jest wejście do kaplicy Trójcy Świętej na piętrze, gdzie znajduje się gotycka figura św. Anny Samotrzeciej. Gotyckich obiektów w świątyni jest zresztą więcej – grupa figuralna na belce tęczowej i – dla mnie najbardziej niezwykłe – trzy obrazy zawieszone po lewej stronie prezbiterium – przedstawiające Pocałunek Judasza, Jezusa przed Piłatem i Jezusa upadającego pod krzyżem. Gotyk to nie tylko architektura i snycerka zdobiąca kościoły, również malarstwo.

Jak w każdym zabytkowym kościele dużo nagrobków i płyt epitafijnych – dwa najbardziej widoczne przy prezbiterium to pełne przepychu renesansowe nagrobki Opalińskich i Orzelskich. Podziwiam kunszt artystów, którzy je wznieśli, ale największe wzruszenie wzbudzają we mnie dwie niepozorne tabliczki upamiętniające zmarłe dzieci parafian – Annę i Zofię Krusiewiczówny z 1647 roku i Urszulę Pachur z 1644 roku, córkę miejscowego lekarza. Strata dzieci była dla rodziców zawsze tragedią – dzisiaj i setki lat temu…

Ogólne wrażenie ze zwiedzenia kościańskiej fary jest bardzo podobne do tego, które odniosłem podczas zwiedzenia kolegiaty w Środzie Wlkp. – kościoły te są o wiele ładniejsze od naszej śremskiej fary. Przyczyny są natury historycznej – Kościan przez wieki był miastem większym i zamożniejszym od Śremu (odwróciło się to dopiero w ostatnich latach), po części wynikły też jednak z przypadkowej decyzji władz kościelnych pod koniec XIX wieku. Podczas gdy w Kościanie czy Środzie Wielkopolskiej zachowano stare wyposażenie, które świątynia gromadziła przez stulecia, w Śremie wymieniono je wtedy na bardziej odpowiadające gustom tamtej epoki. Śremska fara pozostaje najładniejszym kościołem w mieście, nie może jednak się równać z głównymi kościołami w sąsiednich powiatowych miastach.

Kościół św. Elżbiety w Jutrosinie

23 lipca – wyjazd na mszę w kościele św. Elżbiety w Jutrosinie. Który to już raz odwiedzam Jutrosin? Kościół ten odkryłem kilkanaście lat temu, w 2000 lub 2001 roku, zachęcony uwagą w przewodniku, że jest to jeden z najładniejszych kościołów w Wielkopolsce. Kiedy po raz pierwszy wszedłem wtedy do jego wnętrza i zobaczyłem polichromie, wrażenie było rzeczywiście oszałamiające, chociaż było już po nabożeństwie i kościół był pusty i nieoświetlony. Potem jeszcze kilkakrotnie zajeżdżałem do Jutrosina, dopiero w ubiegłą niedzielę udało mi się jednak pojechać tam na mszę.

Aby zdążyć na nabożeństwo o godzinie 9, muszę wyjechać już o 5 rano. Jazda przez Borek Wielkopolski, Pogorzelę, gdzie na chwilę zaglądam do kościoła św. Michała Archanioła (kościół zabytkowy, ale niezbyt ciekawy). Dłużej zatrzymuję się w Kobylinie – miasteczku o wiele bardziej interesującym od Pogorzeli, z kościołem parafialnym św. Stanisława, w którym w ołtarzu wisi XVI-wieczny, bardzo znany i cenny obraz przedstawiający męczeństwo św. Stanisława, i kościołem franciszkańskim, gdzie pochowano m.in. poetę Samuela Twardowskiego. Wszędzie trafiam na moment tuż przed rozpoczęciem lub po zakończeniu mszy, mogę więc w spokoju obejrzeć świątynie. Kobylin po raz pierwszy odwiedziłem dwa lata temu i już wtedy postanowiłem przyjechać tu kiedyś na mszę. Dzisiaj tych planów nie zrealizuję, spieszę się do Jutrosina, ruszam więc dalej, tylko kobyliński franciszkanin kropi wodą święconą mój rower, za dwa dni mamy świętego Krzysztofa. Do Jutrosina dojeżdżam tuż przed rozpoczęciem mszy o godz. 9. Parafialny chórek dziewczęcy przygotowuje się właśnie do nabożeństwa, dziewczęta spoglądają na mnie ciekawie, zajmuję miejsce niedaleko nich, w pierwszej ławce.

