Zamek w Kórniku

9 grudnia – wyjazd do Zamku w Kórniku; po kilku latach nieobecności chcę sobie przypomnieć wnętrza najsłynniejszego zabytku w okolicach Śremu.

W Zamku w Kórniku po raz pierwszy byłem w 1986 roku. Miałem wtedy praktyki studenckie w Bibliotece Uniwersyteckiej w Poznaniu i nasi opiekunowie postanowili też zawieźć nas do Biblioteki Kórnickiej. Niewiele pamiętam z tej wizyty, oprócz tego, że już po jej zakończeniu, kiedy czekaliśmy na przystanku na rynku na powrotny autobus miejski jadący na rondo Rataje, na przystanek podjechał też autobus PKS ze Śremu do Poznania. Nie przypuszczałem wtedy, że za rok wrócę tu i że zamieszkam właśnie w tym Śremie.

Od 1987 roku byłem częstym gościem w Zamku w Kórniku. Główny korpus pałacu w Rogalinie został właśnie zamknięty na czas trwającego prawie 30 lat remontu, Kórnik był więc atrakcyjniejszy dla turystów, no i miał lepsze połączenia komunikacyjne z Poznaniem i Śremem. Do Kórnika pojechaliśmy też z kolegą ze studiów, który ze swoją dziewczyną odwiedził mnie w Śremie w 1990 roku; zamek podobał mu się, chociaż myślał, że będzie o wiele większy.

Nic dziwnego, że kiedy w latach 90. poszedłem na moje kolejne studia – anglistykę, na IV roku jako temat mojej pracy magisterskiej wybrałem sobie „The Influence of English Architecture on Kórnik Castle”. Pisałem przede wszystkim o okresie przebudowy zamku w stylu neogotyku angielskiego przez Tytusa Działyńskiego w XIX wieku, ale nie mogłem też pominąć wcześniejszych (i późniejszych) epok. Stałem się jakby specjalistą od historii Zamku w Kórniku, bardzo dużo wiedziałem nie tylko o jego architekturze, lecz również o mieszkańcach – Górkach, Działyńskich, Zamoyskich; później, w 2008 roku, o Zamku w Kórniku napisałem też hasło w Wikipedii.

Po ukończeniu studiów w 1999 roku byłem jeszcze kilkakrotnie w zamku, przeważnie jednak tylko jako tłumacz na ślubach, które tu często się odbywają, ostatni raz zwiedzałem go tak dawno temu, że postanowiłem sobie przypomnieć jedną z najsłynniejszych siedzib magnackich w Polsce.

Turystów przyjeżdżających do zamku w Kórniku wita jego świeżo (miesiąc temu) odremontowana elewacja północna. Szarość ustąpiła beżowi; dla wielu kórniczan to kontrowersyjna zmiana, mnie się podoba (odnowioną fasadę widzę po raz pierwszy, podczas mojej ostatniej wizyty w Kórniku 1 listopada była jeszcze zasłonięta rusztowaniami), mam nadzieję, że i pozostałe elewacje zamku zostaną tak pomalowane, oczywiście z wyjątkiem wieży, która jako kontrast musi pozostać nieotynkowana i zachować swój surowy wygląd. Po wejściu do zamku jak zwykle trzeba włożyć kapcie (Kórnik jest jednym z niewielu muzeów w Polsce, gdzie wymóg ten jeszcze się zachował, zabytkowe posadzki jednak tego wymagają) i już można zacząć zwiedzanie.

Sama ekspozycja niewiele się zmieniła od czasu mojej ostatniej wizyty, dużo zmian jest natomiast w opisach poszczególnych pomieszczeń. Dodano aplikację na telefon komórkowy (nie mam komórki, więc z niej nie korzystam), przede wszystkim jednak znacznie rozbudowano opisy sal, przynajmniej na parterze. I bardzo dobrze, jestem ciekaw szczegółów, co przedstawiają poszczególne obrazy, kiedy i z jakich materiałów zbudowano zachowane w zamku meble. Szczegółowe opisy są w sieni, pokoju Jana Działyńskiego i Władysława Zamoyskiego, sypialni Celiny Działyńskiej, salonie i dalszych pomieszczeniach. Szkoda tylko, że opisy te czasami nie pokrywają się z rzeczywistym wyglądem ekspozycji – części eksponatów nie ma, zostały z niej usunięte. Szczególnie brakuje mi obrazów z widokami z Puław, z którymi Działyńscy mieli częste kontakty – Tytus Działyński poślubił przecież wnuczkę Izabeli Czartoryskiej.

Tych szczegółowych opisów niestety zabrakło na górnej kondygnacji – przede wszystkim w Sali Mauretańskiej, w której Tytus Działyński urządził bibliotekę, a jego syn Jan muzeum, i która przecież jest największym, najważniejszym i najwspanialszym pomieszczeniem zamku. Opisana jest broń i inne eksponaty (jak porcelana miśnieńska) w gablotach, brakuje jednak opisów wielu innych cennych eksponatów, które się tu znajdują. Nie są podpisane obrazy, nie ma też na przykład informacji, że przed wystawionym tu cennym srebrnym ołtarzem żołnierze składali przysięgę na placu Wolności podczas powstania wielkopolskiego. Przydałoby się to wszystko uzupełnić.

Największe wzruszenie budzi we mnie wprawdzie nie Sala Mauretańska, lecz niewielkie pomieszczenie obok, w którym wystawiono osobiste pamiątki po dawnych właścicielach i ich rodzinie – bransoleta z kosmyka włosów Klaudyny Potockiej, odlew dłoni zmarłego Jana Działyńskiego, szczątki tarczy herbowej rozbitej jego pogrzebie (był ostatnim z rodu). Na górnej kondygnacji zwiedzam też wystawę czasową „Działyńscy i Zamoyscy – wielkopolskie rody w walce o niepodległość”. Otwarta cztery dni temu wystawa ma charakter planszowy, nie ma eksponatów, ale jest bardzo rzetelnie przygotowana i zawiera dużo informacji również mnie wcześniej nieznanych.

Kórnik muszę porównać w tym miejscu z Rogalinem, który dokładnie zwiedziłem dwa lata temu, po zakończeniu trwającego 28 lat remontu. Wtedy, w 2015 roku, wnętrza pałacu w Rogalinie podobały mi się bardziej od Kórnika, teraz muszę znowu zmienić zdanie. Przewaga Kórnika polega na autentyczności ekspozycji i zbiorów, wnętrza zamku w dużej mierze zachowały swój przedwojenny wygląd i przede wszystkim widzimy te same przedmioty, które należały do Działyńskich i Zamoyskich. Rogalin jest tylko rekonstrukcją, bardzo niewiele elementów jego wyposażenia jest oryginalna.

Po trzygodzinnym zwiedzaniu zamku powrót do Śremu – niestety w padającym śniegu.

