Letnia Akademia Muzyki Dawnej w Poznaniu

24 września – po zwiedzeniu trzech wystaw w Muzeum Henryka Sienkiewicza i Bibliotece Raczyńskich przejazd do Akademii Muzycznej, gdzie w auli im. Stefana Stuligrosza ma odbyć się koncert finałowy VIII Letniej Akademii Muzyki Dawnej. Koncert zaplanowano na godz. 12, do auli wchodzę za pięć dwunasta – jestem pierwszym słuchaczem.

Po chwili pojawiają się kolejne osoby, większość to chyba pracownicy i studenci Akademii, w tym mówiący po francusku profesor, osób spoza tego grona prawie nie ma, łącznie zgromadziło się nas na sali kilkanaście osób, muzycy razem z nami. Wykładowczyni z Akademii dyryguje wszystkim: trzeba odsunąć na bok pianoforte, aby nie zasłaniało klawesynu; mam dla was dyplomy, ale pan profesor musi jeszcze podpisać. Przepraszam, koncert jest trochę improwizowany, to znaczy każdy z muzyków decyduje, co chce zagrać. To kto z was zacznie? Pani? Jeszcze nie gotowa? No to pan, niech każdy z was zapowie utwór przed koncertem.

Czterech muzyków, czterech kompozytorów – Rameau, Telemann, Frescobaldi i Bach, czyli barok i styl galante. Trzy utwory na klawesyn, jeden na skrzypce. Już pierwsze dźwięki klawesynu powodują, że moja niechęć do metalicznego brzmienia instrumentu (jakże wolę współczesny fortepian!) powoli znika, może to z tego powodu, że taką muzykę na żywo, siedząc w pierwszym rzędzie, odbiera się inaczej niż z płyty. Szczególnie podoba mi się (wykonana w całości) suita Bacha. Brzmienie klawesynu fascynowało mnie w młodości, od dawna przedkładam nad niego fortepian, może jednak wrócę do klawesynu, pianoforte i innych poprzedników fortepianu?

To wszystko, dziękujemy, zapraszamy na następny koncert do Auli Nova w październiku; po 40-minutowym koncercie opuszczamy salę.

Kiedy ostatni raz byłem w auli im. Stefana Stuligrosza? Chyba w listopadzie ubiegłego roku na Międzynarodowym Konkursie Wokalnym Muzyki Dawnej „Canticum Gaudium”. Z frekwencją było wtedy trochę lepiej (przyszło kilkadziesiąt osób), występy konkursowe trwały też oczywiście dłużej, poza tym ta sama nieformalna atmosfera improwizacji, bardzo, bardzo daleka od gali koncertów w Auli Uniwersyteckiej, czy nawet Musica Sacromontana w Gostyniu. Nie mam zresztą nic przeciwko temu. Myślę, że młodzi muzycy dobrze się w niej czują, a osoby z zewnątrz, takie jak ja, mogą posłuchać dobrej muzyki w (prawie) profesjonalnym wykonaniu.

Biblioteka Raczyńskich – „Quo Vadis w sztuce”, „Nowy poczet władców Polski”, „Z archiwum Wydawnictwa Poznańskiego”

24 września – wyjazd rowerem do Biblioteki Raczyńskich na trzy wystawy – „Quo Vadis w sztuce” w Muzeum Henryka Sienkiewicza (oddziale Biblioteki) oraz „Nowy poczet władców Polski” i „Retrospekcja. Z archiwum Wydawnictwa Poznańskiego” w gmachu głównym przy al. Marcinkowskiego.

„Quo Vadis w sztuce” to nowa wystawa czasowa w gmachu muzeum przy Starym Rynku – jak zwykle niewielka (mała sala nie pozwala na większe ekspozycje), ale interesująca. Przy wejściu ogólne informacje o powieści (Sienkiewicz pisał ją m.in. w Rogalinie, przez który przejeżdżałem dzisiaj w drodze do Poznania), jej tłumaczeniach, fenomenie popularności. Prezentowana sztuka jest bardzo różnorodna: zdjęcia rzeźb Ursusa walczącego z turem, plakaty filmowe, nawet partytura muzyczna oratorium „Quo Vadis” Feliksa Nowowiejskiego, wreszcie część graficzna – dla mnie najbardziej interesująca.

Najbardziej podobają mi się monochromatyczne heliograwiury Piotra Stachiewicza ze scenami z powieści, użyte jako ilustracje w wydaniu książkowym. Eksponowane obok nich kolorowane pocztówki oparte na tychże grafikach podobają mi się już o wiele mniej – pokolorowanie nadało im wręcz kiczowaty charakter, no, ale w końcu na początku XX wieku, ponad 100 lat temu, były przeznaczone dla masowego odbiorcy…

To samo mógłbym powiedzieć o pracach Jana Styki, drugiego ze znanych ilustratorów „Quo Vadis”. Był autorem rysunków, na podstawie których wykonano drzeworyty i miedzioryty do powieści. Na wystawie jest pokazana tylko jedna taka grafika jako ilustracja w książce, reszta to kolorowane pocztówki, znowu zbyt krzykliwe i jaskrawe w barwach. Szkoda, że nie udało się sprowadzić na wystawę choćby jednego czy dwóch oryginalnych rysunków Styki, przypuszczam jednak, że mają zbyt dużą wartość, że wiązałoby się to ze zbyt dużymi trudnościami.

Na koniec jedna uwaga do organizatorów wystawy: „Dirce chrześcijańska”, której olejodrukowa kopia wisi przy wejściu na wystawę, nie została namalowana przez Piotra Stachiewicza, jak głosi podpis pod nią – to jednej z najbardziej znanych (obok „Pochodni Nerona”) obrazów Henryka Siemiradzkiego, obraz tak znany, że aż dziw, że mogło dojść do takiej pomyłki. Trzeba poprawić…

* * *

Na wystawę „Nowy poczet władców Polski” w gmachu głównym Biblioteki Raczyńskich chciałem przyjechać już w czasie wakacji, biblioteka  soboty była wtedy jednak zamknięta, dopiero teraz mogę się z nią zapoznać.

Wszyscy Polacy znają poczet królów i książąt polskich Jana Matejki, chociaż większość ma chyba błędne wyobrażenie, że to cykl portretów olejnych namalowanych przez artystę. W rzeczywistości Matejko stworzył cykl (znakomitych) rysunków ołówkowych, które później zostały, z lepszym lub gorszym skutkiem, pokolorowane. Już w XXI wieku temat wziął ponownie na warsztat znany plakacista Waldemar Świerzy, pracując nad nim aż 10 lat, praktycznie do swojej śmierci w 2013 roku.

Poczet Świerzego okazuje się całkiem inny od prac Matejki, momentami bardzo ciekawy i… odkrywczy. Nie mogę się zgodzić z twierdzeniem podanym w informacji na wystawie, że artysty nie interesowała psychologia postaci. Portrety Świerzego dużo mówią nie tylko o (przeważnie wyimaginowanym) wyglądzie naszych władców, lecz również o cechach ich charakteru. Wiele z portretów jest diametralnie innych od wizji Matejki, która ukształtowała również popularny wizerunek tych postaci w zbiorowej świadomości Polaków (dotyczy to np. postaci Mieszka I czy Władysława Jagiełły), chociaż w przypadku wielu Świerzy szedł też śladem Matejki. Informacja na wystawie podaje również, że szczegóły ubioru władców były konsultowane ze specjalistami. Konsultacje te nie były chyba jednak zbyt głębokie, bo są też pomyłki – Konrad Mazowiecki nie mógł nosić zbroi płytowej, w której jest przedstawiony, weszła ona do użytku później (identyczny błąd popełnił zresztą Matejko, na którym Świerzy się tu wzorował). Nie jest to jednak istotne – w końcu mamy tu do czynienia z wizją artystyczną, nie naukową.

