Noc Muzeów w Poznaniu, 2017

20 maja – jak co roku wyjazd na Noc Muzeów. W 2016 roku kalendarz imprez sprawił, że byłem na trzech nocach muzeów – we Wrocławiu, Poznaniu i Śremie, każda odbywała się w innym terminie; w tym roku noce muzeów we Wrocławiu i Poznania są organizowane tego samego dnia, muszę więc dokonać wyboru. Wybieram Poznań, gdzie program wygląda na bardziej interesujący niż we Wrocławiu.

Głównym celem wyprawy jest Muzeum Narodowe, a w nim wystawa prac Janusza Przybylskiego, którego obszerny zbiór grafik, rysunków i kolaży muzeum planuje zakupić w najbliższym czasie od wdowy po artyście. Do muzeum wchodzę po godzinie 17, tuż po rozpoczęciu imprezy, i mam trochę czasu na zapoznanie się z wystawą przed rozpoczęciem pierwszego oprowadzania o godz. 17.30 Wystawa dość duża, większa niż się spodziewałem, w jej centrum cykl „Błędne koło”, będący nawiązaniem do obrazu Malczewskiego. Pierwszy krótki wykład „Twórczość graficzna i rysunkowa Janusza Przybylskiego na tle całej twórczości artysty” Agnieszki Salamon-Radeckiej koncentruje się na technikach artystycznych używanych przez Przybylskiego; bardziej interesują mnie kwestie interpretacyjne dotyczące cyklu, o których opowie Grażyna Hałasa w wykładzie o godz. 19. Wcześniej, o godz. 18, Maria Gołąb opowie jeszcze o pierwowzorze cyklu Przybylskiego, czyli o „Błędnym kole” Malczewskiego.

„Błędne koło” Janusza Przybylskiego, artysty pochodzącego z Poznania, ale nawet tu mało znanego, okazuje się jednym z ciekawszych cykli graficznych i rysunkowych, jakie ostatnio widziałem. Jego tytuł i nawiązanie do obrazu Malczewskiego wydają się wprawdzie trochę naciągane – widać je tylko w jednej pracy. W pozostałych grafikach i rysunkach nie ma nic z Malczewskiego, za to mnóstwo cytatów z innych grafików i malarzy – przede wszystkim Velázqueza z jego „Las Meninas”, „Guerniki” Picassa, „Kaprysów” Goi i innych. Dużą przyjemność sprawia odszukiwanie tych nawiązań, aluzji, motywów ukazanych w całkiem innym świetle sztuki współczesnej. Po zakończeniu wykładu Grażyna Hałasa mówi mi, że to niewielki wybór z cyklu; mam nadzieję, że kolekcja muzeum powiększy się też o inne prace. Szkoda tylko, że ze względów konserwatorskich (światło szkodzi grafikom) nie będą mogły być one wystawiane na ekspozycji stałej.

W przerwie między dwoma wykładami o Przybylskim udaje mi się też wysłuchać fragmentów wykładów poświęconych początkom muzeum: „Okoliczności utworzenia Muzeum Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk im. Mielżyńskich” Tadeusza Grabskiego i „Seweryn Mielżyński – zapomniany człowiek renesansu w burzliwych czasach” Agnieszki Murawskiej. To XIX-wieczna Poznania i Poznańskiego, którą od dawna się interesuję. Tylko dlaczego „zapomniany”? Seweryn Mielżyński, jak i inni Mielżyńscy, jest dobrze pamiętany, przynajmniej przeze mnie, może dzięki związkom emocjonalnym, które łączą mnie z Miłosławiem.

Drugą placówką, którą chcę odwiedzić podczas Nocy Muzeów jest Muzeum Archeologiczne, a w nim spotkanie z egiptologiem i archeologiem prof. Karolem Myśliwcem. Archeologią starożytnego Egiptu raczej się nie interesuję, prelegent jest jednak tak znaną postacią, chyba najsłynniejszym polskim archeologiem (wielokrotnie słuchałem wywiadów radiowych i oglądałem filmy dokumentalne z jego udziałem), że warto go posłuchać. Nie zawiodłem się. Prof. Myśliwiec dobrze znanym mi głosem opowiada o swojej pracy, przede wszystkim wykopaliskach w Sakkarze, fachowe informacje przeplatają się z anegdotami. Na zakończenie wykładu otrzymuję też książkę z jego autografem i dedykacją.

Po wyjściu z Muzeum Archeologicznego zaglądam jeszcze do Galerii Miejskiej „Arsenał”, Pałacu Działyńskich, Zamku Cesarskiego (niestety brak ciekawych wystaw, albo już je widziałem) i do Biblioteki Raczyńskich. Tu ciekawa wystawa o modzie XIX wieku, na zapoznanie się z nią potrzebowałbym jednak przynajmniej godziny i to w spokojniejszej atmosferze niż dzisiaj. O godz. 22 decyduję się zakończyć tę trochę skróconą, ale udaną Noc Muzeów. Powrót do Śremu już pustoszejącymi drogami, w domu jestem o godzinie 1 w nocy.

Spotkanie na Uznamie

Maj 1989 roku był ciepły i słoneczny. Od stycznia odbywałem służbę wojskową w Komendzie Portu Wojennego w Świnoujściu, w dziale politycznym, byłem też dowódcą warty. Przełożeni wykorzystywali również moją znajomość niemieckiego, kilkakrotnie uczestniczyłem w „spotkaniach przyjaźni” (Freundschaftstreffen) z marynarzami i oficerami enerdowskiej Volksmarine i członkami ich rodzin. Dwa i pół miesiąca wcześniej, 8 marca, pojechałem nawet na huczne obchody Dnia Kobiet w bazie marynarki wojennej w Peenemünde na samym końcu wyspy Uznam – wróciłem tam po latach, już w zjednoczonych Niemczech.

