Izabela Skierska – „Dawny Śrem w źródłach historycznych”

W lutym 2017 r. ukazała się kolejna pozycja w serii Biblioteki Śremskiego Notatnika Historycznego. Po „Sześciu latach wojennej tułaczki” Witolda Kordosa i „Naszej rodzinie” Andrzeja Włodarczaka czytelnicy mogą tym razem wziąć do ręki książkę poświęconą najdawniejszej historii ziemi śremskiej – „Dawny Śrem w źródłach historycznych” Izabeli Skierskiej. Chociaż jest to pierwsze wydanie w tej formie, materiały zgromadzone w książce były już publikowane wcześniej, w 2011 roku, w części V, zeszycie 1 wydawanego przez Instytut Historii Polskiej Akademii Nauk „Słownika historycznego-geograficznego województwa poznańskiego w średniowieczu” (autorka książki, Izabela Skierska, kierowała edycją całego słownika, zmarła w 2014 roku).

Obecne wydanie książkowe (przygotowane do druku przez Antoniego Gąsiorowskiego i Grażynę Rutkowską z Instytutu Historii PAN) różni się od tego ze słownika przede wszystkim układem treści – układ alfabetyczny został zmieniony na tematyczny. Większość książki zajmuje część A – „Miasto stare i nowe”, a w niej podrozdziały szczegółowo cytujące źródła dotyczące aspektów życia w średniowiecznym Śremie – od różnych form nazwy miasta (Śrem po raz pierwszy pojawił się w źródłach pisanych w bulli gnieźnieńskiej w 1136 roku: „villa in Zrem que Dolsco nuncupatur”), jego topografii, granic, przez aspekty gospodarcze (młyny, handel, rzemiosło), demograficzne (mieszkańcy, Żydzi), władze miasta i wójtostwa, parafię, świątynie do wydarzeń historycznych, których sceną był Śrem. Część B nosi tytuł „Centrum wspólnoty terytorialnej oraz administracji państwowej i domeny monarszej” i omawia rolę Śremu jako opola, grodu, kasztelanii, starostwa, również powiatu, chociaż w średniowieczu miasto należało do powiatu kościańskiego. Część C, najkrótsza, jest zatytułowana „Centrum administracji kościelnej”, nie omawia jednak kościołów i życia religijnego w mieście (te są przedstawione w części A), lecz rolę, jaką Śrem pełnił jako stolica archidiakonatu i dekanatu. Do tego dochodzi około 30 fotografii, głównie dokumentów źródłowych.

Chyba niewiele osób przeczyta „Dawny Śrem w źródłach historycznych” za jednym razem, od deski od deski, jak książkę beletrystyczną, chociaż jest to możliwe, czego dowodem jest piszący te słowa. Książka ta nie ma też jednak takiego celu. Nie należy do beletrystyki; wbrew trochę mylącemu tytułowi nie jest też jednak antologią tekstów źródłowych, jakie są wydawane do historii regionów w Polsce. Zgodnie z jej proweniencją jest słownikiem, tyle że w zmienionym (tematycznym) układzie. Zamierzeniem autorki nie było napisanie monografii Śremu w średniowieczu, lecz dotarcie do możliwie wszystkich dokumentów źródłowych poświęconych Śremowi i śremianom i krótkie ich przedstawienie. I tak na przykład w rozdziale „Młyny” mamy zwięzłe omówienie początków młynarstwa w Śremie i następnie chronologiczne, od XIV do XVI wieku, przedstawienie wszystkich wzmianek w dokumentach ich dotyczących, z podziałem na poszczególne młyny: dwa młyny miejskie, Młyn Słodowy, Młynek (młyn królewski) jak również folusze. Książka pełni więc przede wszystkim rolę repozytorium materiałów źródłowych, z którego mogą korzystać historycy piszący prace o Śremie, repozytorium pełnego dat, faktów, nazwisk i konkretnych odniesień historyczno-geograficznych.

Nie znaczy to, że zwykły czytelnik nie może mieć przyjemności z przeczytania książki – za tymi datami, faktami kryją się przecież ludzie z krwi i kości, o których wprawdzie przeważnie nie wiemy nic lub prawie nic (oprócz tego, co przekazały nam skąpe wzmianki w dokumentach), ale którzy byli członkami  naszej społeczności, tworzyli jego historię. Jak zwykle w takich źródłach najbardziej interesujące są akta spraw sądowych, np. te z 1420 roku, dotyczące niejakiego Michała, prawdopodobnie mieszczanina ze Śremu: „w sporze z nim Przybysław Piotrowski dowodzi, że nie kupił od niego kobyły i jej nie udławił, przedmiot sporu wynosi 4 grzywny i 9 skojcy” (s. 47), albo sprawa Doroty Peszlowej, która w 1425 roku „pozywa burmistrza i rajców ze Śremu o to, że ją uwięzili i zamknęli w kłodzie w związku z procesem, który toczyła ona w sądzie kościelnym…” (s. 47). W 1486 roku z kolei „Katarzyna ze Śremu pozywa Mikołaja plebana w Kościanie o zaległe 1 1/2 grzywny z tytułu służby na plebanii i w klasztorze joannitów za czasów plebaństwa Jana, który zmarł 28 XI 1473; pleban zeznaje, że Katarzyna po śmierci Jana zabrała z plebanii kocioł miedziany wartości 2 grzywien, 4 pierzyny wartości 2 grzywien, szatę czarną z sukna amsterdamskiego wartości 3 grzywien i inne sprzęty domowe; taż Katarzyna odpowiada, że kocioł był jej własnością, a innych rzeczy nie brała” (s. 61).

Kiedy w grę wchodził alkohol, zatargi były poważniejsze. I tak w 1512 roku „Jan Młyński, mieszczanin ze Śremu, posiadający majątek wartości 50 grzywien, zeznaje, że w ubiegłym roku w środę po św. Marcinie Jan, rektor szkoły w Śremie, wraz z 8 czy 9 uzbrojonymi uczniami pił w jego domu piwo (za które zapłacił) po nieszporach aż do wniesienia światła; wtedy przybył tenże Paweł Wolsztynek z 3 towarzyszami na piwo; Młyński odmówił wydania piwa ze względu na mogący nastąpić konflikt między scholarami a przybyłymi…” Do konfliktu rzeczywiście doszło: „Paweł i jego kompani wyszli z izby, a krótko po nich i Jan rektor, aby pospacerować; córka świadka, która zaraz za nimi wyszła do piwnicy, by zaczerpnąć piwa, usłyszała kłótnię tegoż Pawła i i rektora Jana, a sam świadek ujrzał rannego rektora i gdy zabierał go do swego domu, jeden z kompanów tegoż Pawła rzucił w rannego nożem…” (s. 69).

Były to oczywiście wyjątkowe sytuacje w na ogół spokojnym i prawdopodobnie dość nudnym życiu nie tak dużego miasta. Większość wpisów w zachowanych źródłach dotyczy nie burd, lecz codziennego życia i relacji jego mieszkańców i władz miejskich i jako taka stanowi cenny materiał źródłowy do historii życia codziennego w średniowiecznej Polsce.