* * *

Druga wystawa czasowa w gmachu głównym Biblioteki Raczyńskich (w Galerii Edwarda) – „Retrospekcja. Z archiwum Wydawnictwa Poznańskiego” – okazuje się dla mnie najciekawsza.

Wydawnictwo Poznańskie, prywatna oficyna, wciąż istnieje i ma się dobrze. Wystawa poświęcona jest jednak jego poprzednikowi – przedsiębiorstwu państwowemu, utworzonemu w 1956 roku i funkcjonującemu do transformacji ustrojowej, do 1992 roku. Wystawa nie jest ściśle rzecz biorąc historią wydawnictwa – przez wybrane dokumenty ukazuje jednak najciekawsze momenty w dziejach oficyny: od pism kierowanych do władz, postulujących jego utworzenie (zachodnia Polska wcześniej była wcześniej pozbawiona takiego ośrodka animującego ruch literacki), przez odbitki szczotkowe, projekty okładek, również książek, których wydanie z różnych względów, również cenzuralnych, nie doszło do skutku, rękopisy i maszynopisy wspomnień zwykłych ludzi nadsyłanych na konkursy organizowane przed wydawnictwo, korespondencję z pisarzami, po oryginalne ilustracje do książek. Na wystawie jest bardzo dużo cennych dokumentów, m.in. księga rejestrująca wszystkie projekty wydawnicze, z której możemy też dowiedzieć się o wysokości honorarium autora (Jerzy Pertek za swoje „Wielkie dni małej floty”, wpisane w księdze jako pierwsza pozycja, otrzymał 1750 zł – dużo to, czy mało było w latach 50.?), i przede wszystkim oryginalne listy pisarzy: Edwarda Stachury, Teodora Parnickiego, Magdaleny Samozwaniec (wspólnie z Mają Berezowską planowała wydać książkę o historii mody, projekt nie został jednak zrealizowany). Dlaczego tak małe zainteresowanie wystawą? Podczas gdy na wystawie Świerzego w Galerii Atanazego oprócz mnie było jeszcze kilka osób, tu wystawę zwiedzam w ciszy i spokoju, sam.

Opuszczam Bibliotekę Raczyńskich – czeka mnie dzisiaj jeszcze koncert w Akademii Muzycznej i kolejna wystawa w Centrum Kultury Zamek.

Lubuski Teatr w Zielonej Górze – „Szklana menażeria”

„Szklaną menażerię” Tennessee Williamsa,  arcydzieło amerykańskiego dramatu, ostatnio widziałem w teatrze w Kaliszu w marcu 2011 roku. Wrażenia ze spektaklu miałem wtedy mieszane: bardzo podobała mi się gra aktorska Bożeny Remelskiej grającej Amandę, w ogóle nie podobała mi się natomiast rola Laury, granej przez Katarzynę Kilar. W spektaklu nie było też „szklanej menażerii” – reżyser uwspółcześnił sztukę, zamiast realistycznych dekoracji decydując się na budowę dość abstrakcyjnej konstrukcji z półek zastawionej niebieskimi pluszowymi konikami. Spektakl zapadł mi jednak w pamięci, tak że kiedy dowiedziałem się o premierze sztuki Williamsa w teatrze w Zielonej Górze, postanowiłem pojechać tam i porównać te dwa przedstawienia.

„Szklana menażeria” w Lubuskim Teatrze w Zielonej Górze jest całkiem innym przedstawieniem od tego, które zapamiętałem z Kalisza – innym i lepszym, momentami bardzo dobrym: począwszy od surowych ale zachowujących realizm dekoracji (wnętrza domu amerykańskiej rodziny są obramowane deskami, pochodzącymi jakby z drewnianego ogrodzenia, co podkreśla jej zdeklasowanie) przez starannie dobraną oprawę muzyczną, dalej „szklaną menażerię”, która tu naprawdę składa się ze szklanych i porcelanowych figurek zwierząt, aż po grę aktorów.

„Szklana menażeria” jest dramatem na tyle znanym, że chyba nie ma tu potrzeby streszczać akcji. Troje postaci przeżywa dramat rodziny, w którego centrum jest niepełnosprawna córka – Laura. Wreszcie – jak w greckiej tragedii – dochodzi do perypetii w postaci pojawienia się czwartej postaci i ponownej utraty złudzeń.

Do sukcesu przedstawienia w Lubuskim Teatrze przyczyniają się przede wszystkim panie: Elżbieta Donimirska grająca Amandę i Alicja Stasiewicz w roli córki Laury. Elżbieta Donimirska bardzo dobrze weszła w rolę toksycznej matki żyjącej wspomnieniami swojej „świetnej młodości”, obecnie zatruwającej życie dzieci… dążeniem tylko do ich dobra. Postać ponadczasowa – w iluż rodzinach jest taka matka, a później teściowa? Elżbieta Donimirska gra Amandę inaczej niż Bożena Remelska, zapamiętana przeze mnie z Kalisza, obie prezentują jednak wysoką klasę.

Jeszcze większe słowa uznania należą się Alicji Stasiewicz, której rola w dramacie jest przecież najtrudniejsza do zagrania. Aktorka znakomicie wcieliła się w rolę niepełnosprawnej Laury, która nie może nawiązać relacji z innymi ludźmi, przeżywa piekło alienacji, nagle, na skutek niezwykłego zbiegu okoliczności, otrzymuje szansę wyjścia z tego piekła, przez kilkanaście minut jest w raju, aby potem znowu pogrążyć się w rozpaczy. Myślę, że widzowie na długo zapamiętają postać utykającej, skulonej w sobie Laury, zwłaszcza scenę, w której upada na podłogę, wijąc się w konwulsjach. Jeśli miałbym coś doradzić aktorce i reżyserowi, to lepsze opracowanie sceny, w której w finale Laura dowiaduje się prawdy o Jimie (przydałoby się więcej ekspresji, powrót z raju do piekła nie jest ukazany wystarczająco wyraziście) oraz rezygnacja z końcowego krzyku Laury – cicha rozpacz mówi więcej niż krzyk.

Na tle obu aktorek dwóch odtwórców męskich ról wypada trochę gorzej, nad warsztatem aktorskim musiałby zwłaszcza jeszcze trochę popracować aktor grający Toma, brata Laury, ogółem jednak spektakl jest dobrze zagrany.

Na „Szklaną menażerię” do Zielonej Góry pojechałem ze Śremu rowerem, przy okazji odwiedzając też galerię BWA w Zielonej Górze. Była to dopiero moja trzecia wizyta w tym teatrze. Mam nadzieję, że będę miał okazję zobaczyć jeszcze inne sztuki w nim wystawiane.

Galeria BWA w Zielonej Górze

17 września – wyjazd do Zielonej Góry, na wystawę sztuki w galerii BWA i na spektakl „Szklana menażeria” w zielonogórskim teatrze. To chyba ostatni wyjazd rowerem w tak długą trasę w tym roku? Jesienią i zimą będę mógł jeździć najwyżej do Poznania i Leszna.