Pod koniec maja pojechaliśmy jeszcze raz do NRD na zaproszenie Volksmarine. Tym razem grono było kameralne, impreza miała charakter bardziej prywatny. Oprócz marynarza-kierowcy i mnie jako tłumacza w składzie naszej delegacji byli Kapitan, Porucznik i Bosman, pierwsi dwaj z działu politycznego bazy marynarki wojennej w Świnoujściu, trzeci (zajmował się wyszkoleniem marynarzy) trochę na przyczepkę. Jechaliśmy wojskową nysą z garnizonu, tym razem nie tak daleko – spotkanie miało się odbyć nad brzegiem Bałtyku, około 20-30 kilometrów od granicy. Enerdowskie grono też nie było liczne – wyglądający na poważnego i pryncypialnego Kapitänleutnant, najstarszy wiekiem i rangą, młody, trochę starszy ode mnie Leutnant, obaj z pionu politycznego marynarki, i dwóch obsługujących nas marynarzy. Jeden z marynarzy był całkiem łysy; jak wyjaśnił nam, nie ostrzygł się tak z ekstrawagancji, tylko cierpiał na jakąś chorobę. Enerdowscy oficerowie, chociaż byli gospodarzami, nie mieli własnego pojazdu, podwiózł ich ktoś z jednostki.

Przyjechaliśmy na miejsce około południa. Nad brzegiem morza stał drewniany domek należący do Volksmarine, impreza toczyła się jednak głównie na zewnątrz, słoneczna pogoda nam sprzyjała. Jak wypadało, spotkanie zaczęło się od przywitania, trochę atmosfery oficjalnej, „wymiany doświadczeń” (Erfahrungsaustausch), wkrótce na stole pojawiły się jednak pierwsze butelki z piwem. Marynarz-kierowca nie pił w ogóle, ja tylko symbolicznie (jako tłumacz musiałem zachować jasność umysłu, poza tym i wtedy, i dziś mało piję alkoholu), pozostali chętnie sięgali po piwo. Potem pojawiły się też mocniejsze alkohole. Tematy rozmowy były różne, obracały się przeważnie wokół spraw służby, ale też prywatnych. Rozmawialiśmy nawet o polskiej telewizji, o której niemiecki  marynarz powiedział nam, że jest popularna w przygranicznych rejonach NRD, zwłaszcza program „Teleclub”. „Teleclub”? Ach, chodzi o „Bliżej świata”, bardzo popularną wtedy w TVP składankę programów z zachodniej telewizji satelitarnej, w której czołówce pojawiała się też plansza kanału „Teleclub”.

– Tak, to rzeczywiście bardzo dobry program – powiedział Porucznik. – Właśnie dzisiaj wieczorem jest kolejna emisja. Mam nadzieję, że zdążymy wrócić.

Kapitänleutnant był poważny i mniej się uśmiechał. Powiedział nam, że jego nastoletnia córka nagle zachorowała i tego ranka trafiła do szpitala. Przeprasza, że nie może bawić się jak inni, chciałby jednak jeszcze ją odwiedzić dzisiaj wieczorem, dlatego spotkanie nie może trwać tak długo, jak planowano.

Rozmowa stawała się coraz swobodniejsza, przy kolejnych kuflach i kieliszkach alkoholu nawet pomoc tłumacza nie była tak potrzebna jak na początku. Podczas rozmowy Leutnant wyciągnął z kieszeni i pokazał mi książeczkę – rozmówki polsko-niemieckie wydane dla żołnierzy armii enerdowskiej, gdzie oprócz „dzień dobry” czy „poproszę butelkę wody mineralnej” można było znaleźć tłumaczenie takich zwrotów jak „Bundeswehra stanowi zagrożenie dla pokoju światowego”. Kiedy zainteresowałem się książeczką, Leutnant podarował mi ją. Nieoczekiwanie dla mnie zaczął też pytać mnie o życie prywatne, czy jestem żonaty. Poprosił mnie o adres i po dwóch tygodniach otrzymałem list od niego, w którym zapraszał mnie w odwiedziny u niego i jego żony. Odpowiedziałem, ale kontakt bardzo szybko się urwał.

Wreszcie poszliśmy się przespacerować brzegiem morza i wśród wydm – jak długo można siedzieć w oparach alkoholu? Było gorąco, słońce prażyło, ludzi na plaży nie było jednak dużo, sezon urlopowy jeszcze się nie rozpoczął. W pewnym momencie Porucznik dostrzegł coś na horyzoncie i podzielił się z nami uwagą:

– A tam w krzakach facet pompował panienkę… Widzieliście?

Bosmana, który wypił więcej od Porucznika, naszła ochota nawiązać znajomość z dwiema dziewczynami, które spacerowały po plaży niedaleko nas; podszedł do nich i usiłował zagadać plączącym się językiem, wreszcie wezwał mnie na pomoc.

– Niech podchorąży, niech podchorąży zapyta je, co panie tu robią. Możemy w czymś pomóc?

Dziewczyny spojrzały na nas bez słowa z jednoznacznym wyrazem twarzy, wycofaliśmy się.

Powróciliśmy do domku. Kapitänleutnant znowu wspominał o konieczności szybszego zakończenia imprezy, chciał jechać do córki, Kapitan zdawał się tego nie zauważać. Litry wlanego w siebie piwa i wódki całkowicie rozwiązały mu język, koniecznie chciał dalej rozmawiać z Kapitänleutnantem.

– A co ty, Peter, sądzisz…, hik, o ostatnich przemianach w Polsce? Wiesz, Okrągły, Okrągły Stół i te rzeczy…

– To bardzo niekorzystne zjawiska. Zmiany te idą w złym kierunku. To woda na młyn imperialistów i wszystkich, którzy chcą rozbić wspólnotę socjalistyczną.

– Ale…

Dzień zbliżał się ku końcowi. Było widać, że Kapitänleutnant coraz bardziej się niecierpliwi i pragnie zakończyć to spotkanie, Kapitan mu jednak na to nie pozwalał.