Poznajemy nie tylko życie mieszkańców, lecz całego miasta: historię najstarszych ulic i placów (również rynku, który w średniowieczu był dwa razy większy od obecnego i miał inny, wrzecionowaty kształt), budynków (m.in. dawnego ratusza, który prawdopodobnie był położony po południowej stronie rynku), kościołów (w tym już nieistniejących: kościoła Św. Mikołaja, Św. Krzyża i Bożego Ciała) i wspólnot religijnych, między innymi franciszkanów, którzy mogli „głosić kazania w swoim kościele po zakończeniu mszy porannej w kościele parafialnym aż do momentu, kiedy zadzwonią w kościele parafialnym na sumę, wtedy mają zakończyć kazanie i rozpocząć u siebie mszę; pleban zaś nie ma im przeszkadzać w głoszeniu tych kazań” (s. 107).

Czy czegoś zabrakło w książce? Być może indeksów – osobowego i miejsc, które ułatwiłyby korzystanie z książki. Z drugiej strony z powodu mnogości wymienionych postaci (które są też trudne do zidentyfikowania, czasami nie wiadomo, czy w dwóch różnych miejscach chodzi o tę samą osobę), istotnie  zwiększyłoby to objętość wydawnictwa. Brak ten częściowo rekompensuje szczegółowy spis treści książki. Bardziej mi zabrakło oryginalnych dokumentów podanych w ich pełnym brzmieniu, nie tylko we fragmentach. Jak napisałem, książka jest w zasadzie słownikiem, nie antologią źródeł, przynajmniej kilka dokumentów można było jednak zacytować w ich pełnym brzmieniu, najlepiej zarówno w polskim tłumaczeniu, jak i w łacińskim oryginale. Mam tu na myśli oczywiście oba akty lokacyjne Śremu: wydany przez książąt Bolesława i Przemysła w 1253 roku i króla Władysława Jagiełłę 13 kwietnia 1393 roku, może też pełen tekst bulli gnieźnieńskiej, w której Śrem zaistniał po raz pierwszy w pisanej historii. A może wydawca pomyśli też o całkiem nowej publikacji, w której znajdą się te dokumenty? Podczas spotkania promocyjnego poświęconego książce Izabeli Skierskiej, które odbyło się w Śremie 17 lutego 2017 roku, poinformowano też o sensacyjnym odkryciu w Archiwum Archidiecezjalnym w Poznaniu dawnych ksiąg radzieckich i wójtowskich Śremu. Rzucam pomysł wydania wyboru źródeł dotyczących Śremu obejmujących cały okres staropolski – od bulli gnieźnieńskiej z 1136 roku do II  rozbioru w 1793 roku.

Tour Salon 2017

18 lutego – jak co roku wyjazd na Targi Turystyczne Tour Salon do Poznania. Pogoda nie najgorsza, temperatura powyżej zera, tylko czasami trochę przeszkadza mżawka. Niestety, zaraz po wyjeździe z domu odkrywam, że nie działa tylne oświetlenie w moim rowerze (przepaliła się żarówka?); będzie to oznaczać konieczność skrócenia pobytu w Poznaniu.

Przy głównym wejściu na targach jestem przed dziesiątą, tuż przed otwarciem, jeszcze tylko kupić bilet (coraz droższy, w tym roku kosztuje już 20 zł) i mogę wejść na teren MTP. Pierwsze wrażenie – targi kurczą się i to już od ładnych paru lat. Nadal bardzo dużo zwiedzających, liczba  wystawców jednak spada z każdą edycją, ich stoiska zajmują też łącznie coraz mniej miejsca. Jak zwykle wystawia się też Śrem, zamieniam kilka słów z pracownicą Śremskiego Ośrodka Małej Przedsiębiorczości, która opiekuje się stoiskiem (przez kilka lat, w latach 90., sam byłem w obsłudze stoiska Śremu na targach); poznaję też osoby na innych stoiskach, np. Saksonii, które od lat są w obsłudze targów.

Obchód stoisk targowych rozlokowanych w dwóch halach w poszukiwaniu ciekawych materiałów, prospektów, map itp. W poprzednich latach z Poznania przywoziłem nawet do 8 kg tych materiałów (po powrocie ważyłem je na mojej łazienkowej wadze); teraz jest tego o wiele mniej, jestem bardziej wybredny w wyborze, do mojej torby wędruje jednak dużo ciekawych wydawnictw. Najcenniejszy z pewnością jest specjalny numer czasopisma „Renowacje i Zabytki” w całości poświęcony powiatowi poznańskiemu – żadnej reklamowej paplaniny, 200 stron rzeczowego opisu z mnóstwem fotografii, kopalnia informacji o powiecie. Na stoisku Lubelskiego udaje mi się też zdobyć przewodnik po Puławach (moim mieście rodzinnym), a na innym szczegółową mapę szlaku rowerowego Poznań – Wrocław (w całości!).

Dotychczas większość czasu na targach Tour Salon spędzałem na odbywającym się równolegle (w innym budynku) festiwalu podróżniczym, w tym roku zmieniam plany, decydując się na spotkania na Scenie Kultury w pasażu pomiędzy pawilonami. O godz. 11 National Inbound Tourism Association of Moldova oferuje prezentację swojego kraju; reprezentująca stowarzyszenie Natasza wygląda na trochę stremowaną, prowadzona po angielsku prezentacja jest jednak ciekawa jako okazja poznania kraju, o którym tak mało wiem. O godz. 12 kolejna prezentacja pod tytułem „W krainie orangutanów – eXtremalne Borneo” Szymona Radzimierskiego. Do jej  wyboru skłonił mnie temat, sam prezenter, o którym dotychczas nie słyszałem, okazuje się bardzo ciekawą postacią. Szymon jest… jedenastoletnim chłopcem, który z rodzicami podróżuje po świecie, a o swojej eskapadzie na Borneo w ubiegłym roku napisał nawet książkę. W 2015 roku na targach Tour Salon z ciekawości poszedłem na spotkanie z Nelą małą reporterką. Sztywny, jakby wyuczony sposób bycia i mówienia Neli, jej brak uroku dziecięcości sprawiły, że szybko je opuściłem. Szymon okazał się całkiem innym dzieckiem – opowiada ze swadą, łatwo nawiązuje kontakt z publicznością; jeśli rodzice właściwie pokierują jego rozwojem, wróżę mu dużą  karierę w świecie mediów.

Na godz. 13.30 na Scenie Kultury zapowiedziano prezentację, które interesowała mnie najbardziej – „Maluchem z kontynentu na kontynent” Arkadego Pawła Fiedlera. Dużo słyszałem o tej podróży maluchem przez Afrykę, Arkady Paweł Fiedler napisał o niej książkę, a i samego malucha można na własne oczy zobaczyć na stoisku Muzeum Arkadego Fiedlera z Puszczykowa, które też się wystawia na targach. Niestety, jeśli zostanę na tej prezentacji, będzie to oznaczać powrót do domu częściowo już po zapadnięciu zmroku, a ja mam zepsute oświetlenie w rowerze. Trzeba wracać do domu.

Kościół Narodzenia Najświętszej Marii Panny w Lubiniu

12 lutego – i znowu mróz (-6 °C) uniemożliwia mi wyjazd w dalszą trasę; decyduję się na wyjazd tylko do Lubinia, chyba po raz …dziesty któryś wybieram tę trasę.

