Biblioteka Raczyńskich – „Książę Szaranek”, czyli „Mały książę” po poznańsku

– Tej, jo ciebie proszę… nagrygol mi baranka…

3 grudnia – wyjazd do Biblioteki Raczyńskich na promocję nowego przekładu „Małego księcia” na… gwarę poznańską, autorstwa Juliusz Kubla. Temperatura -0,5 °C, mimo lekkiego mrozu jedzie się dobrze, pogoda słoneczna, wiatr nie przeszkadza za bardzo. Na Starołęce przed przejazdem kolejowym stoją trzy ambulanse pogotowia i radiowóz. Właśnie doszło do tragedii – mężczyzna doznał zawału, pomoc nadeszła niestety zbyt późno, leży przykryty białą płachtą. Nic tu do oglądania, trzeba uszanować śmierć, kieruję się dalej w stronę centrum, przed Biblioteką Raczyńskich jestem po trzech godzinach jazdy.

Na kwadrans przed spotkaniem sala w gmachu biblioteki zapełnia się już gośćmi, będzie komplet publiczności. Obok mnie siada rezolutna dziewczynka, sama, bez rodziców (jak mi mówi, chodzi do czwartej klasy), z którą nawiązuję ciekawą rozmowę.

– Dopiero teraz dowiedziałam się, że moja biblioteka na Słowackiego to filia, a to jest biblioteka matka.

– Tak, jesteśmy w głównej siedzibie biblioteki. Wybudował ją hrabia Edward Raczyński w XIX wieku. A ty lubisz czytać książki?

– Tak. „Małego księcia” miałam już po polsku, a teraz kupiliśmy po poznańsku.

– A jakie książki ci się najbardziej podobają?

– Książka musi mieć fajną okładkę. W mojej bibliotece szkolnej jest kilka, które chciałabym przeczytać, na przykład… – dziewczynka podaje kilka tytułów.

– Widzę, że naprawdę lubisz czytać. A książki dla dziewczynek, na przykład „Anię z Zielonego Wzgórza”?

– Też. Ostatnio była rozmowa w klasie, jaką lekturę mamy przeczytać. Niektórzy chcieli „Anię”, ale reszta klasy, powiedziała, że książka jest głupia.

– To pewnie chłopcy tak sądzili?

– Nie, dziewczyny też. Z czytaniem to u mnie jest tak, że czasami czytam, a czasami oglądam telewizję. Bo mam szlaban.

– To masz szlaban na czytanie książek? Nie wierzę.

– Nie, nie zrozumiał mnie pan. Czasami mam szlaban na oglądanie telewizji i wtedy czytam książki.

– Ach tak. Ale myślałem, że teraz dzieci więcej zaglądają do Internetu, niż oglądają telewizję.

– Nie mam Internetu w komórce. Kiedyś miałam, ale bez przerwy tam zaglądałam i już nie mam.

Ale czas kończyć tę interesującą  rozmowę, zaczyna się spotkanie.

Książę Szaranek-

Na spotkaniu, obok dyrektora wydawnictwa Media Rodzina, Bronisława Kledzika, i jego żony (fot. Biblioteka Raczyńskich)

* * *

Z twórczością Juliusza Kubla, popularyzatora gwary poznańskiej, w Poznaniu postaci wręcz legendarnej, po raz pierwszy zetknąłem się pod koniec lat 80., tuż po moim zamieszkaniu w Śremie, kiedy przeczytałem jego „Blubry starego Marycha”. Książka podobała mi się, chociaż była trudna w czytaniu, większości gwarowych określeń wtedy nie znałem. Autora spotkałem dopiero w czerwcu 2013 roku, kiedy ze Śremskim Stowarzyszeniem Przyjaciół Teatru pojechałem do Teatru Muzycznego w Poznaniu na musical „Wesele Figlary”. Juliusz Kubel był autorem libretta i przed spektaklem odbyło spotkanie z nim. Spotkanie niestety było źle zorganizowane, zamiast na scenie Juliusza Kubla posadzono wtedy przy stole w teatralnym foyer, nie zapewniono mu nagłośnienia, tak że słabo go było słychać – szkoda, ponieważ opowiadał ciekawie. Samo „Wesele Figlary” też okazało się raczej niewypałem. Juliusz Kubel bardzo dobrze radzi w krótkich formach radiowych, zebranych we wspomnianych „Blubrach starego Marycha” i „Blubrach Heli przy niedzieli”; niestety, „Wesele Figlary” było dla mnie kiczem…

Jak doszło do przełożenia „Małego księcia” Antoine de Saint-Exupéry’go na gwarę poznańską? – pyta prowadzący spotkanie Mariusz Kwaśniewski, kiedyś pracownik Radia Merkury. Okazuje się, że przekład Juliusza Kubla ukazał się drukiem już w ubiegłym roku, zwróciło się o to do niego… niemieckie wydawnictwo Edition Tintenfass, które wydaje „Małego księcia” w mało znanych językach i dialektach, teraz nakładem wydawnictwa Media Rodzina ukazuje się również w Polsce.

– Kiedy niemieckie wydawnictwo zwróciło się do mnie z taką propozycją – opowiada Juliusz Kubel – najpierw odpowiedziałem odmownie. Nie wyobrażałem sobie przełożenia „Małego księcia” na gwarę poznańską. Miałem już doświadczenia z próbami przełożenia fragmentów Biblii, okazało się to niemożliwe. Rzecz w tym, że gwara poznańska pogrubia, w przeciwieństwie na przykład do gwary podhalańskiej, która zdrabnia. W gwarze góralskiej dobrze brzmi „Jezusiczek usiadł na kamyszku itp.”, w gwarze poznańskiej nie da się tego powiedzieć w taki sposób, aby zabrzmiało to wzniośle i uduchowiono.

To prawda. Pamiętam spotkanie sprzed trzech lat, kiedy Juliusz Kubel opowiedział nam, jak to pewien proboszcz poprosił go o przetłumaczenie choćby fragmentu Ewangelii na gwarę poznańską. Zacytowany fragment był tak komiczny, że absolutnie nie nadawał się do wygłoszenia w kościele.

– A co sprawiło ci największą trudność? – pyta Mariusz Kwaśniewski.

– Ten przekład w ogóle nie był trudny. Tłumaczyło mi się szybko, tak ze trzy rozdziały dziennie. Największą trudność sprawiło mi chyba zakończenie, ale nie ze względu na język, tylko dlatego, że jest takie smutne. Czasami miałem wątpliwości co do użycia pewnych słów, na przykład w rozdziale o pijaku użyłem słowa „pijus” chociaż zastanawiałem się też nad „ochlapusem”. „Ochlapus” brzmi jednak bardziej kanciasto. Od początku nie miałem natomiast wątpliwości co do tytułu. W gwarze poznańskiej jest bez liku określeń na małego chłopca, kiedyś Lech Konopiński (czy jest na sali? – nie widzę go) napisał wiersz, w którym pojawiło się ich ze trzydzieści: „gzub”, „szczón” i inne, ale „szaranek” jest najlepsze, brzmi najsympatyczniej. W ogóle chciałbym powiedzieć, że ten przekład nie miał być parodią „Małego księcia”, naprawdę chciałem, aby brzmiał dobrze.

Juliusz Kubel opowiada jeszcze o innych kwestiach związanych z książką i przekładem: o dołączonej do książki płycie – audiobooku, w którym „Księcia Szaranka” czyta sam tłumacz, o zachowanej szacie graficznej książki (wydawnictwo zakupiło skany oryginalnych ilustracji Antoine de Saint-Exupéry’go), czyta również cały – chyba najkrótszy w książce – rozdział o pijaku.

Po pierwszej części spotkania do Juliusza Kubla ustawia się bardzo długa kolejka chętnych po autograf. Dzieci są zapraszane na specjalnie dla nich przeznaczone warsztaty, dorosłych też czekają warsztaty, przedtem jednak przerwa na kawę, okazja do porozmawiania, dla mnie też odświeżenia się po podróży. Spotkanie rzeczywiście okazało się sukcesem. Uczestnicy robią sobie teraz pamiątkowe zdjęcia z Bamberką, która również siedziała – obok mężczyzny w poznańskim stroju (brata Juliusza Kubla) – na scenie, wymieniają wrażenia. Są przedstawiciele wydawnictwa, ale też wszystkich ważnych mediów – radia, telewizji, prasy. Zjawił się również Jacek Hałasik z Radia Merkury, kolejna legenda i bardzo zasłużona postać w popularyzowaniu poznańskiej gwary, któremu pomagam w nasypaniu śmietanki w proszku do kawy, Mariusz Kwaśniewski zastanawia się nad tym, co jeszcze warto przełożyć na gwarę.