– Przepraszam cię, ale niedługo odjeżdża ostatni autobus do mojej miejscowości, a ja, jak wiesz, chciałbym jeszcze do szpitala, do córki…

– Peter. Ja ci powiem, że…, hik, co to ja miałem powiedzieć? Powiem ci, że ja coraz bardziej… – Kapitan był już całkiem pijany, uparcie stał z kieliszkiem przy Kapitänleutnancie, nie pozwalając mu odejść.

Wreszcie udało się przekonać Kapitana, że czas już wracać do Polski. Porucznikowi również spieszyło się, chciał obejrzeć swój ulubiony program w telewizji. Kapitänleutnant poprosił nas o podwiezienie na przystanek, z którego odchodził jego autobus. Kierowca starał się jechać szybko, kiedy przyjechaliśmy na miejsce, okazało się jednak, że autobus już odjechał.

– Der Bus ist schon weg. Meine Tochter… – cicho powiedział Kapitänleutnant. Po chwili zapytał –  Czy moglibyście ewentualnie podwieźć mnie…

– Nie – odpowiedział Porucznik – spóźnimy się na „Bliżej świata”.

– Peter, możesz przenocować u mnie, pojedziesz rano  – powiedział Leutnant.

Kapitänleutnant nie odpowiedział. Pożegnał się z nami i obaj wysiedli z samochodu.

– A fuj, fuj, fuj! A idźcie mi stąd – głośno zawołał Kapitan i zamachał rękoma z obrzydzeniem, natychmiast po tym, jak enerdowscy oficerowie wysiedli, a my ruszyliśmy z powrotem do Polski.

– No to zdążymy – powiedział z zadowoleniem Porucznik.

– Nie zdążymy, spóźnimy się – odpowiedziałem.

– Ale zdążymy się spóźnić – uśmiechnął się Porucznik.

Kapitan nie odpowiedział, spał. Obudził się dopiero w Świnoujściu.

Dziadek

We wtorek 16 maja w jadalni „Betania” przy szkole katolickiej w Śremie było wyjątkowo tłoczno. Zaczął się właśnie festiwal piosenki religijnej „Śremsong” i jadalnia pełna była młodzieży, która właśnie przyszła się posilić w przerwie między występami. Wreszcie udało mi się kupić obiad; usiadłem przy stole z młodą mamą i jej córką – obie znane mi od dawna z widzenia.

– No, nareszcie. To chyba z powodu festiwalu ten tłok. Wczoraj byłem na obiedzie w „Ogryzku”, nie wiem więc, czy w „Betanii” też było tak tłoczno jak dzisiaj.

– A ja też śpiewam na „Śremsongu” – pochwaliła się dziewczynka.

– Naprawdę? W jakimś zespole?

– Chodzi do szkoły muzycznej, tu na miejscu – wyjaśniła mama.

– A, rozumiem. A na czym grasz?

– Na skrzypcach.

– Lubię skrzypce, zwłaszcza kiedy grają w kwartetach smyczkowych. A w której jesteś klasie?

– W drugiej.

Dziewczynka spojrzała na mnie i po chwili zapytała:

– Proszę pana, a czy pan jest dziadkiem mojej koleżanki z klasy, Ani?

– Nie, nie jest – powiedziała mama. – Mówiłam ci przecież, że ten pan nie jest dziadkiem Ani. Jedz obiad.

Zdaje się, że właśnie przekroczyłem w życiu pewną granicę… :-)

Muzeum Narodowe w Poznaniu – A-geometria. Hans Arp i Polska

14 maja – po poranku z muzyką akordeonową w Akademii Muzycznej przejazd do Muzeum Narodowego na wykład „A-geometryczny świat Hansa Arpa” dr Maike Steinkamp z Fundacji Arpa w Berlinie. Wykład jest pierwszym spotkaniem odbywającym się w ramach wystawy „A-geometria. Hans Arp i Polska”, które Muzeum Narodowe w Poznaniu reklamuje jako jedną z najważniejszych w tym roku. Jedną z najważniejszych? Chętnie skonfrontuję to z własnymi odczuciami.

Hansa Arpa znałem dotychczas tylko jako poetę dadaistycznego. Jego absurdalne, prowokujące tradycyjny, mieszczański gust wiersze, które czytałem tylko po niemiecku, podobały mi się, podobnie jak cały krótkotrwały, ale zapładniający europejską sztukę nurt dadaizmu.

Hans Arp plastyk to wszakże całkiem inny artysta – jego rzeźby, grafiki, rysunki, jak zapowiadają materiały informacyjne muzeum, bardziej kojarzone są z surrealizmem i abstrakcjonizmem. Surrealizm zawsze mnie interesował, sztuka abstrakcyjna – nie, sam więc jestem ciekaw wrażeń z wykładu i wystawy.

W sali wykładowej kilkadziesiąt osób, trochę znanych twarzy, obok mnie, w drugim rzędzie, siada starszy pan z żoną, są chyba cudzoziemcami. Zaczyna się spotkanie. Prowadzony po niemiecku wykład Meike Steinkamp jest niestety trochę rozczarowaniem, głównie dlatego, że prelegentka nie wygłasza go mówiąc swobodnie, lecz odczytuje z kartki, co utrudnia percepcję. Z drugiej strony rozumiem przyczynę takiego postępowania. Wykład jest tłumaczony konsekutywnie na polski, również z gotowego tłumaczenia. Improwizacja mogłaby spowodować tu małe zamieszanie, na pewno wydłużyłaby też wykład.

Główną przyczyną rozczarowania jest jednak sama sztuka Hansa Arpa. Maike Steinkamp mówi o związkach sztuki Arpa z naturą, o formach organicznych, o a-geometrii (pojęcie to usiłował wprowadzić do teorii sztuki Jan Brzękowski, gorący zwolennik sztuki Arpa w międzywojennej Polsce), Arp w swych rzeźbach, grafikach, rysunkach pozostaje jednak dla mnie po prostu abstrakcjonistą. Sztuka to dla mnie pusta; nie wiem, co sądzą inni słuchacze, pytań nie ma. Na koniec głos zabiera tylko mój sąsiad, który okazuje się być samym dyrektorem Fundacji Arpa z Berlina, dziękuje za wykład; organizatorzy zapraszają do zwiedzenia wystawy. Po krótkim namyśle również postanawiam ją zobaczyć.