Wyjazd o godz. 5.15. Przeprawa promowa na Odrze w Przewozie/Milsku jest dzisiaj nieczynna, muszę więc jechać główną trasą przez Wolsztyn i Sulechów, ale najpierw lokalnymi drogami przez Kościan, Wielichowo. Pierwszy, dość nieoczekiwany postój w Prochach koła Wolsztyna. Wielokrotnie tamtędy przejeżdżałem, ale dopiero z ciekawości teraz skręcam do centrum wioski, w której odkrywam ładny drewniany kościół, o dziwo, mimo soboty, otwarty i całkiem pusty, niestrzeżony. A jest co strzec – cenne wyposażenie, największe wrażenie robi gotycka płaskorzeźba z lipowego drewna z XVI wieku, przedstawiająca rodzinę Najświętszej Marii Panny.

Kolejny postój i odpoczynek w Kargowej, gdzie na rynku nawiązuję rozmowę z dwiema kobietami siedzącymi na ławce obok stojaka z literaturą Świadków Jehowy. Panie są świadkami? Dużo jest świadków w Kargowej? W Śremie, a właściwie w Psarskiem pod Śremem też mamy salę królestwa, są dwa zbory: Śrem Północ i Śrem Południe. O widzimy, że pan zorientowany. Tak, kiedyś zajrzałem tam z ciekawości, przejeżdżając obok. Świadkiem Jehowy była też pisarka ze Śremu, Magdalena Okoniewska, która w swojej książce „Mój świat jest kobietą” w 2004 roku opisała m.in. swoje wrażenia z bycia członkiem tej wspólnoty. Wrażenia nie były jednak dobre, szybko się rozczarowała i zrezygnowała. A w Kargowej duże jest zainteresowanie tą literaturą? Nieduże? No to życzę powodzenia, muszę jechać dalej, jeszcze kilkadziesiąt kilometrów przede mną.

Jeszcze jeden postój w Sulechowie (między Kargową a Sulechowem warunki jazdy trudne, nie dość, że to ruchliwa droga krajowa, to jeszcze kilka podjazdów pod górę) i wreszcie przez Cigacice i most na Odrze wjazd do Zielonej Góry. Przed Galerią BWA przy al. Niepodległości jestem o godz. 14, prawie po 9 godzinach jazdy.

W BWA otwarto właśnie wystawę „Życie artystyczne Zielonej Góry w latach 1945-2016”. Ekspozycja zajmuje jedno duże pomieszczenie, w których na ścianach chronologicznie zawieszono dzieła plastyków związanych z Zieloną Górą. Pod dziełami kalendarium wydarzeń artystycznych w mieście od przejęcia miasta przez Polaków, z którego dużo można dowiedzieć się o miejscowym środowisku w tym zawsze wojewódzkim, ale przecież niezbyt dużym mieście. Większość tych nazwisk nic mi nie mówi, kojarzę tylko grupę artystyczną Sędzia Główny (nie wiedziałem, że jej członkinie związane są z Zieloną Górą), dużo jednak ciekawych prac. Jak zwykle o więcej czasu spędzam przy sztuce figuratywnej niż abstrakcyjnej, podobają mi się zwłaszcza portrety z dawniejszych lat, ale też sztuka najnowsza, już z XXI wieku. Ogólnie wystawa dobrze skomponowana, chociaż widać też pewne braki. W ogóle brakuje sztuki socrealistycznej (czy takiej nie tworzono w Zielonej Górze w latach 50.?), zastępuje ją obraz „Na straży pokoju” Stefana Słockiego, ale pochodzi on już z 1974 roku – czy też to błąd w podpisie? Z lat 50. są za to inne ciekawe obrazy, m.in. Klema Felchnerowskiego, bardzo zasłużonego dla Zielonej Góry, jego ławeczka jest tuż obok, przy Muzeum Ziemi Lubuskiej. Obrazy z lat 60., a zwłaszcza 70. przywołują mi na myśl moje dzieciństwo i młodość – estetykę, z którą się wtedy stykałem, chociaż moje zainteresowanie sztuką w tamtych czasach siłą rzeczy było dość płytkie. Z tej części wystawy zapamiętam np. „Portret aktorki” czy „Zmierzch”, przedstawiający obalenie pomnika starożytnego myśliciela (?). Kolejne lata, i sztuka staje się coraz bardziej zróżnicowana treściowo i formalnie, coraz bardziej krytyczna i… ironiczna wobec otaczającej nas rzeczywistości. Taki jest np. obraz „Ciągnij prezes” Rafała Wilka, takie są „Myszki”, będące trawestacją słynnych „Rozstrzelań” Andrzeja Wróblewskiego.

W mniejszej sali Galerii BWA kolejne ciekawe odkrycie: wystawa rysunków „Wielkie mi rzeczy” Pauliny Poczętej. „Wielkie mi rzeczy” w rzeczywistości są rzeczami dość małego formatu, ale o przejmującej treści: cykle „Histeria hipstera”, Ślady po bańkach”, „Mieszkając w domku z kart”, przedstawiające ludzkie postaci o zwykłych albo niezwykłych, zdeformowanych kształtach, są dla mnie przede wszystkim świadectwem zainteresowania,  współczucia autorki dla losu szarego człowieka w całej jego cielesności.

Na koniec długa – i bardzo interesująca – rozmowa z opiekunem wystawy. Mężczyzna, już na rencie, pracuje tutaj tylko na część etatu, okazuje się być jednym z organizatorów Lubuskiego Lata Filmowego. Bardzo dobrze zna środowisko artystyczne nie tylko Zielonej Góry, również Wrocławia, bywał też w Puławach, moim mieście rodzinnym. Rozmawiamy o Łagowie, Wrocławiu, Lubelszczyźnie, blaskach i cieniach życia artystycznego w Polsce. Zbyt osobista staje się jednak momentami ta rozmowa, nie mam prawa jej tu przytaczać. Może jeszcze się spotkamy przy której z moich kolejnych wizyt w Zielonej Górze?

Muzeum Współczesne Wrocław – „Stosunki pracy”

10 września – po zwiedzeniu wystawy Witkacego w Centrum Kultury Zamek na Leśnicy powrót do centrum Wrocławia, na plac Strzegomski, gdzie chcę jeszcze zwiedzić wystawę „Stosunki pracy” w moim ulubionym Muzeum Współczesnym. Jest już godz. 15, a mój pociąg powrotny do Czempinia odjeżdża z Mikołajowa o 16.47, mam więc praktycznie tylko półtorej godziny czasu. Zdecydowanie za mało, mimo to decyduję się wejść do muzeum – nie wiadomo, kiedy następny raz będę miał okazję tu przyjechać.

„Stosunki pracy” różnią się od wystaw, które wcześniej widziałem w Muzeum Współczesnym. Jest to pierwsza przekrojowa ekspozycja ukazująca prace z kolekcji stałej muzeum, kolekcji stałej, której, jakby się dotąd wydawało, muzeum nie ma – dotychczas widziałem tylko różne monograficzne wystawy czasowe pochodzące z innych zbiorów. Kolekcja taka, i to bogata kolekcja, jednak istnieje, a „Stosunki pracy” są jej pierwszym tak obszernym i kompleksowym pokazem.