– Może powieści Małgorzaty Musierowicz? – proponuję. – Są takie poznańskie…

– Obawiam się, że pani Małgorzata bardzo pilnuje kwestii praw autorskich do swoich książek…

Po przerwie powrót do sali, na ciąg dalszy spotkania z Juliuszem Kublem. Rozmawiamy już nie o „Małym księciu”, tylko ogólnie o gwarze poznańskiej. Juliusz Kubel cytuje swoje przekłady na gwarę „Pani Twardowskiej” i grzybobrania z „Pana Tadeusza”. Próbujemy też przekładać zdania i krótkie teksty na gwarę. Nie biorę w tym czynnego udziału, tylko przysłuchuję się – mimo że moja znajomość gwary poznańskiej jest teraz daleko lepsza niż w czasach, kiedy po raz pierwszy czytałem „Blubry starego Marycha”, jest to znajomość tylko bierna; aby dobrze mówić gwarą, trzeba urodzić się Poznaniakiem.


„Blubry starego Marycha” Juliusza Kubla czyta Marian Pogasz. Pomnik Starego Marycha (mającego rysy twarzy Mariana Pogasza) stoi w Poznaniu na placu Wiosny Ludów.

* * *

Czy gwara poznańska nadaje się do tworzenia i tłumaczenia tekstów literackich? Z pewnością tak, w końcu dużo ich dotychczas napisano. Z drugiej strony zdecydowana większość tych tekstów ma charakter humorystyczny, jest to tak zwana literatura niepoważna. Czy na gwarę poznańską można tłumaczyć utwory poważne, arcydzieła literatury? Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Niech odpowiedzią będą poniższe fragmenty „Księcia Szaranka” w tłumaczeniu Juliusza Kubla:

*

Kiedy byłem na sześć lot stary, szpycłem w jednyj knipie ekstra madaiczny obrozek. Knipa była o dżungli i pozywała się: Opowieści po prowdzie. Na obrozku nagrygolony był wąż boa, jak śrutuje jakiegoś zwiyrzoka. Tej, wyglądało to tak samo, jak na tym obrozku.

Wew ty knipie stojało napisane, że „węże boa śrutują swoją ofiarę wew cołkiyj postaci, bez pojapania jej kielochami i potem nynają bez sześć miesiyncy, aż jej nie strawią”. Dużo wtedy żym myśloł o przygodach wew dżungli i udało mi się nawet nagrygolić krydką mój pierwszy obrozek.

*

… Szaranek, co przed jego ślypiami wyrostoł wielgalachny pąk, czuł w gnotach, że z tego wyrośnie ekstra coś. Róża przykryta niby takim zielonym płatem, bez ustanku pindrzyła się na jeszczy urodniejszą. Akuratnie dobiyrała se kolory. Oblykała się pomalu, jedyn a jedyn sztaplowała kwiatki kwicia. Nie chciała zakwitnąć cołka pognieciona istny mak. Chciała, żeby świat ją szpycnął wew cołkiej urodności. O tak, chyntna była do kramowania. Jej upiynknianie ciungło się bez długie dni. A zaś jednygu rana pokozała sie, w sam raz jak klara wschodziła.

*

Istno zalotno salacha, co to wszystko se dychtownie obmyśliła stwyrdziła zez ziywniyńciym:

– Łejeju, jo budzę się właśnie zez śpiku… przeproszom… mom potośtany fryzur.
… Szaranek prawie się zatchnął zez podziwu.

– Tej, ale pani jezd piynkno.

– Szak prowda. – cichuteńko odbąkła róża. – I ulyngłam się razym do pary zez słóńcym.

Niezadługo zaczła onego męczyć swoim gupkowatym stalowaniem się, feframi co je miała. Jednygu dnia na ten przykład, jak se godali o czterech jej żgokach na łodydze, powiedziała do … Szaranka:

– One tu mogą się przyknaić, te tygrysy zez swoimi pazurami…

– Na moi planecie ni ma tygrysów – sztopnal ją … Szaranek. – A do tego tygrysy nie śrutują zielska.

– Jo nie jezdym zielskiym. – Powiadziała słodziutyńko róża.

– Pani, to jo przepraszom.

– Ni mom fefrów o te tygrysy, ale brzydzę się jak ciągnie po giyrach od wiatru tutej. Czy ni mioł by pan jakiygoś parawanu?

Brzydzi się cugu od wiatru… Wiater jezd nie w kluke do zielska – pomyśloł se … Szaranek. – To kwicie jezd cołkie porombane…

*

Na moje, on w sprawie brykniyncia zez planety spiknął się zez wędrującymi ptokami. Za jasnego, w dniu odlecenia porzomnie uskromnił swoją planetę. Akuratnie wyglancowoł swoje czynne wulkany. Mioł dwa czynne wulkany. Ekstra mu plożyły, bo mógł se przy nich rano podgrzoć śniodanie. Mioł tyż jeszczy jeden, ale wygasły. Pomimo to zowdy godoł, że „nigdy nie wiadomo”. Więc uskromnił tyż tyn wygasły. Jak się je porzomnie wyczyści, to wulkany się kopcą spokojno, ich goryto jest wyglajchowane i nie eksplodują. Te ich wybuchy są takie uspokojone jak gora w kóminku. Na naszej Ziymi my są pewno za małe kakaludki, żeby obsprowiać nasze wulkany. I bez to momy z nimi kłopot. Książę Szaranek tyż wyjapoł zez gruntu, ale zez żalem, ostatnie łynty baobabów. Myśloł, że nigdy tu nie bydzie nazod, a te cołkie lotanie ko gospodarstwa, czuł, że mu ploży. A zaś kiedy ostatni roz podlywoł różę i już mioł ją nakryć wekiem, to poczuł, że mu się zbiyro na dudlanie.

– Żegnej, tej! – powiedział  do róży.

Ale ona mu nic nie powiedziała.

– Żegnej, tej! – powtórzył.

Róża zaczęła kaszlić. Ale nie bez to, że była malad.

– Byłam gupio – odezwała się na kóniec. – Nie gniywej się. I być szczynśliwy.
Zrobił wielgie ślypie, że ona na niego nie brynczy. Stojo łzgynziały z wekiem w pazurze. Nie wiedzioł, o co się rozchodzi z tąjej rułą.

– Tej, kochom cie – powiedziała mu róża. – A ty beze mnie nic żeś o tym nie wiedzioł. To już obecnie jest ganc egal. Ale byłeś tak samo gupkowaty, jak jo. Bydź szczynśliwy… Postow dzieś to szkło. Już go nie chcę.

Wybory i… po wyborach

Miejsce: Lawendowy Bar w Śremie. Czas: przedwyborczy piątek 23 października 2015 roku, godz. 14, przy obiedzie ze znajomą.

– No to już za dwa dni wybory, panie Andrzeju.

– Tak, jak zwykle zagłosuję na Platformę Obywatelską.

– A ja panu już mówiłam, na kogo będę głosować?

– Tak, wspominała pani – na Prawo i Sprawiedliwość. Mówiła też pani dlaczego.

– No właśnie, dotąd też głosowałam na PO, ale po tym, co zrobili z tą reformą emerytalną, zagłosuję na PiS, chociaż sama nie wiem, czy dobrze robię. Ale ja nie chcę dłużej pracować.

– Hm, ja jako przedsiębiorca patrzę na to z trochę innej perspektywy, po prostu będę pracował, jak długo będę chciał, ale wydłużenie wieku emerytalnego jest chyba konieczne. Po prostu wkrótce już nie będzie nas stać na wypłaty emerytur.

– Pan może wybierać, ale ja nie mogę. No niech pan sobie wyobrazi, kiedy 40 lat temu rozpoczynałam pracę, miałam świadomość, że w wieku 60 lat przejdę na emeryturę, a tu mi coś takiego zrobili. A tak dzięki PiS-owi, jeśli wygra, już w przyszłym roku pójdę na emeryturę.

Przychodzi mi do głowy, że kiedy 40 lat temu moja znajoma rozpoczynała pracę zawodową, na pewno nie myślała o emeryturze, ale zachowuję tę uwagę dla siebie.

– Zrealizowanie obietnic wyborczych przez PiS może mieć fatalne skutki finansowe dla państwa.

– No tak, ma pan rację, przecież jeśli policzymy te wszystkie wydatki, to będziemy mieli drugą Grecję. Dlatego powiedziałam, że nie wiem, czy dobrze robię. Ale ja naprawdę chcę już iść na emeryturę. Najlepiej będzie, jeśli z tych wszystkich obietnic PiS po wyborach się wycofa, z wyjątkiem jednej – ponownego obniżenia wieku emerytalnego. Tak, tak będzie najlepiej. No to do zobaczenia po wyborach, panie Andrzeju.

