Wizyta nieznajomej pani

Tekst napisany przeze mnie chyba na początku 2001 roku (mieszkałem wtedy jeszcze na Grota Roweckiego), ale nigdy dotąd nie publikowany. Przypomniał mi się teraz, tuż po zakończeniu kolejnej edycji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy…

* * *

Jaka niespodzianka może nas spotkać w niedzielny wieczór, kiedy jesteśmy pochłonięci lekturą, a przyjemną ciszę mącą jedynie przytłumione odgłosy sąsiadów, zajętych, jak i my, własnymi sprawami? Oto nagle spokój przerywa ciche pukanie do drzwi. Po otwarciu ukazuje się pani w średnim wieku. – Pan Andrzej? – Tak, proszę bardzo – Zapraszam, aby spoczęła w fotelu, przypuszczając, że mam do czynienia z klientką, która przyszła w sprawie tłumaczenia.

Pani nie zdejmuje płaszcza, spogląda tylko na mnie z uśmiechem, do jakiego zazwyczaj uciekamy się, kiedy chcemy zjednać sobie innych ludzi, i już zaczynam domyślać się, że nie zwyczajna to klientka zasiadła przede mną.

– Panie Andrzeju, pan mnie pewnie nie zna, ale ja pana znam, mieszkam w czwartej klatce tego bloku i często pana widuję…

Nie przypominam sobie, ale blok ma 120 rodzin a ja słabą pamięć do twarzy, nie zaprzeczam więc i oczekuję dalszego ciągu. W rzeczy samej nieznajoma pani szybko przechodzi do sedna sprawy.

– Tylko bardzo proszę, aby to, co teraz powiem, zostało między nami – prosi gorąco. – Sprawa  jest przykra a jednocześnie nagląca. Mój starszy syn znalazł się ostatnio w szpitalu w Poznaniu, na początku nie wiadomo było, co mu dolega a teraz niech pan sobie wyobrazi, zadzwonił do mnie lekarz z Poznania i poprosił, abym zaraz przyjeżdżała. Podejrzewają gruźlicę i stan podobno się pogorszył. Tymczasem jest tuż przed rentą a ja nie mam pieniędzy. Tak sobie obliczyłam, że na bilety PKS do Poznania a potem tramwajem na Szamarzewskiego będzie mnie kosztowało 30 złotych. Zastanawiałam się, kto może i pomóc i pomyślałam o panu – to tylko 30 złotych, do zwrotu w poniedziałek. I jak, zaufa mi pan, panie Andrzeju? – Uśmiech osiąga tu swoje apogeum, tak samo jak i prosząco-poufały ton głosu.

Odpowiadam też uśmiechem – Wie pani, ja pani nie znam …

– Nazywam się Nowak, można sprawdzić w spisie lokatorów.

– Cóż, pieniędzy do rąk pani nie dam, ale bardzo chętnie pani pomogę. Możemy pójść na dworzec PKS i tam kupię pani bilet do Poznania.

Uśmiech na twarzy pani „Nowak” znika tak szybko jak słońce przesłonięte deszczową chmurą.

– Dobrze, tylko ubiorę młodszego syna i zaraz pójdziemy.

– Kiedy mogę się pani spodziewać?

– Za 15 minut.

Nietrudno domyśleć się zakończenia tej historii. Pani „Nowak” nie pojawiła się ani po 15 minutach ani też nigdy później. Nikt o takim nazwisku oczywiście nie mieszkał w IV klatce, nigdy też ponownie się nie spotkaliśmy.

Liczba osób w ten sposób oszukanych przez panią „Nowak” jest prawdopodobnie wysoka, wątpię jednak, aby szybko zajęły się nią policja i prokuratura. Szansa, aby osoby, które padły ofiarą oszustwa, zgłosiły to na policji i domagały się ścigania sprawcy, jest niewielka – utracona kwota w pojedynczych przypadkach jest przecież niewielka i lepiej machnąć na to ręką. Ta prawda psychologiczna jest też chyba znana pani „Nowak”, która rozważnie nie oszukuje swoich ofiar na wyższe sumy.

Anonimowość blokowiska na Jezioranach to drugi czynnik, który ułatwia wyłudzanie pieniędzy w ten sposób. Zamykamy się w czterech ścianach, nie znamy nawet najbliższych sąsiadów, co dopiero powiedzieć o współlokatorach „z IV klatki”? Kontakty towarzyskie utrzymujemy w pracy i wśród krewnych, jakże często człowiek mieszkający za ścianą lub nad nami jest nam całkowicie obcy.

Kiedy tę historię opowiedziałem znajomemu komisarzowi ze śremskiej komendy policji, wzruszył ramionami – Czego pan chce, bieda robi się coraz większa i coraz więcej ludzi kombinuje, jak zdobyć parę groszy. – Istotnie liczba oszustw gwałtownie wzrosła, od kiedy staliśmy się krajem wolnym – nie wszyscy w kapitalizmie dają sobie radę i uciekają się do takich metod zarabiania pieniędzy. Nabieranie na litość – w tym przypadku syn chory na gruźlicę – występuje w każdym kraju, w którym miłosierdzie jest cnotą. Czy powinniśmy jednak pozwalać się oszukiwać, dawać pieniądze każdemu pijaczkowi, który bełkocącym głosem poprosi o pieniądze na bułkę? Kochaj bliźniego swego, ale nie daj się zrobić przez niego w jelenia. Zamiast pieniędzy kup mu tę bułkę albo … zaproponuj pójście na dworzec i kupno biletu do Poznania.

V Międzynarodowy Weekend Filmowy – Daniel Olbrychski

14 stycznia – udział w V Międzynarodowym Weekendzie Filmowym w Śremie. W tym roku weekend jest poświęcony twórczości Andrzeja Wajdy, a głównym gościem jest Daniel Olbrychski. Jak zwykle praca nie pozwala mi na obejrzenie seansów piątkowych („Człowieka z marmuru” i „Człowieka z żelaza”), do kinoteatru „Słonko” przychodzę dopiero w sobotę. 20 minut przed pierwszym seansem („Ziemią obiecaną”) kino świeci jeszcze pustkami. Z doświadczenia poprzedniej edycji festiwalu wiem, że frekwencja na filmach niestety nie będzie duża; zaskakuje mnie jednak to, że są jeszcze miejsca na spotkanie z Danielem Olbrychskim, które ma odbyć się bezpośrednio po pokazie „Ziemi obiecanej”. Tak małe zainteresowanie spotkaniem z jednym z największych polskich aktorów?

Na seansie jest około 20 widzów. Pojawia się też A., Brytyjka mieszkająca na stałe w Śremie, siadamy obok siebie na widowni. Opowiada mi, że na filmy przyszła również po to, aby podszkolić swój polski, była też wczoraj, pierwszego dnia festiwalu – na „Człowieku z marmuru” było tylko dwóch widzów, na „Człowieku z żelaza” sześciu.

„Ziemię obiecaną” widziałem dotąd tylko raz, w latach 70., i to w telewizji (film zmontowano też jako serial), nigdy w kinie, oglądam więc film jak całkiem nowy obraz, chociaż oczywiście z grubsza znam fabułę. Wielu krytyków uznaje film za najwybitniejsze dzieło Wajdy – z opinią tą, jak ze wszystkimi, można dyskutować, ta epicka opowieść o świecie przemysłowym XIX-wiecznej Łodzi z pewnością jest jednak dziełem wybitnym, jednym z najwybitniejszych w historii polskiej kinematografii, a scena w teatrze jest wręcz arcydziełem kina światowego. Nieoczekiwanie dla mnie film wzbudza we mnie też nostalgię, staje się powrotem do młodości, młodości aktorów, którzy w nim występują, ale też mojej własnej młodości. Od 1995 roku, kiedy to pozbyłem z mieszkania telewizora, moja edukacja filmowa bardzo ucierpiała; niestety powrót do czasów studenckich, kiedy chodziłem do kina trzy, cztery w tygodniu, czy do przełomu lat 80. i 90., kiedy byłem członkiem zarządu dyskusyjnego klubu filmowego w Śremie, jest już raczej niemożliwy.

* * *

Spotkanie z Danielem Olbrychskim rozpoczyna się o godz. 17. Frekwencja o wiele lepsza niż na filmie, większość sali zapełniona, chociaż są wolne miejsca. To już drugi raz w krótkim czasie, kiedy mam okazję zobaczyć aktora – w październiku byłem na spektaklu Krakowskiego Salonu Poezji Anny Dymnej, na którym recytował poezje Jarosława Iwaszkiewicza. Daniel Olbrychski rozpoczyna wieczór od wspomnień ze swojego pierwszego spotkania ze Śremem, które miało miejsce w 1967 roku, kiedy to w PGR w pobliskich Manieczkach i Szołdrach kręcono film „Skok”, w którym występował z Marianem Opanią. Jak się okazuje, wielu śremian pamięta ten film, chociaż minęło już 50 lat od jego premiery. Potem występował na scenie kina „Słonko” w latach 90., na zaproszenie lokalnej grupy teatralnej, pamięta to jeszcze więcej osób, ja niestety nie byłem na tym przedstawieniu, chociaż w pierwszej połowie lat 90. byłem dość częstym gościem w „Słonku”.