* * *

Aby dokładnie poznać i w pełni docenić architekturę kościoła, należy przyjechać do niego na mszę. I nie mam tu tylko na myśli jakichś górnolotnych przejawów duchowej łączności z sacrum, przyczyny są bardziej prozaicznie – tylko w czasie mszy kościół jest dostatecznie oświetlony, ponadto poza nabożeństwami, zwłaszcza w wioskach i miasteczkach, kościoły często są po prostu zamknięte i można je obejrzeć tylko z zewnątrz.

Kościół św. Elżbiety w Jutrosinie, liczący niewiele ponad 100 lat (wybudowany na początku XX wieku), stanowi niezwykłe połączenie dwóch stylów w sztuce, które pozornie w ogóle do siebie nie pasują – architektury neoromańskiej i dekoracji wnętrza w stylu Młodej Polski. Kościół zaprojektowany przez Tomasza Pajzderskiego był podobno wzorowany na katedrze w Spirze i rzeczywiście ją przypomina, chociaż różni się między innymi liczbą wież (katedra w Spirze ma ich cztery, kościół w Jutrosinie trzy), w każdym razie jest bardzo dobrym, wysmakowanym przykładem polskiej architektury neoromańskiej, której przecież nie ma tak wiele w naszym kraju (większość obiektów w tym stylu, jak Zamek Cesarski w Poznaniu, została stworzona przez Niemców).

Z tym klimatem wczesnego średniowiecza (a raczej wizją wczesnego średniowiecza, jak sobie je wyobrażali XIX-wieczni artyści) kontrastuje wnętrze kościoła, pokryte wspaniałą polichromią Antoniego Procajłowicza. Szczególnie polichromie w prezbiterium przedstawiające aniołów i cztery postaci orantek otoczonych fragmentu łacińskiego psalmu, sprawiają ogromne wrażenie, to sztuka secesyjna najwyższej klasy. W głównej nawie umieszczono z kolei postaci polskich (i innych) świętych i błogosławionych. Na ścianach transeptu widzimy malowidła przedstawiające Zwiastowanie, ukazanie się Maryi św. Franciszkowi, obraz św. Izydora Oracza podobno pędzla Juliana Fałata, w 1972 roku na przeciwległej ścianie transeptu dodano obraz Zdzisława Fabisiaka ukazujący męczeństwo św. Wojciecha. Do tego w prezbiterium piękne witraże Józefa Mehoffera, ołtarz główny z piaskowca z licznymi płaskorzeźbami i marmurowe epitafium Zdzisława Czartoryskiego – fundatora świątyni.

Czy kościół w Jutrosinie jest najpiękniejszy w Wielkopolsce? Oprócz niego przychodzi mi na myśl tylko jeden, który wywarł na mnie podobne wrażenie – drewniany, lezący na uboczu kościół „Na Pólku” w Bralinie, byłem w nim jednak tylko raz, dawno temu. Oczywiście jest wiele świątyń, które je przewyższają wspaniałością i bogactwem wyposażenia, choćby katedry w Poznaniu i Gnieźnie, też wiele kościołów klasztornych, jak kościół w Lubiniu, najcenniejszy w okolicy Śremu. Kościoły te mają jednak inną funkcję, budowano je nie tyle na chwałę Bożą, co na chwałę Kościoła, swoim przepychem miały podkreślać potęgę instytucji, zwłaszcza w czasach pokryzysowych, kiedy trzeba było odzyskiwać grunt utracony na rzecz reformacji. Kościoły w Jutrosinie i Bralinie takich ambicji nie miały. Zbudowane je w małych miejscowościach, gdzie miały służyć tylko lokalnej społeczności. I tu mogły jednak stać się klejnotami sztuki. Tak, kościół w Jutrosinie jest dla mnie jednym z najpiękniejszych w Wielkopolsce.