* * *

Czas: listopad 2016 roku. Miejsce: to samo, tylko pod innym szyldem – w miejscu Lawendowego Baru, który zbankrutował, działa teraz restauracja Ogryzek. I znowu spotykam moją znajomą.

– Dzień dobry! Dawno się nie widzieliśmy. Co u pani słychać? Ale chyba dobrze? W listopadzie sejm uchwalił obniżenie wieku emerytalnego, PiS spełnił więc swoje obietnice.

– Och, niech pan mi nie mówi, panie Andrzeju. Tak, uchwalili, od października 2017 roku. A mnie wcześniej wydłużyli do sierpnia 2017. Przecież już w czerwcu tego roku miałam przejść na emeryturę i tak więc muszę czternaście miesięcy dłużej pracować. Nic mi to nie dało. Tylko zdenerwowanie.

– Nie znam szczegółów, do emerytury trochę czasu jeszcze mi zostało, więc o tym nie myślę. Przypuszczam zresztą, że zanim przejdę na emeryturę, przepisy zmienią się jeszcze kilkakrotnie. Obniżenie wieku emerytalnego nie jest jednak moim zdaniem dobrą decyzją.

– No pewnie, że nie. Przecież państwo nie ma na to pieniędzy. A z czego to wynika? Niech się wezmą na ten przykład za lekarzy. Ile oni zarabiają, a kasy fiskalnej żaden nie ma.

– Lekarze mają kasy, wprowadzili je już jakiś czas temu.

– Tak? Nie widziałam u żadnego. Albo przedsiębiorcy? Przepraszam, pan jest przedsiębiorcą, nie chciałabym pana urazić, ale jak to jest, że ktoś ma sklep czy dwa sklepy i potem sobie dom buduje? Za co?

– To  też nie tak. Było to możliwe jeszcze w latach 80., w czasach PRL, ale teraz z prowadzenia sklepu nie ma się kokosów. Dochody w takich sklepikach nie są duże.

– Ale państwo rzeczywiście nie ma na to pieniędzy. A jeśli do obniżenia wieku emerytalnego dodamy jeszcze ten program 500+, Mieszkanie+? Skąd na to brać? Zobaczy pan, to wszystko pierdyknie, mówię panu – pierdyknie!

Muzeum Narodowe w Poznaniu – Leon Wyczółkowski

26 listopada – po zwiedzeniu wystawy w Bibliotece Raczyńskich przejście na drugą stronę Alej Marcinkowskiego, do Muzeum Narodowego, na wykład poświęcony pastelowi „Morskie Oko z Czarnego Stawu” Leona Wyczółkowskiego. Kolejny wykład z cyklu „Świat obrazów” i kolejny – po „Portrecie Ireny Solskiej” Wyspiańskiego – pastel omawiany w ramach cyklu.

Frekwencja na wykładzie jak zwykle wysoka, mimo dostawianych krzeseł wiele osób musi stać. Prezentacja, prowadzona przez Małgorzatę Baehr, zaczyna się punktualnie o godz. 11.15. Wykład prowadzony jest bardzo dobrze, żywo i interesująco; sam pejzaż Morskiego Oka jak zwykle jest tylko pretekstem do opowieści o całym życiu i twórczości Wyczółkowskiego – jego związkach z Warszawą, Krakowem, Poznaniem i Bydgoszczą, obrazach i pastelach. To również pretekst do opowieści o przedstawieniach w polskiej sztuce Tatr, które od końca XIX wieku coraz częściej stawały się natchnieniem dla pisarzy i malarzy. W 1896 roku zaowocowało to powstaniem ogromnej „Panoramy Tatr”, największego (pod względem wymiarów) dzieła w historii polskiego malarstwa, wykonanego przez  kilkudziesięciu malarzy (Wyczółkowski nie brał udziału w tym przedsięwzięciu).

A jakie są moje wrażenia z tej twórczości? Uznaję kunszt malarski Wyczółkowskiego, pozostaje dla mnie wybitnym artystą, niestety, eksponowany na wykładzie pejzaż (jak i inne widoki Tatr ukazane na slajdach) nie fascynują, nie wywołują przeżycia estetycznego. Są tego co najmniej dwie przyczyny. Wyczółkowski jest malarzem Młodej Polski, ale przynależy do jej nurtu realistycznego, kontynuującego tradycje dziewiętnastowieczne; osobiście wolę modernizm, przełamujący bariery niewolniczego naśladownictwa natury. Druga przyczyna, o której już wielokrotnie pisałem, to moja predylekcja do przedstawień w sztuce ludzi, którzy są dla mnie o wiele ciekawsi niż krajobrazy. Bardzo lubię takie obrazy Wyczółkowskiego jak „Ujrzałem raz” czy słynną „Grę w krokieta”; pejzaże, różne „kopania buraków” i „orki na Ukrainie” podobają mi się o wiele mniej.

I może jeszcze trzecia, niezwiązana bezpośrednio ze sztuką przyczyna – bardzo lubię wędrować po górach, staram się jeździć w polskie góry co roku, ale nie w Tatry, tylko w Sudety, które są najbliżej Śremu i z których krajobrazem czuję się najbardziej emocjonalnie związany. Surowy krajobraz tatrzański takich emocji u mnie nie wzbudza.

Po wykładzie jeszcze rzut oka z bliska na ustawiony na sztaludze pastel, inne obrazy i… co za niespodzianka – spotykam P., dawnego znajomego z Festiwalu Muzyka w Raju w Paradyżu.

– Jak miło, dawno pana nie widziałem.

– Zainteresował mnie temat, dlatego przyszedłem. Chciałem jeszcze zapytać o coś prelegentkę, ale może pan wie: gra w krokieta czy w krykieta? Nie pomyliła się? Bo mnie krokiet kojarzy się na przykład z cielęcym.

– Nie, jest dobrze – odpowiadam. – Bo są dwie gry, krokiet i krykiet, na obrazie Wyczółkowskiego grają rzeczywiście w krokieta. A co słychać w Paradyżu? W tym roku niestety nie pojechałem, po raz pierwszy od wielu lat.

– W tym roku byłem na koncertach tylko w jednym dniu. Nie powiem, żeby mi się znudziło, ale stało to się już pewnego rodzaju codziennością.

Żegnamy się. Do następnego spotkania – może w Paradyżu, a może w Poznaniu?

Biblioteka Raczyńskich – Henryk Sienkiewicz, Poznań i Wielkopolska pod zaborem pruskim

26 listopada – wyjazd do Poznania na dwie wystawy w Muzeum Henryka Sienkiewicza i gmachu głównym Biblioteki Raczyńskich, potem jeszcze na wykład w Muzeum Narodowym. Pogoda niestety gorsza niż tydzień temu – temperatura 0 °C, zachmurzenie całkowite.

W Muzeum Henryka Sienkiewicza (oddziale Biblioteki Raczyńskich) chcę tylko zobaczyć wystawę z okazji 100. rocznicy śmierci pisarza. Wystawa jest bardzo mała, ale eksponaty cenne – gipsowe odlewy maski pośmiertnej i ręki pisarza, wykonane zaraz po jego śmierci w Vevey na zlecenie Paderewskiego, eksponowane tylko przy szczególnych okazjach. Starcza twarz i drobna, prawie dziewczęca dłoń przywodzi mi na myśl czytane kiedyś wspomnienia amerykańskich tłumaczy Sienkiewicza, którzy negocjowali z nim warunki wydania jego dzieł w Stanach Zjednoczonych – byli rozczarowani faktem, że sławny pisarz jest niskiego wzrostu i że ma krzywe nogi. Przy odlewie ręki leży rękopis wiersza „Bajka”, powyżej zawieszono też okolicznościowe artykuły zamieszczone w prasie zaraz po śmierci pisarza (odbijające się światło niestety utrudnia ich przeczytanie).