„Stosunki pracy” – tytuł wystawy niezbyt szczęśliwy, bardziej pasuje do pracy naukowej z dziedziny ekonomiki; nie pomoże też, jeśli stwierdzimy, że chodzi tu o sztukę kiedyś częściej nazywaną zaangażowaną. To chyba z postacią Antoniego Słonimskiego łączy się anegdota o tym, jak poeta dowiedział się o wystawie sztuki zaangażowanej. – Zaangażowanej? A kto ją zaangażował? – zapytał Słonimski. A jednak żyjąc we współczesnym świecie, nie odejdziemy od uwikłania w sprawy polityczne i społeczne – przekonał się o tym i sam Słonimski, właśnie „angażując się” od lat 60. w działalność opozycyjną, na skutek czego stał się obiektem nagonki ze strony władz, a jego dzieła znalazły się na indeksie.

„Stosunki pracy” odzwierciedlają zainteresowanie współczesnych artystów polskich i zagranicznych kwestiami społecznymi, przede wszystkim problemami wyzysku, alienacji człowieka w jego środowisku pracy, ale też kolonializmu, postkolonializmu, napięć na tle narodowościowym, niszczącego wpływu działalności człowieka na krajobraz, nawet związanych z tym aspektów seksualności. Wystawa jest bardzo zróżnicowana; zgodnie ze współczesnymi prądami dominują na niej sztuka video i różne formy instalacji przestrzennych. Tylko jedna praca jest już mi znana: „Run free” Piotra Wysockiego i Dominika Jałowińskiego, ukazujące wspólne warsztaty radomskiej młodzieży ze środowisk robotniczych i… oddziałów prewencyjnych policji (niegdyś ZOMO), pozostałe widzę po raz pierwszy, chociaż o niektórych już słyszałem.

Z ulubionej przeze mnie sztuki video na pierwszej kondygnacji wystawy oglądam najpierw w całości „Tkaczy” Anny Molskiej. Fragmenty dialogów z dramatu Gerharta Hauptmanna w filmie wygłaszane są przez współczesnych robociarzy pracujących w kopalni, na tle kominów i szybów Śląska. Dużo też innych interesujących prac z gatunku video art, jak poetyckie i impresyjne „Time and a Half” Miki Rottenberg, ukazujące bawiące się dzieci „Combeck” Binelde Hyrcana, a na drugiej kondygnacji „Wilczyca” Pilar Albarracín, w której artystka przebywa w jednym pomieszczeniu z wilkiem, dzieląc się z nim surowym mięsem i czerwonym winem. Niektóre video, w zamierzeniu dzieła sztuki, nieoczekiwanie jawią mi się jako interesujące zapisy dokumentalne – dotyczy to np. „The Trick Brain” Eda Atkinsa, przedstawiające kolekcję etnograficzną surrealisty André Bretona. Przypuszczam, że podobne wrażenie odniósłbym również po obejrzeniu całości filmu „Blackmendream”, w którym amerykański artysta Shikeith opowiada o swojej tożsamości czarnego mężczyzny, oglądam jednak tylko jego fragment, film jest zbyt długi. W ogóle perspektywa odjazdu pociągu i brak czasu uniemożliwiają mi obejrzenie w całości wielu filmów – niektóre z nich długością zbliżają się do godziny.

Również wśród form przestrzennych i bardziej tradycyjnych dużo interesujących obiektów. Zapamiętam z nich np. „Trzy łańcuchy” rekwizytów Erana Schaerfa z przebraniami Robin Hooda, myszki Mickey i rdzennych Amerykanów (wszystkie używane przez demonstrantów w różnych częściach świata), obraz „Fake Death Picture” Yinki Shonibare (nawiązanie do śmierci admirała Nelsona i obrazu „Śmierć św. Franciszka Bartholomé Carducho), czy „Zegary chodzące wstecz” Dominika Langa, z przeciętą na pół rzeźbą ludzkiej postaci, wykonaną przez jego ojca Jiřiego. Żałuję, że nie mogę dokładnie obejrzeć 122 kolaży Joanny Rajkowskiej „Urodzona w Berlinie – List do Róży”, skierowanych do jej córki, która niedługo ma przyjść na świat. Niestety dokładne ich przestudiowanie zajęłoby mi ponad godzinę, a czas nagli.

Z tego samego powodu tylko pobieżnie oglądam dwie inne wystawy czasowe w Muzeum Współczesnym – „Found Photos in Detroit” i „Lost and Found”. Obie zorganizowane w ramach właśnie kończącego się festiwalu fotografii (TIFF) we Wrocławiu, ale jakże inne to fotografie… „Lost and Found” to prywatne zdjęcia japońskich rodzin odnalezione po trzęsieniu ziemi i tsunami w 2011 roku; zniszczone w kataklizmie, z zamazanymi, fragmentarycznymi obrazami, stały się na skutek tej katastrofy całkiem innym rodzajem sztuki. „Found Photos in Detroit” to plon poszukiwań fotografii w archiwach policyjnych, prywatnych i… na śmietnikach amerykańskiej metropolii, która w latach 70.zaczęła podupadać. Realistyczne, dobrze zachowane zdjęcia wykonane prawdopodobnie przez fotografów policyjnych sąsiadują ze zdjęciami zniszczonymi na skutek złego przechowywania. Zdjęcia te zaczynają przypominać odrealnione malarstwo, wreszcie abstrakcję. Niestety obu wystaw nie uda mi się już zobaczyć szczegółowo – niedługo się kończą.

Powrót pociągiem z Wrocławia Mikołajowa do Czempinia, stamtąd znowu rowerem do Śremu. W domu jestem o 20.30, po 17 godzinach od wyjazdu.

Centrum Kultury Zamek we Wrocławiu – Witkacy

10 września – piąty (w tym czwarty na rowerze) w tym roku wyjazd do Wrocławia, tym razem na wystawę „Asymetryczna dama” w zamku na Leśnicy i do Muzeum Współczesnego. Wyjazd o godz. 3.30, czyli jeszcze w nocy, świtać zacznie dopiero za Krobią. Pierwszy postój i odpoczynek w Rawiczu. Kilkanaście kilometrów za Rawiczem słyszę nagle przed sobą huk na szosie. Wypadek? Nie, to pękła opona w przyczepie samochodu ciężarowego. Skrawki opony spadają na odcinku kilkudziesięciu metrów, ciężarówka skręca i zatrzymuje się na placu dla pojazdów obsługujących trwającą właśnie budowę drogi S-5. Na chwilę zatrzymuję się przy samochodzie. Kierowca wyszedł z kabiny i ogląda to, co zostało z opony – nagą felgę, obręcz koła.

– Leży tam opona na szosie? – pyta.

– Leżą skrawki – guma i inne części.

– To nie ma, k…wa, kto tego posprzątać? – mówi mężczyzna. I po chwili do mnie – Zajmiecie się tym?

Ja? Trochę dziwne żądanie jak na sprawcę całego tego bałaganu na jezdni. Wyjaśniam, że jadę do Wrocławia i odjeżdżam.

Jeszcze jeden postój na odpoczynek w Trzebnicy i wreszcie wjeżdżam do Wrocławia. Do Leśnicy zaplanowałem jechać obwodnicą, którą wypatrzyłem wczoraj na Google Maps, czeka mnie jednak przykra niespodzianka: obwodnica ma charakter drogi ekspresowej, jest zamknięta dla rowerów, muszę więc jechać dalej do centrum. Ze Żmigrodzkiej skręcam w Bałtycką, przejeżdżam przez most Osobowicki, koło więzienia, przez mosty Mieszczańskie; po raz pierwszy jadę tą trasą, gubię drogę, mój plan Wrocławia z 1988 roku nie pomaga, bo zmieniły się tymczasem nazwy ulic, znowu przeklinam niezrozumiały układ komunikacyjny Wrocławia, wreszcie odnajduję most Sikorskiego i ulicami Sikorskiego i Zachodnią dojeżdżam do Legnickiej i dworca Mikołajów. Te okolice są mi już znajome, wiem, jak jechać dalej, chociaż do Leśnicy, która leży na samym końcu Wrocławia, jeszcze hen, hen – około 10 kilometrów. Przy leśnickim zamku jestem o godzinie 12.30 – po 9 godzinach jazdy.

