Teatr Miejski w Lesznie – „Zagraj to jeszcze raz, Sam”

22 kwietnia – mój pierwszy wyjazd ze Śremskim Stowarzyszeniem Przyjaciół Teatru do Teatru Miejskiego w Lesznie, na spektakl „Zagraj to jeszcze raz, Sam” Woody’ego Allena. Teatr działa od ubiegłego roku, czas wreszcie poznać tę scenę.

Mój stosunek do twórczości Woody’ego Allena jest co najmniej ambiwalentny. Widziałem dość dużo jego filmów, zarówno w kinie jak i telewizji. Kilka z nich naprawdę mi się podobało; co ciekawe, były to filmy, które poznałem nie w kinie, lecz właśnie polskiej telewizji, w której ćwierć wieku temu obejrzałem miniretrospektywę bardzo obszernej twórczości reżysera. Należały do nich przede wszystkim obrazy z wczesnego okresu Allena: „Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o seksie, ale baliście się zapytać”, „Śpioch”, „Miłość i śmierć”; podobały mi się prawdopodobnie dlatego, że zostały zrealizowane w konwencji burleski. Później, kiedy w latach 80. zobaczyłem w kinie jego bardzo znane filmy, jak „Zelig” czy „Purpurową różę z Kairu”, obsypywane pochwałami przez krytyków, wrażenie było już znaczenie mniejsze: tak, filmy ciekawe, ale… Od lat 90. filmy Allena oglądam już rzadko, na takich obrazach jak „Słodki drań” a nawet słynnym „Vicki Cristina Barcelona” po prostu się nudziłem. Nie podzielam entuzjazmu krytyków; Woody Allen nie jest dla mnie wielkim reżyserem. Dlaczego – o tym niżej.

„Zagraj to jeszcze raz, Sam” jest najbardziej znanym cytatem z „Casablanki”, chociaż niewielu wie, że jest to cytat fałszywy, słowa te w rzeczywistości nie padają w filmie. Zjawisko to zresztą dość rozpowszechnione w kulturze (i nie tylko); podobnie nigdy nie padły słowa „Brunner, ty świnio” w „Stawce większej niż życie”, a Tadeusz Mazowiecki nigdy nie mówił o polityce „grubej kreski”. „Casablanca” rzeczywiście przez większą część sztuki jest obecna na scenie: w postaci wyświetlanego na monitorze filmu, a także… ducha Humphreya Bogarta, który co chwila ingeruje w akcję sztuki i udziela rad głównemu bohaterowi Allanowi Felixowi. A kłopot nasz bohater (grany przez Karola Wróblewskiego) ma poważny: właśnie rzuciła go żona. Jego przyjaciele Dick (Janusz Onufrowicz) i Linda (Edyta Herbuś) usiłują mu pomóc, umawiając go z różnymi kobietami, rzeczywiste spotkania mieszają się tu z fantasmagoriami bohatera; okazuje się jednak, że Allana pociąga sama… Linda, romans z którą stanowi główną oś sztuki.

„Zagraj to jeszcze raz, Sam” został zrealizowany na deskach leszczyńskiego teatru profesjonalnie, profesjonalizm ten cechuje zarówno grę aktorów jak i reżyserię i oprawę scenograficzną. A jednak nie wyszedłem z teatru usatysfakcjonowany. Nie mam o to pretensji do teatru w Lesznie; jeśli można tu kogoś winić, to samego Woody’ego Allena i jego sztukę. Niestety od lat 80. mam wrażenie, że słowotok płynący z ust bohaterów filmów Allena nie niesie z sobą żadnych naprawdę głębokich treści, że jest właśnie tylko słowotokiem mającym ukryć miałkość tych filmów. Męczy też stale obecna neurotyczność tej twórczości, a dowcipy Woody’ego Allena śmieszą tylko w umiarkowanym stopniu. Z tematu sztuki – poszukiwania miłości – jak z każdego innego można by stworzyć prawdziwe arcydzieło, zamiast tego czytelnik dramatu i widz sztuki otrzymuje wydmuszkę. Wolałbym coś poważniejszego i bardziej refleksyjnego na scenie.

Był to mój pierwszy wyjazd do teatru w Lesznie, z pewnością nie ostatni. Naprawdę jestem ciekaw innych realizacji na leszczyńskiej scenie.

Muzeum Etnograficzne w Poznaniu – „Romowie ≠ Cyganie”

8 kwietnia – wyjazd do Muzeum Etnograficznego w Poznaniu na wernisaż wystawy „Romowie ≠ Cyganie”. Dość rzadko jestem w tym muzeum, w 2016 roku byłem tylko na dwóch (bardzo dobrych) wystawach: „Sztuka Bali” i „Rzeczy mówią”. O wiele częściej jestem w głównym gmachu przy Alejach Marcinkowskiego. Temat wystawy jest jednak tak ciekawy, że muszę ją zobaczyć.

W Poznaniu jestem przed czasem, zachodzę jeszcze do Biblioteki Filologicznej w Collegium Novum i Biblioteki Uniwersyteckiej przy Ratajczaka; w tej drugiej ktoś zostawił na półce book-crossingu kilka książek z literatury radzieckiej i rosyjskiej, m.in. Suworowa i Jerofiejewa, korzystam z okazji i zabieram „Imadlo” Władimira Rybakowa, zbiór opowiadań o żołnierzach Armii Radzieckiej, wydany w podziemnej oficynie „Most” w 1987 roku.

Wreszcie przed godziną 12 zjawiam się w gmachu przy Mostowej. Jestem jednym z pierwszych uczestników wernisażu; hol w przyziemiu powoli się zapełnia, rozglądam się za Romami i rzeczywiście widzę kilka postaci: kobietę w długiej, wzorzystej spódnicy, bardzo tu chyba popularną, rozmawia z wieloma osobami, mężczyznę o ciemnej karnacji w marynarskiej czapce i dwóch muzyków przygotowujących instrumenty, na których wkrótce zaczną grać. Po kilku minutach muzyki i stopniowym uciszeniu się gwaru rozmów rozpoczyna się część oficjalna wernisażu.

Kurator Witold Przewoźny z Muzeum Etnograficznego dziękuje wszystkim, którzy przyczynili się do organizacji wystawy, przede wszystkim Muzeum Okręgowemu w Tarnowie i jego Oddziałowi Etnograficznemu, z którego zbiorów pochodzi wiele eksponatów. Wymienieni są też goście specjalni; wprawdzie Witold Przewoźny nie zawsze pamięta, aby ich dokładnie przedstawić z nazwisk i profesji (będę musiał potem to sprawdzać w Internecie), ale widać zakłada, że w tym gronie są powszechnie znani: grający cygańscy muzycy to skrzypek Mikłosz Deki Czureja i jego syn Mikłosz Marek grający na keyboardzie, kobieta we wzorzystej spódnicy to romska poetka Róża Łakatosz a mężczyzna w marynarskiej czapce to Tadeusz „Bosman” Krzyżanowski, który w filmie „Papusza” z 2013 roku grał ojczyma słynnej cygańskiej poetki. Po części oficjalnej, podczas której głos zabierają również goście z muzeum w Tarnowie, możemy udać się na wystawę na piętrze.

Wystawa „Romowie ≠ Cyganie” zajmuje dwie sale na I piętrze muzeum, a właściwie tylko jedną dużą salę, ponieważ pierwsza jest praktycznie pusta; jak domyślam się z wyjaśnień na wstępie, ma ona pełnić na wystawie swego rodzaju „interaktywną” rolę, czyli przewidziano ją na prezentację relacji zwiedzających z ich kontaktów z Cyganami. Kilka takich odręcznie spisanych relacji (rodzi się we mnie pytanie o ich autentyczność, ale nie drążmy tego tematu, zresztą wierzę, że nie są to zmyślenia) już zawieszono w pomieszczeniu, do spisywania i zawieszania kolejnych zachęcają wyłożone kartki papieru. Właściwa ekspozycja zajmuje kolejną salę.