Drezno

2 grudnia – wyjazd z Biurem Podróży Wawrzynowicz na jarmark bożonarodzeniowy do Drezna. To moja czwarta wizyta w tym mieście. Po raz pierwszy pojechałem tam na początku lat 90., kiedy jeszcze pracowałem w Odlewni Żeliwa, na rozmowy handlowe, na które nasz partner biznesowy umówił się z nami… w restauracji na lotnisku w Dreźnie. Z miasta oczywiście wtedy nic nie zobaczyliśmy, bezpośrednio z lotniska wróciliśmy do Śremu. Na pierwszą właściwą wycieczkę do Drezna pojechałem dopiero w 2007 roku, do Galerii Starych Mistrzów w Zwingerze. Wycieczka była raczej nieudana, obrazy nie bardzo mnie interesowały, a deszcz przeszkodził nam w zwiedzeniu innych obiektów. Rok później pojechałem do Drezna na Noc Muzeów, wybierając jednak nie jedno ze słynnych drezdeńskich muzeów, lecz ośrodek dokumentacyjny byłej Stasi na peryferiach miasta, dokąd dojechałem tramwajem. Po zakończeniu imprezy długo musiałem potem iść pieszo w nocy do centrum i czekać na pierwszy pociąg do Görlitz. Tym razem korzystam z okazji i zabieram się ze śremskim Biurem Podróży Wawrzynowicz, które organizuje wyjazd na jarmark bożonarodzeniowy. Jarmark i zakupy wprawdzie mnie nie interesują, chciałbym przypomnieć sobie drezdeńską starówkę i muzea.

Wyjazd o 6 rano, chętnych było tylu, że biuro podstawiło trzy autobusy, w moim są też znajomi, w tym dawna uczennica, która z podlotka zmieniła się w dorosłą młodą kobietę. Naszym pilotem jest Krzysztof z Poznania; nie zna niemieckiego; jak mówi, specjalizuje się w wyjazdach do Hiszpanii i innych krajów południowych, już po przekroczeniu granicy dużo nam jednak opowiada o Dreźnie, Saksonii, dynastii saskiej na tronie polskim, dynastii Wettynów i historii miasta. Z powodu warunków atmosferycznych (po raz pierwszy w tym sezonie widzę padający za okami autobusu śnieg) podróż trwa aż sześć godzin, wreszcie po 12 docieramy do miasta. Nie kierujemy się od razu na Weihnachtsmarkt, nasz pilot chciałby nam najpierw pokazać dzielnicę po prawej stronie Łaby – Neustadt.

Krótki spacer ulicami miasta, a właściwie miejsce, do którego dochodzimy na koniec spaceru, sprawia, że zmieniam zdanie na temat Drezna, zaczynam doceniać jego urodę. Jesteśmy w Kunsthof Dresden przy Görlitzer Straße, na podwórku artystycznym, a właściwie kilku podwórkach połączonych z sobą, każde ukształtowane w inny sposób, domy z ozdobnymi fasadami. Jeden z nich znam już dobrze z Internetu, a teraz mogę go zobaczyć na własne oczy – dom z fantazyjnie ukształtowanymi – na wzór instrumentów muzycznych – rynnami, podobno w czasie ulewy daje to niezwykłe efekty wizualne i akustyczne, dom, który gra podczas deszczu. Potem jeszcze przejście na Bautzner Straße do podobno najpiękniejszego sklepu mleczarskiego na świecie. Tak się reklamuje sklep założony w 1880 roku przez braci Pfund i może to być prawdą. Sklep, cały wyłożony neorenesansowymi ceramicznymi płytkami, sprawia duże wrażenie na odwiedzających go turystach, a jednocześnie prowadzi normalną działalność handlową. Po jego zwiedzeniu znowu wsiadamy do autobusu i przejeżdżamy na lewą stronę Łaby. Jest już godzina 14. Nasz pilot chce jeszcze pokazać zabytki historycznego centrum Drezna, potem dla każdego czas wolny, ja jednak już teraz odłączam się od grupy. Przyjechałem tu w innym celu, a ponieważ muzea są zamykane już o 18, nie mam zbyt dużo czasu. W planach mam zwiedzenie przede wszystkim wystawy grafik i rysunków Käthe Kollwitz w Gabinecie Rycin w Zamku, potem Galerię Nowych Mistrzów w Albertinum.

* * *

Prace, przede wszystkim grafiki i rysunki Käthe Kollwitz znam z reprodukcji w książkach od dawna, to jest od czasów PRL i NRD, od czasu moich studiów germanistycznych w latach 80. Artystka, chociaż zmarła w 1945 roku, jeszcze przed zakończeniem wojny, została bardzo wcześnie „zaanektowana” przez władze NRD – jej ukazujące kapitalistyczny wyzysk, opowiadające się po stronie biedoty, robotników i Rosji radzieckiej prace bardzo odpowiadały rzecznikom „jedynie słusznej ideologii” tego czasu. W 2006 roku, podczas pierwszy Długiej Nocy Muzeów w Berlinie, w której wziąłem udział, zobaczyłem też jej rzeźbę przedstawiającą matkę opłakującą syna w budynku Nowego Odwachu (Neue Wache) przy ulicy Unter den Linden, który dla Niemców ma takie samo symboliczne znaczenie jak dla Polaków Grób Nieznanego Żołnierza (w czasach NRD odbywały się tu uroczyste zmiany warty). Teraz chciałbym wreszcie zobaczyć jej grafiki i rysunku w oryginale.

Wystawa zorganizowana w drezdeńskim Zamku z okazji 150. rocznicy urodzin Käthe Kollwitz jest rzetelnie przygotowana, niestety pozostawia też pewien niedosyt. Jest duża, ale nie tak duża, jak myślałem. Są wprawdzie pojedyncze prace z jej najsłynniejszych cykli: „Tkaczy” (ilustracji do dramatu Hauptmanna) i „Wojny chłopskiej”, reszta prac wydaje mi się jednak dość przypadkowo dobrana. Brakuje wielu znanych prac, które poruszały moje uczucia już w latach studiów. Ta dość negatywna ocena wystawy wyjaśnia się, kiedy zdaję sobie sprawę, że jej twórcy wykorzystali prace tylko z kolekcji Gabinetu Rycin w Dreźnie, wprawdzie bardzo bogatej, ale nieobejmującej całości ogromnego dorobku artystki. Dlaczego nie wypożyczono prac z innych muzeów i nie zorganizowano wielkiej, przekrojowej wystawy? Drugim problemem jest nadmierne skoncentrowanie się w podpisach prac na kwestiach technicznych związanych z grafiką, objaśnianie metod ich tworzenia, technicznych różnic pomiędzy poszczególnymi wariantami grafik itp. To naturalne zjawisko, kwestie te zawsze są uwypuklane na wystawach graficznych, w przypadku prac Käthe Kollwitz wolałbym jednak koncentrację na aspektach estetycznych, ideowych, nie warsztatowych.

Pozytywnym zaskoczeniem są natomiast prace dotąd całkowicie mi nieznanej południowoafrykańskiej artystki Marlene Dumas (od dawna mieszkającej w Amsterdamie), eksponowane pod tytułem „Hope and Fear”, obok grafik i rysunków Käthe Kollwitz. Wystawa bardzo niewielka, zajmująca tylko jedno pomieszczenie, a w nim trzy cykle akwareli: „Jesus Grizzly”, „Rejects” i „Blindfolded”, to tego kilka pojedynczych prac wyłożonych na stole – łatwy do odczytania protest przeciwko dyskryminacji, odrzuceniu…

* * *

Budynek Albertinum nad Łabą pełnił kiedyś funkcję arsenału i podobnie jak arsenał w Berlinie w XIX wieku został przekształcony w muzeum – obecnie mieści Galerię Nowych Mistrzów (Galeria Starych Mistrzów jest w Zwingerze), czyli obrazy i rzeźby od romantyzmu do współczesności, przy czym już na miejscu stwierdzam, że periodyzację tę należy traktować dość umownie – w budynku zastaję też sztukę starszą, sięgającą nawet głębokiej starożytności.