* * *

Centrum Kultury Zamek w Leśnicy odkryłem dopiero w styczniu tego roku, kiedy pojechałem tam na wystawę Edwarda Dwurnika. Barokowy zamek (zabytkowa wprawdzie jest tylko elewacja, w środku współczesne pomieszczenia mieszczą pracownie lokalnego centrum kultury, do tego jedna sala wystawowa) i całe jego otoczenie spodobały mi się tak bardzo, że postanowiłem częściej tu zaglądać. Okazja nadarzyła się teraz we wrześniu – z Muzeum Historii Katowic sprowadzono niewielką wystawę portretów Witkacego pod tytułem „Asymetryczna dama”.

Asymetryczna dama to Eugenia Wyszomirska, którą Witkacy poznał w latach 30., nazwana tak przez niego z powodu rzekomo nieregularnych rysów twarzy. Asymetryczność tę rzeczywiście widać na jej portretach (wykonanych przeważnie techniką rysunku pastelowego); czy taka była w rzeczywistości? Fotografie w zasadzie tego nie potwierdzają, poza tym podobno twarz każdego człowieka jest asymetryczna. Nie jest to zresztą istotne. Rysunki Witkacego mimo przedstawienia tej asymetryczności rysów twarzy Eugenii Wyszomirskiej nie są karykaturami, to po prostu bardzo dobre przykłady dzieł powstających w prowadzonej przez artystę znanej „firmie portretowej”, z której regulaminem (we fragmentach) również możemy zapoznać się na wystawie. Tak jak portrety innych osób rysowanych przez Witkacego, dzieła te bardzo się różnią między sobą – od „wylizanych” (określenie Witkacego z jego regulaminu) do czasami w dużym stopniu deformujących rzeczywistość. Modelka jest przedstawiona w różnych strojach i pozach, w jednym portrecie też na tle morskiego pejzażu. Portretów jest tylko 12 (a właściwie 11, bo dwunasty to autoportret Witkacego), ale każdy jest inny i każdy świadczy o rosnącej fascynacji artysty modelką.

Jak w przypadku innych portretów Witkacego, z wystawy w leśnickim zamku o wiele więcej niż o psychice modelki możemy dowiedzieć się o wnętrzu samego artysty – jego erotomanii,  trudnych związkach z kobietami, nałogach (jak na innych portretach, i na tych znajduje się informacja o tym, z jakich środków odurzających artysta korzystał, aby zyskać wenę twórczą). Wystawa jest więc cenna dla wszystkich zainteresowanych osobowością i twórczością Witkacego (również literacką, w oddzielnym pomieszczeniu możemy zobaczyć kanadyjski film animowany inspirowany jego operetką „Panna Tutli-Putli”).

Wystawę „Asymetryczna dama” uzupełniają fotografie przedstawiające Witkacego i Eugenię Wyszomirską i kopie jego korespondencji do niej. Fotografie mają charakter amatorski, cechują się więc brakami technicznymi i pozbawione są większej wartości artystycznej, mają jednak wartość dokumentalną. Jeszcze większą wartość mają kartki i listy pisane przez Witkacego do Eugenii i jej rodziny, pozwalające choćby częściowo zrozumieć łączące ich relacje.

Na wystawie spędzam ponad godzinę. Potem jeszcze przejażdżka alejami parku w Leśnicy (jest duży i ładny, chociaż poza zamkiem nie ma w nim żadnych zabytkowych budowli) i z powrotem do centrum, na drugą wystawę w Muzeum Współczesnym.

Biennale Malej Formy Graficznej i Ekslibrisu w Ostrowie Wielkopolskim

3 września – wyjazd do Ostrowa Wielkopolskiego na XVI Międzynarodowe Biennale Małej Formy Graficznej i Ekslibrisu i jednocześnie okazja do przypomnienia sobie tego miasta, które tak rzadko odwiedzam. Chociaż w pobliskim Kaliszu jestem kilka razy w roku (przeważnie w teatrze), w Ostrowie, jeśli nie liczyć przesiadek na dworcu PKP, ostatnio byłem w 2009 roku, przy okazji wycieczki rowerem do Antonina na festiwal „Chopin w barwach jesieni”. Zajechałem wtedy też do Muzeum Miasta Ostrowa Wielkopolskiego, aby zwiedzić wystawę czasową poświęconą chińskiej armii terakotowej, i wtedy właśnie od pracowników muzeum usłyszałem po raz pierwszy o tradycji organizowania biennale w tym mieście. Pamiętałem o imprezie, ale dopiero teraz udało mi się na nią pojechać.

Wernisaż w ostrowskim ratuszu jest zaplanowany na godz. 11, ja w sobotę rano muszę jeszcze trochę popracować i jestem wolny dopiero o 7.30, jazda całą trasę rowerem do Ostrowa nie wchodzi więc w grę, zwłaszcza, że wieje dziś dość silny południowy wiatr. Postanawiam dojechać rowerem tylko do Chociczy i stamtąd dalej pociągiem. Wyjeżdżając ze Śremu, zaglądam jeszcze na półkę book-crossingu na dworcu PKS w Śremie, gdzie znajduję „Ryby śpiewają w Ukajali” i „Zdobywamy Amazonkę” Arkadego Fiedlera. „Ryby…” już mam przeczytane w swojej biblioteczce, a „Zdobywamy Amazonkę” traktuje właściwie o tym samym, to jest o jeszcze przedwojennej podróży Fiedlera do Amazonii, obie książki zamierzam więc zostawić na półce, kiedy na stronach tytułowych dostrzegam dedykację i autograf… Arkadego Fiedlera – tak cenne pozycje muszą się znaleźć w mojej torbie. Dopiero po powrocie orientuję się, że książki zostały wydane w latach 1987 i 1988, Arkady Fiedler (zmarł w 1985 r.) nie mógł więc ich podpisać. Czy to podpis jego syna Arkadego Radosława, czy ktoś sobie zażartował?

Rower powierzam opiece metalowego stojaka na stacji w Chociczy i wsiadam do pociągu do Ostrowa. Na miejscu jestem punktualnie, do budynku ratusza wchodzę kilkanaście minut przed godziną 11. Jestem mile zaskoczony frekwencją: na wernisażu zgromadziło się około dwustu osób, może więcej. Domyślam się, że duża część to artyści, pewnie jest też cała śmietanka towarzyska Ostrowa, z której oczywiście nikogo nie znam. Czas do oficjalnego otwarcia wystawy spędzam na pierwszym, na razie pobieżnym obejrzeniu prac, których też jest bardzo dużo. Na stronie internetowej muzeum przeczytałem, że jest tu 525 grafik – zarówno ekslibrisów jak i małych grafik w formacie do 20 cm – 344 artystów z 40 krajów.