Największą wartość mają dla mnie anegdotyczne wspomnienia Daniela Olbrychskiego o Andrzeju Wajdzie, od pierwszego występu aktora w filmie Wajdy – w „Popiołach” w 1965 roku, w którym zagrał Rafała Olbromskiego. Olbrychski był wtedy jeszcze studentem szkoły teatralnej (po pierwszych rolach przerwał studia, ukończył je dopiero w… 2010 roku); wspomnienia aktora o Andrzeju Wajdzie, który pewnego razu odwiedził ich w szkole podczas zajęć i pilnie przypatrywał się najpierw studentkom, a później samemu Olbrychskiemu, czego wynikiem były zdjęcia próbne z samą Polą Raksą (młody Olbrychski był wniebowzięty, że może przed kamerą „wyściskać” najsławniejszą piękność polskiego kina lat 60.) budzą śmiech i aplauz widowni. Potem przyszedł czas na „Wszystko na sprzedaż”, która kręcono niedaleko zabudowań Uniwersytetu Warszawskiego akurat wtedy, kiedy 8 marca 1968 roku milicja pałowała studentów (Olbrychski, jak wspomina, również uczestniczył w zajściach, bo przecież nie dać się spałować milicji w takiej chwili byłoby dyshonorem), w latach 70. „Brzezina” i „Panny z Wilka” na podstawie opowiadań Jarosława Iwaszkiewicza i wiele innych. Jak oblicza sam aktor, łącznie wystąpił w 13 filmach Andrzeja Wajdy – w 10 w rolach głównych i w 3 w epizodach.

Czas na pytania publiczności, których nie ma wiele, ale które są ważne i dużo wnoszą do spotkania. Aktor wprawdzie uchyla się od odpowiedzi na pytanie zadane przez Piotra Hoffmanna, co sądzi o współczesnej sytuacji w Polsce, dużo jednak opowiada o skandalu na wystawie „Naziści” w warszawskiej „Zachęcie”, kiedy zaatakował szablą eksponowane tam fotografie aktorów (również swoją) w nazistowskich mundurach; dużo czasu poświęca też swojej przyjaźni z Władimirem Wysockim i odwiedzinach na jego grobie w Moskwie 40 dni po śmierci barda (był wtedy eskortowany przez funkcjonariuszy KGB), czy nagraniu utworów erotycznych Aleksandra Fredry.

Spotkanie z pewnością udane, należy do tych, które będę długo pamiętał. Bardzo podoba mi się fakt, że Olbrychski nie zlekceważył publiczności; w wypowiedziach aktora słychać było szacunek dla widzów, również tych, którzy mieszkają w takim małym, prowincjonalnym mieście jak Śrem. Spotkanie było też ciekawsze od spektaklu poezji Iwaszkiewicza w Poznaniu, oczywiście dlatego, że tu jego bohaterem był sam aktor i ludzie, których spotykał.

Jak i w Poznaniu nachodzą mnie też refleksje na temat przemijania, upływu czasu. 72-letni Daniel Olbrychski nie jest już tym aktorem, którego przed chwilą widziałem w „Ziemi obiecanej”, którego pamiętam z „Potopu”, „Pana Wołodyjowskiego”, czy „Wesela”. Czas, także kontuzje (aktor szczegółowo opowiedział o wypadku podczas jazdy konno w 1999 roku, który zmiażdżył mu stopę) wywarły swoje piętno na jego fizyczności. Zachował jednak wielki talent aktorski i okazał też podczas spotkania w Śremie, które występem artystycznym przecież nie było, naśladując sposób mówienia Wajdy czy śpiew Wysockiego. Pozostaje jednym z luminarzy polskiej sceny.

Daniel Olbrychski Słonko

Na spotkaniu z Danielem Olbrychskim, w jednym rzędzie ze Zbigniewem Hoppe (stoi Gabriela Wasielewska). Fot.: Piotr Hoffmann.

Błażejewo – kościół św. Jakuba Apostoła

6 stycznia – w kalendarzu Święto Trzech Króli, na dworze mróz, a ja wybieram się w pierwszą w tym roku wycieczkę rowerową, tym razem tylko do Błażejewa – niska temperatura (termometr na moim bloku wskazuje -4 °C) nie zachęca do dalszych wypraw.

Jazda na skróty, za Drzonkiem skręcam w boczne drogi, przez Masłowo. Droga bliższa, ale gorzej utrzymana. Od Masłowa pada coraz gęstszy śnieg; kiedy przed Błażejewem asfalt przechodzi w drogę gruntową, jadę coraz wolniej, uważając, aby się nie przewrócić. Gdybym teraz doznał poważnej kontuzji, np. złamał nogę, oznaczałoby to śmierć z wychłodzenia, przecież tędy nikt nie jeździ, nikt by mi nie pomógł… Wszystko to sprawia, że na mszę o godz. 11 spóźniam się 10 minut, akurat zaczyna się czytanie ewangelii.

Ileż to już razy odwiedziłem Błażejewo…. Przeważnie jednak kościół widziałem tylko z zewnątrz. Na mszy po raz pierwszy byłem dopiero wtedy, kiedy córka mojej znajomej wychodziła tam za mąż za Południowoafrykańczyka (czy takie słowo istnieje w polszczyźnie?) i poprosiła mnie o tłumaczenie ceremonii zaślubin. Miałem też wtedy okazję poznać ks. proboszcza Henryka Schwanke; poprzedniego proboszcza, ks. Tadeusza Nagla, duszpasterza, lokalnego działacza i poetę, postaci bardzo znanej i zasłużonej dla ziemi śremskiej, nigdy nie poznałem osobiście. Potem jeszcze raz pojechałem na mszę do Błażejewa, aby dokładniej obejrzeć kościół. W kwietniu 2016 roku dowiedziałem się, że ks. Schwanke z powodu choroby odszedł z Błażejewa, zastąpił go ks. Jacek Niesyto, również filipin ze Świętej Góry w Gostyniu. Z Kongregacją Oratorium Św. Filipa kościół w Błażejewie związany jest od początku swego istnienia, czyli od XVII wieku.

Kościół pw. św. Jakuba Apostoła jest uważany za najładniejszy w powiecie śremskim – podzielam to zdanie. Wszystkie zabytkowe kościoły drewniane mają swój urok; kościół w Błażejewie ma jednak w sobie coś, co szczególnie przyciąga turystów, począwszy od jego otoczenia (drewniane rzeźby świętych, głazy narzutowe), przez bryłę architektoniczną (kościół jest nieznacznie przechylony, przypomina mi Krzywy Dom w Toruniu) po wystrój wnętrza. Liczące tylko dwustu kilkudziesięciu wiernych Błażejewo jest najmniejszą parafią w archidiecezji poznańskiej, taki jest też jej kościół: ma jedynie 15 metrów długości, szerokość nawy wynosi 4,5 m. Nawet w tak małej wspólnocie trudno znaleźć na mszy miejsce siedzące, jak wielu innych muszę stać.

Najcenniejszym zabytkiem jest poźnorenesansowy ołtarz z kopią obrazu Matki Boskiej Świętogórskiej. Nad nim obraz przedstawiający stygmatyzację św. Franciszka, po bokach rzeźby św. Stanisława i św. Wojciecha, w ołtarzach bocznych obrazy ukazujące św. Józefa i św. Jakuba. To zabytki z czasów baroku, renesansu i gotyku, podobają mi się też jednak dzieła sztuki bardziej współczesne, bo i takie też są – na ścianach polichromie przedstawiające sceny z Nowego Testamentu (Jezus nauczający w świątyni, pasterz wśród owiec, oraz – w prezbiterium – Narodzenie i Zmartwychwstanie) i malowane na szkle stacje drogi krzyżowej – wszystkie autorstwa artystek ludowych Anny i Zofii Pawłowskich.

Chyba żaden z tych obiektów nie jest arcydziełem wartym wspomnienia w podręczniku historii sztuki, wszystkie razem tworzą jednak harmonijną, urokliwą całość. Nie dziwię się, że córka mojej znajomej właśnie tu zapragnęła zawrzeć związek małżeński…

Po mszy powrót do Śremu inną, bardziej uczęszczaną trasą – przez Trąbinek. Jeszcze po drodze wpadam z wizytą do kolegi – K. w Dolsku, aby się rozgrzać, i z powrotem do Śremu. Tymczasem temperatura spadła do -7 °C i wciąż spada. Na szczęście za kilka dni znowu ma być cieplej…