Wystawa „A-geometria. Hans Arp i Polska” przedstawia nie tylko dzieła Arpa, również polskich artystów, którzy się nim inspirowali, o których mówiła Maike Steinkamp, np. Marii Jaremy, Aliny Szapocznikow. Tylko nieliczne rzeźby można zaliczyć do sztuki figuratywnej (np. rzeźbę „Gwiazda”), reszta to abstrakcjonizm i sztuka konceptualna. Formy organiczne, które tak fascynowały Arpa, to przede wszystkim owal, zamknięte faliste linie i plamy, obłe kształty kompozycji rzeźbiarskich. Można zwracać uwagę na ich organiczność, można pisać o „emanacji duszy zakorzenionej w absolucie” (Jan Brzękowski o Arpie), dla mnie brzmi to jednak jak dorabianie na siłę ideologii.

Bardzo lubię sztukę współczesną, ale od abstrakcyjnej zdecydowanie wolę sztukę figuratywną, przedstawieniową, a w ramach tej drugiej przedstawienia człowieka. Nawet pejzaże muszą mieć sztafaż, ludzki czy choćby animalistyczny, aby wywołać we mnie odczucie estetyczne. Tego humanizmu w dziełach Hansa Arpa nie ma, sztuka Arpa nie jest moją sztuką. Z kolei widzowie, którzy lubią abstrakcję, pewnie docenią również wystawę w Muzeum Narodowym w Poznaniu.

Akademia Muzyczna w Poznaniu – Poranek z muzyką akordeonową

14 maja – wyjazd do Akademii Muzycznej w Poznaniu na poranek z muzyką akordeonową w auli im. Stefana Stuligrosza. „Afisz” wcześniej informował, że koncert odbędzie się o godz. 12, na szczęście przed wyjazdem sprawdziłem w Internecie – okazało się, że został przeniesiony na godz. 10.30, trzeba więc wcześniej wyjechać ze Śremu.

Tylko raz byłem na koncercie akordeonowym, dawno temu, na zamku w Kórniku. Wrażenie nie było zbyt dobre – zamiast oczekiwanej muzyki klasycznej usłyszałem rozrywkową, właściwie kicz, który powodował pewien dysonans w zabytkowych wnętrzach zamku. Tak, bo na akordeonie można grać też muzykę klasyczną. Kilka lat temu chciałem nawet specjalnie pojechać do Poznania na koncert, na którym były grane „Wariacje Goldbergowskie” Bacha w wykonaniu na akordeon, niestety czas mi na to nie pozwolił. W domu mam za to około 10 płyt Astora Piazzolli, argentyńskiej legendy bandoneonu, mniejszej wersji akordeonu. Czy jest to muzyka poważna? Można dyskutować, ale słucham ich z przyjemnością.

W auli im. Stefana Stuligrosza niewielu słuchaczy, około 20 osób, duża część z tego to uczestnicy koncertu i pracownicy uczelni. Prowadząca koncert prof. Teresa Adamowicz-Kaszuba (w Akademii Muzycznej specjalizuje się w muzyce akordeonowej) przeprasza za przesunięcie godziny i wyjaśnia, że jest to spowodowane pierwszymi komuniami, które dzisiaj odbywają się w Poznaniu. Nie bardzo rozumiem tego wyjaśnienia, muzycy grający na koncercie (wszyscy są studentami Akademii, tylko jeden jest już absolwentem) na pewno nie mają dzieci w wieku komunijnym. Z drugiej strony to dobrze. Zdążę jeszcze na wykład poświęcony sztuce Hansa Arpa w Muzeum Narodowym o godz. 12.

Z siedmiu pozycji przewidzianych w programie usłyszymy sześć; niestety jednemu z wykonawców odmówił posłuszeństwa akordeon, a zamiana instrumentów, które różnią się układem klawiatury i właściwościami, jest niemożliwa. Jako pierwsza wystąpi Kinga Brosławska-Zawadzka, która wykona preludium i fugę d-moll Jana Sebastiana Bacha z pierwszego tomu „Das wohltemperierte Klavier” a potem własną kompozycję „Enigma”. Wrażenie bardzo dobre – uwielbiam „Das wohltemperierte Klavier”, mam w domu cztery komplety (po cztery płyty) nagrań tego cyklu, ale jeszcze nigdy nie słyszałem go na akordeon. Interesująca jest też „Enigma”, inspirowana złamaniem kodu niemieckiej maszyny szyfrujących przez poznańskich matematyków.

„Botany play” Torbjörna Lundquista w wykonaniu Sławomira Kandziory okazuje się muzyką programową – w sześciu krótkich fragmentach słyszymy muzyczne przedstawienia słonecznika, jałowca, kaktusa, ostu, wierzby płaczącej i szeleszczących traw. Podoba mi się też „Ispaniada” Władysława Zołotariowa w wykonaniu Krzysztofa Klorka (kompozytor rosyjski, ale tematy, jak tytuł wskazuje, hiszpańskie) i transkrypcja koncertu na orkiestrę smyczkową Grażyny Bacewicz, który gra trio złożone ze Sławomira Kandziory, Pawła Sławińskiego i Krzysztofa Klorka.

Dwa ostatnie utwory należą już raczej do muzyki popularnej: znana „Francuska ballada” Wiktora Nowikowa (gra Michał Chołka) i „Paryż-Moskwa” Francka Angelisa (duet: Łukasz Nowakowski i Michał Chołka).

Wnioski? „Das wohltemperierte Klavier” brzmi lepiej na fortepian, a koncert na orkiestrę smyczkową Bacewicz w wykonaniu na oryginalne instrumenty, transkrypcje na inne instrumenty, również akordeon, również dają jednak ciekawe rezultaty. Instrument ten, tak kojarzony z muzyką  popularną, wręcz jarmarczną, przecież też ma bardzo duże możliwości melodyczne, dynamiczne…


Preludium i fuga D-dur Bacha w wykonaniu na akordeon (w Poznaniu grane były preludium i fuga f-moll, również z DWK Bacha).