Temat romski, cygański w muzeum nie jest dla mnie nowy. Trzy lata temu specjalnie pojechałem do Muzeum Współczesnego we Wrocławiu, aby zobaczyć poświęconą Romom wystawę „Domy srebrne jak namioty”, wystawa „Romowie ≠ Cyganie” w Muzeum Etnograficznym w Poznaniu musi więc skłaniać do porównań. To całkiem inne wystawy, co wynika oczywiście z samej specyfiki muzeów. We Wrocławiu prezentowano sztukę wysoką, współczesną, której tematem są Romowie, ale tworzoną przeważnie przez nie-Romów; tu jesteśmy w muzeum etnograficznym, ekspozycja koncentruje się więc na innych aspektach. Sztukę wysoką możemy zobaczyć tylko w niewielkim zakątku w prawej części sali (nie jest to sztuka współczesna, lecz XIX-wieczna, porcelanowe figurki Cyganów i grafiki), reszta wystawy poświęcona jest kulturze ludowej Cyganów, przede wszystkim materialnej. Na środku sali zbudowano cygańskie obozowisko z namiotem i postaciami Romów (mężczyzna oddaje się jakimś  kowalskim zajęciom, jedna z kobiet wróży z kart). W lewej części sali mała ekspozycja poświęcona wozom cygańskim (okazuje się, że były budowane nie przez Cyganów, lecz Polaków, od których Cyganie je kupowali, duża wytwórnia wozów znajdowała się m.in. w Ostrowie Wielkopolskim), najciekawsza część kryje się jednak za przepierzeniem, za którym możemy zobaczyć film dokumentalny „Zanim opadną liście” Władysława Ślesickiego z 1964 roku. Był to już ostatni moment, aby na taśmie filmowej zarejestrować autentyczne wędrujące tabory cygańskie, od tego czasu Cyganie zostali zmuszeni przez władze do życia osiadłego.

Po kilkunastu minutach zwiedzania wiem już, że porównanie z wystawą z Muzeum Współczesnym we Wrocławiu niestety wypada gorzej dla Poznania. Powodem są moje osobiste upodobania (od kultury ludowej wolę kulturę wysoką), można też jednak znaleźć obiektywne przyczyny takiej oceny. Poznańska wystawa jest po prostu zbyt mała (wrocławska była większa, zajmowała dwie kondygnacje w „Bunkrze” przy placu Strzegomskim), w niewielkim stopniu uwzględniono też te aspekty kultury cygańskiej, które dla „gadziów” są najbardziej atrakcyjne – mam na myśli barwne stroje kobiet i rolę muzyki i tańca. Z drugiej strony wystawie w Poznaniu można zarzucić to, że zbytnio skoncentrowano się na niej na wymiarze historycznym – przedstawia świat Romów, który już nie istnieje, a przecież Romowie wciąż żyją w Polce, chociaż bardzo wielu z nich wyjechało do Anglii i Niemiec. Jak wyglądają współczesne domy i rodziny romskie? Z czego żyją? Jakie problemy występują współcześnie w relacjach z nie-Romami? Kwestie te zostały praktycznie pominięte na wystawie. Szkoda, bo na ich wyeksponowanie było miejsce – w pierwszej sali, którą pozostawiono pustą.

Druga kwestia to zbyt nachalny dydaktyzm, od którego zresztą nie była wolna też wystawa we Wrocławiu. Autorzy ekspozycji oferują nam wizję świata poprawności politycznej, w podpisach do ekspozycji demaskują i piętnują prawdziwą czy rzekomą dyskryminację, której ofiarami padają Cyganie. „Dlaczego szkoły nie chcą przyjmować Romów?”, czytamy w jednym z takich komentarzy. Wydaje mi się, że szkoły (podstawowe i – jeszcze – gimnazja) mają obowiązek przyjąć każde dziecko, które zamieszkuje w ich okręgu; to sami Cyganie nie chcą posyłać swoich dzieci do szkół, zabierają je stamtąd po kilku latach, skutkiem tego jest powszechny wśród Cyganów analfabetyzm. „Cyganie kradną. Czy wszyscy?”, czytamy w następnym komentarzu. Nie, nie wszyscy, ale dlaczego w oficjalnych mediach nie wolno mówić o tym, że odsetek przestępców wśród Cyganów jest dużo, dużo wyższy niż nie-Cyganów? Od wielu lat przestrzega się starsze osoby przed oszustwami metodą na wnuczka; media głównego nurtu pomijają jednak milczeniem fakt, że metoda ta została wymyślona przez Cygana Hossa i że to Cyganie (właściwie całe cygańskie gangi operujące z Niemiec i Anglii) się w niej wyspecjalizowały. W ogóle pominięto też kwestię wydawania cygańskich dziewczynek za mąż w wieku 13-14 lat, które już od tego wieku są zmuszane co ciężkiej pracy w domu i uległości wobec męża. Policja i prokuratura, zwykle tak gorliwe w tropieniu pedofilii, również tymi przypadkami się nie interesują. Nie odmawiam organizatorom wystawy prawa do przedstawiania własnego zdania; byłoby jednak dobrze, aby ukazywali też problemy, które dla obrońców Romów są mniej wygodne, choćby w formie cytatów i wyważonego dyskursu, prezentujące różne racje. Zwiedzający wystawę mieliby wtedy okazję wyrobić sobie samodzielnie zdanie na temat, czy Romowie są w Polsce prześladowani, czy też są grupą żyjącą na koszt innych.

Wystawa pozostawia więc pewien niedosyt, chociaż takiego przedstawienia kwestii romskiej też się spodziewałem: w świecie „political correctness” wszelkie odejście od jedynie słusznego światopoglądu jest bardzo niemile widziane, również w świecie muzealników. Przy wyjściu zatrzymuję się jeszcze na kilkanaście minut, aby wysłuchać koncertu skrzypka Mikłosza Deki Czureja i jego syna. Tańce cygańskie i inne melodie brzmią w ich wykonaniu przepięknie, a naśladowanie na skrzypcach śpiewu ptaków jest wprost fenomenalne – będę je długo pamiętał. Właśnie za to piękno, uwiecznione i podniesione na wyżyny w „Tańcach węgierskich” Johannesa Brahmsa czy muzyce Ferenca Liszta, cenię kulturę cygańską. Za inne jej przejawy – niekoniecznie.

Biblioteka Raczyńskich – „Celtyckie odrodzenie”

1 kwietnia – przy okazji wyjazdu na spektakl „Kwiatów polskich” w Teatrze Muzycznym w Poznaniu postanawiam odwiedzić też Bibliotekę Raczyńskich, gdzie chcę zobaczyć dwie najnowsze wystawy: „Celtyckie odrodzenie” w Galerii Atanazego i „Posnaniana 2016” w Galerii Edwarda. Do gmachu biblioteki wchodzę (jako pierwszy – nie czytelnik, bo czytelnikiem poznańskiej biblioteki niestety nie jestem, tylko zwiedzający) zaraz po otwarciu o godzinie 10. Spektakl odbędzie się dopiero o 12, mam więc dość dużo czasu na zwiedzenie wystaw.

„Celtyckie odrodzenie” to monograficzna wystawa poświęcona ruchowi odrodzenia narodowego, a właściwie tylko aspektowi kulturalnemu tego ruchu, w Irlandii na przełomie XIX i XX wieku. Kultura celtycka od dawna cieszy się w Polsce zainteresowaniem, co pamiętam jeszcze z okresu moich studiów anglistycznych. Ta jej popularność wśród moich kolegów na studiach była wtedy wprawdzie dla mnie pewną zagadką, dla mnie ciekawsza była kultura anglosaska – angielska i amerykańska; kultura celtycka była zawsze na obrzeżu moich zainteresowań, z jednym wyjątkiem – cyklu legend arturiańskich, które w pełni zostały przejęte i zasymilowane przez kulturę angielską. Nieznane jednak też może przyciągać; z tym większym zainteresowaniem obejrzałem wystawę.

Z pisarzy przedstawionych na wystawie znałem dotychczas tylko Williama Butlera Yeatsa, który też zajmuje na niej najwięcej miejsca. Nic dziwnego, to jedyny laureat literackiej Nagrody Nobla w tym gronie, jego wiersze drukowane w „Literaturze na Świecie” pamiętam jeszcze z czasów licealnych. Ostatnie słowa jednego z jego wierszy („Cast a cold Eye / On Life, on Death / Horseman pass by”) wyryto też na grobie Yeatsa. Szkoda, że na wystawie nie zacytowano wiersza w całości w przekładzie Ludmiły Mariańskiej:

Tu, gdzie Ben Bulben łysy łeb obnażył,
Yeats leży w Drumcliff na cmentarzu.
Przy drodze wiekowy krzyż stoi,
Utarty napis marmuru nie zdobi;
Tylko na głazie wapiennym tej treści
Wyryto słowa, które sam kazał umieścić:
Tak samo chłodno spójrz
Na życie i na śmierć
Nie wstrzymuj konia, jedź!
Wystawa daje jednak wgląd też w inne aspekty życia pisarza – jego działalność polityczną (już po odzyskaniu niepodległości Yeats zasiadał w senacie irlandzkim) i animatorską na rzecz odrodzenia kultury irlandzkiej: był między innymi współzałożycielem Abbey Theatre, sceny bardzo zasłużonej dla Irlandii. Drugim założycielem tego teatru był John Millington Synge, w przeciwieństwie do Yeatsa dotychczas w ogóle mi nieznany, autor dramatów, poezji i opisów wysp Aran u zachodniego wybrzeża Irlandii, na których do XX wieku zachowała się pierwotna kultura celtycka. Trzecią wielką postacią, które założyły Abbey Theatre, była Lady Gregory, jedyna kobieta w tym gronie, autorka wielu dramatów i przede wszystkim opracowań irlandzkich legend i folkloru. Jej książki wyłożono też w gablotach na lewo od wejścia Galerii Atanazego, w zakątku poświęconym irlandzkim baśniom i legendom.