Bilans 2016

Zestawienie moich wypraw rowerowych w 2016 roku
Styczeń
1 stycznia – Gostyń: kościół św. Małgorzaty
9 stycznia – Poznań: Biblioteka Raczyńskich (wystawy o Aleksandrze Janta-Połczyńskim oraz „Książka i co dalej… 25 lat”)
– Galeria Miejska Arsenał (wystawy „Awers i rewers” i „Ex katedra”)
16 stycznia – Poznań: Teatr Muzyczny (Krakowski Salon Poezji Anny Dymnej: Jan Nowicki czyta poezje Mariana Hemara)
23 stycznia – Wrocław: Centrum Kultury Zamek na Leśnicy (wystawa twórczości Edwarda Dwurnika), rowerem tylko do Czempinia, dalej, do Wrocławia Mikołajowa, pociągiem
– Muzeum Współczesne Wrocław (wystawa twórczości Poli Dwurnik)
– Muzeum Narodowe we Wrocławiu (wystawa „Kody pamięci” – obrazy Śląska w grafice i rysunku)
30 stycznia – Poznań: Biblioteka Raczyńskich (wystawa „Książka i co dalej… 25 lat”)
– Wielkopolskie Muzeum Wojskowe (spotkanie „Lotnicze opowieści” z Tomaszem Niziołkiem na wystawie „Kruche jak ważki”)
Luty
6 lutego – Gostyń: udział w konwencie fantastyki Gostkon
13 lutego – Poznań: Targi Turystyczne Tour Salon
– Festiwal Podróżniczy Śladami Marzeń
20 lutego – Poznań: Biblioteka Raczyńskich (wystawa o Janie Palachu)
– Muzeum Narodowe (wykład Olgi Gałuszek o portrecie Jana Kasprowicza Fryderyka Pautscha)
27 lutego – Poznań: Muzeum Etnograficzne (Dzień Indonezyjski)
– Galeria Miejska Arsenał (wystawa „Bóg i dziewczyna” Ady Karczmarczyk)
Marzec
5 marca – Poznań: Muzeum Henryka Sienkiewicza
12 marca – Poznań: Biblioteka Raczyńskich (wystawa poświęcona 30-leciu „Czasu Kultury”)
– Muzeum Narodowe (wykład Piotra Szaradowskiego o malarstwie pejzażowym Jana Stanisławskiego)
– Galeria Miejska Arsenał (wystawy Sławomira Kuszczaka i „Nowy obraz / nowe spojrzenie”)
– Muzeum Powstania Wielkopolskiego (wystawa poświęcona 100-leciu wybuchu powstania wielkanocnego w Irlandii)
19 marca – Poznań: Targi Edukacyjne
– Na targach: gala projektu „Szkoła dziedzictwa – Projekt 966” z wykładem Artura Dębskiego „Piękne, dumne i mądre” o postaciach Dobrawy, Regelindy i Sygrydy
Kwiecień
2 kwietnia – Poznań: Palmiarnia (impreza „Global Village”)
– Muzeum Powstania Wielkopolskiego (wystawa poświęcona 100-leciu wybuchu powstania wielkanocnego w Irlandii)
– Zamek Cesarski (wystawa „60 zdań polskich”)
16 kwietnia – Poznań: Muzeum Narodowe (wystawa „Imagines Medii Aevi” i wykład o amerykańskim designerze Davidzie Carsonie)
– Salon Muzyczny Feliksa Nowowiejskiego (koncert gitarowy uczniów studium muzycznego „Świat Gitary”)
– Aula Nova Akademii Muzycznej (koncert „Liebste Clara! Geliebte Clara! Kwartety fortepianowe dla wyjątkowej artystki”)
23 kwietnia – Poznań: Dni Otwarte Szkoły Tłumaczy i Języków Obcych
– Muzeum Historii Miasta Poznania (wystawa „Rok 1966 w Poznaniu. Oficjalnie i zwyczajnie”)
30 kwietnia – Szreniawa: Muzeum Rolnictwa (wystawy „Święty Izydor wołkami orze” i „Wierzbowanie” Antoniego Ruta)
30 kwietnia – Poznań: Zamek Cesarski (wystawa World Press Photo)
– Biblioteka Raczyńskich (wystawa „Posnaniana”)
– Galeria Miejska Arsenał (wystawa „Poza Poznaniem”)
Maj
7 maja – Poznań: Biblioteka Uniwersytecka (Dzień Darmowego Komiksu)
– Teatr Muzyczny: spektakl „Skrzypek na dachu”
14 maja – Wrocław: Noc Muzeów
– Centrum Sztuki WRO
– Muzeum Narodowe (wystawy Zbigniewa Paluszaka, „Druki wrocławskiego Kalamburu”)
– Muzeum Pana Tadeusza
– Galeria Miejska (wystawa „Magical Dreams”)
– Pałac Królewski (wystawy „Arcydzieła malarstwa polskiego przełomu XIX i XX” i „Sztuka prześladowana. Heinrich Tischler i jego wrocławskie środowisko”)
W drodze do Wrocławia:
– Rawicz: muzeum
– Żmigród: Zespół Placówek Kultury
– Trzebnica: Gminne Centrum Kultury
21 maja – Poznań: Noc Muzeów
– Muzeum Narodowe (wystawa grafik z kolekcji Carlosa van Hasselta i Andrzeja Niewęgłowskiego)
– Muzeum Henryka Sienkiewicza (wystawa „Podróże Sienkiewicza”)
– Muzeum Józefa Ignacego Kraszewskiego (wystawa i wykład poświęcone hrabinie Cosel, koncert pieśni romantycznych)
– Galeria Miejska Arsenał (wystawa Marka Sobczyka „Muzeum w cudzysłowie”)
28 maja – Poznań: Biblioteka Raczyńskich (wystawy „Człowiek potrzebuje do życia ogrodów i bibliotek” Elizabeth Blackwell i „Inspirujące ilustracje” Elżbiety Krygwskiej-Butlewskiej)
– Muzeum Narodowe (wystawa Jana Lenicy)
– Muzeum Powstania Wielkopolskiego (wystawa „Chłop potęgą i… kułakiem”)
– Galeria Miejska Arsenał (wystawa ilustracji Katarzyny Bajerowicz)
Czerwiec
4 czerwca – Wrocław: Muzeum Narodowe (wystawa „Modna i już! Moda w PRL”)
11 czerwca – Puszczykowo: Muzeum Arkadego Fiedlera (impreza „Orinoko nad Wartą”)
11 czerwca – Poznań: Aula Nova Akademii Muzycznej (koncert zespołu Archi D’Amore Zelanda)
18 czerwca – Kalisz: spektakl „K. albo wspomnienie z miasta” w Teatrze im. Bogusławskiego
– Muzeum Okręgowe Ziemi Kaliskiej (wystawa „Etnografowie w terenie”)
Po drodze:
– Pleszew: muzeum (wystawa poświęcona życiu muzycznemu w Pleszewie w II połowie XX wieku)
– Gołuchów: Ośrodek Kultury Leśnej (ekspozycja stała i czasowe)
25 czerwca – Poznań: Śluza Katedralna (wystawa „Za kurtyną milczenia” poświęcona Poznańskiemu Czerwcowi)
– Biblioteka Raczyńskich (wystawa „Ślady Czerwca ‘56”)
– Galeria Miejska Arsenał (wystawa „Wańka Wstańka” Jerzego Kaliny, spotkanie z artystą)
– spektakl „Ojczyzna” Krystyny Miłobędzkiej w Teatrze Polskim
Lipiec
2 lipca – Konin: Muzeum Okręgowe (wystawa stała i czasowe, m.in. „Powstanie styczniowe w prasie zagranicznej”)
9 lipca – Poznań: Międzynarodowy Festiwal Filmów Animowanych „Animator”
16 lipca – Wrocław: Pałac Królewski (wystawa stała i dwie czasowe: „Marc Chagall i artyści europejskiej awangardy” i „Sztuka prześladowana – Heinrich Tischler i jego wrocławskie środowisko”)
23 lipca – Szreniawa: Muzeum Rolnictwa (wystawa „Ormianie – historia i kultura”
23 lipca – Poznań: Zamek Cesarski (wystawa „Na balkonie”)
– Nowa Gazownia (wystawa „Słabe fundamenty” Iwony Ogrodzkiej i Karoliny Balcer)
– Brama Poznania (wystawa „Stare obrazki ze zwierzętami”)
30 lipca – Gniezno: Muzeum Początków Państwa Polskiego (wystawy „Miecze Europy” i „Chrzest – św. Wojciech – Polska”)
– Koronacja Królewska (wykłady popularnonaukowe)
Sierpień
6 sierpnia – Kalisz: Centrum Rysunku i Grafiki (wystawa „Kulis na lato – Szlembark” Tadeusza Kulisiewicza)
– Muzeum Okręgowe Ziemi Kaliskiej (wystawa stała i czasowa „Z teatralnego lamusa”)
13 sierpnia – Poznań: Galeria Miejska Arsenał (wystawa „Ryszard Kaja świat oswaja”)
– Muzeum Powstania Wielkopolskiego
20 sierpnia – Leszno: Leszno Barok Plus Festiwal (koncert muzyki Giovanniego Antonia Pandolfi-Mealli w Wieży Ciśnień i koncert fortepianowy Kayo Nishizimu w Synagodze)
20 sierpnia – spektakl „Sąsiadka” Studia Dono Komedianty Trupa dell’Arte podczas Leszno Barok Plus Festiwal
27 sierpnia – Poznań: Galeria Miejska Arsenał (wystawa białoruskiego artysty-dysydenta Alexandra Pushkina)
– Muzeum Powstania Wielkopolskiego (wystawa szabel należących do oficerów II Rzeczpospolitej)
Wrzesień
3 września – Ostrów Wlkp.: Biennale Małej Formy Graficznej i Ekslibrisu
10 września – Wrocław: Centrum Kultury Zamek na Leśnicy (wystawa „Asymetryczna dama” Witkacego)
– Muzeum Współczesne Wrocław (wystawy „Stosunki pracy”, „Found Photos in Detroit” i „Lost and Found”)
17 września – Zielona Góra: galeria BWA (wystawy „Życie artystyczne Zielonej Góry w latach 1945-2016” i „Wielkie mi rzeczy” Pauliny Poczętej)
– spektakl „Szklana menażeria” w Lubuskim Teatrze w Zielonej Górze
24 września – Poznań: Muzeum Henryka Sienkiewicza (wystawa „Quo Vadis w sztuce)
– Biblioteka Raczyńskich (wystawy „Nowy poczet władców Polski” Waldemara Świerzego i „Retrospekcja. Z archiwum Wydawnictwa Poznańskiego)
– Zamek Cesarski (wystawa „Wszyscy jesteśmy migrantami”)
– Akademia Muzyczna (koncert finałowy Letniej Akademii Muzyki Dawnej w Poznaniu)
Październik
8 października – Poznań: Mediations Biennale (wystawy w Muzeum Archidiecezjalnym, Muzeum Narodowym i Centrum Kultury Zamek)
22 października – Poznań: Biblioteka Raczyńskich (wystawy „Świat Dobrawy i Mieszka I” i poświęcona Conradowi Drzewieckiemu)
– Muzeum Narodowe (wykład Agnieszki Skalskiej na temat „Portretu Ireny Solskiej” Stanisława Wyspiańskiego)
29 października – Poznań:Teatr Muzyczny (Krakowski Salon Poezji Anny Dymnej: Daniel Olbrychski czyta poezje Jana Iwaszkiewicza)
– Galeria Miejska Arsenał (wystawa stereofotografii „Diableries”, „Biblia w grafikach Jerzego Piotrowicza”, „Pracownia Otwartych Interpretacji Sztuki” i prace z konkursów im. Marii Dokowicz)
Listopad
5 listopada – Biblioteka Raczyńskich (wystawa ekslibrisów w ramach VII Konkursu na Ekslibris im. Klemensa Raczaka)
– Festiwal Słowa w Piosence „Frazy” (wykład „Literatura i eseistyka czechosłowacka w drukach drugiego obiegu” Dobrochny Dabert)
12 listopada – Wrocław: Centrum Kultury Zamek na Leśnicy (wystawa twórczości Daniela Mroza), rowerem tylko do Czempinia, dalej, do Wrocławia Mikołajowa, pociągiem
– Muzeum Narodowe we Wrocławiu (wystawa Bartholomeusa Strobla)
20 listopada – Poznań: Galeria u Jezuitów (wystawa Ukjese van Kampena)
– Galeria Miejska Arsenał (wystawa „Tkanki”)
– IV Koncert Muzyki Kameralnej
26 listopada – Poznań: Muzeum Henryka Sienkiewicza (wystawa z okazji 100. rocznicy śmierci pisarza)
– Biblioteka Raczyńskich (wystawa „Poznań i Wielkopolska pod zaborem pruskim 1815-1918”)
– Muzeum Narodowe (wykład Małgorzaty Baher poświęcony twórczości Leona Wyczółkowskiego)
Grudzień
3 grudnia – Poznań: Biblioteka Raczyńskich (promocja przekładu „Małego księcia” na gwarę poznańską)
10 grudnia – Poznań: Muzeum Narodowe (wystawa plakatów Uwe Loescha i spotkanie „W poszukiwaniu typograficznych inspiracji” z Marianem Misiakiem)