* * *

W gmachu głównym Biblioteki Raczyńskich w Galerii Atanazego wystawa „Poznań i Wielkopolska pod zaborem pruskim 1815-1918”. 103 lata historii, a nawet więcej, ponieważ wbrew tytułowi wystawa obejmuje dłuższy okres – dokumenty z pierwszego powstania wielkopolskiego (list Jana Henryka Dąbrowskiego z 1806 roku) i rozkazy dzienne z tego bardziej znanego powstania wielkopolskiego lat 1918-1919, pochodzące już ze stycznia 1919 roku i podpisane przez głównodowodzących Stanisława Taczaka i Józefa Dowbora-Muśnickiego. Wystawa bardzo interesująca dla wszystkich pasjonatów historii, przede wszystkim dzięki wyeksponowanym oryginałom dokumentów. Wiele z nich jest bardzo cennych – wspomniany list Dąbrowskiego, statut Biblioteki Raczyńskich, zatwierdzenie tegoż statutu z podpisem króla Fryderyka Wilhelma III, oryginalne listy i inne dokumenty podpisane przez Karola Marcinkowskiego, Karola Libelta, Dezyderego Chłapowskiego (patrona mojej ulicy) i wielu innych. Przypominają mi się lata 90., kiedy pasjonowałem się dziejami Wielkiego Księstwa Poznańskiego; możliwość zobaczenia oryginalnych podpisów ówczesnych działaczy, zaangażowanych w „najdłuższą wojnę nowoczesnej Europy”, budzi wzruszenie.

Również wiele cennych druków – „Wspomnienia Wielkopolski” Raczyńskiego otwarte na stronie ukazującej Domek Szwajcarski w Zaniemyślu, pierwodruk pamiętników Paska wydanych przez tegoż Raczyńskiego, niemieckie wspomnienia o Juliusie von Minutoli, Prezesie Policji w Poznaniu, a w wolnym czasie rysowniku, którego ryciny Poznania nie tylko mają dużą wartość artystyczną, ale są też cennym materiałem ikonograficznym do historii miasta, rocznik „Gazety Polskiej” z 1850 roku, wydawanej przez Hipolita Cegielskiego, polskie i niemieckie druki urzędowe, książki (m.in. Bibianny Moraczewskiej), druki propagandowe, m.in. z okresu I wojny światowej.

Eksponatów związanych ze Śremem jest niewiele – kartoteka członków Towarzystwa im. Tomasza Zana, działającego również w śremskim gimnazjum, i dokumenty dotyczące ks. Piotra Wawrzyniaka, w tym brulion jego listu (ks. Wawrzyniak miał bardzo nieczytelne pismo, mogę odczytać tylko niektóre wyrazy). Pod nim fragment maszynopisu biografii ks. Wawrzyniaka napisanej przez Rusa Kusztelana przed wojną, ogromnego (liczącego 2000 stron) dzieła przechowywanego w Bibliotece Raczyńskich. Dlaczego dotąd nie udało się go opublikować w całości?

Na wystawie jak zwykle jestem sam, później wchodzi grupa trzech osób – mężczyzna z dwiema kobietami, jak się okazuje w rozmowie, którą nawiązuję, żoną i matką.

– Możemy tak zwiedzać wystawę? Nie obowiązują tu bilety wstępu?

– Nie, jest bezpłatna. Dużo tu interesujących dokumentów, przedstawień. Tu na przykład widzą państwo pomnik Mieszka i Bolesława Chrobrego dłuta Christiana Raucha w Złotej Kaplicy w katedrze w Poznaniu.

– To daleko stąd? Jak tam dojechać?

– To państwo nie z Poznania?

– Nie, ze Szczecina.

– Byłem tam wiele razy, chociaż lepiej znam Świnoujście, gdzie służyłem w wojsku. Potem często tam powracałem, jeździłem nad morze. A tu specjalnie przyjechałem na wystawę ze Śremu.

– Ze Śremu? Pracowałem w Krzyżanowie w Sunset Suits. Ale firma już chyba istnieje, Kranik już nie działa.

– Nie, została już dawno zamknięta. Nie wiem, co tam się teraz dzieje. A teraz pan mieszka w Szczecinie?

– Tak, ale mamy wielkopolskie korzenie. Szczecin, proszę pana, to takie miasto, które nigdy nie należało do Polski, a po wojnie zostało zasiedlone przez Ukraińców, Białorusinów, Żydów i folksdojczów. Słyszał pan może, że stoi u nas pomnik Fryderyka Wielkiego? Ja bym, proszę pana, sproszkował tę rzeźbę i odesłał ją Niemcom…

Nie odpowiadam. Żegnamy się i wracam do wystawy ukazującej polską i niemiecką historię Poznania i Wielkopolski.

IV Koncert Muzyki Kameralnej

20 listopada – wyjazd na IV Koncert Muzyki Kameralnej w Galerii u Jezuitów w Poznaniu. Dotychczas byłem tylko na jednym koncercie z tego cyklu – II, w październiku ubiegłego roku. Koncerty I i III odbyły się chyba w maju, kiedy na różne wydarzenia kulturalne wyjeżdżam już w dłuższe trasy, dlatego je opuściłem.

Po deszczowej sobocie w niedzielę wyszło słońce. Na niebie widać samoloty lecące z Warszawy albo Ukrainy do Europy Zachodniej; kiedyś korytarzem powietrznym nad Czempiniem i Śremem latało też dużo samolotów do Indii, Azji Południowo-Wschodniej i Australii, po zestrzeleniu malezyjskiego samolotu nad Ukrainą zmieniono jednak trasy wielu rejsów.

W galerii jestem na pół godziny przed koncertem, który ma się rozpocząć o 12. Czas wykorzystuję na zwiedzenie wystawy Ukjese van Kampena – kanadyjskiego malarza pochodzenia indiańskiego (wywodzi się z Jukonu). Obrazy malowane techniką akrylową, przedstawienia przyrody, pejzaże, portrety, akty przypominają mi sztukę prymitywistów, ale też klasyczną i współczesną sztukę… japońską, są interesujące.

Sala powoli zapełnia się, obok mnie siedzi mama z kilkuletnią dziewczynką i jej dziadkiem, zamieniamy kilka słów, między innymi o Rogalinie, wreszcie zaczyna się koncert. Jak na II koncercie, program składa się z dwóch dużych utworów (sonatiny na flet i fortepian Aleksandra Tansmana i tria na obój, fagot i fortepian Francisa Poulenca) i kilku mniejszych. Zarówno sonatina jak i trio bardzo mi się podobają – to neoklasycyzm, do którego od dawna, podobnie jak do muzyki klasycznej, czuję upodobanie. Podoba mi się też „Morceau de Salon” na obój i fortepian Johanna Wenzela Kalliwody, kompozytora epoki późnego klasycyzmu, w Polsce tak mało znanego, że nawet nie ma własnego hasła w polskiej Wikipedii, jak też trzy fragmenty – transkrypcje na flet z „Czarodziejskiego fletu” Mozarta.

Jak widać, klasycyzm i neoklasycyzm zdominowały dzisiejszy koncert. Są też utwory współczesne kompozytorów związanych z Poznaniem – „Vitrage” Artura Kroschela, „Besvärjelsear” Barbary Kaszuby i „Wariacje na temat polskiej pieśni ludowej” Marii Ćwiklińskiej; wszyscy ci kompozytorzy są obecni na sali i odbierają gratulacje po występach. Z tych współczesnych utworów podoba mi się „Vitrage”, zaskakuje wygłaszanymi przez muzyków podczas gry uwagami, połączeniem słowa i muzyki „Besvärjelsear”, a niestety trochę nudzą „Wariacje”; ogólnie preferuję jednak muzykę dawniejszą. Zdaje się, że moja kilkuletnia sąsiadka jest podobnego zdania; podczas koncertu rysuje buzie w programie – wykrzywione przy pierwszych dwóch (współczesnych) kompozycjach i uśmiechniętą przy trzeciej (Kalliwody). Jak mi mówi po koncercie, podobał jej się też ostatni utwór – trio Poulenca.

Koncert, który miał trwać godzinę, przeciągnął się do prawie dwóch godzin, z pewnością jednak był udany – był też dla mnie cenną możliwością wysłuchania muzyki, która dość rzadko gości w salach koncertowych.

IV koncert kameralny

Na IV Koncercie Muzyki Kameralnej (fot. Ewa Fabiańska-Jelińska)

* * *

Po koncercie jeszcze przejazd do Galerii Miejskiej Arsenał na wystawę „Tkanki”. Tytuł wywołuje skojarzenia biologiczne; jak czytamy w katalogu, autorom i kuratorkom chodziło jednak raczej o tkanie. Naprawdę podoba mi się jedna praca – ogromne, zajmujące dużą część podłogi, futurystyczne miasto Jagody Krajewskiej, wykonane ze zwiniętych pasków papieru wyciętych z… książek telefonicznych. Rozlewająca się struktura sprawia wrażenie jakby żyjącej, i nic w tym dziwnego, w końcu została wykonana z materii organicznej. Może wpadnę tu jeszcze raz przy okazji kolejnej wizyty w Poznaniu? Teraz muszę już wracać do Śremu.