Wystawa „Celtyckie odrodzenie” jest niewielka, ale warta zobaczenia, przede wszystkim przez tych, którzy pasjonują się kulturą irlandzką. Jedyne zastrzeżenia miałbym do tłumaczeń. W wielu przypadkach angielskie cytaty w ogóle nie zostały przetłumaczone (znajomość angielskiego w Polsce jest coraz szersza, ale nie powszechna, tłumaczenia by się przydały), zdarzają się też pomyłki. 15 marca 1852 roku nie miały miejsca „urodziny” Lady Gregory, rzeczownik ten bardzo rzadko jest używany w tym znaczeniu, całą tablicę chronologii celtyckiego odrodzenia należałoby przeredagować pod względem językowym.

* * *

W Galerii Edwarda (w starym gmachu Biblioteki) wystawa pokonkursowa „Posnaniana 2016”. Nagrody im. Józefa Łukaszewicza (XIX-wiecznego historyka i pierwszego dyrektora Biblioteki Raczyńskich) są przyznawane już od 1999 roku; w tym roku laureatami zostali: Piotr Grzelczak za „Poznański Czerwiec 1956. Walka o pamięć w latach 1956-1989”, Alicja Przybyszewska za książkę „Etyczny utylitarysta. Edmund Rygier w Teatrze Polskim w Poznaniu (1896-1908)” i Tomasz Sikorski za „Bal maskowy. Wojciech Bąk 1907-1961. Biografia pisarza”. W gablotach wyeksponowano jednak dużo innych ciekawych pozycji, nie tylko tych nominowanych do nagrody. Dominuje historia i szeroko pojmowana humanistyka, z chęcią zapoznałbym się np. z książką „Podpatrywanie miasta. Miasto w socjologii poznańskiej 1920-2000” pod redakcją Stanisława Lisieckiego, czy najnowszymi tomami „Kroniki Miasta Poznania”, zwłaszcza tym poświęconym Puszczykowu. Dużo też książek popularnonaukowych, jak „Klęska gauleitera. Sensacje z kraju Warty” Leszka Adamczewskiego, a nawet powieści (np. „Niziołkowie z ulicy Pamiątkowej” Małgorzaty Klunder); niestety brak czasu prawdopodobnie nie pozwoli mi na przeczytanie żadnej z nich.

* * *

I, w drodze do Teatru Muzycznego, jeszcze krótka wizyta w Bibliotece Uniwersyteckiej przy Ratajczaka. Tam bardzo ciekawa wystawa „Polski Paryż romantyczny”, m.in. z pierwodrukami „Pana Tadeusza”, „Kordiana”, „Nie-boskiej komedii”, ale też listami, zaproszeniami na bale, ulotnymi drukami i innymi dokumentami życia społecznego; trochę dalej na parterze planszowa wystawa poświęcona Jamesowi Joyce’owi. Wiem, że na piętrze Biblioteki jest wystawa XXII Poznańskiego Przeglądu Książki Naukowej, niestety muszę zrezygnować z jej zwiedzenia, już niedługo rozpocznie się spektakl, na który przyjechałem do Poznania.

Krakowski Salon Poezji Anny Dymnej – „Kwiaty polskie”

1 kwietnia – kolejny wyjazd do Teatru Muzycznego w Poznaniu na spektakl Krakowskiego Salonu Poezji Anny Dymnej. Tym razem Anna Cieślak z Teatru Polskiego w Warszawie czyta „Kwiaty polskie” Juliana Tuwima.

Frekwencja mniejsza niż na ostatnim spotkaniu z Danielem Olbrychskim, na którym byłem (na spektakl z Piotrem Fronczewskim w ogóle nie udało mi się dostać biletu), są jeszcze miejsca, ale też i Anna Cieślak nie jest taką sławą jak Olbrychski czy Fronczewski. Sława recytowanego utworu nie pomaga, publiczność przychodzi na aktorów, nie wiersze.

W swojej domowej biblioteczce mam zarówno pełen tekst „Kwiatów polskich” jak i obszerny, prawie 400-stronicowy wybór „Poezji” Juliana Tuwima, mój stosunek do tej twórczości jest jednak niejednoznaczny. Poezja Juliana Tuwima, przed wojną i zaraz po wojnie uważana za genialną, wiele straciła na swoim blasku. Chociaż Tuwim, a raczej wiele jego wierszy, wciąż jest pamiętany, duża część tej twórczości jest już martwa, w przeciwieństwie do innych poetów dwudziestolecia: Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, Bolesława Leśmiana, Jana Lechonia, czy nawet Władysława Broniewskiego. Habent sua fata libelli…

Ale przejdźmy do samego spektaklu. Anna Cieślak, ubrana na scenie – jakżeby inaczej? – we wzorzystą białą sukienkę w kwiaty, jest utalentowaną młodą aktorką, która potrafi pozyskać sobie publiczność. Przyczynia się do tego jej ciepły głos, umiejętność nawiązania kontaktu z widownią, brak pretensjonalności, od której nie są wolni niektórzy starsi i bardziej znani aktorzy. Zresztą wbrew temu, co mogliśmy usłyszeć we wstępie przed spektaklem, Anna Cieślak nie jest debiutantką, na scenie występuje już od 2004 roku, mogliśmy ją też zobaczyć w wielu filmach, jak „Karol. Człowiek, który został papieżem”, „General Nil”, i serialach. Do pełnego profesjonalizmu aktorce wprawdzie trochę jeszcze brakuje – mam na myśli kiksy i pomyłki w czytaniu tekstu, których jak na godzinny spektakl było trochę zbyt dużo, Anna Cieślak z pewnością pokazała jednak wysoką klasę aktorską.

A same „Kwiaty polskie”? Umocniły się moje przemyślenia z wcześniejszych lektur Tuwima: z czteroczęściowego spektaklu (przeplatanego utworami na harfę w wykonaniu Natalii Różańskiej) podobała mi się część ostatnia. Na jej początku usłyszeliśmy znany wszystkim (chociaż nie wszyscy wiedzą, że to z „Kwiatów polskich”) fragment „Czy pamiętasz, jak ze mną tańczyłeś walca”, czyli „Grande Valse Brilliante”, rozsławiony przez piosenkę Ewy Demarczyk, następnie przejmujące „Nie miałem serca dla Warszawy” i „Potem”. Przyczyną mojego szczególnego upodobania do tych wersów jest oczywiście ich humanistyczny wymiar, fragmenty te opowiadają o ludziach, są bezpośrednim odbiciem przeżyć Tuwima, w przeciwieństwie do trzech pierwszych części spektaklu, opowiadających o kwiatach, zapachach i poezji, które były dla mnie zbyt estetyzujące i jako takie nie mogły wzbudzić wzruszenia. Szkoda, że zamiast nich nie wybrano innych fragmentów poematu, np. tych poświęconych rewolucji 1905 roku, czy wspomnieniom z Łodzi i Inowłodza.

Kolejne spotkania Salonu dopiero 13 maja (wiersze Jeremiego Przybory) i 20 maja (poezje Wojciecha Bąka będą czytać Andrzej Seweryn i Maria Seweryn). Z chęcią pojechałbym zwłaszcza na ten drugi spektakl; czy mi się uda – zobaczymy.

Anna Cieślak

W oczekiwaniu na autograf. Widać tylko moje okulary, czoło i sweter :-). Fot. Teatr Muzyczny w Poznaniu.