* * *

Po zwiedzeniu kościoła św. Elżbiety przejazd uliczkami miasteczka, zaglądam też do cmentarnego kościoła św. Krzyża o konstrukcji szachulcowej (wygląda też interesująco, jest jednak zamknięty, wnętrze mogę obejrzeć tylko przez kratę) i wyruszam  już z powrotem do Śremu. W planach miałem dojechać do Rawicza i stamtąd pociągiem do Czempinia, decyduję się jednak całą drogę powrotną do Śremu przejechać rowerem, inną trasą  niż jechałem w tę stronę, to jest przez Gostyń. Decyzja ryzykowna, bo trasę znam tylko od Pępowa (jechałem nią też tylko raz, 20 lat temu), a drogi z Jutrosina do Pępowa w ogóle nie znam i nie mam mapy. Instynkt i orientacja w terenie jednak nie zawodzą. Jadąc cały czas na północ, dojeżdżam do Pępowa, gdzie zaglądam też do kościoła św. Jadwigi, w którym trwa akurat suma. Gotycka architektura i barokowe wyposażenie; wartość artystyczna i historyczna kościoła nie jest jednak tak duża jak kościołów Jutrosinie i Kobylinie. Kiedy po wyjściu posilam się przed pobliskim Dino, po mszy podbiega do mnie dwójka dzieci, niosąc w ręku… moją kamizelką odblaskową, którą zgubiłem, wychodząc z kościoła. Bardzo dziękuję! Przyda się nie tylko dla bezpieczeństwa na drodze, ale też jako ochrona prze deszczem – zaraz za Pępowem zaczyna padać, deszcz będzie mi towarzyszył aż do Śremu.

Kazimiera Iłłakowiczówna

Kazimiera Iłłakowiczówna jest w Poznaniu i Wielkopolsce poetką zarówno bardzo znaną jak i nieznaną. Bardzo znaną, bo każdy o niej słyszał, jak też o muzeum w jej dawnym mieszkaniu w Poznaniu przy ulicy Gajowej (chociaż niewielu je odwiedziło); nieznaną, bo jej wierszy właściwie już się nie czyta, z jednym wyjątkiem – „Rozstrzelano moje serce w Poznaniu”, zawsze przypominanym przy okazji rocznic Poznańskiego Czerwca 1956 roku. Samą Iłłakowiczówną poznaniacy wyobrażają sobie jako starszą zasuszoną panią, którą w dodatku pod koniec życia dotknęło nieszczęście w postaci utraty wzroku. Co może być ciekawego w jej wierszach? Ja też dopiero teraz sięgnąłem do obszernego, liczącego ponad 350 stron wyboru jej poezji.

A jednak wciąż jest to twórczość żywa, czasami fascynująca. Fascynujące było na pewno jej życie, całkiem odmienne od stereotypu pedantycznej starszej pani piszącej wiersze ku zbudowaniu naszych serc. Aż dziw, że nikt jeszcze nie nakręcił o tym życiu filmu fabularnego,

Urodzona prawdopodobnie w 1887 roku (dokumenty podają różne daty, sama poetka rzeczywisty rok swoich narodzin zachowywała w tajemnicy), była wnuczką… Tomasza Zana, przyjaciela Adama Mickiewicza, owocem nieślubnego związku Klemensa Zana i Barbary Iłłakowiczówny. We wczesnym dzieciństwie straciła zarówno matkę jak i ojca, była wychowywana najpierw przez wujka, potem arystokratkę-filantropkę Zofię Buynową, która umożliwiła jej wyjście w szeroki świat. Ciekawa świata i buntownicza z natury Kazia trafiła do liceum im. Emilii Plater w Warszawie, potem przyszły studia: w Petersburgu, Genewie, Oksfordzie, Londynie i wreszcie w Krakowie, gdzie na Uniwersytecie Jagiellońskim studiowała anglistykę i polonistykę. Była nie tylko jedną z pierwszych studentek w Polsce, ale też feministką, ateistką i, przynajmniej w deklaracjach, rewolucjonistką: „Ja przecież też jestem przeciw carowi, i w Boga nie wierzę, i do kościoła nie chodzę, i pacierza nie odmawiam” . To w Krakowie na początku XX wieku poznała Józefa Piłsudskiego, wtedy socjalistę, jak też wielu luminarzy Młodej Polski. Sama pisała wiersze od dawna, w 1905 roku zadebiutowała w „Tygodniku Ilustrowanym”.