Z pamiętnika tłumacza

Kilkanaście wybranych wspomnień z mojego życia zawodowego. Czy mają jakiś element wspólny? Tak – ukazują pewną alienację mojego zawodu, jego niezrozumienie i – niestety – lekceważenie w społeczeństwie. Tak było 30 lat temu, tak jest i obecnie. Prostowanie tych stereotypów, „misconceptions” chyba mija się z celem. Bardzo szybko po założeniu mojej firmy przestałem na nie zwracać uwagę, stosując się do dewizy Wojciecha Młynarskiego: „Róbmy swoje”.

1.

Rok 1981. Biorę udział w finale Olimpiady Języka Niemieckiego w Poznaniu. To mój pierwszy kontakt z Wielkopolską; nie wiem jeszcze, że za sześć lat przyjadę tu znowu i że zamieszkam tu na stałe. Finaliści z całej Polski, między innymi K., moja rówieśniczka, licealistka z Dąbrowy Tarnowskiej , która opowiada mi o swoich doświadczeniach z lekturą książek po niemiecku.

– Słyszałam, że tłumaczenie książki polega w zasadzie na jej napisaniu od nowa. Ale chyba tak nie jest? Czytałam ostatnio Hessego, najpierw po niemiecku, potem po polsku, i tam nie było różnic, wszystko było przetłumaczone tak, jak jest w oryginale…

2.

Połowa lat 80. Rozmowa z mamą w Puławach.

– Szkoda, że już wracasz na studia. Koleżanka twojej siostry chciała, abyś przetłumaczył jej list na niemiecki. Ale może sama to zrobi…

– Przecież ona nie zna niemieckiego.

– To weźmie słownik i przetłumaczy. No przecież, jeśli nie będzie znała słów, to sprawdzi w słowniku. Co za problem?

3.

Rok 1990. Mieszkam już w Śremie i pracuję w Odlewni Żeliwa. Za zamkniętymi drzwiami biura słychać rozmowę podniesionymi głosami kierownika mojego działu (Działu Zbytu) i mojej sekcji (Sekcji Eksportu), do której kilka miesięcy temu zostałem przeniesiony w zakładowej Biblioteki Technicznej. W pewnej chwili rozmowa schodzi na mój temat.

– Ale przecież Matras nie może tylko tłumaczyć. Musi zajmować się też czymś innym, mieć jakieś konkretne obowiązki…

4.

Rok 1992. Podróż służbowa na targi odlewnicze GIFA do Düsseldorfu, jeszcze nie wiem, że to ostatnia w czasie mojej pracy w śremskiej odlewni. Wyjazd ciekawy, mieszkamy w Düsseldorfie przez tydzień, możemy więc dużo zobaczyć, pozwiedzać. Na targach mamy wspólne stoisko z centralą handlu zagranicznego „Centrozap” i przedstawicielami kilku innych odlewni. Nie narzekam na nudę, na stoisku dużo się dzieje, szybko zawieram też znajomości z pozostałymi osobami obsługującymi stoisko. Staszek, dyrektor techniczny jednego z zakładów w południowej Polsce, dłuższy czas przypatruje się mojej pracy, wreszcie mówi:

– Widzę, Andrzeju, że jesteś tu tylko tłumaczem…

5.

Rok 1992. Zakładam własną firmę, przed nikim, również przed moim obecnym pracodawcą, nie kryjąc, że zamierzam się usamodzielnić. Reakcje znajomych – różne, znajoma komentuje:

– A czy nie pomyślałeś, że za kilka lat to się może skończyć? Przecież za 10 czy 15 lat wszyscy będą znali angielski. Komu wtedy będą potrzebne twoje usługi?

6.

Lata 90. Z szefową jednej ze śremskich firm zastanawiamy się nad przyszłą karierą zawodową jej syna, obecnie licealisty, który chodzi do mnie na lekcje angielskiego.

– Na anglistykę nie pójdzie. To jak z informatyką. Przecież każdy powinien znać angielski, tak jak każdy powinien umieć obsługiwać komputer. Może poślemy go na ekonomię?

7.

Na ulicy spotykam ojca mojej dawnej uczennicy. Pytam, co niej słychać.

– Kończy lingwistykę stosowaną, wybiera się też na drugie studia w Niemczech.

– Germanistykę?

– O nie, tym razem coś konkretnego – ekonomię.

8.

Rok 2004. Rozmowa z radcą prawnym z Poznania, z którym współpracuję już od około 10 lat.

– Słyszałem, że uzyskał pan uprawnienia tłumacza przysięgłego również z języka angielskiego. To dobrze. Bo ja uważam, że tłumacz to nie jest zawód. Znajomość języka może być tylko dodatkiem do prawdziwego zawodu, a język powinien znać każdy. A jeśli ktoś chce pracować jako tłumacz, niech tłumaczy z dwóch języków, tak jak pan.

9.

Kancelaria Notarialna w Środzie Wielkopolskiej. Tłumaczę ustnie długi akt notarialny. Przedstawicielka klienta przysłuchuje się, na koniec mówi:

– Przepraszam, z tego co się zorientowałam, zna pan dwa języki.

– Tak, angielski i niemiecki.

– I nie mógł pan sobie znaleźć jakiejś pracy?

– Jakiej pracy?

– No, zatrudnić się w jakiejś firmie.

10.

Klient przynosi plik dokumentów. Po ustaleniu ceny za stronę mówi:

– Tylko mam prośbę, aby pan pisał to jak najdrobniejszą czcionką, aby wyszło jak najmniej. Bo, wie pan, ja nawet nie wiem, czy tych dokumentów będę naprawdę potrzebował.

11.

– Ile  kosztuje tłumaczenie?

– Strona kosztuje 30 złotych, ale widzę, że tu jest więcej tekstu, należność wyniesie więc 60 zł.

– Aha. A czy może pan zmniejszyć czcionkę, abym zapłacił za jedną stronę?

12.

– Dzień dobry. Znajoma prosiła mnie, abym spytała, ile kosztuje tłumaczenie z Belgii.

– Jakie dokumenty? Język francuski czy niderlandzki? Proszę przynieść te dokumenty, prześlę je do wyceny do mojego tłumacza.

– A to nie ma jednej ceny na tłumaczenia?

13.

Właściciel hurtowni rowerów chce przetłumaczyć dokumentację techniczną skutera i prosi mnie o wycenę.

– Trochę dużo pan policzył. Może pan udzielić rabatu? Sam bym to przetłumaczył, tylko brakuje mi czasu.

– Naprawdę sam by to pan przetłumaczył?

– Tak. Bo wie pan, kończyłem liceum ekonomiczne i umiem pisać szybko na maszynie, wszystkimi dziesięcioma palcami.

14.

Klientka przychodzi do mojego mieszkania o godzinie 20 z plikiem dokumentów do tłumaczenia?

– Zrobi pan to jeszcze na dzisiaj?

15.

– Halo! Czy mogę przyjść z tłumaczeniem? W jakich godzinach można? Ale pan to chyba cały czas jest na miejscu…

– Nie, proszę pani. Jeszcze nie zostałem skazany wyrokiem sądu na uwięzienie we własnym mieszkaniu. Czasami wychodzę, na przykład na zakupy lub na obiad. Zapraszam do 13.30 lub po 15.00.

 

16.

Przedpołudnie. Przychodzi mężczyzna.

– Ile kosztuje u pana strona tłumaczenia?

– Jaki dokument? Niech pan pokaże.

– Interesuje mnie tylko cena za stronę. I spieszy mi się. Musiałbym to mieć dzisiaj wieczorem.

– Nie mogę panu odpowiedzieć, nie widząc, co chce pan przetłumaczyć. Proszę pokazać.

Mężczyzna z ociąganiem wyjmuje dokumenty. Podaję cenę za całość, może przyjść wieczorem. Wieczorem zjawia się nie sam, tylko z matką.

– Proszę o rabat.

– Nie dam pani rabatu.

– Dlaczego nie?

– Dlaczego miałbym dać?

– Jestem pana stałą klientką. Byłam tu już u pana z tłumaczeniem.

– Ja mam prawie samych stałych klientów. Za tłumaczenie wykonane tego samego dnia, za ekspres, policzyłem normalną stawkę. Czy do ekspresu za normalną stawkę mam jeszcze dorzucić rabat?

17.

– Dzień dobry. Tu Sąd Rejonowy w…, Wydział Rodzinny. Przyjedzie pan do nas na tłumaczenie rozprawy? Sprawa o alimenty.

– Doskonale pan wie, że ta rozprawa się nie odbędzie, ponieważ cudzoziemiec się nie stawi. Wie pan też, że za stracony czas nie otrzymam wynagrodzenia, ponieważ państwa księgowa mi go odmówi, jak to zrobiła ostatnim razem. Wie pan też, że nie mam samochodu, że musiałbym jechać autobusem, co oznacza pół dnia stracone…

– Dobra, dobra, nie chce pan.