Wreszcie z niewielkim opóźnieniem rozpoczyna się wernisaż biennale. Przemówienia, wręczenie nagród; nagrody i wyróżnienia wręczają m.in. pani prezydent Ostrowa, Beata Klimek, i przewodniczący jury, Andrzej Basaj. Pierwszą nagrodę zdobył Włoch Pietro Paolo Tarasco, drugą i trzecią przyznano Polakom – Ryszardowi Baloniowi i Janowi Szmotlochowi. Grono artystów uczestniczących w biennale jest jednak bardzo kosmopolityczne – pochodzą nie tylko z Polski i całej Europy, ale też z tak odległych krajów jak Japonia, Tajlandia, Argentyna, Puerto Rico… Po przemówieniach i wręczeniu nagród jeszcze wspólne zdjęcie przed ratuszem i wreszcie mogę w spokojniejszej atmosferze obejrzeć wszystkie prace, zanurzyć się w świat sztuki…

* * *

Która to już wystawa grafiki obejrzana przeze mnie w tym roku? Na początku sierpnia byłem w Centrum Rysunku i Grafiki im. Tadeusza Kulisiewicza w Kaliszu, wcześniej widziałem grafiki i rysunki Ryszarda Kai w poznańskim „Arsenale”, grafiki Chagalla, Tischlera w Pałacu Królewskim we Wrocławiu, wystawę XIX-wiecznej grafiki prasowej poświęconej powstaniu styczniowemu w Koninie i kilka innych. Co takiego tkwi w rysunku i grafice, że tak mnie fascynują?

Jeśli konkurencję na biennale ograniczyć do ekslibrisu, pierwsza nagroda dla Pietra Paola Tarasco jest w pełni zasłużona – jego ekslibrisy wzbudzają podziw finezyjną kreską, uchwyceniem tematu w kontekście książki. A tematy są częściowo bardzo… ostrowskie. Na jednym z ekslibrisów widzimy ratusz, w którym się obecnie znajdujemy, na drugim pałac myśliwski w Antoninie.

Większe zainteresowanie wzbudzają we mnie jednak inne, zwykłe grafiki. Ogromna ich liczba w zasadzie nie pozwala tu na szczegółową analizę treści i formy, możliwe są tylko spostrzeżenia natury ogólnej. Przeważają techniki metalowe, drzeworytów i linorytów niewiele. Abstrakcji jest mało – ku mojemu zadowoleniu, już wielokrotnie dawałem wyraz na tym blogu mojej niechęci do tego prądu w sztuce. Dominuje sztuka przedstawieniowa – surrealizm, symbolizm, realizm w jego najrozmaitszych, przeważnie metaforycznych odcieniach. Aby metaforę zrozumieć, każdemu z tych małych obrazków należy jednak poświęcić więcej czasu, spróbować pojąć wszelkie odniesienia kulturowe i inne, do których nawiązuje artysta, i – przeczytać podpis pod grafiką. Dużym minusem wystawy jest pominięcie tytułów grafik w podpisach (podane są tylko imiona i nazwiska artystów), a przecież w większości przypadków są one bardzo ważne dla zrozumienia pracy. Sam potrafię przeczytać tylko tytuły polskie, angielskie i niemieckie – w przypadku włoskich, hiszpańskich czy w innych językach mogę się tylko domyślać, „co autor miał na myśli”.

Studiując grafiki, nawiązuję też rozmowy z innymi zwiedzającymi. Praca „Eternal Journey” litewskiej graficzki Taibé Chait przyciąga uwagę zarówno moją jak i stojącej obok mnie pani, która, jak mi mówi, przyjechała na biennale z Łodzi. Zamieniam też kilka słów z japońskim artystą Masaaki Sugitą (zdobył wyróżnienie na biennale), który przeleciał pół świata, aby znaleźć się na wystawie w Ostrowie. Kiedy powracam do prac, które zajęły I miejsce, obok mnie ustawia się też mężczyzna w muszce, który chce je sfotografować.

– Niech no pan spojrzy, ile to kresek trzeba nastawiać, że stworzyć coś takiego… Sam zresztą też uczę tego moich studentów.

– Pan jest artystą? Wykłada pan grafikę na Akademii Sztuk Pięknych? – pytam.

– Nie. Uczę histopatologii na weterynarii. Uważam jednak, że weterynarze powinni umieć rysować tkanki. A grafika to moje hobby, tak samo zbieranie znaczków pocztowych, mam ich ogromną kolekcję…

– Ja zbierałem znaczki tylko wtedy, kiedy byłem dzieckiem. Pamiętam, że bardzo wysoki poziom graficzny reprezentowały znaczki czechosłowackie.

– O tak. My też jednak mieliśmy znakomitych artystów: Czesław Słania, Andrzej Heidrich.

– Słania wyjechał potem do Szwecji. A Andrzeja Heidricha dobrze zna moja koleżanka z Warszawy. W tym roku chciałem pojechać na jego wystawę do Pałacu Królewskiego we Wrocławiu, ale ostatecznie mi się to nie udało.

– Wracając do ekslibrisów, słyszał pan może, że w tym roku mija 500 lat od powstania pierwszego polskiego ekslibrisu. W 1516 roku zaczął w ten sposób oznaczać swoje książki Maciej Drzewicki, biskup włocławski. Z tej okazji chciałbym wydać moją książkę poświęconą historii ekslibrisów. Rozmawiałem już na ten temat z dyrektorem Poczty Polskiej, może się uda.

Życzę mojemu rozmówcy, aby się udało i wracam do zwiedzania wystawy, z której wychodzę o godz. 14.15, po 3,5 godzinach. Idę jeszcze zobaczyć wystawy towarzyszące biennale: grafiki Grażyny Kulikowskiej-Antczak i „500 lat ekslibrisu polskiego” w Galerii Sztuki Współczesnej przy Królowej Jadwigi i grafikę czeską w synagodze przy Raszkowskiej. Po drodze zwiedzam plenerową wystawę na rynku poświęconą Antoniemu Kalinie (wystawa ma również akcent śremski, Kalina w 1867 ukończył gimnazjum śremskie i na zdjęciu jest widoczny budynek poklasztorny franciszkanów, w którym się wtedy mieściło gimnazjum), zaglądam też do konkatedry (monumentalny kościół swoją neoromańską architekturą i polichromią wnętrz przypomina mi trochę kościół w Jutrosinie, jest od niego większy, ale nie ma tej klasy artystycznej) a w synagodze mam też okazję posłuchać czytania „Quo Vadis” w wykonaniu ostrowskiej młodzieży. Powrót pociągiem do Chociczy, gdzie czeka na mnie rower.


Migawki z tegorocznego biennale

Andrzej Włodarczak – „Nasza rodzina”

Zaledwie w miesiąc po ukazaniu się „Sześciu lat wojennej tułaczki” Witolda Kordosa mamy już drugą pozycję wydaną w serii „Biblioteki Śremskiego Notatnika Historycznego” – „Naszą rodzinę” Andrzeja Włodarczaka. Andrzej Włodarczak, który spędził młodość w Śremie, a od 1978 roku jest mieszkańcem Gorzowa Wielkopolskiego (pracował jako dziennikarz w „Gazecie Lubuskiej”), rozmawia o historii swojej rodziny ze swoją mamą – obecnie 88-letnią Marianną Włodarczak z domu Grześ.