Teatr Miejski w Lesznie – „Tajemnica Tomka Sawyera”

„Przygody Tomka Sawyera” i „Przygody Hucka” Marka Twaina przeczytałem, jak wszyscy, w dzieciństwie i były to lektury, które pamięta się przez całe życie. W II połowie XIX wieku Mark Twain napisał książkę dla chłopców, która, jak się okazało, zyskała znaczenie ponadczasowe. Dla chłopców? Po „Tomka Sawyera” chętnie sięgają też dziewczęta; kiedy studiowałem anglistykę, znajoma powiedziała mi, że czyta obie części przygód Tomka i Hucka w każde wakacje. Właśnie na anglistyce miałem też okazję powrócić do „Przygód Hucka” – powieść, uważana za jedną najważniejszych w historii literatury amerykańskiej, była naszą lekturą. Nawiasem mówiąc, jakież było moje zdziwienie, kiedy stwierdziłem wtedy, że „The Adventures of Huckleberry Finn” w oryginale są napisane slangiem (narratorem jest sam Huck Finn), co trochę utrudniało jej zrozumienie.

„Tajemnica Tomka Sawyera” wystawiona w Teatrze Miejskim w Lesznie jest oparta na tej powieści, chociaż oczywiście, jak każda adaptacja, jest tylko wyborem z wielu przygód, jakie przeżywają Tomek, jego koledzy Huck i Joe i ich sympatie: rywalizujące z sobą Becky i Amy. Mamy też inne postacie z powieści – przede wszystkim ciotkę Polly, miejscowego pijaczka Muffa Pottera i czarny charakter, który w spektaklu z powieściowego Indianina Joe został zamieniony (z przyczyn poprawności politycznej?) na Mr Blacka. Mamy wreszcie tytułową tajemnicę, o której tu oczywiście nic tu nie wspomnę – ci, którzy książkę czytali, wiedzą, o co chodzi, a tym, którzy nie czytali, nie chcę psuć zabawy.

„Tajemnica Tomka Sawyera” jest musicalem dla dzieci, który z przyjemnością obejrzą też dorośli. Oprawa muzyczna została przygotowana bardzo dobrze, co nie dziwi, biorąc pod uwagę, że muzykę do spektaklu napisał Sławomir Wierzcholski, lider zespołu „Nocna Zmiana Bluesa”. Blues rzeczywiście dominuje na scenie, chociaż nie tylko, spektakl jest po prostu bardzo dobrym musicalem. Podobała mi się też choreografia, przygotowanie taneczne aktorów, którzy dają na scenie popis bardzo wysokiej sprawności fizycznej. Spektakl jest dynamiczny, nie sposób się na nim nudzić.

Z zespołu występującego na scenie szczególną uwagę zwróciłem na panie, co w moim przypadku – mężczyzny – jest chyba naturalne? :-) Zarówno Katarzyna Kanabus (Becky), Julia Szewczyk (Amy) jak i Danuta Błażejczyk w roli ciotki Polly prezentują bardzo dobre umiejętności aktorskie i wokalne; z Danutą Błażejczyk, pochodzącą z moich rodzinnych Puław, dzięki uprzejmości Iwony Kondras ze śremskiej biblioteki miałem okazję zamienić kilka słów na scenie po spektaklu – okazało się, że mamy wspólnych znajomych. Kobiety i dziewczęta na widowni większą uwagę zwracały pewnie na mężczyzn: Macieja Dybowskiego (w roli Tomka) i Karola Osentowskiego (Huck), którzy .też zagrali bardzo dobrze.

Warto wybrać się na „Tajemnicę Tomka Sawyera” – nie tylko na Dzień Dziecka.

Łazienki

Drugi weekend maja 1987 roku pozostałem w Warszawie. Byłem sam w moim pokoju w domu studenckim na „Żwirkach”, moi dwaj współlokatorzy, studenci prawa, wyjechali do domów. Kończyły się moje studia na germanistyce. Zajęć miałem już niewiele, gotowa była też praca magisterska, w której porównywałem prasę zachodnioniemiecką i enerdowską, pozostało ją tylko oddać do przepisania na maszynie i oprawy. Zacząłem już uczyć się do egzaminu magisterskiego, który chciałem zdać w czerwcu. Oznaczało to konieczność powtórzenia przedmiotów z pięciu lat: cała gramatyka opisowa, strukturalna, konfrontatywna, historyczna, seminarium magisterskie z semantyki, ogrom materiału, ale jak długo można ślęczeć w akademiku nad notatkami z ubiegłych lat i książkami?

Nie chciało mi się schodzić na dół do sali telewizyjnej, na studiach w ogóle mało oglądałem telewizji. Nie miałem też radia – krótko wcześniej mój współlokator przypadkiem złamał antenę w moim radiomagnetofonie i oddałem go do naprawy. Sobotę 9 maja spędziłem głównie w moim pokoju, w niedzielę postanowiłem pojechać do Łazienek, na koncert chopinowski.

Mieszkając w Warszawie, w Łazienkach byłem wielokrotnie, moja znajomość parku była jednak dość powierzchowna, ograniczała się do spaceru alejami, koło pływających po stawach białych łabędzi i przemykających obok spacerowiczów wiewiórek. Chyba tylko raz byłem we wnętrzach Pałacu na Wyspie, inne budowle znałem tylko z zewnątrz, Zamek Ujazdowski do dzisiaj znam tylko z fotografii.

Przez cztery lata studiów w Warszawie nie byłem też ani razu na koncertach chopinowskich, sławnych w całej Polsce, które od lat odbywają się pod pomnikiem Chopina. Czas to nadrobić, przecież niedługo wyjadę ze stolicy i może już nigdy nie będę miał okazji ich posłuchać.