18.

Telefon z policji: – Czy może pan przyjść? Mamy obywatela Belgii, który chce zgłosić przestępstwo.

W pokoju komendy siedzi belgijski przedsiębiorca, mówi po angielsku, obok niego Murzynka urodzona na Kubie, rozmawiają z sobą po hiszpańsku, oboje mieszkają obecnie w Niemczech. Belg zgłasza przestępstwo oszustwa, specjalnie w tym celu przyjechał dzisiaj z Niemiec do mojego miasta. Przesłuchanie trwa trzy godziny. I na koniec ta rozbrajająca uwaga Belga:

– Jestem pod wrażeniem sprawności działania polskiej policji, i to w weekend. U nas z cudzoziemcem trwałoby to o wiele dłużej. Bo wie pan, u nas w Belgii tłumacze na policji dostają tylko 10 euro za godzinę, u nas to psie pieniądze, a w dodatku płacą im po sześciu miesiącach; w rezultacie żaden tłumacz nie chce stawiać się na wezwania organów…

19.

30 września 2016 r. Poranne zakupy w Biedronce

Kasjerka (do klientki robiącej zakupy przede mną): Mam jeszcze dla pani różę. Wszyscy, którzy robią dziś zakupy z kartą Moja Biedronka, otrzymują róże. Otrzymuje więc pani różę – na Dzień Chłopaka.

Ja: To dzisiaj jest Dzień Chłopaka? Nie wiedziałem.

Kasjerka: Tak, 30 września

Ja: Nawiasem mówiąc, dzisiaj jest też moje święto. Czy wie pani, kim jestem z zawodu?

Kasjerka: Nie, nie wiem.

Ja: Tłumaczem. Dziś mamy Dzień Tłumacza.

Kasjerka: Nie słyszałam. To chyba takie rzadkie święto…

Ja: Tak, rzadkie, ale dla mnie ważne. Prawda?

Kasjerka: Tak, oczywiście.

Muzeum Narodowe we Wrocławiu – Bartholomaeus Strobel

12 listopada – po zwiedzeniu wystawy Daniela Mroza na Leśnicy przejazd do Muzeum Narodowego na placu Powstańców Warszawy we Wrocławiu. Pani w kasie już mnie poznaje („Rowerem?”, „Tak, rowerem, ale tylko część trasy, resztę pociągiem, jest już za zimno”, Zaparkował pan na zewnątrz?”, „Tak. Miejmy nadzieję, że obejdzie się bez przygód, jak rok temu”), kupuję bilet na wystawę czasową „Wrocławska Europa”.

Głównym bohaterem wystawy jest Bartholomaeus Strobel, śląski malarz urodzony we Wrocławiu, który w 1633 roku, uciekając przed wojną trzydziestoletnią, przeniósł się do Polski, na Pomorze, został też nadwornym malarzem Władysława IV. Niemiec, czy Polak? Po prostu zagraniczny artysta działający na polskim dworze, sytuacja dosyć częsta w I Rzeczypospolitej i innych krajach Europy. Wystawa przedstawia nie tylko jego dzieła. Druga postać to biskup wrocławski Karol Ferdynand Waza, syn Zygmunta III Wazy; możemy zobaczyć też dzieła innych artystów, np. Wilhelma Hondiusa, Michaela Willmanna, także rzeźby i dzieła sztuki użytkowej: przedmioty liturgiczne, kielichy, monstrancje.

Wystawa jest starannie i profesjonalnie przygotowana, muzeum bardzo zadbało o jej promocję, zarówno na swojej stronie internetowej jak i we wnętrzach, gdzie ustawiono nawet papierowe kukły postaci w XVII-wiecznych szatach. Przygotowano też bogaty program edukacyjny dla dorosłych i dzieci, niestety nie skorzystam z niego, czas na obejrzenie wystawy mam tylko dzisiaj. Jakie są więc moje wrażenia?

Pierwsze wrażenie – podziw dla biegłości artysty w posługiwaniu się pędzlem, biegłość tę widać i na portretach, w drobiazgowo oddanych szatach, i na obrazach religijnych. Strobel z pewnością rzetelnie podchodził do swojego rzemiosła i jego zleceniodawcy musieli być zadowoleni z wyniku pracy. Niestety, po dłuższym zwiedzaniu okazuje się, że tylko kilka z tych obrazów naprawdę mi się podoba. Jest to przede wszystkim bardzo znany portret Władysława Dominika Zasławskiego-Ostrogskiego (wypożyczony z muzeum w Wilanowie), portret Johanna Vogta i portret poety Martina Opitza, przyjaciela Strobla, który poświęcił mu wiele wersów cytowanych na wystawie. Portrety te są bardzo dobrze skomponowane i namalowane, widać w nich głębię psychologiczną postaci, czego nie można powiedzieć o innych dziełach, w których jest tylko manierystyczna i barokowa konwencja. Ta barokowa konwencja jeszcze bardziej widoczna jest na obrazach religijnych, które mimo uduchowionych twarzy postaci nie wywołują wzruszenia. Być może zmieniłbym zdanie, gdybym zobaczył najbardziej znane dzieło Strobla: „Ucztę u Heroda i ścięcie św. Jana Chrzciciela”, wypożyczenie ogromnego (prawie 3 na 10 metrów) płótna z Muzeum Prado w Madrycie oczywiście nie było jednak możliwe. W malarstwie tym zabrakło mi prawdy o człowieku, autentyzmu; słowa Opitza, że Strobel maluje postaci tak wiernie, że można wziąć je za prawdziwe, to jednak tylko licentia poetica.

Ocena taka wynika też oczywiście z moich prywatnych upodobań w sztuce – preferowania sztuki późniejszych epok, właściwie dopiero od impresjonizmu, i sztuki współczesnej. Właśnie dlatego wystawa Daniela Mroza była dla mnie ważniejszym przeżyciem od wystawy Bartholomaeusa Strobla. Miłośnicy baroku mogą mieć inne zdanie.

Centrum Kultury Zamek we Wrocławiu – Daniel Mróz

12 listopada – szósty (ostatni?) w tym roku wyjazd do Wrocławia, tym na razem do Centrum Kultury Zamek na Leśnicy na wystawę „Nadchodzi Mróz”. Rzeczywiście nadchodzi mróz – termometr na moim bloku pokazuje 0 °C, nie mogę więc jechać całej trasy rowerem. Rowerem ze Śremu tylko do Czempinia, stamtąd pociągiem do Mikołajowa i jeszcze 10 kilometrów rowerem na sam skraj Wrocławia. W Centrum Kultury Zamek na Leśnicy jestem punktualnie o godzinie 10, wraz z otwarciem zamku. Jestem dzisiaj pierwszym i na razie jedynym zwiedzającym wystawę.

Twórczość Daniela Mroza poznałem już w wieku dorastania, w latach 70., z ilustracji w „Przekroju”, z którym Mróz był tak nieodłącznie związany. W „Przekroju” przeczytałem również pierwsze opowiadanie Stanisława Lema z cyklu „Cyberiada”, ilustrowane przez Mroza. Do dzisiaj pamiętam zachwyt zarówno opowiadaniem, jak i jego zobrazowaniem przez artystę, zachwyt, który wzbudził we mnie trwającą długie lata miłość do twórczości Lema i literatury fantastyczno-naukowej. Potem przyszło wydanie książkowe „Bajek robotów” i „Cyberiady” z jego ilustracjami, które do dzisiaj mam w swojej biblioteczce; z rysunkami Mroza stykałem się później wielokrotnie, m.in. w książkach Juliusza Verne’a, chociaż obecnie, oprócz  „Cyberiady”, mam tylko jedną książkę ilustrowaną przez Mroza – zbiór wierszy „Podglądanie rodaków” Ludwika Jerzego Kerna.

W dużej mierze wystawa na Leśnicy jest dla mnie powrotem do lat dzieciństwa. Od razu po lewej stronie od wejścia zawieszono ilustracje do „Cyberiady” z lat 60. – wreszcie mogę je zobaczyć w oryginale, nie jako reprodukcje w książce. Zaskoczeniem jest dla mnie fakt, że zostały wykonane… flamastrem i że są kolorowe, a właściwie monochromatyczne i dwubarwne; w książce tego nie oddano. Niespodzianką są ilustracje do „Cyberiady” i „Bajek robotów”, których do tej pory nie znałem, wykonane w 1989 roku, te jednak nie podobają mi się tak bardzo jak pierwsze rysunki z lat 60. Nie może zabraknąć też ilustracji do wierszy Ludwika Jerzego Kerna i opowiadań o profesorze Tutce Jerzego Szaniawskiego. Tak jak w przypadku Lema Mróz był ich kongenialnym ilustratorem. Na koniec (po prawej stronie od wejścia) znów powrót do dzieciństwa: ilustracje z powieści Juliusza Verne’a: „Z Ziemi na Księżyc”, „Łowcy meteorów”, „Pięćset milionów hinduskiej władczyni”, czy „Wyprawa do wnętrza Ziemi”. Są też ilustracje, których dotychczas nie znałem; bardzo podobają mi się na przykład pacyfistyczne w wyrazie rysunki do „Myśli nieuczesanych” Leca, ale do wydania niemieckiego, nie polskiego.