W 1914 roku, z momentem wybuchu I wojny światowej, przyszedł krach starego świata. W 1915 roku Iłłakowiczówna też poszła na wojnę, nie, nie z bronią w ręku, tylko jako siostra miłosierdzia polskiego oddziału, jednak nie legionów Piłsudskiego, lecz walczącego u boku Rosjan. Codzienny kontakt ze śmiercią, cierpieniem wywarł głębokie piętno na jej psychice i sprawił, że odzyskała wiarę. Również w Rosji zastała ją rewolucja październikowa. Po kilku miesiącach spędzonych w Piotrogrodzie, w 1918 roku wróciła do kraju, dokąd 10 listopada powrócił też Piłsudski. Podobno Iłłakowiczówna natychmiast napisała do niego, że… uczy się strzelać i chce zostać jego adiutantem. Adiutantem nie została, ale dzięki Piłsudskiemu w 1918 roku rozpoczęła pracę w Ministerstwie Spraw Zagranicznych (jako pierwsza kobieta w tej instytucji). Po zamachu majowym marszałek przeniósł ją do Ministerstwa Spraw Wojskowych, Iłłakowiczówna została sekretarką (czy bardziej tu pasuje słowo: „sekretarzem”?) Piłsudskiego. Po śmierci ukochanego wodza wróciła do MSZ, z którym we wrześniu 1939 roku ewakuowała się do Rumunii. Tam, w Klużu, spędziła całą wojnę, do kraju udało jej się wrócić dopiero w 1947 roku. W Poznaniu zamieszkała dość przypadkowo, ściągnął ją tu Jarosław Iwaszkiewicz, który w stolicy Wielkopolski kierował czasopismem „Życie Literackie”. Czasopismo szybko zakończyło swój żywot (potem odrodziło się w Krakowie), Iłłakowiczówna pozostała jednak w stolicy Wielkopolski, gdzie zmarła w 1983 roku, do końca mieszkając w sublokatorskim pokoju na ulicy Gajowej.

* * *

Podróż przez świat poezji Kazimiery Iłłakowiczówny wywołuje różne doznania. Tom jej poezji przeczytałem zaraz po tomie wierszy Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. W okresie międzywojennym poetki były ze sobą często porównywane, co ciekawe, wyżej ceniono Iłłakowiczównę. Trudno porównywać mi obie poetki, Pawlikowska-Jasnorzewska jest dzisiaj z pewnością bardziej popularna, jej wiersze są też atrakcyjniejsze w formie i przez to łatwiejsze. Poetycki świat Iłłakowiczówny był za to rozleglejszy; poetka nie koncentrowała się tak bardzo na miłości i uczuciach jak trzykrotnie zamężna Pawlikowska-Jasnorzewska; może dlatego, że w życiu miała o wiele więcej doświadczeń, pisała przejmujące, mądre wiersze też o innych sprawach.

Nie jest to oczywiście twórczość jednolita. Rażą pierwsze, pisane w młodopolskiej manierze wiersze z tomu „Ikarowe loty”, prawdziwa poetką Iłłakowiczówna staje się dopiero w wydanym w 1917 roku tomie „Trzy struny”, w którym opisuje między innymi swoje przeżycia na wojnie. Lata dwudzieste to już w pełni dojrzały okres w twórczości Iłłakowiczówny, pełen fantastycznych, fantasmagoryjnych obrazów, jak cykl „Lew” z tomu „Śmierć Feniksa” (1922), w którym zwraca się do towarzyszącego jej drapieżnika:

Nie kładź na stole łapy, kiedy piszę,
nie rycz o świcie, kiedy leżę we śnie;
ten szum, co drzewa za oknem kołysze,
jest niczym; z martwych dla nas nic nie wskrześnie
i nic nie przyjdzie do nas, ku nam w gości
z tego, co mogło być… stamtąd, z przeszłości.
Zwierzęca postać lwa w ogóle fascynowała poetkę, w innym tomie „Połów” (1926) powróciła do niej w onirycznej „Batikowej balladzie” w której jak refren powtarzają się słowa:

Na miedzianej osnowie tkacz jedwabiem tka;
miała czarna dziewczyna skrzydlatego lwa
Takie fantastyczne stwory pojawiają się też w innych wierszach. W kolejnych tomikach poetka przetwarzała też wrażenia ze swoich podróży zagranicznych (zaciekawiły mnie zwłaszcza wiersze o Czechosłowacji), wspomnienia z Kresów, wiejskich zaścianków, wiele bardzo ciepłych wierszy poświęciła też prostym, wiejskim służącym w pańskich dworach i mieszkaniach, jak ten „O Hani, co się zabiła”, czy „Marysia i fortepian”.

Wreszcie przyszła tragedia II wojny światowej, osiem lat spędzonych w Siedmiogrodzie, który w 1940 roku został odebrany Rumunii i przyznany Węgrom (Iłłakowiczówna wykorzystała ten czas na naukę zarówno rumuńskiego jak i węgierskiego, tłumaczyła później z tych języków), wiersze o zagładzie Żydów i w 1947 roku powrót do Polski i zamieszkanie w Poznaniu. O stosunku Iłakowiczówny do miasta, w którym przyszło jej mieszkać, świadczy najlepiej tytuł wiersza „W Poznaniu na wygnaniu”. Poznaniacy czczą obecnie jej pamięć (słusznie, była najznakomitszą poetką w Poznaniu); ale nie da się ukryć, że w Poznaniu Iłłakowiczówna czuła się obco, tęskniła za Warszawą. Po latach przyzwyczaiła się chyba jednak do Poznania i Wielkopolski, napisała też wiele innych wierszy im poświęconych. Nie wiem, czy kiedykolwiek odwiedziła Śrem, była na pewno w Rogalinie, któremu poświęciła między innymi ten wiersz, jeden z jej ostatnich:

Kolonia dziecięca w Rogalinie
 
Minęło, przebolało i więcej nie boli…
Tutaj córa Zygmunta gasła w melancholii…
Patrzały na nią dęby szumiąc własną gędźbę,
miłosierne, lecz twarde, i druhy i – sędzie.
I wnuki Krasińskiego przeszły ścieżką tędy,
lecz pomarły jak kwiecie w pełni lata ścięte.
Tedy prawnucząt wieszcza jęło wschodzić plemię.
Przeszły… A na przeszłości stoją – las i ziemia,
i rzeka je opływa, na niej – stadka gęsie.
Taka sama osina listeczkami trzęsie,
malinę osy żółte ssą, jak było dawniej,
na piaszczystych wydmach rosną wrzos i krwawnik.
A wszędzie pod dębami, wśród malin, w alejach,
cóż to pędzi tabunem, co na głos się śmieje,
co w salach zbeszczeszczonych, ze śpiewaniem Roty,
na wonnym, czystym sianie zalega pokotem?!
Migają prędkie nóżki, gryzą białe ząbki,
wybuchają sygnały: dzwoneczki i trąbki.
Patrzą oczy – turkusy, węgle i szafiry,
godne prawnuków wieszcza, dźwięcznej wieszcza liry.
Gdzie spustoszeń obrzydłość zmogła dawną krasę,
dzieci wtargnęły. Setka ich po domu hasa,
wyglądają oknami. Na balkonie – chmara,
zda się, że najpiękniejszy i najczystszy barok!…
Spójrz, Zygmuncie, ten dom i park, i okolice
w imię narodu dzierżą narodu dziedzice.

Biblioteka Publiczna w Śremie – „Tacy byliśmy”

„Tacy byliśmy” to najnowsza wystawa Biblioteki Publicznej w Śremie, którą można oglądać przez całe wakacje w głównej siedzibie biblioteki na Jezioranach. Podtytuł jej brzmi „Lata osiemdziesiąte w Śremie”; w rzeczywistości wystawa wykracza poza te ramy czasowe – obejmuje też początek lat dziewięćdziesiątych. Jej trzon stanowią dokumenty życia społecznego – afisze, plakaty, zaproszenia na wystawy, do tego wycinki prasowe i mnóstwo fotografii z imprez odbywających się wtedy w Śremie.