Dzień był ciepły i słoneczny. Wokół amifiteatralnie położonego pomnika Chopina zgromadziło się dość dużo słuchaczy, chociaż spodziewałem się ich większej liczby. Nie było rozgardiaszu, ludzie rozmawiali przyciszonymi głosami, w parku śpiewały ptaki. Nie przysłuchiwałem się rozmowom, czekałem tylko na koncert.

Nikt z organizatorów nie zapowiedział pianistki, koncertu ani jego programu. Pianistka w długiej, ciemnej sukni po prostu wyszła na scenę i zaczęła grać.

Co sprawia, że muzyka fortepianowa tak silnie oddziałuje na mnie, jak i na bardzo wielu ludzi? Fortepian jest jednym z moich ulubionych instrumentów. Dwa lata wcześniej, kiedy byłem na II czy III roku studiów, przeżywałem krótką fascynację klawesynem, teraz jego brzmienie jest dla mnie zbyt metaliczne, drażniące. Uwielbiam orkiestry smyczkowe, ale nie lubię słuchać skrzypiec solo, które dopiero w kwartecie, zrównoważone altówką i wiolonczelą, dają czasami niebiańskie wrażenia estetyczne. Fortepian, obok gitary, jest jednym z nielicznych instrumentów, których potrafię słuchać godzinami, kiedy grają solo.

Nad Łazienkami popłynęła muzyka Chopina – mazurki, preludia, nokturny… Polskość zaklęta w nuty, kwintesencja romantyzmu. I to miejsce… Pomnik Chopina nad taflą wody, piękna wiosenna pogoda nadawały koncertowi aurę odświętności, a przy tym harmonii. Tylko dlaczego wszystkie utwory w tonacji mollowej? Dlaczego ewokują tak smutną atmosferę?

* * *

W poniedziałek rano poszedłem po zapałki do kiosku „Ruchu” po drugiej stronie ulicy Żwirki i Wigury, przy której mieścił się mój akademik. Mężczyzna przede mną chciał kupić gazetę, ale gazet już nie było.

– Panie, dzisiaj gazety kupowali nawet tacy, co nigdy gazet nie kupują – powiedział kioskarz – po tym wypadku…

– Wypadku? – spytałem. – Coś się stało?

Kioskarz spojrzał na mnie.

– W sobotę w Lesie Kabackim rozbił się samolot do Nowego Jorku. Wszyscy zginęli.

Po weekendzie wrócili moi współlokatorzy z pokoju. Do jednego z nich wpadli koledzy z roku, rozmowa zeszła też na katastrofę w Kabatach.

– A ja to chyba ostatni w Polsce dowiedziałem się o tym – powiedział jeden z nich. – Dopiero w sobotę po południu kumpel po mi o tym powiedział i usłyszałem o tym w wiadomościach.

Nie odpowiedziałem.

Napisane w 30. rocznicę katastrofy polskiego iła w Lesie Kabackim.

Teatr Miejski w Lesznie – „Abonament na szczęście”

„Abonament na szczęście” Agnieszki Osieckiej był drugą sztuką, którą widziałem w Teatrze Miejskim w Lesznie. Wrażenie było z pewnością lepsze niż w przypadku „Zagraj to jeszcze raz, Sam” Woody’ego Allena. Czy byłem w pełni usatysfakcjonowany? Chyba nie, i podobnie jak w przypadku sztuki Allena wina leży raczej po stronie materiału literackiego niż spektaklu.

Na przedstawieniach wykorzystujących piosenki Agnieszki Osieckiej byłem wielokrotnie, po raz pierwszy na „Niech no tylko zakwitną jabłonie” w warszawskim teatrze „Syrena” ponad 30 lat temu. Osiecką na scenie kina „Słonko” śpiewały też śremskie piosenkarki – Julia Rybakowska, Dorota Grzywaczyk czy Anna Laska, a w maju 2014 r. w Julia Rybakowska, od dłuższego czasu aktorka Teatru Nowego z Poznania, zaprezentowała w „Słonku” swój spektakl piosenek Osieckiej „Byle nie o miłości”. Tytuł przewrotny, bo piosenki były tylko o miłości. Czy Osiecka w ogóle pisała piosenki o czymkolwiek innym? Są i takie, trzeba jednak przyznać, że sprawy sercowe zajmowały w jej utworach – jak i w życiu – dominującą rolę.

Biografia Agnieszki Osieckiej jest dobrze znana – jej nieprzystosowanie do życia we współczesnym świecie, zwłaszcza PRL, związki z mężczyznami, między innymi Hłaską, Frykowskim, Passentem i wieloma innymi, neurotyczność, wreszcie alkoholizm. Życie to znalazło odbicie w jej twórczości, traktującej właśnie o uczuciach, o poszukiwaniu miłości. Bardzo wiele z jej piosenek weszło na stałe do kanonu polskiej kultury, myślę, że pozostaną one żywe również za kilkadziesiąt lat. Na pewno nie jest to grafomania, którą zasypuje nas większość tekściarzy, ale nie jest to też – moim zdaniem – kultura wysoka. Kiedy słucham piosenek Osieckiej, przypominają mi się słowa Witolda Gombrowicza wypowiedziane w jego „Dzienniku” o Henryku Sienkiewiczu: „Potężny geniusz! – i nigdy chyba nie było tak pierwszorzędnego pisarza drugorzędnego”. Ten pewien dystans do piosenek Osieckiej jest chyba też uwarunkowany różnicą płci. Dla mnie jako mężczyzny temat miłości w literaturze również może być pociągający, ale jeśli autor (częściej autorka) nie pisze o niczym innym, staje się to nudne.

Grę Beaty Kawki, dyrektor artystycznej teatru w Lesznie, która wcieliła się w postać Agnieszki Osieckiej, oceniłbym na czwórkę. Publiczności (również mnie) szczególnie podobały się jej wygłaszane z kresowym zaśpiewem cytowane wypowiedzi (o mężczyznach i nie tylko) ciotki Osieckiej, z drugiej strony od aktorki tej klasy oczekiwałbym większej ekspresji w odgrywaniu tak tragicznej postaci, jaką była Osiecka. Trochę zbyt dużo było też pomyłek w podawaniu tekstu – może aktorka miała gorszy dzień?