W zasadzie nie lubię malarstwa romantycznego i realistycznego XIX wieku i ocena ta znajduje swoje potwierdzenie podczas oglądania wystawy. Nie przekonują mnie nawet obrazy tak ikonicznego dla Niemców i Niemiec malarza jak Caspar David Friedrich. Ciekawiej robi się pod koniec XIX wieku i w XX wieku, kiedy realizm ustępuje miejsca modernizmowi. Bardzo dużo znanych mi i słynnych nazwisk – Picasso, van Gogh, Gauguin, Monet, Touluse-Lautrec, do tego niemieccy ekspresjoniści z „Die Brücke” z Ernstem Ludwigiem Kirchnerem, Oskar Kokoschka, Otto Dix, malarze kierunku Neue Sachlichkeit i wielu innych. Sztuka konceptualna i abstrakcyjna epoki powojennej nie robi już na mnie wrażenia, poprzedni okres kilkudziesięciu lat pomiędzy końcem XIX wieku i II wojną światową jest jednak tak ciekawy, że absolutnie nie żałuję, że wybrałem to muzeum.

Oprócz Galerii Nowych Mistrzów na II piętrze w budynku Albertinum jeszcze trzy mniejsze ciągi pomieszczeń na I piętrze i na parterze – Sala Klingera, Sala Mozaikowa i Sala Rzeźb. Maxa Klingera  znałem dotąd tylko z jego grafik, których dużą wystawę widziałem dawno temu w Muzeum Narodowym w Poznaniu. Bardzo ciekawa Sala Klingera zawiera nie tylko jego prace, lecz ogólnie sztukę fin de siècle’u. W Sali Rzeźb stoją między innymi posągi Rodina, w tym projekt słynnego „Myśliciela” Rodina. Wreszcie kilka sal o zagadkowych nazwach „Schaudepot” i Studiendepot”, co można przetłumaczyć jako „magazyn pokazowy” i „magazyn naukowy”. Domyślam się, że to eksponaty z muzealnych magazynów, które dyrekcja Staatliche Kunstsammlungen w Dreźnie postanowiła częściowo udostępnić publiczności. Uczyniła to wprawdzie w formie quasi prowizorycznej: eksponaty, od starożytnego Egiptu i Asyrii po XX wiek, stoją gęsto obok siebie, jakby upchane, w gablotach, brakuje szczegółowych opisów, ale i one mogą być ciekawe, mają dużą wartość historyczną i artystyczną.

W Albertinum spędzam trzy godziny, aż do zamknięcia muzeum. W atrium trwają właśnie przygotowania do wielkiego bankietu na kilkaset osób (z okazji adwentu?) Commerzbanku, kelnerzy uwijają się, ustawiając na stołach sztućce i naczynia. Na koniec wizyty odkrywam też, że w budynku muzeum odbyło się dzisiaj przedstawienie (w wersji audio, ze słuchawkami) miejscowego teatru, zwiedzenie wystawy stałej Galerii Nowych Mistrzów było jednak chyba lepszym wyborem.

W planach na dzisiejszy wieczór miałem też zwiedzenie kościoła Marii Panny (Frauenkirche); niestety, na miejscu okazuje się, że z powodu koncertu (w niedzielę koncert będzie retransmitowany na całe Niemcy, przed gmachem świątyni stoją wozy transmisyjne telewizji ZDF) kościół jest zamknięty. Na telebimie ja i tłumy uczestniczące w jarmarku bożonarodzeniowym  na placu przed kościołem możemy za to zobaczyć transmisję live – koncert w pierwszy dzień adwentu rozpoczyna się od Bacha, potem słyszymy m.in. Mozarta, Haydna, widzimy wnętrza odbudowanej 12 lat temu świątyni. Może kiedyś uda mi się wejść do kościoła i zobaczyć je na własne oczy. Nie zostaję do końca koncertu, chcę jeszcze pochodzić wśród straganów na jarmarku, potem kieruję się już w stronę autobusu. Odjeżdżamy o godz. 20, w Śremie będziemy o pierwszej w nocy.

Galeria Miejska „Arsenał” – Martin Parr, Rimaldas Vikšraitis

25 listopada – po dwugodzinnej pieszej wycieczce po Poznaniu i zwiedzeniu dwóch wystaw („Wielkopolscy bibliofile” i „Laboratorium sztuki”) w Bibliotece Raczyńskich zachodzę jeszcze do „Arsenału” na Starym Rynku. Galeria Miejska pełna ludzi, okazuje się, że  odbywa się tu dzisiaj i w niedzielę XPrint Festiwal Książek Fotograficznych, a w jego ramach spotkania z twórcami. Niestety nie bardzo mam na nie czas, ograniczam się do zwiedzenia wystawy czasowej: „The Real World” Martina Parra i Rimaldasa Vikšraitisa na piętrze.

Wystawa fotograficzna, składa się z dwóch części, na pozór bardzo różnych, po bliższym przyjrzeniu się podobnych, ich wspólny tytuł jest jak najbardziej uzasadniony. Anglik Martin Parr i Litwin Rimaldas Vikšraitis rzeczywiście fotografują prawdziwy świat, chociaż są to światy odmienne.

Kolorowe zdjęcia Martina Parra ukazują turystów na wakacjach, w Wielkiej Brytanii i innych krajach, słynne atrakcje  turystyczne jak Akropol czy krzywa wieża w Pizie sąsiadują tu ze zwykłymi ludźmi wykonującymi zwykłe, swobodne, wymuszone, a czasami niezwykłe, groteskowe gesty. Nic tu z turystycznych folderów, tak rzeczywiście wygląda dzień zachodniego, a od ćwierćwiecza również polskiego urlopowicza podczas letnich wakacji.

Druga część wystawy „Grimaces of Weary Village” Rimaldasa Vikšraitisa to całkiem inny świat. Artysta sfotografował tu życie litewskiej wsi, nie wiem, czy tylko jednej, ale czarno-białe zdjęcia muszą pochodzić chyba z wielu wiosek, ponieważ takie nagromadzenie odrażającej brzydoty, nieestetycznej nagości, scen pijaństwa, zabijanych i martwych zwierząt trudno byłoby znaleźć w jednym miejscu. Zdjęcia są na pewno przerysowane; nie wierzę, że tak wyglądają wioski nawet za naszą wschodnią granicę, artysta miał jednak prawo do takiego przerysowania. Kto chce, może doszukiwać się w nich estetyki turpizmu, dla mnie to po prostu zdjęcia reportażowe, pokazujące ciemniejszą stronę naszych relacji międzyludzkich.

W katalogu festiwalu, który zabieram z galerii, czytam o „długoterminowych strategiach fotograficznych”, o tym jak „dadaistyczny peformens przeistacza się w pantomimę, aby stoczyć się znów do poziomu sztubackiego dowcipu…” (Adam Mazur), myślę jednak, że znowu to trochę dorabianie na siłę idei do sztuki. Zdjęcia Martina Parra i Rimaldasa Vikšraitisa to po prostu dobrze zdjęcia reportażowe i tak należy je odbierać. Nie wiem, czy obaj artyści startowali kiedyś w konkursie World Press Photo czy podobnych i czy zdobyli na nich jakieś nagrody. Jeśli nie, powinni spróbować. Uznanie, nagrody w świecie fotografii artystycznej nie znaczy, że należy takich reporterskich konkursów unikać. Uczestnictwo w nich nie hańbi.