Zamek Cesarski w Poznaniu – „Złe kobiety”

25 marca – wyjazd do Poznania na Targi Edukacyjne i nową wystawę w Centrum Kultury „Zamek”. Na Targach Edukacyjnych byłem już wielokrotnie; zwykle najbardziej interesują mnie imprezy towarzyszące targom: spotkania, konferencje organizowane przez Ośrodek Doskonalenia Nauczycieli. W tym roku też takie są, ich tematyka – programowanie – całkowicie mija się jednak z moimi zainteresowaniami, ograniczam się więc do zwiedzania stoisk i ekspozycji. Obejście wszystkich stoisk szkół i uczelni zajmuje się mi tylko 40 minut, więcej czasu (godzinę) spędzam na odbywających się obok targach „Książka dla Dzieci, Młodzieży i Rodziców” i Poznańskich Targach Książki Naukowej i Popularnonaukowej. Te ostatnie zostały tu przeniesione z Collegium Maius; nowe miejsce chyba im bardziej służy – więcej zwiedzających, połączenie z innymi wydarzeniami. Obie imprezy odbywają się pod jednym dachem – naukowe monografie mieszają się z baśniami i innymi książkami dla dzieci; odkrywam mnóstwo ciekawych pozycji, jak biografię Atanazego Raczyńskiego, listy Karola Marcinkowskiego, nie kupuję jednak żadnej, nieprzeczytane książki, które czekają swojej kolejki na lekturę, można już u mnie liczyć w dziesiątki. Zatrzymuję się też na promocji „Bajek filozoficznych” Michela Piquemala, która odbywa się właśnie na głównej scenie; najwięcej czasu spędzam natomiast na pokonkursowej wystawie „Salonu Ilustratorów” – ilustracje prezentowane tu w oryginale robią o wiele większe wrażenie niż w książkach, z pewnością rozwijają wrażliwość dziecka na sztukę. Chętnie zatrzymałbym się przy nich na dłużej, muszę już jednak opuścić teren targów – idę na wystawę do Zamku.

* * *

„Złe kobiety” – najnowsza wystawa w głównej sali ekspozycyjnej Zamku Cesarskiego o tytule jak najbardziej przemyślanym i – celowo dwuznacznym. Tytuł od razu zdradza feministyczne przesłanie wystawy, czego potwierdzenie znajdujemy tuż przy wejściu w postaci wstępu napisanego przez czołową polską feministkę, Sylwię Chutnik. Tylko 22 procent profesorów w polskich uczelniach artystycznych to kobiety, chociaż studentki stanowią w nich aż 77 procent studiujących. Dlaczego? – pyta Sylwia Chutnik. Dalej rozważania na temat feminizmu, który – według niej – jest czymś wstydliwym, czego się wypieramy, jest jak beknięcie przy stole. To ostatnie zdanie wzbudza mnie wątpliwości. Skąd ten pomysł? W środowisku, w którym Sylwia Chutnik się obraca, środowisku „Gazety Wyborczej” i poprawności politycznej, feminizm na pewno nie jest traktowany jak bekanie. Z potępieniem spotyka się raczej postawa odwrotna – wszelka krytyka feminizmu. Pomińmy jednak na razie te rozważania, przejdźmy do samej sztuki.

„Złe kobiety” są bardzo dobrą (chociaż niewielką) wystawą, jedną z lepszych, jakie ostatnio widziałem w Poznaniu. Już przy wejściu w jej klimat wprowadza nas video „Postulate” Aleksandry Ska, ukazujące piękną, nagą kobietę, stojącą przy oknie i drapiącą palcami o szybę (słyszymy jednak drażniący pisk pocieranego o szkło styropianu), jakby pragnącą wydostać się na zewnątrz. W kolejnym video – „Sumo” – Katarzyna Górna ukazuje kobiety, o ciałach wcale już nie pięknych i młodych, przybierające pozycje jak japońscy zawodnicy tej sztuki walki. Wezwanie do walki o swoje prawa czy autoironia? Tuż obok „Mdłości” Beaty Białeckiej – oprócz memów Marty Frej jedyny obraz na wystawie, ukazujący kobietę wymiotującą… barankiem, takim, jakiego znamy z wielkanocnych koszyczków. Nie musimy się głowić nad interpretacją obrazu – podpis pod nim wyjaśnia, że chodzi o próby zwymiotowania boskiego pierwiastka. Memy Marty Frej to najbardziej znane dzieła na wystawie – szeroko publikowane w mediach, powstały przed czarnym protestem 3 października 2016 roku. Mają jasno określoną wymowę publicystyczną, na pewno podobają się publiczności, tak jak wzorowana na kościelnej dowcipna chorągiew „Puszczamy się, kiedy chcemy” tejże artystki.

Na uwagę zasługuje też dużo innych prac, jak instalacja „Ana-suromai” Iwony Demko, nawiązujący do dawnego gestu podniesienia spódnicy i obnażenia waginy przez kobietę. Starożytny obyczaj, mający prawdopodobnie sakralne znaczenie, posłużył tu całkiem innej, współczesnej ideologii. Obok instalacji wiszą „Autoportrety” Macieja Osiki, jedynego mężczyzny w tym gronie; to rzeczywiście autoportrety artysty, tyle że Maciej Osika sfotografował się na nich w… kobiecym makijażu, ubraniu i fryzurze. Jako pasjonata historii zaciekawia mnie instalacja „PatRIOTki” Anny Leśniak, nawiązująca do udziału kobiet w polskich organizacjach socjalistycznych i anarchistycznych (powiedzmy wprost: terrorystycznych) na przełomie XIX i XX wieku. Fotografiom (są to współczesne zdjęcia, do których pozują modelki, nie autentyczne) patriotek towarzyszą trzy wirujące suknie – biała, czerwona i czarna – z ukrytymi atrapami broni i granatów.

I jeszcze na samym końcu sali video „Walka” Zuzanny Janin, w którym autorka stacza na ringu walkę z zawodowym bokserem wagi ciężkiej. Podpis pod pracą głosi, że widać tu dominację kobiety, dłuższe przyjrzenie się filmowi zdradza jednak coś innego. O ile artystka rzeczywiście angażuje się w walkę, jej przeciwnik zdaje się tylko markować uderzenia, oszczędza kobietę. Przecież gdyby naprawdę chciał, mógłby zabić ją jednym ciosem. Czy taki był zamysł artystki? W niezamierzony sposób video pokazało całkiem inny aspekt feminizmu i rzekomej „walki płci”.

Powracam do pierwszego pomieszczenia i wstępu Sylwii Chutnik. Poglądy feministki nie są dla mnie nowe, coś bardzo podobnego, tyle że w kontekście literatury, usłyszałem od niej trzy lata temu, na spotkaniu w Miłosławiu podczas wręczenia Nagrody Kościelskich. Parytety, parytety… parytetów feministki domagają się od dawna. Tylko dlaczego, domagając się parytetu dla profesorek, Sylwia Chutnik nie dostrzega braku parytetu wśród studentów? Chłopcy, którzy chcą studiować na uczelniach artystycznych, mogliby uskarżać się na mniejsze szanse, skoro jest ich tylko 23 procent. Nie skarżą się jednak, nie domagają się, aby przyjmowano po połowie chłopców i dziewczęta (jak kiedyś było w akademiach medycznych), akceptują fakt, że o przyjęciu decydują zdolności, prezentowane prace. A że później udział kobiet wśród wyższej kadry naukowej spada? Podobne zjawisko jest na filologiach. Studia te są bardzo sfeminizowane, pamiętam, że około 80 procent studiujących na anglistyce i germanistyce stanowiły studentki, na polonistyce czy rusycystyce było ich jeszcze więcej, ponad 90 procent. Wśród profesorów na tych kierunkach z kolei udział mężczyzn jest wyższy, niż wynikałoby to z rozkładu płci wśród studentów. Feministki uznają to za przejaw dyskryminacji; dlaczego nie dopuszczają myśli, że mężczyźni, którzy robią kariery naukowe, są po prostu statystycznie zdolniejsi, bardziej kreatywni, oryginalni?

Muzeum Regionalne w Kościanie – Karol Budziński

19 marca – po deszczowej i wietrznej sobocie wyjazd do Muzeum Regionalnego w Kościanie, gdzie chcę obejrzeć  nową wystawę stałą „Bohaterowie 1918-1919” i wystawę czasową fotografii Karola Budzińskiego „Wielkopolska – tu warto być, to warto zobaczyć”. W niedzielę deszcz ustał; wiatr wprawdzie osłabł do 5 m/s, ale ponieważ wieje z zachodu, trochę przeszkadza w jeździe.