Sprawy poważne i mniej poważne. Wystawę otwiera obwieszczenie o wprowadzeniu stanu wojennego w 1981 roku, na szczęście złowrogie obwieszczenie równoważą afisze z już wolnej Polski – o wyborach prezydenckich w 1990 roku, o zmianie nazw ulic w tymże roku, kiedy moja dawna ulica Dzierżyńskiego stała się ulicą Grota Roweckiego, a obecna Chłapowskiego zyskała swoją nazwę po przemianowaniu jej z Zawadzkiego, pisma dotyczące tworzących się komitetów telefonizacji Śremu. Szkoda, że zabrakło dokumentów dotyczących utworzenia sieci telewizji kablowej, kiedy śremianie nagle uzyskali dostęp do „aż” sześciu (chyba tyle ich było?) zagranicznych stacji telewizyjnych. Było to bardzo ważne wydarzenie dla miasta – również dla mnie, dopóki w 1995 roku nie pozbyłem się z mieszkania mojego telewizora.

Na wystawie dominują jednak sprawy mniej poważne – jak Wyścig Pokoju, którego jeden z etapów w maju 1989 roku przebiegał przez Śrem, ogłoszenie o seansie bioenergoterapeuty Lecha Lisieckiego w 1991 roku (bilet wstępu kosztował 25 tys. zł), różne druki ulotne, zaproszenia, fotorelacje z imprez kulturalnych, głównie Dni Śremu. W Śremie mieszkam dopiero od 1987 roku, w dużej części tych imprez nie mogłem więc uczestniczyć, ale nawet tych z końca lat 80. i początku lat 90. w większości nie przypominam sobie. Czy moje życie koncentrowało się wtedy na innych sprawach, czy promocja kultury w Śremie wyglądała inaczej? Na Dni Śremu zresztą do dzisiaj nie chodzę, spędzam je przeważnie na rowerze w innych częściach Wielkopolski.

Wystawa jest jednak interesująca, zmusza mnie też do spojrzenia innymi oczami na sprawy kultury w moim mieście. Ludyczność, powiedzmy wprost: małomiasteczkowość życia kulturalnego w Śremie jest faktem, którego nie zmienimy. Podobnie zresztą to życie kulturalne wygląda na przykład w Środzie Wielkopolskiej, Kościanie i innych powiatowych miastach Wielkopolski. Dlatego w weekendy z reguły wyjeżdżam do Poznania lub innych miejscowości, gdzie oferta kulturalna jest bogatsza i – przede wszystkim – bardziej odpowiadająca moim zainteresowaniom. Na tym tle zaskakuje poważna tematyka niektórych spotkań w Śremskim Ośrodku Kultury, spotkania z podróżnikami po Australii czy Japonii (w czasach PRL była to niesłychana egzotyka), czy też informacja prasowa o otwarciu 2 lutego 1985 roku Galerii Sztuki Współczesnej prowadzonej przez śremskiego artystę Jerzego Jurgę. Galeria zresztą szybko upadła, o czym na wystawie już się nie dowiadujemy; opowiedział mi o niej kiedyś znajomy, który dużo później też otworzył w naszym mieście galerię dzieł sztuki i antyków (również bez powodzenia). Kultura wysoka również była więc obecna w owym czasie w Śremie, chociaż pewnie pojawiała się tylko z rzadka. Dużym zaskoczeniem było dla mnie odkrycie, że w Śremie w latach 80. wystąpił warszawski Teatr Ochoty ze spektaklem „Adam i Ewa” Marka Twaina z Tomaszem Mędrzakiem i Bożeną Stryjkówną w rolach głównych; spektakl to dla mnie szczególny, ponieważ było to pierwsze przedstawienie teatralne, które widziałem w Warszawie podczas moich studiów.