Katowice_July_2013_126

Graffiti w Katowicach. Źródło: Wikipedia (użytkownik Piotrus)

Robert Stiller

10 grudnia zmarł Robert Stiller, jeden z najbardziej znanych polskich tłumaczy. Dowiedziałem się o tym dopiero 16 grudnia, przypadkowo, z nekrologu w „Gazecie Wyborczej”, podlinkowanego przez znajomego na Facebooku. Nekrolog był podpisany przez Andrzeja Wawrzyniaka, byłego dyrektora Muzeum Azji i Pacyfiku, poza tym w mediach zadziwiająca cisza – brak informacji o śmierci, nie wypowiadają się ani tłumacze, ani literaturoznawcy. Czy taka była wola rodziny, czy to zwykłe przeoczenie dziennikarzy?

Kim był dla mnie Robert Stiller? Nie poznałem go osobiście; okazja pójścia na spotkanie z nim, kiedy w latach 80. studiowałem w Warszawie, przeszła mi koło nosa, dowiedziałem się o niej już po fakcie, a jednak był jedną z ważniejszych postaci mojego dzieciństwa i młodości.

Pierwszą książką Roberta Stillera, którą przeczytałem w dzieciństwie, był „Skamieniały statek – baśnie malajskie”. Wtedy myślałem, że to naprawdę malajskie baśnie przełożone z tego języka na polski, dopiero w wieku dorosłym zorientowałem się, że książkę należy traktować raczej jak twórczość własną Roberta Stillera, który wziął tylko pewne motywy z malajskiego folkloru. Wtedy, kiedy miałem 10 czy 11 lat, nie było to zresztą istotne, ważne było ogromne wrażenie, jakie sprawiła na mnie książka – jedna z tych pozycji, które formują nasze czytelnicze dzieciństwo.

Potem przyszła końcówka lat 70. i kilkuletnia fascynacja „Literaturą na Świecie”, z którą Robert Stiller blisko współpracował, publikując tam swoje artykuły i felietony, przeważnie na tematy związane z przekładami literackimi. Kupując nowy numer „Literatury na Świecie”, za każdym razem szukałem w nim najpierw tekstów Stillera i przy nich zatrzymywałem się najdłużej. Powodem był ich język – artykuły te były pisane zupełnie inaczej niż pozostałe prace krytyczne w miesięczniku. Stiller, recenzując przekłady, używał dosadnych sformułowań, których zwykle nie kojarzymy z kulturą wysoką. W jednym z numerów pojawił się nawet „disclaimer” redakcji z uwagą, że recenzja jest publikowana na wyłączną odpowiedzialność jej autora. Nie przypuszczam zresztą, że autor „zjechanego” przekładu podał wtedy Stillera do sądu o zniesławienie; krytykowani tłumacze, urażeni, tylko czasami odpowiadali na łamach czasopisma; zwykłym czytelnikom „Literatury na Świecie”, w tym mnie, taka bezpośredniość wypowiedzi podobała się.

To wtedy poznałem też Roberta Stillera jako poliglotę i erudytę. Znał podobno 30 języków, w tym wiele egzotycznych, był twórcą polskiej malaistyki, oprócz wspomnianego „Skamieniałego statku” wydał kilka innych tomów baśni malajskich i indonezyjskich, antologię literatury malajskiej (chyba najbardziej zaskakującą pozycję w serii „Biblioteki Narodowej” Ossolineum), też baśnie skandynawskie i inne. Z „Literatury na Świecie” owego czasu najbardziej wryły mi się w pamięć dwa artykuły Stillera omawiające projekt stworzenia listy arcydzieł literatur europejskich (chyba pod patronatem UNESCO), w których szczegółowo „rozprawiał się” (chwaląc lub – częściej – ganiąc) z przedstawionymi propozycjami praktycznie wszystkich krajów. Czy on naprawdę przeczytał te wszystkie książki? Czy znał wszystkie języki? Robert Stiller stał się dla mnie, wtedy licealisty, postacią nieomal mityczną.

Żałuję, że nie udało mi się poznać Roberta Stillera osobiście, chociaż miałem ku temu okazję, podczas moich studiów w Warszawie. Pewnego dnia kolega opowiedział nam o spotkaniu z Robertem Stillerem, na którym był poprzedniego dnia. Spotkanie? Dlaczego nic o tym nie wiedziałem? Na pewno poszedłbym, zwłaszcza że odbyło się w klubie niedaleko mojego akademika.

Nadszedł jednak koniec studiów, trzeba było opuścić Warszawę i poszukać pracy w całkiem innym regionie kraju. Zamieszkałem w Śremie. Praca, później założenie własnej firmy, bardzo ograniczyły moje zainteresowania literackie; z tekstami Roberta Stillera zetknąłem się ponownie dopiero pod koniec lat 90., czytając w „Rzeczpospolitej” jego felietony pod tytułem „Pokaż język!”. Tematyka trochę inna (ogólnojęzykowa, nie tylko przekładowa), język – ten sam. Stiller ani na jotę nie zmienił się w swoim obśmiewaniu zjawisk – i ludzi, używając do tego celu języka tyleż napastliwego, co – aroganckiego. To już jednak nie był język, który bym akceptował. Co sobotę kupowałem weekendowe wydanie „Rzeczpospolitej” nie ze względu na Stillera – o wiele cenniejsze były dla mnie pogłębione, wyważone artykuły, które co tydzień znajdowałem w dodatku kulturalnym „Plus Minus”.

Ocena dorobku Roberta Stillera jest trudnym zadaniem. Kontrowersje wywołuje przede wszystkim jego publicystyka. To, co w latach 70. zachwycało mnie, obecnie budzi mój sprzeciw. Język debaty powinien być wyważony, nie wolno obrażać partnerów w dyskusji, obrzucać inwektywami, wykazywać, że są idiotami, również w tak niszowej dziedzinie, jaką jest przekład literacki.

Zwykle nie spotyka się też z aprobatą ciągłe podkreślanie własnych osiągnięć, zwłaszcza, jeśli to są osiągnięcia, które można podać w wątpliwość. Na przykład z przełożonych przez Roberta Stillera książek Lewisa Carrolla podobała mi się „Wyprawa na żmirłacza”, ale jego „Przygody Alicji w krainie czarów” i „Alicja po drugiej stronie lustra” wcale nie są lepsze od przekładów Macieja Słomczyńskiego i Antoniego Marianowicza. Jeśli chodzi o wiersze Bertolta Brechta, wolę songi z „Opery za trzy grosze” w starym przekładzie Władysława Broniewskiego („A rekiny w oceanie mają zębów pełen pysk”) niż Stillera („Rekin zęby ma na wierzchu”). Myślę, że sam Robert Stiller zaszkodził tu sobie przez ciągle prowadzoną autopromocję. Nie odmawiam mu talentu, był sprawnym tłumaczem, może jednym z najlepszych w powojennej Polsce, w rzemiośle translatorskim brakowało mu jednak tego geniuszu, którym cechował się na przykład Tadeusz Boy Żeleński.