Najatrakcyjniejsza jest oczywiście warstwa muzyczna spektaklu. Piosenek Agnieszki Osieckiej słuchamy w wykonaniu Anastazji Simińskiej, Agaty Walczak i Karola Dominiaka. Aranżacja piosenek, które są śpiewane przez aktorów wspólnie, z podziałem na role, przy akompaniamencie fortepianu i gitary, sprawia, że stają się one piosenkami aktorskimi, słucha się ich inaczej niż na przykład na festiwalu w Opolu. Słyszymy zarówno utwory bardzo popularne jak i mniej znane, wszystkie wykonane profesjonalnie, podobają się widzom. Należy też pamiętać, że sławę Agnieszka Osiecka zawdzięcza nie tylko walorom literackim swoich utworów, ale przede wszystkim temu, że po prostu miała szczęście do bardzo dobrych kompozytorów, którzy napisali dziesiątki przebojów do słów jej piosenek.

Przedstawienie w Lesznie jest dobrym spektaklem muzycznym, prezentującym piosenki najbardziej znanej polskiej autorki tekstów, o życiu samej Agnieszki Osieckiej nie dowiemy się jednak z niego wiele. Nurtuje mnie pytanie, czy ktoś kiedyś napisze sztukę o prawdziwym, dramatycznym życiu Osieckiej, jej chorobie, konfliktach z otoczeniem, chwilach szczęścia i załamania. Musiałaby to być jednak całkiem inna sztuka…

Juliusz S. Tym – „Wielkopolska Brygada Kawalerii w kampanii 1939 roku”

Pod koniec 2016 roku warszawskie wydawnictwo Tetragon specjalizujące się w historii wojskowości (w szczególności II wojny światowej) w serii „Monografie” opublikowało kolejną książkę Juliusza S. Tyma – „Wielkopolska Brygada Kawalerii w kampanii 1939 roku”. Autor, obecnie dyrektor Instytutu Strategii Wojskowej Wydziału Wojskowego Akademii Sztuki Wojennej w Warszawie, jest bardzo zasłużonym badaczem wojennych dziejów Polski, autorem kilkudziesięciu książek, w centrum jego zainteresowań są dzieje jednostek broni pancernej i właśnie kawalerii.

Jego najnowsza książka jest monografią walk prowadzonych podczas wojny obronnej w 1939 roku przez jeden z najbardziej znanych oddziałów Wojska Polskiego. O Wielkopolskiej Brygadzie Kawalerii i jej dowódcy gen. Romanie Abrahamie słyszała chyba większość śremian, przynajmniej tych interesujących się historią, przede wszystkim dzięki tablicy umieszczonej na głazie narzutowym przed budynkiem liceum ogólnokształcącego na ulicy Poznańskiej, upamiętniającej pobyt sztabu brygady w budynku w pierwszych dniach września 1939 roku. Niewielu pewnie jednak wie, że w okolicach miasta było rozlokowanych bardzo dużo pododdziałów brygady i że Śrem odgrywał ważną rolę w planowanej obronie Wielkopolski przed niemieckim najeźdźcą.

Autor szczegółowo omawia przebieg działań zbrojnych prowadzonych przez brygadę, poczynając od przygotowań wojennych i mobilizacji. Wielkopolska Brygada Kawalerii, wchodząca w skład Armii „Poznań” (brygadzie podporządkowano również 55. pułk piechoty z Leszna i Rawicza), otrzymała zadanie prowadzenia działań opóźniających i osłaniających stolicę Wielkopolski od południowego zachodu. Pas osłony obejmował cztery odcinki obrony na rzece Warcie – „Rogalin”, „Śrem” (od Góry do Śremu, dowódcą tego odcinka był major Stanisław Sosień z 55. pułku piechoty), „Zaniemyśl” i „Nowe Miasto” – oraz cztery oddziały wydzielone – „Czempiń”, „Leszno”, „Rydzyna” i „Rawicz”. Wokół Śremu skoncentrowano dużą liczbę pododdziałów brygady; sztab i dowództwo, jak wspomniano, mieściły się w budynku śremskiego liceum, skąd gen Abraham miał dowodzić obroną, wyjeżdżając też oczywiście bezpośrednio na pola działań.

Pierwsze dni września w rejonie na południe od Poznania w kierunku Leszna i Rawicza zapisały się pamiętnymi walkami z najeźdźcą, chociaż główne uderzenie sił niemieckich, doborowych jednostek Wehrmachtu, podczas kampanii wrześniowej skierowało się na inne regiony kraju: Pomorze i ziemię łódzką, tworząc kleszcze zaciskające się wokół Polski; przeciwnikami Wielkopolskiej Brygady Kawalerii na wielkopolskim odcinku frontu były natomiast głównie oddziały Landwehry i Grenzschutzu, wspomagane przez niemieckich dywersantów. Najbardziej znany epizod z tego okresu to wypad na niemieckie terytorium drugiego dnia wojny, kiedy to polskie oddziały zajęły wieś Dębowa Łąka (Geyersdorf) i ostrzelały Wschowę; mniej znane jest zajęcie Załęcza (Königsdorf) koło Rawicza i zniszczenie tamże niemieckiej kolumny samochodowej, które miało miejsce również 2 września. Niestety jeszcze tego samego dnia wieczorem gen. Abraham otrzymał w Śremie rozkaz od dowódcy Armii „Poznań” gen. Kutrzeby, nakazujący mu ściągnięcie oddziałów znad granicy na linię Warty. Następnego dnia, 3 września o godz. 12.00, gen. Abraham wydał w Śremie rozkaz operacyjny nr 3, realizujący polecenie przełożonych i oznaczający w praktyce początek wycofywania się polskich oddziałów w kierunku wschodnim. Pozostałe działania zbrojne Wielkopolskiej Brygady Kawalerii, w których jej żołnierze odznaczyli się męstwem i poświęceniem, prowadzone były już w innych regionach kraju: w pamiętnej bitwie nad Bzurą, w Puszczy Kampinoskiej i wreszcie w obronie Warszawy.