Lubiń poznałem już w latach 90., wkrótce po rozpoczęciu wycieczek rowerowych po okolicy. Zabytkowy kościół ojców benedyktynów był wtedy w remoncie; mogłem do niego wejść, wszędzie było jednak widać rusztowania, konserwacji poddawano wtedy całą świątynię, a nabożeństwa odbywały się w kościele św. Leonarda po drugiej stronie szosy. Pamiętam też, jak pojechałem do Lubinia na mszę w pierwszą niedzielę po zakończeniu remontu. Dużo wiernych zostało wtedy po mszy, aby zobaczyć efekt konserwacji, a był to efekt rzeczywiście porażający – odnowione barokowe wyposażenie zachwycało bogactwem, kolorystyką, detalami wykonania. Od tego czasu w Lubiniu byłem dziesiątki razy, znam go chyba lepiej niż jakikolwiek śremianin; zresztą wśród śremian kościół i klasztor w Lubiniu w ogóle są mało znane, chociaż to tylko 20 km od naszego miasta.

Z lubińskich benedyktynów osobiście poznałem tylko jednego. Kilkanaście lat temu odwiedził mnie w mieszkaniu ojciec Karol Meissner. Polecił mu mnie starosta kościański, chodziło o przetłumaczenie jakichś dokumentów z XVIII wieku, pisanych po niemiecku odręczną frakturą. Niestety nie mogłem pomóc; potrafię odczytać frakturę XIX-wieczną, pismo pruskich kancelistów, dokument sprzed dwóch i pół wieku okazał się jednak nieczytelny. Ojciec Meissner (teraz już 90-latek, urodzony w 1927 roku) pamiętał to spotkanie, kiedy po kilku latach ponownie spotkaliśmy się w klasztorze.

* * *

Benedyktyni przybyli do Lubinia już w XI wieku. Historycy (a raczej krajoznawcy-amatorzy) snują przypuszczenia, że w Lubiniu mógł napisać swoją kronikę Gall Anonim, brak jednak jakichkolwiek podstaw dla uzasadnienia tej hipotezy. Podobnie jest z pobytem Adama Mickiewicza w Lubiniu w 1831 roku. Był wtedy w Poznańskiem, mówi się więc, że pewnie odwiedził więc też Lubiń, znowu jednak źródła milczą na ten temat.

Obecny kształt architektoniczny kościoła pochodzi z XVIII wieku, zachowały się też jednak relikty z dawnych i najdawniejszych czasów – romańskie fragmenty murów, szczyt gotycki od strony wschodniej, a także cenne zabytki z wcześniejszych epok we wnętrzu kościoła: renesansowe nagrobki opata Andrzeja Chrzczonowskiego i jego brata Stanisława, opata Pawła Chojnackiego i szlachcica Adama Bielawskiego w nawie kościoła, oraz w bocznej kaplicy Pana Jezusa płyta nagrobna księcia poznańskiego Władysława Laskonogiego z XIII wieku. Benedyktyni uważali go za dobroczyńcę zakonu i zapewnili mu u siebie ostatnie miejsce spoczynku; nie przeszkadzało im wątpliwe prowadzenie się księcia i fakt, że zginął prawdopodobnie zamordowany w Środzie Śląskiej przez dziewczynę, którą usiłował zgwałcić. Wprawdzie inni historycy zaprzeczają, jakoby Laskonogi został pochowany w Lubiniu; tak mało wiemy o średniowiecznej Polsce… Z pewnością bardziej świetlaną postacią jest Bernard z Wąbrzeźna, sługa boży, benedyktyn z Lubinia, bardzo popularny w Grodzisku Wielkopolskim, w którym, dzięki pobłogosławieniu wyschniętej studni, z której następnie trysnęła woda, zapoczątkował… produkcję piwa grodziskiego. Jego sarkofag również znajduje się w kaplicy Pana Jezusa.

Obecne wystrój wnętrza kościoła w Lubiniu to jednak przede wszystkim barok, barok najwyższej próby, przywodzący mi na myśl najwspanialsze kościoły i klasztory Dolnego Śląska. Bo też śląską, lub, szerzej, habsburską proweniencję ma wiele dzieł sztuki, które zachowały się w Lubiniu. Największe wrażenie robi prezbiterium z obrazem przedstawiającym Narodzenie Najświętszej Marii Panny, pędzla austriackiego malarza Paula Trogera. Obraz niestety jest słabo widoczny z nawy (a do prezbiterium wejść nie można), można za to dokładnie obejrzeć stalle i zdobiące je kompozycje rzeźbiarskie – Eklezję (alegorię Kościoła), św. Hieronima, św. Grzegorza, króla Dawida grającego na harfie i wiele innych.

Ciekawe są też kaplice boczne, znajdujące się w transepcie – Matki Bożej Różańcowej z obrazem Matki Boskiej Śnieżnej i kaplica św. Benedykta z portretem założyciela zakonu. Do tego dochodzą wspaniałe polichromie na sklepieniach, przeważnie o tematyce maryjnej, z efektami iluzjonistycznymi.

Przechadzając się z przewodnikiem „Lubiń” Zenona Szymankiewicza w dłoni, mam wystarczająco dużo czasu na przypomnienie sobie wnętrza kościoła, w którym ostatnio byłem chyba dwa lata temu – wybrałem czas pomiędzy dwiema mszami o 7.30 i 9.30. Zbliża się jednak godzina 9.30, kościół stopniowo zapełnia się, na ławkach w transepcie siadają też dzieci. Słyszę jak jedna dziewczynka mówi szeptem do drugiej.

– To chyba turysta…

– Tak, turysta – odpowiadam – przyjechałem tu ze Śremu. A wy jesteście z Lubinia?

Dziewczynka kiwa głową, uśmiecha się i znowu coś szepcze na ucho koleżance. Wkrótce rozpocznie się msza. Czas wracać.

Pasażer

Do pracy w Niemczech wyjeżdżałem 25 sierpnia 1992 roku. Mnóstwo było formalności z tym związanych – konieczność wzięcia urlopu z odlewni w Śremie, przygotowania, pożegnalne wizyty u znajomych i sąsiadów. Wreszcie na stację kolejową w Śremie, pociągiem do Czempinia, tam przesiadka w kierunku Wrocławia. To z Wrocławia odjeżdżał mój pociąg relacji Warszawa – Monachium, przez Drezno i Norymbergę, w której miałem wysiąść. Podróżnych nie było dużo, w moim przedziale oprócz mnie był tylko mężczyzna, który wysiadł w Bolesławcu, potem podróżowałem sam w przedziale. Jeszcze tylko krótki postój w Zgorzelcu i pociąg przetoczył się przez most na Nysie Łużyckiej, około północy wjeżdżając na dworzec w Görlitz – po raz trzeci w moim życiu znalazłem się w Niemczech.

Kontrola paszportowa. W sąsiednim przedziale najpierw cisza, potem głos młodej kobiety: „O rany, to już…?” Gromki śmiech funkcjonariuszy Grenzschutzu – pechowa pasażerka widać usnęła i nie wysiadła w Zgorzelcu, teraz trzeba ją odtransportować do granicy. W moim przedziale kontrola trwała krótko; niemiecki pogranicznik pobieżnie przekartkował mój paszport, na jednej stronie zatrzymał się, rzucił: „Hm, ju es ej…” (tak, byłem kilka miesięcy wcześniej w USA, o czym świadczyła wbita do paszportu wiza) i zwrócił mi go.