Młody mężczyzna z obsługi muzeum poznaje mnie z poprzedniej wizyty dwa lata temu, kiedy to przyjechałem, aby zwiedzić wystawę czasową poświęconą powstaniu wielkopolskiemu w grafice. Obecna wystawa jest całkiem inna – nie grafika, lecz fotografia i nie historia, lecz teraźniejszość są jej tematem. Fotografie Karola Budzińskiego (mojego równolatka, urodzonego w 1963 roku) do tej pory w ogóle nie były mi znane i, szczerze mówiąc, nie spodziewałem się wiele po wystawie; tymczasem profesjonalizm i wysoki poziom eksponowanych prac mile mnie zaskoczył. Fotografie Budzińskiego nie są owocem eksperymentów formalnych czy próbowania nowych technik – to fotografia tradycyjna, realistyczna, ale też bardzo dobra w swoim realizmie, w umiejętności kadrowania scen, patrzenia na znane krajobrazy z innej perspektywy. Dużo przedstawionych pejzaży i budowli jest mi znajomych, może z wyjątkiem północnej Wielkopolski, którą znam najsłabiej; odkrywam też tereny położone blisko Śremu, jak Kórnik, Rogalin, Śmiełów. Po dłuższym zwiedzaniu przeze mnie wystawy z górnej kondygnacji schodzi pracownik muzeum, wdajemy się w rozmowę.

– Wystawa bardzo interesująca. W większości z tych miejsc byłem, a przez Rogalin przejeżdżam za każdy razem jadąc do Poznania. Niezwykłe jest to ujęcie dębów rogalińskich – na fotografii wyglądają jak zaczarowany las z „Władcy pierścieni” Tolkiena, a przecież w rzeczywistości są już martwe.

– Warto też zwrócić uwagę na to turkusowe jezioro koło Gosławic w Koninie – mówi mój przewodnik. – Zabarwienie wody to wynik wyrzucanych tam odpadów, przykład degradacji środowiska naturalnego na skutek wydobycia węgla brunatnego. Może pan słyszał, że koło Kościana również planowana jest budowa kopalni.

– Tak, słyszałem, pas wydobycia ma ciągnąć się od Czempinia przez Gostyń po Krobię i Miejską Górkę. Kiedy jadę ze Śremu do Wrocławia, widzę napisy protestujące przeciwko temu pomysłowi: „Jesteśmy rolnikami, nie górnikami”, „Wynocha z naszej ziemi” i inne. Z drugiej strony może to być szansą dla miasta – Konin bardzo się rozwinął dzięki odkryciu złóż węgla brunatnego i budowie elektrowni. W Gosławicach byłem w ubiegłym roku, w tamtejszym Muzeum Okręgowym widziałem tego słonia leśnego, którego też tu widać na zdjęciu, i wystawę o górnictwie na ziemi konińskiej. Warto też zwiedzić klasztor kamedułów w Bieniszewie, o na tym zdjęciu, rzeczywiście leży on w środku lasu, trudno tam dojechać.

Rozmawiamy o wielu innych obiektach przedstawionych na zdjęciach, o południowej fasadzie zamku w Kórniku i dlaczego wygląda ona jak łuk w indyjskim Taj Mahal, o zamku w Gołuchowie przedstawionym w zimowej szacie, też o ludziach i historii tych ziem, między innymi wypędzeniach i przesiedleniach. Kiedy mój rozmówca wspomina o wystawie poświęconej wysiedleniom w Kościanie, opowiadam o Gudrun Everett, córce burmistrza w Dolsku, i jej wspomnieniach w książce „I can’t forget”, którą zrecenzowałem na moim blogu.

W przeciwieństwie do wystaw czasowej nowa wystawa stała „Bohaterowie 1918-1919” nie jest dla mnie już tak ciekawa, może dlatego, że z opowieścią o udziale mieszkańców Kościana w powstaniu wielkopolskim mnie, śremianinowi, trudno jest się identyfikować – nawet jeśli udział ten był większy niż uczestnictwo śremian w tym zrywie niepodległościowym.

Po zwiedzeniu muzeum zachodzę jeszcze do kościańskiej fary – o wiele ładniejszej i kryjącej w sobie cenniejsze wyposażenie niż śremska. Byłem tu już kilkakrotnie, raz nawet pojechałem na mszę, aby ją dokładnie zwiedzić. Chętnie obejrzałbym ją dokładnie jeszcze raz, ale akurat zaczyna się suma o godzinie 12; będę musiał przyjechać tu kiedyś przed mszą.

* * *

Wracając do Śremu, w Gaju skręcam jeszcze do schroniska dla zwierząt, przed którym stoi dużo samochodów. Można wejść na teren schroniska, z której to możliwości – po raz pierwszy – korzystam. Bardzo dużo ludzi przyjechało ze Śremu i innych miejscowości, aby zobaczyć bezdomne psy i… wyjść z nimi na spacer po najbliższej okolicy. Dla wielu obecnych tu rodzin z małymi dziećmi to pewnie próba przed podjęciem poważnej decyzji o adopcji. Większość psów ma już kilka czy kilkanaście lat, w ogrodzonym kojcu są też jednak szczeniaki, bardzo popularne wśród dzieci. Pewnie niedługo będą czekać na adopcję.

Wychodząc, zamieniam jeszcze kilka słów z pracownicą (wolontariuszką?) schroniska.

– Znałem osobiście dr Ludwikę Własińską, założycielkę schroniska i fundacji „Dr Lucy”. Szkoda, że odeszła… A kto teraz opiekuje się schroniskiem?

– Kierowniczką jest nadal Paula Piasecka. Oczywiście dostajemy też dotacje z gminy. Jak pan widzi, teraz, w weekend, mamy mnóstwo ludzi, oglądają psy, zabierają je na spacer. Pod koniec dnia psy mają nawet tego dosyć, chowają się w budach, nie chcą wychodzić. A pan nie chciałby zaadoptować zwierzaka?

– Nie, obawiam się, że nie mam na to warunków – odpowiadam. O pechowej przygodzie z kotem, którego próbowałem przygarnąć dwa lata temu, już nie wspominam. Żegnamy się, jeszcze kilka kilometrów jazdy do Śremu.

Natalka

Było to chyba w czerwcu 1999 roku. Na początku lata postanowiłem pojechać na jeden dzień nad morze – do Świnoujścia. Chciałem przypomnieć sobie miasto, w którym 10 lat wcześniej służyłem w wojsku, a przy okazji powędrować brzegiem morza aż do Ahlbecku po niemieckiej stronie wyspy Uznam. Do Świnoujścia wybrałem się pociągiem, rowerem jeździłem wtedy tylko do Poznania, a w pierwszą naprawdę długą trasę – do Wrocławia – pojechałem 17 lipca tegoż roku; dopiero w późniejszych latach jeździłem rowerem po polskim i niemieckim wybrzeżu.

W przedziale pociągu, który z Poznania odjeżdżał około godziny siódmej, byłem sam, chociaż pociąg był dość zapełniony – dużo ludzi chciało skorzystać z lata i spędzić weekend nad morzem. Po minięciu Szamotuł i Wronek następną stacją był Krzyż, mała miejscowość, ale ważny węzeł przesiadkowy, gdzie zawsze wsiada dużo pasażerów. Pociąg zatrzymał się na stacji, po chwili otworzyły się drzwi, do przedziału wbiegła nastoletnia dziewczyna i szybko zajęła miejsce przy oknie, naprzeciwko mnie. Po chwili weszły dwie kobiety, mężczyzna i dwie dziewczynki, jedna z nich wieku siedmiu lub ośmiu lat, druga mogła być jej młodszą siostrą. Natychmiast po wejściu najmłodsza dziewczynka ogarnęła wzrokiem przedział, konwulsyjnie wykrzywiła twarz i wrzasnęła z wściekłością, głosem słyszalnym chyba w całym wagonie:

– Ja chcę przy oknie!!!

Na nastolatce, która przed chwilą zajęła miejsce naprzeciwko mnie, wrzask nie zrobił żadnego wrażenia; tylko mama dziewczynki, z zatroskaną twarzą, poszła szukać innego przedziału, wolnych miejsc jednak nie było. Moi nowi współpasażerowie zajęli miejsca w przedziale, najmłodsza, ze zrozpaczoną miną, obok mnie. Podniosła wzrok, który spotkał się z moim.

– Chcesz się zamienić na miejsce? – spytałem.

– Chcę.

– To siądź sobie – przesunąłem się i ustąpiłem jej miejsca.