Książka Juliusza S. Tyma jest bardzo rzetelnie opracowaną monografią tych działań, jej wartość naukową podnoszą liczne przypisy, bibliografia, skorowidze nazwisk i nazw geograficznych, w książce jest nawet podana szczegółowa obsada personalna brygady (według stanu na 31 sierpnia 1939 roku). Książka jest cennym źródłem zarówno dla zawodowych historyków jak i zwykłych pasjonatów historii, również regionu śremskiego – monografia szczegółowo opisuje rozlokowanie i ruchy wojsk w pierwszych dniach września 1939 roku nie tylko w samym Śremie, lecz również mniejszych miejscowościach powiatu.

Jako śremianinowi jednej rzeczy w książce atoli mi zabrakło – szczegółowego przedstawienia kulis egzekucji 10 niemieckich dywersantów, skazanych na śmierć przez sąd polowy brygady i rozstrzelanych 3 września na obrzeżach obecnego parku im. Powstańców Wielkopolskich. Książka poświęca temu wydarzeniu zaledwie pięć linijek tekstu, a przecież, biorąc pod uwagę jego reperkusje (wykorzystanie propagandowe przez Niemców w celu usprawiedliwienia egzekucji Polaków na śremskim rynku 20 października i później w Zbrudzewie), było to ważne wydarzenie w dziejach miasta. Od dawna czekam na to, aby któryś z historyków zajął się tym tematem i gruntownie zbadał, co w Śremie zaszło 3 września – zachowało się chyba dość materiałów źródłowych? Książka Juliusza S. Tyma niestety na to pytanie nie daje odpowiedzi.

World Press Photo 2017

30 kwietnia – po nabożeństwie w kościele prawosławnym na Marcelińskiej przejazd do centrum Poznania, gdzie chcę zobaczyć kilka wystaw, przede wszystkim tegoroczną edycję World Press Photo w Zamku Cesarskim. Na wystawy tę jeżdżę co roku; mimo zastrzeżeń, jakie do nich czasami zgłaszam, wciąż uważam, że to najważniejsza cykliczna wystawa fotograficzna w Poznaniu. W ubiegłym roku na blogu napisałem, że zdjęcia na World Press Photo coraz bardziej upodabniają się do siebie, że są robione pod jedno kopyto (a raczej pod jeden gust jurorów), że brakuje im oryginalności. Opinia ta formowała się we mnie od kilku lat, częściowo mógłbym powtórzyć ją i w tym roku, ale tylko częściowo. Tegoroczna edycja wystawy jest moim zdaniem lepsza od poprzedniej, więcej zdjęć wywołało moje zainteresowanie, wzruszenie.

W tym roku główną nagrodę zdobyło zdjęcie przedstawiające zabójstwo rosyjskiego ambasadora Andrieja Karłowa w Turcji, wykonane przez Burhana Ozbilici. To rzeczywiście jedno z najbardziej zapadających w pamięć zdjęć, chociaż nagrodę zdjęcia roku otrzymało chyba bardziej za dramatyzm przedstawionej sytuacji i odwagę reportera, który nie przestał fotografować w momencie zamachu, niż za wartości artystyczne?

Jak zwykle, bardziej interesują mnie zdjęcia przedstawiające zwykłe życie i zwykłych ludzi – jak fotografia „Taking a stand in Baton Rouge” Jonathana Bachmana ukazująca młodą Murzynkę powstrzymującą oddział policji podczas zamieszek na tle rasowych w Luizjanie, albo niezwykłe w swej malarskości wnętrze salonu fryzjerskiego na Kubie sfotografowane przez Tomasa Munitę. Zwykłe życie we wszystkich jego przejawach fotografuje też Hossein Fatemi w cyklu fotografii „An Iranian Journey”. Kraj, który w Polsce (i na świecie) kojarzony jest jednoznacznie z terroryzmem i obskurantyzmem religijnym, ukazuje nam całkiem inne oblicze.

Podobnie jak w ubiegłym roku często przewija się temat uchodźców (chociaż zdjęć im poświęconych jest już mniej niż rok temu), na mnie o wiele większe wrażenie zrobiło jednak zdjęcie przerażonej dziewczynki stojącej przed (właśnie przeszukiwanym w poszukiwaniu terrorystów) domem w Mosulu – jakże inne spojrzenie na wojnę z tzw. państwem islamskim.

Dużo innych interesujących zdjęć we wszystkich kategoriach – w kategorii „Nature” najciekawsze z nich to fotografie z chińskiej hodowli pand w Chinach. Opiekujący się nimi personel również jest przebrany za… pandy, co daje niezwykły efekt wyobcowania, ale mający swoje uzasadnienie. Chodzi o to, aby nie przyzwyczajać zwierząt do wyglądu człowieka i przysposabiać je do życia na wolności.

Druga wystawa w Zamku – „Pamięć” Jessiki Backhaus – jest niestety rozczarowaniem. Chętnie zobaczyłbym wystawę malarstwa Leszka Żegalskiego, niestety na drzwiach galerii „Profil” jest wywieszka „Zaraz wracam”. Nie wiem, czy „zaraz” oznacza tu 5 minut czy pół godziny, więc rezygnuję, zwłaszcza że na zewnątrz stoi mój niezabezpieczony rower. Jeszcze krótka wizyta w galerii „Arsenał” (wystawa „Jutro nie przyjdzie nigdy” Mirosława Bałki i Katarzyny Krakowiak należy niestety do sztuki konceptualnej, którą się nie interesuję, a stereofotografie erotyczne Julesa Richardsa w fotoplastykonie okazują się tylko XIX-wieczną pornografią, bez większej wartości) i powrót do domu.