Z przejazdu przez Saksonię niewiele zapamiętałem oprócz wielkiej, rozświetlonej hali dworca w Dreźnie (czy był to Dworzec Główny, czy Neustadt?); położyłem się i usiłowałem zasnąć, nie potrafię jednak spać w pociągu. Wreszcie zaczęło szarzeć, rozwidniać się; nagle zmienił się też odgłos kół i bieg pociągu, który zaczął jechać gładko i równo, nie kolebiąc się i nie podskakując na rozjazdach, jak na liniach kolejowych w Polsce i dawnej NRD – wjechaliśmy do zachodnich Niemiec. Za oknem zmienił się też krajobraz – szare miasta i wioski ustąpiły miejsca zadbanym domkom z ogródkami, znalazłem się w innym, pełnym barw świecie.

Pierwszą dużą stacją w Bawarii był Hof; był już ranek i z ciekawością przypatrywałem ruchowi na peronach. W pewnym momencie do przedziału zajrzał uśmiechnięty starszy pan.

– Guten Morgen! Ist dieser Platz frei?

– Ja, bitte, setzen Sie sich – odpowiedziałem.

Mężczyzna okazał się rozmownym i jowialnym towarzyszem podróży. Od razu zaczął konwersację.

– A pan, sądząc z wymowy, jedzie chyba Drezna?

– Nie, jadę z Polski.

– Ach, z Polski… A ja jadę z Hofu do córki w Norymberdze. Regularnie ją odwiedzam. Jadę przeważnie tym pociągiem, bo taniej. W Intercity musiałbym dopłacić 5 marek. A można wiedzieć, co pan będzie robił w Norymberdze?

Jechałem do pracy, jeszcze dalej, do Pappenheim za Norymbergą, nie widziałem powodu, aby to ukrywać przed mężczyzną. Zaczęliśmy rozmowę o mojej pracy, o Niemczech i Polsce, Niemcach i Polakach…

Byliśmy chyba w połowie trasy pomiędzy Hofem a Norymbergą, kiedy wyraz twarzy mężczyzny powoli się zmienił.

– Bo, wie pan, ja też jestem Polakiem… – cicho powiedział po polsku.

Odwróciłem się ku niemu.

– Tak. Mieszkałem w Jeleniej Górze. W 1972 roku przyjechałem na olimpiadę w Monachium, poprosiłem o azyl i tu zostałem. Pracowałem jako przedstawiciel handlowy, teraz jestem już na emeryturze. Rzeczywiście jadę do córki w Norymberdze, mieszka tam z wnuczkiem, ale ten nie mówi już po polsku…

Mieliśmy jeszcze około 40 minut do Norymbergi. Rozmowa zmieniła charakter, zamieniła się w opowieść o życiu mężczyzny w Niemczech, o 20 latach spędzonych na obcej (czy już nie obcej?) ziemi. Pożegnaliśmy się na dworcu – mój pracodawca już czekał na mnie na peronie.

* * *

Półtora miesiąca pracy, powrót na krótko do Polski i w październiku we Wrocławiu znowu wsiadłem do pociągu zmierzającego z Warszawy do Monachium. Görlitz, Drezno, Chemnitz…, rankiem stanęliśmy na dworcu w Hofie.

– Guten Morgen! Ist dieser Platz frei? – w drzwiach przedziału stał roześmiany mężczyzna, ten sam, którego poznałem przed dwoma miesiącami.

– Tak, proszę, niech pan usiądzie – odpowiedziałem po polsku i odwróciłem się do okna.

– E… – na twarzy mężczyzny pojawił się wyraz zaskoczenia. Nie mógł się już jednak wycofać. Usiadł w kącie przedziału, spoglądając na mnie niepewnie.

Milczeliśmy do samej Norymbergi.

AbrahamSolomon-FirstClass-TheMeeting-RevisedVersion

Abraham Solomon „First Class – The Meeting” (1855). Źródło: Wikipedia

Dalineum – Salvador Dalí

5 lutego – wyjazd do Dalineum w Poznaniu. Chociaż już kilka miesięcy temu dowiedziałem się o istnieniu tej galerii prezentującej twórczość Salvadora Dalego, dopiero dzisiaj udało mi się ją odwiedzić.

Mój stosunek do twórczości Dalego jest co najmniej ambiwalentny. Dalí jest tak znany, że słyszeli o nim chyba wszyscy, którzy choć trochę interesują się sztuką; ja też poznałem jego obrazy (oczywiście w reprodukcjach, w peerelowskich tygodnikach) już w dzieciństwie, w latach 70. Pamiętam moją fascynację tymi dziełami, podsycaną również przez spory krytyków, czy mamy tu do czynienia z prawdziwą sztuką, czy z kiczem.

Oryginały jego prac zobaczyłem dopiero w sierpniu 2014 roku na wystawie „Tauromachia” we Wrocławiu, prezentującej grafiki Picassa, Goi i Dalego. Na wystawie grafik Dalego było najmniej (dominował Picasso, który zrobił też na mnie największe wrażenie) i prace te też najmniej mi się podobały – Dalí w oryginale okazał się rozczarowaniem. Drugim spotkaniem z twórczością hiszpańskiego surrealisty była wystawa „Marc Chagall i artyści europejskiej awangardy” w Pałacu Królewskim we Wrocławiu, którą zwiedziłem w lipcu 2016 roku. Tu wrażenie było o wiele lepsze – akwaforty Dalego z cyklu „Japońskie bajki” bardzo mi się podobały, chociaż były tylko uzupełnieniem głównych dzieł Marca Chagalla, Fernanda Legéra, Henri Matisse’a  i innych artystów eksponowanych na wystawie. Jak się przekonałem, Dalí był nie tylko skandalistą, umiał też czerpać ze skarbnicy kultur świata…

* * *

W Dalineum na ulicy Wielkiej po wejściu wita mnie mężczyzna. Mówi mieszanką rosyjskiego i polskiego, jak mówi, jest Gruzinem, opowiada też o wystawach zorganizowanych przez jego galerię w innych miastach Europy i zaprasza na następną wystawę poświęconą Hansowi Holbeinowi, która będzie prezentowana w Muzeum Archidiecezjalnym w Poznaniu. Hans Holbein? Brzmi ciekawie, a kiedy to będzie? „Czieriez miesiacz”, odpowiada mężczyzna. To już niedługo, trzeba będzie zarezerwować sobie czas, tymczasem wchodzę na wystawę – przez półtorej godziny spędzone w Dalineum będę jedynym zwiedzającym.

W Dalineum trwa akurat wystawa czasowa kolorowych ksylografii Dalego będących ilustracjami do „Boskiej Komedii” Dantego. Pierwsze wrażenie – niestety negatywne. Na pierwszy rzut oka ksylografie przypominają nie grafiki, lecz akwarele, i to namalowane przez amatora. Zaczynam jednak dokładnie studiować te prace i powoli moje odczucia ulegają zmianie. Przedstawienia Wergilego, Beatrycze, aniołów, grzeszników i cierpień, jakich doznają za swoje grzechy, mogą być interesujące, jeśli przedrzemy się przez ich surrealistyczny sztafaż. Zresztą surrealizmu tu wcale nie tak dużo, dużo prac jest wykonanych w estetyce (przetworzonego przez artystę) realizmu. Nie wiem, czy kiedykolwiek wydano „Boską komedię” z tymi ilustracjami, ale na pewno sprawdziłyby się jako ilustracje książkowe. Szkoda tylko, że nie wszystkie prace są podpisane i często trzeba się domyślać, co przedstawiają.