Największe zaskoczenie czekało mnie jednak na końcu wystawy, kiedy zobaczyłem umowę podpisaną z jednym z mieszkańców mojego miasta o… statystowanie w filmie „Między ustami i brzegiem pucharu” z 1987 roku na podstawie powieści Marii Rodziewiczówny. Był to jeden z pierwszych filmów, które widziałem po mojej przeprowadzce do Śremu, w Dyskusyjnym Klubie Filmowym działającym przy Odlewni Żeliwa. Wiedziałem, że był realizowany między innymi w Racocie, dopiero teraz jednak dowiedziałem się, że wystąpiło w nim kilkudziesięciu śremian – statystów, co, jak sądzę, było dla nich przygodą życia.

Wystawa warta zobaczenia – jako dokument minionego czasu i… katalizator wspomnień.

Spichlerz Polskiego Rocka w Jarocinie

Chociaż mieszkam tak blisko Jarocina, na festiwalu w Jarocinie byłem tylko dwukrotnie. I nawet te słowa: „byłem na festiwalu w Jarocinie” to zbyt dużo powiedziane. Nigdy nie byłem tam na koncertach, po prostu byłem w mieście, kiedy festiwal się odbywał. Po raz pierwszy pojechałem tam z ciekawości ze Śremu w 1988 czy 1989 roku. Przyjechałem przed południem, zobaczyłem więc niewiele oprócz zaspanych uczestników festiwalu, dochodzących do siebie w miasteczku namiotowym po koncertowej nocy, i pustego o tej porze amfiteatru. Po raz drugi zajechałem do Jarocina w ubiegłą sobotę, wracając z Muzeum Ziemiaństwa w Dobrzycy. Przez Jarocin przejeżdżałem też rankiem tego dnia, jadąc w kierunku Dobrzycy, ale o godz. 10 festiwalowego klimatu nie można było jeszcze poczuć na ulicach. Wracałem o godz. 15, do końca nie wiedząc, czy pojadę prosto do Śremu, czy też skręcę na rynek w Jarocinie. Ostatecznie wybrałem to drugie i wybór okazał się dobry.

Już na rogu Poznańskiej i Świętego Ducha napotykam tłumek młodych ludzi idących od strony parku w kierunku centrum. Wiem, że w parku też są zaplanowane koncerty, kieruję się jednak w stronę rynku, serca miasta, gdzie jest pewnie ciekawiej. Na wznoszącej się ulicy Świętego Ducha sklep z alkoholem oferuje piwo po 2 złote, a trochę dalej grupka młodzieży usypuje… portret Czesława Niemena z kolorowego piasku. Portret zresztą mi się podoba, szkoda, że będzie miał tak krótki żywot. Cały rynek, na którym ustawiono jedną ze scen (jeszcze pustą, koncerty rozpoczną się dopiero za półtorej godziny), jest opanowany przez młodzież – rozmawiającą, jedzącą i pijącą piwo. Tłumek wokół stoiska z pamiątkowymi gadżetami, młodzież kupuje przede wszystkim festiwalowe koszulki. Niedaleko wielki wybór płyt analogowych, płyt CD nigdzie nie widzę. O wiele mniejsze zainteresowanie jest stoiskiem z wyłożonymi książkami o Jarocinie – przewodnikami, ale też naukową monografią Róży Kąsinowskiej o pałacu Radolińskich. Trochę dalej można spotkać się z „żywymi książkami” – różne osoby, między ksiądz, policjantka, nosiciel wirusa HIV, mogą opowiedzieć o swoim życiu, jeśli ktoś będzie chciał ich wysłuchać. Chętnie skorzystałbym z okazji, moim głównym celem jest dzisiaj jednak Spichlerz Polskiego Rocka, najnowszy oddział Muzeum Regionalnego w Jarocinie.

Spichlerz Polskiego Rocka, otwarty w dawnym magazynie zbożowym, działa od 2014 roku; leży przy głównej trasie, mijam go więc zawsze, kiedy przejeżdżam przez Jarocin, dopiero teraz jednak postanawiam go zwiedzić. Przed spichlerzem i w środku dużo młodych ludzi pijących piwo (w środku jest barek), obsługa sprzedaje też bilety na koncerty, ja kieruję się na II i III kondygnację spichlerza, gdzie znajduje się ekspozycja.