W trzeciej sali „Arsenału” wystawa „[Niekompletny] spis rzeczy” wydawnictwa Sputnik Photos, wspólnie tworzonego przez grupę artystów zafascynowanych terytoriami byłego Związku Radzieckiego. Do tego dużo innych książek fotograficznych, wiele naprawdę wartych przejrzenia, niestety, gdybym chciał je wszystkie dokładnie przeglądać, musiałbym tu zostać do późnego wieczora, do zamknięcia „Arsenału”, a ja chcę wrócić wcześnie do domu. Z tego samego powodu nie zostaję na spotkaniach na parterze „Arsenału”. Szkoda, bo na godz. 14.30 jest zaplanowane spotkanie z samym Rimaldasem Vikšraitisem, a na godz. 17 z Filipem Springerem, oznaczałoby to jednak jazdę rowerem całą drogę w ciemnościach i powrót do Śremu późno w nocy. I tak zresztą mam pecha. Kiedy wychodzę z „Arsenału”, pada deszcz, który nie ustanie przez całą drogę. W Śremie będę miał przemoczone wszystkie części garderoby, łącznie z bielizną i butami. Nie szkodzi, nie pierwszy to raz…

Biblioteka Raczyńskich – Wielkopolscy bibliofile 2017

25 listopada – po dwugodzinnej pieszej wycieczce po Poznaniu nie wracam jeszcze do Śremu, czeka mnie kilka wystaw. Po zwiedzeniu wystawy poświęconej prof. Stefanowi Tytusowi Dąbrowskiemu w Bibliotece Uniwersyteckiej UAM mogę powtórzyć te same uwagi co po obejrzeniu wcześniejszej ekspozycji na temat Aleksandra Birkenmajera. Jest ona zbyt mała, niedostatecznie oświetlona i w ogóle niewłaściwie zaaranżowana. Jeśli Uniwersytet im. Adama Mickiewicza pragnie uhonorować swoich dawnych rektorów i profesorów, może pokusiłby się o zorganizowanie dużej, profesjonalnej wystawy omawiającej łącznie ich postaci, zamiast rozdrabniać się na takie małe ekspozycje?

Głównym celem dzisiejszej wyprawy do Poznania jest jednak inna wystawa: „Wielkopolscy bibliofile”, zorganizowana przez Wielkopolskie Towarzystwo Przyjaciół Książki i eksponowana w Galerii Edwarda Biblioteki Raczyńskich. Impreza jest cykliczna, to już jej XIV edycja, dla mnie dopiero pierwsza. O wystawie dowiedziałem się przypadkiem od mojego śremskiego znajomego Krzysztofa Budzynia, który również jest członkiem towarzystwa i który też prezentuje na niej swoje prace.

Niestety, jak zwykle w Galerii Edwarda zainteresowanie nie jest duże. Jestem jedynym zwiedzającym, przed zwiedzeniem muszę też sam powkładać wtyczki do gniazdek, aby oświetlić gabloty. Trud jest wart tego – ekspozycja, która się ukazuje moim oczom po włączeniu oświetleniu, jest bardzo interesująca.

Już w pierwszej gablocie na antresoli widzimy bezcenne zabytkowe oprawy książek z XVI, XVII i XVIII wieku, między innymi z superekslibrisem Jean-Paula Bignona, bibliotekarza króla Francji Ludwika XIV, wystawiane przez Arkadiusza Wagnera. W sąsiedniej gablocie ks. Szczepan Szymendera prezentuje książki związane ze Stanisławem Leszczyńskim, m.in. czterotomowe wydanie jego dzieł filozoficznych z XVIII wieku. Ksiądz Szymendera zajął też jeszcze jedną gablotę prezentującą mowy żałobne i kazania pogrzebowe, m.in. poświęcone pamięci Władysława Zamoyskiego z Kórnika. Kórnikowi i Bninowi poświęcona jest też gablota mojego znajomego Kazimierza Krawiarza z Kórnika, a drugi znajomy, już wspomniany Krzysztof Budzyń prezentuje pozycje wydane przez swoje wydawnictwo Bin-Comu – książki i komplet numerów „Śremskiego Notatnika Historycznego”. W wielu z tych numerów są moje artykuły – recenzje, więc nie wypada dłużej się przy nich zatrzymywać :-).

Moje zainteresowania historią XX wieku sprawiają, że najciekawsze są dla mnie gabloty Krzysztofa Kłopockiego i Anny Łazuki-Witek. Ten pierwszy przedstawia postać Janiny Kłopockiej (swojej babci?), malarki, graficzki, twórczyni m.in. znaku Rodła; Anna Łazuka-Witek prezentuje dokumenty Polskiej Macierzy Szkolnej w Wielkiej Brytanii, której sekretarką była na przełomie lat 80. i 90.

Wystawa bardzo interesująca, niestety, muszę zadać pytanie – dlaczego tak mało, a właściwie w ogóle nie rozpropagowana? Informacji o wystawie nie ma ani na stronie internetowej Biblioteki Raczyńskich, ani w jej drukowanym programie wydarzeń na listopad. Jak napisałem, dowiedziałem się o niej przypadkiem od znajomego, Krzysztofa Budzynia, który również bierze w niej udział. Gdyby nie on, nie miałbym żadnej możliwości dowiedzenia się o niej, ponieważ o wystawie praktycznie głucho w Internecie. Najgorsze jest to, że również na samej wystawie brak informacji. Nie jest podane, że jest to wystawa Wielkopolskiego Towarzystwa Przyjaciół Książki; gabloty nie są opisane; nie wiadomo, kto prezentuje swoje zbiory i co one dokładnie ukazują. Informacje o osobach biorących udział w wystawie zaczerpnąłem ze strony internetowej towarzystwa, nigdzie indziej nie ma żadnych danych. Szkoda, zwłaszcza że to już XIV edycja wystawy. Miejmy nadzieję, że na XV edycji będzie lepiej.

Po Poznaniu – Niemcy w Poznaniu

25 listopada – wyjazd do Poznania na spacer zorganizowany przez Grupę Przewodników PoPoznaniu.pl. Chociaż mieszkam w Wielkopolsce już 30 lat, dotychczas tylko trzykrotnie wziąłem udział w takich spacerach (organizowanych przez różne instytucje). Do końca życia nie zapomnę pierwszego spaceru, nie dlatego, że był tak interesujący, lecz dlatego, że miał on miejsce… 10 kwietnia 2010 roku, w dniu katastrofy smoleńskiej, wydarzenie, które kiedyś opiszę na moim blogu. Drugi i trzeci spacer odbyły się po poznańskich scenach teatralnych i Ogrodzie Botanicznym, a temat dzisiejszego brzmi: „Jak obcy obok siebie”. Te zagadkowe słowa to cytat z książki „Poznań pod panowaniem pruskim” niemieckiego autora Moritza Jaffego, który w 1909 roku napisał: „W istocie Niemcy i Polacy w ciasnym obszarze dzisiejszego Poznania przechodzą jako obcy obok siebie”. Słowa te rzeczywiście odzwierciedlają stosunki panujące pomiędzy Niemcami i Polakami w XIX-wiecznym Poznaniu. I taki jest też temat dzisiejszego spaceru.