Obok wystawy czasowej ekspozycja stała prezentująca różne prace Dalego – najróżniejsze techniki, obiekty, też pamiątki rodzinne po artyście. Trochę to wszystko bez ładu i składu, z wystawy na pewno nie można dowiedzieć się w usystematyzowany sposób czegoś więcej o życiu artysty, o jego drodze twórczej, brakuje nawet tablicy informującej o najważniejszych datach z jego życia, usprawiedliwieniem mogą jednak być warunki lokalowe – całe Dalineum zajmuje trzy dość małe pomieszczenia.

Oprócz grafik na wystawie możemy też zobaczyć gobeliny (podobają mi się „Bitwa wokół mniszka lekarskiego”, „Lincoln w wizji Dalego”, „Rydwan Bachusa”, „Trwałość pamięci” na podstawie najbardziej znanego obrazu Dalego) serigrafie na jedwabiu, obrazy na porcelanie („Siedem sztuk”, bardzo dobry „Podbój kosmosu”), dużo też sztuki użytkowej, którą Dalí produkował masowo zwłaszcza po wojnie. W ostatnim pomieszczeniu odkrywam znakomity cykl granolitografii (czy ta technika graficzna rzeczywiście tak się nazywa po polsku?) z ilustracjami do opowiadania „Stary człowiek i morze” Ernesta Hemingwaya.

Z minusów wystawy, obok już wspomnianego chaosu w aranżacji wystawy i faktu, że przez to nie spełnia ona funkcji edukacyjnej, muszę wspomnieć też o podpisach pod eksponatami. Nie wszystkie dzieła są podpisane, a w przypadku nawet tych, które są, w części ich polskie tłumaczenie jest bardzo złej jakości – przypuszczam, że autorzy wystawy posłużyli się Translatorem Google zamiast skorzystać z pomocy profesjonalnego tłumacza. Na szczęście są też opisy po angielsku, które wyjaśniają, o co chodzi w podpisie.

* * *

Po zwiedzeniu wystawy wychodzę ze starszym małżeństwem – przeczytali w „Iksie”, że wystawa jest darmowa i chcieli ją zwiedzić, kiedy jednak okazało się, że bilet ulgowy kosztuje 15 zł (ja zapłaciłem 20 zł), zrezygnowali. Razem idziemy jeszcze do Galerii Miejskiej „Arsenał”

– Warto zwiedzić wystawę. Przyjechałem specjalnie rowerem ze Śremu, aby ją zobaczyć.

– Ze Śremu? – pyta mężczyzna. – Byłem w wojsku w Śremie. A stary drewniany most jeszcze istnieje?

– Ależ nie, w latach 70. zbudowano nowy.

– Wyszedłem z wojska w 1961, potem już nigdy nie przyjeżdżałem do Śremu. A Cegielski? Jeszcze działa?

– Działa, ale już dawno nie pod marką Cegielskiego. W 1999 roku odlewnia została sprywatyzowana, teraz należy do grupy Famur z Górnego Śląska. Ale w 1961 jeszcze nie było odlewni, zbudowano ją w latach 1964-1968, w 1968 był pierwszy spust żeliwa.

– Wydaje mi się, że już ją wtedy budowano.

Nie chcę się sprzeczać, nie było mnie przecież wtedy jeszcze na świecie, a co dopiero w Śremie, do którego przyjechałem dopiero w 1987 roku Zachodzimy do „Arsenału”, w którym jednak nie ma żadnej nowej wystawy, a wystawę ceramicznych rzeźb  Kazimierza Kalkowskiego już widziałem. Czas wracać – w domu będę jeszcze przed zmierzchem.

Galeria Obrazów w Rogalinie

28 stycznia – siedem stopni mrozu, które o siódmej rano wskazuje termometr na moim bloku, raczej zniechęca do wycieczki rowerowej do Poznania, postanawiam więc w ten weekend skrócić dystans o połowę – wyjazd do Rogalina.

Rogalin, miejsce dla mnie szczególne. Przejeżdżam przezeń prawie za każdym w drodze do Poznania, wielokrotnie odwiedzałem pałac i park w Rogalinie, ostatni raz w czerwcu 2015 roku, kiedy po 28-letnim remoncie ponownie otwarto  korpus główny pałacu. Odnowione pomieszczenia wywarły na mnie ogromne wrażenie, do korpusu głównego ograniczyłem wtedy też jednak zwiedzanie; teraz chciałbym przypomnieć sobie Galerię Obrazów, którą po raz ostatni widziałem kilka lat temu, jeszcze przed zamknięciem całego kompleksu pałacowego przed II etapem rewaloryzacji.

Chyba większość turystów w Wielkopolsce słyszała o Galerii Obrazów Edwarda Aleksandra Raczyńskiego, chociaż widziało ją na własne oczy już o wiele mniej, a szczegóły jej powstania i dzieje znane są tylko nielicznym. Nawet zainteresowani sztuką często mylą ją z wcześniejszą kolekcją Atanazego Raczyńskiego, która stała się zaczątkiem zbiorów późniejszej Galerii Malarstwa i Rzeźby Muzeum Narodowego w Poznaniu; i nawet zainteresowani historią mylą Edwarda Aleksandra z jego dziadkiem Edwardem i synem Edwardem Bernardem, późniejszym prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej na uchodźstwie. A przecież rogalińska galeria mieści jeden z najcenniejszych zbiorów sztuki w Wielkopolsce…

Galeria, znajdująca się przy południowym skrzydle pałacu, została zbudowana w latach 1909-1912, a o jej kształcie i wymiarach zdecydowały podobno wymiary największego obrazu w niej eksponowanego: „Joanny d’Arc” Jana Matejki. Nawiasem mówiąc, to też największy obraz w Polsce, większy od „Bitwy od Grunwaldem”.

Wśród dzieł malarstwa polskiego wystawianych w galerii w ogóle mnóstwo sławnych nazwisk: oprócz Matejki też bogaty zbiór obrazów Jacka Malczewskiego, Olgi Boznańskiej (m.in. portrety Raczyńskich), Wojciecha Weissa, Vlastimila Hofmanna, obrazy i pastele Leona Wyczółkowskiego, Stanisława Wyspiańskiego, Teodora Axentowicza. Niektóre obrazy bardzo znane (jak „Melancholia” Malczewskiego, czy „Madonna ze szpakiem” Hofmanna), inne mniej znane, ale o wysokiej klasie artystycznej. Szczególnie podobają mi się portrety, nie tylko rodziny Raczyńskich, również te pastelowe, wiszące w osobnym pomieszczeniu: portrety dzieci Wyspiańskiego, pastele Axentowicza czy niezwykły „Portret Sulimy” Wyczółkowskiego. Psychologizm tych portretów przemawia do mnie silniej niż pejzaże.