Urodzona w Wyrzece pod Śremem w 1928 roku, Marianna w swojej opowieści sięga czasów jeszcze dawniejszych – końca XIX wieku, wiele dowiadujemy się o korzeniach rodziny, o tym, jak sprowadziła się ona do Wyrzeki. W czasach okupacji (w 1939 roku Marianna była już na tyle świadomym dzieckiem, że dużo zapamiętała z lat wojny) rodzina podzieliła los wielu Polaków z Wielkopolski – została wysiedlona przez Niemców do Grądów na Lubelszczyźnie, do Wyrzeki mogli powrócić dopiero w 1945 roku. Nie był to bynajmniej koniec trudnych czasów – Grzesiowie byli prześladowani przez nową władzę jako kułacy, mimo to Marianna ukończyła liceum w Poznaniu, a w 1953 roku związała swoje losy z leśnikiem Józefem Włodarczakiem. Z racji zawodu męża rodzina co kilka lat musiała zmieniać miejsce zamieszkania w Wielkopolsce, aż w 1959 roku na stałe powróciła do Śremu. Marianna pracowała w Prezydium Powiatowej Rady Narodowej, a po reformie administracyjnej w 1975 roku w Urzędzie Gminy w Książu Wlkp., dokąd dojeżdżała do przejścia na emeryturę w 1990 roku. Podziw wzbudza fakt, że 88-letnia Marianna wciąż jest aktywna zawodowa, prowadząc księgowość należących do rodziny i wynajmowanych nieruchomości przy pl. 20 Października.

Niewielka objętościowo książka (licząca 48 stron, a właściwie tylko 26, bo dużą część zajmują fotografie rodzinne) nie jest pracą naukową. Jak pisze sam autor: „Zależało mi bowiem nie na odtworzeniu drzewa genealogicznego moich przodków, ale na uchwyceniu sytuacji, jaki było im przeżywać i z jakimi mieli się zmagać”. Książka, która jest wspomnieniem minionych czasów, ma więc wartość dokumentalną – może być interesującym źródłem dla poznania życia codziennego na ziemi śremskiej w XX wieku.

„Nasza rodzina” została wydana prywatnym nakładem autora z myślą o jej kolportażu właśnie wśród członków rodziny. Mam jednak nadzieję, że przynajmniej część nakładu znajdzie się w wolnej sprzedaży i przede wszystkim że trafi do bibliotek – dla wszystkich zainteresowanych lokalną historią.

Na koniec muszę niestety dodać łyżeczkę dziegciu do tej recenzji: Jak właściwie ma na imię mama autora i bohaterka książki? W tekście jest wszędzie Marianna, ale na fotografiach jest podpisana jako Maria. Drobne niedopatrzenie redakcyjne, które nie przekreśla wartości książki.

Andrzej Włodarczak

Z autorem książki w moim mieszkaniu

Galeria Miejska „Arsenał” – Alexander Pushkin

27 sierpnia – wyjazd do Galerii „Arsenał” w Poznaniu na wystawę białoruskiego artysty Alexandra Pushkina. Na Starym Rynku jestem o 11.30, jeszcze pół godziny do otwarcia „Arsenału”, zachodzę więc do Muzeum Powstania Wielkopolskiego w Odwachu, gdzie 15 sierpnia otwarto nową wystawę czasową poświęconą szablom należącym do związanych z Wielkopolską oficerów II Rzeczypospolitej.

Historią wojskowości i militariów interesuję się w małym stopniu i nie spodziewałem się dużo po wystawie, ta ekspozycja ma jednak szczególny charakter – to nie broń używana w walce, lecz osobiste pamiątki, szable (wszystkie z kolekcji Pawła Komorowskiego) wręczane wyższym dowódcom przez ich kolegów z okazji ich imienin, awansu itp., przeważnie z wygrawerowanymi dedykacjami. Mają bardzo dużą wartość kolekcjonerską, zwłaszcza że wśród obdarowanych są nazwiska, które powinny być znane każdemu Polakowi – gen. Tadeusz Kutrzeba, gen. Kazimierz Sosnkowski, Felicjan Sławoj-Składkowski. Dłużej zatrzymuję się przy szabli gen. Romana Abrahama z racji jego przelotnego związku z moim miastem. W czasie kampanii wrześniowej gen. Abraham dowodził Wielkopolską Brygadą Kawalerii i jego sztab przez krótki czas mieścił się w Śremie, o czym przypomina tablica umieszczona na głazie przy Liceum Ogólnokształcącym na Poznańskiej. Nie pamięta się (albo woli się nie pamiętać) natomiast, że gen. Abraham w czasie tego krótkiego pobytu zatwierdził też wyrok sądu polowego, na mocy którego rozstrzelano w Śremie grupę niemieckich dywersantów, prowadzonych z Leszna. W muzeum wspomina o tym wydarzeniu tablica informacyjna umieszczona nad szablą. Czy któryś z historyków kiedyś się zajmie tą białą plamą w historii Śremu?

* * *

W „Arsenale” jestem pierwszym zwiedzającym, potem zjawi się więcej osób. Wśród zwiedzających słyszę też rosyjskie głosy, może to zaproszeni znajomi białoruskiego artysty? Wernisaż wystawy odbył się dopiero wczoraj.

Alexander Pushkin (lepiej byłoby pisać to imię i nazwisko w spolszczonej wersji: Aleksander Puszkin, ale zwyczaj transkrypcji cyrylicy na modłę angielską już się przyjął w Polsce, dla celów wyszukiwania w Google taki zapis jest też pewniejszy) jest dość znaną postacią, chociaż nie wiem, czy bardziej w kręgach interesujących się sztuką współczesną, czy polityką. Pushkin jest białoruskim dysydentem, od wielu lat prowadzącym swoją prywatną wojnę z Aleksandrem Łukaszenką; jego chyba najbardziej znaną akcją było wysypanie taczki gnoju przed pałacem prezydenckim w 1999 roku. O tej akcji również możemy dowiedzieć się na wystawie, choć tylko ogólnie, brak tu szczegółowej dokumentacji wydarzenia. Szczegółowo udokumentowane (w postaci nagrań video) są za to inne performanse, jak organizowana przez artystę co roku Noc Kupały, podczas której rzuca na stos pornograficzne czasopisma (białoruskie dziewczęta są tak ładne, że pornosy i viagra nie są nam potrzebne, twierdzi Alexander Pushkin), akcja na schodach muzeum w Mińsku, gdzie artysta rozłożył portrety białoruskich bohaterów (którzy w oczach obecnych władz bohaterami bynajmniej nie są) i białoruską (biało-czerwono-białą, czyli znowu inną od oficjalnej) flagę, i przede wszystkim przepychanki z milicją w Bobrze (miejscu zamieszkania artysty), gdzie Pushkin co roku, 25 marca (w rocznicę proklamowania Białoruskiej Republiki Ludowej w 1918 roku), maluje i przemalowuje swój „Obraz wolności”. Obraz ten zresztą też wystawiono w „Arsenale” – w samym centrum ekspozycji, z umieszczoną nad nim białoruską flagą. Pushkin zaczął go malować w ciemnej, ponurej tonacji ponad 20 lat temu – od pewnego czasu z prawej strony pojawiają się jednak jaśniejsze fragmenty, oznaczające odradzającą się wolność. Jak artysta zapowiada, zakończy malowanie, kiedy Białoruś stanie się wolnym krajem.