Na twarzy matki pojawiła się ogromna ulga i wyraz szczęścia.

– Co się mówi? No, powiedz panu: dziękuję.

Co zaszło teraz w psychice dziecka? Nie potrafię powiedzieć. Dziewczynka siedziała przy upragnionym oknie jak sparaliżowana, ze mną, obcym mężczyzną, po swojej lewej stronie i rodzicami naprzeciwko. Dopiero kiedy już minęliśmy Krzyż, a może i Choszczno, szok minął; zaczęła się żywo ruszać, biegać po przedziale („Przecież chciałaś przy oknie, dlaczego tak się wiercisz?”, wypominała mama), nawet odpowiadać na moje pytania, chociaż niewiele tej rozmowy było.

– Jak się nazywasz?

– Natalka.

– Skąd jedziesz?

– Z Gorzowa.

– A ile masz lat?

– Pięć.

Więcej od mojej nowej towarzyszki podróży się nie dowiedziałem; zacząłem rozmowę z dorosłymi. Okazało się, że jadą ze mną dwie zaprzyjaźnione rodziny – rodzice z dwiema dziewczynkami i matka z nastolatką. Wesoło było, zwłaszcza, że mężczyzna mimo wczesnej pory już sobie podpił i bez ceregieli przeszedł ze mną na ty.

– Jedziecie z Gorzowa? Chyba trochę smętne nastroje tam teraz panują. Po reformie administracyjnej miasto przestało być województwem.

– Przestało? Jest nadal stolicą województwa, wspólnie z Zieloną Górą. Ale trudno, powiem ci, że inaczej nie można było, i tak uratowaliśmy to, co można było uratować. Chcieli nas przyłączyć do Poznania.

– A jak właściwie gorzowiacy podchodzą do historii swojego miasta? Czy pamiętają o niemieckiej przeszłości, o Landsbergu? Nawet nazwa Gorzów jest dość przypadkowa.

– Może i tak. Ale polską historię też mamy. Może nie sam Gorzów, ale Santok, który leży niedaleko. Gorzów był niemiecki, a Santok zawsze polski. A ty wiesz, jak Gorzów nazywał się zaraz po wojnie, w 1945 roku?

– Wiem – Kobyla Góra – odpowiedziałem.

Mężczyzna spojrzał na mnie zaskoczony.

– O, to ty może też gorzowiak? Miasto ma ponad 120 tysięcy mieszkańców, to wszystkich się nie zna.

– Nie, po prostu interesuje się historią i turystyką, stąd wiem. Jadę z Poznania.

– Z Poznania? Ha, ha, Kaczmarek.

Tymczasem panie, przyjaciółki, rozmawiały o swoich babskich sprawach, historię i politykę samorządową zostawiając nam. Wyciągnęły też wiktuały. Mama dziewczynek szepnęła coś na ucho najmłodszej, ta odwróciła się ku mnie i milcząc poczęstowała mnie tabliczką czekolady.

– To za miejsce – skomentowała mama, uśmiechając się.

Chmury, które za oknem pociągu zaczęły się już gromadzić na niebie, rozwiały się, zapowiadał się piękny, słoneczny dzień. Pożegnaliśmy się w Międzyzdrojach, gdzie obie rodziny wysiadły, ja jechałem dalej do Świnoujścia

Czy Natalka z Gorzowa zapamiętała to zdarzenie? Przypuszczam, że tak. Myślę, że specyfika ludzkiej pamięci, pamięci dzieciństwa, sprawi też, że wspomnienie to, jedno z najwcześniejszych, pozostanie z nią do końca życia. W każdym razie ze mną pozostanie.

Muzeum Narodowe w Poznaniu – Jerzy Piotrowicz

12 marca – wyjazd rowerem do Muzeum Narodowego w Poznaniu na wykład Filipa Lipińskiego z Instytutu Historii Sztuki UAM na temat „Piotrowicz – historia sztuki i film”, także w celu zwiedzenia drugiej wystawy poświęconej Piotrowiczowi; pierwszą (w Galerii Miejskiej „Arsenał”) widziałem dwa tygodnie temu.

W muzeum jestem tuż po otwarciu o godz. 11, do wykładu pozostała jeszcze godzina, mam więc dość dużo czasu, aby zapoznać się z nią przed spotkaniem w salce wykładowej. Wystawa obrazów, grafik i rysunków zmarłego w 1999 roku Jerzego Piotrowicza, a właściwie cały festiwal jego twórczości, bo przecież osobne wystawy są jeszcze prezentowane w galeriach Ego, Garbary 48, FWD i Teatrze Ósmego Dnia, jest drugą w ostatnim czasie, po wystawie Ryszarda Kai, którą widziałem w sierpniu, bardzo obszerną retrospektywą twórczości poznańskich artystów. Obie wystawy bardzo dobre, chociaż jakże inna to twórczość…

Z wystawy Ryszarda Kai pamiętam bardzo duże stłoczenie prac w stosunkowo niewielkich pomieszczeniach „Arsenału”, prac, z których każda przekazywała inne treści – uchwycenie, zrozumienie ich przesłania wymagało skupienia się na pojedynczej pracy. Wystawę „Piotrowicz i goście” w gmachu muzeum przy Alejach Marcinkowskiego zwiedza się inaczej. Nie tylko dlatego, że miejsca tu więcej, jest więc miejsce na oddech; główną różnicą jest repetycja, obsesyjność określonych tematów, do których powracał artysta, powtarzalność ta została bardzo uwydatniona w aranżacji wystawy. Na początku widzimy zbiór autoportretów (i portretów podwójnych, o których niżej), później malarstwo Piotrowicza przemienia się właściwie w historię malarstwa, pełną cytatów i odniesień do znanej nam sztuki, przede wszystkim hiszpańskiej: Velázqueza, Goi, Picassa, ale też van Gogha, Rembrandta i innych. Bardzo częstym motywem jest „Rozstrzelanie powstańców madryckich” Goi, również portret księżnej Alby tegoż artysty; wreszcie cała sala jest poświęcona „Las Meninas” i portretom infantki inspirowanych Velázquezem, „Las Meninas”, eksponowane na wystawie stałej muzeum, jeszcze rok temu były jedynymi znanymi mi obrazami Piotrowicza. Oddzielne pomieszczenie zawiera obrazy i rysunki animalistyczne – małpy, osły i inne zwierzęta przedstawione w ludzkich pozach i przy ludzkich zajęciach. Parafrazy, cytaty, a właściwie coś więcej niż cytaty, ponieważ Piotrowicz nie maluje słynnych dzieł sztuki na nowo, maluje malowanie. Na jego obrazach widzimy na przykład van Gogha malującego pole z krukami (ostatni obraz holenderskiego artysty), czy  Rembrandta przy pracy nad „Strażą nocną”, Picassa w pracowni, w której postaci otaczające malarzy są jednocześnie modelami jak i wytworami jego wyobraźni, schodzącymi z płótna w rzeczywistość.

Do tego dochodzi czysto wizualna atrakcyjność tych obrazów. Piotrowicz malował szerokimi pociągnięciami pędzla, stosując szeroką gamę kolorystyczną – od dzieł monochromatycznych do bardzo żywych, jaskrawych kolorów, które pełnią tu chyba też funkcję alienującą, oddziałują jak efekty wyobcowania w dramatach Brechta.

O tym też opowiada wykład Filipa Lipińskiego, w którym prelegent wchodząc od koncepcji portretu podwójnego jako ilustracji podwójnego znaczenia tego malarstwa (sztuki współczesnej i dialogu z przeszłością) przeprowadza nas przez tematy prac, które możemy zobaczyć na wystawie, również nawiązując do dzieł filmowych poświęconych artystom, jak Picassowi, van Goghowi i Rembrandtowi.

Po wykładzie padają tylko dwa pytania, oba zadane przeze mnie.

– Po obejrzeniu wystawy i na podstawie pana prezentacji rozumiem, że traktuje pan twórczość Piotrowicza jako przykład metamalarstwa. A czy można te obrazy rozpatrywać w kategoriach postmodernizmu? Skoro wszystko zostało już powiedziane, wracajmy do przeszłości?

– Tak – odpowiada Filip Lipiński – to metamalarstwo. Można doszukiwać się tu też postmodernizmu, chociaż postmodernizm ma trochę inne znaczenie. Postmodernizm to zaprzeczenie wartościom, zabawa z formą, tymczasem malarstwo Piotrowicza na pewno nie jest parodią dawnych mistrzów, może pastiszem, na pewno jednak niesie poważne przesłanie na temat roli artysty, nie tyle gotowego dzieła, co procesu samego tworzenia.