Rozważania te dotyczą wprawdzie translatologii, którą zainteresowanych jest niewielu. W powszechnej świadomości o wiele większe kontrowersje budzi działalność agenturalna Roberta Stillera, o której pisała Joanna Siedlecka w swojej książce „Kryptonim „Liryka” – bezpieka wobec literatów”. W latach 1955-1981 Stiller miał być tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa, jego donosy na kolegów i środowisko literackie mają obejmować 20 tomów. Sam Stiller temu zaprzeczał i zapowiadał podanie Siedleckiej do sądu, do rozprawy jednak nie doszło. Bez szczegółowego zbadania sprawy nie można definitywnie stwierdzić, po czyjej stronie leży słuszność; jeśli jednak weźmiemy pod uwagę, że Robert Stiller jako poeta na przełomie lat 40. i 50. należał do pokolenia „Pryszczatych”, że był autorem wiersza „Serce generała” opiewającego Karola Świerczewskiego i słów pieśni „Bo walka trwa” poświęconej funkcjonariuszom Urzędu Bezpieczeństwa (po okresie stalinowskim nigdy nie rozliczył się z tej twórczości, podobnie zresztą jak Wisława Szymborska) i że jest mało prawdopodobne, aby Służba Bezpieczeństwa pozwalała mu tak szeroko podróżować po świecie bez zobowiązania się do współpracy (vide casus Ryszarda Kapuścińskiego), skłonny jestem wierzyć raczej Joannie Siedleckiej.

A jednak nie przekreśla to ogromnych zasług Roberta Stillera dla życia kulturalnego Polski. Pozostaną jego opracowania baśni malajskich (również skandynawskich: „Zardzewiały miecz”, „Narzeczony z morza”), przekłady eposów („Beowulf”, „Gilgamesz”, „Krymhilda”, oparta na „Pieśni o Nibelungach”), pozostanie przekład „Lolity” Nabokova i „Mechanicznej pomarańczy” Burgessa i inne. Robert Stiller pozostanie też w mojej pamięci jako autor „Skamieniałego statku” i publicysta „Literatury na Świecie” – przecież formowały one moje dzieciństwo i młodość.

Muzeum Narodowe w Poznaniu – W poszukiwaniu typograficznych inspiracji

10 grudnia – po zwiedzeniu wystawy plakatów Uwe Loescha przejście do salki wykładowej muzeum na wykład „W poszukiwaniu typograficznych inspiracji”, prowadzony przez Mariana Misiaka, wrocławianina, typografa, projektanta i pasjonata czcionek.

– Wykład? To nie wykład, to warsztaty, proszę pana – informuje mnie pani w kasie muzeum.

W rzeczywistości wydarzenie okazuje się nie być ani akademickim wykładem, ani warsztatami, to raczej przeplatane rozmowami spotkanie w nieformalnej atmosferze, na którym Marian Misiak opowiada nam o typografii.

Prawie półtoragodzinne spotkanie poświęcone jest trzem polskim typografom, których postaci są praktycznie nieznane, ale których czcionki zna każdy z nas w Polsce (w przypadku trzeciej postaci – w Izraelu). Najbardziej interesuje mnie pierwsza postać – Marek Sigmund w 1974 roku na zlecenie Ministerstwa Transportu opracował krój pisma, które od tamtego czasu do dzisiaj jest stosowane na znakach drogowych; chyba niewielu z nas pamięta, jaki krój pisma obowiązywał wcześniej na tablicach z nazwami miejscowości. Do pisma drogowego Marka Sigmunda przyzwyczailiśmy się tak bardzo, że nie dostrzegamy jego wad – słabej czytelności w przypadku dłuższych nazw i małych liter, czy braku odpowiedniej czcionki dla cyrylicy. To ostatnie ma znaczenie dla miejscowości, w których zamieszkują mniejszości białoruska i ukraińska, które mogą wnioskować o zamieszczenie nazwy miejscowości również w ich języku. Dla wielu (przeważnie cudzoziemców) pismo Marka Sigmunda jest też po prostu brzydkie. A dla mnie? Myślę, że jak większość Polaków widzę je tak często, że się do niego przyzwyczaiłem, stało się dla mnie naturalne, ewentualnych mankamentów estetycznych nie dostrzegam.

Krój pisma New Zelek również jest mi dobrze znany, chociaż nie znałem dotychczas jego nazwy, ani też autora, którym jest zamieszkały obecnie w Wiedniu Bronisław Zelek. Nie wiem, dlaczego kojarzy mi się z literaturą science-fiction, chociaż nie przypominam sobie konkretnie żadnych książek, w których by go zastosowano. Drugie skojarzenie to lata 80., znowu bezskutecznie próbuję odgadnąć przyczynę, widać, coś weszło mi  podświadomość i nie daje się z niej wyciągnąć; w każdym razie New Zelek wywołuje u mnie skojarzenia techniczne, z kulturą techno.

Wreszcie krój pisma, który do dzisiaj jest używany w Izraelu dla języka hebrajskiego i jidysz, ale powstał w międzywojennej Warszawie – Chaim Jana Levitta. Chyba nie doszłoby do jego opracowania, gdyby nie szerzące się wtedy ruchy syjonistyczne i modernistyczne wśród Żydów. Ostatni temat i rozmowa na temat obecności języka arabskiego w Izraelu daje okazję do przejścia dyskusji na tematy polskie i… wrocławskie. Jakiś czas temu lokalna inicjatywa zawiesiła w mieście plakaty z przetłumaczonym na arabski hasłem reklamowym miasta: „Wrocław miasto spotkań”. Marian Misiak wskazuje, że większość plakatów natychmiast zerwano. Co mówi to o tolerancji wrocławian? Przychodzi na myśl, że być może błędem było niezawieszenie plakatów dwujęzycznych, bo przecież nikt ze zrywających nie znał języka arabskiego i nie wiedział, co tam jest napisane, przetłumaczenie napisu zmusiłoby do refleksji, nie wypowiadam jednak głośno moich przemyśleń. Rozmowa schodzi z typografii na temat różnic pomiędzy Poznaniem i Wrocławiem. Jedna z uczestniczek spotkania pyta prowadzącego, co myśli o wszechobecnych gwiazdkach – logo i haśle reklamowym Poznania: Poznań – miasto know-how.

– Pod względem estetycznym nie bardzo mi się to podoba, ale doceniam konsekwencję, z jaką miasto prowadzi tę kampanię. W ogóle Poznań ma bardzo silnie zaznaczoną tożsamość, w przeciwieństwie do Wrocławia. Wrocław jest znikąd.

– A kresowe pochodzenie mieszkańców? – zabieram głos. – Taką tożsamość ma cały Dolny Śląsk, nie tylko Wrocław.

– Ale ja mieszkając we Wrocławiu nie spotkałem nikogo, kto mówiłby ze wschodnim zaśpiewem. To mit.

– Nie zgodziłbym się z tym. Ja spotykałem, również np. w Żmigrodzie czy Trzebnicy, jadąc do Wrocławia. Jednak można mówić tu o tożsamości, wspólnej przeszłości. W ogóle uważam, że Wrocław jest miastem o wiele bardziej heterogenicznym i przez to ciekawszym od Poznania…

Dyskusja robi się naprawdę ciekawa, chociaż z typografii zeszła na całkiem inne tory. Czas jednak kończyć. Jeszcze tylko zajrzę do Galerii Miejskiej Arsenał i powrót do domu – niestety w deszczu.


Marian Misiak na konferencji prasowej poświęconej identyfikacji wizualnej Muzeum Narodowego we Wrocławiu

Muzeum Narodowe w Poznaniu – Uwe Loesch

10 grudnia – wyjazd do Muzeum Narodowego w Poznaniu na wystawę plakatów Uwe Loescha, potem na spotkanie z Marianem Misiakiem poświęcone typografii. Ciepło (6 °C), ale wietrznie i niebo całkowicie zachmurzone, po południu ma padać. W Poznaniu jestem po trzech godzinach jazdy. Przed budynkiem muzeum stoi autobus firmy Wawrzynowicz z wycieczką ze śremskiego liceum, ale w tłumie oczekujących na otwarcie nie widzę żadnych znajomych twarzy. O godz. 11 wchodzimy do muzeum.

Nie jestem fanem współczesnego plakatu, dzisiejsza wycieczka to właściwie tylko chęć „odfajkowania” dużej wystawy w największym (i najczęściej odwiedzanym przeze mnie) muzeum Poznania. Pierwsze kroki na wystawie zdają się potwierdzać moje uprzedzenia – idę korytarzem wielkoformatowych prac, które nie wzbudzają we mnie natychmiastowego zachwytu. Potem jeszcze jedno przejście, jeszcze jedno i mój osąd stopniowo łagodnieje. Wgłębiam się w treści plakatów, czytam podpisy pod nimi, zaczynam dostrzegać świat i światopogląd ich autora.