Trochę się spóźniłem, na Starym Rynku zjawiam się 3 minuty po godzinie 10, kiedy przewodniczka – Katarzyna Tymek – już rozpoczęła opowiadanie o niemieckiej mniejszości w Poznaniu. Chociaż tytuł wycieczki wzięty jest z Jaffego, cofamy się w czasie aż do założenia miasta w 1253 roku, kiedy to na lewym brzegu Warty osadzono niemieckich kolonistów, którymi kierował pierwszy wójt Poznania Tomasz z Gubina. Zakładanie miast na prawie magdeburskim było wtedy powszechne (w tym samym roku miała miejsce też lokacja Śremu), a pierwszymi osadnikami byli z reguły Niemcy.

Potem przechodzimy do pomnika Bamberki, przy którym Katarzyna Tymek opowiada o bambrach – już za dwa lata, w 2019 roku, będziemy obchodzić trzechsetną rocznicę sprowadzenia niemieckich osadników z Bambergu do Poznania. Wiara katolicka (warunek ich osiedlenia w mieście) i uczestnictwo w mszach razem z polską ludnością spowodowały ich szybką polonizację, dzisiaj o niemieckim pochodzeniu świadczą już tylko nazwiska i często zachowana pamięć o tradycjach rodzinnych.

Ze Starego Rynku idziemy w kierunku placu Wolności, przedtem zatrzymujemy się przy zachowanych murach miejskich przy ulicy Ludgardy i zaglądamy na ulicę Podgórną, przy której w niepozornej pomarańczowej kamieniczce w 1847 roku urodził się prezydent Niemiec Paul von Hindenburg. Do 1945 roku wisiała tu poświęcona mu tablica pamiątkowa, obecnie też wisi tablica, ale upamiętniająca kogoś całkiem innego – Karola Marcinkowskiego, który mieszkał w tym samym budynku i zmarł na rok przed narodzinami Hindenburga. Dużo możemy się o nim dowiedzieć na Alejach Marcinkowskiego, następnym przystanku wycieczki, o jego uwięzieniu w twierdzy w Świdnicy za udział w powstaniu listopadowym i zasługach w walce z epidemią cholery.

Na placu Wolności Katarzyna Tymek opowiada o polskich i niemieckich budowlach otaczających plac: Bazarze, Bibliotece Raczyńskich, Arkadii (kiedyś teatrze niemieckim) i Muzeum Narodowym (kiedyś Muzeum im. Cesarza Fryderyka). Potem przechodzimy na dziedziniec Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk (byłem na nim już wielokrotnie, za każdym razem jestem jednak pod wrażeniem niezwykłej atmosfery i spokoju tego miejsca, leżącego przecież w środku miasta), później do Dzielnicy Cesarskiej – Collegium Maius, kościół Najświętszego Zbawiciela przy ulicy Fredry (do 1945 roku kościół ewangelicki pw. św. Pawła), plac Mickiewicza z otaczającymi go budynkami i wreszcie wnętrza Zamku Cesarskiego, w których kończy się nasza wycieczka.

Wycieczka bardzo ciekawa, z pewnością najbardziej udana ze wszystkich czterech spacerów po Poznaniu, w których do tej pory wziąłem udział. Katarzyna Tymek opowiada przystępnie, mając na uwadze również osoby, które niewiele wiedzą o historii Poznania, widać jednak, że ma dużą wiedzę historyczną, podając szczegóły z historii Poznania, o których i ja dotąd nie wiedziałem, na przykład czym były w średniowieczu ortyle (z niemieckiego „Urteil” – wyrok) czy wilkierze („Willkür” – samowola), albo jakie kłopoty władze miejskie mieli z panami susiającymi na drzewa przy Alejach Marcinkowskiego. Jeszcze krótka rozmowa na zakończenie wycieczki.

– Dziękuję za bardzo ciekawe oprowadzanie. Przyjechałem tu specjalnie ze Śremu rowerem, aby wziąć udział w wycieczce. Wprawdzie miałbym jedną uwagę. Obok Collegium Maius opowiadała pani o budynkach szachulcowych i z muru pruskiego. Wydaje mi się, że to jest to samo, tyle że konstrukcja szachulcowa jest nazwą fachową, a mur pruski potoczną.

– Nie, to nie jest to samo. W konstrukcji szachulcowej przestrzenie między belkami są wypełniane gliną z sieczką, a w murze pruskim cegłami.

Sprawdzę to w domu. Rzeczywiście nasza przewodniczka miała rację. Moja pomyłka wynika prawdopodobnie z faktu, że te dwie konstrukcje są często mylone, a właściwie z tego, że wszystkie budynki o takim charakterystycznym wyglądzie fasady nazywa się murem pruskim, nawet jeśli w istocie są konstrukcjami szachulcowymi. Na zakończenie również dowiedziałem się więc czegoś nowego.

Biblioteka Publiczna w Śremie – 2+2 Wystawa rodzinna

Na najnowszej wystawie „2+2 Wystawa rodzinna” w Bibliotece Publicznej im. Heliodora Święcickiego w Śremie, na której wernisażu byłem 18 listopada, można zobaczyć prace czterech artystek: Urszuli Brylewskiej-Łukomskiej, Patrycji Łukomskiej, Grażyny Brylewskiej i Magdy Kęskiewicz. Podobieństwo nazwisk nieprzypadkowe, artystki rzeczywiście tworzą rodzinę, a dokładne więzy pokrewieństwa między nimi wszystkim zainteresowanym sztuką i życiem towarzyskim Śremu są dobrze znane.

Przed wystawą znałem tylko twórczość Urszuli Brylewskiej-Łukomskiej, malarki, którą często spotykam na wystawach w Muzeum Śremskim i która w tym roku narysowała mój portret opublikowany w „Gazecie Śremskiej”. Z wystaw w muzeum pamiętam też niektóre prace eksponowane w bibliotece – wszystkie, jak mówi artystka, inspirowane „Dziwnym ogrodem” Józefa Mehoffera. Inspiracje te wprawdzie zostały bardzo przetworzone, to całkiem inna epoka w sztuce i inna też kolorystyka, a właściwie dwie kolorystyki: bieli i szarości oraz czerwieni i zieleni. Ludzkie sylwetki, jakby za mgłą, w niezwyczajnych pozach i strojach, rzeczywiście ewokują postaci jakby z obrazu Mehoffera. To sztuka najbardziej tradycyjna i też najłatwiejsza w odbiorze na wystawie,

Grafiki z cyklu „Zasłyszane” Patrycji Łukomskiej, które można zobaczyć już w drugiej sali wystawy, to całkiem inny rodzaj twórczości. Formalnie to grafiki, ale mnie kojarzą bardziej z poezją konkretną, której kilka wystaw widziałem w Bibliotece Raczyńskich w Poznaniu i Muzeum Współczesnym we Wrocławiu. Artystka, która z pewnością lubi zabawę słowem, postanowiła wykorzystać przypadkowo usłyszane kwestie, łącznie z ich niedoskonałościami językowymi (jak „Noszsz kuchnia Felek”, „Prościuto”) i ująć je w prace graficzne. Sztuka plastyczna czy literatura? Ze względu na przewagę graficznych środków wyrazu jednak bardziej sztuka, ale prace te można też traktować jako refleksję nad skonwencjonalizowaniem, stereotypowością naszego języka.