Bogatsza od polskiej jest kolekcja malarstwa obcego, przeważnie francuskiego z przełomu XIX i XX wieku. Raczyński kupował sztukę mu współczesną i w zakupach kierował się własnym gustem, co oznacza tu dominację malarstwa realistycznego. Dużo też symbolizmu, impresjonizmu natomiast o wiele mniej, bardziej awangardowych prądów, malarstwa przekształcającego rzeczywistość nie ma tu w ogóle. Odmienne to od moich upodobań, obrazy jednak podobają mi się, chociaż większość nazwisk francuskich i niderlandzkich malarzy nic mi nie mówi. Od mojej ostatniej wizyty w galerii obrazów w Rogalinie upłynęło tak dużo czasu, że pamiętam tylko niektóre (jak „Sieroty amsterdamskie” Nicolaasa van der Waaya, czy „Ewę” Edouarda Ziera), większość dzieł jest dla mnie jak nowa sztuka, co wzmaga doznania artystyczne. Podobają mi się zarówno obrazy symboliczne, modernistyczne (np. „Salome tańcząca” Maxa Slevogta) jak i tradycyjne, nawiązujące do estetyki niderlandzkiego malarstwa pejzażowego doby baroku („Obóz” Heinricha Brelinga”) czy też romantycznego („Powrót z Bielan” Józefa Brodowskiego).

Jaka jest wartość rogalińskich zbiorów? Gdybyśmy chcieli porównać kolekcję Edwarda Aleksandra Raczyńskiego z kolekcją jego stryjecznego dziadka, Atanazego, porównanie to wypadnie chyba na korzyść tego ostatniego. Atanazy miał o wiele większą wiedzę w zakresie historii sztuki; obrazy, teraz wiszące w Muzeum Narodowe w Poznaniu, kupował w sposób bardziej przemyślany. Zbiorom Edwarda Raczyńskiego, szczególnie w ich części malarstwa obcego, można zarzucić pewną przypadkowość, kierowanie się osobistymi gustami zamiast kryteriami artystycznymi. Zbiory te zachowują jednak przecież swoją wartość. To bardzo cenna kolekcja malarstwa polskiego i obcego, i to tylko 23 km od Śremu.

Galeria Miejska „Arsenał” – Kazimierz Kalkowski

21 stycznia – po wykładzie w Muzeum Narodowym i wystawie w Bibliotece Raczyńskich przejście do Galerii Miejskiej „Arsenał” na Starym Rynku. Nie sprawdzałem w Internecie, co jest obecnie prezentowane w galerii, ale może trafię na jakąś interesującą wystawę?

Nie zawiodłem się – na parterze „Arsenału” od 5 stycznia trwa wystawa rzeźb ceramicznych „Kruchość materii” Kazimierza Kalkowskiego. Ceramika, datująca się jeszcze z czasów przedhistorycznych, jest jedną z najstarszych sztuk tworzonych przez człowieka, chociaż o sztuce prawdziwej, najwyższego lotu, można mówić chyba dopiero od czasów starożytnych waz greckich? O wcześniejszych obiektach ceramicznych pamiętają głównie archeologowie; widząc je (lub ich potrzaskane skorupy) w muzeach archeologicznych, myślimy raczej o początkach cywilizacji, o dawnej kulturze materialnej, nie o sztuce.

Ceramiczne dzieła Kazimierza Kalkowskiego z pewnością są sztuką, nie pełnią żadnej funkcji użytkowej, jak dawne dzbany i wazy. Przy tym twórczość to bardzo odmienna od obecnie dominujących prądów w sztuce współczesnej, z trudem poddająca się klasyfikacji. Dzieła te są rzeczywiście ceramicznymi rzeźbami wykonanymi z wypalanej gliny i pokrytymi glazurą. Ceramikę (zwykle prostą – wazony czy ozdobne figurki) wykonuje się obecnie fabrycznie, seryjnie; tym większy należy się podziw artyście, który wszystkie te rzeźby o bardzo złożonej strukturze (niektóre ważą po kilkadziesiąt kilogramów) lepi z gliny, następnie kilkakrotnie wypala w piecu i pokrywa kolorową glazurą ręcznie.

Wchodząc do stosunkowo niewielkich pomieszczeń „Arsenału”, w których jest eksponowana „Kruchość materii”, zanurzamy się w innym, jakże dziwnym świecie. Otacza nas świat fantastyki i fantasmagorii, dziwacznych, karykaturalnych postaci i równie dziwnych pojazdów. Interpretacja tych przedstawień jest dowolna (żadne nie jest podpisane, artysta nie nadaje im tytułów), ale szukanie i znajdowanie znaczeń chyba nie przysporzy zwiedzającemu trudności? Wśród powtarzających się przedstawień-symboli znajdziemy takie jak śmierć, przemijanie, obsesje seksualne, brzydota, lęk. Wszystko to sztuka narracyjna, zachęcająca do budowania historii kryjących się za tymi kruchymi ale o skomplikowanej, wręcz rozbuchanej strukturze rzeźbami.

„Kruchość materii” – tytuł wystawy jak i same wystawiane rzeźby przywołują mnóstwo odniesień kulturowych. Moje pierwsze skojarzenie, zaraz po wejściu do pomieszczeń galerii, było ze sztuką… mezoamerykańską, pewnie z powodu bardzo skomplikowanej konstrukcji, szczegółowości tych rzeźb, które przywodzą mi na myśl płaskorzeźby Majów. Groteskowe treści tych rzeźb należą jednak oczywiście w pełni do sztuki współczesnej, chociaż dałoby się tu wywieść linię prowadzącą aż do chimer z katedr francuskich i samego Hieronima Boscha, również przez podobieństwo do dziwnych pojazdów malowanym też przez wielkiego Flamanda. Ze współczesnych artystów przychodzi mi natomiast na myśl Salvador Dali – Kazimierz Kalkowski wykorzystał nawet pewne elementy obecne w twórczości w obrazach i rzeźbach Dalego, jak szuflady wysuwające się z ludzkich ciał. Kto chce, niech doszukuje się też innych paranteli, nie jest to moim zdaniem bardzo istotne, ani konieczne. Lepiej po prostu zanurzyć się w groteskowym i surrealistycznym świecie wyobraźni autora…

Biblioteka Raczyńskich – „Po co są dni”, wystawa dawnych kalendarzy

21 stycznia – po wykładzie w Muzeum Narodowym przejście na drugą stronę Alej Marcinkowskiego, do Biblioteki Raczyńskich, gdzie chcę obejrzeć wystawę „Po co są dni” – wystawę kalendarzy ze zbiorów biblioteki, którym towarzyszą wiersze angielskich poetów.

Wystawa w Galerii Atanazego bardzo interesująca, ciekawsza, niż się spodziewałem. Myślałem, że będą tu eksponowane kalendarze XX-wieczne, może też z końca XIX wieku, tymczasem najstarsze druki pochodzą z XVII wieku. Pamiętam, jak rozmawialiśmy o tych kalendarzach na lekcjach języka polskiego w liceum; kalendarze odgrywały ważną rolę w życiu szlachty, również zagrodowej, były przecież nie tylko spisem dni w roku, lecz kopalnią wiadomości na różne tematy. Służyły też rozrywce: o Asesorze w „Panu Tadeuszu” Mickiewicz napisał, że „ma żądło w języku / Tak dowcipne żarciki umiał komponować, / Iżby je w kalendarzu można wydrukować”. Dopiero teraz mogę je zobaczyć na własne oczy. Nie wiedziałem, że były tak małego formatu; dawny krój czcionki sprawia też, że są praktycznie nieczytelne, dopiero w szafkach z multimediami mogę zobaczyć ich powiększenia.