Uwe Loesch jest twórcą zaangażowanym, co w Niemczech oznacza prawie zawsze lewicowość, poparcie dla Zielonych, różnych ruchów alternatywnych i dystans wobec „systemu”, nawet jeśli sam artysta z dobrodziejstw tego systemu korzysta. Takie są też plakaty Uwe Loescha – „Ostatni krzyk”, którego tworzywem stało się zdjęcie przedstawiające tłumienie przez policję demonstracji w Chile w 1985 roku, „Little boy”, zaprojektowany w 50. rocznicę zrzucenia bomby atomowej na Hiroshimę, „Mickey’s crusade”, protestujący przeciwko amerykańskiej interwencji w Afganistanie w 2001 roku, „Game over”, wykorzystujący motyw dziecięcej wyliczanki dla zaprotestowania przeciwko zmuszaniu dzieci do walki z bronią w ręku w Afryce, „Requiem”, protestujący przeciwko zanieczyszczaniu środowiska.

Uwe Loesch porusza też oczywiście kwestie dotyczące jego własnego kraju –  „www.scheisse.de” z portretem Hitlera sprzeciwia się neonazistowskiej propagandzie w Internecie; szczególne wrażenie robi jednak na mnie wizerunek owczarka niemieckiego z przesłoniętymi (jak u przestępcy) oczami, zatytułowany „Vertrauen zählt”. Różnie można to przetłumaczyć, jedna z możliwości do „liczy się zaufanie”, a sarkastyczny w wymowie plakat powstał z okazji spisu powszechnego w Republice Federalnej Niemiec w 1987 roku. W pomieszczeniu obok w krótkim filmie video Uwe Loesch opowiada o projektowaniu plakatu do Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej, które odbyły się w Niemczech w 2006 roku, a w kolejnym widzimy m.in. ogromne plakaty zaprojektowane w formie słupów ogłoszeniowych (forma przestrzenna została tu wprawdzie zamieniona na dwuwymiarową, rozłożone plakaty leżą na podłodze). Prowokacyjny w charakterze jest napis „Die Deutschen sterben nicht aus” („Niemcy nie wymrą”) wśród szybujących ptaków drapieżnych, krojem czcionki i czarno-czerwoną kolorystyką wyraźnie nawiązujący do czasów nazizmu; na drugim plakacie widzimy z kolei długą listę północno- i południowoamerykańskich plemion indiańskich, które zostały wytępione lub zasymilowane przez białych.

Oprócz tych politycznie zaangażowanych są też oczywiście inne plakaty, np. do spektakli kabaretu „Das Kom(m)ödchen” z Düsseldorfu, wydarzeń kulturalnych, czy dla mnie, tłumacza, najbardziej szokujący: „Mundgeruch” („Zapach z ust”), powstały z okazji ogłoszenia 2001 roku rokiem języków a przedstawiający… czarny język wyłaniający się jamy ustnej.

Wystawa warta zobaczenia, zwłaszcza dla zainteresowanych sztuką plakatu, chociaż aby zrozumieć wszystkie treści, niuanse prezentowanych dzieł, konieczna jest wiedza na temat wszystkich jej odniesień na świecie i w Niemczech, a także znajomość języka niemieckiego. Chociaż wszystkie tytuły plakatów są przetłumaczone, w tłumaczeniach zdarzają się kiksy, np. „The last cry” to nie „Ostatni płacz”, tylko „Ostatni krzyk”, „Das ist Ihr Problem” nie znaczy „To jest ich problem”, lecz „To jest pana/pani problem”, co potwierdza zresztą palec na plakacie wskazujący na widza. Zwrot „Wir müssen dran glauben” można różnie tłumaczyć, ale na pewno nie jako „Musimy o tym myśleć”, jak jest na wystawie. Najbliższe sensowi tego zdania tłumaczenie to „Jesteśmy zgubieni, nic nas nie uratuje”. Warto poprawić te podpisy pod plakatami.

Jerzy Gnerowicz – „Profesor Teofil Ciesielski – pszczelarz, działacz i uczony”

W listopadzie 2016 roku na rynku księgarskim ukazała się kolejna pozycja poświęcona wybitnej postaci związanej z naszym miastem – „Profesor Teofil Ciesielski – pszczelarz, działacz i uczony” Jerzego Gnerowicza. Autor jest postacią dobrze znaną w środowisku pszczelarzy. Związany z ziemią kaliską, pszczelarstwem interesuje się od 1981 roku, kiedy to został wybrany do zarządu Rejonowej Spółdzielni Ogrodniczo-Pszczelarskiej w Kaliszu. Działacz wielkopolskich i ogólnopolskich organizacji pszczelarskich; w szczególności po przejściu na emeryturę znalazł czas na propagowanie pszczelarstwa, gromadząc zbiory, uczestnicząc w wystawach (jest między innymi autorem stałej ekspozycji pszczelarskiej w Ośrodku Kultury Leśnej w Gołuchowie) i wreszcie pisząc książki. „Profesor Teofil Ciesielski – pszczelarz, działacz i uczony” jest już czternastą publikacją w dorobku Jerzego Gnerowicza.

Teofil Ciesielski (ur. 13.11.1847 r., zm. 8.05.1916 r.), jeden z ojców współczesnego pszczelarstwa na ziemiach polskich, nie doczekał się dotychczas naukowej monografii, w czym zresztą, jak wskazuje Jerzy Gnerowicz, nie jest odosobniony. W polskiej historiografii omawiającej sylwetki wybitnych pszczelarzy większą liczbę publikacji poświęcono jedynie księdzu Janowi Dzierżonowi, Teofil Ciesielski pozostaje postacią nieznaną.

Urodzony w Grabowie nad Prosną (wzdłuż Prosny przebiegała wtedy granica pomiędzy zaborem pruskim i rosyjskim, miasto leżało na peryferiach Cesarstwa Niemieckiego), Teofil Ciesielski kształcił się najpierw w rodzinnym mieście, później w progimnazjum w Ostrowie Wielkopolskim. Aby zdać maturę i tym samym otrzymać przepustkę na studia, musiał jeszcze przez dwa lata uczęszczać do Królewskiego Gimnazjum w Śremie, które ukończył w 1867 roku – był to dopiero drugi rocznik śremskich abiturientów. Jerzy Gnerowicz podaje nazwiska wszystkich 20 abiturientów w Śremie tegoż roku; okazuje się, że kolegami szkolnymi „Teophila Ciesielskiego” byli „Peter Wawrzyniak” i „Anton Kalina”, czyli znany wszystkim śremianom ks. Piotr Wawrzyniak i Antoni Kalina, słynny slawista, profesor uniwersytetu we Lwowie. Czy ich wychowawca w śremskim gimnazjum, dr Stanisław Szenic, domyślał się, jaką karierę zrobią jego uczniowie?

Tego krótkiego okresu życia Teofila Ciesielskiego dotyczą też dwa zdjęcia w książce, chociaż nie są one zbyt szczęśliwie dobrane. Pierwsza fotografia przedstawia śremskie gimnazjum, w którym miał się uczyć bohater książki. W rzeczywiście przedstawiony na zdjęciu wszystkim znany gmach przy ul. Poznańskiej, w którym obecnie mieści się gimnazjum i liceum, wybudowano dopiero w 1869 roku, wcześniej lekcje odbywały się w położonym nieopodal budynku konwiktu. Druga fotografia, mająca przedstawiać śremskich abiturientów z 1867 roku, również pochodzi chyba z innego okresu? – nie zgadza się choćby liczba maturzystów, których na zdjęciu jest tylko dziewięciu.

Późniejsze etapy w życiu Teofila Ciesielskiego to studia w Berlinie i Wrocławiu, krótki okres pracy we wrocławskim Ogrodzie Botanicznym i wreszcie od 1872 roku objęcie stanowiska profesora botaniki na uniwersytecie we Lwowie, z którym związał całe swoje późniejsze życie. Bezpośrednią przyczyną zaoferowania tego stanowiska Teofilowi Ciesielskiemu było uznanie, z jakim spotkała się jego (pionierska w charakterze) praca doktorska poświęcona geotropizmowi (zakrzywianiu się korzenia ku dołowi, zgodnie z siłą grawitacji) roślin. Autor biografii przyznaje atoli, że z perspektywy ówczesnych władz uczelni (i studentów profesora Ciesielskiego) wybór ten niekoniecznie był trafny. Rzecz w tym, że Teofil Ciesielski zaniedbywał swoje obowiązki profesora botaniki, całym sercem angażując się natomiast w swoją pasję, jaką było pszczelarstwo. Był autorem wielu publikacji na ten temat, wynalazcą tzw. ula Ciesielskiego i przede wszystkim założycielem i redaktorem „Bartnika Postępowego”, pisma, które ukazywało się od 1875 roku aż do wybuchu wojny w 1939 roku. Na tych osiągnięciach profesora w ówczesnym zaborze austriackim koncentruje się autor w swojej biografii. Książka jest w zasadzie pozycją naukową, zaopatrzoną w obszerny aparat naukowy (przypisy i bibliografię), szczególnie zainteresuje więc historyków nauki i pszczelarzy.

Biblioteka Raczyńskich – „Książę Szaranek”, czyli „Mały książę” po poznańsku

– Tej, jo ciebie proszę… nagrygol mi baranka…

3 grudnia – wyjazd do Biblioteki Raczyńskich na promocję nowego przekładu „Małego księcia” na… gwarę poznańską, autorstwa Juliusz Kubla. Temperatura -0,5 °C, mimo lekkiego mrozu jedzie się dobrze, pogoda słoneczna, wiatr nie przeszkadza za bardzo. Na Starołęce przed przejazdem kolejowym stoją trzy ambulanse pogotowia i radiowóz. Właśnie doszło do tragedii – mężczyzna doznał zawału, pomoc nadeszła niestety zbyt późno, leży przykryty białą płachtą. Nic tu do oglądania, trzeba uszanować śmierć, kieruję się dalej w stronę centrum, przed Biblioteką Raczyńskich jestem po trzech godzinach jazdy.