Prace Grażyny Brylewskiej są na wystawie najtrudniejsze w odbiorze, i one jednak mi się podobały. To kolaże przedmiotów naklejonych na czerpanym papierze, papier na tkaninie, do tego trójwymiarowe obiekty, które można potraktować jako rzeźby. Widać tu wpływ Magdaleny Abakanowicz, widać też fascynację dawnymi technikami produkcji papieru, artystka wspomniała mi o swoich wizytach w Muzeum Papiernictwa w Dusznikach-Zdroju, które też kiedyś odwiedziłem.

„Codziennik (#nomakeup #nofitter)” Magdaleny Kęskiewicz to ostatnia praca prezentowana na wystawie – zbiór fotografii ukazujących artystkę w najróżniejszych pozach, ubraniach i… nastrojach. Nie wiem, czy fotografie te, zgodnie z tytułem, rzeczywiście zostały wykonane bez makijażu (nie jestem kobietą, nie znam się), w każdym razie warto je obejrzeć – na przykład jako stan ducha młodej, wrażliwej artystycznie polskiej kobiety.

Po wystawie „Tacy byliśmy”, którą widziałem w lipcu, to druga wystawa sztuki w śremskiej bibliotece. Mam nadzieję, że wystawy te, podobnie jak w Bibliotece Raczyńskich w Poznaniu, staną się tradycją…

Teatr Wielki w Poznaniu – „Cyrulik sewilski”

18 listopada – wyjazd ze Śremskim Stowarzyszeniem Przyjaciół Teatru na „Cyrulika sewilskiego” w Teatrze Wielkim w Poznaniu. Jeszcze nigdy nie widziałem tej sztuki na deskach opery. Dawno temu, jeszcze na studiach w Warszawie, widziałem tylko oryginalną, teatralną wersję drugiej części słynnej trylogii o Figarze Beaumarchais’go – „Wesele Figara” w Teatrze Dramatycznym. Sztuka, która – jak twierdzą niektórzy – w XVIII wieku ponoć przyczyniła się do wybuchu rewolucji francuskiej – podobała mi się, przede wszystkim ze względu na występującego w niej Janusza Gajosa, który w przedstawieniu z polotem i humorem zagrał tytułową postać. Wersji operowej Mozarta nie widziałem na scenie nigdy, chociaż mam na płytach całe wykonanie „Le nozze di Figaro”.

„Cyrulik sewilski” Rossiniego popularnością i liczbą wystawień chyba nie dorównuje „Weselu Figara” Mozarta, też należy jednak do żelaznego kanonu spektakli operowych, dzięki wspaniałej muzyce, która podczas przedstawienia często przywodziła mi na myśl utwory Mozarta. Nic dziwnego – Rossini, chociaż żył później niż Mozart i przeważnie zaliczany jest do epoki wczesnego romantyzmu, podobnie jak Schubert jest właściwie kompozytorem dwóch epok: klasycyzmu i romantyzmu, a partytura „Cyrulika sewilskiego”, wspaniałego dzieła z gatunku opery buffa, swoją lekkością i humorem o wiele bardziej przypomina Mozarta i Haydna niż późniejsze XIX-wieczne napuszone opery na przykład Verdiego. „Cyrulik sewilski” jest bardzo dobrą propozycją repertuarową dla wszystkich, którzy dopiero zaczynają się interesować operą.

Do tej wspaniałej muzyki w Poznaniu doszło bardzo dobre wykonanie. Jaromir Trafankowski w roli Figara wprawdzie nie ma tej charyzmy co zapamiętany przeze mnie Janusz Gajos sprzed lat, z rolą poradził sobie jednak bardzo dobrze, podobnie zresztą jak pozostała część obsady: Małgorzata Olejniczak-Worobiej w roli Rozyny, Randall Bills jako hrabia Almaviva, czy Andrzej Ogórkiewicz jako doktor Bartolo. Zaskoczeniem (w pozytywnym sensie tego słowa) była dla mnie drugoplanowa rola Berty granej przez Magdaleny Wilczyńskiej, nie tylko dzięki jej umiejętnościom wokalnym, ale też aktorskim. Wszystko to zrealizowane perfekcyjnie, również pod względem choreograficznym i w scenach zbiorowych – najdłużej w pamięci widzów pozostanie chyba zakończenie pierwszego aktu, zrealizowane z iście musicalowym rozmachem.

Na szczęście „Cyrulik sewilski”, jak zwykle w poznańskiej operze, został wystawiony zgodnie z klasycznym pierwowzorem, bez prób eksperymentowania i uwspółcześniania na siłę klasyki, jak to często ma miejsce w teatrach dramatycznych. Prosta w charakterze, ale przemyślana i udana jest też oprawa scenograficzna Ryszarda Kai, artysty od dawna związanego z Teatrem Wielkim, na którego wielkiej wystawie w „Arsenale” byłem w ubiegłym roku. Wystawiając operę w ten klasyczny sposób, reżyser nie odmówił sobie wprawdzie efektów wyobcowania, tak popularnych w teatrze od czasów Brechta. Już podczas uwertury widzimy na scenie krzątających się pracowników teatru początku XIX wieku, suflerkę wdzięcznie gramolącą się do budki suflera i asystującej potem przez cały czas śpiewakom, panią nalewającą jej herbatę, potem Figara romansującego z charakteryzatorką z boku sceny. Wszystko to, jak i uwydatnienie w scenografii pudelkowości, umowności sceny, na której dzieje się akcja, ma oczywiście za zadanie jeszcze większe podkreślenie konwencji świata opery. Reżyser i twórcy spektaklu puszczają do nas oko, czego wcale nie mamy im za złe. Najważniejsze jest przecież nawiązanie kontaktu pomiędzy aktorami i widzami, czego symbolem stają się samoloty, które artyści w ostatniej scenie składają z kartek partytury i rzucają na widownię. Jeden z tych samolotów trafił do piszącego tę recenzję. Z zaciekawieniem rozwinąłem go już w domu. Nie, nie był to fragment partytury „Cyrulika sewilskiego” tylko nuty piosenki o komarze z II aktu „Borysa Godunowa” Musorgskiego. W każdym razie zostawię go sobie na pamiątkę na mojej półce z płytami w domu.

Kościół greckokatolicki pw. Opieki Matki Bożej w Poznaniu

12 listopada – wyjazd na nabożeństwo do kościoła greckokatolickiego przy ulicy Toruńskiej w Poznaniu. W przeciwieństwie do cerkwi prawosławnej na Marcelińskiej, o której słyszałem już w latach 90., o jego istnieniu dowiedziałem się rok temu i dopiero teraz udało mi się go odwiedzić. Jazda zwykłą trasą przez Rogalin do ronda Rataje; tam nie skręcam jak zawsze na północny zachód w kierunku mostu Królowej Jadwigi, lecz kieruję się na północ, do ronda Śródka i na wschód. Ulica Toruńska jest boczną Warszawskiej – gdzieś tu niedaleko mieszka Alfred Babczyk, były dyrektor Odlewni Żeliwa w Śremie; zastanawiam się, czy go nie spotkam, ale oczywiście jest to mało prawdopodobne. Ciekawe, czy poznałby mnie po tak wielu latach…