Na wystawie w „Arsenale” widzimy jednak dużo innych dzieł – jej plusem jest przekrojowość, ukazanie twórczości artysty w wielu jej przejawach. Bardzo mi się podobają dwa duże obrazy zawieszone na początku ekspozycji – „Nauczycielka ze wsi” i „Plener”. Drugi obraz jest chyba zakamuflowanym autoportretem artysty, który jest tu ukazany jako baśniowa postać – duch lasu i przyrody; na pierwszym widzimy elegancko ubraną kobietę o mądrym spojrzeniu, trzymającą „Naszą Niwę” (jedno z ostatnich pism wydawanych w języku białoruskim); oba obrazy są bardzo ciepłe, tchną optymizmem. Mniej podobają mi się natomiast portrety białoruskich bohaterów – zbyt szablonowe, wręcz socrealistyczne są te portrety. W wyborze tematów nie można jednak odmówić artyście pomysłowości. Zwraca uwagę np. obraz namalowany własną krwią (niestety na pomyśle się skończyło, sam obraz w zasadzie niczego nie przedstawia), czy cykl pejzaży, na których ukazano zwykłe pole – rolę, na której współcześnie odbywają się prace polowe. Dopiero ich tytuł uświadamia nam, że to pole bitwy pod Orszą z 1514 roku, podczas której wojska polskie i litewskie (czyli białoruskie) pokonały Rosjan. Nie trzeba też chyba wyjaśniać wymowy innego obrazu: „Pod rosyjskimi butami”, na którym widać buty (a właściwie duże buciory) zawieszone m.in. nad słownikiem białoruskim.

Na wystawie warto skierować też wzrok trochę wyżej, pod sufit sali wystawowej. Obok sporządzonych przez artystę planów przebudowy Bobra (oczywiście nieprzyjętych przez władze) widzimy rozwieszone w rogach sali… budki dla ptaków. Każda inna, dekorowana symbolami białoruskiej tożsamości, religii a także… kratami i kajdankami. Te budki dla ptaków, znakomicie korespondując z obrazem (prawdziwym, czy stereotypowym?) rustykalnej Białorusi, także zabierają głos w dyskursie o sytuacji politycznej na Białorusi.

Na koniec przeglądam wyłożoną w sali księgę pamiątkową (księga jest bardzo cenna, nie została założona dla tej konkretnej wystawy w „Arsenale”, lecz kolejno dokumentuje wszystkie wystawy artysty od 1991 roku). Ja również wpisuję się po polsku i angielsku: „Życzę Panu (i całej Białorusi), aby malowanie Obrazu wolności zakończyło się szybciej, niż Pan tego oczekuje”.


Film dokumentalny poświęcony Alexandrowi Pushkinowi

Studio Dono Komedianty Trupa dell’Arte – „Sąsiadka”

20 sierpnia – po dwóch koncertach pierwszego dnia festiwalu Leszno Barok Plus zostaję jeszcze na przedstawieniu teatralnym. W zaimprowizowanym amfiteatrze za synagogą krakowski zespół Studio Dono – Komedianty Trupa dell’Arte przedstawi sztukę „Sąsiadka”. Jest już godzina 22.30, przedstawienie trwa dwie godziny, będę więc musiał wracać rowerem do Śremu w nocy, jestem jednak naprawdę ciekaw przedstawienia, zwłaszcza że jeszcze nigdy nie widziałem komedii dell’arte na scenie. Nie są mi wprawdzie obce sztuki Goldoniego, z których kilka czytałem i widziałem w teatrze, ale chyba to nie jest prawdziwa komedia dell’arte, Goldoni tylko się inspirował tym gatunkiem. No i na pewno do komedii dell’arte nie zaliczymy takich sztuk jak „Szalone nożyczki” czy innych dzieł (albo „dzieł”) współczesnego improv theatre – pokrewieństwo  jest tu bardzo dalekie.

W amfiteatrze przed synagogą mimo późnej pory całkiem sporo widzów, chociaż nie tak dużo jak na właśnie zakończonym koncercie Kayo Nishizimu. Od sąsiadki po prawej stronie dowiaduję się, że w Lesznie właśnie rusza Teatr Miejski. Czy to nie za mały ośrodek na utrzymywanie stałego teatru? Chętnie przyjadę, abym samemu się przekonać, co będzie prezentować leszczyńska scena. Teraz trochę niepokoi nas pogoda – jest ciepło i nie pada, ale prognoza pogody zapowiada deszcze nadciągające od zachodu. Punktualnie o godzinie 22.30 rozpoczyna się przedstawienie.

„Sąsiadka” – tylko troje aktorów (Agnieszka Cianciara-Fröhlich, Jonathan Fröhlich i Łukasz Łęcki) i aż dziewięć postaci na scenie. Aktorzy co chwila przebierają się więc w kulisach, ale przebieranki są też na scenie. Czy jest potrzeba streszczać tu akcję sztuki? „Sąsiadka” jest komedią  napisaną przez twórców spektaklu, ale intryga, ogólny zarys fabuły wzięty jest z oryginalnych komedii dell’arte włoskiego pierwowzoru – jak często w tych komediach chodzi więc o kłopoty miłosne kochanek i kochanków, polowanie na bogatego męża i ucieczkę przed starym prykiem, który chce zniewolić młodą, niewinną dziewczynę. Łatwo przewidzieć wynik tych perypetii, a mimo to widzą czerpią przyjemność z oglądania spektaklu. Czerpią przyjemność i śmieją się, chociaż humor prezentowany na scenie bynajmniej nie pochodzi z „Kabaretu starszych panów”: skatologia sąsiaduje z gonitwami, upadkami, wzajemnym kopaniem się w tylną część ciała itp. – dokładnie tak, jak we włoskim pierwowzorze. Nie mam zresztą nic niczego takim środkom gry aktorskiej – to, co raziło mnie w „Szalonych nożyczkach”, jest zasadnym środkiem artystycznym w komedii dell’arte. Jak zwykle w tym gatunku sztuki, istotną rolę odgrywa też improwizacja: aktorzy wchodzą w dialog z publicznością, komentują jej zachowania. Im bardziej rozwija się sztuka, tym bardziej rośnie mój podziw dla profesjonalizmu aktorów, ale też ich sprawności fizycznej. Czy te liczne gonitwy, upadki nie grożą kontuzjami?

Po spektaklu odpinam rower z zamknięcia, przed odjazdem postanawiam się jednak jeszcze pożegnać z aktorami.

– Dziękuję za bardzo dobry spektakl. Przyjechałem tu ze Śremu rowerem, aby państwa zobaczyć. Teraz czeka mnie trzy godziny jazdy powrotnej.

– Ile?! Mamy nadzieję, że ma pan oświetlenie. Też dziękujemy.

– Tak. Wreszcie chciałem zobaczyć komedię dell’arte na scenie. Dotychczas znałem tylko sztuki Goldoniego, ale przecież to nie jest właściwa komedia dell’arte. Te sztuki były późniejsze.

– Tak, bardzo dobrze, że pan to zauważył – mówi Agnieszka Cianciara-Fröhlich. – Te sztuki były już spisane, nie improwizowane. Goldoni tylko się inspirował komedią dell’arte. Zapraszamy w przyszłym roku, jeśli przyjedziemy do Leszna.

Żegnamy się, muszę już wsiadać na rower, zwłaszcza że zdaję sobie sprawę z nadchodzącego deszczu, w Zielonej Górze i w Paradyżu pewnie już pada. Powrót zwykłą trasą, przez Osieczną i Krzywiń. O tej porze ruch jest na szczęście niewielki, tylko w Jerce przy drodze trwa akurat jakaś większa impreza. W Dalewie zrywa się silny zachodni wiatr; wiem, że oznacza to, że w każdej chwili może zacząć się ulewa, naciskam mocniej na pedały. W Śremie jestem o godz. 3.20 w nocy, na szczęście jeszcze nie zaczęło padać. To był bardzo interesujący, ale też wyczerpujący dzień. Zmęczony przykładam głowę do poduszki…