Na kwadrans przed spotkaniem sala w gmachu biblioteki zapełnia się już gośćmi, będzie komplet publiczności. Obok mnie siada rezolutna dziewczynka, sama, bez rodziców (jak mi mówi, chodzi do czwartej klasy), z którą nawiązuję ciekawą rozmowę.

– Dopiero teraz dowiedziałam się, że moja biblioteka na Słowackiego to filia, a to jest biblioteka matka.

– Tak, jesteśmy w głównej siedzibie biblioteki. Wybudował ją hrabia Edward Raczyński w XIX wieku. A ty lubisz czytać książki?

– Tak. „Małego księcia” miałam już po polsku, a teraz kupiliśmy po poznańsku.

– A jakie książki ci się najbardziej podobają?

– Książka musi mieć fajną okładkę. W mojej bibliotece szkolnej jest kilka, które chciałabym przeczytać, na przykład… – dziewczynka podaje kilka tytułów.

– Widzę, że naprawdę lubisz czytać. A książki dla dziewczynek, na przykład „Anię z Zielonego Wzgórza”?

– Też. Ostatnio była rozmowa w klasie, jaką lekturę mamy przeczytać. Niektórzy chcieli „Anię”, ale reszta klasy, powiedziała, że książka jest głupia.

– To pewnie chłopcy tak sądzili?

– Nie, dziewczyny też. Z czytaniem to u mnie jest tak, że czasami czytam, a czasami oglądam telewizję. Bo mam szlaban.

– To masz szlaban na czytanie książek? Nie wierzę.

– Nie, nie zrozumiał mnie pan. Czasami mam szlaban na oglądanie telewizji i wtedy czytam książki.

– Ach tak. Ale myślałem, że teraz dzieci więcej zaglądają do Internetu, niż oglądają telewizję.

– Nie mam Internetu w komórce. Kiedyś miałam, ale bez przerwy tam zaglądałam i już nie mam.

Ale czas kończyć tę interesującą  rozmowę, zaczyna się spotkanie.

Książę Szaranek-

Na spotkaniu, obok dyrektora wydawnictwa Media Rodzina, Bronisława Kledzika, i redaktorki książki, Hanny Koźmińskiej (fot. Biblioteka Raczyńskich)

* * *

Z twórczością Juliusza Kubla, popularyzatora gwary poznańskiej, w Poznaniu postaci wręcz legendarnej, po raz pierwszy zetknąłem się pod koniec lat 80., tuż po moim zamieszkaniu w Śremie, kiedy przeczytałem jego „Blubry starego Marycha”. Książka podobała mi się, chociaż była trudna w czytaniu, większości gwarowych określeń wtedy nie znałem. Autora spotkałem dopiero w czerwcu 2013 roku, kiedy ze Śremskim Stowarzyszeniem Przyjaciół Teatru pojechałem do Teatru Muzycznego w Poznaniu na musical „Wesele Figlary”. Juliusz Kubel był autorem libretta i przed spektaklem odbyło spotkanie z nim. Spotkanie niestety było źle zorganizowane, zamiast na scenie Juliusza Kubla posadzono wtedy przy stole w teatralnym foyer, nie zapewniono mu nagłośnienia, tak że słabo go było słychać – szkoda, ponieważ opowiadał ciekawie. Samo „Wesele Figlary” też okazało się raczej niewypałem. Juliusz Kubel bardzo dobrze radzi w krótkich formach radiowych, zebranych we wspomnianych „Blubrach starego Marycha” i „Blubrach Heli przy niedzieli”; niestety, „Wesele Figlary” było dla mnie kiczem…

Jak doszło do przełożenia „Małego księcia” Antoine de Saint-Exupéry’go na gwarę poznańską? – pyta prowadzący spotkanie Mariusz Kwaśniewski, kiedyś pracownik Radia Merkury. Okazuje się, że przekład Juliusza Kubla ukazał się drukiem już w ubiegłym roku, zwróciło się o to do niego… niemieckie wydawnictwo Edition Tintenfass, które wydaje „Małego księcia” w mało znanych językach i dialektach, teraz nakładem wydawnictwa Media Rodzina ukazuje się również w Polsce.

– Kiedy niemieckie wydawnictwo zwróciło się do mnie z taką propozycją – opowiada Juliusz Kubel – najpierw odpowiedziałem odmownie. Nie wyobrażałem sobie przełożenia „Małego księcia” na gwarę poznańską. Miałem już doświadczenia z próbami przełożenia fragmentów Biblii, okazało się to niemożliwe. Rzecz w tym, że gwara poznańska pogrubia, w przeciwieństwie na przykład do gwary podhalańskiej, która zdrabnia. W gwarze góralskiej dobrze brzmi „Jezusiczek usiadł na kamyszku itp.”, w gwarze poznańskiej nie da się tego powiedzieć w taki sposób, aby zabrzmiało to wzniośle i uduchowiono.

To prawda. Pamiętam spotkanie sprzed trzech lat, kiedy Juliusz Kubel opowiedział nam, jak to pewien proboszcz poprosił go o przetłumaczenie choćby fragmentu Ewangelii na gwarę poznańską. Zacytowany fragment był tak komiczny, że absolutnie nie nadawał się do wygłoszenia w kościele.

– A co sprawiło ci największą trudność? – pyta Mariusz Kwaśniewski.

– Ten przekład w ogóle nie był trudny. Tłumaczyło mi się szybko, tak ze trzy rozdziały dziennie. Największą trudność sprawiło mi chyba zakończenie, ale nie ze względu na język, tylko dlatego, że jest takie smutne. Czasami miałem wątpliwości co do użycia pewnych słów, na przykład w rozdziale o pijaku użyłem słowa „pijus” chociaż zastanawiałem się też nad „ochlapusem”. „Ochlapus” brzmi jednak bardziej kanciasto. Od początku nie miałem natomiast wątpliwości co do tytułu. W gwarze poznańskiej jest bez liku określeń na małego chłopca, kiedyś Lech Konopiński (czy jest na sali? – nie widzę go) napisał wiersz, w którym pojawiło się ich ze trzydzieści: „gzub”, „szczón” i inne, ale „szaranek” jest najlepsze, brzmi najsympatyczniej. W ogóle chciałbym powiedzieć, że ten przekład nie miał być parodią „Małego księcia”, naprawdę chciałem, aby brzmiał dobrze.

Juliusz Kubel opowiada jeszcze o innych kwestiach związanych z książką i przekładem: o dołączonej do książki płycie – audiobooku, w którym „Księcia Szaranka” czyta sam tłumacz, o zachowanej szacie graficznej książki (wydawnictwo zakupiło skany oryginalnych ilustracji Antoine de Saint-Exupéry’go), czyta również cały – chyba najkrótszy w książce – rozdział o pijaku.

Po pierwszej części spotkania do Juliusza Kubla ustawia się bardzo długa kolejka chętnych po autograf. Dzieci są zapraszane na specjalnie dla nich przeznaczone warsztaty, dorosłych też czekają warsztaty, przedtem jednak przerwa na kawę, okazja do porozmawiania, dla mnie też odświeżenia się po podróży. Spotkanie rzeczywiście okazało się sukcesem. Uczestnicy robią sobie teraz pamiątkowe zdjęcia z Bamberką, która również siedziała – obok mężczyzny w poznańskim stroju (brata Juliusza Kubla) – na scenie, wymieniają wrażenia. Są przedstawiciele wydawnictwa, ale też wszystkich ważnych mediów – radia, telewizji, prasy. Zjawił się również Jacek Hałasik z Radia Merkury, kolejna legenda i bardzo zasłużona postać w popularyzowaniu poznańskiej gwary, któremu pomagam w nasypaniu śmietanki w proszku do kawy, Mariusz Kwaśniewski zastanawia się nad tym, co jeszcze warto przełożyć na gwarę.

– Może powieści Małgorzaty Musierowicz? – proponuję. – Są takie poznańskie…

– Obawiam się, że pani Małgorzata bardzo pilnuje kwestii praw autorskich do swoich książek…

Po przerwie powrót do sali, na ciąg dalszy spotkania z Juliuszem Kublem. Rozmawiamy już nie o „Małym księciu”, tylko ogólnie o gwarze poznańskiej. Juliusz Kubel cytuje swoje przekłady na gwarę „Pani Twardowskiej” i grzybobrania z „Pana Tadeusza”. Próbujemy też przekładać zdania i krótkie teksty na gwarę. Nie biorę w tym czynnego udziału, tylko przysłuchuję się – mimo że moja znajomość gwary poznańskiej jest teraz daleko lepsza niż w czasach, kiedy po raz pierwszy czytałem „Blubry starego Marycha”, jest to znajomość tylko bierna; aby dobrze mówić gwarą, trzeba urodzić się Poznaniakiem.


„Blubry starego Marycha” Juliusza Kubla czyta Marian Pogasz. Pomnik Starego Marycha (mającego rysy twarzy Mariana Pogasza) stoi w Poznaniu na placu Wiosny Ludów.