Kościół greckokatolicki (jakiś czas temu w Polskim Radiu słyszałem rozmowę z księdzem rzymskokatolickim, który był przekonany, że to katolicy zamieszkali w Grecji; jakie oceny miał ten ksiądz na zajęciach z historii Kościoła w seminarium?) powstał dość przypadkowo, na skutek misyjnych zapędów katolików na wschodzie Rzeczypospolitej w XVI wieku. Unia brzeska, która miała zjednoczyć katolików i prawosławnych pod wspólnym zwierzchnictwem papieża, była raczej niefortunnym aktem w historii religijnej Polski. Formalnie rzeczywiście zjednoczyła katolików i prawosławnych na kresach państwa; w praktyce grekokatolicy (unici) nawet jeśli już nie byli określani mianem heretyków, dla rzymskich katolików pozostali katolikami „gorszego sortu”, a dla innych prawosławnych stali się odszczepieńcami, zdrajcami. Po rozbiorach w zaborze rosyjskim unitów siłą z powrotem wcielono do Kościoła prawosławnego, grekokatolicy przetrwali tylko w zaborze austriackim. Tam, we wschodniej Galicji, religia greckokatolicka odegrała dużą rolę w rozwoju świadomości narodowej Ukraińców, którzy odtąd mieli jasne kryterium odrębności etnicznej zarówno od rzymskokatolickich „Lachów” jak i prawosławnych „Kacapów”. I tak na przełomie XIX i XX wieku wschodnia Galicja stała się ukraińskim Piemontem. Dla Ukrainy następstwa unii brzeskiej miały więc bardzo pozytywne skutki, dla Polaków – pamiętając o ukraińskim ruchu nacjonalistycznym, ukraińskich terrorystach w II Rzeczypospolitej i wreszcie zbrodniach UPA podczas wojny – niekoniecznie.

Do cerkwi greckokatolickiej przy Toruńskiej przyjeżdżam tuż przed rozpoczęciem nabożeństwa o godz. 10. Cerkiew jest już zapełniona, wiernych jest więcej niż na nabożeństwach prawosławnych w cerkwi przy Marcelińskiej, widzę też dużo młodych i dzieci. Kościół (który architekturą cerkwi w ogóle nie przypomina) jest trochę większy od cerkwi prawosławnej, ma prospekt organowy, ale chyba bez organów, jest tylko trzyosobowy chórek składający się z jednej dorosłej kobiety i dwóch dziewcząt, koło których cały czas stoję podczas nabożeństwa. Jak na nabożeństwie prawosławnym nie ma instrumentów muzycznych, śpiew tylko a capella, wierni w tym śpiewie i modlitwach są jednak bardziej aktywni niż przeważnie milczący prawosławni na Marcelińskiej.

Wreszcie o godz.10 rozpoczyna się nabożeństwo, podobnie jak na Marcelińskiej przeważnie dla mnie niezrozumiałe. Zbyt słabo znam kościoły wschodnie, aby pojąć wszystkie szczegóły tej liturgii, która właśnie odprawia się przed ołtarzem. Do tego język: liturgia jest odprawiana w języku starocerkiewnosłowiańskim, nie pada ani słowo po polsku, w przeciwieństwie do cerkwi prawosławnej, w której po polsku jest odczytywana ewangelia a potem ogłoszenia parafialne. Tu kazanie i ogłoszenia są w języku ukraińskim, co czyni je dla mnie niezrozumiałymi (zrozumiałbym rosyjski). Dużo gestów i zachowań znanych mi już z cerkwi prawosławnej, jak bardzo częste żegnanie się znakiem krzyża (z prawa na lewo, odwrotnie niż u rzymskich katolików), całowanie świętego obrazu, komunia podawana na łyżeczce prosto do ust, również małym dzieciom, kościoły wschodnie nie znają pojęcia pierwszej komunii. Nabożeństwo trwa godzinę i 10 minut – dłużej niż msza, ale krócej niż prawie dwugodzinne nabożeństwo prawosławne. Po nabożeństwie wierni nie rozchodzą się od razu do domów, czas na rozmowy, towarzyskie spotkania, słychać zarówno język polski jak i ukraiński. Ciekawi mnie, ilu wiernych to potomkowie Łemków i Bojków wysiedlonych z Bieszczad na skutek akcji „Wisła” po wojnie, a ilu to współczesna imigracja ukraińska, trudno to jednak ocenić.

Porównanie nabożeństwa greckokatolickiego z prawosławnym wypada w moich oczach na korzyść cerkwi przy Marcelińskiej. Myślę, że wyjaśnienie leży częściowo w architekturze i wystroju obu budynków. Chociaż cerkiew prawosławna została przebudowana w okresie międzywojennym z dawnej stajni wojskowej i na zewnątrz jest brzydsza od budynku przy Toruńskiej, wewnątrz posiada klimat, którego w cerkwi greckokatolickiej przy Toruńskiej brakuje. Jest ona dawnym kościołem rzymskokatolickim, zbudowanym w okresie międzywojennym, który dopiero w 2013 roku został przekazany grekokatolikom (wcześniej nabożeństwa odbywały się w kościele Przenajdroższej Krwi Pana Jezusa przy ulicy Żydowskiej) i widać to w wyposażeniu. Nie ma w niej ikonostasu, nie ma takiej mnogości ikon jak w cerkwi prawosławnej, człowiek nie czuje związku z sacrum. Nie wiem, czy wyposażenie to zostanie w przyszłości uzupełnione, w świątyni nie ma też na nie dużo miejsca, zobaczymy…

Po nabożeństwie zaglądam jeszcze na wystawy w Galerii Miejskiej „Arsenał” na Starym Rynku i Bibliotece Uniwersyteckiej w Poznaniu, potem powrót do Śremu.

Galeria Miejska „Arsenał” – Porozmawiajmy o śmieciach

Czy zakończona właśnie w poznańskiej Galerii Miejskiej „Arsenał” wystawa „Porozmawiajmy o śmieciach” Hugona Kowalskiego i Marcina Szczeliny była wystawą sztuki? Pytanie to nurtowało mnie od chwili wejścia na piętro „Arsenału”, w którym w dwóch salach zaprezentowano wspomnianą wystawę, a w miarę, jak ją zwiedzałem, odpowiedź brzmiała raz: tak, raz: nie. Już przy wejściu do pierwszej, większej sali (wystawę widziałem 4 listopada, w przedostatni dzień ekspozycji) zwiedzających wita ogromna góra śmieci –instalacja artystyczna, forma sztuki tak popularna wśród współczesnych artystów. Trochę dalej na ścianie monitory z video-art, a więc sztuka, sztuka współczesna? Co w takim razie robią tu zawieszone próbki materiałów budowlanych z opisem ich właściwości? Opisy próbek, koncentrujące się na ich cechach ekologicznych, są bardzo rzeczowe, a przecież nie jesteśmy na Międzynarodowych Targach Poznańskich czy w markecie budowlanym.

Napis w pierwszym pomieszczeniu informuje nas, że wystawę należy zwiedzać od drugiej sali i rzeczywiście taka byłaby chyba właściwa kolejność. Drugie pomieszczenie przedstawia najpierw w datach historię śmieci od starożytności po współczesność. Na szczęście prezentacja nie ogranicza się do plansz, są też artefakty, i to bardzo ciekawe, jak pierwsza puszka po piwie amerykańskiego browaru Krueger czy oryginalnie zapakowana i jeszcze nie rozpakowana paczka pieluszek Pampers z początku lat 60. Jedną ze ścian zajmuje wielka mapa świata przedstawiająca nielegalny handel śmieciami, na innej ścianie widzimy cały skomplikowany proces gromadzenia, segregacji, przetwarzania, utylizacji, recyklingu śmieci. Kolejne video (czy można je nazwać video art?) przedstawia hinduskie kobiety pracujące w trudnych do wyobrażenia warunkach na wysypisku śmieci w Indiach (wystawa jest częściowo owocem wyprawy jej autorów do Bombaju). Dowiadujemy się też o japońskim mieście Kamikatsu, które postawiło sobie za cel stać się „zero waste town”, miastem niegenerującym śmieci, a właściwie segregującym je i poddającym recyklingowi czasami w absurdalny wręcz sposób.