Wystawa na Leśnicy ma charakter przekrojowy, oprócz ilustracji książkowych zawiera więc też np. projektowane przez Mroza okładki „Przekroju”, a także prace wykonane innymi technikami, np. kolaże. Niestety nie sprawiają na mnie takiego wrażenia jak zwykłe rysunki piórkiem i czarnym tuszem – Mróz był w nich mistrzem, to dziedzina twórczości plastycznej, do której czuję też największe upodobanie.

Do jakiego nurtu zaliczyć twórczość Mroza? Większość łączy go z surrealizmem i chyba ten trop jest najsłuszniejszy w poszukiwaniu inspiracji artysty. Niektórzy dopatrują się w nim nawet prekursora steampunku, czego potwierdzeniem są ilustracje do „Cyberiady” czy powieści Juliusza Verne’a, ale chyba już nie do wierszy Kerna czy opowiadań Szaniawskiego. Do steampunku nie pasuje też miłość Mroza do zwierząt, zwłaszcza kotów, i humanizm jego prac. Takie klasyfikacje nie są chyba jednak konieczne? Należy po prosu zanurzyć się w niezwykły świat Daniela Mroza, świat ludzi, zwierząt, niezwykłych wehikułów, świat powagi, refleksji, humoru i groteski.

Biblioteka Raczyńskich – Literatura czechosłowacka w drugim obiegu

5 listopada – wyjazd na Festiwal Słowa w Piosence „Frazy” do Poznania. Nie będę na całym festiwalu, nawet nie na wszystkich imprezach, które odbędą się dzisiaj, najbardziej interesują mnie wykłady w Bibliotece Raczyńskich. Wizytę na festiwalu chcę połączyć ze zwiedzeniem wystawy ekslibrisów w ramach VII Konkursu na Ekslibris im. Klemensa Raczaka.

Wejście na wystawę ekslibrisów w Galerii Edwarda i… wrażenie déjà vu – dosłownego déjà vu; jedną z nagrodzonych prac, ekslibris Muzeum Miasta Ostrowa Wielkopolskiego Ryszarda Balonia, przecież już widziałem na Biennale Małej Formy Graficznej i Ekslibrisu w Ostrowie dwa miesiące temu. Poznaję też kilka innych prac, które widziałem w Ostrowie, między innymi grafików argentyńskich. Ale chyba nic w tym złego? To normalna praktyka, że artyści ślą swoje prace na różne konkursy, licząc na wygraną w jednej z nich.

Wystawa w Bibliotece Raczyńskich nie sprawia takiego wrażenia jak biennale w Ostrowie. Jest mniejsza i, przynajmniej oficjalnie, ograniczona do ekslibrisu, bez bardziej rozbudowanych form graficznych, które w Ostrowie wywarły na mnie największe wrażenie. Ograniczenie to wprawdzie jest tylko formalne, ponieważ i tu obok, prostych, niewielkich form, które zwykle kojarzymy z ekslibrisem, pojawiają się większe rozmiarami grafiki narracyjne, przedstawieniowe, czasami nawet bez oznaczenia „ex libris”. Jak w Ostrowie, wielka różnorodność tematów i technik graficznych; zauważam, że szczególną popularnością wśród artystów cieszy się Alicja w krainie czarów, są też inne odniesienia literackie i kulturowe. Szczególnie dużo prac zza naszej wschodniej granicy (Litwy, Białorusi, Rosji), ale nie tylko – niezwykłe wrażenie sprawiają na przykład obrazy z Bergen pochodzącej stamtąd Norweżki Torril Elisabeth Larsen. Szkoda, że nie mam czasu przyjrzeć się wystawie bliżej; już o godz. 12 zaczynają się wykłady.

* * *

Najbardziej interesuje mnie pierwszy wykład „Literatura i eseistyka czechosłowacka w drukach drugiego obiegu” prof. Dobrochny Dabert z Pracowni Badań Literatury i Kultury Niezależnej. Wszyscy słyszeliśmy o Praskiej Wiośnie, Karcie 77, Václavie Havlu i innych opozycyjnych twórcach czechosłowackich, o podziemnej działalności wydawniczej w Czechosłowacji wiadomo jednak niewiele. A przecież i tam wydawano w podziemiu książki, chociaż nie na taką skalę jak w Polsce. Podziemny ruch wydawniczy był narażony na represje, nie miał oparcia w silnej opozycji, co spowodowało, że liczba wydawanych książek i czasopism była mniejsza niż w Polsce, szczególnie w latach 80. O wiele mniejsze były nakłady, z reguły do… 6 egzemplarzy, czyli tyle, ile udało się przepisać na maszynie na papierze przebitkowym, powielacz był o wiele rzadziej stosowany. Inny był też profil tych wydawnictw – obok jawnie opozycyjnych wydawano też katolickie, nawet dzieła z klasyki filozofii, które nie miały szans na publikację w oficjalnym obiegu. Wykład ciekawy, mnóstwo interesujących informacji o autorach, podziemnych wydawnictwach, czasopismach. Szkoda, że tak mało zainteresowanych wykładem; podczas dyskusji na koniec padają też tylko trzy pytania, z których ja zadaję dwa:

– Wspomniała pani o książce o „Solidarności”, którą możemy zobaczyć też tu, w gablocie na wystawie w bibliotece. Czy były to wywiady z działaczami „Solidarności”?

– Tak. Książka była też tłumaczona na inne języki krajów bloku wschodniego i tam dystrybuowana.

– Obok niej wyłożono też „Hymn o perle” Czesława Miłosza. A czy w Czechosłowacji w podziemiu wydawano również książki innych polskich autorów? Kogo tłumaczono?

– Tak, oczywiście, chociaż nazwiska mogą być czasami zaskakujące. Wydawano nie tylko pisarzy zakazanych. Publikowano też Gombrowicza, Mrożka, nawet książki Anny Świrszczyńskiej.

W programie Dnia Czeskiego w Bibliotece Raczyńskich są dzisiaj też inne spotkania: panel dyskusyjny o współczesnej literaturze czeskiej (wysłuchuję tylko połowy dyskusji), wykłady o piosenkach, a wieczorem na Targach zaplanowano wielogodzinny koncert z udziałem Zuzanny, duetu Kieslowski i Jaromíra Nohavicy. Ja niestety muszę wracać już do Śremu. Chcę w miarę wcześnie być w domu – od Czmońca i tak już będę musiał jechać rowerem w ciemnościach.

Literatura czechosłowacka (2)

Na wykładzie prof. Dobrochny Dabert. Obok mnie Krzysztof Gajda, dyrektor artystyczny festiwalu. Fot. Biblioteka Raczyńskich.

Henio

Henia poznałem wkrótce po moim powrocie z wojska do Śremu w 1989 roku. Mieszkałem wtedy w hotelu pracowniczym Odlewni Żeliwa na Przemysłowej, Henio mieszkał tuż obok, w bloku wojskowym na Szerokiej, czasami więc chodziliśmy razem do pracy. Wkrótce dowiedziałem się szczegółów z jego życia. Henio pochodził z Bydgoszczy, z bardzo licznej rodziny (miał ośmioro lub dziewięcioro rodzeństwa), był zawodowym żołnierzem w jednostce wojskowej w Śremie, dopóki nie odszedł stamtąd na rentę z powodu zaburzeń psychicznych – miał cyklofrenię. W Odlewni dorabiał sobie jako plastyk; były to czasy, kiedy wielkie zakłady przemysłowe utrzymywały jeszcze zakładowe centra kultury, kluby, ośrodki sportowe. Kiedyś zaprowadził mnie do swojej kanciapy w Klubie Odlewnika, pokazał rysowane przez siebie portrety naszych znajomych.

– Miałem tu też portret Izy, wiesz, tej naszej gołębicy, ale kiedy dowiedziała się o nim, przybiegła i go zabrała…

Iza Lektarska, młoda dziewczyna, była łączniczką w naszym zakładzie, roznosiła pocztę do działów; była bardzo popularna, zwłaszcza wśród męskiej części załogi, nie dziwię się więc jej reakcji :-).