– A te małpy, osły i inne zwierzęta? Czy to też wpływ Goi? On też rysował zwierzęta.

– Nie tylko Goya. Motyw małpy oddającej się ludzkim zajęciom był częsty w sztuce; co dzisiaj zaskakujące, w pewnym sensie nawet nobilitował artystę.

Dziękujemy za spotkanie, idę po nim jeszcze raz obejrzeć wystawę. Podobają mi się w zasadzie wszystkie wystawione prace (są też dzieła innych artystów korespondujące z Piotrowiczem, np. Tadeusza Kantora), może z wyjątkiem ostatniej sali, gdzie jest wystawiona martwa natura; obrazy mięsa czy ryb w sztuce nigdy mnie jednak nie pociągały. Znowu trudno mi skupić się na poszczególnych dziełach, wartością tej ekspozycji jest powtarzalność, cykliczność, uwydatniająca zamiary artysty. Z pewnością nie jest to parodia, ale chyba też nie pastisz, który musiałby być bardziej dosłowny. Raczej  dialog z przeszłością i refleksja nad istotą malarstwa i – samego malowania.

Z Puław do Śremu

Po skończeniu studiów germanistycznych na Uniwersytecie Warszawskim w 1987 roku długo nie mogłem znaleźć pracy. Długo, to znaczy dwa miesiące; dzisiejszym absolwentom wydaje się to może krótkim okresem, studia skończyłem jednak w czasach PRL, kiedy bezrobocia – oficjalnie – nie było. A mogłem skorzystać z oferty, którą mój promotor, dr Józef Wiktorowicz, złożył mi zaraz po egzaminie magisterskim, 21 czerwca. Poprosił mnie wtedy do swojego gabinetu i powiedział:

– Gratuluję, zakończył pan właśnie edukację na naszym uniwersytecie. Czy ma pan już sprecyzowane plany co do pracy zawodowej? Chciałbym zaproponować panu stanięcie do konkursu na stanowisko asystenta w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Zielonej Górze. Profesor Eugeniusz Klin poszukuje asystenta w dziedzinie językoznawstwa niemieckiego. Pensja niewielka, ale zapewnione zakwaterowanie w hotelu asystenta.

– Dziękuję – odpowiedziałem – ale nie czuję się  na siłach i uważam, że nie mam predyspozycji do takiej pracy, ani naukowych, ani dydaktycznych.

– O pana zdolnościach dydaktycznych trudno mi coś powiedzieć, ale w zakresie pracy naukowej… Był pan zdolnym studentem.

Odmówiłem. Z pracą naukową rzeczywiście wiązałem nadzieje, kiedy byłem na I i II roku studiów, na V roku już nie. Odczuwałem zmęczenie studiami, chciałem zająć się czymś całkiem innym niż nauką. Zaczęło się więc poszukiwanie pracy.

Po studiach musiałem wrócić do rodzinnych Puław, nie mogłem zostać i pracować w Warszawie z oczywistej przyczyny – nie stać mnie było na wynajęcie mieszkania. Biuro pośrednictwa pracy Uniwersytetu Warszawskiego nie oferowało zresztą dużo propozycji. Mogłem zostać cenzorem w Głównym Urzędzie Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, gdybym miał inne poglądy polityczne lub mniej szacunku dla samego siebie. Rzuciło mi się w oczy ogłoszenie Polskich Kolei Państwowych poszukujące tłumacza, zapewniające mieszkanie służbowe w Warszawie, mężczyzna z biura PKP szybko jednak wyprowadził mnie z błędu – żadne mieszkanie służbowe w stolicy komuś takiemu jak ja nie przysługiwało. Drugie ogłoszenie pochodziło z Lipska nad Biebrzą na Podlasiu, tuż przy wschodniej granicy kraju. Tamtejszy zakład produkcji podzespołów indukcyjnych poszukiwał germanisty, nie pisząc nic o charakterze pracy. Napisałem do nich, nie otrzymałem jednak odpowiedzi.

Napisałem też na inny adres, który mój ojciec znalazł w lokalnym lubelskim dzienniku „Sztandar Ludu” – w jakimś Śremie tamtejsza Odlewnia Żeliwa poszukuje tłumaczy języka angielskiego i niemieckiego, oferuje zakwaterowanie w hotelu pracowniczym, z perspektywą otrzymania mieszkania zakładowego. W liście napisałem, że na mieszkaniu zakładowym na razie mi nie zależy, ale pracą jestem zainteresowany. Również tu odpowiedzi brak.

Pozostało mi szukać pracy w Puławach i województwie lubelskim. Również bez powodzenia. Kiedy pojechałem do biura pośrednictwa pracy Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej (nie byłem jego absolwentem, ale zaczynałem na nim studia na I roku), usłyszałem od pracowników:

– Proszę pana, nasi absolwenci już na początku roku zaklepywali sobie pracę w szkołach, a pan zgłasza się dopiero teraz, latem? Pracy nie ma.

Moją kandydaturą nie była też zainteresowana Fabryka Samochodów Ciężarowych i oddział Ursusa w Lublinie. Zainteresowanie wyraziła jedynie Gromada, proponując mi pracę polegającą na… udzielaniu informacji kolejowej w okienku w ich biurze na Krakowskim Przedmieściu.

W Puławach odprawiła mnie z kwitkiem pani dyrektor hotelu „Izabella” („Proszę popytać w przyszłości, teraz nie mamy wolnych miejsc”) i kierownik oddziału Centralnej Biblioteki Rolniczej, sugerując zwrócenie się do Zakładów Azotowych. Kiedy jednak tam pojechałem, pani z Działu Kadr popatrzyła na mnie zdumionym wzrokiem:

– Ale my jesteśmy zakładem mechanicznym.

– Wiem, ale pomyślałem, że być może potrzebują państwo tłumaczy.

– Nie, nie potrzebujemy.

Intensywne poszukiwania dały skutek dopiero w sierpniu. Biblioteka Pedagogiczna w Lublinie była zainteresowana zatrudnieniem mnie w swoim oddziale w Rykach, tamtejsza pracownica miała odejść na emeryturę. Oznaczało to konieczność codziennych dojazdów autobusem 30 km w jedną stronę, ale czy miałem inne wyjście?

* * *

– Rozlewnia piwa, rozlewnia piwa się odezwała – śmiejąc się, wołała moja mama, machając kopertą, którą właśnie wyciągnęła ze skrzynki na listy. Po prawie dwóch miesiącach na moją kandydaturę odpowiedziała Odlewnia Żeliwa w Śremie, zapraszając mnie na rozmowę. Praca w charakterze tłumacza w przemyśle ciężkim – to brzmiało zdecydowanie lepiej niż praca jako bibliotekarz w Rykach, postanowiłem więc najpierw spróbować tam.

Pociąg relacji Lublin – Szczecin odjeżdżał z Puław po godz. 19. Pani w okienku na stacji poinformowała mnie, o której mam przesiadkę w Jarocinie, kupiłem bilet i wyruszyłem w podróż – podróż w nieznane? W Jarocinie byłem bardzo wczesnym rankiem, praktycznie jeszcze w nocy; dość długo musiałem czekać na pociąg do Śremu.

Kiedy około godziny 6 rano na stację w Jarocinie wtoczył się dymiący parowóz ciągnący dwa wagony, nie mogłem powstrzymać zdziwienia. To takie pociągi jeszcze jeżdżą po polskich torach? Linia w Puławach była już od dawna zelektryfikowana. Z Jarocina do Śremu jechałem godzinę, wdychając dym z parowozu, który przenikał przez zamknięte, ale nieszczelne okna, i spoglądając na krajobraz. Jakie śmieszne nazwy mijanych po drodze stacji – Panienka, Książ (to chyba nie tu znajduje się ten słynny zamek?) i najdziwniejsza z nich, Pysząca. Ale trzeba wysiadać, następna stacja to już Śrem Odlewnia.

Zapytałem młodą kobietę, która wysiadła ze mną, jak dojść do odlewni; podeszliśmy kawałek razem, potem pokierowała mną z uśmiechem.

– To tam, widzi pan wejście? Ja muszę już skręcić, wchodzę główną bramą.