Bardzo dużo ciekawych informacji, o których również ja dowiaduję się po raz pierwszy. Wiemy, że tworzywa sztuczne są produkowane z ropy naftowej, ale ilu zwiedzających wystawę wcześniej wiedziało, że plastykowe butelki z polietylenu (PET), w których napoje znakomita większość z nas kupuje codziennie, są wytwarzane z małych preform, buteleczek, które dopiero strumień sprężonego powietrza rozdmuchuje do pożądanego kształtu? Dwie przykładowe takie preformy zaprezentowano też na wystawie.

Dopiero po zwiedzeniu tego pomieszczenia należy powrócić do pierwszej sali, gdzie prezentowane są możliwe odpowiedzi na zalewającą nas górę śmieci. To właśnie te próbki ekologicznych materiałów budowlanych, które twórcom, na ich prośbę, przesłali producenci. Większość firm, do których Hugon Kowalski i Marcin Szczelina się zwrócili, wprawdzie nie odpowiedziała na ich apel. Listę wszystkich przedsiębiorstw wywieszono na wystawie; szukam wśród nich śremskich firm, nie ma jednak ani Rehau, ani Deforu.

Wystawę „Porozmawiajmy o śmieciach” można uznać za projekt artystyczny, wystawa ta również dobrze mogła być zaprezentowana w muzeum historycznym, muzeum przemysłu, nawet etnograficznym, a jej najwłaściwszym miejscem byłoby chyba Ministerstwo Ochrony Środowiska, Greenpeace, czy inna z tak wielu organizacja ekologiczna. Jest sztuką, ale w równym stopniu jest publicystyką, mówiącą o rzeczach, które artystów interesują, wprost, nie trzeba doszukiwać się jej ukrytego przesłania. I ma prawo taką być.

* * *

Nie wiem, czy druga wystawa którą zobaczyłem tego dnia w „Arsenale” – „Ryby, kamienie, telewizory” Adriana Kolarczyka i Marii Stożek – była jakoś inspirowano pierwszą, ale nie sądzę – ukazujące przypadkowe sceny analogowe fotografie gromadzone i teraz zaprezentowane przez artystów chyba nie zostały znalezione na śmietnikach, lecz kupione na targowiskach i w Internecie od przypadkowych sprzedawców. Niestety nie odnalazłem przesłania tej wystawy, ani wyrażonego wprost, ani w formie aluzyjnej. Próbowałem analizować te fotografie, było to jednak zbyt nużące.

Festiwal Słowa w Piosence „Frazy”

4 listopada – po zwiedzeniu dwóch wystaw w Bibliotece Uniwersyteckiej wybieram się na Festiwal Słowa w Piosence „Frazy”, przedtem jednak zaglądam do Biblioteki Raczyńskich. Odbywają się tu dwie wystawy czasowe: „Kto oprócz Hrabala? Kto oprócz Tokarczuk? Czeska i polska literatura w przekładach” w Galerii Atanazego oraz „Lodorosty i bluszczary”, przedstawiająca twórczość dla dzieci Jerzego Ficowskiego. Wystawy są całkiem ciekawe, zwłaszcza ta o polskiej i czeskiej literaturze, z masą informacji o wzajemnej recepcji literatur sąsiadów, niestety zwiedzam je tylko „po łebkach” – na godz. 12 w Scenie na Piętrze przy Masztalarskiej zaplanowano przesłuchania finałowe Ogólnopolskiego Konkursu Piosenki Autorskiej im. Jacka Kaczmarskiego, będącego częścią Festiwalu Słowa w Piosence „Frazy”.

Chociaż mieszkam w Wielkopolsce już 35 lat, jeszcze nigdy nie byłem w sali Sceny na Piętrze. Właścicielem sali jest Estrada Poznańska, odbywają się tu koncerty, spektakle teatralne a dzisiaj konkurs piosenki autorskiej. Jestem punktualny, kilka minut przed godz. 12, czego niestety nie można powiedzieć o organizatorach. Na scenie próbę odbywa jeszcze jakiś zespół, który chyba też bierze udział w konkursie; po godz. 12 wychodzi dyrektor artystyczny festiwalu, Krzysztof Gajda, który przeprasza za opóźnienie – jeszcze nie dojechała jedna z jurorek. Publiczności to nie przeszkadza, zajmuje się własnymi sprawami, frekwencja nie jest zresztą duża; o ile się orientuję, część widzów to też artyści, którzy czekają na swoją kolej. Jestem jedną z nielicznych osób, która to spóźnienie ma organizatorom za złe – mogłem zostać dłużej w Bibliotece Raczyńskich i dokładniej obejrzeć wystawy. Wreszcie koncert rozpoczyna się z półgodzinnym opóźnieniem.

Ogólnopolski Konkurs Piosenki Autorskiej im. Jacka Kaczmarskiego to konkurs amatorski i trochę takie też są przygotowania i same występy jego uczestników. Najpierw trzeba podłączyć sprzęt, głośno skonsultować z akustykiem, co trzeba poprawić w brzmieniu, wszystko to na oczach publiczności (nie szkodzi, taka nieformalna atmosfera ma swój urok), wreszcie można śpiewać. Każdy wykonawca albo zespół wykonuje dwa utwory. Pierwsze dwa występy nie bardzo mi się podobają i już zaczynam utwierdzać się w przekonaniu, że mogłem lepiej zaplanować dzisiejszy dzień, kiedy na scenę wchodzi z gitarą Marcin Gąbka. Jego „Ballada o włosach” i „Frodo” (ta druga piosenka zainspirowana „Władcą pierścieni”), ekspresyjne brzmienie głosu powodują, że decyduję się zostać na konkursie; nie przeszkadza mi nawet to, że w drugiej piosence pieśniarz w połowie zapomniał tekstu i musiał zaczynać od początku. I następni wykonawcy – Monika Kowalczyk, Edyta Górecka, Andriej Kotin, Asia Nawojska, jest nawet lokalny kabaret Klub Szyderców Bis z Jeżyc, wyśpiewujący hymn na część swojej dzielnicy i dowcipnie komentujący wieloletni remont ronda Kaponiera. Pozostałe piosenki wykonywane w konkursie są na najróżniejsze tematy – w każdym razie to nie pop, artyści śpiewają o ważnych dla nich sprawach, to rzeczywiście poezja śpiewana, chociaż może nie najwyższych lotów.

Po godz. 14 Krzysztof Gajda ogłasza 15-minutową przerwę. Czas na zastanowienie. Przesłuchania były zaplanowane do godz. 16, zaczęły się jednak z opóźnieniem, możliwe są jeszcze dalsze poślizgi, skończą się więc pewnie przed 17. To za późno dla mnie, jazda rowerem w ciemnościach nie jest przyjemnością, poza tym chciałbym jeszcze zajrzeć do „Arsenału”, decyduję się więc już opuścić Masztalarską. Może w przyszłym roku będzie okazja wysłuchać całego koncertu?