A później kolejne epoki – XVIII wiek, częściowo kontynuacja baroku, częściowo odzwierciedlenie już nowych prądów oświeceniowych, i XIX i XX wiek, w których dzięki maszynom drukarskim produkcja książek stała się szybka i tania, coraz więcej mamy więc też kalendarzy dla wszystkich warstw społecznych, narodowości, zawodów, wyznań… Kalendarze poznańskie wydawane podczas zaborów nie miały charakteru regionalnego, widać było w nich za to podziały narodowościowe i religijne. W rachubie czasu uwzględniano też kalendarz żydowski, własne kalendarze wydawali również Niemcy.

Najciekawsze są dla mnie kalendarze z okresu międzywojennego, w którym produkcja tego typu wydawnictw była bardzo obfita – szczególnie interesują mnie kalendarze kulturalne, jak gruby przewodnik po polskiej kinematografii tego czasu (czy rzeczywiście mieliśmy się wtedy czym pochwalić w polskiej twórczości filmowej?), czy kalendarze z tekstami przedwojennych satyryków (m.in. Stefanii Grodzieńskiej). Ciekawe są też jednak kalendarze z czasów PRL, zwłaszcza z okresu tuż po wojnie, w tym kalendarz ucznia z odpowiednimi wskazówkami wychowawczo-umoralniającymi, czy żołnierza (ciekawie wypada porównanie ze szczegółowymi kalendarzami wojskowymi sprzed wojny, w których tajemnicę wojskową traktowano trochę inaczej niż w PRL – publikowano w nich nawet nazwiska kadry oficerskiej jednostek). Ekspozycję kończą kalendarze wydawane w podziemiu przez „Solidarność”, często z portretami Wałęsy czy ks. Popiełuszki.

Co sprawia, że wystawa jest dla mnie tak interesująca? Kalendarze nie są literaturą i nie mają takich ambicji – poziom literacki prezentowanych w nich treści jest z reguły niski. Podobnie jak plakaty, afisze, rozkłady jazdy, informatory należą do tak zwanych dokumentów życia społecznego, stanowią więc źródło historyczne, szczególnie cenne w badaniach nad historią życia codziennego. Oglądam je z zainteresowaniem, staram się przeczytać ich fragmenty (co z powodu małej czcionki nie zawsze jest łatwe) z tego samego powodu, z którego lubię przeglądać dawne gazety; w muzeach historycznych z kolei najbardziej interesują mnie eksponowane tam dokumenty czy obwieszczenia urzędowe. Mamy tu do czynienia po prostu z historią, nie tą wielką, o której uczymy się w szkole, lecz małą, ale jakże żywą historią życia codziennego.

Do literatury i kultury wysokiej należą natomiast prezentowane na ścianach galerii, nad kalendarzami, wiersze angielskich poetów w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka – od poetów elżbietańskich (z Shakespeare’m na czele) przez XVII-wiecznych poetów metafizycznych do współczesności. Znowu za mało czasu, aby dokładnie je przeczytać, dokonuję też jednak odkryć. Poeci metafizyczni są dla mnie zbyt konwencjonalni, po trzystu kilkudziesięciu latach to już twórczość martwa, bardzo podobają mi się natomiast wiersze  Thomasa Hardy’ego, którego do tej pory znałem tylko z powieści („Tessa d’Urberville” i „Juda nieznany”). Wiersze o przemijaniu Hardy’ego wzruszają tak samo jak jego powieści, może warto bliżej zainteresować się tą poezją…

Muzeum Narodowe w Poznaniu – Teodor Axentowicz, „Święto Jordanu”

21 stycznia – pierwszy w tym roku wyjazd rowerem do Poznania, między innymi na wykład poświęcony obrazowi „Święto Jordanu” Teodora Axentowicza w Muzeum Narodowym; pierwszy wyjazd, a jednocześnie jeden z bardziej pechowych w ostatnim czasie. Już w Poznaniu, na Starołęce, wpadam na chwilę do Biedronki, aby kupić coś do zjedzenia, kiedy wychodzę ze sklepu, okazuje się, że po drodze złapałem gumę. Zajeżdżam do sklepu rowerowego na Starołęckiej, obok Stomilu.

– Laczka pan złapał? – pyta jowialny i dość gadatliwy właściciel sklepu. – Niech pan wprowadzi rower. No widzi pan, lepiej nauczyć się samemu zmiany dętki. Ze Śremu pan jedzie? To i tak dobrze, że stało się to dopiero tutaj; co by było, gdyby musiał pan jechać z Czapur bez powietrza? Co my tu mamy? Mała dziurka, powietrze nie zeszło całkowicie. Lepiej kupić oponę antyprzebiciową, o tu zaraz panu taką pokażę. Ma warstwę z kevlaru, 100 procent ochrony przed przebiciem to nie daje, ale zmniejsza ryzyko. No, gotowe, 30 złotych.

Płacę za nową dętkę i usługę, wsiadam na rower, kierując się w stronę centrum i po kilkuset metrach, pomiędzy rondem Starołęka i rondem Rataje, … znowu łapię gumę. Krótka chwila zastanowienia – jeśli wrócę teraz do sklepu z reklamacją, na pewno nie zdążę na wykład, właściwie pozostaje mi wtedy powrót do Śremu, weekend będzie stracony. Decyduję się kontynuować jazdę. Na stacji paliw Lotos, w zakładzie wulkanizacyjnym przy Królowej Jadwigi zostawiam rower („Proszę przyjść około 13”) i idę dalej pieszo do muzeum.

* * *

Na wykładzie zjawiam się punktualnie o 11.15; udało mi się zdążyć, wykład akurat się rozpoczyna. Jak zwykle jest bardzo dużo ludzi, nie ma już miejsc siedzących, trudno, trzeba będzie stać. Na szczęście prowadzący wykład Michał Błaszczyński z Muzeum Etnograficznego nie przedłuża spotkania, które trwa 45 minut.

Jak zwykle, wykład jest poświęcony nie tyle samemu obrazowi „Święto Jordanu” z kolekcji poznańskiego Muzeum Narodowego, co ukazaniu całego życia i twórczości Teodora Axentowicza, malarza pochodzenia ormiańskiego, urodzonego w Braszowie w Siedmiogrodzie, ale po okresie podróży artystycznych po Europie związanego głównie z Krakowem.

Moje odczucia wobec twórczości Axentowicza są dość ambiwalentnej natury. Podoba mi się wiele jego portretów, zwłaszcza pasteli; jego sceny historyczne (np. „Chrzest Armenii”, nawiązujący do korzeni artysty), czy sceny rodzajowe z życia huculskiej wsi już znacznie mniej. Bo co ciekawego może być w obrzędach XIX-wiecznej wsi? Za dużo realizmu, za mało psychologizmu w tych obrazach; objawia się też tu moja ogólna preferencja dla sztuki bardziej nowoczesnej, która rozpoczyna się dla mnie od impresjonizmu, modernizmu.