* * *

Czy gwara poznańska nadaje się do tworzenia i tłumaczenia tekstów literackich? Z pewnością tak, w końcu dużo ich dotychczas napisano. Z drugiej strony zdecydowana większość tych tekstów ma charakter humorystyczny, jest to tak zwana literatura niepoważna. Czy na gwarę poznańską można tłumaczyć utwory poważne, arcydzieła literatury? Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Niech odpowiedzią będą poniższe fragmenty „Księcia Szaranka” w tłumaczeniu Juliusza Kubla:

*

Kiedy byłem na sześć lot stary, szpycłem w jednyj knipie ekstra madaiczny obrozek. Knipa była o dżungli i pozywała się: Opowieści po prowdzie. Na obrozku nagrygolony był wąż boa, jak śrutuje jakiegoś zwiyrzoka. Tej, wyglądało to tak samo, jak na tym obrozku.

Wew ty knipie stojało napisane, że „węże boa śrutują swoją ofiarę wew cołkiyj postaci, bez pojapania jej kielochami i potem nynają bez sześć miesiyncy, aż jej nie strawią”. Dużo wtedy żym myśloł o przygodach wew dżungli i udało mi się nawet nagrygolić krydką mój pierwszy obrozek.

*

… Szaranek, co przed jego ślypiami wyrostoł wielgalachny pąk, czuł w gnotach, że z tego wyrośnie ekstra coś. Róża przykryta niby takim zielonym płatem, bez ustanku pindrzyła się na jeszczy urodniejszą. Akuratnie dobiyrała se kolory. Oblykała się pomalu, jedyn a jedyn sztaplowała kwiatki kwicia. Nie chciała zakwitnąć cołka pognieciona istny mak. Chciała, żeby świat ją szpycnął wew cołkiej urodności. O tak, chyntna była do kramowania. Jej upiynknianie ciungło się bez długie dni. A zaś jednygu rana pokozała sie, w sam raz jak klara wschodziła.

*

Istno zalotno salacha, co to wszystko se dychtownie obmyśliła stwyrdziła zez ziywniyńciym:

– Łejeju, jo budzę się właśnie zez śpiku… przeproszom… mom potośtany fryzur.
… Szaranek prawie się zatchnął zez podziwu.

– Tej, ale pani jezd piynkno.

– Szak prowda. – cichuteńko odbąkła róża. – I ulyngłam się razym do pary zez słóńcym.

Niezadługo zaczła onego męczyć swoim gupkowatym stalowaniem się, feframi co je miała. Jednygu dnia na ten przykład, jak se godali o czterech jej żgokach na łodydze, powiedziała do … Szaranka:

– One tu mogą się przyknaić, te tygrysy zez swoimi pazurami…

– Na moi planecie ni ma tygrysów – sztopnal ją … Szaranek. – A do tego tygrysy nie śrutują zielska.

– Jo nie jezdym zielskiym. – Powiadziała słodziutyńko róża.

– Pani, to jo przepraszom.

– Ni mom fefrów o te tygrysy, ale brzydzę się jak ciągnie po giyrach od wiatru tutej. Czy ni mioł by pan jakiygoś parawanu?

Brzydzi się cugu od wiatru… Wiater jezd nie w kluke do zielska – pomyśloł se … Szaranek. – To kwicie jezd cołkie porombane…

*

Na moje, on w sprawie brykniyncia zez planety spiknął się zez wędrującymi ptokami. Za jasnego, w dniu odlecenia porzomnie uskromnił swoją planetę. Akuratnie wyglancowoł swoje czynne wulkany. Mioł dwa czynne wulkany. Ekstra mu plożyły, bo mógł se przy nich rano podgrzoć śniodanie. Mioł tyż jeszczy jeden, ale wygasły. Pomimo to zowdy godoł, że „nigdy nie wiadomo”. Więc uskromnił tyż tyn wygasły. Jak się je porzomnie wyczyści, to wulkany się kopcą spokojno, ich goryto jest wyglajchowane i nie eksplodują. Te ich wybuchy są takie uspokojone jak gora w kóminku. Na naszej Ziymi my są pewno za małe kakaludki, żeby obsprowiać nasze wulkany. I bez to momy z nimi kłopot. Książę Szaranek tyż wyjapoł zez gruntu, ale zez żalem, ostatnie łynty baobabów. Myśloł, że nigdy tu nie bydzie nazod, a te cołkie lotanie ko gospodarstwa, czuł, że mu ploży. A zaś kiedy ostatni roz podlywoł różę i już mioł ją nakryć wekiem, to poczuł, że mu się zbiyro na dudlanie.

– Żegnej, tej! – powiedział  do róży.

Ale ona mu nic nie powiedziała.

– Żegnej, tej! – powtórzył.

Róża zaczęła kaszlić. Ale nie bez to, że była malad.

– Byłam gupio – odezwała się na kóniec. – Nie gniywej się. I być szczynśliwy.
Zrobił wielgie ślypie, że ona na niego nie brynczy. Stojo łzgynziały z wekiem w pazurze. Nie wiedzioł, o co się rozchodzi z tąjej rułą.

– Tej, kochom cie – powiedziała mu róża. – A ty beze mnie nic żeś o tym nie wiedzioł. To już obecnie jest ganc egal. Ale byłeś tak samo gupkowaty, jak jo. Bydź szczynśliwy… Postow dzieś to szkło. Już go nie chcę.

Wybory i… po wyborach

Miejsce: Lawendowy Bar w Śremie. Czas: przedwyborczy piątek 23 października 2015 roku, godz. 14, przy obiedzie ze znajomą.

– No to już za dwa dni wybory, panie Andrzeju.

– Tak, jak zwykle zagłosuję na Platformę Obywatelską.

– A ja panu już mówiłam, na kogo będę głosować?

– Tak, wspominała pani – na Prawo i Sprawiedliwość. Mówiła też pani dlaczego.

– No właśnie, dotąd też głosowałam na PO, ale po tym, co zrobili z tą reformą emerytalną, zagłosuję na PiS, chociaż sama nie wiem, czy dobrze robię. Ale ja nie chcę dłużej pracować.

– Hm, ja jako przedsiębiorca patrzę na to z trochę innej perspektywy, po prostu będę pracował, jak długo będę chciał, ale wydłużenie wieku emerytalnego jest chyba konieczne. Po prostu wkrótce już nie będzie nas stać na wypłaty emerytur.

– Pan może wybierać, ale ja nie mogę. No niech pan sobie wyobrazi, kiedy 40 lat temu rozpoczynałam pracę, miałam świadomość, że w wieku 60 lat przejdę na emeryturę, a tu mi coś takiego zrobili. A tak dzięki PiS-owi, jeśli wygra, już w przyszłym roku pójdę na emeryturę.

Przychodzi mi do głowy, że kiedy 40 lat temu moja znajoma rozpoczynała pracę zawodową, na pewno nie myślała o emeryturze, ale zachowuję tę uwagę dla siebie.

– Zrealizowanie obietnic wyborczych przez PiS może mieć fatalne skutki finansowe dla państwa.

– No tak, ma pan rację, przecież jeśli policzymy te wszystkie wydatki, to będziemy mieli drugą Grecję. Dlatego powiedziałam, że nie wiem, czy dobrze robię. Ale ja naprawdę chcę już iść na emeryturę. Najlepiej będzie, jeśli z tych wszystkich obietnic PiS po wyborach się wycofa, z wyjątkiem jednej – ponownego obniżenia wieku emerytalnego. Tak, tak będzie najlepiej. No to do zobaczenia po wyborach, panie Andrzeju.

* * *

Czas: listopad 2016 roku. Miejsce: to samo, tylko pod innym szyldem – w miejscu Lawendowego Baru, który zbankrutował, działa teraz restauracja Ogryzek. I znowu spotykam moją znajomą.

– Dzień dobry! Dawno się nie widzieliśmy. Co u pani słychać? Ale chyba dobrze? W listopadzie sejm uchwalił obniżenie wieku emerytalnego, PiS spełnił więc swoje obietnice.

– Och, niech pan mi nie mówi, panie Andrzeju. Tak, uchwalili, od października 2017 roku. A mnie wcześniej wydłużyli do sierpnia 2017. Przecież już w czerwcu tego roku miałam przejść na emeryturę i tak więc muszę czternaście miesięcy dłużej pracować. Nic mi to nie dało. Tylko zdenerwowanie.

– Nie znam szczegółów, do emerytury trochę czasu jeszcze mi zostało, więc o tym nie myślę. Przypuszczam zresztą, że zanim przejdę na emeryturę, przepisy zmienią się jeszcze kilkakrotnie. Obniżenie wieku emerytalnego nie jest jednak moim zdaniem dobrą decyzją.

– No pewnie, że nie. Przecież państwo nie ma na to pieniędzy. A z czego to wynika? Niech się wezmą na ten przykład za lekarzy. Ile oni zarabiają, a kasy fiskalnej żaden nie ma.

– Lekarze mają kasy, wprowadzili je już jakiś czas temu.

– Tak? Nie widziałam u żadnego. Albo przedsiębiorcy? Przepraszam, pan jest przedsiębiorcą, nie chciałabym pana urazić, ale jak to jest, że ktoś ma sklep czy dwa sklepy i potem sobie dom buduje? Za co?

– To  też nie tak. Było to możliwe jeszcze w latach 80., w czasach PRL, ale teraz z prowadzenia sklepu nie ma się kokosów. Dochody w takich sklepikach nie są duże.

– Ale państwo rzeczywiście nie ma na to pieniędzy. A jeśli do obniżenia wieku emerytalnego dodamy jeszcze ten program 500+, Mieszkanie+? Skąd na to brać? Zobaczy pan, to wszystko pierdyknie, mówię panu – pierdyknie!