Henio został zwolniony z Odlewni w 1991 roku, pracowałem wtedy już w Dziale Eksportu, dokąd zostałem przeniesiony z Biblioteki Technicznej; o jego zwolnieniu dowiedzieliśmy się w dziale od Eugeniusza Ferstera, drugiego plastyka w Odlewni:

– Słyszeli panowie, że Henia zwolnili? Poszedł na wesele, tak się upił, że trzy dni nie przychodził do roboty, no i wywalili go za porzucenie pracy. No powiedzcie, jak można być takim niepoważnym, nieodpowiedzialnym?

Utrata pracy nie była dla Henia tragedią, miał w końcu swoją rentę, poza tym założył własną firmę plastyczną, o której mi wspomniał, kiedy raz spotkaliśmy się na ulicy. Nadal rysował i malował, wykonywał też szyldy – tablice reklamowe dla firm. Pamiętałem o tym, kiedy w 1992 roku postanowiłem odejść z Odlewni i usamodzielnić się. Umówiłem się z Heniem na spotkanie w jego mieszkaniu, gdzie, w towarzystwie żony i córki Henia, opowiedziałem mu o swoich planach, pytałem też o możliwość wykonania tablicy.

– Andrzejku, uważam, że bardzo dobrze robisz, zakładając firmę – powiedział Henio. – Jak wiesz, też to zrobiłem i nie żałuję. Bywa, że zarabiam teraz drugie tyle co z renty, albo i więcej. O rany, gdybym ja to zrobił dwa lata wcześniej, to już bym fordem jeździł. Teraz mam zajęcie, no i dzięki temu nie ciągnie mnie już tak do alkoholu jak kiedyś. Bo alkohol…, nie, to niedobra rzecz, już się o tym przekonałem, lepiej pracować. Oczywiście zrobię ci szyld, nie będziesz żałował.

I zrobił, i nie żałowałem, tablicę reklamową mojej firmy zawiesiłem na pawilonie handlowym PSS „Społem” (obecnym „Jubilacie”), gdzie wisiała około 10 lat, aż zastąpiłem ją inną, wykonaną już przez innego plastyka. Tymczasem moje plany usamodzielnienia się weszły w ostry wiraż; dwa miesiące po założeniu firmy w 1992 roku otrzymałem propozycję pracy w Niemczech, z której skorzystałem. Z Niemiec napisałem listy do znajomych, też do Henia, od którego otrzymałem odpowiedź: „To wspaniale, Andrzejku, że ci się tam w Niemczech wiedzie. A czy mógłbyś pożyczyć mi 3000 marek? Przyślij pocztą.” Już nie miałem okazji  uprzejmie odpowiedzieć na tę prośbę, ponieważ po pół roku moja niemiecka przygoda skończyła się tak szybko, jak się zaczęła – wróciłem do Polski.

– Co, już nie pracujesz w Niemczech? – głos Henia w słuchawce telefonu był pełen zawodu, kiedy zadzwoniłem do niego po powrocie w styczniu 1993 roku. – A te 3000 marek, pożyczysz mi? Bo wiesz, chcę rozkręcić działalność i potrzebuję kasy.

Nie pożyczyłem. Zabrałem się od nowa do rozkręcania własnej firmy, zdobywania klientów, szukania zleceń, aż wreszcie 13 grudnia 1994 roku mogłem odejść z Odlewni.

Z Heniem i jego żoną nadal utrzymywałem kontakt. Zleciłem mu wykonanie szablonu do wykonywania kserokopii ulotek reklamowych (nie był już tak udany jak szyld), czasami spotykałem go w śremskich knajpach, np. w „Mokce” przy Kilińskiego, gdzie dobrze się bawił i gdzie wisiał też jego obraz olejny. Niestety kicz – bardziej podobały mi się rysunki ołówkowe Henia.

Aż pewnego razu spotkałem Henia przy ulicy Wojska Polskiego, zaniedbanego, w obdartym ubraniu.

– Żona mnie wyrzuciła z domu. Nie zarabiam, kazała mi się wynosić. A co ja na to poradzę, że nie mam klientów? Sam sobie klientów nie nagonię.

Po krótkim czasie zadzwonił do mnie telefon. W słuchawce rozległ się damski głos:

– Dzień dobry, dzwonię z ING, chciałabym zaoferować panu ubezpieczenie. Polecił mi pana pan Henryk C…

Dzisiaj po otrzymaniu takiego telefonu od razu odkładam słuchawkę, nazwisko Henia w tym kontekście zaskoczyło mnie, wręcz trochę rozbawiło.

– To pan Henryk C… też chciałby się ubezpieczyć u państwa?

– Na razie się nie zastawia.

– A gdzie go pani spotkała?

– Na Starym Rynku w Poznaniu, rysował portrety – odpowiedziała już mniej pewnie kobieta.

– Bo, wie pani, on jest bezdomny, nie mieszka nigdzie.

– Tak, chciałam od niego adres, ale powiedział mi, że się akurat przeprowadza. A może zna pan kogoś, kto byłby zainteresowane ubezpieczeniem, kogo mógłby pan polecić?

– Wolałbym nie. W każdym razie pana C… nie polecam.

– Ładnie rysuje…

– Tak, ładnie rysuje, chociaż obrazy olejne wychodzą mu już gorzej. Może go pani poprosić o narysowanie swojego portretu, ale gdyby na przykład chciał pożyczyć jakieś pieniądze od pani… Zdecydowanie odradzam.

Henio nie przeprowadził się nigdzie. Mieszkał na ulicy, nocował w klatkach schodowych, piwnicach, co było znośne latem, bardzo trudne zimą. W chłodniejsze pory roku znajdował sobie miejsce w noclegowniach – „Barce” w Poznaniu lub w hostelu w Nochowie, szybko jednak był stamtąd wyrzucany. W ośrodkach takich obowiązuje zakaz spożywania alkoholu, a Henio nie mógł się powstrzymać od picia. Przesiadywał w knajpach, gdzie rysował portrety za 10 złotych, czasami dawano mu coś co zjedzenia (raz spotkałem go na piętrze „Relaxu”, gdzie w brudnym, obdartym kożuchu nagabywał ludzi o pieniądze), ale w końcu i stamtąd go wyrzucano. Henio stał się postacią powszechnie znaną w Śremie, pisał o nim „Tygodnik Śremski”, wypowiadały się na jego temat władze miejskie, również kierownik Środowiskowego Domu Samopomocy w Konwikcie na Poznańskiej, czy komendant straży miejskiej, którego funkcjonariusze czasami musieli ratować Henia przed niskimi temperaturami.

– Heniu, przecież ty tu uświerkniesz, wyłaź z tej szopy – usłyszał raz od nich chowający się przed mrozem w jakiejś budzie z desek Henio, o czym donosił „Tygodnik”. Wylazł, ale gdzie miał się skryć? W hostelu pijanego go nie przyjmą.

Czasami spotykaliśmy się na ulicy. Raz Henio na placu 20 Października pożyczył ode mnie na wieczne nieoddanie 10 złotych, czasami zamienialiśmy kilka słów.

– Widzę, Andrzejku, że nowy rower sobie sprawiłeś.

– Tak, stary oddałem uczennicy. Ten rower też komuś oddam, kiedy się zużyje. Kto wie, może tobie?

– O, ale ty jesteś dobry – rozanielił się Henio.

Szybko miałem pożałować tych słów, kiedy po kilku tygodniach usłyszałem głos w domofonie.

– Andrzejku, tu Henio. Przyszedłem po rower.

– Jaki rower?

– Po twój rower. Obiecałeś, że mi dasz. Bo, wiesz, ja teraz mieszkam w hostelu w Nochowie, to mi się przyda do dojazdów.

– Niczego ci nie obiecywałem.

– Ale obiecywałeś. Nie pamiętasz?

Po kilku dniach w parku Śremskich Odlewników spotkałem siedzącego na ławce, zamroczonego alkoholem Henia, który spojrzał na mnie ponuro:

– Roweru nie chciałeś mi dać…

* * *

Pewnego dnia w piwnicy bloku na Modrzewskiego wybuchł pożar. Szybko zaalarmowano straż pożarną; kiedy ta ugasiła już ogień, strażacy wśród zgliszcz odkryli ludzkie zwłoki – zwłoki Henia. Prawdopodobnie nocował tam, zaprószył ogień (zasnął z zapalonym papierosem?) i zginął w płomieniach. Nie byłem na jego pogrzebie. Nie wiem też, czy Henio w ogóle miał normalny pogrzeb, przypuszczam, że został pochowany przez gminę. Później szukałem jego grobu na cmentarzu komunalnym w Śremie. Nie znalazłem…