W tej sytuacji początkowo ciekawszy wydaje mi się sam temat obrazu – święto Jordanu, obchodzone na pamiątkę chrztu Jezusa, w tradycji prawosławnej bardzo ważne, o wiele ważniejsze niż w tradycji katolickiej, gdzie święto Chrztu Pańskiego odgrywa dużo mniejszą rolę. Michał Błaszczyński szczegółowo opowiada o obrzędach z nim związanych, o roli, jaką odgrywa w religii prawosławnej, o procesjach zimą nad wodę, o wybijaniu w lodzie przerębli w kształcie krzyża, z której czerpie się wodę, a śmiałkowie (kiedyś tylko mężczyźni, teraz też kobiety) zażywają w niej kąpieli.

Ale czy samo dzieło nie jest też warte uwagi? Po dokładnym omówieniu biografii malarza, Michał Błaszczyński przechodzi do „Święta Jordanu”.

– Jeśli spojrzymy na obraz, wywrze na nas początkowo wrażenie źle skadrowanej fotografii. Bo co na nim widzimy? Pustą przestrzeń po prawej stronie i grupę ludzi stłoczonych w jednym miejscu, właściwie nie wiadomo po co, bo przerębel zasłania nam klęczący mężczyzna. O samym święcie nic nam nie powie, zresztą już się skończyło – pop, widoczny od tyłu z daleka, udaje się już do domu. Naszą uwagę przykuwa tylko dziewczynka umiejscowiona pośrodku obrazu, odwrócona ku nam, na resztę postaci nie zwracamy uwagi. Tematem obrazu jest więc chwila, przypadkowy moment, jak w impresjonizmie.

Nigdy nie myślałem o „Święcie Jordanu” jako o obrazie impresjonistycznym, ale w pewnym rozumieniu tego słowa może to być rzeczywiście prawdą. „Święto Jordanu” pokazuje ulotność chwili, nawet w tak ważnym momencie dla lokalnej, wiejskiej społeczności. Okazuje się, że również XIX-wieczna wiejska obrzędowość może być ciekawa.

Wizyta nieznajomej pani

Tekst napisany przeze mnie chyba na początku 2001 roku (mieszkałem wtedy jeszcze na Grota Roweckiego), ale nigdy dotąd nie publikowany. Przypomniał mi się teraz, tuż po zakończeniu kolejnej edycji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy…

* * *

Jaka niespodzianka może nas spotkać w niedzielny wieczór, kiedy jesteśmy pochłonięci lekturą, a przyjemną ciszę mącą jedynie przytłumione odgłosy sąsiadów, zajętych, jak i my, własnymi sprawami? Oto nagle spokój przerywa ciche pukanie do drzwi. Po otwarciu ukazuje się pani w średnim wieku. – Pan Andrzej? – Tak, proszę bardzo – Zapraszam, aby spoczęła w fotelu, przypuszczając, że mam do czynienia z klientką, która przyszła w sprawie tłumaczenia.

Pani nie zdejmuje płaszcza, spogląda tylko na mnie z uśmiechem, do jakiego zazwyczaj uciekamy się, kiedy chcemy zjednać sobie innych ludzi, i już zaczynam domyślać się, że nie zwyczajna to klientka zasiadła przede mną.

– Panie Andrzeju, pan mnie pewnie nie zna, ale ja pana znam, mieszkam w czwartej klatce tego bloku i często pana widuję…

Nie przypominam sobie, ale blok ma 120 rodzin a ja słabą pamięć do twarzy, nie zaprzeczam więc i oczekuję dalszego ciągu. W rzeczy samej nieznajoma pani szybko przechodzi do sedna sprawy.

– Tylko bardzo proszę, aby to, co teraz powiem, zostało między nami – prosi gorąco. – Sprawa  jest przykra a jednocześnie nagląca. Mój starszy syn znalazł się ostatnio w szpitalu w Poznaniu, na początku nie wiadomo było, co mu dolega a teraz niech pan sobie wyobrazi, zadzwonił do mnie lekarz z Poznania i poprosił, abym zaraz przyjeżdżała. Podejrzewają gruźlicę i stan podobno się pogorszył. Tymczasem jest tuż przed rentą a ja nie mam pieniędzy. Tak sobie obliczyłam, że na bilety PKS do Poznania a potem tramwajem na Szamarzewskiego będzie mnie kosztowało 30 złotych. Zastanawiałam się, kto może i pomóc i pomyślałam o panu – to tylko 30 złotych, do zwrotu w poniedziałek. I jak, zaufa mi pan, panie Andrzeju? – Uśmiech osiąga tu swoje apogeum, tak samo jak i prosząco-poufały ton głosu.

Odpowiadam też uśmiechem – Wie pani, ja pani nie znam …

– Nazywam się Nowak, można sprawdzić w spisie lokatorów.

– Cóż, pieniędzy do rąk pani nie dam, ale bardzo chętnie pani pomogę. Możemy pójść na dworzec PKS i tam kupię pani bilet do Poznania.

Uśmiech na twarzy pani „Nowak” znika tak szybko jak słońce przesłonięte deszczową chmurą.

– Dobrze, tylko ubiorę młodszego syna i zaraz pójdziemy.

– Kiedy mogę się pani spodziewać?

– Za 15 minut.

Nietrudno domyśleć się zakończenia tej historii. Pani „Nowak” nie pojawiła się ani po 15 minutach ani też nigdy później. Nikt o takim nazwisku oczywiście nie mieszkał w IV klatce, nigdy też ponownie się nie spotkaliśmy.

Liczba osób w ten sposób oszukanych przez panią „Nowak” jest prawdopodobnie wysoka, wątpię jednak, aby szybko zajęły się nią policja i prokuratura. Szansa, aby osoby, które padły ofiarą oszustwa, zgłosiły to na policji i domagały się ścigania sprawcy, jest niewielka – utracona kwota w pojedynczych przypadkach jest przecież niewielka i lepiej machnąć na to ręką. Ta prawda psychologiczna jest też chyba znana pani „Nowak”, która rozważnie nie oszukuje swoich ofiar na wyższe sumy.

Anonimowość blokowiska na Jezioranach to drugi czynnik, który ułatwia wyłudzanie pieniędzy w ten sposób. Zamykamy się w czterech ścianach, nie znamy nawet najbliższych sąsiadów, co dopiero powiedzieć o współlokatorach „z IV klatki”? Kontakty towarzyskie utrzymujemy w pracy i wśród krewnych, jakże często człowiek mieszkający za ścianą lub nad nami jest nam całkowicie obcy.

Kiedy tę historię opowiedziałem znajomemu komisarzowi ze śremskiej komendy policji, wzruszył ramionami – Czego pan chce, bieda robi się coraz większa i coraz więcej ludzi kombinuje, jak zdobyć parę groszy. – Istotnie liczba oszustw gwałtownie wzrosła, od kiedy staliśmy się krajem wolnym – nie wszyscy w kapitalizmie dają sobie radę i uciekają się do takich metod zarabiania pieniędzy. Nabieranie na litość – w tym przypadku syn chory na gruźlicę – występuje w każdym kraju, w którym miłosierdzie jest cnotą. Czy powinniśmy jednak pozwalać się oszukiwać, dawać pieniądze każdemu pijaczkowi, który bełkocącym głosem poprosi o pieniądze na bułkę? Kochaj bliźniego swego, ale nie daj się zrobić przez niego w jelenia. Zamiast pieniędzy kup mu tę bułkę albo … zaproponuj pójście na dworzec i kupno biletu do Poznania.