Muzeum Regionalne w Jarocinie znałem dotychczas tylko z jego głównej siedziby w ratuszu i w Skarbczyku, dość tradycyjnych w tematyce i sposobie prezentacji ekspozycji, po Spichlerzu nie spodziewałem się więc wiele, przypuszczałem, że to jakaś niewielka wystawa dokumentująca historię festiwali w Jarocinie. Przypuszczenia okazują się całkiem nietrafne. Spichlerz Polskiego Rocka to obszerna, profesjonalnie zrealizowana ekspozycja, nieustępująca nowoczesnym muzeom otwieranym obecnie w dużych miastach Polski. Nie ogranicza się wcale do Jarocina, jak myślałem; przedstawiona jest cała historia polskiego rocka od początku lat 60. do współczesności, w multimediach, nagraniach audio i video, wycinkach prasowych, fotografiach itp. Lata 60. to dla mnie prehistoria, lata 70. dzieciństwo, kiedy muzyką rockową się nie interesowałem. Właściwie w moim życiu było tylko kilka lat, kiedy (też dość umiarkowanie) interesowałem się rockiem, był to początek lat 80., okres stanu wojennego, kiedy komunistyczna władza postanowiła użyć muzyki rockowej jako wentylu bezpieczeństwa dla mogącej sprawiać problemy młodzieży („jeśli mają wychodzić na ulice, niech lepiej chodzą na koncerty”). Zainteresowanie to minęło, jeszcze zanim skończyłem studia, obecnie słucham całkiem innej muzyki, nazwiska wykonawców i nazwy zespołów, którzy są przedstawieni na wystawie, są mi więc właściwie nieznane, albo inaczej: słyszałem o nich, ale byłoby mi trudno przyporządkować ich do konkretnych piosenek i stylów muzycznych.

Mimo to wystawa jest dla mnie bardzo interesująca, nie tylko jako źródło wiedzy o muzyce, ale też socjologiczne, o przemianach polskiej młodzieży. Szczególnie chętnie posłuchałbym piosenek zespołów undergroundowych i punkowych (jest wśród nich Siekiera z moich Puław), które mają osobne pomieszczenia na wystawie, brak jednak na to czasu. Zbyt czasochłonne byłoby też dokładne przeczytanie wszystkich reprodukowanych wycinków prasowych. Jest wśród nich słynne oskarżenie Czesława Niemena o obnażenie się na scenie w Radomsku, muzyk podał później gazetę do sądu o zniesławienie i wygrał sprawę. Czesław Niemen w ogóle zajmuje dużo miejsca na ekspozycji, na III kondygnacji Spichlerza jest kolekcja zdjęć muzyka, wykonanych przez profesjonalnych fotografów, o dużej wartości artystycznej. Towarzyszą im pamiątki po innych muzykach – między innymi suknia Anji Orthodox, w której ta występowała w Jarocinie, buty-glany kiedyś należące do… już nawet nie pamiętam jakiej piosenkarki. Obszernie jest też oczywiście przedstawiona historia festiwalu w Jarocinie – plakaty, materiały prasowe, drukowane chałupniczymi metodami wydawnictwa; kapitalnym pomysłem było też zawieszenie tablicy peronowej z nazwą stacji „Jarocin” i położenie fragmentu drewnianej kładki, po której podróżni przyjeżdżający koleją do Jarocina przechodzili do miasta, znanych z filmów i zdjęć z festiwalu.

Ogólna refleksja podczas zwiedzania wystawy: być może źle dzisiaj zaplanowałem dzień. Dobrzyca mogła poczekać. Powinienem zatrzymać się w Jarocinie, cały dzień spędzić na festiwalu, porozmawiać z „żywymi książkami”, innymi uczestnikami i organizatorami, zarezerwować dużo więcej czasu na zwiedzenie Spichlerza (jestem w nim tylko godzinę, tymczasem na zwiedzenie takiego muzeum potrzebuję co najmniej 4-5 godzin), na koniec może nawet pójść na jakiś koncert. Może za rok, na następnym festiwalu…