Biurowiec odlewni robił wrażenie swoim ogromem, ale wejście do niego nie rzucało się w oczy. To tu? Tak. Portierka wypisała mi przepustkę, jako miejsce zamieszkania wpisując „Pukawy” (nie protestowałem) i poleciła mi pójść na I piętro, do kierownika działu kadr, Eugeniusza Kościelniaka. Kiedy wszedłem do jego pokoju, zastałem go ze słuchawką przy uchu; gwałtownym gestem wyprosił mnie, proszę czekać. Dopiero po kilkunastu minutach wyszedł i zaprosił mnie do środka, skończyła się właśnie operatywka, telekonferencja, w które brali udział wszyscy kierownicy działów.

Nastąpiła rozmowa, niedługo dołączył  do nas Andrzej Grześkowiak, Główny Odlewnik, mój przyszły kierownik. W Dziale Głównego Odlewnika od niedawna funkcjonowała Biblioteka Techniczna, której prowadzeniem miałem się zająć, do moich obowiązków miało należeć również tłumaczenie tekstów technicznych na potrzeby zakładu. Wynagrodzenie, razem z premią, wynosiło 13 tysięcy złotych (w 1987 roku była to bardzo niska płaca), ale zakład oferował pokój w hotelu pracowniczym tylko za 7 zł dziennie. Czy jestem gotów zająć się taką pracą? Tak, oczywiście. Oprócz germanistyki studiowałem na UW też przez dwa lata bibliotekoznawstwo, którego wprawdzie nie ukończyłem. Lubię tłumaczyć, chociaż będę musiał nauczyć się języka technicznego.

Formalnie do pracy powinien był mnie przyjąć Dyrektor Odlewni, Alfred Babczyk, ale był na urlopie, poszliśmy więc do Dyrektora do Spraw Technicznych, Jana Leśniaka.

– Cieszę się, że zechciał pan pracować u nas – z twarzy dyrektora nie schodził uśmiech. – Myślę, że spodoba się panu u nas. Bo my jesteśmy takimi lokalnymi patriotami, uważamy, że Poznań leży koło Śremu. Czy można wiedzieć, jakie ma pan zainteresowania? Turystyka? To znakomicie, też uważam, nie można poświęcać się wyłącznie pracy. Zamieszka pan na razie w hotelu na Przemysłowej, a z mieszkaniem, kiedy za kilka lat zmieni pan stan cywilny, to zobaczymy…

Po rozmowie, zgodnie z sugestią moich przyszłych przełożonych, poszedłem jeszcze zobaczyć moje miejsce zakwaterowania – standard należących do odlewni trzech hoteli pracowniczych na ulicy Przemysłowej był porównywalny z pokojami w akademikach, w których mieszkałem, ale tu, za symboliczną opłatę,  miałem mieć pokój tylko dla siebie. Droga na Przemysłową i potem na dworzec PKS, z którego autobusem odjeżdżałem do Poznania, była to też okazją do pierwszego poznania miasta, w którym miałem mieszkać i pracować. Miasto nie zrobiło na mnie najlepszego wrażenia – mniejsze, chociaż jakby rozwleczone, i… na pewno brzydsze od moich Puław. Ale nie szkodzi.

Po powrocie do Puław telefonicznie zrezygnowałem z prawie już umówionej pracy w bibliotece w Rykach („Rozumiem. Ale cóż, nasza pracownica, która miała odejść na emeryturę pewnie się ucieszy, bo nadal chciała się zajmować biblioteką”). Nieoczekiwanie otrzymałem też odpowiedź z Lipska nad Biebrzą – okazało się, że producent podzespołów indukcyjnych w rzeczywistości poszukiwał nauczyciela niemieckiego dla miejscowej szkoły, ale oczywiście odpisałem odmownie i ponownie wsiadłem do pociągu, aby od 1 września rozpocząć pracę w Śremie.

Dopiero po kilku tygodniach dowiedziałem się, dlaczego odlewnia odpowiedziała na moją ofertę pracy po tak długim czasie. Powodem był fakt, że w liście napisałem, że nie chcę otrzymać mieszkania zakładowego. Jeśli nie chce, widać nie planuje związać się z nami na  stałe, traktuje tę pracę jako tylko tymczasową. Dopiero kiedy inny kandydat zrezygnował, odlewnia zwróciła się do mnie.

Mieszkanie zakładowe w bloku przy Dzierżyńskiego otrzymałem w 1989 roku, już po powrocie z wojska, i nie musiałem w tym celu zmieniać stanu cywilnego. W 2001 roku już za własne pieniądze kupiłem większe, na Chłapowskiego; wcześniej, w 1994 roku, odszedłem z odlewni. Nie zmieniłem też miasta, które stało się moim miastem, moim Śremem.

Zbigniew Szmidt – „Wielkopolska – dziedzictwo kulturowe”

W ubiegłym roku ukazała się kolejna pozycja albumowa przedstawiająca nasz region – „Wielkopolska – dziedzictwo kulturowe” Zbigniewa Szmidta. Zbigniew Szmidt, znany krajoznawca (autor m.in. przewodników po Śremie) i fotografik, którego zdjęcia pojawiły się w wielu wydawnictwach albumowych, np. „Drewniane kościoły w Wielkopolsce”, tym razem wydał własny album poświęcony regionowi – około 200 fotografii zawierających obiekty z całego województwa wielkopolskiego w jego obecnych granicach, w porządku alfabetycznym i z krótkimi podpisami w języku polskim, angielskim i niemieckim.

Książka niestety nie jest dostępna w wolnej sprzedaży; jest kolportowana przez wydawcę (Związek Parków Krajobrazowych Województwa Wielkopolskiego) i samorząd województwa wielkopolskiego. Ja otrzymałem ją dzięki uprzejmości autora.

Kiedy po raz pierwszy wziąłem album do ręki, jako śremianin od 30 lat poszukałem oczywiście najpierw mojego miasta, poszukałem i nie znalazłem. Zaskoczenie? Nie znalazłem też jednak żadnego obiektu ze stolicy Wielkopolski, Poznania, ani też Gniezna, Leszna czy Piły. Nie ma w książce katedr ani najwspanialszych obiektów architektury sakralnej, jak klasztorów w Lubiniu czy w Lądzie, albo bazyliki w Gostyniu. Zabrakło też tych wielkopolskich rezydencji arystokratycznych, które są  najbardziej znane w kraju: Kórnika, Rogalina z dębami i Szamotuł z basztą Czarnej Halszki. Ze słynnych siedzib rodowych w książce jest tylko zamek w Gołuchowie. Kiedy zapoznałem się z książką w całości, stwierdziłem, że autor przedstawił w niej tylko cztery miasta powiatowe: Kalisz (dwór Gutowskich na Majkowie i drewniany kościół na Zawodziu), Koło (ruiny zamku Kazimierza Wielkiego), Konin (chałupa w muzeum w Gosławicach) i Pleszew (kościół św. Floriana); oprócz Koła nie są to też obiekty turystyczne najbardziej kojarzone z tymi miastami.

Jest za to mnóstwo obiektów znajdujących się w małych miasteczkach i wioskach, o których turyści, nawet z Wielkopolski, często nie słyszeli. Z mojego powiatu śremskiego są to na przykład drewniane kościoły w Gogolewie, Błażejewie i Żabnie, plebania w Dolsku, pałace w Błociszewie, Jaszkowie, Psarskiem, Grzybnie; w całej książce właśnie na architekturze rezydencjonalnej i sakralnej koncentruje się autor. Wybór to oczywiście bardzo subiektywny i wielokrotnie można zadać pytanie, dlaczego wybrano właśnie te, a nie inne obiekty, autor miał jednak do tego pełne prawo. Książka jest więc prywatnym, odautorskim zaproszeniem do odwiedzenia tej mniej znanej Wielkopolski.

Jeśli czegoś żałuję, to pominięcia terenów historycznej Wielkopolskiej, które na skutek zmian administracyjnych znalazły się w innych województwach (np. zamku w Międzyrzeczu, zespołu pocysterskiego w Paradyżu, czy atrakcji turystycznych Pałuk), a także braku wnętrz przedstawionych obiektów. Fotografie przedstawiają tylko ich wygląd zewnętrzny, tymczasem w niektórych przypadkach wyposażenie obiektów (np. polichromie na plebanii w Dolsku lub wnętrze kościoła „Na Pólku” w Bralinie – najładniejszego kościoła drewnianego w Wielkopolsce) jest ciekawsze i piękniejsze niż ich architektura.

Mam nadzieję, że książka Zbigniewa Szmidta znajdzie się również w sprzedaży księgarskiej – jako wydawnictwo albumowe może stanowić cenny podarunek dla wszystkich zainteresowanych Wielkopolską.